Szaleńcy Pana Boga - Kazimierz Sowa

-
Proszę czekać

 

 

Wstęp

Niemal każda historia życia misjonarza to gotowy scenariusz filmu sensacyjnego. Raz będzie to opowieść w rodzaju katolickiego Indiany Jonesa, innym razem historia jak najlepszy dokument z kanału Discovery. Jednak misjonarze jako indywidualni bohaterowie rzadko trafiają na pierwsze strony gazet, jeśli już to zwykle wtedy, gdy zostaną uprowadzeni albo staną się ofiarami wojen domowych czy plemiennych konfliktów. Przeciętny Polak najczęściej nie ma świadomości, że ponad dwa tysiące jego rodaków poświęciło życie, aby głosić Dobrą Nowinę i nieść pomoc ludziom w blisko stu krajach rozrzuconych po całym świecie. Ta armia "bożych szaleńców" za jedyny oręż ma najczęściej dobre intencje i trochę wyżebranych (zbyt często dosłownie) środków, niezbędnych do skutecznego wypełnienia swojej misji. O nich samych i ich życiu wiemy wciąż za mało. Niestety, jako wspólnota Kościoła i także jako ich rodacy za mało im pomagamy.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia najpierw poznałem, a potem zaprzyjaźniłem się z pewnym młodym wówczas księdzem pracującym na Białorusi. Janek Glinka, bo o nim mowa, otworzył mi drzwi do misyjnego świata. Zgromadzenie Misjonarzy Słowa Bożego, czyli księży werbistów, do którego należy, nie bez powodu jest najliczniejszym środowiskiem wysyłającym Polaków na misje na każdym kontynencie i we wszystkich kręgach kulturowych. Poznając tych wspaniałych ludzi i korzystając z ich gościny i pomocy, mogłem z czasem również choć trochę posmakować misyjnego życia, które co warto zaznaczyć, choć ciekawe, nie zawsze bywa przyjemne i spokojne. Rzecz jasna, dla kogoś przyjeżdżającego na chwilę w odwiedziny nawet największe problemy mogą się wydawać niezłą przygodą. Dla misjonarzy to proza życia, którą starają się zmienić albo przynajmniej przywyknąć do miejscowych zwyczajów, kultury, tradycji. Niemal każdy z poznanych przez te kilkanaście lat misjonarzy okazywał się nie tylko człowiekiem wielkiego serca i mocnej wiary, ale i znakomitym kompanem i rozmówcą.

Dlatego gdy w 2007 roku ruszyła stacja religia.tv, postanowiliśmy uczynić naszym znakiem firmowym cykliczny program o tematyce misyjnej. Z kamerą odwiedziliśmy Polaków pracujących w amazońskiej dżungli i na afrykańskiej sawannie, towarzyszyliśmy księdzu nielegalnie przebywającemu na komunistycznej Kubie i zakonnikowi próbującemu odrodzić ewangelicznego ducha w najbardziej zateizowanym kraju Europy, czyli w Czechach. Nasi bohaterowie zjeździli z nami tysiące kilometrów syberyjskimi szlakami i po afrykańskich bezdrożach wokół Kilimandżaro. Z polskimi zakonnicami, które prowadzą szkołę dla niewidomych dziewcząt, zbieraliśmy herbatę w okolicach Madrasu w Indiach i byliśmy świadkami dziwnych, a nawet wręcz przerażających ceremonii związanych z kultem zmarłych na Madagaskarze. Ostatecznie udokumentowaliśmy 28 historii i postaci, co jest zaledwie przyczynkiem do szerszego opisania tematu misji.

Rok temu przyszedł czas na książkę. Chciałem pokazać życie kilku osób, które mnie najbardziej zachwyciły i zafascynowały. Każdy z opisanej tu dziesiątki misjonarek i misjonarzy jest na swój sposób wyjątkowy i oryginalny. Każda z tych osób odgrywa nie tylko rolę przewodnika duchowego w swoim nowym środowisku, ale także ma ogromne zasługi dla kraju i ludzi, wśród których żyje. Trudno porównywać co jest ważniejsze w ich życiu: poświęcenie i oddanie, religijna motywacja i głębokie życie duchowe czy zwyczajna ludzka życzliwość i radość, z jaką pełnią swoje powołanie. Chciałem pokazać, że misjonarzem może zostać niemal każdy i nawet nie musi być księdzem czy siostrą zakonną. Fascynujące losy Polek, świeckich misjonarek pracujących w Amazonii, są tego najlepszym dowodem. Misjonarze mogą także łączyć pracę naukową z duszpasterską, o czym przekonują opisane tu losy dwóch polskich intelektualistów, bez których działalność naukowa w Boliwii i Indonezji byłaby o wiele uboższa. Wreszcie są też historie pokazujące, że dziś prawdziwe powołanie misyjne nie jest dzieleniem biedy, którą się zastaje, ale zmienianiem świata tak, żeby nauczyć ludzi lepszego życia. Pionierskie projekty społeczne naszych rodaków w Sudanie Południowym i Zambii pokazują, że można to robić z sukcesem. I wreszcie historia z Paragwaju, która na pozór mogłaby być wykorzystana jako opowieść o tym, że czasem nawet dwadzieścia lat ciężkiej pracy nie musi przynieść żadnego duszpasterskiego sukcesu, bo czym, jeśli nie porażką, w oczach wielu księży jest ochrzczenie zaledwie dwóch czy trzech Indian przy tak dużym nakładzie czasu i energii. Ale taka buchalteryjna optyka misyjna przegrywa z faktem, że dzięki polskiemu księdzu przetrwało i odrodziło się plemię skazane wcześniej na wymarcie.

To właśnie takich historii może spodziewać się każdy, kto sięgnie po tę książkę.

I na koniec kilka słów podziękowania dla ludzi, bez których pomocy ta książka by nie powstała. Mojemu przyjacielowi, księdzu Jankowi Glince z Baranowicz na Białorusi dziękuję za wprowadzenie w świat misji i misjonarzy. Panu Jerzemu Starakowi i firmie Polpharma dziękuję za finansowe wsparcie projektu, dzięki czemu mogłem w 2014 roku odwiedzić opisywane miejsca, zwiedzając przy okazji kawałek świata. W Afryce byłoby mi znacznie trudniej pokonać wszelkie przeciwności, gdyby nie pomoc ze strony pana Jacka Jankowskiego, ambasadora RP w Etiopii. Wielkie podziękowania kieruję także do księdza profesora Tomasza Szyszki, którego teoretyczna i praktyczna wiedza o misjach oraz wspólne chwile spędzone na terenach dawnych redukcji jezuickich w Boliwii zasługują na wspomnienie.

 

Rozdział pierwszy

Dziewczyny z Amazonii

Wydaje się, że tylko w przypadku misjonarzy różnica między oficjalnym, składającym się z suchych faktów życiorysem i tym, co robią w rzeczywistości, bywa największa. Kiedy czyta się CV kolejnego "bożego szaleńca", można się dowiedzieć, że ktoś się gdzieś tam urodził, skończył szkołę albo i studia, a potem poczuł powołanie i wylądował w jakimś seminarium czy zgromadzeniu zakonnym. I nagle pojawia się data i informacja o wyjeździe do jakiegoś kraju, którego nazwa zwykle niewiele mówi, a to czym się taki człowiek faktycznie zajmuje - jeszcze mniej. Już się na to uodporniłem i dlatego każdy misjonarski życiorys traktuję co najwyżej jako wskazówkę, kierunkowskaz, gdzie szukać dalej. I szukam. Znajomi, koledzy, inni misjonarze, podróżnicze blogi, czasem trafiam na kogoś, kto turystycznie zapuścił się w odległe strony i nagle dowiedział się, że na końcu świata jest jego rodak, w habicie albo częściej bez, który robi coś dobrego, ciekawego, fascynującego. Tak właśnie było z Amazonią.

Już kilka lat temu mój serdeczny kolega i przyjaciel, Jacek Klisowski, mieszkający od lat w Peru, opowiadał mi, że gdzieś w peruwiańskiej części Amazonii żyje i pracuje polska świecka misjonarka Barbara Dominika Szkatuła.

- Musisz ją koniecznie odwiedzić! To szalona kobieta i pod każdym względem wykraczająca poza schemat myślenia o misjonarzach i wyobrażeniach o ich pracy - przekonywał mnie Jacek, zachęcając do wyjazdu do dżungli.

Ale jak tu szukać kogoś na terenie o powierzchni mniej więcej siedmiu milionów kilometrów kwadratowych (z czego dwie trzecie to wciąż dzika dżungla), zajmującym większą część kontynentu? Na szczęście każdy misjonarz ma przypisaną sobie nie tylko przynależność kościelną, ale i terytorialną. Dominika pracuje od ponad 32 lat w peruwiańskiej części Amazonii i jeśli już koniecznie ktoś chce jej poszukać, to ma do przeczesania zaledwie 150 tysięcy kilometrów kwadratowych, na dodatek położonych wzdłuż kilku większych rzek, co znakomicie ułatwia transport i poruszanie się po tym terenie. Wniosek płynął z tego dość prosty: polską misjonarkę można dość łatwo namierzyć i nawet bezproblemowo do niej dotrzeć, bo centrum życia peruwiańskiej części Amazonii jest miasto Iquitos, do którego wprawdzie nie prowadzi żadna droga, ale regularnie latają samoloty. Jacek akurat był krótko w Polsce i obiecał, że zaraz po powrocie do Limy znajdzie adres e-mailowy Dominiki albo nawet telefon. I faktycznie, po paru tygodniach odezwał się, oznajmiając, że mam podwójne szczęście: nie dość, że Dominika jest akurat w Polsce na urlopie, to na dodatek "chyba jest z Krakowa, więc ją szybko znajdziesz".

Najpierw zrobiło mi się głupio, że skoro z mojego Krakowa pochodzi świecka misjonarka, to powinienem o niej zwyczajnie wiedzieć. Niezastąpiona wyszukiwarka wskazała mi jej artykuł na stronach Centrum Jana Pawła II rozpoczynający się od słów: "w parafii, z której pochodzę, u świętej Jadwigi w Krakowie na Krowodrzy, papież bywał często". Wiedziałem już, że zamiast szukać misjonarki niczym igły w stogu siana, wystarczy telefon do kolejnego kolegi, który od niedawna jest proboszczem właśnie w tej parafii. On na pewno będzie miał jakiś telefon kontaktowy, pod warunkiem że pani Dominika jest jeszcze w Polsce, bo jej urlop z końcem polskich wakacji także dobiegał końca. Wystarczył jeden SMS do księdza Marka Hajdyły z parafii świętej Jadwigi, żeby dostać nie tylko telefon, ale i zapewnienie o życzliwej rekomendacji mojej osoby. Ksiądz Marek jeszcze tego samego dnia oddzwonił, zaczynając rozmowę od dobrych wieści:

- Masz szczęście - rzucił od razu - bo Dominika właśnie w najbliższą niedzielę będzie u nas podczas mszy opowiadała o swojej pracy, więc wspomniałem o tobie i powiedziałem jej, że się odezwiesz.

- A jaka to osoba? Otwarta? Rozmowna? Łatwo z nią nawiązać kontakt? - zapytałem, ale Marek tylko się roześmiał powiedział: "Sam zobaczysz".

Po owej "misyjnej" niedzieli byłem już z krakowską misjonarką umówiony na spotkanie i pogadanie o moich książkowych planach. Mieliśmy się spotkać w połowie tygodnia, gdzieś na mieście. Szczegóły, jak zwykle w takich sytuacjach, były jeszcze do ustalenia, ale z tembru głosu wiedziałem już, że pani Dominika jest bezpośrednia, sympatyczna i - co najważniejsze - bardzo rozmowna.

Wymiary misjonarki

W umówionym dniu zadzwoniłem z usprawiedliwieniem, że będę w Krakowie dopiero po południu, ale pani Dominika uspokoiła mnie, że jej to nawet pasuje, bo ma jeszcze ważne spotkanie ze swoimi opiekunami z Wydziału Misyjnego kurii krakowskiej, księdzem Tadziem Dziedzicem (też był przez wiele lat misjonarzem) i siostrą Bożeną Najbar (zajmuje się promocją pracy misyjnej), z którymi chciała się pożegnać przed wylotem, potem kogoś musi odwiedzić i na końcu coś załatwić. Dlatego powiedziała, że najlepiej byłoby się spotkać gdzieś w okolicach krakowskiego dworca kolejowego. Nie wiedziałem, czy wypada zaproponować jakąś kawiarnię, ale nic innego nie przyszło mi do głowy. Rzuciłem, że może w takim razie umówimy się w galerii handlowej, w którejś z kawiarni.

- Dobry pomysł - usłyszałem w odpowiedzi, ale zaraz misjonarka dodała: - Jeśli się ksiądz spóźni, to ostrzegam, że będę zamawiała na jego koszt coraz droższą kawę.

Uff, pomyślałam, skoro ma takie poczucie humoru, a na dodatek za sobą ponad trzy dekady życia na misjach, to znaczy, że nie będzie większego kłopotu, żeby ją namówić na wejście w rolę kolejnej bohaterki mojej książki. Tym cenniejszej, że to osoba świecka, co w naszych polskich realiach jest rzeczą niespotykaną (z ponad dwóch tysięcy polskich misjonarzy osobami świeckimi jest zaledwie około pięćdziesięciu). Niestety, czarny scenariusz mojego spóźnienia na tak ważne spotkanie zaczął się spełniać: najpierw wysłałem SMS-a, że spóźnię się 10 minut, potem, że jeszcze kwadrans. Ostatecznie dojechałem grubo ponad pół godziny po umówionym czasie. Musiałem wykonać jeszcze jeden telefon, żeby się dowiedzieć, gdzie jest moja bohaterka i jak się poznamy. Usłyszałem wesoły głos pani Dominiki z retorycznym pytaniem: "Nie wiem czy księdza będzie stać na tę kawę", a zaraz potem zdanie, które było odpowiedzią na moje pytanie, jak się rozpoznamy i jeszcze bardziej mnie rozśmieszyło.

- Ależ to proste: proszę notować, podaję moje wymiary: dziewięćdziesiąt, sześćdziesiąt, dziewięćdziesiąt.

Wybuchnęliśmy oboje śmiechem i już po chwili ujrzałem na parterze galerii sympatyczną, uśmiechniętą kobietę z przewieszoną przez ramię kolorową torbą z charakterystycznymi indiańskimi motywami. Spotkanie rozpocząłem od usprawiedliwienia i wytłumaczenia swojego spóźnienia, ale pani Dominika od razu mnie uspokoiła:

- Właściwie tak długo mieszkam wśród ludzi, dla których czas jest pojęciem względnym, że jakoś mi to spóźnienie bardzo nie przeszkadza, a poza tym - zgodnie z umową - ksiądz płaci za kawę i ciastko.

No to zamawiamy szybko kawę, a ja zaczynam przedstawiać projekt książki o polskich misjonarzach, powołuję się na wspólnych znajomych, czyli jej proboszcza (rzuca szybko "tak, młody, fajny i normalny gość") i mojego kumpla Jacka ("a on co, dalej w Limie? Długo go już nie widziałam"), opowiadam, co robię, że od lat pracuję w telewizji. Mając za sobą doświadczenie odmowy udzielenia mi wywiadu przez jedną z misjonarek (bo okazałem się "za mało katolicki"), szybko dodaję, że stacja religia.tv raczej nie jest tą, którą uwielbiają polscy księża i biskupi (jednak mojej rozmówczyni wcale to nie przeszkadza). W odpowiedzi słyszę, że skoro mamy jakoś współpracować (ale szybko poszło, myślę zadowolony), to byłoby lepiej, gdybym się do niej zwracał normalnie, tak jak wszyscy, z którymi pracuje, wśród których żyje i których zna. "Dominika albo Domi?". Jasne, niemal wykrzykuję i proszę, żeby i ona mówiła do mnie po imieniu. Trochę mi głupio, że o swojej bohaterce nie wiem za dużo, bo nie miałem przed spotkaniem czasu nawet na solidne poszukiwania w internecie, ale niemal od momentu przejścia na ty Dominika zaczyna mi opowiadać, czego mogę się spodziewać, jeśli wybiorę się do Amazonii.

- Słyszałem, że jesteś koordynatorem całego duszpasterstwa w swojej diecezji - wypalam.

- No całego, ale to raptem kilkanaście parafii i około stu pięćdziesięciu tysięcy ludzi, choć fakt, mieszkają na terenie takim, jak pół Polski. No i nie jest to diecezja, ale Wikariat Apostolski Świętego Józefa - słyszę.

Potem sprawdzam i okazuje się, że wikariat ma stosunkowo krótką historię: powstał w 1945 roku i podlega bezpośrednio Rzymowi. Rzeczywiście pracuje tam zaledwie kilkunastu księży, głównie starsi wiekiem kanadyjscy franciszkanie, trochę sióstr zakonnych i świeckich. Teren, jak powiedziała Domi, odpowiada połowie obszaru naszego kraju, a odległości między parafiami (jest ich szesnaście) liczone są w setkach, a nawet tysiącach kilometrów. Całość rozciąga się w peruwiańskim dorzeczu Amazonki, między rzekami Putumayo (na północy), Napo (od wschodu) i Yavari (na południu). Siedziba stolicy tej części Kościoła katolickiego znajduje się w miejscowości Indiana, ale "centrum zarządzania operacyjnego" mieści się w Iquitos, prawie półmilionowym mieście, stolicy rozległego regionu Loreto. Iquitos to ponoć największe na świecie miasto, do którego nie prowadzi żadna droga lądowa ani tym bardziej kolejowa. Można tam jedynie dopłynąć lub dolecieć. I to jest właśnie arena działania Dominiki Szkatuły, polskiej świeckiej misjonarki, która tu, w amazońskiej dżungli znalazła swój drugi (a może już dziś i pierwszy) dom.

Jeszcze podczas spotkania Dominika opowiada nie tyle o swojej drodze na misje, ale o tym, czym żyje i co tam robi. Okazuje się, że rzeczywiście od paru już lat pełni funkcję osoby koordynującej działania duszpasterskie i pracę parafii w wikariacie. To wymaga od niej spędzania kilku miesięcy w podróży, najczęściej łodziami czy hydroplanem, samolotem lądującym na rozległych wodach tamtejszych rzek. Po urlopie szykuje się właśnie do takiego objazdu: musi odwiedzić kilka parafii, spotkać się z misjonarzami, a przede wszystkim ze świeckimi, dzięki którym Kościół wciąż tam żyje.

Sztuka prowadzenia motorówki była jednym z pierwszych wyzwań, jakim Dominika musiała sprostać.

- Nawet mógłbyś ze mną pojechać na taki objazd. Zobaczysz, jak to wygląda na miejscu, jak żyją ludzie, jakie mają problemy, w co i jak wierzą - snuje wizję mojego pobytu, a ja, nie czekając na resztę opowieści, już widzę, że to jest właśnie to! Dominika zastrzega tylko, że musi najpierw zweryfikować swoje plany z tym, co się dzieje w Iquitos, bo dla wikariatu akurat został mianowany nowy biskup, co po trzech latach wakatu, jaki minął od dymisji poprzednika (niestety, w niezbyt przyjemnych dla Kościoła i wiernych okolicznościach), pewnie oznacza trochę zamieszania i zmian.

Od lewej: Beata, Dominika, Elżbieta i Ania, czyli nasze dziewczyny w Amazonii.

- Jasne! Jak tylko przyjedziesz - odpowiadam - daj znać, kiedy zamierzasz wyruszyć w tę swoją "biskupią wizytację".

Na te słowa Domi śmieje się i mówi, żebym się nie wygłupiał. Już po jej powrocie do Amazonii przychodzi wiadomość, że najkorzystniejszym terminem będzie listopad albo początek grudnia.

Podczas spotkania, kiedy Dominika opowiada, jak się w Amazonii pracuje, ciągle padają jakieś znajomo brzmiące imiona.

- Beata, Ania, Ela - to wszystko Polki? - pytam ze zdziwieniem i dowiaduję, że w Amazonii prawdopodobnie mamy największe skupisko świeckich polskich misjonarek na świecie.

- Jest nas jeszcze więcej - dodaje Dominika i rzuca na odchodne: - A wszystkie super dziewczyny!

Kiedy zaczynałem zbierać materiały do książki, największym problemem wydawało mi się powielanie pewnego schematu polskiego misjonarza: wszystko robią księża, czasem pojawi się jakaś siostra zakonna. Jednocześnie wiedziałem, że na przykład salezjanie rozwinęli w Polsce na niespotykaną skalę swój Salezjański Wolontariat Misyjny, dzięki któremu dziesiątki młodych ludzi, uczniów i studentów, wyjeżdżają do Afryki i Ameryki Południowej, aby bezinteresownie pomagać właśnie w placówkach prowadzonych przez polskich misjonarzy. Opowieść Dominiki o jej koleżankach z misji, choć pozbawiona szczegółów ("same ci opowiedzą, skąd się tam wzięły"), sprawiła, że tym bardziej chciałem tam polecieć i to jak najszybciej.

W świecie żółwi

Już na stopniach schodów prowadzących na płytę lotniska przekonuję się, czym jest klimat równikowy. Kiedy wysiadam z samolotu w Iquitos, odnoszę wrażenie, jakbym wchodził do pralki. Gorące i wilgotne powietrze, którego pęd wzmocniony silnikami odrzutowca uderza mnie w twarz, zapiera dech w piersiach i zwyczajnie nie pozwala normalnie oddychać. Choć to grudzień, w Amazonii jest środek lata, temperatura sięga trzydziestu stopni. Szybko uciekam do hali przylotów, gdzie wielki billboard na ścianie nie pozostawia złudzeń: Bienvenidos! krzyczy napis na tle zdjęcia lasów deszczowych. Jestem w Amazonii, której widok już z lotu ptaka robi niezwykłe wrażenie (chyba porównywalny jedynie z widokiem syberyjskiej tajgi): rozległe obszary, setki tysięcy hektarów lasu, zwanego tu selva amazónica. Szybko dociera do mnie, gdzie jestem. Samo lotnisko w Iquitos ma dla tutejszych katolików znaczenie symboliczne. Kiedy w 1985 roku Peru odwiedził Jan Paweł II, właśnie tam urządzono miejsce papieskiej mszy, które po dziś dzień upamiętnia wielki krzyż stojący nieco z boku przy dojeździe do głównego terminalu. Jak opowiadała Dominka, już wtedy od dwóch lat mieszkająca w Peru, podczas spotkania z papieżem padły pamiętne słowa. Nagle ludzie zaczęli skandować na powitanie: El papa también es charapa!, czyli: "Papież też jest żółwiem". Ten entuzjazm zwrócił uwagę papieża, a gdy ktoś podszedł do niego i wyjaśnił, skąd nagle wzięło się to odniesienie do żółwi, ten spokojnie, ale z szerokim uśmiechem, odpowiedział: Sí, el papa también es charapa! ("tak, papież też jest żółwiem!"), co oczywiście wywołało ponownie całą burzę oklasków i wiwatów. O tym, że to coś więcej niż tylko wspomnienie, przekonuję się, kiedy Dominika zaczyna naśladować uczestników mszy i wręcz skanduje "papieskie" pozdrowienie.

Iquitos dziś już nie należy do najbogatszych miast Amazonii, ale na ulicach widać ślady dawnej świetności.

- A o co chodzi z tym żółwiem? - pytam.

- Otóż ludzi zamieszkujących dżunglę nazywa się trochę życzliwie, trochę ironicznie, a w skrajnych przypadkach nawet pogardliwie, żółwiami, ponieważ są powolni, nigdzie się nie śpieszą, ale wszędzie zdążą, przy tym są bardzo sympatyczni i radośni - wyjaśnia Dominika i dodaje: - To wszystko wróciło, kiedy nasz papież zmarł. Nawet w gazetach, w telewizji, w miejscowym radiu nie mówili inaczej, jak tylko tak, że odszedł papież żółw. Indianie go zwyczajnie kochali, uwielbiali. Traktowali jak swojego brata.

Po mieście najlepiej poruszać się motorem lub trójkołowym motocarro.

Ale dziś społeczność Iquitos i mieszkańcy okolicznej selvy to nie tylko Indianie albo raczej głównie nie-Indianie. Tych trzeba szukać głębiej w dżungli, natomiast w samym mieście dominują Metysi. Na lotnisku bierzemy motocarro, trójkołowy pojazd, który zabiera na tylną kanapę maksymalnie trzy osoby i bez którego poruszanie się po mieście jest wręcz niemożliwe. Jedziemy do dzielnicy Punchana, gdzie główną stację misyjną ma Wikariat San José del Amazonas. Samo miasto nie robi jakiegoś specjalnego, oszałamiającego wrażenia. Tłok na ulicach wywołany setkami najeżdżających na siebie motocarro czy zdezelowanych autobusów, potęgują motocykliści wpychający się dosłownie wszędzie. Po drodze nie widzę żadnych pozostałości z czasów świetności Iquitos. Wówczas miasto było nie tylko centrum życia tej części Amazonii (tak jest zresztą do dziś), ale w epoce boomu kauczukowego niemal z dnia na dzień z małej, założonej pod koniec XVIII wieku przez jezuitów osady stało się miejscem, gdzie najłatwiej można było zbić fortunę. Dopiero wieczorem, kiedy wybierzemy się na Plaza de Armas (niemal wszystkie rynki w Peru nazywają się Plaza de Armas), czyli główny i najbardziej reprezentacyjny plac miasta, a potem na spacer bulwarem nad Amazonką, zobaczę neogotycką katedrę katolicką i zaprojektowany przez samego Gustave'a Eiffela Casa de Fierro, czyli żelazny dom. Stojący na rogu głównego placu, niezbyt wysoki budynek został zaprojektowany i wykonany w 1860 roku w Paryżu, a następnie w częściach przewieziony statkami do Iquitos. Dziś nie robi wielkiego wrażenia, ale na starych fotografiach widać, że zawsze był atrakcją. Całe miasto ma zresztą niską zabudowę i raczej prowincjonalny charakter, trochę więcej reprezentacyjnych budowli jest tylko w okolicy bulwaru nad Amazonką, gdzie można odnaleźć kolejny polski ślad. W latach osiemdziesiątych XX wieku najdroższa restauracja w mieście należała do niejakiego Stana Tymińskiego, który tu mieszkał i robił wówczas niezłe (ponoć) interesy. Miasto w okresie swej świetności, czyli nieco ponad sto lat temu, miało nawet linię tramwajową, a klimat tej epoki doskonale oddaje nieco przydługi i trochę nudny film Wernera Herzoga Fitzcarraldo, ukazujący historię ekscentrycznego irlandzkiego inżyniera obsesyjnie dążącego do wybudowania opery w peruwiańskiej dżungli. Sam gmach niedoszłej opery można obejrzeć w centrum miasta, dziś mieści się tu szkoła podstawowa. Krótki spacer po bulwarze raczej zniechęca: to centrum życia nocnego, prostytucji i tanich uciech. Ale Iquitos ma jedną cechę, która przyciąga i zachęca do osiedlenia się tu: nazwane kiedyś miastem wolności obecnie cieszy się przywilejem niepłacenia przez jego mieszkańców podatków, dzięki czemu ceny wielu towarów, w tym także biletów lotniczych, są niższe niż w innych regionach Peru.

Casa de Fierro, czyli żelazny dom Gustave'a Eiffela, symbol dawnej świetności.

W domu na terenie stacji misyjnej wikariatu czeka mnie niespodzianka. Z lotniska jadę dość sprawnie dzięki Dominice i Ani, a na miejscu spotykam dosłownie polską kolonię. Oprócz dwóch kolejnych świeckich misjonarek, Beaty i Gabrysi, jest jeszcze ksiądz Rafał, który właśnie zaczyna misję. W samym mieście pracuje (z różnym stażem) kolejnych pięciu polskich duchownych, przybyłych tu z diecezji płockiej. Na razie czuję się trochę jak w czasach szkolnych, bo zaraz przy wejściu wita mnie stara oazowa piosenka i zrobiony specjalnie na mój przyjazd napis Bienvenido Casimiro. Potem dość regularnie zarówno Dominika, jak i niektórzy miejscowi będą sobie z hiszpańskiej wersji mojego imienia robić żarty, bo Casimiro można przetłumaczyć także jako "ten, który mało widzi". Zwykle odpowiadałem, że jestem tu po to, żeby zobaczyć więcej. I tak zresztą było.

Hydroplany są czasem jedyną nadzieją na skuteczną pomoc.

W Amazonii rzeki zastępują drogi, a łódki samochody.

Początkowo myślałem, że miasto Iquitos jest nie tylko miejscową metropolią, ale i stolicą kościelnych struktur. Dominika uświadomiła mi, że cała Amazonia podzielona jest na kilka wikariatów, stolicę ma w miejscowości Indiana, do której trzeba płynąć godzinę szybką motorówką. W Iquitos znajduje się jednak coś na kształt centrum logistyczno-administracyjnego. To właśnie tam trafiają wszystkie przesyłki, jakie napływają do misjonarzy, bo w dżungli poczta nie działa. Tam też przygotowuje się akcje duszpasterskie i działania charytatywne, nawet jeśli ostatecznie będą prowadzone w rozrzuconych po Amazonii miejscach. Zresztą właśnie z Iquitos najłatwiej i najszybciej można dotrzeć do każdego niemal zakątka wikariatu. Trzeba tylko wsiąść w małą awionetkę lub szybką łódź, przypominającą trochę nasze stare wodoloty. Podróż z miasta do wioski Santa Rosa, położonej na styku granicy z Kolumbią i Brazylią, to całodniowa wyprawa szybką łodzią. Lądujący na rzece samolot w ciągu godziny zawiezie nas do El Estrecho pod granicę z Kolumbią albo w ciągu dwóch godzin z okładem nieco dalej na północ do Soplin Vargas, najbardziej wysuniętej parafii, tym razem bliżej Ekwadoru. Czasem misjonarze muszą korzystać z własnych środków transportu. Aby objechać, a raczej opłynąć wszystkie wioski i osady parafii w Estrecho, gdzie pracuje Beata, ekipa wyrusza parafialnym statkiem. W San Pablo albo Pevas mają własne łódki motorowe. W mniejszych ośrodkach trzeba ratować się łódką peque-peque. Można więc stwierdzić z przymrużeniem oka, że Amazonia to nie najlepsze miejsce dla kogoś, kto boi się lub nie lubi wody. Takich obaw chyba nie mają Polki pracujące w tym rejonie świata.

Pierwszego dnia poznaję Anię, która nadzoruje funkcjonowanie finansów i administracji całego wikariatu, Gabrysię prowadzącą ochronkę dla najbiedniejszych dzieci oraz Beatę pracującą na co dzień właśnie w Estrecho. Historia, którą mi opowiada, dowodzi, że w takim miejscu misjonarz narażony jest na ciągłe niebezpieczeństwo. I nie chodzi wcale o zagrożenie ze strony zwierząt czy ludzi. To, co najbardziej zdradliwe, to po prostu przyroda.

Chrzest w rzece Putumayo

Beata Prusinowska to sympatyczna szatynka, która chciała studiować na ASP, a ostatecznie ukończyła prawo na uniwersytecie w Białymstoku i podjęła pracę w wydawnictwie Infor. Wygląda jak przedsiębiorcza pani mecenas albo doświadczona prawniczka, która z sukcesem mogłaby pracować w jakiejś wielkiej korporacji. Tymczasem, rozmawiając z Beatą o jej pracy na misjach (Amazonia nie jest pierwszym misyjnym przystankiem w jej życiorysie), uzmysławiam sobie, jak konkretnego charakteru i dosłownej treści mogą nabrać słowa Jezusa z Ewangelii o tym, żeby zostawić wszystko i pójść za nim.

Działalność Beaty zaczęła się pod skrzydłami włoskiego zgromadzenia zakonnego Sióstr Kanosjanek, które organizowały wolontariat misyjny dla świeckich. Dziewczęta chcące wyjechać na jakiś czas na misje musiały przejść odpowiednie przygotowanie najpierw w Polsce, a potem w Rzymie. W 2001 roku Beata, młoda absolwentka prawa szukająca czegoś więcej niż praca zawodowa, trafiła właśnie do tego środowiska.

- Myśl o misjach chodziła za mną od dawna, ale dopiero wtedy uzmysłowiłam sobie, że wyjazd może być znacznie ciekawszym scenariuszem niż świetlana przyszłość w wydawnictwie - wspomina i dodaje: - Kiedy wszyscy zastanawiali się, co się stało, że rzucam pracę albo może, że mnie wyrzucają, ja już byłam zdecydowana - misje, i to w charakterze osoby świeckiej, są tym, co chcę robić z przekonaniem.

W 2002 roku, a więc dość szybko, wyjechała najpierw do Rzymu, a potem do Afryki. Jej pierwszym celem było Malawi, kraj graniczący z Zambią, Tanzanią i Mozambikiem. Beata trafiła do kierowanej przez siostry misji nad południową częścią jeziora Niasa. Zakon prowadził tam szpital, a właściwie większą przychodnię, niestety, bez lekarza. Beata szybko musiała doszlifować miejscowy język cziczewa, którego zaczęła się uczyć jeszcze w Rzymie. Przydawał się także angielski jako środek codziennej komunikacji z resztą wolontariuszy. Ich społeczność była międzynarodowa: Polacy, Włosi, Amerykanie. Każdy miał przydzielony określony zakres prac i wiedział, jaki jest czas jego pobytu. Beata pojechała na rok. Oprócz pracy w przychodni odbywała także zajęcia z kobietami: naukę pisania i czytania, przygotowanie do prowadzenia gospodarstwa domowego, naukę szycia. Rok szybko minął i Beata wróciła do Polski, dalej podtrzymując swoje misyjne zainteresowania. Kolejnym miejscem pracy było Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie, wybrane głównie dlatego, żeby pozostać nadal blisko tematu misji. Tam właśnie pojawiła się okazja kolejnego wyjazdu, ale już nie do Afryki, lecz do Ameryki Środkowej.

- Ponieważ lubię współpracować z siostrami zakonnymi, zdecydowałam się na wyjazd w 2005 roku do Salwadoru, gdzie przy granicy z Gwatemalą siostry zakonne ze zgromadzenia mater orphanorum prowadziły ośrodek dla dziewcząt. Kolejne dwa lata spędziłam z nimi - mówi Beata.

Ponownie w życiorysie Beaty nastąpiła krótka przerwa na pobyt w kraju, jednak pozostała blisko zagadnień misji, ponieważ znalazła zatrudnienie w Papieskich Dziełach Misyjnych, zajmując się koordynacją pracy polskich misjonarzy.

- Nie znudziło albo nie zniechęciło cię to, że niemal z pierwszej linii misjonarskiego frontu znalazłaś się za biurkiem? Może zamiast tego powrót do wyuczonego zawodu byłby lepszy? - dopytuję, próbując raczej dowiedzieć się, czy zamiast pracy administracyjnej, zwykle mało emocjonującej, nie kusił Beaty powrót do zawodu. Jednak ona zdecydowanie zaprzecza, bo - jak wspomina - dzięki temu nauczyła się niemal walczyć o misje, o wsparcie dla projektów w środowiskach i sytuacjach, które są zwyczajnie trudne i mało podatne na takie treści. Kolejną wartością dodaną pracy za biurkiem było przekonanie, że każda działalność misjonarza powinna być po prostu dobrze zabezpieczona w kraju. Ale Beata, co widać nawet w jej zwykłym zachowaniu, nie należy do ludzi, którzy długo usiedzą w jednym miejscu. Szybko doszła do wniosku, że musi sobie poszukać czegoś "misyjnego". I tu zaczęły się schody.

Jeśli ksiądz czy siostra zakonna chcą wyjechać na misje, wystarczy, że zgłoszą się do swojego biskupa lub przełożonego zakonnego, uzyskają zgodę i odbędą stosowną formację, przygotowanie do takiego wyjazdu. Potem wyjeżdżają i już na miejscu albo funkcjonują w strukturach tamtejszego Kościoła, albo swojego zgromadzenia. Kiedy to samo chce uczynić człowiek świecki, musi pokonać znacznie więcej przeszkód. Pierwszą często jest już spotkanie z biskupem. Nie wszyscy hierarchowie są entuzjastami misji. Niektórzy uważają wyjazdy, zwłaszcza świeckich, za turystykę misyjną, inni podejrzewają, że ktoś w ten sposób chce zwyczajnie uciec od swoich problemów, zostawiając je w kraju. W przypadku misjonarza świeckiego wyjazd zwykle jest na dłuższy okres i taka osoba musi zostać posłana przez swojego biskupa. Dodatkowo diecezja wysyłająca kupuje bilet misjonarzowi i bierze na siebie część kwestii organizacyjnych związanych z ubezpieczeniem misjonarza, za co płaci ostatecznie Fundusz Kościelny. Mała liczba osób świeckich reprezentujących nasz Kościół na świecie dowodzi jednak, że misjonarz świecki jest dla większości kłopotem, albo jeśli już się pojawia, to jest kimś w rodzaju niechcianego dziecka.

Beata postanowiła iść trochę pod prąd i w 2011 roku, korzystając z zaproszenia swojej koleżanki, która pracowała w Wikariacie Iquitos (założony ponad 100 lat temu przez augustianów) i organizowała ochronkę dla dzieci, sama się wysłała na misję. Trafiła do Amazonii i rozpoczęła pracę, najpierw pomagając dzieciom, a potem w centrum pomocy kobietom, gdzie prowadziła różne kursy zawodowe i formacyjne dla kobiet w jednej z najbiedniejszych dzielnic miasta. Po roku postanowiła jednak swój status sformalizować i została oficjalnie misjonarką diecezji warszawsko-praskiej, co umożliwiło jej rozpoczęcie funkcjonowania poza działaniami charytatywnymi, gdzieś głębiej w amazońskiej dżungli. Zresztą dla Beaty, dziewczyny, która urodziła się niemal na obrzeżach Puszczy Białej, wyprawa do trochę większego lasu, jakim jest dżungla amazońska, wcale nie była czymś niezwykłym.

Nowym miejscem pracy Beaty zostało El Estrecho w Wikariacie San José de Amazonas, parotysięczne miasto położone nad Putumayo, przy granicy z Kolumbią. Utworzone w czasach gorączki kauczukowej, która dla miejscowych Indian była jednocześnie okresem wyzysku i poniżenia. Właśnie dlatego pojawili się tam franciszkanie, do których dołączyło z czasem żeńskie peruwiańskie zgromadzenie o swojsko brzmiącej nazwie sióstr od praskiego Dzieciątka Jezus. Beata czasem żartuje, że jej pojawienie się w tym miejscu jako reprezentantki diecezji warszawsko-praskiej nie mogło być przypadkowe. Siostry od kilku lat zajmują się nie tylko pracą pastoralną, w czym pomaga im Polka. Jedna z nich, siostra Lupe (niezrażona ósmym krzyżykiem na karku), która pracuje tam od połowy ubiegłego stulecia, przez ostatnie siedem lat pełni funkcję administratora parafii rozciągającej się po peruwiańskiej stronie Putumayo kilkaset kilometrów w górę i w dół rzeki.

- Masz zatem jako proboszcza siostrę zakonną? - żartuję, ale Beata poważnie mi odpowiada, że codzienność życia parafialnego w tej części świata nijak się ma do obrazków wyniesionych z naszych parafii. Tam najwięcej zależy od ludzi świeckich, którzy prowadzą celebracje, katechizują, organizują spotkania i zajmują się parafią czy kaplicami w mniejszych osadach. Beata pracuje także w największym w miasteczku ośrodku dla młodzieży.

Wielkość parafii, nawet pokazana na mapie, robi wrażenie.

- To coś na kształt internatu dla młodzieży z okolicznych wiosek, gdzie młodzi ludzie nie tylko mieszkają, ale dzięki temu mogą zdobyć jakieś wykształcenie - mówi.

Od paru lat nowym zjawiskiem w El Estrecho są uchodźcy, którzy przeprawiają się na peruwiańską stronę z Kolumbii. Powody ich ucieczek są różne: jedni boją się zemsty, która może im grozić w kraju, inni szukają zwykle lepszych warunków albo układają sobie na nowo życie. Często nie mają żadnych dokumentów, co utrudnia choćby ich policzenie. Na około czterech tysięcy mieszkańców miasteczka uchodźców jest coraz więcej, ostatnio na stałe przebywa tu mniej więcej trzysta osób. Marzeniem Beaty jest stworzenie zajęć o charakterze stałych warsztatów dla mieszkających tu Indian, żeby mogli nie tylko odrodzić lokalną kulturę, ale także bardziej się z sobą integrować. Pierwszy krok już zrobiła: razem z niektórymi Indianami zaczęła się uczyć miejscowego języka, co jest o tyle skomplikowane, że na tym terenie mieszkają przedstawiciele bardzo różnych plemion. Są Okaina, Boras, Yaguas i oczywiście Indianie Keczua. Każde z plemion posługuje się własnym językiem i ma swój, czasem odrębny, system kodów kulturowych. Niestety, ich populacja kurczy się, a ci, którzy zostają, często tracą identyfikację kulturową i tradycje.

- Wiesz, jak ktoś przyjeżdża tu tylko na parę dni, turystycznie czy w odwiedziny, czasem zobaczy Indian i jest zadowolony, że dotknął innego świata - tłumaczy mi misjonarka. - Nie chodzi tylko o to, że Indianie robią albo nie jakieś maski czy naszyjniki. Chodzi o coś zupełnie innego - żeby zwrócili uwagę na swoją kulturę czy tradycje, żeby odkryli coś, o czym już zapomnieli - dodaje.

Beata często opowiada, że lubi, jak życie stawia jej wyzwania, a kiedy jest za nudno, to musi sama coś wymyślić. Po jej ruchach, gestach i sposobie mówienia widać, że jest osobą bardzo energiczną. Zastanawiam się, czy pracę w Amazonii traktuje jako "swoje miejsce na ziemi". Zamiast prostej odpowiedzi, słyszę opowieść o wydarzeniu z 2013 roku, kiedy o mało nie utonęła w Putumayo.

- Czasem wypływamy statkiem, który należy do wikariatu i cumuje właśnie w Estrecho. Pod koniec ubiegłego roku wypłynęliśmy naszą siedmioosobową ekipą do okolicznych wiosek w górę rzeki. Plan był taki, że zatrzymując się po drodze, w ciągu miesiąca opłyną większość swojej parafii, spotkają się ludźmi, wspólnie pomodlą, ochrzczą nowych katolików. Czasem udzielą ślubu, a czasem gdzieś trzeba będzie pomóc rozwiązać jakieś sporne kwestie. I właśnie podczas powrotu, chyba w przedostatnim dniu wyprawy, kilkunastometrowy statek o jakże wspaniałej nazwie Święty Franciszek osiadł na mieliźnie. Nie było rady, niemal wszyscy musieli zejść z pokładu i brodząc w wodzie po kolana, za pomocą lin przeciągnąć go na głębsze miejsce. Zresztą, jak wspomina Beata, dwa dni wcześniej przećwiczyli taką operację i wydawało się, że i tym razem będzie to łatwe. Rzecz jasna, nikt nie pomyślał o kołach ratunkowych czy kamizelkach. Po godzinie lub dwóch daremnych wysiłków nastąpiło załamanie pogody i nagle statek... ruszył. Cztery osoby w wodzie zostały porwane przez silny prąd, a jednocześnie statek dość szybko się oddalał. Sytuacja stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Mniej więcej po kwadransie Beata wpadła w panikę, zaczęła tracić oddech i zachłystywać się wodą. Po chwili reszta także opadła z sił. Jak sobie potem opowiadali to zdarzenie, niemal każdy z rozbitków był przekonany, że w wodach Putumayo czeka ich śmierć.

- Nawet nie wyobrażasz sobie, jakie to uczucie. Nie dość, że zaczynają ci przed oczami przeskakiwać różne obrazki z życia, to maniakalnie myślisz, że najgorsze, co cię może spotkać, to fakt, że nikt cię tu nie odnajdzie. Że zostaniesz w tej wodzie na zawsze, a ostatecznie znikniesz bez śladu.

Widać, że mimo upływu dość długiego czasu tamto dramatyczne wydarzenie nadal jest dla niej żywe. Kiedy mi o nim mówi, podnosi głos, jakby opowiadała film, który ogląda każdego wieczoru. Opisuje masę szczegółów i okoliczności, doskonale pamięta, gdy Raul, kierujący statkiem, wreszcie pojął dramatyzm sytuacji i postanowił za wszelką cenę podrzucić topielcom koła ratunkowe. Beata niemal w ostatniej chwili je złapała, a chociaż za moment tego samego koła trzymały się kurczowo jeszcze dwie osoby, sytuacja wcale nie była mniej groźna.

- Zaczęła się burza: deszcz, wielkie fale, ciemność (mimo że było południe), widać było błyskawice. Nie uwierzysz, ale wyglądało to jak z jakiegoś horroru albo apokalipsy - opowiada wyraźnie podekscytowana. - Nie wierzyłam, że to się dzieje!

Wszyscy jeszcze przez godzinę dryfowali w burzy, spływając w dół rzeki, statek po chwili zniknął i sytuacja stała się znacznie bardziej dramatyczna. Na dodatek pozostałe na statku dwie osoby również były przekonane, że reszta towarzyszy podróży już pożegnała się z życiem. Beata przypomina sobie, że gdyby nie obecny z nimi młody chłopak z wioski, Saul, który cały czas kazał im rozmawiać, żeby nie stracić przytomności, byłoby po nich. On sam już po uratowaniu wszystkich przyznał, że mimo głębokiej wiary w Opatrzność chciał się za wszelką cenę uratować, bo miał małą córeczkę, której nie zdążył ochrzcić, a jako ojciec bardzo tego pragnął. Wreszcie rozbitkom udało się złapać korzeni drzew i wylądować bezpiecznie na brzegu. Jeszcze trzeba było odnaleźć statek, który zniosło gdzieś dalej. Ostatecznie wszystko skończyło się szczęśliwie, nikt nie miał wątpliwości, że niemal cudem udało im się uratować życie i wrócić cało i zdrowo.

W Amazonii wszystko jest bardzo proste i naturalne. Architektura również.

Święty Franciszek zabrał ich znowu na pokład i wszyscy ocaleni bezpiecznie dopłynęli do celu. Kiedy zaczęli opowiadać o swoich przygodach, okazało się, że faktycznie Boża Opatrzność nad nimi czuwała: nie dość, że nie utonęli, to mieli szczęście i udało im się ominąć miejsca, gdzie poluje stały bywalec Putumayo - groźna anakonda.

- Niemal wszyscy mówili nam, że mieliśmy dużo szczęścia, a tak naprawdę to dostaliśmy nowe życie. Jakby Pan Bóg jeszcze od każdego z naszej siódemki czegoś w życiu chciał - kończy Beata.

Najlepsza Ice Coffee w dżungli

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Dziewczyna z korporacji

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

W dżinsach na misje

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Skąd jest ta panienka?

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Miasteczko trędowatych i Che Guevary

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Blondynka w Ukajali

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Walka o wodę i las

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Pani "wicebiskup"

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.