Rozdział 1
Cisza, jaka panowała w muzeum w Wałbrzychu, dla jednych mogła być przytłaczająca. Dla niego była czystym felietonem milczenia, zadumy, bez dźwięku i pustki wypełniającej uszy. Kochał ciszę. Odnajdywał w niej spokój i ukojenie. Wypełniała go całego, sprawiając, że czuł się niczym cień w wielkim, mrocznym pomieszczeniu. Pomagała mu także skupić się na czekającym go zadaniu.
Odliczanie do zamknięcia wreszcie zakończyło się sukcesem. Usłyszał ciche przekręcenie kluczy i uśmiechnął się delikatnie pod nosem. Poruszył zdrętwiałymi ramionami. Choć jego ciało przygotowane było do takich warunków, nadal odczuwał znaczny dyskomfort zastygłych mięśni. Ale co się dziwić, jeśli udawał manekina przez bite sześć godzin. Schodząc z podestu, czuł dumę z powodu pokonania własnych słabości, choć w duszy wył z bólu, gdy kręgosłup zaskamlał melodię buntu, strzykając po kolei każdym kręgiem. Rozmasowawszy najboleśniejsze miejsca, spojrzał szarymi oczami w kąty pomieszczenia.
Dwie kamery, nie będzie z tym problemu. Zabezpieczenia były tu nad wyraz słabe, jak na to, co dzisiaj wystawiali. Uniósł dłoń i podrapał się po grdyce przysłoniętej kołnierzem czarnego golfa i ruszył przed siebie. Skrzywił się, usłyszawszy dźwięk własnych butów na linoleum. Odgłos był w tej chwili niczym gong. Ranił zmysł słuchu, powodował wibracje w ciele.
Wtem ujrzał ruch po prawej stronie. Przeniósł spojrzenie i z duszą na ramieniu błyskawicznie przyjął obronną pozę, unosząc pięści.
Zamrugał kilka razy, wpatrując się w milczącego przeciwnika.
Był gotowy na wszystko. Na cios, jaki padnie w jego stronę, i na to, jak szybko będzie musiał zareagować. Poruszył palcami, wyzwalając przy tym dźwięk tarcia i stukot kostek.
Przeciwnik wykonał ten sam ruch. Spiął się jeszcze mocniej, przez co uwydatniły się mięśnie smukłych ramion okrytych czarnym materiałem. Oponent zrobił to samo.
Przyjrzał mu się. Nie dość, że papugował go, to jeszcze wyglądał jak zapłakana kurtyzana po ciosie patelnią w twarz!
Zaraz...
Odetchnął cicho, jednocześnie fukając na siebie w myślach za własny idiotyzm. Właśnie stał przed humanoidalnym lustrem, które było częścią większej instalacji artystycznej.
Uniósł dłoń i pomasował plastikową brodę maski, by następnie infantylnym gestem zarzucić sztuczne rude loki na plecy.
- Debil... - mruknął do siebie, jednocześnie uspokajając galopujące serce.
Ponownie przyjrzał się sobie w lustrze, poprawił rękawy golfa, strzepnął niewidzialny kurz z lewego ramienia i nie przedłużając, wyjął zza paska niewielką puszkę czarnego spreju, by zamazać soczewkę obiektywu kamery, co szybko uczynił.
Tym, co najbardziej interesowało go w całym Centrum Nauki i Sztuki, był jeden wysoki, pomalowany na biało kubik. Na czerwonej poduszce ułożono coś, co dla laika mogło być czymś niepozornym, dla niego i personelu przybytku zaś niezwykle cennym artefaktem znalezionym na Dolnym Śląsku.
Szafir nie został jeszcze oszlifowany, lecz już teraz pysznił się głębokim kolorem błękitu. Powiadają, że dawno temu wyższe siły zaklęły w nim żywioł wody, dzięki czemu ma niezwykłe moce. Gdy weźmie się go w dłonie, obmywa duszę z nieczystości, powoduje u człowieka powrót do dawnych sił, wigoru. Ujmując to jednym słowem - odmładza.
Nie wierzył w te brednie. Chociaż nie. Jedna z legend opowiadanych mu przez babcię - kochaną starowinę, niech jej ziemia lekką będzie - głosiła, że ma potężną moc uwodzenia. I to akurat musiała być prawda, ponieważ kamień przyciągał spojrzenia i zachwyty. Nie było człowieka, który po dłuższym przyjrzeniu się niepozornej, chropowatej powierzchni nie zostałby zaczarowany przez szlachetny kamień. Do tego wielki niczym kurze jajko.
Tak. To jedyna bzdura, która okazała się prawdziwa. W końcu on również uległ urokowi szafiru.
Zdjął plastikową maskę i odetchnął głęboko. Miał dość duszenia się w tej poczwarze. Z grymasem zadowolenia na twarzy odrzucił od siebie przebranie i przejeżdżając dłonią po wąsikach w kolorze miedzianego blondu, potęgując tym ich zakręcenie, uśmiechnął się do siebie. Po chwili wahania wyjął jednak z tylnej kieszeni ciemnych spodni kominiarkę, w której pojawiło się nie tylko wycięcie na oczy, ale również na pięknie zadbane wąsy. Szybko włożył materiał na twarz, upewniając się, że włosom pod nosem nic się nie stało. W końcu trzeba było się jakoś prezentować.
- Hello, beautiful... - mruknął cicho, wkładając rękawiczkę, i sięgnął po kamień, który zalśnił strwożonym blaskiem na myśl, że właśnie zostaje skradziony.
Oczywiście, gdyby kamień potrafił myśleć.
Triumf nie trwał długo.
Właśnie zbierał się do wyjścia, gdy nagle ktoś z wielkim hukiem wpadł do sali, krzycząc coś o policji i że jest otoczony. Zaskoczony mężczyzna nie stracił rezonu. Nawet wtedy, kiedy źrenice natychmiastowo zwęziły się, gdy włączono rażące światło lamp LED-owych. Mrugając kilka razy, odzyskał ostrość widzenia i uśmiechnął się lekko na widok trzech funkcjonariuszy mierzących do niego z broni, stojącego w drzwiach dyrektora ośrodka, który najlepsze lata miał już za sobą, i jednej z pracownic, która była tak przerażona, jak przerażony powinien był być złodziej w tej sytuacji.
- Mamy go, powtarzam, mamy go! - zawołał młodszy z policjantów, nie spuszczając oka z mężczyzny.
- Na co czekacie?! Zakujcie go! Aresztujcie! - zawołał dyrektor, opluwając się przy tym nadmiernie śliną, ale chyba nawet tego nie zauważył.
- Zostawcie to mnie! - odezwała się kobieta, jej głos był złodziejowi bardzo dobrze znany.
Gdyby miał porównać, powiedziałby, że głos ten przypomina mu delikatność letniego wiatru i ostrość miodu gryczanego, odczuwał przyjemne mrowienie w płucach.
A może po prostu był to strach?
Uśmiechnął się jeszcze szerzej, gdy stanęła w drzwiach. Średniego wzrostu z cudownie wypracowaną sylwetką wiecznie zakrytą niedopasowanym strojem w postaci źle dobranych żakietów. Długie, ciemnobrązowe loki lśniły zdrowym blaskiem. Orzechowe oczy ciskały błyskawice, a lekko zadarty nos, na którym dłoń losu zasiała kilkanaście uroczych piegów, jak zawsze zmarszczony z powodu wściekłości.
- Ach, panna Wioletta! Jak zwykle zaszczytem jest dla mnie spotkać panią. Ale tym razem czuję się niedoceniony. Tylko trzej policjanci? Hańba ci, pani...
- Zamknij się albo przysięgam, że jeszcze słowo i więzienną papkę będziesz wciągał przez słomkę - warknęła, zaciskając dłonie w pięści.
- Strasznie jesteś drażliwa - zauważył. - Czyżby nagła fala? Ciotka przyjechała czerwonym fordem? - zapytał, przypominając sobie to dziwne hasło zasłyszane, gdy miał pięć lat i pytał się, co dolega mamie, że jest taka sfrustrowana.
Miał ogromną ochotę na kontynuowanie figlarnych docinków, lecz widząc coraz bielsze knykcie i większy rumieniec na twarzy kobiety, zaniechał dalszych komentarzy. Bądź co bądź cenił sobie swój całkiem niebrzydki nos odziedziczony po pradziadku, który był podobno szlachcicem... czy kimś tam.
- Schowaj broń. Idziesz ze mną, masz go przytrzymać - powiedziała do funkcjonariusza o upodobaniu do szczekania oczywistości.
Chłopak z nadmiernym entuzjazmem wykonał polecenie i ruszył za tymczasową szefową.
- Obróć się - warknęła niczym rasowa suka między psami.
- A nie lepiej użyć słowa "proszę"? - zasugerował, lecz zaraz tego pożałował, gdy Wioletta dała znać ruchem głowy, na co młody policjant dość brutalnie złapał go za ramię i odwrócił, wykręcając ręce za plecy.
- Cóż za... brak manier - wycedził przez zęby.
- Zaraz będziesz się martwił brakiem uzębienia - odpowiedziała i spojrzała na niego po ponownym obrocie.
Widząc kuriozalnie wyciętą kominiarkę, skrzywiła się i chwyciła na czubku głowy, by zamaszystym ruchem ściągnąć ją, mierzwiąc przy tym włosy i wąsy złodzieja.
- Ej, ostrożnie! Wiesz, ile czasu poświęcam na pielęgnację? - zawołał oburzony.
- Matko święta, ile ty masz lat!? - zawołała wściekła, rzucając kominiarkę na ziemię. - Gdzie kamień!?
- Schowany - oznajmił, unosząc dumnie głowę. Kilka przydługich pasemek w takim samym kolorze co wąsy opadło mu po bokach twarzy.
- Mógłbyś to przyciąć, wyglądasz jak plastuś - burknęła i nie czekając, zaczęła obszukiwać złodzieja.
W końcu wsadziła dłoń do kieszeni spodni i wyczuwając twardy kształt uniosła brwi.
- Kochanie, to nie kamień.
Uśmiechnął się szeroko, lecz po tym cała wesołość uszła z niego razem z powietrzem, gdy odczuł silny cios w newralgiczne miejsce. Jedyne, co podniosło go na duchu, to cichy syk pozostałych osób, które połączyły się z nim w bólu.
- O... popatrz, jednak kamień. - Uśmiechnęła się słodko, wyjmując z kieszeni szafir.
- Brawo... - wydusił nieco wyższym głosem. - Możesz być z siebie dumna. Pozbawiłaś mnie nie tylko chwilowego klejnotu...
- Spokojnie. W pierdlu znajdzie się ktoś, kto udzieli ci darmowego masażu. Zabierz mi go z oczu - powiedziała, kierując spojrzenie na policjanta.
Ten nie czekając, pociągnął skulonego mężczyznę prosto do wyjścia.
- Dziękuję! Gdyby nie pani... aż boję się myśleć co by się stało! - zawołał dyrektor ośrodka. - Kamień należy do naszego wpływowego przyjaciela, wolałbym, żeby nie opuszczał tego miejsca. Tym bardziej że za trzy tygodnie ma być jeszcze pokazany w muzeum w Krakowie!
- Mnie też ulżyło. Nawet nie zdaje pan sobie sprawy, ile razy zagrał mi na nosie... - mruknęła, zerkając na drzwi.
- No tak, tak, rozumiem. To musi być trudne...
Mężczyzna zaczął trajkotać, ale Wioletta nie zwracała na niego uwagi. Coś z tyłu głowy zaczęło niebezpiecznie wiercić i sprowadzać od karku przez barki, aż do płuc to okropne, złe przeczucie. Instynkt energicznie wciskał przycisk alarm.
- Przepraszam, muszę przypilnować, by został dowieziony na komisariat - powiedziała, oddając w dłonie dyrektora kamień szlachetny, i nie zwracając uwagi na starszego człowieka, wyszła z pomieszczenia.