Rozdział drugi
Zaczęłam interesować się truciznami, gdy miałam jedenaście lat.
Razem z siostrami zostałyśmy wysłane na wieś, by uniknąć morowego powietrza, które tamtego lata miało przenikać miasto, niosąc ze sobą tyfus i gorączkę gruczołową. Ojciec posiadał tam majątek z sadami, gajami oliwnymi i niewielką winnicą, a wszystkim sprawnie zarządzała nasza ciotka. W moich oczach było to zaskakująco bogate miejsce - Czterech Świętych leży na obrzeżach pustyni i choć można tam uprawiać wiele rzeczy, mało które mają tak uderzające odcienie zieleni.
Pierwszego dnia zostałyśmy oddane pod opiekę naszemu kuzynowi Anthony'emu z przykazaniem, że ma oprowadzić nas po posiadłości. Anthony miał prawie trzynaście lat i wyraźnie nie był zachwycony faktem, że obarczono go trójką młodszych dzieci - moja siostra Catherine miała wtedy zaledwie siedem lat i co chwilę płakała - więc postanowił wykazać, jak bardzo jego miejskie kuzynki nie znają się na niczym.
- Założę się, że nie wiecie, co to jest - stwierdzał, pokazując nam drzewa oliwne i prasy do tłoczenia oliwy.
- Założę się, że nie wiecie, co to jest - mówił o sieweczce udającej, że ma złamane skrzydło, o rozległych polach dojrzewającej pszenicy i o mrówkolwach ukrytych w piaskowych lejach.
- Założę się, że nie wiecie, co to jest - komentował fioletowo-żółte kwiaty pokrzyku, zapewniając, że zabiją nas na miejscu, jeśli choćby dotkniemy językiem płatka.
I:
- Założę się, że nie wiecie, co to jest... - O wysokiej roślinie z baldachimem białych, koronkowych kwiatów, którą wyrwał z ziemi, odsłaniając blady, powykręcany korzeń oblepiony ziemią.
- Co to jest? - zapytała Catherine, tak samo jak pytała przez ostatnie cztery godziny.
- Marchew, głupku - powiedział Anthony. - Czy wy nic nie wiecie?
- Naprawdę? - odezwała się moja siostra Isobel. Ona też powtarzała to przez ostatnie cztery godziny.
- Nie wygląda jak marchew - zauważyłam.
Z mojego doświadczenia wynikało, że marchew była fioletowa albo żółta, nie kremowa, choć kształt istotnie miała marchewkowy i z boków korzenia wyrastały te same cienkie, nitkowate korzonki.
- To dzika marchew - dopowiedział Anthony. - Założę się, że nie wiedziałyście, że rośnie też dziko. Pewnie myślałyście, że marchew bierze się z wozu na targu.
Wzruszyłam ramionami. Nigdy specjalnie nie zastanawiałam się nad pochodzeniem marchwi.
Anthony wyśmiał mnie, odciął nożem natkę, oczyścił korzeń z najgorszego brudu i wsadził go sobie do ust.
Dwie godziny później już nie żył.
Następnego dnia, gdy cały majątek pogrążył się w żałobie, a matka Anthony'ego zaległa w łóżku, wymknęłam się na pole, gdzie rósł szalej jadowity, tak podobny do dzikiej marchwi. Wypatrzyłam baldachim białych kwiatów, wyrwałam roślinę z ziemi, położyłam ją na trawie i przykucnęłam nad bladym korzeniem, przyglądając mu się uważnie.
Wiedziałam oczywiście, że istnieje coś takiego jak śmierć. Straciłam jedną małą siostrzyczkę w kołysce i dwoje dziadków. Anthony'ego nie lubiłam jakoś szczególnie, więc nie mogłam powiedzieć, że go opłakiwałam, choć było mi bardzo żal jego matki. Uderzył mnie jednak głęboko absurdalny zbieg okoliczności, że Anthony żył sobie, a potem jego droga przecięła się z tym cichym, niepozornym korzonkiem... i teraz już nie żył.
Ostrożnie powąchałam marchewkowaty kształt. Pachniał jak mysie gniazda. Zastanawiałam się, czy Anthony to zauważył i mimo to przeżuwał dalej, bo nie chciał w obecności kuzynek przyznać się do błędu i wypluć czegoś, czego znajomością tak się przechwalał. Zabiły go brawura i mały korzeń - nie grubszy od mojego kciuka.
Mogłam teraz podnieść ten korzeń i się w niego wgryźć - i też padłabym trupem. Ta myśl wywołała we mnie dziwne mdłości, jakbym patrzyła w dół z bardzo wysokiego miejsca.
Wszystko stało się tak szybko. Dwie godziny! Wydawało się aż nie na miejscu, że coś tak wielkiego i nieodwołalnego jak śmierć może zdarzyć się tak szybko. Słońce nawet nie zdążyło zajść. Anthony umarł w biały dzień i nikt nie mógł powiedzieć: "Poczekaj, stop, tak nie powinno być ani tego zmienić.
Ale kiedy w zeszłym roku koń zrzucił chłopca stajennego w taki sposób, że ten uderzył głową o kamienie i umarł, trwało to mniej niż minutę. Dwie godziny to znacznie, znacznie dłużej.
Dwie godziny powinny wystarczyć, by coś zrobić.
Oparłam brodę na pięści, podczas gdy mój umysł krążył wokół tych dwóch godzin. Ciotka próbowała sprowokować wymioty u Anthony'ego, ale było już za późno. Wlewano mu do gardła różne lekarstwa i wcierano olej pod nos, próbując powstrzymać rozpełzającą się po organizmie truciznę, ale nic nie pomagało. W końcu modlono się rozpaczliwie do Świętego Żmija, lecz zdawało się, że nawet Święty nie zdoła tu pomóc.
- Nie ma żadnej odtrutki - powiedział cicho jeden ze służących do drugiego, nie wiedząc, że słucha go mała dziewczynka. - Biedny chłopak. Na szalej nie ma lekarstwa. Lepiej pozwolić mu odejść w spokoju.
Przysiadłam obok korzenia silniejszego niż Święty i rozmyślałam. Nad głową miałam doskonale niebieskie niebo, w trawie szeleścił wiatr, a sieweczka nawoływała, płacząc nad swoim niezłamanym skrzydłem. Rejestrowałam to wszystko mimochodem, lecz wciąż powracało jedno proste pytanie.
Dlaczego nie ma lekarstwa?
Byłam dzieckiem z dziecięcą zdolnością skupienia. Wielu dorosłych uważa, że jest ona nie większa niż u motyla. Że dziecięcy umysł przeskakuje z myśli na myśl - ale zapomnieli, że bywa on też ostry i celny jak sztylet. Byłam teraz w pełni skupiona.
Ofiarą, którą wzięłam za cel tego mojego umysłowego sztyletu, była zielarka przygotowująca napoje i nalewki dla majątku. Weszłam do pracowni, wypełnionej bogactwem zapachów, raz ostrych, raz słodkich, a raz gryzących, podeszłam do zielarki i zapytałam bez wstępu:
- Dlaczego nie ma lekarstwa na zatrucie szalejem?
Zielarka dobrze radziła sobie z ziołami, gorzej z ludźmi, a już szczególnie z dziećmi. Była tak niezręczna w kontaktach z nimi, że nie odpowiedziała opowieścią, która uporządkowałaby mój świat, tak jak zrobiłaby to moja piastunka, ani przypowieścią oddającą sprawę w ręce Świętych, jak uczyniłby to rodzinny kapłan. Zamiast tego powiedziała mi czystą prawdę.
- Nie wiem.
Zmrużyłam oczy. Dorosły przyznający, że czegoś nie wie, był czymś nowym i niepokojącym.
- Powinno być lekarstwo - stwierdziłam.
- Może i jest - przyznała zielarka, odsuwając się nieco - ale nikt nie wie jakie.
To otwierało nowe możliwości, ale żadna z nich mi się nie podobała. Jeśli rzeczywiście istniało lekarstwo, to Anthony zmarł z powodu ludzkiej ignorancji. Wyczerpana młoda kobieta, która próbowała uczyć mnie i moje siostry języków oraz etykiety, bardzo lubiła słowo "ignorancja" i używała go często.
Stałam w ciszy pracowni i myślałam. Zielarka, rzucając mi ukradkowe spojrzenia, wróciła do ucierania suszonego ogórecznika w moździerzu. Cichy chrzęst wypełniał pomieszczenie, podczas gdy ja rozważałam konsekwencje ignorancji.
Niektóre trucizny miały lekarstwa... Nie, błąd. Niektóre trucizny miały lekarstwa, o których istnieniu ludzie wiedzieli. Widziałam na ulicach miasta sprzedawców zachwalających takie środki, obiecujących antidota na arszenik, na ukąszenia wściekłych psów i na nadużywanie ołowiu, cokolwiek to znaczyło. Ale na szalej nie.
- Ile trucizn nie ma lekarstwa? - zapytałam, tak gwałtownie, że zielarka aż upuściła tłuczek.
- Na Świętych! - wykrzyknęła, klękając, by podnieść krnąbrne narzędzie, które oczywiście potoczyło się pod stół. - Nie wiem - powtórzyła. - Mnóstwo, jak sądzę. Chrząszczopar. Wywar z laurowiśni. Zimowit jesienny. Destylat cy-klamenu...
Szurała ręką, próbując dosięgnąć tłuczka, jednak poturlał się zbyt daleko.
- Ja go wyciągnę.
Położyłam się płasko, wsunęłam do połowy pod stół i wyłoniłam się z tłuczkiem, który podałam zielarce. Wytarła go o spódnicę i wróciła do pracy.
- Czy te inne trucizny też mogłyby mieć lekarstwa? - zapytałam. - Tylko nikt nie wie jakie?
- Bardzo możliwe - potwierdziła zielarka, najwyraźniej zastanawiając się, kiedy to niepokojące dziecko wreszcie sobie pójdzie.
Skrzyżowałam ramiona na piersi.
- Jak więc znaleziono lekarstwa, które już znamy?
Zielarka przetarła twarz dłonią i znów powiedziała praw-dę, którą wielu dorosłych nie odważyłoby się podzielić z dzieckiem.
- W dawnych czasach truto więźniów, a potem podawano im antidotum. Jeżeli więzień przeżył, wiedziano, że to lekarstwo. Jeżeli umarł, wiedziano, że jeszcze się nie udało.
Jeśli liczyła, że ta makabryczna informacja mnie przepłoszy, zawiodła się. Uniosłam głowę jak koń bojowy na dźwięk bitewnego rogu.
- Naprawdę? - wyszeptałam, przerażona i zafascynowana, wyobrażając sobie otrutych więźniów, żywiących rozpaczliwą nadzieję, że to właśnie oni otrzymają skuteczną odtrutkę.
- Teraz już tak nie robią - dodała pośpiesznie zielarka, zapewne obawiając się tego, jaki pomysł właśnie zaszczepiła mi w głowie. - To było bardzo dawno temu.
- A co robią teraz?
- Eee... głównie testują na psach. A czasem na gołębiach czy królikach.
Jęknęłam. Lubiłam psy i wspomniana wizja wydała mi się o wiele bardziej realna i bliska niż jacyś więźniowie z przeszłości, którzy i tak dawno by już nie żyli.
- W każdym razie - powiedziała zielarka, rozpaczliwie próbując odzyskać kontrolę nad rozmową - lekarze znają dziś różne lekarstwa. Ale trucizn jest wiele, więc lepiej uważaj, co jesz. Nie tak jak biedny Anthony.
Wbiła spojrzenie w blat stołu przed sobą. Przypuszczam, że kiedy w końcu podniosła wzrok, odczuła ogromną ulgę, gdyż córka kupca i jej pytania zniknęły.
Wróciłam do miasta wraz z siostrami, gdy tylko uznano to za bezpieczne, zostawiając za sobą drzewa oliwne, szalej i pogrążoną w żałobie ciotkę. Ja, której nigdy wcześniej specjalnie nie interesowały lekcje ani nauczyciele, weszłam do biblioteki, przesunęłam palcami po tłoczonych grzbietach ksiąg, po czym zdjęłam jedną z półki i zaczęłam czytać.
Przez dwa dni nikt mi nie przeszkadzał, a potem usłyszałam czyjeś kroki i podniosłam wzrok. Na progu biblioteki stał mój nauczyciel.
- Anja? Co ty tu robisz? Jest późno... - Urwał, spoglądając na stosy otwartych książek leżących wokół mnie w chwiejnych stosach, co dość jasno wskazywało, co robię.
Nazywał się Scand i jak większość nauczycieli był uczonym potrzebującym pieniędzy na własne badania. To dlatego zgodził się uczyć cudze dzieci języków, historii naturalnej i podstaw klasycznego wykształcenia. Wiedziałam, że był starym przyjacielem mojego ojca, ale nigdy nie poświęcałam mu większej uwagi. Był przeciętnym nauczycielem, a jego wychowankowie przeciętnymi uczniami. Podejrzewam, że z nas wszystkich to właśnie po mnie najmniej się spodziewał, że mogę wyłamać się z tej zasady.
A mimo to zobaczył mnie siedzącą pośród otwartych ksiąg i od razu wiedział, na co patrzy - na kogoś, kto przekopuje się przez każdy tom, jaki wpadnie mu w ręce, próbując znaleźć konkretną informację, która musi być gdzieś zapisana, tylko trzeba ją odnaleźć.
Podniosłam wzrok na Scanda i nie zobaczyłam już przeciętnego nauczyciela - zobaczyłam dorosłego, który często wiedział rzeczy, jakich ja jeszcze nie wiedziałam.
- Anthony zmarł po zjedzeniu szaleju. Musi istnieć na to jakieś lekarstwo. Jak mam je znaleźć?
Było późno i właściwie powinien kazać mi iść do łóżka. Kobieta, która uczyła nas dobrych manier i etykiety, wpadłaby w przerażenie na widok książek, które czytałam. Podręczniki medyczne z rysunkami anatomicznymi nie były uznawane za odpowiednie dla jedenastolatek, a pewnie nie miałoby dla niej znaczenia, że mniej interesowały mnie strony z genitaliami, a bardziej układ trawienny. (Zresztą razem z siostrami odkryłyśmy te rysunki już lata wcześniej i wtedy chichotałyśmy nad nimi do woli).
Scand jednak tylko przysunął sobie krzesło i powiedział:
- Co udało ci się dotąd znaleźć?
- Niczego nie mogę znaleźć - stwierdziłam ponuro. - A przecież musi istnieć lekarstwo. Na wszystko jest jakieś lekarstwo. Dlaczego nikt go nie szuka? - Uderzyłam dłonią w stół, co chyba bardziej przestraszyło mnie niż jego. Byłam otumaniona frustracją. To był problem, który dało się rozwiązać, a jego rozwiązanie uczyniłoby świat lepszym... więc dlaczego wciąż nie był rozwiązany? - Dlaczego wszyscy go nie szukają?
- Może ktoś szuka - stwierdził Scand. - Albo zaczął, tylko się rozproszył, próbując znaleźć lekarstwo jednocześnie na zatrucie rtęcią, ołowiem i jeszcze ukąszenia skorpionów. Albo szuka, ale wciąż nie znalazł odpowiedzi. Nie da się wymusić przełomu w medycynie.
Mówił do mnie jak do dorosłej, więc postanowiłam nie wybuchać płaczem, choć bardzo miałam na to ochotę. Naprawdę bardzo chciałam wymusić taki przełom. To było niesprawiedliwe, że mały biały korzonek może położyć kres czyjemuś życiu w tak nieodwołalny sposób. Miałam jedenaście lat i wciąż wierzyłam w jakąś podstawową sprawiedliwość świata. Wydawało mi się, że powinnam móc zwrócić uwagę jakiegoś Świętego, uczonego, lekarza czy kapłana na problem szaleju, a oni zgodziliby się, że to straszne przeoczenie, i naprawiliby je.
- Większość z tych książek nawet nie wspomina o szaleju - powiedziałam. - Całe rozdziały poświęcają arsenowi, a potem jakby mimochodem wspominają o "różnych niezdrowych ziołach". Żadna nawet nie wyjaśnia, jak właściwie działa szalej.
- W takim razie będziemy musieli znaleźć inne książki - stwierdził Scand.
To zdanie wypełniło mi pierś ciepłem, którego nie czułam od śmierci Anthony'ego.
- Tutaj znalazłam pewną rzecz - oznajmiłam. Przyciągnęłam do siebie jedną z ksiąg i przesunęłam palcem po fragmencie, który mogłam już niemal recytować z pamięci. - "Albowiem jak Klucz pasuje do Zamka, gdyż Zamek jest jego lustrzanym odbiciem, tak i Antidotum pasuje do Trucizny jako jej własne odbicie. Szukaj więc zwierciadła Trucizny, a odblokujesz Lekarstwo, które do niego pasuje". - Rozłożyłam ręce nad stertami ksiąg. - To ma sens. Ale jak znaleźć takie lustrzane odbicie? Co jest przeciwieństwem szaleju?
Mój nauczyciel wzruszył ramionami.
- Nie wiem - odparł. - Ale pomogę ci szukać.
Miałam ogromne szczęście, że trafił mi się Scand, choć w tamtej chwili nie zdawałam sobie z tego sprawy. Z właściwą młodości i bogactwu egocentrycznością nigdy się nie zastanawiałam, czy to coś niezwykłego, że nauczyciel poświęca dziesiątki godzin tygodniowo, pomagając swojej uczennicy zgłębiać wiedzę o truciznach. Po prostu uznałam, że to część jego obowiązków. Kiedy wiele lat później uświadomiłam sobie, jak nietypowa była to sytuacja - głównie słuchając kuzynów narzekających na swoich nauczycieli - zrobiło mi się wstyd, że tak długo tego nie rozumiałam.
Gdy zapytałam go o to po latach, roześmiał się.
- Nudziłem się - stwierdził. - Nie mogłem już prowadzić własnych badań i czułem się zagubiony, nie mając nic, czym mógłbym się zająć. A potem pojawiłaś się ty, w tej bibliotece, skulona nad księgą większą od siebie. To mnie zaciekawiło. Od dawna żadne pytanie mnie nie zainteresowało.
Niezależnie od powodów - pomógł mi. Nie wskazał właściwego kierunku, lecz po prostu był obok. Gdy odkrywasz coś nowego, coś niezwykłego, ogarnia cię szalona, dzika radość. Jeśli próbujesz się nią z kimś podzielić, a ten ktoś patrzy na ciebie z obojętnością, jest to miażdżące. Ale jeśli masz obok kogoś, kto powie: "Naprawdę?!" i podzieli twój entuzjazm... to potrafi podtrzymać twoją determinację przez bardzo długi czas. Choć pasją Scanda była optyka - światło i załamanie promieni - miał w sobie naukową radość odkrywania i dzielił się nią ze mną bez wahania.
Scand wspierał też moją sprawę, na ile się dało, wobec oporu mojej rodziny. Dzięki temu pozwolono mi kontynuować badania.
Przypadkiem usłyszałam kiedyś jego rozmowę z moim ojcem...
Właściwie nie. Bezwstydnie podsłuchałam jego rozmowę z ojcem. Przygotował listę książek, których brakowało w naszej bibliotece, a które mogłyby pomóc w badaniach nad antidotami, i poszedł do ojca zapytać, czy mógłby je kupić. Wymknęłam się za nim i stanęłam pod drzwiami gabinetu ojca, modląc się, żeby żaden ze służących nie przechodził akurat korytarzem i nie zobaczył mnie z uchem przyciśniętym do drzwi.
- Martwi się po śmierci kuzyna, tak? - zapytał ojciec. Prawie słyszałam, jak unosi brew.
- Myślę, że chodzi o coś więcej - odparł Scand. - Anja chce wiedzieć. Na niczym nie zależy jej tak, jak na znalezieniu odpowiedzi.
- Mimo wszystko. Wszystkie te traktaty o truciznach... - Ojciec westchnął. - Trochę to makabryczne jak na młodą dziewczynę, nie sądzisz?
Chciałam wpaść do środka i zaprotestować, że to wcale nie jest makabryczne - to wręcz przeciwieństwo makabryczności, bo przecież chodzi o medycynę i ratowanie życia. Ugryzłam się mocno w język i czekałam na odpowiedź Scanda.
- Nie potrafię tego ocenić - odparł spokojniej, niż ja się czułam - ale jako jej nauczyciel mogę stwierdzić, że jej czytanie poprawiło się bardziej w ciągu miesiąca niż przez trzy lata mojej pracy z nią. A połowa książek jest w tohalijskim. Ona je czyta ze słownikiem w ręku.
Co było prawdą, przynajmniej jeśli chodzi o czytanie. Mój codzienny tohalijski wciąż był beznadziejny, choć potrafiłam już całkiem dobrze rozmawiać w tym języku o skutkach zatrucia arsenem. Kucharz, który pochodził z Tohalu i zwykle pomagał mi ćwiczyć język, zakazał wszelkich takich rozmów w kuchni w dniu, w którym nauczyłam się odmieniać czasownik "wymiotować".
- Cóż - powiedział ojciec. - Skoro ją to tak zajmuje, niech tak będzie. Pewnie wkrótce i tak się tym znudzi.
Mój ojciec był utalentowanym kupcem, ale marnym prorokiem. Moje zainteresowanie nie osłabło z biegiem czasu, lecz tylko się pogłębiło i wzrosło. Na dwunaste urodziny zamiast kucyka poprosiłam o sześciotomową Materia Botanica.
- Za tę cenę mógłbym kupić trzy albo cztery kuce - mruknął ojciec, ale mimo to kupił mi te książki, a ja zatraciłam się w setkach rysunków ziół, każdy z pieczołowicie ręcznie barwionymi iluminacjami. Większość z tych roślin nawet nie występowała na pustyni, ale i tak je zapamiętałam. Mój umysł wypełnił się liśćmi i korzeniami oraz objawami zatrucia, choć większość z nich kończyła się tak samo.
Tojad: wymioty, pieczenie, pot, splątanie i wreszcie śmierć...
Pokrzyk wilcza jagoda: zamglone widzenie, szkarłatna wysypka, majaczenie, drgawki, śmierć...
Naparstnica: splątanie, wymioty, nieregularne bicie serca, trudności w oddychaniu, śmierć...
Ciemiernik: zawroty głowy, pragnienie, obrzęk języka, zapaść, śmierć...
Okazało się, że dorośli, którzy byli skłonni cierpliwie wysłuchiwać dziecięcego szczebiotu o szczeniakach, kociętach, kucykach i przyjęciach, niepokoili się nieco, gdy mała dziewczynka rozpoczynała wykład z toksykologii. Ojciec zaczął odsyłać mnie z domu, kiedy przychodzili nowi partnerzy handlowi.
Mimo to wciąż nie znalazłam lekarstwa na zatrucie sza-lejem.
- To mnie doprowadza do irytacji - powiedziałam. Obok "ignorancji", "irytacja" była kolejnym z ulubionych określeń mojej nauczycielki etykiety. - Minęły trzy miesiące, a my nadal nie wiemy, co jest przeciwieństwem szaleju. Właściwie to chyba jestem jeszcze bardziej zdezorientowana niż na początku!
- Czasem tak bywa - stwierdził łagodnie Scand, wsuwając zakładkę do leżącego przed nim tomu. - Nauka po prostu uświadamia ci, jak wiele jeszcze pozostaje do nauczenia.
Jęknęłam i przerzuciłam nogi przez podłokietnik fotela, zsuwając się tak, że głowa spoczęła na przeciwległym. Patrzyłam w okorowane belki pod sufitem, jakby odpowiedzi na moje pytania były zapisane w lekko wygładzonym drewnie.
- Szalej jest zielony - powiedziałam. - Przeciwieństwem zieleni jest czerwień. Korzeń jest trujący, a przeciwieństwem korzeni są pewnie kwiaty? Tylko że korzeń jest raczej białawy, więc przeciwieństwem mogłaby być czerń. A cała roślina jest warzywem, więc przeciwieństwem byłoby zwierzę... chyba że jakiś minerał. Ma zimny, wilgotny aspekt humoru flegmatycznego i dlatego jest związany ze Świętym Pstrągiem. Więc szukam czerwonego albo czarnego kwiatu... albo minerału lub zwierzęcia... o gorącym, suchym aspekcie humoru cholerycznego, który byłby związany ze Świętą* Jaszczurką albo Świętym Żmijem. Ale to może oznaczać wszystko, od knifofii ogrodowej, przez węgiel drzewny, aż po... nie wiem, jakiegoś gada. Są jakieś czerwono-czarne jaszczurki, prawda?
- Są - zgodził się Scand.
- Napar z knifofii jest dobry na chore oczy - powiedziałam - ale kiedy już człowiek się najadł szaleju, to raczej się nie martwi o wzrok. Węgiel drzewny pomaga przy niektórych truciznach, ale nie przy tej. - Popatrzyłam ponuro w sufit. - Nie wiem, co z jaszczurką.
- Jeśli dobrze pamiętam, fragment, który znalazłaś, wspominał też o "lustrzanym odbiciu", czyż nie?
- O tym też pomyślałam - przyznałam. - Ale jeśli przyłożę lustro do korzenia szaleju, to nie ma znaczenia, czy odbicie byłoby odtrutką, bo nie mam sposobu, żeby wyciągnąć je z lustra.
Scand milczał tak długo, że aż usiadłam prosto.
- O co chodzi?
- O nic - powiedział. - Kiedyś pomyślałem... ale to było dawno temu. - Pośpiesznie spróbował mnie rozproszyć, co nie było szczególnie trudne. - Może podchodzimy do tego w niewłaściwy sposób. Może odtrutka wcale nie jest prze-ciwieństwem.
- Ale w tamtej książce było napisane, że jest.
- A kto napisał książkę?
- Została przetłumaczona z dzieła Harkeliona Medyka.
Scand odchylił się na krześle i złożył palce w wieżyczkę.
- A co, jeśli się mylił?
Spojrzałam na niego z przerażeniem.
- Co? Ale on jest... był jednym z klasycznych uczonych! Wiesz? Napisał połowę książek o medycynie!
- To nie znaczy, że miał rację - stwierdził Scand.
- Ale lekarze wciąż korzystają z jego książek! - Stuknęłam w okładkę leżącej obok mnie księgi. - Cytują go bez przerwy!
Praktycznie każda książka, którą czytałam, miała przynajmniej motto przypisane Harkelionowi, a większość powoływała się na niego znacznie częściej.
- Jestem tego pewien - odparł Scand. - Ale to nadal nie znaczy, że miał rację. To tylko znaczy, że wszyscy nauczyli się powtarzać jego błędy.
Poczułam się, jakby wyłamał jedną z nóg fotela, na którym siedziałam. Jakby wszystko zaczęło się chwiać.
- Ale on żył w starożytności! Ludzie byli wtedy bardziej światli... wiedzieli rzeczy, o których my zapomnieliśmy...
- Pod pewnymi względami tak - potwierdził. - Ale to, że ktoś żył tysiąc lat temu, nie czyni go nieomylnym.
Ukryłam twarz w dłoniach.
- Ale wszyscy mówią, że byli tacy mądrzy.
- Niektórzy byli - powiedział łagodnie Scand. - I dlatego wracamy do tylu ich manuskryptów. Ale nadal byli tylko ludźmi, tak jak ty i ja. Gdyby ktoś znalazł twoje notatki za tysiąc lat, czy to uczyniłoby cię nieomylną?
Spojrzałam na niego spode łba przez rozchylone palce.
- Ale to ty uczyłeś nas klasyków! Kazałeś mi przeczytać cały ten esej o geometrii!
Scand roześmiał się, co wcale mnie nie uspokoiło.
- Gdybyś zainteresowała się geometrią, to byłaby to bardzo użyteczna podstawa. Ale to nie znaczy, że wszyscy klasyczni uczeni mieli rację we wszystkim, co napisali. Niektórzy mylili się w sposób wręcz rażący. Wydaje mi się, że to Marthian zalecał rozcięcie gołębia i położenie go na czole osoby z gorączką, aby wyciągnąć z niej chorobę.
- Fuj. - Pomyślałam o mojej ostatniej gorączce i o tym, jaka byłam spocona i nieszczęśliwa, a potem spróbowałam wyobrazić sobie, o ile gorzej by było, gdyby na moim czole leżał wypatroszony gołąb.
- Właśnie. Odrzucamy pisma, które się u nas nie sprawdzają, a zachowujemy te, które się sprawdzają. - Scand pokręcił głową z lekkim rozbawieniem. - Jeden z moich nauczycieli odbył ze mną dokładnie taką samą rozmowę, kiedy studiowałem. Ale miałem wtedy dziewiętnaście lat, więc radzisz sobie lepiej niż ja.
To nie było zbyt pocieszające.
- Ale jeśli Harkelion się mylił, to wracamy do punktu wyjścia - zauważyłam, wskazując na książki, które tak starannie przejrzałam, i stosy notatek zapisanych moim drobnym, nieczytelnym pismem. Bolały mnie dłonie od pisania tych wszystkich notatek i dwa razy skaleczyłam się przy ostrzeniu piór. - I to wszystko pójdzie na marne.
- Wcale nie. Nauczyłaś się bardzo wiele. Znasz dokładny wpływ szaleju na organizm. Znasz tuzin powszechnych antidotów i wiesz, dlaczego żadne z nich nie działa na szalej, choć jednocześnie mogą działać na inne trucizny. I przeczytałaś Materia Botanica. Dwa razy. Prawdopodobnie wiesz o zatruciach więcej niż większość lekarzy. Nie musisz tego powtarzać. - Uniósł kącik ust w uśmiechu. - Tak to już jest z nauką. Możesz ją sobie zatrzymać.
- Wolałabym znaleźć odpowiedź - mruknęłam.
- Może znajdziesz odpowiedź na inne pytanie. Jeśli nigdy nie znajdziesz odtrutki na szalej, ale za to odkryjesz ją dla... och... powiedzmy, zimowita... czy nadal uznałabyś swój czas za zmarnowany?
Zastanawiałam się nad tym przez kilka minut. Zimowit to nasz jesienny krokus, który jest piękny i rośnie w wielu ogrodach. Co jakiś czas komuś przychodzi do głowy, by go zjeść. Umiera się po nim nawet przez tydzień i jest to dużo bardziej bolesne niż po szaleju.
- To byłoby całkiem pożyteczne - przyznałam niechętnie. - Ale wolałabym znaleźć odtrutkę na oba. A poza tym... - Stuknęłam znowu w książkę. - Jeśli Harkelion się mylił, to nie wiem, jak zabrać się za znalezienie antidotum na cokolwiek.
Według zielarki prawdopodobnie musiałabym otruć jakieś psy albo więźniów, a miałam moralne opory wobec jednego i drugiego. Do tego miałam dwanaście lat i raczej nie wpuszczono by mnie do pałacowych lochów w celach naukowych.
Scand wyciągnął rękę i przesunął nieszczęsną książkę na swoją stronę biurka.
- Nawet jeśli miał rację, tutaj mamy tłumaczenie. A ono nie zawsze jest precyzyjne. Możliwe, że ktoś użył niewłaściwego słowa i sprowadził nas na zły trop.
Zmarszczyłam brwi.
- Więc co z tym zrobimy?
- Cóż - zaczął Scand. - Mogłabyś nauczyć się martwego języka...
Wydałam z siebie jęk rozpaczy.
- ...albo mogę przetłumaczyć to dla ciebie, jeśli znajdziemy coś bliższego oryginałowi.
Gapiłam się przez chwilę na książkę. Potem w sufit. Cichy głosik szeptał mi, że mogę po prostu się poddać. Zaszłam tak daleko, jak mogłam, i rzeczywiście wiele się nauczyłam. Jak powiedział Scand - wiedza ze mną zostanie. Mogłam przyznać się do porażki i odłożyć książki na bok.
Gdyby istniała odpowiedź, ktoś już dawno by ją znalazł. Harkelion żył tysiąc lat temu. Wciąż można było zobaczyć ruiny miasta, w którym mieszkał - wyblakły kamień i zawalone mury. Gdyby został po prostu źle przetłumaczony, ktoś odkryłby to w ciągu stuleci, w czasie których te mury się rozsypywały.
To było niedorzeczne - pomyśleć, że dwunastoletnia dziewczynka mogłaby znaleźć odpowiedź, którą lekarze przeoczali przez tysiąc lat.
Za oczami czułam gorące, pulsujące napięcie, jak przy powstrzymywanych łzach.
- Nigdy jej nie znajdę, prawda? - powiedziałam na głos. - To bez sensu.
- Nie - odrzekł Scand.
Przestałam wpatrywać się w sufit i spojrzałam na niego, bo nie brzmiał jak zwykle. Gdzieś zniknęły jego spokój i opanowanie. Głos brzmiał teraz szorstko i gniewnie, tak jak ja się czułam.
- Anju, może pewnego dnia znajdziesz lekarstwo na szalej, a może nie, ale obiecuję ci, że jeśli będziesz dalej się uczyć, to coś odkryjesz na pewno. Coś, co sprawi, że cała twoja praca będzie tego warta.
- Mam dwanaście lat - przypomniałam mu bardzo cicho.
- Więc wcześnie zaczęłaś.
Wyciągnął rękę i uścisnął moją dłoń. Zaskoczył mnie tym. O ile mogłam stwierdzić, Scand nigdy nikogo nie dotykał. Miał suche, ciepłe palce, a uścisk mocny, jakbym ześlizgnęła się z krawędzi klifu, a on właśnie wciągał mnie z powrotem.
- Jeśli będziesz dalej zadawać pytania, znajdziesz odpowiedzi. Obiecuję ci to.
Zajęło mi to ponad dwadzieścia lat, ale w końcu udowodniłam, że miał rację.
* W oryginale niektórzy Święci byli innej płci niż w tłumaczeniu. Decyzją autorki i w porozumieniu z nią płeć większości Świętych została uzgodniona z polskim rodzajem gramatycznym reprezentowanych przez nie zwierząt, gdyż nie ma to wpływu na fabułę. (O ile nie zaznaczono inaczej, wszystkie przypisy w tekście pochodzą od tłumaczki).