Rozdział IV
PRZY STARYM KOŚCIELE
Stefan miał jakieś swoje tajemnicze przyczyny, że wstał następnego rana o świcie. Z okna swego pokoju ujrzał dwa urwiska, łączące się ze sobą w formie litery V. Dalej widać było niewielki pas morza barwy szarawej. Na szczycie jednego wzgórza, wyższego niż sąsiednie, stał kościół, cel jego przyjazdu. Samotny ten budynek wspinał się ku niebu, ogołocony i poczerniały. Przy nim położona była butwiejąca kwadratowa wieżyca, stojąca zupełnie oddzielnie, która wyglądała, jakby była skalnem zakończeniem zarośli, gęsto się tam rozrastających. Dokoła kościoła wznosił się niski mur. Poza murem był cmentarz. Nie był to zwykły cmentarz, przystrojony zielenią o różnych odcieniach, stanowiący nieraz piękny fragment krajobrazu. Sylwetki pomników rysowały się wprost na niebie, gdyż prócz smutnej szarawej trawy nie było tam żadnej roślinności.
W pięć minut po tym przeglądzie pokój Stefana był pusty, gdyż jego mieszkaniec wybiegł z domu.
Po dwóch godzinach zjawił się rześki i zarumieniony. Zabrał się do staranniejszej toalety, bo zrana ubrał się byle jak. I wyglądał teraz wcale pięknie po tej tajemniczej porannej eskapadzie. Usta jego mogłyby służyć za model pięknych ust. Miały ten sam wykrój, co usta Williama Pitta, jak go widzimy na popiersiu, wykonanem przez Nollekensa. Takie usta są prawdziwą fortuną dla młodego człowieka, o ile umie ich dobrze używać. Okrągły podbródek, nieco wysunięty naprzód, lecz prawidłowo zaokrąglony i pełny, łączył się ścisłą linją z osadą dolnej wargi.
Naraz wyszeptał imię Elfrydy. Tak, to była ona. Z chłopięcą szybkością, lecz z lekkością dziewczęcą, bez kapelusza biegała za oswojonym królikiem i starała się go schwytać. Pieszczotliwemi słowy wabiła go do siebie, lecz nędznik ten wyczuwał w tonie obłudę i pędził jak strzała, unikając swej prześladowczyni.
Teren, na którym trwała ta zabawa, wyróżniał się zupełnie od całej okolicy. Pęki krzewów i drzew oddzielały to piękne miejsce od reszty skalistego i nieurodzajnego gruntu. Mimo wczesnej pory roku trawa była tu bujna. Wichry nie dosięgały tego pasa wieczystej zieleni, zużywały swą energję na wierzchołkach najwyższych i najmocniejszych drzew, opasujących ten gaj.
Naraz jakaś ociężała postać, potykająca się o własne pantofle, stanęła przed jego oknem. Usłyszał:
- Panie Smith!
Stefan przyjrzał się uważniej i poznał pana Swancourta. Młody człowiek wyraził radość, że chory mógł już zejść nadół.
- O, tak. Czuję, że dziś będzie już zupełnie dobrze. Z podagrą zawarłem znajomość przed dwoma laty, i zwykle po drugiej nocy przechodzi mi zupełnie. Cóż, jakże się pan dzisiaj czuje? Widziałem, że pan wychodził.
- A tak, byłem na spacerze.
- To pan wcześnie wstał?
- A tak Wcześnie.
- Nawet chyba bardzo wcześnie?
- Rzeczywiście było bardzo wcześnie.
- I gdzież pan chodził? Pewnie nad morze? Każdy tam najpierw idzie.
- Nie. Poszedłem brzegiem rzeki koło parku.
- To pan inaczej chodzi niż wszyscy. Pewnie ta dzika, nieznana okolica skusiła pana do wyjścia z łóżka.
- Nie tak bardzo nieznana. Ale podoba mi się.
Młody człowiek nie miał widocznie ochoty do bliższych objaśnień.
- Rzeczywiście, musiał pan widocznie wstać razem z pianiem koguta... I to po czternastogodzinnej podróży... Ale to rzecz gustu i bardzo mi przyjemnie stwierdzić, że pański gust nie jest najgorszy. Po śniadaniu, ale nie wcześniej i ja będę mógł zrobić co najmniej dziesięć mil.
Widać było, że to nie jest gołosłowną przechwałką. Przy świetle dziennem okazało się, że pan Swancourt był równie piękny jak jego córka lub jego gość. Piękny oczywiście w tem znaczeniu, jak pięknym bywa księżyc w pełni. Napawając się pięknem księżyca, widzimy, że zarysy na jego tarczy służą do urozmaicenia tej błyszczącej powierzchni, nie pamiętając, iż są to tylko góry i doliny tej planety, pozbawione w tej chwili w naszych oczach wszelkich dowodów logicznych.
Cerę pan Swancourt miał wszędzie jednakowej barwy. Nie wzmacniała się na policzkach i nie bladła na czole, była wszędzie jednakowego łososiowego koloru jak zwykle u człowieka, który dobrze się odżywia - ażeby nie powiedzieć, że za dobrze - i nie martwi się niczem, i wtedy wszystkie pory skóry pracują prawidłowo. Cała postać przypominała zamożnego farmera i robiła wrażenie człowieka, który mocno stoi na nogach i niełatwo traci równowagę.
Jedyną słabą stroną wikarego było to, co zwykle bywa u każdego księdza - jego gabinet. Tu kończył się wszelki ład. Na parapecie kominka stały butelki z medykamentami dla koni, świń i krów, a przy ścianie panoszył się wielki stół, sfabrykowany z resztek starych wjazdowych wrót. Na nim tłoczyły się wypchane sowy, dudki, dzikie kaczki, a między niemi wiązki pszenicy, jęczmienia z nalepionemi kartkami z datą roku. Kilka półek, nieszczelnie zapełnionych książkami, z rzucającemi się w oczy tytułami: "Uwagi o Rzymianach" dr. Browna, "Uwagi o Koryntjanach" - dr Smitha i dr. Roinsona "Uwagi o Galatach, Efezach i Filipensach" ratowały charakter tego pokoju mimo małego domku dla lalki, stojącego między niemi, morskiego akwarjum przy oknie i kapelusza Elfrydy, wiszącego w kącie.
- Do roboty! Do roboty! - zawołał wikary po śniadaniu. Uważał za konieczne podniecić trochę osłabłą energję swego gościa.
Wybierali się do kościoła. Wikary po namyśle dosiadł czarnej kobyły, bojąc się sforsować chorą nogę. Stefan zażądał kogokolwiek do pomocy.
- Weź pan Worma! - krzyknął wikary.
Po chwili za węgłem domu dało się słyszeć jakieś mruczenie:
- Dużo wytrzymać mogę, ale teraz znowu się odmieniło... Ale taki sam jestem dobry, jak ten czy tamten... chociażby sobie pisał "squire" przed nazwiskiem...
- O co chodzi? - spytał wikary, gdy ukazał się Wiljam Worm.
Powtórzono mu jego uwagi.
- O, bo Worm często mówi prawdę - odezwał się ksiądz do Stefana. - Naprzykład teraz, jeżeli cho dzi o słowo "squire". Powiedz mi, panie Smith, dlaczego ten tytuł zeszedł całkiem na psy. Każdemu durniowi piszą teraz na liście "squire", aby tylko miał czarny kaftan na sobie. Nic więcej nie potrzeba, prawda, Worm?
- Aj! Zaczyna mi się znów smażyć we łbie!
- Co ty mówisz? To źle.
- Tak.-Worm zwrócił się z ciężkiem westchnieniem do Stefana: - Taki mam hałas we łbie, że nie mam spokojnej nocy ani dnia. Jak te ryby na patelni: frfrfr... Cały dzień, powiadam panu. Nic nie wiem, gdzie jestem ani co robię. Może Pan Bóg zlituje się nade mną wcześniej i uwolni mnie...
- A no, moja głuchota jest śmiertelną ciszą - odezwał się wikary z westchnieniem - a Wormowi smażą się ryby w głowie. Szczególne, co?
- Słyszę doskonale nawet, jak patelnia brzęczy jak żywa - zapewniał Worm.
- Rzeczywiście, że to szczególne - zgadzał się Stefan.
- Bardzo osobliwe, bardzo - powtarzał wikary, i wszyscy poszli ścieżką na wzgórze, otoczone dokoła kamiennym murem, w którym błyszczały grudki kwarcu i krwistego marmuru jak nieoszacowanej wartości klejnoty, osadzone w ciemnej oprawie.
Stefan kroczył z powagą tuż koło łba końskiego, Worm potykał się w tylnej straży, Elfryda zaś była wszędzie i nigdzie. Czasami szła naprzód, czasami zostawała wtyle, to znowu biegła zboku niby motylek. Nie miała obowiązku należenia do tej wyprawy, ale nie psuła harmonji w ogólnym pochodzie.
Wikary tymczasem tłumaczył całą sprawę:
- Właściwie, panie Smith, wcalebym się nie kłopotał odnowieniem tego kościoła, ale trzeba coś robić we własnej obronie z powodu tych... tych heretyków. Używam tego wyrazu oczywiście w znaczeniu biblijnem, nie zaś jako zasadniczego.
- To dziwne - odezwał się Stefan z życzliwem zainteresowaniem.
- Dziwne? To jeszcze nic, ale jak jest w parafji Twinkley? I jeden, i drugi zakrystjan jest... Nie chcę nawet mówić, jacy oni są... I kościelny, i grabarz tacy sami.
- Bardzo dziwne.
- Bardzo dziwne? Ależ, drogi panie, to jeszcze nic wobec tego, co się dzieje w parafji Sinnerton. Co do naszej parafji to już znać pewien postęp.
- Trzeba się zgodzić z okolicznościami i polegać na nich.
- Niema co polegać na jakichś okolicznościach. Jeżeli mamy już na kogoś liczyć, to tylko na Opatrzność. Ale jesteśmy już na miejscu. Pustkowie, co? Ale lubię tu bywać w takie dni, jak dzisiaj.
Na cmentarz kościelny wchodziło się przez kamienne schodki, na które wdrapawszy się, przychodzień widział się znów na szczycie pustego wzgórza. Ogrodzenie służyło tylko w tym celu, żeby nie można było sobie wyobrazić, że cmentarz leży na szczerem polu. Wymarzony zakątek na miejsce ostatniego spoczynku, o ile przypuszczać można, że ktoś, wymarzywszy sobie takie miejsce, będzie się niem rozkoszował. Na cmentarzu tym nie dręczyła nikogo myśl o śmierci. Otoczony grubym wałem ziemi z nabitemi weń kołkami przypominał raczej więzienie. Pięknie utrzymane kwiaty nasuwają na myśl osierocone osoby w czarnej krepie z chusteczkami przy oczach. Ślady kół na piasku przywodzą na pamięć mary i karawany, a krzaki cyprysów mówią o żałobie dla oczu ludzikch. Obraz trumny i kości, złożonych pod drzewem, zwraca naszą uwagę, że jesteśmy tylko dzierżawcami naszych grobów. Tutaj nie było nic podobnego, jeno wiele dzikiej, niesianej trawy pokrywało otaczający wał ziemi, ubarwiając nieco jego kształt, jako że nie był zupełnie kształtny, bez żadnej pretensji do estetyki. Takie sobie stare pagórzysko, nieliczące się z pięknem. Nazewnątrz były też takie same doły i taka sama trawa, a dalej jasne, pogodne morze, widziane w całym obszarze do połowy horyzontu, jakby wklęsłe, niby wnętrze błękitnej czary. Pokryte pleśnią skały sterczały każda oddzielnie nad samym brzegiem, frendzle piany otaczały ich podnóża, przynosząc białe pierze niezliczonej ilości mew, bezustannie kręcących się nad szczytami skał.
- Worm! - zawołał ostro pan Swancourt.
Worm zatrzymał się w postawie, pełnej uwagi, oczekując rozkazów. Stefan ze służącym zabrali się do roboty i pracowali, dopóki słońce nie skierowało się ku zachodniej stronie, a z kuchni probostwa nie dano znać, że obiad już gotów.
Elfryda nie weszła rano do kościoła, dopiero po południu, gdy Stefan specjalnie ją o to poprosił, przyszła. Wniosła tyle życia i ruchu w to stare, ciche wnętrze, że świat w oczach Stefana zapalił się purpurowym płomieniem. Worma odesłał, aby zmierzył wysokość wieży.
Ona zaś zbliżyła się, zbliżyła się tak, że rąbek jej sukienki muskał nogi chłopca, i spytała, czy dużo już dzisiaj zrobił rysunków. Chciała się dowiedzieć, jakie są zasady wymierzania budynków. Potem podniosła pulpit i chciała udawać kaznodzieję.
Azali czytelnik widział kiedy uroczą dziewczynę przy pulpicie kaznodziei? Pewnie nie. Autor zna takiego, który widział, i dotąd nie może zapomnieć tego widoku.
- Jeżeli pan nie powtórzy tego tatusiowi, to coś panu powiem - odezwała się nagle, pałając nieprzezwyciężoną chęcią uczynienia jakiegoś wyznania.
- O, na pewno nie powiem - odrzekł Stefan, wpatrując się w nią.
- Otóż ja bardzo często pisuję kazania dla tatusia, i są o wiele lepsze niż jego własne. A potem on opowiada każdemu, a i mnie także, co mówił na kazaniu i nie pamięta, że to ja mu napisałam. Zabawne, co?
- Pani musi być nadzwyczaj zdolna. Nigdy w życiu nie potrafiłbym napisać kazania.
- E, to bardzo łatwo - odparła, schodząc z podwyższenia, i zbliżyła się do niego, tłumacząc żywo: - To się robi tak... Czy pan bawił się kiedy w fanty? Trzeba pytać przytem: Kiedy to było? Gdzie to jest? Co to jest?
- Nie Nigdy.
- To szkoda, bo pisanie kazania to jakby ta gra. Bierze się tekst. Potem trzeba pomyśleć, dlaczego tak jest, co to jest, i tak dalej. Potem zbiera się to wszystko razem. Potem bierze się po pierwsze, po drugie i po trzecie. Tatuś nie chce nigdy, żeby było po czwarte, powiada, że po trzecie zupełnie wystarczy. Potem raz jeszcze się streszcza, następnie kładzie się te kilkanaście stron w czarną okładkę, a zboku pisze się: "opuść to, jeżeli farmerzy już zasnęli." Wreszcie kilka słów zakończenia i skończone. Ale... jeszcze nadole każdej stronicy trzeba napisać: "Ciszej trochę." Muszę to napisać, bo tatuś mówi bardzo głośno, a później coraz głośniej, wreszcie zaczyna krzyczeć jak chłop na polu. Ach ten tatuś jest czasem taki zabawny...
Uczyniwszy to wyznanie, przestraszyła się trochę, ostrzeżona kobiecym instynktem, że taka spowiedź jest może nie na miejscu wobec obcego człowieka.
Naraz, zobaczywszy ojca, pobiegła do niego. Przy wejściu na cmentarz wiatr nią zatargał, ona zaś czuła wielką ochotę biec z tym wichrem w zawody. Ruchy jej bezwiednie były pełne wdzięku. Tanecznym krokiem podbiegła do ojca, rozmawiała z nim chwilkę, wreszcie poszła do domu, a wikary podążył do kościoła do Stefana.
Wiatr odświeżył ciepłą cerę wikarego, ale w ten sposób, jak odświeża palącą się głównię. Był w doskonałem usposobieniu i z uśmiechem patrzył na Elfrydę, schodzącą z pagórka.
- Ucieka ta postrzelona - mruczał, a zwracając się do Stefana, dodał: - Ale ona wcale nie jest postrzelona, panie Smith. Jest bardzo poważna, tak samo poważna, jak i pan. A że pan jest poważny, mogłem się już przekonać, widząc pańską pilność.
- Panna Swancourt wygląda na bardzo inteligentną - wtrącił Stefan.
- O, tak, bardzo inteligentna, bardzo-odrzekł tatuś, starając się utrzymać w głosie ton bezstronnego krytycyzmu.-A wie pan, panie Smith, co panu powiem? Tylko nie mów jej pan nic o tem, bo prosiła mnie na wszystko, żebym nie wydał jej sekretu... Ona bardzo często pisze dla mnie kazania... A żeby pan wiedział jak dobrze.
- Widocznie wszystko potrafi.
- Wszystko! Taki smarkul, a ma już taką żyłkę do pracy. Ale pamiętaj pan, ani słóweczka o tem.
- Ależ naturalnie... ani słóweczka.
- A teraz spójrz pan. Co powie pan o tym dachu? Sam własnoręcznie pokrywałem go. - Wskazał laską dach nad presbiterium.
- Pan sam to zrobił?
- Tak. Zakasałem rękawy i pracowałem. Zdjąłem stare krokwie, położyłem nowe, dałem na to łaty, pokryłem łupkiem i to wszystko własnemi rękami. Worm był moim asystentem. Pracowaliśmy jak niewolnicy, prawda, Worm?
- Oj, tak, proszę pana. Ciężko było, ciężej niż tym tam... Jak niewolnicy... tak myślę właśnie. A małośmy nie poszaleli, jak gwoździe nie chciały prosto włazić. A wtedy lepiej sobie zakląć niż to wszystko w sobie dusić, prawda?
- Jakto? Dlaczego?
- Bo wtedy, jak pan pokrywał dach, to pan sobie klął tylko w duszy, a to chyba nic nie znaczy, prawda?
- Chyba nie wiesz, co się działo w mojej duszy?
- Oj, panie, panie... Ja jestem sobie taki prosty człowiek, co niebardzo nawet umie czytać, ale trochę czarować umiem... jak jeden z drugim... tak samo. Pamięta pan, jak to pan kazał mi trzymać świecę tej nocy, kiedy to była taka zawierucha, a pan robił nowe krzesło do prezbiterjum?
- Pamiętam. No, to co?
- Stałem ze świecą, a pan powiedział, że pan lubi być w towarzystwie, niechby to nawet był pies czy kot... To niby ja... A krzesło nie chciało się zrobić.
- Ach, przypominam sobie.
- Tak, krzesło nijak nie chciało się zrobić. A ja patrzyłem na to jak sam Pan Bóg.
- Worm! Ileż razy ci mówiłem, że nie wolno tak mówić.
- A ja tylko patrzyłem. A pan nie mógł wcale usiąść na tem krześle. Trochę się wszystko skręciło w tem krześle niby ta litera Z, a pan właśnie usiadł na niem. "Podnieś, Worm" - powiedział pan, a tu krzesło całe rozlatuje się. Jak pan nie złapie, jak nie ciśnie w sam kąt ze złości... A ja powiadam: "Do djabła z takiem krzesłem." "Właśnie to samo pomyślałem" - powiada pan. "Widziałem na pana twarzy, że pan tak pomyślał" - mówię do pana - a może mi Pan Bóg przebaczy, że powiedziałem to za pana, czego pan nie chciał." A pan nie mógł się powstrzymać od śmiechu, że ja, taki prosty człowiek, umiem czytać myśli pana. O, bo i ja jestem mądry, nieprzymierzając jak jeden z drugim...
- Myślę, że dobrze będzie mieć jakiegoś odpowiedniego człowieka do pomocy przy wieży i kościele- odezwał się pan Swancourt do Stefana następnego dnia. - Otrzymałem nawet od lorda Luxelliana pozwolenie posłania po tego człowieka. Kazałem mu przyjść o dziesiątej. To bardzo inteligentny robotnik, dowie się pan od niego wszystkiego o stanie murów. Nazywa się Jan Smith.
Elfryda nie chciała być w kościele po raz drugi.
- Będę patrzyła stąd na wieżę, a pan ukaże mi się na szczycie na tle nieba - mówiła, śmiejąc się.
- A ja wyjmę chusteczkę i będę nią ku pani powiewał. Za dwanaście minut będę już z góry patrzył na panią
Poszła na brzeg zagajnika u stóp wzgórza, na którem stał kościół, i tam miała oczekiwać na jego widok. Idąc tam, zobaczyła jakiegoś robotnika, mularza, w białem odzieniu, z którym stał Stefan i rozmawiał.
Ku jej zdumieniu zamiast wejść na cmentarz zasiedli obaj wygodnie na kamieniu i rozmawiali w dalszym ciągu. Elfryda czekała. Dziewięć z tych dwunastu minut już przeszło, a Stefan nie myślał ruszyć się z miejsca. Jeszcze więcej minut upłynęło, Elfryda marzła i drżała z zimna. Minął prawie kwadrans, gdy wreszcie obaj wstali i ślimaczym krokiem zaczęli wchodzić na wzgórze.
- Nieokrzesany i bez wychowania - szeptała do siebie, czerwieniąc się z gniewu. - Trudno przypuścić, żeby miał się zakochać w tym mularzu zamiast...
Koniec zdania nie został wypowiedziany, jakkolwiek był pomyślany.
- Cóż to za próżniaka przysłał tatuś do roboty? - spytała ojca.
- Co znowu? - zdziwił się. - Wręcz przeciwnie. Jest to majster mularski lorda Luxelliana, Jan Smith.
- Ach, mniejsza o to - odrzekła obojętnie Elfryda i wróciła na swój wietrzny posterunek, gdzie w oczekiwaniu umówionego znaku trzęsła się z zimna.
To przecie głupstwo, ot, taka dziecinna zabawka wyjrzeć z wieży i pomachać chusteczką. Ale obiecał jej przecie, więc pocóż ją tak dręczy.
Im silniejszy jest cios, tern większa bywa rana, ona jednak im słabiej była dotknięta, tem boleśniejszą odczuwała ranę.
Dopiero po upływie pół godziny na starym, posępnym gmachu ukazały się dwie postacie jak dwa ptaki na zrujnowanym meczecie. A Stefan widocznie już nie pamiętał o tem, co z taką dwornością obiecał, i zniknął z wieży, nie wykonawszy znaku.
Wrócił w południe. Elfryda miała minę zmartwioną, o ile wiedziała, że nie patrzy na nią, ale ile razy jego oczy spoczęły na niej - surową. Lecz chłodna ta postawa nie mogła przetrwać urazy, i trudno było jej wyrazić w tonie zupełną obojętność.
- Nie dotrzymał pan swej obietnicy i kazał mi czekać na mrozie - zrobiła mu wreszcie wymówkę przyciszonym głosem, żeby ojciec nie mógł dosłyszeć.
- Ach... proszę mi wybaczyć, błagam - zawołał Stefan zmartwiony. - Zapomniałem, zupełnie zapomniałem! Był powód, że mogłem zapomnieć.
- Więc pan nie chce się nawet wytłumaczyć? - spytała kapryśnica, nadąsana.
Milczał chwil parę, patrząc zukosa:
- Nie - odtzekł tonem człowieka, wyznającego ciężki grzech.