Prolog
W księgach zapisano, że u zarania królestw,
istniały potężne artefakty.
Takie, które nosiły w sobie okrutną klątwę,
ale i wielką moc.
Według legend, jeden z nich przełamano,
a jego skrawkami obdarowano królów.
Tak rozpoczęła się historia mocy każdej z krain.
Historia, o której zapomniano.
Błyskawica przecięła ciemnogranatowe niebo.
W oddali majaczył zarys murów rozświetlany każdym kolejnym piorunem
tańczącym po niebie. Ponurą aurę potęgowało powietrze -?ciężkie i duszące, sączyło się w nozdrza wraz z zapachem zwiastującym nadejście
ulewy.
Zakapturzona postać stanęła u stóp dawnej twierdzy. Kościste,
pomarszczone palce chwyciły za rant kaptura i odsłoniły równie
zniszczoną twarz. Siwe, skołtunione włosy ukrywały ostre rysy kobiety i kontrastowały z ciemnymi oczami koloru szarej skały.
Serce, które od tak dawna trzymała w ryzach, zabiło szybciej, zaczęło
galopować, a ręce trzęsły się już nie tylko ze starości, ale również
przez pełzającą po ciele plątaninę emocji: strachu, niepewności i złości.
"Co, jeżeli się myliłam, jeżeli nie został nawet skrawek?" -?pomyślała,
mknąc przez opuszczone korytarze.
Kolejna błyskawica.
Wdrapała się szybko po zgliszczach na szczyt niegdysiejszej wieży. Nie
pamiętała już, jak zamek wyglądał wcześniej.
Czas zrobił swoje. Zagarniał coraz więcej, jakby mury należały do niego
i bez skrupułów postanowił je zniszczyć. Dla własnej uciechy obrócić
wniwecz, tak samo jak zasnute mgłą wspomnienia.
Jednak jedno wspomnienie było tak wyraźne, tak ostre -?jak dźwięki,
drażniące jej umysł słowami, które pocięły niegdyś jej serce na kawałki.
Naznaczyło ją to tak bardzo, że gotowa była poświęcić swoje
nieśmiertelne życie dla zemsty.
Pamięć o wydarzeniach sprzed wieków nasiliła się wśród posępnych ruin.
Już się nie bała, napędzała ją już nie tylko nadzieja, ale także gniew
przejmujący kontrolę nad jej ciałem i umysłem.
Rozgrzebywała zgliszcza, próbując wyszarpać z ich szponów przedmiot,
którego tak desperacko pragnęła. Przeklęła pod nosem, gdy skaleczyła się
zmieszaną z gruzami kością.
-?Jestem blisko -?szepnęła, przyśpieszając swoje ruchy. Dyszała ciężko,
wtłaczając coraz więcej siły w zwiotczałe mięśnie.
Po chwili odsłoniła szkielet. Niemal wszystkie kości były białe niczym
mleko, wszystkie oprócz tych, będących niegdyś dłonią jej towarzyszki.
Te, poczerniały, przypominały węgiel, na którym ułożono niebieski kamień
o nieregularnym kształcie.
Rozpraszał światło błyskawic, malując szafirowe wstęgi, tak bardzo
odmienne od panującej wokół zgnilizny i rozkładu.
Zaczęło kropić, zbliżał się obfity deszcz. "Dobrze, zmyje dowody mojego
cierpienia" -?pomyślała, sięgając między poły płaszcza. Starucha wyjęła
mały, srebrny sztylet i skrzywiła się, gdy zobaczyła na ostrzu swe
odbicie. Zatrzymała się na chwilę i ponownie wbiła wzrok w oręż. Nie
pokazywał już jej lica -?zamiast ciemnych tęczówek, patrzyły na nią
szafirowe oczy o barwie przypominającej dzisiejsze burzowe niebo,
głęboką toń morza i jeziora ukrytego wśród gór.
Dostrzegła wróżbę ukrytą w obrazie, ale nie było już odwrotu -?nie
teraz, gdy znaki na niebie i ziemi dały jej szansę na zemstę.
Przesunęła ostrzem po wewnętrznej części dłoni. Szkarłatna strużka krwi
natychmiast wydostała się spomiędzy równych krawędzi rany. Spływała,
plamiąc już i tak zatęchłe odzienie kobiety.
Sięgnęła skaleczoną ręką po szafir oraz poczerniałą kość. Ścisnęła je w dłoni tak, by zmieszały się z czerwienią.
-?Przeklinam sprawcę mojej samotności, jego i kolejne pokolenia, niech
cierpią przez wieki i szukają szczęścia. Szafiry jeno odpowiedzią.
Jej głos przypominał szept niesiony echem przez wiatr. Gdy wypowiedziała
ostatnie słowo z lekkim westchnieniem, rozpłynęła się w powietrzu.
Zostały jedynie jej kości, które z trzaskiem rozsypały się po kamiennym
podłożu.
Szafir spoczął obok, czekając, by ponownie zostać znalezionym. By stać
się narzędziem nadziei lub zguby.
Rozdział 1
Targi
Morgan
-?Przebrzydłe ptaszysko! -?warknęła służka na jednego z pawi
wałęsających się po ogrodach.
Machnęła chudą ręką, jakby w jakiś magiczny sposób mogła dosięgnąć
obiekt swojego poirytowania. Przygarbiona, starsza kobieta nie ukrywała
swojej niechęci do jakichkolwiek zwierząt. Musiała jednak trzymać język
za zębami, bo pawie, zdobiące ogrody, symbolizowały jedność królestw.
Niebieskie pióra były jak szafir, który stanowił barwy króla Gideona,
natomiast kolor zielony, przypominający szmaragd, reprezentował królową
Kordię. To właśnie ona sprowadziła ozdobne ptaki do Szafirowego Zamku.
Lim, ptak przepłoszony przez służącą, jako jedyny nie miał przepięknych
szafirowo-szmaragdowych piór, ale był biały niczym kości, które zbyt
długo leżały na słońcu.
Paw albinos pojawił się znikąd i od razu stał się ulubieńcem jedynego,
ukochanego dziecka królewskiej pary, księżniczki Morgan. Podczas
spacerów wzdłuż ukrytych w zieleni ścieżek, nie odstępował jej na krok,
dotrzymując towarzystwa nawet w niepogodzie. Dlatego gdy tylko został
zbesztany, pospiesznie podbiegł do swojej pani, chowając się za
falbanami obszernej sukni.
-?Nie krzycz na niego, Weldo, to jego teren. -?Księżniczka zrobiła
groźną minę, taksując służkę spojrzeniem. Nie darzyły się sympatią, ale
stwarzały pozory, jak to zazwyczaj na dworach bywało.
"Etykieta przede wszystkim" -?mawiała jej matka.
Welda ukłoniła się, zwiesiła głowę, by ukryć brzydki grymas malujący się
na twarzy.
-?Wieści, pani. -?Wyprostowała się i wyciągnęła dłoń, w której ściskała
list.
Morgan zmarszczyła brwi, sięgając po kremowy papier. Zaczęła go oglądać,
badając szczegóły. Nie spodziewała się listu od żadnej znajomej damy.
Sama nie wiedziała, czy mogłaby którąkolwiek nazwać bliską swojemu
sercu, nie miała wielu przyjaciółek. Gdy tylko się przed kimś otwierała,
brutalnie to wykorzystywano. Ufność była przekleństwem, z którym sobie
nie radziła.
Gruba, szorstka faktura depeszy wskazywała na kogoś wysoko postawionego.
Odwróciła list w drobnej dłoni, skupiając się na pieczęci.
-?To ze Srebrnej Twierdzy -?zwróciła się do Weldy. -?Jesteś pewna, że
nie powinien trafić w ręce króla?
Welda pokręciła głową.
-?Król i królowa dostali osobne pisma.
-?Możesz odejść. -?Morgan kiwnęła służce na pożegnanie i ruszyła wzdłuż
ścieżek, wytyczonych przez gęsty żywopłot.
Szła coraz szybciej, nadmiar materiału sukni falował. Słyszała za sobą
drobne kroki Lima. Paw niemal wpadł na nią, gdy zatrzymała się
gwałtownie we wnętrzu zielonego labiryntu.
Uwielbiała tu przychodzić, to był jej azyl, miejsce bez zmartwień.
Dojście do niego było tak skomplikowane, że nikomu nie chciało się tu
przychodzić.
Na środku stała biała fontanna, a z jej środka wyrastały niebieskie
kryształy, po których spływała woda. Jej delikatny szum i plusk koił
nerwy, a wodne okręgi hipnotyzowały, rozchodząc się leniwie po niecce.
Morgan przysiadła na jednej z kamiennych ławek i odetchnęła głęboko,
wtłaczając do płuc mieszające się ze sobą zapachy kwiatów, ziemi oraz
wody. Szczególnie wyczuwalne były róże pnące się po ażurowych pergolach.
Dzień był wyjątkowo ciepły, a lekki wiatr owiewał twarz, pozostawiając
na skórze przyjemne uczucie. Nic nie wskazywało na, jakby nie patrzeć,
złe wieści, które trzymała w dłoniach.
Skoro list dostali również jej rodzice, jego zawartość oznaczała jedno:
bal. Skrzywiła się na samo wspomnienie tego słowa. Szczerze nienawidziła
tego typu zabaw, przepychu i wyścigu szczurów. "Kto założy droższą
suknię? Kto będzie miał piękniejszą fryzurę?"
Damy traciły swoją godność, natomiast natarczywi jegomoście uważający
się za dżentelmenów pozwalali sobie na zbyt wiele. Tłum i ścisk ją
przytłaczał. Do tego plotki, spojrzenia, dotyk, nadmiar jedzenia, który
się zmarnuje i zbyt wiele alkoholu.
Wzdrygnęła się, próbując zrzucić z siebie nieprzyjemne uczucie
rozchodzące się dreszczem po ciele.
Kochała rozmawiać, ale szepty w kuluarach nijak nie przypominały
ciekawej konwersacji. Dla niej interesujące były opowieści z podróży czy
debaty, chociażby na temat słuszności łączenia malin i mięty. Nie lubiła
zestawienia tych smaków prawie tak bardzo jak uczestnictwa w wystawnych
przyjęciach. Maliny za to uwielbiała, mogłaby jeść je wiadrami, chociaż
nie godziło się księżniczce obżerać.
Spojrzała na Lima. Paw przechadzał się spokojnie wokół fontanny, co
jakiś czas łypiąc na swoją właścicielkę.
-?Może zamienimy się miejscami? -?jęknęła do ptaka, który zatrzymał się,
przekrzywił główkę, jakby zastanawiał się nad sensem słów Morgan, po
czym wrócił do swoich spraw. -?Nawet masz białą suknię, co prawda pióra
nie są w modzie, ale zrobiłoby się trochę weselnie. Jakby się
zastanowić, dawno żadnego ślubu nie było. -?Uśmiechnęła się pod nosem.
Złamała pieczęć z herbem Srebrnej Twierdzy. Dwa skrzyżowane sztylety
zatopione w lakowanym herbie pękły na pół.
Ostrożnie rozłożyła papier i zamarła.
Im bardziej zagłębiała się w tekst, tym bardziej serce Morgan
przyspieszało, aż zaczęło galopować. Oddech stał się płytki, poczuła
panikę, która zawładnęła jej myślami i ruchami. Treść żołądka
niebezpiecznie podeszła do gardła. Gorset zdobnej, ciemnoniebieskiej
sukni zaczął uciskać ją jeszcze mocniej. Zrobiło się jej duszno i zaczęło brakować powietrza.
Za każdym razem, gdy czytała tekst, nie mogła uwierzyć w jego treść.
Litera po literze, zdanie po zdaniu, wszystko do niej krzyczało za
każdym razem to samo:
Morgan Safirell!
Z ogromną wdzięcznością i szczęściem przyjęliśmy propozycję Szafirowej
Krainy. Jesteśmy radzi powitać Cię wkrótce w Srebrnej Twierdzy jako
narzeczoną umiłowanego księcia Vincenta Silverbone'a. Z tej okazji
postanowiliśmy wyprawić bal, który zwieńczy książęce zaręczyny.
Uroczystość odbędzie się w ostatnią niedzielę miesiąca i jesteśmy
szczęśliwi, mogąc podjąć Cię jako gościa honorowego.
Pragniemy również życzyć wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia,
na którą wkrótce wkroczysz wraz z naszym synem.
Z wyrazami szacunku,
Król i królowa Srebrnej Krainy,
Ostar i Far Silverbone'owie
-?To żart -?wyszeptała do siebie. -?To musi być żart. -?Zaczęła
powstrzymywać szloch.
Nie pamiętała, kiedy liścik wypadł jej z rąk.
Biegła.
Nie przejmowała się potknięciami, możliwością upadku -?w tamtym momencie
czuła się, jakby już upadała. Potrzebowała odpowiedzi, natychmiast!
Biegła coraz szybciej, brązowe kosmyki wypadły z lekkiego upięcia. Jej
szafirowe oczy piekły od łez, które spływały wartkim strumieniem po
twarzy. Przebiegła przez ogrody, a wszystkie napotkane pawie umykały jej
z drogi. Służki i możni z zaskoczeniem obserwowali ją, szepcząc do
siebie skonsternowani.
Chwyciła materiał sukni, by nie potknąć się na schodach prowadzących do
zamku. Wbiegła przez wrota, przemknęła przez korytarze, aż w końcu
dotarła do biblioteki, gdzie miała nadzieję odnaleźć jednego ze swoich
rodziców.
Zatrzymała się w wejściu, dostrzegając obojga siedzących przy stoliku.
Sączyli wino, jakby świętowali wielki sukces. Skrzywiła się: ich
zwycięstwo, wspaniałe nowiny dla królestwa, były okupione przyszłością
Morgan.
-?To żart, prawda? -?powtarzała sobie te słowa, odkąd przeczytała list.
Gideon i Kordia wymienili się spojrzeniami, by później utkwić wzrok w rozczochranej i zalanej łzami księżniczce.
-?Usiądź, kochanie -?powiedziała łagodnie królowa. Uzbrojoną w bogato
zdobione pierścienie dłonią poklepała fotel obok swojego.
-?Nie!
-?Morgan. -?Tym razem wtrącił się ojciec. -?Proszę, porozmawiajmy.
Z dwojga królewskiej pary to ojciec był mniej surowy. Miała wrażenie, że
to jej matka dzierżyła władzę zarówno w sypialni, jak i w całym zamku.
Morgan pociągnęła nosem i usiadła niedbale na jednym z miękkich foteli,
a wzrok utkwiła w swoich drżących dłoniach. Co chwilę jej ciałem targał
dreszcz przerażenia i było coraz bardziej duszno. Nie mogła się skupić,
więc rozglądała się gorączkowo w poszukiwaniu drogi ucieczki. Zgarbiła
się, gdy zdała sobie sprawę, że znalazła się w sytuacji bez wyjścia.
Miała ochotę wtopić się w fotel i udawać, że zniknęła. Zazwyczaj piękna
biblioteka była jednym z jej ulubionych miejsc, a obecnie ją
przytłaczała, jakby białe regały z księgami stały się wyższe niż
zazwyczaj, a balkony zaraz miały się zawalić. Nie cieszyło jej nawet
słońce malujące promieniami wzory na drewnianym parkiecie.
-?Chcieliśmy wkrótce cię poinformować, ale nie sądziliśmy, że Ostar i Far poczynią tak szybko kolejne kroki -?wyjaśniła Kordia, wyrywając
księżniczkę z zamyślenia.
Gideon nalał do pustego kielicha czerwone wino. Podał go córce, licząc,
że zdoła jakoś wyrwać ją ze stanu otępienia.
Morgan nie miała ochoty ani się odzywać, ani wypić trunku. Domyślała
się, że wino pozwoliłoby na chwilę ukoić jej nerwy, jednak o poranku
myśli zaatakowałyby ją ze zdwojoną siłą. Zaczęła ważyć za i przeciw. W tym stanie nie potrzebowała wiele, by podłoga stała się chybotliwa, a świat wirował. I bez alkoholu czuła się podobnie.
-?Nie mieliśmy wyjścia -?ciągnął Gideon. -?Nie doczekaliśmy się
dziedzica.
Spoglądał na córkę łagodnym wzrokiem. Miał tęczówki prawie tak samo
niebieskie jak ona. Ciemne włosy odziedziczyła po matce, król bowiem od
zawsze miał jasne, cienkie włosy. Odkąd się przerzedziły, golił się na
łyso. Morgan przeniosła spojrzenie z ojca na kielich.
Polerowane srebro odbijało zniekształcone rysy twarzy księżniczki.
Zastanowiła się jeszcze chwilę i szybko wychyliła całą jego zawartość,
złudnie czekając na szybkie efekty.
Kordia cmoknęła z dezaprobatą i zabrała kielich córce, obawiając się
pijackiego skandalu.
-?Przecież macie mnie -?powiedziała słabo, jakby sama nie wierzyła w moc
swoich słów.
-?Wiesz, kochanie, że to tak nie działa -?odparła królowa, a jej
ciemnozielone tęczówki bacznie śledziły każdy gest córki.
-?Więc postanowiliście mnie sprzedać? -?Morgan wbiła wściekłe spojrzenie
w matkę.
Nie spodziewała się po nich czegoś takiego. Zdradzono ją,
przehandlowano. Chwila milczenia przedłużała się niebezpiecznie.
Powietrze zgęstniało, a drobiny kurzu zawisły złowrogo.
-?Nawet nie spytaliście mnie o zgodę -?warknęła Morgan. -?Mam przecież
czas!
-?Masz dziewiętnaście lat! -?Kordia podniosła głos. -?W niektórych
częściach świata byłabyś już niechcianą starą panną, a kobieta nie może
rządzić! Obalono by cię, zanim jeszcze korona spoczęłaby na twoich
skroniach!
Król wstał i złapał drobną rękę córki. Zamknął ją w uścisku dodającym
otuchy. Księżniczka prychnęła, wyrywając dłoń. Wstała gwałtownie, a świat zawirował. Bynajmniej nie była to wina trunku. Zrobiło jej się
słabo, gorset uciskał coraz mocniej, a serce już nie galopowało, ale
mknęło szybkim rytmem.
Gideon chciał ją złapać, ale powstrzymała go gestem.
-?Brzydzę się... -?powiedziała. -?Brzydzę się wami. -?Głos Morgan drżał
niemal tak samo jak ona. Poczuła gorycz w gardle.
Kordia wstała w milczeniu i wbiła wściekłe spojrzenie w księżniczkę.
Uniosła rękę i nim zdążyła się powstrzymać, wymierzyła jej policzek, za
którym podążył piekący ból.
Odwróciła wzrok i zacisnęła powieki, bojąc się spojrzeć matce w oczy.
-?Kordia?! Co z tobą?! -?Gideon otworzył szeroko oczy. Zapewne nie
dowierzał tej scenie, bo nigdy nie widział swojej ukochanej w takim
stanie.
-?Ja... -?zawahała się. -?Morgan, kochanie, przepraszam -?jęknęła królowa,
zdając sobie sprawę ze swego czynu.
Księżniczka przycisnęła dłoń do twarzy. Jej lico pulsowało bólem. Gdyby
to było zwykłe uderzenie, następnego dnia nie miałaby po nim śladu.
Zdawała sobie sprawę, że przez zdobiące palce Kordii pierścienie
zakwitną na jej policzkach siniaki.
Wyminęła w milczeniu rodziców i biegiem puściła się do swojej komnaty.
Sprzedali ją, oddali bez słowa wyjaśnienia, bez możliwości zdecydowania,
i to komu!
"Vincent Silverbone" -?pomyślała.
Gorzej nie mogli jej wydać.
Vincent
Ludzie zapominali, że może i był niemową, ale wciąż słyszał.
Latami był świadkiem debat, intryg i zakulisowych, politycznych
rozgrywek. Nie przeszkadzało mu to i wręcz wysługiwał się swoim stanem,
by zdobywać interesujące informacje. Bez skrupułów je później
wykorzystywał, zyskując wpływy i koneksje.
"Milczący książę, gorszy z braci, ujma na królewskim honorze".
Ze względu na status księcia obelgi szeptano za jego plecami. Żadna mu
nie umknęła. Z czasem przestał się nimi przejmować. Zdarzało mu się
mścić, ale zazwyczaj ktoś wyjątkowo musiał zaleźć mu za skórę.
Vincent czekał, aż jego ofiara zapomni o sprawie i uderzał w najmniej
spodziewanym momencie. Wyręczał się najemnikami i nikt nie był w stanie
powiązać księcia z pobiciami, zniknięciami czy podpaleniami. Nim wydał
wyrok, upewniał się o winie nieszczęśnika. Nie uważał się za okrutnego.
Po prostu odpłacał pięknym za nadobne.
W tamtym momencie wściekłość nie mogła znaleźć ujścia. Zakradała się jak
cień i przejmowała władzę nad emocjami.
Gdyby mógł, wykrzyczałby przekleństwa we wszystkich znanych mu językach.
Ojciec stwierdził, że wieści z Szafirowego Zamku to dla niego szansa.
Vincent wykrzywił usta w gorzkim uśmiechu. On jej nie dostrzegał.
Pomimo swobody, jaką mu dawano, miał dosyć życia w cieniu królewskiej
rodziny. Nie miał jednak ochoty się żenić. Życie samotnika mu
odpowiadało. Gdyby nie starszy brat, Jerkan, już dawno uciekłby i popłynął w nieznane. Poczuł się zdradzony, jak wyścigowy koń, który
najlepsze czasy miał już za sobą. Wystawiono go na sprzedaż, a gdy tylko
nadarzyła się okazja, dobito targu, płacąc za niego pokaźną sumę.
W tym przypadku chodziło o wpływy i władzę, jaką zyskałaby Srebrna
Twierdza. Ostar twierdził, że to przypieczętowanie przyjaźni, Vincent
natomiast uważał to za nonsens.
"Kto da więcej!" -?ironizował w myślach. Dobrze wiedział, kto.
Prychnął -?tyle był w stanie z siebie wykrzesać.
Mógł krzyczeć, ale i tak nie skleciłby żadnych słów. Z jego ust wypadłby
tylko niedbały bełkot.
Przez moment chciał zapisać wszystko to, co odczuwał w tamtym momencie i rzucić pergamin w ognisko albo schować listę nieszczęść, jakie go
spotkały do butelki i utopić w szafirowych wodach pobliskiego jeziora.
Mimowolnie, wyobrażając sobie tę scenę, jego myśli popłynęły do
niechcianej wybranki.
Widział ją tylko raz.
Ekscentryczna dziewucha. Jej wargi nie przestawały się poruszać,
wyrzucając z siebie kolejne słowa, zdania i niekończące się opowieści.
Przewrócił oczami, gdy umysł podsunął mu obraz roześmianej twarzy
księżniczki. Brylowała w towarzystwie, czując się wśród dam jak ryba w wodzie.
W jej żyłach płynęła potężna magia, której nawet nie umiała dobrze
wykorzystać. Trwoniła swój talent na infantylne sztuczki. Tamtego dnia
oddalił się, gdy Morgan wyczarowała szafirowe ptaszki latające nad
głowami możnych. Pokaz skończył się katastrofą, bo kilka wplątało się w bujne fryzury dam i musiała interweniować królowa Kordia, rozsypując je
w kryształowy pył. Jej matka była roztropna. Nie marnowała talentu na
błahostki.
Nie przykładał do tego spotkania wagi. Nie myślał, że kiedykolwiek
przyjdzie mu jeszcze raz ją zobaczyć. Nie znał jej, ale tamten widok
wystarczył, by wyrobić sobie opinię.
Owszem, urodę miała godną księżniczki, ale w życiu nie chodziło tylko o to. Gdyby potrzebował pięknej dziewki, poszedłby do zamtuza i zaspokoił
swoje potrzeby. Nie musiałby nawet przesadnie prosić. Kobiety uważały go
za przystojnego i lgnęły do niego skuszone odkryciem prawdy, ukrytej w plotkach. Jeszcze bardziej interesował je wypchany po brzegi mieszek ze
srebrem.
Szedł przestronnym korytarzem, a przez wąskie okna wlewały się ostatnie
promienie słońca. Odgłos podkutych butów z cholewami odbijał się od
pustych, kamiennych ścian. Miał wrażenie, że przestrzeń się zmniejsza,
jakby mury się przesuwały i za chwilę miały go zgnieść.
Przyspieszył kroku, zaciskając coraz mocniej pięści.
Czekał na zmierzch, aż noc zakradnie się w zakamarki Srebrnej Twierdzy,
zagarniając ją dla siebie. Czuł się wtedy bezpieczny, liczył, że mrok
ukoi jego nerwy.
Trzasnął drzwiami, wchodząc do swojej komnaty, wiecznie skąpanej w półmroku. Książę nie odsuwał czarnych zasłon, a światła dostarczały
jedynie świece i metalowe kandelabry.
Odetchnął, gdy znalazł się w swojej przystani. Ta świadomość dodała mu
otuchy i nieco spowolniła kotłujące się myśli.
Nie chciał wystawnej izby. Stało tu jedynie proste łóżko, kredens na
alkohole, biblioteczka, dwa fotele i stolik, na którym czekała karafka z winem i kielich.
Kusiła go kąpiel, przygotowana już za parawanem. Utkwił jednak wzrok w winie. Uznał, że przyda mu się bardziej niż kąpiel.
Chwilę później opadł na jeden z obitych brązowym welurem foteli i przycisnął palce do skroni. Jego głowa pulsowała, jakby ktoś próbował
przebić czaszkę od środka. Nerwy i nadmiar wrażeń odcisnęły piętno,
objawiając się silnym bólem.
Przeczesał szczupłymi palcami szare włosy, by później ukryć twarz w dłoniach. Zacisnął powieki, ukrywając czekoladowe tęczówki. Nigdy nie
myślał o sobie jako o pełnoprawnym księciu, a wielu nawet nie uważało go
za godnego tego tytułu. Tymczasem ożenek z księżniczką miał mu przynieść
w przyszłości koronę Szafirowej Krainy. Niestety, musiałby przez to
wyjść z cienia, który był mu przyjacielem.
Sięgnął po karafkę i kielich z pobliskiego stolika. Wypełnił go po same
brzegi, po czym jednym haustem wlał w siebie cierpkie wino. Skrzywił
się, gdy gorycz rozlała się po języku i gardle. Napełnił kielich kolejny
raz i z trzaskiem odłożył karafkę na kamienny blat.
Czuł się przytłoczony, jakby nosił na barkach wielki ciężar -?kamień
węgielny swego losu. Rozpiął niedbale kilka guzików ciemnej koszuli. Nie
chciały współpracować, więc zerwał z siebie odzienie i rzucił w kąt jak
szmatę.
Oparł się, odnajdując wygodną pozycję. Sięgnął po kielich i tym razem
upił jedynie łyk. Drugą rękę wyciągnął przed siebie. Skupił się i stworzył lewitującą w powietrzu srebrną kulkę. Przekrzywił głowę, wygiął
usta w ironizującym uśmiechu. Sprawił, że przedmiot stał się płynnym
metalem, wprawił go w ruch i przeplatał między palcami. Jasna ciecz wiła
się po skórze jak wąż. Po chwili znów stała się kulką, a książę zmienił
metal w niewielkiego ptaszka, przypominającego kształtem wróbla, którego
stworzyła kiedyś Morgan.
"Szafirowa księżniczka... -?zamyślił się książę, po czym westchnął. Zgiął
nadgarstek, a ptaszek przemknął przez komnatę, rozbił się z łoskotem o ścianę i zamienił w srebrzysty pył. -?Jakby los niewystarczająco mnie
pokarał".
Rozdział 2
Moralność
Vincent
Obudził się w fotelu. Ze snu wyrwało go pukanie, które powoli
przeradzało się w uporczywe walenie. Miał wrażenie, że jeszcze chwila, a zawiasy puszczą i drzwi wpadną do środka.
Domyślał się, kto stoi po drugiej stronie.
Odetchnął głęboko i zamrugał kilka razy, próbując strzepnąć resztki snu
z powiek. Wszystkie kości bolały go od niewygodnej pozycji, w której
zasnął. Kielich leżał na ziemi, a na stole walało się kilka opróżnionych
butelek wina. Pozostałości trunku splamiły marmurowy stolik i jego
jasne, lniane spodnie. Nawet podłoga lepiła się w miejscu zastygłej,
winnej plamy.
Dźwignął się z trudem i o mało nie stracił równowagi. Najwidoczniej
trunek nadal krążył w jego ciele. Głowa wciąż pulsowała i miał wrażenie,
że ból się nasilił. Ścisnął palcami miejsce u nasady nosa i zmarszczył
brwi, zaciskając powieki. Nie pomogło.
Powłóczył do drzwi, rozsunął rygiel i otworzył je na oścież, zapraszając
niedbałym gestem swego gościa.
-?Wyglądasz jak gówno. -?Jerkan wszedł pewnie, obdarzając brata pełnym
rozbawienia uśmiechem.
Gdy Vincent zatrzasnął za nim drzwi, miał wrażenie, że łoskot rozszedł
się w jego głowie, a nie po izbie.
Starszy brat spojrzał na niego z góry, co nie było znów takie trudne, bo
przewyższał, i tak dość wysokiego Vincenta, o głowę. Bracia mieli
podobne, ostre rysy twarzy, jednak Jerkana wyróżniały dużo ciemniejsze
włosy, piegi i haczykowaty nos. Nosili podobne fryzury, z tym że
przyszły król przykładał więcej uwagi do swojego wyglądu. Pasma włosów
nosił zawsze nienagannie zaczesane do tyłu, a krótsze boki starannie
golił na krótko. W przeciwieństwie do Vincenta, który, pomimo
regularnych wizyt królewskiego fryzjera, nosił włosy w nieładzie.
-?Mogłeś powiedzieć, że urządzasz biesiadę. Chętnie dotrzymałbym ci
towarzystwa. -?Jerkan z obrzydzeniem przesunął jedną z butelek i usiadł
na fotelu, omijając plamę na podłodze.
Młodszy z braci spojrzał na niego surowo, przewrócił oczami i nie
przejmując się bałaganem, wrócił do stolika, zajmując to samo miejsce co
wcześniej. Przeczesał tłuste włosy i odchylił się na oparciu, skupiając
wzrok na ciemnych belkach biegnących po suficie.
Miał żal do brata. Wiedział, jaki Vincent ma stosunek do świata, a jednak nie wstawił się za nim i nie zaprotestował w jego imieniu. Stał
tylko i przyglądał się, gdy ojciec wydawał na niego wyrok.
-?Daj spokój! Może nie będzie tak źle? Pomyśl o możliwościach. -?Jerkan
przesuwał butelkami po blacie, aż znalazł jedną, której Vincent nie
opróżnił poprzedniego wieczoru. Chwycił butelkę i zaczął w nią stukać
palcami. Uderzenie każdego ze srebrnych pierścieni o szkło potęgowało
ból głowy młodszego z braci.
Vincent łypnął na niego z ukosa, wykrzywiając przy tym usta w grymasie.
Jak na komendę Jerkan przestał drażnić brata.
Rozumieli się bez słów.
Często Vincent używał specjalnych gestów, dzięki którym komunikował się
z ludźmi z najbliższego otoczenia. Znaki układane dłońmi nie
przekazywały co prawda wszystkich myśli dosłownie, ale język gestów
wciąż był w fazie opracowania. W wielu częściach świata różnił się od
siebie, czasami dochodziło nawet na tym tle do błędnych interpretacji,
co prowadziło do większych lub mniejszych afer.
Z mniej ważnymi osobami Vincent wymieniał korespondencję, a czasami
udawał, że i tego nie potrafi. Tak było wygodniej, ludzie go lekceważyli
i mógł wtedy w pełni wykorzystywać swój stan, działając po cichu.
-?Dobre? -?zapytał Jerkan, wskazując trzymaną w dłoni butelkę.
Młodszy z braci przytaknął i przygarbił się, próbując schować się przed
światem. Jego towarzysz uniósł wino w geście toastu i wyżłopał zawartość
butelki w ekspresowym tempie. Westchnął i rozłożył się na fotelu jak
król na tronie.
-?Zdecydowanie musisz podać je na weselu. -?Jerkan wyszczerzył się w kpiącym uśmiechu.
Vincent zapragnął rzucić jedną z butelek w brata, ale powstrzymał się,
obdarzając go jedynie prychnięciem i gorzkim uśmiechem. Wykonał rękoma
kilka gestów układających się w słowa:
-?Jak twoja żona, braciszku? -?Jednocześnie posłał bratu wyzywające
spojrzenie.
Jerkan uśmiechnął się dziko.
-?Na moje szczęście podróż Kai w rodzinne strony się przedłużyła.
Podejrzewam, że winien jest temu jeden z jej dawnych kochanków, ten z ciemnymi kędziorami na głowie. -?Teatralnie okręcił sobie jeden z kosmyków wokół palca. -?Taki układ mi odpowiada, oboje znamy swoje
obowiązki i jednocześnie jesteśmy wolni. Musimy tylko nie rzucać się w oczy z naszymi podbojami. -?Westchnął przeciągle. -?Widziałeś nową
służkę? Tą z szerokimi biodrami i jasnym warkoczem do pasa? Ach... -?Twarz
Jerkana przybrała coś na kształt rozmarzonego chłopca, który dopiero
odkrywał, czym jest przyjemność. -?Miałem cudowną noc. Może twoja
przyszła żona też zgodzi się na taki układ? Widziałem ją kiedyś na
jednym z przyjęć, urodziwa jest.
-?I co z tego? To chodząca katastrofa. Poza tym wątpię, nie wiem. -
Vince przestał na chwilę gestykulować. -?Nie chcę o tym myśleć.
-?Rozmawiałeś z nią choć raz?
Vincent łypnął na brata spode łba. Wiedział, że sarkazm to nieodłączna
część Jerkana, a jednak zapragnął go udusić. Zamiast tego wziął głęboki
oddech i pokiwał przecząco głową.
-?Ciekawe, czy jest taka cnotliwa, na jaką wygląda. -?Jerkan uśmiechnął
się paskudnie.
-?Nie waż się jej tknąć! -?Vincent zrobił groźną minę i walnął pięścią
w stół. Butelki zabrzęczały, kilka upadło, jedna potoczyła się po blacie
i spadła, rozbijając się na parkiecie. Może nie chciał się żenić, ale
nie uważał związków takich jak Jerkana i Kayi za normalne, a jego brat o tym wiedział. Tego typu relacje należały do popularnej praktyki na
dworach, tajemnica, o której wszyscy wiedzieli, ale nikt nie śmiał mówić
o niej głośno. Zazwyczaj cierpiała na tym reputacja obiektów
zainteresowania wysoko urodzonych i Vincent nie mógł pozwolić, by Morgan
ucierpiała w grze możnych. Nie zasługiwała na to, nawet jeżeli jej nie
cierpiał.
"Czy kiedykolwiek mógłby zdradzić?"
Pomyślał o żonie brata. Kaya była silna, należała do kobiet twardo
stąpających po ziemi, wiedziała, czego i kogo chce. Morgan natomiast
wydawała mu się zwiewna i delikatna, tak łatwa do zranienia.
Nigdy nie był w stałym związku. Tym bardziej nie myślał o ślubie. Nie
chciał go i w jednej chwili zapragnął do niego nie dopuścić. Jeszcze nie
wiedział, jak to zrobi, ale nie obchodził go skandal, jaki wywoła.
Zdawał sobie też sprawę, że być może złamie tym swoją wybrankę.
"Swoją?" -?pomyślał. Przecież nie miał możliwości wybrać. Nie była
"jego".
-?Nie wiem, o czym myślisz, ale minę masz nietęgą. -?Jerkan wyrwał
Vincenta z rozmyślań. -?Domyślam się, że nie masz ochoty na wspólne
śniadanie. Przyślę kogoś. -?Wstał i poprawił idealnie skrojony,
ciemnozielony surdut. Nim wyszedł, podszedł do brata, poklepał go po
ramieniu i dodał pokrzepiająco: -?Cokolwiek postanowisz, wiedz, że
jestem z tobą, braciszku.
Został sam, on i jego myśli, krzyk, uwięziony wewnątrz umysłu.
I tak był gorszym z braci, tym, po którym można było się spodziewać
kłopotów. Kolejna, chociaż spektakularna farsa nic by nie zmieniła.
Spojrzał w stronę okien. Wzdłuż krawędzi ciemnych, ciężkich zasłon,
sączyło się światło dnia. Ściągnął z siebie buty, brudne spodnie i bieliznę. Przeszedł za parawan, gdzie czekała na niego już lodowata
kąpiel.
Odgonił wszelkie myśli krążące wokół ślubu, miał jeszcze czas, za to
musiał skupić się na dzisiejszym wieczorze.
Wizyta jego brata wyrwała go z rutyny, a czekało na niego zadanie, które
od pewnego czasu spędzało mu sen z powiek. Jak najszybciej chciał pozbyć
się kaca i przywrócić pracę swojego umysłu na właściwe tory.
Od jakiegoś czasu słyszał o magiku rozgłaszającym wieści o tajemniczym
artefakcie. Normalnie nie zwróciłby uwagi na tego typu plotki, ale ów
człowiek twierdził, że wszedł w posiadanie jednego z fragmentów
mistycznego przedmiotu. Potwierdzał to fakt, że mógł czarować, chociaż
były to proste, bzdurne sztuczki. Mogły być iluzją lub faktycznie w jakiś sposób posiadł możliwość kontrolowania danej Sfery -?w tym
przypadku złotej. Po pokazie nie chciał nikomu pokazać stworzonych przez
siebie złotych kart.
Sfer było siedem: Złoto, Srebro, Szafir, Szmaragd, Rubin, Kwarc i zapomniana Magia Kości. Zagadnienie było o tyle ciekawe, że tylko
członkowie królewskiego rodu posiadali magiczne moce. Związane były z artefaktami charakterystycznymi dla każdej z Krain: Złota Klamra,
Srebrna Rękojeść, Szafir, Szmaragd, Rubin i Kwarcowe Ostrze. Nie wiadomo
było, z czym związano kości. Magik mógł okazać się szarlatanem albo, na
co liczył Vincent, był nieślubnym dzieckiem wysoko postawionego członka
rodu Złotej Przystani. Zyskałby dzięki temu kartę przetargową, gdyby
akurat potrzebował odpowiedniej przysługi.
Tak czy inaczej musiał najpierw dowiedzieć się prawdy.
Wziął długą kąpiel, która nie ukoiła do końca wszystkich nerwów. Stał
chwilę w milczeniu, drżał z zimna, a woda ciurkiem ściekała z jego
włosów. Usłyszał, jak drzwi się otwierają i po chwili zamykają -?nie
zdążył zareagować. Kroki zbliżały się szybko i służka, która nie
zauważyła go stojącego za parawanem gwałtownie rozsunęła zasłony.
Ostre światło wlało się do środka. Syknął przeciągle, mrużąc oczy.
Kobieta odwróciła się, zrzucając przy tym jeden ze stojących na
kredensie kandelabrów na podłogę. Brzęk metalu poniósł się po komnacie.
Zasłoniła usta dłońmi, wpatrując się w nagą sylwetkę księcia.
Prześlizgnął spojrzeniem po ciele drobnej blondynki. Przez ramię
przewieszony miała długi warkocz, fartuch ciasno opinał talię i eksponował szersze biodra.
Uśmiechnął się pod nosem, już wiedział, że pojawienie się tej konkretnej
służącej to sprawka starszego brata. Zauważył rumieniec rozlewający się
na jej policzkach i wzrok, którym go pożerała. Zbliżył się nieznacznie,
próbując odgadnąć intencje kobiety. Dobrze wiedział, że dość spora część
młódek próbowała trafić do królewskiej służby nie tylko ze względu na
godziwe wynagrodzenie. Liczyły, że ktoś ze szlachetnie urodzonych je
zauważy. Czasami chodziło im po prostu o dobrą zabawę.
-?P-proszę wy-wybaczyć -?jąkała się zagubiona, nie odrywając wzroku od
Vincenta. -?Ja... -?Nie skończyła, podejrzewał, że dobrze wiedziała, że
zastanie go w komnacie.
Zrobił kolejny krok.
Służka wyciągnęła drobną dłoń, przesuwając po szczupłym, ale umięśnionym
torsie księcia. Utkwiła niebieskie oczy w jego ustach. Vincent znów się
zbliżył, zmuszając służkę, by oparła się plecami o szybę. Jedną ręką
podparł się o zimne szkło, drugą sięgnął po warkocz, który zaczął owijać
sobie wokół dłoni. Ścisnął go mocniej i lekko pociągnął. Z ust służki
wydostało się ciche westchnienie, po czym uśmiechnęła się do niego
zalotnie. Przymrużyła powieki, gdy książę pochylił się, omiatając jej
szyję oddechem. Musnął ustami skórę tuż pod uchem i poczuł, jak jej
ciało się rozluźnia.
Postanowił, że wieczorna sprawa może poczekać, a resztę nerwów ukoi w ramionach pięknej blondynki.
Morgan
Morgan siedziała przed dużym lustrem w ozdobnej ramie i oglądała
policzek, który zaszedł fioletem. Twarz w miejscu siniaka pulsowała
nieznośnie. Oczy miała opuchnięte od wylanych przez całą noc łez.
-?Ciężko będzie ukryć to pod makijażem. -?Westchnęła do swego odbicia.
Na blacie leżało mnóstwo pomadek, pudrów i innych specyfików,
przysłanych przez jej matkę. Ten gest powiększył dystans zrodzony
poprzedniego dnia. Na łóżku czekała suknia, również wybrana przez jej
matkę. Bogato zdobiony gorset i obszerna spódnica miały odcień kremowej
bezy, do której poprzyczepiano niebieskie, aksamitne motylki. Patrząc na
suknię, Morgan robiło się tak samo niedobrze jak na wspomnienie o przyszłych zaślubinach. Miała ochotę zerwać zwiewne baldachimy
zwieszające się nad łóżkiem, porozdzierać je i razem z kreacją wyrzucić
przez okno.
Szybko odgoniła te myśli, chciała jednak w subtelny sposób postawić się
Kordii, skupiła się więc na detalach sukni i zamieniła materiałowe owady
w szafirowe, kryształowe motylki. Rozpierzchły się po komnacie, latały
wokół głowy księżniczki, do czasu, aż do pomieszczenia weszła Astrid,
dwórka i jej jedyna przyjaciółka. Miała obfite, kobiece kształty,
podkreślone przez pięknie opinający biust gorset, tym razem w kolorze
jasnozielonym. Pełne usta zawsze malowała w odcieniu pasującym do
kasztanowych, spływających kaskadą włosów.
Smutek powoli przeradzał się w coraz mocniej wzbierający w jej wnętrzu
gniew. Poprzedniego dnia nie miała okazji porozmawiać z przyjaciółką,
więc teraz wszystkie emocje wzięły górę. W uszach zaczęło jej piszczeć,
skupiła się na motylkach, które najpierw zaczęły pękać, a później
rozwaliły się na drobne, nieregularne kamienne grudki. Z trzaskiem
spadły na podłogę i potoczyły się pod stopy Astrid. Morgan spojrzała
smutno w piwne oczy swojej towarzyszki.
-?Och, Morgan -?jęknęła, widząc twarz księżniczki. -?Tak mi przykro.
-?To mój najmniejszy problem. -?Odetchnęła głęboko, nagle nawet luźna,
zwiewna koszula zaczęła ją drażnić i uciskać. -?Moja matka wpadła w jakiś amok i stała się kontrolującym wszystko potworem. Po naszej kłótni
miała czelność przysłać mi nowy jadłospis, bo przecież muszę trzymać
dietę, przysłała karnet z wytycznymi zbliżającego się balu i nakazała
wszystkim służkom raportować o moim stanie i humorach. I to wszystko,
nim minęły dwie godziny od tego. -?Otworzyła szerzej oczy, wskazując
swój obity policzek.
Astrid zrobiła kwaśną minę.
-?Nie! -?sapnęła Morgan. -?Tobie też kazała mnie szpiegować?
-?Niestety. Pokaż, zobaczymy, co da się z tym zrobić. -?Podeszła, a pod
jej stopami zachrzęściły resztki motyli.
Złapała księżniczkę za rękę i poprowadziła pod wielkie okna, skąd
rozpościerał się widok na królewskie ogrody, a oblicze Morgan oświetliły
naturalne promienie słońca. Podparła dłonią jej brodę i zaczęła oglądać
twarz, na zmianę odwracając głową na prawo i lewo.
-?Szkoda, że usunęłaś motylki z sukni. -?Znów chwyciła jej rękę i z powrotem usadziła przy toaletce. Widząc wściekłe spojrzenie księżniczki,
dodała: -?No co, widziałam, jak ją szykują.
-?I co z tymi motylkami? -?Morgan zwiesiła wzrok, poczuła się źle,
podejrzewając przyjaciółkę o zmowę z królową.
-?Mogłabym wtedy zrobić obszerniejszy makijaż, ukryłby zasinienie pod
okiem, teraz za bardzo nie mam do czego dobrać podobnego odcienia.
-?A teraz? -?Księżniczka wyciągnęła dłoń w stronę gorsetu. Skupiła się
na górnej części, w którą wszyto mnóstwo rozpraszających światło
szkiełek i zaczęła zamieniać je w szafiry. Im schodziła niżej, tym
bardziej przerzedzała wyczarowywane przez siebie klejnoty, tworząc efekt
ombre.
Astrid uśmiechnęła się od ucha do ucha, ale i tak wycedziła przez zęby:
-?Wiesz, że twoja matka wygarbuje nam za to skórę? Podobno pół nocy
wybierała tę kreację.
Nie chodziło tylko o trud królowej, każdy wytworzony przez rodzinę
królewską kryształ musiał być zatwierdzony przez króla i radę. Do obiegu
nie mógł trafić żaden nieautoryzowany klejnot. Te królewskie były
droższe niż wydobywane w kopalniach, dlatego pilnowano, by nie zachwiać
rynku, wprowadzając na niego zbyt dużej ilości surowca. Koronnymi
wyrobami handlowano na całym świecie, miały ogromną wartość, bo ludzie
złudnie wierzyli, że wraz z grudką metalu czy kamieniem staną się
posiadaczami skrawka magii. Wielu i tak ceniło bardziej naturalne
kryształy, srebro i złoto dostępne na całym świecie, ponad tymi
tworzonymi za pomocą magii. Nimi głównie chwalili się możni, dumnie
krocząc obwieszeni błyskotkami jak ogromny żyrandol w sali balowej
zamku.
Morgan wiedziała, że będzie musiała zniszczyć suknię, bowiem szafiry
wytworzone magią nieco różniły się od naturalnych. Miały mocniejszą
barwę i każdy szanujący się jubiler potrafił dostrzec rozbieżności.
Oryginalne królewskie kamienie szlachetne dodatkowo opatrzone były
herbem, widocznym pod szkłem powiększającym. Tajemnice jak to robić,
znał tylko król -?wiedzę tę przekazywano z pokolenia na pokolenie
jedynie męskim dziedzicom. Wkrótce miał ją posiąść również i Vincent, bo
żeniąc się z Morgan, musiał wyzbyć się swojej magii i przyjąć
błogosławieństwo Szafirowej Krainy. Nawet matka Morgan, Kordia, nie
poznała tej tajemnicy, chociaż księżniczka wiedziała, że usilnie
próbowała ją zgłębić.
-?Niech nawet pęknie z wściekłości, nie obchodzi mnie to -?warknęła,
wyobrażając sobie purpurową ze złości twarz matki.
Po ponad godzinie Morgan była niemal gotowa. Astrid przygotowywała
fryzurę księżniczki. Część włosów z ciasnego upięcia opadała zwiewnie
wzdłuż nieco opuchniętej i posiniaczonej twarzy. Rozbudowany i ciężki
makijaż nie był w stanie ukryć wszystkiego. Oczy damy prześlizgnęły się
po twarzy przyjaciółki. Widząc jej smutną minę, wykrzywiła usta w delikatnym uśmiechu.
-?Hej. -?Zaczesała ostatni ciemny kosmyk za ucho, łapiąc przy tym
szafirowe spojrzenie Morgan. -?Wszystko się ułoży. -?Pocałowała
księżniczkę w czoło, ujęła delikatnie jej dłoń i pociągnęła w stronę
wyjścia.
Jej ruchy były machinalne, pozwoliła się prowadzić Astrid w kierunku
jadalni do czasu, gdy zeszły do niższych partii zamku, gdzie niemal cały
hol wypełniały podróżne kufry.
-?Co się dzieje? -?zapytała, otrząsając się z otępienia.
-?Nie wiesz? -?Jej dama dworu była zaskoczona. -?Nie powiedziano ci -
stwierdziła z troską w głosie. -?Jutro, skoro świt, wyjeżdżacie do
Srebrnej Twierdzy.
-?Niedobrze mi -?jęknęła Morgan.
-?Może za mocno zacisnęłam gorset?
-?Nie, zapewniam cię, że to nie to. -?Przełknęła ślinę. -?To gorsze niż
tysiąc gorsetów.
W milczeniu przyglądała się coraz większemu stosowi bagaży, które
przynoszono do holu. Do pomieszczenia, przez ogromne okna wlewały się
ciepłe promienie słońca. Odbijały się od białych murów, potęgując
wrażenie ogromu pomieszczenia. Kontrast stanowił jedynie parkiet z ciemnego drewna ułożonego w misterne mozaiki.
Bramy były otwarte na oścież, a zakończony ostrym łukiem otwór wyglądał
jak rama dla obrazu. W oddali majaczyło morze zieleni. Gdzieś wśród traw
przechadzały się pawie.
Chciała utrwalić ten widok w pamięci.
Wiedziała, że jeżeli wyjedzie z domu, już do niego nie wróci; nie
pozwolą jej, będzie musiała czekać do ślubu zamknięta w okowach srebra
jak więzień. Później zapewne zamieszka w jakimś opustoszałym pałacu,
których mnóstwo było rozsianych po całym kontynencie. Barka, bo tak
brzmiała jego wspólna nazwa, była dziwnym światem, podzielonym na sześć
królestw. W jej centrum znajdowała się dawna Kraina Kości, miejsce bez
magii, opuszczone, zniszczone, od niedawna oddane pod rządy Krainy
Srebra.
Nawet tam nie mogła uciec.
Przełknęła gorzką gulę, która uwięzła jej w gardle. Powstrzymała łzy
cisnące się do oczu. Musiała zaakceptować swój los, nie miała innego
wyjścia -?chyba że udałoby jej się uciec.
Rozdział 3
Wędrowiec
Vincent
Zrzucił z siebie rękę blondynki. Ta w odpowiedzi ziewnęła, po czym
zamruczała jak kotka i obdarzyła Vincenta przeciągłym spojrzeniem.
Przewrócił oczami w odpowiedzi -?nie miał czasu na dalsze gierki. Rzucił
w jej stronę sukienkę, co spotkało się z pełnym złości prychnięciem.
Książę nie przejmował się negliżem, podszedł do barku i nalał sobie
bursztynowego trunku pędzonego na spirytusie. Oparł się zawadiacko o kredens, pociągnął łyk alkoholu, a ostra ciecz zapiekła podniebienie i gardło. Przyglądał się z lekkim rozbawieniem wściekłej kochance.
Niedbale wiązała fartuch wokół pasa. Jej lśniące od potu krągłości
przykrył materiał, a potargany warkocz potwierdzał, jak dobrze się
bawiła. Mogłaby być wdzięczna za każdy krzyk, który Vincent wydobył z niej podczas igraszek, ale miał wrażenie, że prędzej udusi go warkoczem,
niż podziękuje.
"Nie pierwsza, nie ostatnia".
Kobieta odgarnęła spocone blond kosmyki z czoła i wbiła złowrogie
spojrzenie w księcia.
-?Twój brat był bardziej uprzejmy -?wycedziła. Gdy wyszła, trzasnęła
drzwiami z siłą, jakiej by się po niej nie spodziewał.
"Na pewno nie był tak zwinny" -?Vincent dopowiedział sobie w myślach i uśmiechnął się łobuzersko.
Rzucił okiem w stronę odsłoniętego okna. Nie lubił blasku, który mącił
umysł, więc odłożył butelkę i podszedł do przeszklenia. Złapał za
krawędzie zasłon. Spoglądał chwilę na powoli chylące się ku zachodowi
słońce -?ku pomarańczowemu horyzontowi i na srebrzyste dachy zdobione
cennym kruszcem. Obszerne okapy zwieszały się nad ciasnymi i wąskimi
uliczkami, skutecznie zasłaniając tętniące na nich życie. Nie żałował
tego widoku, z tej odległości i tak ludzie wyglądaliby jak mrówki
kotłujące się w swoim gnieździe. Był całkiem inny niż brat Jerkan.
Wybrał wschodnie skrzydło, gdzie rozpościerał się widok na ogrody i jezioro, bo w jego mniemaniu było to bardziej romantyczne.
Vince zasunął kotary i dał sobie kilka oddechów na skupienie myśli.
Delektował się światłem powoli spalających się świec i zapachem tych,
które zgasły. Lekki dym unosił się w powietrzu, prezentując
hipnotyzujący taniec w przesączającej się spomiędzy kotar smudze słońca.
"Już czas".
Przywdział czarne spodnie oraz koszulę i buty z wysokimi cholewami w tym
samym kolorze. Zarzucił na siebie ciemny, nieco sfatygowany płaszcz z obszernym kapturem. Pozostały mu jedynie kwestie bezpieczeństwa.
Podszedł do drzwi, ale zamiast wyjść, zasunął rygiel i dodatkowo użył
Magii Srebra. Oblał zamek płynnym metalem, skutecznie uniemożliwiając
wejście do komnaty od zewnątrz. Gdy upewnił się, że wszystko wygląda jak
należy, ruszył do obszernego gobelinu zdobiącego jedną ze ścian.
Odchylił szorstki materiał i naparł na ścianę w miejscu pomiędzy
łączeniami ciemnej boazerii. Coś kliknęło po drugiej stronie murów i boazeria odskoczyła w kierunku księcia. Z małej szczeliny buchnęło tak
znane mu zatęchłe powietrze i kurz niesiony przeciągiem.
Prześlizgnął się przez wąskie przejście i zamknął wrota z cichym
kliknięciem. Było ledwo słyszalne, a i tak wąski korytarz poniósł echo,
które najpierw nabrało mocy, by później umilknąć.
Zapalił kaganek, który zawsze czekał na niego przy wejściu i po cichu
ruszył ciasnym korytarzem. Nieregularne ściany czasami zwężały się lub
rozszerzały. Mijał odnogi i wejścia do innych pomieszczeń. Znał te
korytarze jak własną kieszeń. Dorobił do nich wejście z własnej komnaty
nielegalnie, nikt więc nie zdawał sobie sprawy, że została połączona z resztą labiryntu. Powiedział o tym jedynie bratu, natomiast o samych
tunelach krążyły legendy, niekiedy nabierające mistycznej otoczki. Tak
naprawdę służyły do usuwania niewygodnych gości, aranżowania
nielegalnych schadzek czy przemycania kontrabandy.
Książę dokładnie wiedział, kiedy minął granicę Twierdzy. Korytarz zwężał
się jeszcze bardziej, a na jego końcu zamajaczył jasny punkt, który
powiększał się z każdym krokiem. Nim wyszedł, odstawił zgaszoną już
lampę na jeden z wystających kamieni.
Odgarnął kaskadę bluszczu, za którą ostatnie promienie słońca chowały
się za horyzontem. Znalazł się na cmentarzysku, w samym środku Srebrnego
Miasta. Założył kaptur, zasłaniając większość twarzy i jego
ciemnobrązowe oczy skrył mrok. Celowo wszedł w błoto, plamiąc
wypolerowaną skórę butów. Wskoczył w większą kałużę, brudząc również
spodnie. W takich ubłoconych łachach nikt nie mógł skojarzyć go z księciem. Tego wieczoru chciał być niewidzialny, skryć się w najciemniejszym zakamarku i obserwować wydarzenia. Wszystkie mijane
nagrobki wyglądały jak zastygłe w czasie i przestrzeni postaci z sennych
koszmarów, bóstwa z największych dzieł literatury czy anioły wyrwane z wersetów świętych pism. Dla Vincenta były jedynie detalem w całej,
rozległej cmentarnej tkance.
Nie przykładał do nich uwagi -?skupiał za to wzrok na zabudowaniach w oddali -?miasteczko już niemal całkowicie pochłonęła noc, a ciemną plamę
zabudowań przecinały złote wstęgi płonących wzdłuż ulic lamp i pochodni.
Przeszedł przez misternie zdobioną bramę ze srebra, nie zawieszając na
niej spojrzenia. Nikt nie śmiał ukraść chociaż kawałka drogocennego
kruszcu. Pradziadek Vincenta, po którym odziedziczył imię, zaczarował ją
w taki sposób, by złodziej zamieniał się w srebrny posąg, gdy tylko jej
dotknie. Na cmentarzysku stało ich kilka, nieszczęśnicy, którzy nie
zawierzyli koronie, srebrzyli się w blasku księżyca ku przestrodze.
Vince zagłębił się w wąskie i coraz bardziej gwarne uliczki. Mijał
grupki kurtyzan mamiących swymi wdziękami, gdzieś buchnął ogień z przyrządzanych, orientalnych posiłków, melodie ulicznych grajków
mieszały się ze sobą, tworząc kakofonię zniekształconych dźwięków.
-?Może chcesz się zabawić, przystojniaku? -?Poczuł na sobie dłoń
kobiety, którą natychmiast odtrącił.
Przeciskał się przez coraz większy tłum.
-?Za jedynie dwie srebrne monety...
-?Może spróbujesz szczęścia w grze w kości? -?Zagadnął go jakiś
pijaczyna.
Dźwięki docierały zewsząd. Szedł szybko, więc niknęły, nim zdążył dobrze
je zrozumieć, aż dotarł do speluny na głównym placu. Kamienica
wzniesiona z drewna i cegły była nieco przechylona i sam nie wiedział,
jakim cudem urzędnicy króla jeszcze jej nie zamknęli. Nad skleconymi z kilku desek drzwiami wisiał spaczony szyld przedstawiający nazwę i emblemat oberży: "Srebrny Lis".
Drzwi wpuściły go do środka ze skrzypnięciem. O tej porze niemal
wszystkie drewniane stoły i ławy były już zajęte. Za barem stała Egira,
drobna szatynka i córka właściciela, która niejednemu mężczyźnie
potrafiła dobrze przywalić. Umiała sobie radzić nie dlatego, że chciała
-?po prostu musiała. Za nią rozciągały się regały z glinianymi
naczyniami, butelkami i karafkami z najróżniejszymi trunkami. Obok
kontuaru stworzono prowizoryczną scenę, na której występowali bardowie,
wędrowne trupy czy, jak dzisiejszego wieczoru, magicy. Podłoga
skrzypiała pod naporem buciorów, a przestrzeń oświetlały liczne świece.
Ich stopiony wosk już dawno stworzył pokaźne skorupy i zastygłe
wodospady. Wyłożone drewnem wnętrze było tak samo krzywe jak fasada
budynku.
Vincent przywarł do ściany, schował się w zacienionym miejscu przy
wejściu i zaczął się rozglądać. Po lewej dostrzegł jednego ze swoich
ludzi, najemnika imieniem Parkin. Skrzywił się, widząc, jak mężczyzna
wyróżnia się z tłumu: skórzane wdzianka nabite ćwiekami, miecz i łysa
głowa sprawiały, że wraz ze szramami przecinającymi niemal całą lewą
stronę twarzy, zwracał na siebie uwagę. Przeniósł wzrok na prawo -
siedział tam Wilan, dość młody, butny chłopak, zbliżony wiekiem do
księcia. Swoje ciemne włosy do ramion schował pod kapturem zwykłego
płaszcza i wyglądem wtopił się w tłum. Vincent najął go ze względu na
jego hart ducha i spryt. Wilan, jakby wyczuł, że ktoś mu się przygląda,
odwrócił się i wbił swoje ciemne, lekko skośne oczy w księcia.
Vincent kiwnął mu ledwo dostrzegalnie. Jeszcze raz omiótł pomieszczenie
i znalazł pojedynczy, pusty stolik w mało atrakcyjnym zakątku tawerny.
Zajął miejsce na chybotliwym stołku, rzucił srebrną monetę chłopcu,
który po chwili przyniósł mu kufel piwa. Starał się nie dotykać
lepiącego się blatu. Nie przecierano go chyba od tygodnia, jeżeli nie
dłużej. Wątpił, czy Egira zaprzątała sobie głowę czystością, skoro jej
rodzinę obchodziły jedynie zyski. Tak niewiele klasy społeczne różniły
się od siebie. Zawsze chodziło o bogactwo i wpływy.
Gwar nagle ucichł, na co Vincent czekał. Chciał obserwować wydarzenia,
obadać teren, przemknąć niezauważany, neutralizując ewentualne
zagrożenia i sprawdzić, co mężczyzna podający się za czarodzieja ma do
powiedzenia.
Na podium stanął, wyjątkowo schludnie ubrany właściciel tawerny. Gilip
Foxby najlepsze lata miał już za sobą. Łysiał, wiotkie, siwe włosy
zostały mu jedynie po bokach i z tyłu głowy. Wyglądały jak futrzana
korona marnej jakości, którą ktoś założył łysemu na czerep. Nie
oszczędzał się w piciu, co potwierdzał duży, czerwony nos. Pod tym
względem szkoda mu było Egiry, dziewczyna sama ciągnęła biznes. Jej
matka Fiona wiecznie chorowała, potrafiła też całymi dniami siedzieć w fotelu i patrzeć tępo w ścianę.
Vincent zdziwił się, widząc Gilipa w całkiem niezłej formie. Jego
obecność dodawała wagi wydarzeniu, nawet jeżeli właściciel Srebrnego
Lisa nie szokował swoją prezencją -?chyba że w negatywnym tego słowa
znaczeniu.
-?Panie i panowie, szanowni goście! -?Baryton mężczyzny ostatecznie
uciszył wszystkie rozmowy, prócz krzątaniny Egiry za barem. -
Dzisiejszego wieczoru, w skromnych progach Srebrnego Lisa, mam zaszczyt
gościć niesamowitego Złotego Wędrowca! -?wykrzyczał pseudonim magika,
ukłonił się teatralnie i zszedł ze sceny. Po chwili pojawiła się na niej
postać odziana w fioletowy, aksamitny płaszcz z kapturem. Groteski
całemu ubiorowi dodawały potężne kołnierze, które zawijały się i opadały
pod własnym ciężarem.
Wędrowiec odsłonił twarz; mężczyzna był szczupły, większość jego lica
zasłaniała obszerna, posiwiała broda i dłuższe włosy. Z całego fioletu i siwizny wyróżniał się duży, wąski nos i zielone oczy. Bez słowa magik
wyciągnął ręce, zaczął wymachiwać nimi, gestykulując dodatkowo
nadgarstkami. W jego rękach pojawiła się bryłka złota, nie lewitowała,
za to bezpiecznie spoczywała w szczupłej dłoni mężczyzny. Nie zrobiło to
wrażenia na księciu, ale za to po widowni przetoczyło się westchnienie
zachwytu.
Vincent zmarszczył brwi, czarodziej poruszał się tak szybko, że nie był
w stanie dostrzec, czy wyczarował złoto, czy wyciągnął je z przydużych
rękawów.
Nieświadomy obserwacji Złoty Wędrowiec kontynuował swój spektakl.
Obrócił się, znów machnął rękoma i tym razem w dłoni pojawiły się złote
karty, cienkie i delikatne. Tłum zaczął klaskać i gwizdać, ale mężczyzna
brnął dalej, wykonał kilka sztuczek z pomocą złotej talii, aż stało się
coś niewytłumaczalnego. Karty zniknęły, magik klasnął w dłonie i zamienił się w złoty posąg, który po chwili rozsypał się w mieniący pył.
Książę wstał gwałtownie i kiwnął głową do swoich towarzyszy. Najemnicy
na komendę przecisnęli się przez rozemocjonowaną widownię i wypadli na
tyły Srebrnego Lisa. Vincent przemknął niepostrzeżenie wzdłuż ścian i wyszedł głównym wyjściem. Pomknął przez trakt, wpadł w boczną uliczkę i w ostatnim momencie zatarasował drogę Wędrowcowi. Zaskoczony mężczyzna
rzucił się w drugą stronę, ale odbił się od postawnych sylwetek Wilana i Parkina. Mężczyźni natychmiast złapali go pod ramiona i powlekli do
pustego lokalu obok oberży.
Vincent poprawił tylko płaszcz i zgarnął tobołki magika, które ten
wypuścił z rąk.
-?Nie! Błagam! Zostawcie mnie! -?Nieszczęśnik krzyczał wniebogłosy.
Parkin warknął i wsadził mu w usta kawałek fioletowego materiału
wydartego płaszcza. Wędrowiec wciąż wrzeszczał, ale tym razem jego
zawodzenie było dostatecznie przytłumione. Usadzili go na drewnianym
krześle, związali ręce za plecami, a naprzeciwko usiadł Vincent. Utkwił
wzrok w swojej ofierze i wysypał zawartość pokaźnej sakwy na podłogę.
Kiwnął do Wilana, z którym wcześniej uzgodnili przebieg przesłuchania.
Nauczył chłopaka rozmowy poprzez gesty, był więc spokojny o rozwój
sytuacji.
Parkin położył swoje wielkie łapsko na barku czarodzieja, ściskając go
ostrzegawczo.
-?Kim jesteś? -?zagadnął chłopak.
Odpowiedział mu jedynie bełkot. Książę kiwnął do Parkina, ten wyciągnął
zwitek materiału z ust więźnia.
-?Pomocy! -?natychmiast zaczął się drzeć, ile miał siły w płucach.
-?Nikt cię tu nie usłyszy -?warknął łysy najemnik.
-?Spójrz na mnie! -?Wilan kucnął przed nim i skupił na sobie jego wzrok.
-?Nie zrobimy ci krzywdy, chcemy jedynie wiedzieć, kim jesteś i skąd
posiadłeś Złotą Sferę. -?Wyciągnął dłoń, ścisnął szczękę Wędrowca i szarpnął. -?Rozumiesz?!
Czarodziej potaknął ze łzami w oczach, nie patrzył jednak na chłopaka,
spoglądał w dal, wprost na zakapturzonego Vincenta.
-?Powtórzę pytanie. -?Chłopak wstał i przeszedł za plecy księcia. -?Kim
jesteś i skąd masz Sferę Złota?
-?Mam na imię Malik, przybyłem z południa.
-?Ze Złotej Przystani? -?Tym razem odezwał się Parkin.
-?Tak. Pewnie myślicie, że jestem krewnym Goldwellów?
-?A nie jesteś? -?Zapytał Wilan.
-?Niestety.
Vincent spojrzał za ramię, na chłopaka, który zaciskał teraz usta w wąską linię. Wskazał ręką przedmioty, dając Wilanowi wskazówkę, o co ma
zapytać.
-?Skąd masz moce?
-?Dzięki Złotej Klamrze. -?powiedział cicho.
-?Ukradłeś Goldwellom ich święty przedmiot? -?zdziwił się Parkin, na co
Malik przecząco pokręcił głową.
-?Ich klamra jest jedynie fragmentem większego artefaktu. W mojej
rodzinie przechowywano jedynie jej część.
Vincent podejrzewał kłamstwo -?większy artefakt, co za brednie. By dojść
prawdy, przeczesał rzeczy Wędrowca, a przerażone spojrzenie skrępowanego
mężczyzny śledziło każdy przedmiot, który wpadł w ręce księcia. Klamry
nigdzie nie było, ale jego uwagę przykuła niewielka, sfatygowana księga
w skórzanej oprawie. Vince otworzył ją ostrożnie i z trudem ukrył
zdziwienie, gdy zobaczył, co jest w środku. Książka przypominała
dziennik z mnóstwem tajemniczych zapisków. Najbardziej wyjątkowe
wydawało się jednak wydrążone wnętrze. Wśród liter i papieru znajdowało
się to, czego szukał -?a przynajmniej tak mu się wydawało. Mała złota
ozdoba lśniła w blasku nikłych płomieni oświetlających wnętrze. Miał
przed sobą coś, co przypominało klamrę Goldwellów, jednak wzory na niej
wyryte wyglądały inaczej, podobnie jak niewielkie wystające haczyki na
jednym z boków. Książę przeczesał pamięć, próbując odnaleźć obraz
oryginalnej klamry. Przełknął ślinę, uświadamiając sobie, że Malik mówił
prawdę. Klamra w Złotej Przystani wyglądała jak lustrzane odbicie tej,
którą właśnie trzymał w dłoniach -?haczyki niewątpliwie miały łączyć oba
przedmioty.
Vincentowi nie podobało się to, co widzi, a dziwna obawa osiadła na jego
barkach, jakby zarówno w księdze, jak i przedmiocie w niej ukrytym
czaiło się niewypowiedziane zło i cierpienie. Przewertował pozostałe,
nieuszkodzone karty, ale wszystkie zapiski stworzono w nieznanym mu
języku. W takich sytuacjach nie można było dać po sobie znać, że
jakiekolwiek emocje wdzierają się do umysłu, a właśnie kotłowało się w nim zbyt wiele z frustracją na czele. Książę, zachowując spokój, zamknął
książkę i schował przedmiot do kieszeni płaszcza, po czym zwrócił się do
Wilana:
-?Zapytaj, czy zna pismo z dziennika i skąd wie, jak używać klamry. -
Skończył gestykulować i znów spojrzał na Malika.
Vincent za późno zorientował się, że więzień zrozumiał jego mowę.
Widział, jak mężczyzna otwiera szerzej usta, językiem sięga do górnych
trzonowców i zaciska żuchwę. Usłyszał trzask pękającej fiolki.
-?Nie! -?krzyknął książę, ale słowo wypadło z jego ust jako niedbały,
zniekształcony wrzask.
Malik spurpurowiał na twarzy, zaczął się trząść w konwulsjach, a z jego
ust wypływała żółta piana. Vincent dopadł do niego, ale nie mógł już nic
zrobić, mógł jedynie bezradnie zacisnąć pięści, dając upust złości, jaka
go zalała.
Magik umarł, zastygł z szeroko otwartymi oczyma.
-?Co z nim zrobić, książę? -?odezwał się Wilan.
-?Pozbądźcie się go -?nakazał Vincent.
Zacisnął usta w cienką kreskę i przerzucił jeszcze raz przedmioty
Wędrowca. Nie znalazł nic ciekawego, zostawił je więc najemnikom, by
mogli później spieniężyć łup. Zabrał jedynie księgę i fragment klamry.
Na odchodne rzucił każdemu mieszek srebra. Każdy wart więcej niż życie
Parkina, Wilana i ich rodzin razem wziętych. Tym sposobem kupował ich
lojalność i milczenie.
Nie obchodziło go, co zrobią z ciałem, ufał pod tym względem najemnikom
i mogli je rzucić nawet bezpańskim psom na pożarcie lub zakopać na
cmentarzu. Cokolwiek, byle tylko nie musiał oglądać więcej gęby Malika,
który śmiał umrzeć, zanim zdradził swe tajemnice.
Vince był wściekły, bo sprawy nie potoczyły się po jego myśli, a wręcz
przybrały nierealny obrót, wliczając w to drogę powrotną.
Gdy przekroczył bramę cmentarza w drodze do tajnych korytarzy, natknął
się na hieny cmentarne. Nie zamierzał ryzykować konfrontacji i rozpoznania, postanowił więc wrócić do zamku głównym wejściem. Ściągnął
kaptur i minął oniemiałych strażników, którzy spojrzeli tylko po sobie i przepuścili księcia, wzruszając ramionami. Dobrze znali jego charakter,
nocne schadzki czy imprezy poza Srebrną Twierdzą, więc sytuacja była dla
nich czymś normalnym. Od czasu, gdy opuścił mury, zmieniły się także
straże, więc mijani gwardziści nie wiedzieli, że książę wyszedł inną
drogą.
Zaczął się wspinać po stu stopniach prowadzących z głównego dziedzińca
do holu. Co kilka kamiennych bloków mijał wielkie wazy, w których palił
się olej. Na zmianę owiewał go chłód nocy i ciepło palenisk. Po bokach
zbocza rozgałęziały się ścieżki i resztki dawnych zabudowań. Twierdzę
wielokrotnie przebudowywano, stąd też osamotnione fragmenty murów i ukryte korytarze. Każdy władca chciał zostawić coś po sobie, a obecnie
wyglądało to jak chaotyczna, ociężała plątanina różnych stylów
architektonicznych, udających siedzibę potężnego rodu Silverbone'ów. Dla
Vincenta był to pomnik rozbuchanego ego każdego władcy i próby
przewyższenia swojego poprzednika, a wisienką na przysadzistym,
kamiennym torcie było ciężkie, główne wejście. Przeszedł przez
rzeźbione, pokryte srebrem wrota uchylone dla niego przez kolejnych
strażników. Wszyscy byli ubrani w szare tuniki i srebrne kirysy z herbem
Krainy na piersi, takim samym, które widniały na potężnych skrzydłach
drzwiowych. Dwa skrzyżowane sztylety majaczyły w świetle żywego ognia,
przytłaczając Vincenta jeszcze bardziej.
Złość rozlewała się po jego ciele, a myśli galopowały, nie uważał
zdobycia przedmiotów za sukces. Obawiał się, że bez potrzebnej wiedzy
będą bezużyteczne. Przemknął przez główny hol i skierował się ku
schodom. Nim wskoczył na pierwszy stopień, zatrzymał go surowy ton ojca.
-?Vincent! -?usłyszał po swojej lewej.
Książę westchnął, uspokoił nerwy i z ironicznym uśmiechem odwrócił się w stronę króla. Długie siwe włosy spływały po ramionach Ostara, twarz
naznaczona zmarszczkami nie pasowała do jego silnej, wręcz atletycznej
postury. Przeszywał syna zimnym spojrzeniem jasnoszarych tęczówek. To
ich odróżniało -?oczy, które Jerkan i Vincent odziedziczyli po matce,
ciepłe i błyszczące, nie jak u ojca -?skute lodem, niemal martwe, tak
samo jak jego dusza.
-?Znowu się włóczyłeś po zamtuzach? -?Król nie czekał na odpowiedź syna,
tylko zniknął we wnętrzu sali tronowej.
Vincent odetchnął głęboko i ruszył za ojcem -?nie mógł go zlekceważyć,
chociaż chciał. Zignorowanie Ostara przyniosłoby gorsze skutki niż
wysłuchanie jego słów, nieważne, jak bardzo raniące by one nie były.
Przeszedł przez zakończony prostym łukiem otwór i trafił do jeszcze
mniej zdobnej sali. Sklepienie podtrzymywały okrągłe kolumny,
gdzieniegdzie zdobione przewiązką. Jedyną, piękną rzecz stanowiły
ogromne przeszklenia, przez które wychodziło się na taras i ogrody. Z sufitu zwieszały się natomiast srebrne żyrandole. Wszystko było szare i nijakie. Nagle, nie wiedzieć czemu, wyobraził sobie Morgan w szafirowej
sukni, stojącą po środku sali. Uśmiechnął się na myśl, jak bardzo
dziewczyna nie będzie pasować do tego miejsca.
Ostar zasiadł wśród licznych poduch, na masywnym, kamiennym tronie.
-?Porozmawiajmy o twoim zachowaniu. -?Król dobrze wiedział, że syn mu
nie odpowie, a jednak korzystał z każdej okazji upodlenia go, jaka się
nadarzała. -?To musi się skończyć -?zagroził.
Książę posłał ojcu pytające spojrzenie, założył ręce na piersi i uniósł
brwi, udając zaskoczonego.
-?Nie udawaj!
Ostar popatrzył z odrazą na syna i westchnął. W geście bezradności oparł
się wygodnie i bezwładnie ułożył ręce na podłokietnikach tronu.
-?Myślisz, że nie wiem o dzisiejszej kurewce w twojej sypialni? Wiesz,
ile musiałem jej zapłacić, żeby powściągnęła język?
Vincent milczał, nie miał zamiaru nawet gestykulować, cokolwiek by
zrobił, ojciec i tak by go nie posłuchał. Podejrzewał, że urodziwej
służki już nie spotka, że już nikt jej nie zobaczy. Ostar nie
ryzykowałby skandalem, kobieta i tak paplałaby na prawo i lewo o tym jak
uwiodła książęta. Przekupstwo było jedynie na pokaz.
-?Za tydzień przybywa twoja narzeczona, a za dwa świętujemy zaręczyny -
oznajmił. -?Zacznij się zachowywać, jak na księcia przystało.
"Oczywiście, bo Jerkan zachowuje się jak wzorowy przyszły władca" -
pomyślał Vincent. Nie powstrzymał się i przewrócił oczami, cmokając przy
tym ironicznie.
-?Nie lekceważ mnie! -?wrzask Ostara odbił się od pustych ścian. -
Dostałeś od losu wyjątkową szansę, dodatkowo Szafirowa Kraina jest
bogata, to wspaniały mariaż, dający ci ogromne wpływy!
"Mi, czy wam?" Książę uśmiechnął się krzywo.
-?Odejdź, nie chcę na ciebie patrzeć. -?Król machnął ręką i odwrócił
wzrok od syna.
Vincent wyszedł, stawiając ciche kroki, jak miał w zwyczaju. Przemknął
korytarzami i stanął przed drzwiami do swojej komnaty. Przyłożył dłoń do
zamka i po chwili wypłynęło z niego srebro. Zaczęło skapywać na
posadzkę, gdzie rozbijało się w srebrny pył, który osiadł jak kurz na
butach i kamiennych kaflach. Wyciągnął klucz, zamek puścił, a rygiel z brzękiem zaprosił go do środka.
Pierwsze, co zrobił po wejściu, to sięgnął po otwartą wcześniej butelkę
alkoholu. Miał wszystkiego dosyć, swojego książęcego życia, bycia tym
gorszym bratem, nieudanego wieczoru, zaręczyn. Jerkanowi niemal wszystko
uchodziło na sucho, Vincent natomiast miał wrażenie, że zbiera cięgi za
ich obu.
Pociągnął duszkiem kilka palących gardło łyków. Spojrzał na butelkę,
dobry rocznik, trunek miał dwadzieścia trzy lata. Ostar nakazał
wyprodukować go z okazji narodzin Vincenta. To była jedyna rzecz
zrobiona na jego cześć, podyktowana szczęściem. Każda kolejna, zwłaszcza
gdy okazało się, że nie mówi, stanowiła jedynie grę pozorów.
"Smutna prawda -?pomyślał, obserwując bursztynowy płyn. -?Do dna!"
Rozdział 4
Jak najdalej stąd
Morgan
Jedzenie na stole wprawiało Morgan w obrzydzenie. Ze ściśniętym
żołądkiem skubała widelcem mięsiwo, nie biorąc ani kęsa do ust.
Jak podejrzewała, Kordia gotowa była zerwać z niej suknię, gdy tylko
ujrzała Morgan w wejściu do jadalni. Widząc dzieło córki, przez twarz
królowej najpierw przemknął gorzki uśmiech, później zacisnęła pięści, aż
w końcu zapomniała, jak się oddycha. Ze sztucznym uśmiechem powstrzymała
się od jakichkolwiek uwag, bo na śniadaniu obecne były również jej
znajome. Szczebiotała jak młódka, opowiadając o wielkim szczęściu, jakie
spotkało rodzinę królewską i samą księżniczkę.
-?Zjedz coś, proszę -?szepnęła jej do ucha Astrid.
Morgan w odpowiedzi obdarzyła przyjaciółkę słabym uśmiechem i odłożyła
widelec. Miała wrażenie, że gdyby tylko cokolwiek przełknęła, zaraz
zwróciłaby całą zawartość żołądka na suto zastawiony stół.
Na jego drugim końcu siedział król. Gideon zerkał co jakiś czas na
Morgan z troską. To była jego jedyna reakcja, nie odezwał się słowem i zapewne nie chciał stawać przeciwko swojej żonie. Rozmawiał z radnym
Pixem, mężem jednej z dam, również obecnej na śniadaniu. Tego ranka
chciała przypodobać się monarchini, ubrała więc szafirowe kolczyki i przesadnie zdobną suknię, która wyglądała jak zaniedbana rabata z kwiatami. Groteski dodawał kapelusz, ledwie przykrywający jej
kędzierzawe włosy. Radny Pix był przeciwieństwem żony, skromny,
powściągliwy, nie zachowywał się tak głośno. Wiedział, kiedy może sobie
pozwolić na żart lub uprzejmość. Ona natomiast zawsze chciała wyglądać
na bogatszą, niż była w rzeczywistości.
-?Jak Roxanne Pix nie przestanie gadać, to zemdli mnie tak samo jak
ciebie. -?Astrid puściła oczko do księżniczki.
-?Nie wiem, co jest gorsze, ona czy posępna Gloria Felwer.
Obie dziewczyny jak na komendę spojrzały w stronę kobiety. Chociaż była
wdową, nie nosiła czerni, wolała ciemne szarości, które nijak pasowały
do jasnoniebieskich dodatków. Szczupła twarz i wychudzona sylwetka
idealnie współgrały z wrednym charakterem damy.
-?Jest jak sęp czatujący na ofiarę -?dopowiedziała Morgan.
Astrid parsknęła śmiechem -?zbyt głośno, bo wszystkie oczy zwróciły się
ku księżniczce i towarzyszącej jej damie.
-?Przepraszamy, wyjdziemy do ogrodu -?zaintonowała poważnie księżniczka
i delikatnie pociągnęła za sobą przyjaciółkę.
-?Morgan, kochanie! -?Wzrok Kordii przeszył księżniczkę na wylot. -
Pamiętaj, że przed południem masz lekcję śpiewu. -?Uśmiechnęła się
upiornie. -?Tak się cieszę, że zgodziłaś się zaśpiewać na balu.
Nie zgodziła się.
Koncert był kolejną rzeczą, którą za jej plecami zaplanowała królowa.
Postanowiła jednak grać swoją rolę i uśpić czujność matki. Nim Astrid
weszła do jej komnaty, miała ułożony plan -?wystarczyło wprowadzić go w życie.
-?Oczywiście. -?Przez twarz księżniczki przemknął cień smutku.
Matkę jednak tak pochłonęła rozmowa, że nie zwracała już na nią uwagi.
Przed wyjściem zwyczajowo się ukłoniły i gdy tylko przeszły przez drzwi
jadalni, przyspieszyły, oddychając z ulgą.
-?Nie wiedziałam, Morgan, że tak bardzo się cieszysz na zaślubiny! -
Astrid wyszczerzyła się w szerokim uśmiechu.
-?Prawda? Ja też nie, dobrze, że moja matka wie lepiej, co mnie
uszczęśliwia -?odparła gorzko Morgan.
Nigdy nie widziała królowej w takim stanie. Zazwyczaj Kordia dbała o nią, miała w niej oparcie. Czuła się kochana, przynajmniej przez ojca.
Matka wymagała jedynie postępów w sowicie opłacanych naukach. Zaręczyny
zdawały się przesunąć jakąś wajchę w jej głowie i nagle stała się gorsza
niż macochy z baśni, które czytała.
-?Astrid? -?Morgan zwróciła się do przyjaciółki. -?Czy zrobiłabyś coś
dla mnie?
-?Co knujesz? -?odparła skonsternowana.
Morgan rozejrzała się dookoła, a gdy dostrzegła, że nikt nie zwraca na
nie uwagi, chwyciła mocniej rękę przyjaciółki i pociągnęła w stronę
wijących się wśród żywopłotów ścieżek.
-?Morgan! -?oponowała Astrid.
Ta jednak w milczeniu ciągnęła ją przez kolejne przejścia i zakręty, aż
dotarły do fontanny w samym centrum labiryntu.
Zdyszana księżniczka czuła, jak głos więźnie jej w gardle, a serce
niebezpiecznie się zaciska. Bała się, ale jednocześnie wiedziała, że
jeżeli nie spróbuje, nie wybaczy sobie tego do końca życia.
-?Pomóż mi uciec. -?Wbiła spojrzenie w Astrid.
Przyjaciółka wybałuszyła oczy i niemo spoglądała w księżniczkę.
-?Myślałam, że twoja matka straciła rozum, ale widocznie tobie też
udzieliła się napięta atmosfera -?wykrztusiła w końcu.
-?Astrid, błagam, wystarczy tylko, że po zmroku odwrócisz uwagę służek i jeszcze... -?Morgan przełknęła gorzką ślinę -?...potrzebuję prostego,
mieszczańskiego stroju.
-?Postradałaś rozum! -?Dama wyrwała ręce z uścisku Morgan. -?Jak to
sobie wyobrażasz? Myślisz, że przemkniesz obok straży? Co zrobisz
później? Osamotniona kobieta w podróży? -?Prychnęła. -?Prosisz się o kłopoty, ślub jest lepszą opcją niż gwałt i męczeńska śmierć z rąk
zabójców! Nie zdążysz nawet dotrzeć do najbliższej wioski. Musisz
zastanowić się nad swoimi priorytetami, księżniczko!
Przyjaciółka westchnęła, jakby próbowała zrzucić ciężar, którym właśnie
ją obdarzono. Odwróciła się na pięcie i już chciała odejść, ale Morgan
złapała ją za nadgarstek.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki