Szafirowe serce - Klaudia Prandota

-
Proszę czekać

2. Rozdział

Nie rozumiałam jak można, lubić robić ciągle to samo i to jeszcze przez 15 lat, ale z drugiej strony bez całej tej technologii to, co oni innego mieliby tu robić. Jechaliśmy bryczką koło godziny, zanim wyjechaliśmy z miasteczka i wjechaliśmy na ścieżkę prowadzącą przez las. To miejsce było piękne pełno zieleni i różnych kolorowych kwiatów, szum liści i śpiew ptaków sprawiało, że coraz bardziej czułam się wyluzowana. Zamknęłam na chwile oczy i wyobrażałam sobie, jak biegnę po zielonej polanie, słuchając jak, wiatr szepcze mi do ucha, jak rozwiewa moje długie blond włosy. Gdy otworzyłam oczy, w oddali ujrzałam śliczny różowy domek z płotkiem, z małym ogródkiem gdzie rosły najróżniejsze warzywa. Kamienną studzienkę porośniętą kwiatami, dwa słupki, do których przywiązane były cztery sznurki a na nich powieszone pranie, które powiewało na wietrze. Przy domku stała mała żółta buda, ale nie było w niej żadnego psa, a szkoda bardzo lubię psy. Niedaleko domku zauważyłam mały kurnik z białymi, brązowymi i czarnymi kurami i nawet z kilkoma kurczętami. Była jedna koza, która stała w gęstej trawie, jedząc mlecze, były też dwa drewniane ule, z których wylatywały pszczoły. Gdy tylko wyszliśmy z bryczki, podszedł do nas szaro-czarny kotek był, taki słodki a na obroży miał, napisane imię to była '' Stonka'' pomyślałam, że to dziwne imię jak dla kota.

Nie miałam, jednak czasu o tym rozmyślać nagle z domku wyszła babcia, by nas przywitać i zaprosić do stołu na obiad. W domu było bardzo dużo starych i drewnianych rzeczy. Nawet zegarek na ścianie był, z drewna a w nim znajdowała się malutka kukułeczka, która kukała o równej godzinie. Po obiedzie babcia pokazała mi mój pokój, był to kiedyś pokój mojej mamy i wszystkie rzeczy, które, kiedyś miała, cały czas w nim były tak jakby czekały na nią przez te wszystkie lata. W pokoju było jedno łóżko, duża szafa w kwiaty, mała komoda, na której leżały sterty zakurzonych książek i żółty wazon ze zwiędłymi już kwiatami. Na ścianie wisiały obrazy jakichś zwierząt i starych domków. Na podłodze leżał duży niebiesko zielony dywan w kolorowe groszki, w którym gromadził się straszny kurz.

- B. Wybacz Zosiu, ale od bardzo dawna nikt tu nie wchodził, ale nie martw się, zmienię ci pościel i przetrę, kurze a dziadek pójdzie wytrzepać dywan na podwórze.

- A czy ja mogę ci w czymś pomóc?

-B.Jeśli chcesz, to pójdź na polane i nazrywaj sobie kilka kwiatków do wazonu, na pewno doda to trochę uroku temu pokojowi.

- Oczywiście babciu, ale chciałam jeszcze spytać się ciebie o tą pustą budę przy domku.

- B. Mieszkał kiedyś w niej pies twojej mamy, ale zdechł już lata temu ze starości i teraz ta buda stoi taka pusta, ale jeśli chcesz, to moglibyśmy pojechać do miasta jutro i wybrać dla ciebie jakiegoś psa, słyszałam od twojej mamy, że masz niedługo urodziny i że zawsze marzyłaś o psie co ty na to?

- O tak! bardzo dziękuje, to byłoby naprawdę super.

- B.W takim razie jutro po śniadaniu pojedziemy do miasta, a teraz weźmy się za sprzątanie tego pokoju.

- Oczywiście już biegnę poszukać kwiatów, a potem pomogę ci ścierać kurze i zmienić pościel i chce pomóc tez dziadkowi z dywanem.

- B.Dziękuje ci, Zosiu jesteś naprawdę miła, że chcesz pomóc, a na pewno twoja pomoc się tu przyda.

Pobiegłam do najbliższej polany zaraz przy domku, by pozrywać kwiatki do mojego pokoju, ale pomyślałam, że zerwę jeszcze kilka dla babci by mogła, ozdobić sobie swój pokój. Kiedy wróciłam, babcia już kończyła zmieniać pościel, więc wzięłam się za ścieranie kurzu, było go naprawdę dużo, aż zaczęłam kichać jak szalona. Został już tylko do zrobienia dywan, który wisiał na trzepaku przy ogródku, zauważyłam dziadka śpiącego na ławeczce opartego o domek. Musiał być zmęczony więc nie chciałam go budzić, pomyślałam, że, sama sobie poradzę z tym dywanem i tak też zrobiłam. Nigdy wcześniej nie trzepałam dywanu, więc bardzo się zmęczyłam, ale w końcu po kilkunastu uderzeniach dywan był wreszcie czysty i gotowy do rozłożenia w pokoju. Nie chciałam budzić dziadka, więc sama przytargałam dywan do pokoju, babcia była zdziwiona, że przyszłam sama z dywanem.

- B. A gdzie jest dziadek? I dlaczego sama taszczysz ten ciężki dywan Zosiu?

- Dziadek śpi na ławeczce przy domku, nie chciałam, go budzić więc wytrzepałam i przyniosłam go sama tutaj. Dziadek wyglądał na bardzo zmęczonego.

- B. Wiesz Zosiu, dziadek od lat choruje, co sprawia, że męczy się szybciej niż zdrowy człowiek, czasem nie może chodzić, bo traci czucie w nogach, a niestety ta choroba wymaga drogiego leczenia dlatego, pracujemy z dziadkiem tak ciężko, robiąc konfitury i nalewki, a dziadek robi miód i sery kozie.

- Ale chyba już nie dużo wam zostało do zebrania pieniędzy co?

- B. Szczerze to nie jesteśmy jeszcze nawet w połowie tego wszystkiego, a mamy do naprawy jeszcze dach w domu, który został zniszczony rok temu przez piorun, który uderzył.

- To straszne, ja wam postaram się pomóc, nauczysz mnie wszystkiego, co wiesz o robieniu konfitur i koziego sera. Mogę poprosić mamę o pieniądze na operacje i dach dla dziadka ona na pewno pomoże wam, jest w końcu waszą córką.

- B. Nie Zosiu my nie chcemy od nikogo pieniędzy, jakoś sobie poradzimy sami, ale jeśli chcesz, to możesz nam pomagać na farmie i oczywiście nauczę cię wszystkiego.

Było mi szkoda dziadka, który bardzo potrzebował tej operacji, ale babcia była uparta i wolała poradzić sobie z problemami sama zupełnie jak ja. Nazajutrz obudziłam się bardzo wcześnie była 5 rano na zegarku, ale nie miałam zamiaru dalej się kłaść, postanowiłam, że wstanę i pomogę dziadką przy zwierzętach. Z filmów, które oglądałam, wiedziałam, że, trzeba zebrać jajka i wydoić kozę, gdy weszłam do kurnika, kury siedziały w swoich gniazdach i nie miałam pojęcia jak mam zebrać ich jajka. Przy wejściu do kurnika zauważyłam duży worek jakichś ziaren, więc wzięłam na łopatkę, która była w środku i wysypałam ziarna na ziemie. Wszystkie kury nagle wybiegły z kurnika jak oparzone, przewracając mnie wprost do kałuży błota i rzucając się na ziarna tak jakby, nie jadły przez dwa dni. Gdy wszystkie już wyszły, mogłam na spokojnie zebrać jajka, tylko nie wiedziałam do czego, rozejrzałam się i w kurniku znajdował się słomiany koszyk, więc nazbierałam jaj do niego i poszłam zanieść je do domu. Wszyscy jeszcze spali a przede mną najgorsze zadanie, '' wydojenie kozy'' strasznie się bałam podejść do kozy, która stała tam i patrzała się na mnie. Wiedziałam, że czy chce, czy nie będę musiała to zrobić i lepiej będzie, jeśli zwierzak nie wyczuje że się go boje. Wzięłam metalowe wiaderko i podeszłam do kozy, śpiewając cicho i głaskając ja po grzbiecie. Nigdy nie doiłam nawet krowy, ale widziałam, jak to się robi, więc postanowiłam spróbować. Na początku szło mi całkiem dobrze, póki koza nie zamachnęła się kopytem i nie rozlała całego mleka na moje buty. Zdenerwowałam się strasznie na nią, ale musiałam spróbować jeszcze raz.. tym razem z daleka od jej kopyt, i tak po kilku minutach miałam już polowe wiadra. Zaniosłam do kuchni mleko i akurat weszła babcia zdziwiona, że widzi mnie już na nogach i to na dodatek w mokrych butach i cała w błocie.

- B. Zosia co się stało? Dlaczego jesteś cała w błocie i dlaczego masz mokre buty?

- Chciałam wam pomóc, więc poszłam po jajka i nakarmiłam kury i przy okazji wrzuciły mnie do błota w podziękowaniu, później poszłam wydoić kozę, to ona w zamian kopnęła całe mleko prosto na ziemie i moje buty.

- B. O jejku Zosiu, ale widzę, że udało ci się to pomimo niefortunnych wypadków.

- No tak udało mi się, ale moje buty. Sądzę, że się już nie nadadzą do chodzenia.

-B.Nie martw się, kupie ci dziś nowe buty w mieście, jak będziemy jechały po psa. A teraz idź, się umyj, przebierz i choć na śniadanie.

- Dobrze babciu a dziadek nie wstaje?

-B.Nie, dziadek dziś zostanie dłużej w łóżku, miał ciężką noc, niech śpi.

- Biedny dziadek, masz racje, niech odpoczywa i zdrowieje.

Poszłam do pokoju, by się szybko przebrać i zobaczyłam na łóżku piękną zieloną sukienkę w falbanki, na której leżała kartka a na niej było napisane, '' To jest sukienka, którą kiedyś dostała od nas twoja mama na swoje urodziny, jednak nigdy nie chciała jej nosić więc leżała tu lata, teraz może być twoja, jeśli ci się podoba to, weź ją sobie, '' podpisano, dziadek. Ucieszyłam się, bo sukienka była naprawdę ładna i nie rozumiałam mamy, dlaczego nie chciała jej nosić. Na łóżku znajdowało się coś jeszcze, mały kawałeczek niebieskiego kryształu. Nie miałam pojęcia, skąd on się tu wziął i czy go tu dziadek zostawił, ale nie miałam czasu już się zastanawiać nad tym, bo babcia wołała mnie na śniadanie. Po śniadaniu pojechaliśmy do miasta, całą drogę zastanawiałam się, jak będzie wyglądał mój nowy pies i skąd wziął się ten kryształ, więc postanowiłam spytać babci.

- Babciu, dostałam od dziadka piękną zieloną sukienkę w falbany, którą zostawił na moim łóżku.

- B. A tak pamiętam tę sukienkę, miała być dla twojej mamy, ale ona nie chciała jej nosić.

- Nie rozumiem dlaczego, przecież jest piękna.

- B. Jak widać ty i twoja mama macie całkiem inne gusta.

- Widocznie tak, a babciu możesz mi powiedzieć skąd, wziął się niebieski kryształ na moim łóżku?

- B. Jaki kryształ?

- No taki mały, myślałam, że to też od dziadka było.

-B.Nie przypominam sobie, żeby twój dziadek miał jakieś kryształy.

- Hmm no to trochę dziwne, ale zatrzymam go sobie.

Po długim namyśle przypomniałam sobie tę staruszkę z pociągu i jej historie o legendzie Will Stone, o tym, że to magiczne kryształki, które pojawiają się tylko przy dobrych uczynkach. Pomogłam dziś dziadką na farmie, by ich trochę odciążyć od obowiązków i to pewnie dlatego kryształ pojawił się u mnie w pokoju. Jeśli to prawda to powinnam znaleźć wszystkie kryształy a wtedy, mogłabym poprosić magiczne jeziorko oto, by dziadek znowu był zdrowy, bo jeśli mi się nie uda, to babcia zostanie sama i załamie się. Nie mogę pozwolić na to, będę pomagać innym mieszkańcom miasteczka, będę pracować ciężko i wtedy mam nadzieje, że znajdę wszystkie kryształki. Zapomniałam jednak o najważniejszym, że nie mam naszyjnika, by móc włożyć do niego te kryształki. Rozejrzę się i popytam w mieście czy ktoś nie ma albo nie widział gdzieś takiego naszyjnika. Weszliśmy z babcią do apteki po leki dla dziadka, przed apteką siedział bardzo stary dziadek, który sprzedawał małe szczeniaki i kotki. Wśród gromady szczeniaków zobaczyłam czarnego pieska z jedną białą plamką na pyszczku przypominającą ziarenko fasoli.

- Babciu, czy możemy wziąć tego? Bardzo mi się podoba.

- B.Pewnie, że tak Zosiu.

- Dziękuje babciu.

- B. A jak chcesz go nazwać?

- Widzę, że to dziewczynka więc może dam jej na imię fasolka.

- B. Ooo haha, no dobrze to niech będzie fasolka.

3. Rozdział

Babcia musiała wejść jeszcze do piekarni, więc zostałam na zewnątrz, kontem oka ujrzałam znajomą twarz. Była to pani Hella, ale co ona tu robi? Postanowiłam podejść do niej i dowiedzieć się.

- Dzień dobry pani.

- H. Witaj Zosiu, jak miło cię widzieć.

- Co pani tutaj robi?

- H. Sprzedaje magiczne przedmioty.

- Magiczne? Jak to.

- H. Otóż to moja droga, może zechciałabyś coś kupić?

- Ja nie wiem, nie mam pieniędzy.

-H.Nic nie szkodzi, wybierz sobie coś.

- W sumie to szukam naszyjnika, tego do magicznych kryształów.

- H. A wiesz, że chyba mam nawet go w swojej torebce, poczekaj zaraz go znajdę.

- Amm pani Hellu, chciałam spytać, jak pani zniknęła wtedy w tym pociągu, bo odwróciłam się, by pani pomachać a pani już nie było w przedziale.

- H.O jest tutaj, proszę skarbie, oto i magiczny naszyjnik dla twoich magicznych kryształków.

- Nie wiem co mam myśleć o tym wszystkim, przecież magia nie istnieje.

-H.Nie wolno ci tak mówić moje dziecko, magia istnieje, ale jest ukryta głęboko w naszych sercach, i tylko my sami możemy ją uwolnić.

- To wszystko, co pani mówi, jest sprzeczne z tym, co jest logiczne.

-H.Czasami wiedza nie jest w stanie wyjaśnić nam wszystkiego.

- Może i ma pani racje.

- H. Wiesz co dam ci magiczne buciki, mogą ci one pomóc, jeśli będziesz pomocy potrzebować.

- A co one robią?

-H.Nie dają pieniędzy ani zdrowia, ale zrobią wszystko by ci pomóc, wystarczy poprosić je o to.

- Dziękuje pani, są piękne, ale teraz muszę wracać już do babci, pewnie mnie już szuka.

-H.Do widzenia moje dziecko i pamiętaj, że w razie potrzeby, buciki ci pomogą.

- Jeszcze raz dziękuje i do widzenia pani Hellu.

Bardzo się cieszę, że spotkałam panią Helle, dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy a co najważniejsze, wreszcie mam ten magiczny naszyjnik, bez którego nie mogłabym nic zrobić.

Wracając pod piekarnie, spotkałam babcie, jak już wychodziła, niosła dwa duże chleby z ziarenkami sezamu oraz mała czarną paczuszkę. Zastanawiałam się, co takiego tam jest, ale nie chciałam się za bardzo interesować tym, nie chciałam wyjść na wścibską dziewuchę, więc stwierdziłam, że zignoruje to. W drodze powrotnej rozmyślałam nad tym, jak mogłabym upiększyć budę dla fasolki, bo ta stara buda nie nadawała się już zbytnio do użycia. Miała wyblakły szary kolor i przegniłe deski z przeciekającym dachem, przecież nie mogłabym dać fasolce takiego domu. Wpadłam na pomysł, że zbuduje jej lepszą, nową budę, która będzie miała różowy kolor, żeby pasowała do domku dziadków, a dach zrobię czerwony w białe kropeczki. Przydałoby się kupić dla niej dwie miseczki na jedzenie i wodę, oh i jeszcze jakiś miękki materac by nie musiała leżeć na zimnej, brudnej ziemi.

Gdy dojechaliśmy do domu, zobaczyliśmy dziadka jak, pracuje w ogródku, ucieszyłam się, bo znaczyło to, że już dobrze się czuje. Pomyślałam, że pomogę mu w ogrodzie, a później poproszę czy nie pomógłby mi w zbudowaniu nowej budy dla fasolki.

- Witaj dziadku, jak się czujesz?

- D. Czuje się o wiele lepiej dziecko, tak, prawdę mówiąc, nie umiałbym zostać w łóżku kolejny dzień.

- Cieszę się bardzo dziadku, może pomogę ci w ogródku co?

- D. Wiesz, przyda mi się pomoc, co prawda już większość warzyw wyrwałem, ale zostały do pozbierania jeszcze pomidory i kilka marchwi.

- Już się za to zabieram.

Zbieranie warzyw nie trwało długo, razem z dziadkiem uporaliśmy się z tym w okamgnieniu, trzeba było tylko zanieść babci warzywa do umycia i mogła już gotować obiad. Dziadek chodził po domu. Jakby czegoś szukał, a nie mógł znaleźć, więc musiałam się zapytać, czego tak szuka.

- Dziadku a czego ty szukasz?

- D. Szukam czegoś, co mógłbym zrobić albo naprawić, mam ochotę coś zrobić, a wszystko już dziś zostało zrobione i teraz nie mam co ze sobą zrobić.

- Wiesz, przydałaby się nowa buda dla naszej fasolki, bo tamta już nie nadaje się.

-D.To świetny pomysł Zosiu, tylko potrzebuje mojego młotka i gwoździ, które pożyczyłem jakiś czas temu naszym sąsiadom państwu Rosender.

- A gdzie oni mieszkają? Pójdę do nich i przyniosę ci te rzeczy.

-D.Niedaleko, wystarczy, że pójdziesz prosto tą ścieżką i skręcisz w lewo, ich dom jest większy niż nasz i jest koloru białego.

- Dobrze dziadku to idę, zaraz wrócę, wezmę ze sobą fasolkę dla towarzystwa.

- D. Tylko pilnuj jej Zosiu, by nie wpadła ci do jeziora.

- Oczywiście będę jej pilnować, do zobaczenia.

W drodze do państwa Rosender wesoło podskakiwałam i pogwizdywałam, pogoda była piękna słoneczna ani za gorąco, ani za zimno. Gdy skręciłam w lewo, tak jak mówił dziadek wnet, ujrzałam piękne jeziorko, które błyszczało przez promienie słoneczne, które odbijały się od wody. Widok był niesamowity, stałam tam wpatrzona w tafle wody jak zaczarowana, póki nie ocknęłam się, słysząc szczekanie fasolki. Mała szczekała i biegała za rudym zającem, który pojawił się nagle z gęstej trawy, nie chciałam, żeby fasolka wystraszyła biednego zajączka, więc wzięłam ją na ręce i poszliśmy dalej prosto do białego domku, a raczej dużej białej willi. Dom państwa Rosender był naprawdę piękny, po lewej stronie domu miał duży ogród z białymi ławeczkami i stolikiem ze szkła, po prawej stronie stała duża fontanna z plującą rybą i rzeźby delfina, łabędzia i coś co przypominało flaminga, a wszystkie były wycięte z żywopłotów. Podeszłam do drzwi i zadzwoniłam, dzwonek był bardzo głośny, co przez chwile mnie wystraszyło, bo nawet nie sądziłam, że taki głośny może być zwykły dzwonek.

Drzwi otwarł mi jakiś starszy mężczyzna, widziałam już takich na filmach, to musiał być lokaj.

- LO. Tak słucham, o co chodzi?

- Dzień dobry nazywam się Zosia, jestem wnuczką państwa Monti, przysłał mnie dziadek w sprawie odebrania narzędzi od państwa Rosender.

- LO. Wejdź do środka i poczekaj zaraz pan Rosender się zjawi.

- Dobrze dziękuje.

Dom państwa Rosender był niesamowity, miał dwie pary schodów prowadzących na górę, białoszarą podłogę z marmuru, duże obrazy w złotych ramkach a na suficie ogromny żyrandol z prawdziwych kryształów. Rozglądając się po domu, ujrzałam chłopaka stojącego na górze schodów, patrzył na mnie, ale milczał. Miał czarne włosy i białą skórę, najdziwniejsze było w nim to, że miał oczy w dwóch różnych kolorach, prawe oko miał niebieskie, natomiast lewe oko miał zielone. Było w nim coś, co mnie zadziwiało, więc postanowiłam przywitać się z nim.

- Hej jestem Zosia Milder, mieszkam u moich dziadków tu zaraz za zakrętem w różowym domku.

- O. Witaj Zosiu, ja mam na imię Oskar Rosender, ile masz lat?

- Za dwa dni kończę 16 lat, a ty ile masz lat?

- O. Ja miałem już urodziny w lutym, też mam 16 lat.

- W lutym? To by wyjaśniało twoją bladą skórę, jesteś dzieckiem zimy.

- O. No tak też można to ująć, co cię tu sprowadza Zosiu?

- Przysłał mnie dziadek po swoje narzędzia, potrzebujemy ich, by zbudować budę dla mojej Fasolki.

- O. Rozumiem, jest bardzo słodka, a może mógłbym wam pomóc?

- Wiesz co sądzę, że razem z dziadkiem poradzimy sobie, ale dziękuje.

- O. Zobaczymy się jeszcze?

- Jeśli chcesz to, przyjdź do różowego domku jutro, to pójdziemy na spacer z fasolką.

-O.Przyjdę na pewno, a teraz pozwól, że się oddalę, mam kilka rzeczy do zrobienia więc Dowidzenia Zosiu Córko słońca.

- haha no więc dowidzenia Synu królowej lodu.