Szafa gra - Stefan Wiechecki Wiech

Kup ebooka

26.00 zł
22.83 zł (22,68 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Nota Redakcyjna

Szafa gra

A ja spokojny

Walerek mistrz szachów

Fanfan Fijoł

Baba-ryba, czyli o herbach

Radio z lufcikiem

Przesiadka na Księżycu

Mantyka za prześcieradłem

"Grypolin"

Nowa numeracja

Najwięcej literatów

Stuletni narzeczony

Zaczęło się od turystyki

Należy jej się!

Ostrożnie z grypą

Nasz dom świadczy o nas

Lilonowa siatka

Trociczki

Chcesz pan soku?

Na ryby

C jak cykoria...

Szczur hotelowy

Tydzień zdrowia

Razem z kogutem

Płyta się jąka

Kotlet dla pieska

Sabina Piesek

Nie wpuścili mnie!

Zaprawa "z kotkiem"

Las nieczynny - remament

Panowie, chodu!

Królewicz maj

Cukiernia "Pod Czterdziestką"

Przegrałem o pierś

Robię "makaran"

Literacka dzielnica

Czy szwy nie puszczają?

Co z tym schaboszczakiem?

Gdzie łebki?

Z dwoma uszami

W Grocie Zimnej

Jeszcze dwie damy

Dzienna ulica

Ja za panią chodzę!

Rybki nie będzie

Napad dzikich

Świeczki

Zaskórniak

Sztorcowanie

Odczyt o sztuce

Żona pięć metrów długości

Dla chrapiących

Kartka z mojego pamiętnika

Konkurs na najuprzejmiejszego klienta

Recepta na szarlotkę

Chłopiec czy dziewczynka

Kurujmy się w zimie

Bajki na lodzie

Kochaś

Trędowata na Mariensztacie

Upiór Kasprowego

Ciechocinek leży

Pociąg do Paryża

Jubileusz

Para różowych nóżek

Artysta filmowy

Kino w galarecie

Prywatne życie gołębia

Spacerowe wyścigi

Prasa męska, damska i dziecinna

Kocie etaty

Setka eksportowa

Trzech słomianych flimonów

Sportówki

Jeszcze się odkują!

Honorowa nagroda

Przerwane marzenia

Twarda orzechowa

Kraków ma temperament!

Szwagier i zaćmienie

Podług analfabetu...

To już dycha lat?

Gienia wygrywa

Gienia na Spartakiadzie

Nasza "Piątka" wygrała

Ruda Helka i Solski

Niech gwiżdżą

Wolny dzień

Romeo i Bittnerówna

Beczka śmiechu

Babcia Solskiego na MDM

Dwie tratwy

Będzie nam ciepło

Blokowy sport

PGR "Śródmieście"

My się nakryć nie damy!

Fanfan "Dryblas"

Szafa gra

Wieczory artystyczne na zakładach pracy to bardzo pożyteczna i przyjemna akcja. Przy czym trzeba wyjaśnić, że nie odbywają się one na dachach tych zakładów, tylko w środku, nieraz w bardzo pięknych świetlicach. Dlaczego się mówi, że "na zakładach" - nie wiadomo! Ale tak się mówi.

Sam bardzo chętnie biorę udział w takich wieczorach jako recytator własnych utworów. Mam nawet sporo związanych z tym miłych wspomnień.

Niedawno w mieszanym literacko-koncertowym zespole byłem "na" pewnym śląskim zakładzie pracy. Przyjmowano nas bardzo przychylnie, a po koncercie jeden ze starszych widzów, gorąco ściskając mi rękę, rzekł:

- Bardzo, bardzo dziękujemy! Ogromnie nam się wszystko podobało, no, wprost do zachwytu! Ładnie państwo grali, śpiewali, i te pana "humory" też oblecą, nie można powiedzieć. Jednem słowem, koncert - mówiąc po warszawsku - w deseczkie. Bo ja, panie szanowny, stary warszawiak, tylko jako spalony, teraz tu zamieszkuje. Faktycznie, odstawili państwo robote czysto, akuratnie, bez braków, marnego słowa nie da się powiedzieć, mucha nie siada. Nie tak jak inne zespoły, co tu bywają. Jak po ogień wpadną, odpędzlują na chybcika pare piosenek czy deklamacji okolicznościowych i chodu. Spieszą się do innej świetlicy. Na przykład w zeszłem tygodniu byli tu jedne artyści, to tak się spieszyli, że jeden z nich, gruby, mały, w okularach, przedostatnią zwrotkie "Szumią jodły na gór szczycie" śpiewał na schodach, a ostatnią już w samochodzie. Z ulicy żeśmy go tylko słyszeli, ale słabo, bo okna zamknięte. Nie tak jak państwo.

- No staraliśmy się dać pełny program - usprawiedliwiam się skromnie, zażenowany tymi pochwałami.

- Faktycznie, pełny, może nawet ciut, ciut za długi. Pod koniec publika zaczęła się nawet troszkie urywać. Ale tylko siedząca bliżej drzwi. Zamkliśmy później na klucz, ale ze dwadzieścia parę osób zdążyło jeszcze prysnąć.

Wśród obustronnych serdeczności rozstaliśmy się z miłym ekswarszawiakiem. Ale w dwie godziny później, w restauracji wojewódzkiego miasta, gdzie jedliśmy kolację, przypomniały mi się jego słowa. Wywołane to było faktem, że sąsiedni stolik zajmował właśnie ów "pospieszny" zespół. Nawiązałem rozmowę z kierownikiem i w delikatnych słowach zwróciłem mu uwagę na niesolidny stosunek do tak ważnego zadania.

Spojrzał na mnie zdziwiony i żywo zaprzeczył:

- Nic podobnego, szafa gra!

- Jak to szafa gra?

- No, zwyczajnie. Wszystko jest w najlepszym porządku. Zadanie wykonane w terminie i na sto procent, chociaż z wielkimi trudnościami. Ale się pracuje. Odwalam cztery koncerty dziennie w półtorej godziny.

- To chyba niemożliwe!

- Niech pan posłucha. Mam zespół ośmioosobowy. Dzielę go na cztery części, po dwie osoby. Zaczynamy jednocześnie w czterech świetlicach. W jednej koleżanka Caproni tańczy "Taniec z mieczami" Chaczaturiana i kolega Caruzo-Wysmyk śpiewa "Samotnego harmonistę". W drugiej kolega Molski recytuje "Ojca zadżumionych" i "Grzybobranie", a Gromiczówna interpretuje "U krynicy tri diewicy". Wolnicz z Gamajdzianką zaczynają w trzeciej "Pieśnią dokerów" i "Sabiną Piesek przed sądem". Na czwartym zakładzie Szypuła-Rwęcki zasuwa "Szumią jodły", a ja ich wszystkich robię na szaro "Wio konikiem". Potem - szufladki. Taksówki czekają. Chaczaturian przeskakuje z "Samotnym harmonistą" na miejsce "Sabiny Piesek", "Ojciec zadżumionych" zabiera "Tri diewicy" i zapycha z nimi tam, gdzie "Szumią jodły". "Jodły" z "Konikiem" - gazu i wio na miejsce Chaczaturiana. Szafa gra!

- Ale czasem się podobno zacina.

- Bardzo rzadko.

- No a wtedy z tą arią z "Halki" na schodach?

- Wtedy to siła wyższa. "Ojcu zadżumionych" kicha nawaliła i cały plan wysiadł. Jontka trzeba było wcześniej ściągnąć za frak z estrady, bo "Sabinie Piesek" zrobiła się dziura na dwadzieścia minut. Ale wszystko piorunem się załatało. Gorzej bywa. Taki na przykład Teatr Wielki z Cielęcic stale gra "Grzech" i "Rewizora" w dwóch połówkach. W jednej świetlicy I i II akt, w drugiej III i IV. Publiczność sobie potem opowiada wzajemnie, co kto widział, i szafa gra.

- No dobrze, ale dlaczego tak się dzieje?

- Jak to dlaczego? Z jednej strony zespoły muszą dogonić plan zobowiązań, a z drugiej - zakłady muszą wydać forsę przeznaczoną w budżecie na kulturę. A czasu mało - grudzień, koniec roku.

- A czy nie lepiej rozłożyć tę robotę na cały sezon?

- Po co, i tak szafa gra!

A ja spokojny

Ja tam wyścig nie amator, jeżdże czasem na Służewiec, ale tak więcej sportowo i dla powietrza. Szwagier się za to zna. Każdego konia wagie na wyrywki wyszczególni i wie, z jakiej rodziny. Kto była mamusia, kto babcia z domu i jak się nazywał pradziadek.

Ale szwagier też więcej sportowo się interesuje, nie dla tak zwanej brzęczącej mamony - nie było jeszcze wypadku, żeby kiedy wygrał, chociaż obstawia wszystkie biegi, jak się da.

Ja kartki sobie z numerkami pisze, kładę ich do kieszeni, wymieszam, wyciągam jedną i co jakiego konia wylosuję, na takiego stawiam. I takie same mam rezultaty jak szwagier - sportowe zadowolnienie, że hodowlę popieram. Nawet bileta wizytowe zamiaruję sobie wydrukować: "Walery Wątróbka - hodowca koni wyścigowych".

Ale ja się nie denerwuję, ja spokojny, stoje sobie przy kratce i patrze, jakby to nie moje piętnaście złotych leciało. Już przy kasie żegnam się z niemi na wieki wieków i potem mam spokój.

Ale to nie wszyscy tak. Można się na wyścigach napatrzyć, jak się ludzie męczą. Jedni krzyczą:

- Dawaj! dawaj! dawaj! Kilowat, dawaj!

- Bravado!

- Krezus, Krezus wyłazi!

- Chory człowiek, Krezus idzie ostatni, w sianie został!

- Stogów na torze naustawiali, żeby widok zaciemnić, jak pragnę zdrowia!

- Po sianokosach przyjdę na wyścigi, prędzej nie! - I rzuca taki przegrany sportowiec kapelusz na ziemię i nogami go depcze.

Są jeszcze więcej zapalone gracze. Stoje raz przy samej siatce i czuje, że mnie ktoś czemś twardem przez plecy zaprawił. Oglądam się, stoi za mną dziobaty facet z bambusem. Oczy dzikie, piana na ustach, krzyczy:

- Łepek! Łepek! - i co raz mnie lagą leje.

- Panie szanowny, co pan mnie poganiasz, swojego łacha pan poganiaj.

I co miałem więcej mówić, kiedy widzę, że wariata mam przed sobą.

A ja spokojny.

Ale są też spokojne wyścigowcy, mimo tego nieprzytomne. Z zamkniętymi oczami stoją albo się modlą do świętego Krzysztofa, patrona komunikacji. Jednego widziałem, co się plecami odwrócił do toru i tyłem stał przez cały czas. Pytam go się dlaczego.

- Nie gram w tem biegu, na co mam patrzyć, to nie araby, perszerony lecą.

Nie miał już czem żadnego z tych perszeronów obstawić i dlatego był taki cięty.

Ja gram swoją metodą i z nerw nie wychodzę, przy kasie forsa pożegnana na wieki, na hodowlę poszła i ja spokojny.

Ale dobrze jest czasem poradzić się znawcy. Są tam takie faceci na torze. Profesorowie, co pare fakultetów kończyli na wyścigach w Łodzi, Sopotach, a nawet w Zakopanem. Takiego się zapytać, murowana wygrana. Sam raz miałem zdarzenie. Nie wziąłem z domu ani ołówka, ani papieru, nie miałem z czego kartek narobić, totyż podchodzę do takiego profesora, któren obłożony programami stojał i w notesie coś pisał, i pytam go się:

- Panie szanowny, co pan radzisz grać teraz?

Nawet się na mnie nie spojrzał, tylko nadmienił:

- Graj pan trójkie!

Trójka przyszła, jak chciała, i na dużą wypłatę. Lecę do tego faceta i ze łzami w oczach mu dziękuję, a ten jak nie zacznie mnie sztorcować:

- Idź pan do cholery - mówi - bo jak cię, ciapciaku, objadę, to kamasze pogubisz.

Pokazało się, że on sam grał piątkie. Najgorsze jest te zdrucanie się w ostatniej chwili. Widziałem takiego jednego, co stał na środku sali, tam gdzie kasy; prawe rękie przed siebie wyciągał i krzyczał:

- W tem ręku trzydziestaka miałem na Bugattiego! Przy kasie już stałem i skądś diabli przynieśli Majeszczaka! Wyśmiał się ze mnie i zdruciłem się z takiego konia! Dwanaście lat go drania nie widziałem, od początku wojny, i masz pan, w takiej chwili przyszedł i szczęście mnie zniweczył!

A niedaleko jakaś paniusieczka strasznem wzrokiem patrzy na bladego blondyna i zaznacza:

- Co ja ci mówiłam? Co ja ci kazałam kupić... łotrze?

- Widzisz, duszko, ja...

- Milcz, w domu porozmawiamy.

I zabrała go duszka jak swojego.

A ja spokojny. Co wpłacone do kasy - mogiła - na hodowle!

Styczeń 1953 r.

Walerek mistrz szachów

Jako stały czytelnik, a także samo zwolennik i nałogowy uczestnik, biere stale i wciąż czynny udział we wszystkich konkursach "Expressu".

Czego by redaktor podczas bezsennych nocy nie wymyślił, jakiej by zagadki dla czytelników nie ułożył, mnie nie zagnie - wszystko rozwiązuje na medal albo chociaż się staram. Totyż, jak ogłosił o błyskawicznem konkursie szachowem, myśle sobie: "Walerek, było nie było, musisz wziąść udział".

Jakżem się przytargał z poważną wałówką i pudełkiem szachów na sale, zgorzałem - czekało na mnie przeszło sześciuset facetów w rożnem wieku. Od dzieci przy piersi do łysych staruszków z siwemi brodami. W rezerwie było jeszcze ze dwadzieścia kobiet, w tem pare sztuk takich, że daj Boże każdemu.

Myśle sobie: "Walerek, jest niedobrze. Wszystkiem jem nie dasz rady, ale kogo się da, musisz załatwić. A gront, żeby błyskawicznie, nie dać partnerowi oprzytomnieć".

Posadzili mnie przy stoliku z pięcioma jakimiś szachistami.

Dwóch było łysych, jeden w okularach, jeden z kurzajką na nosie i jeden małoletni w wieku może sześć lat. Żal mnie było, że dziecko musi się ze staremi graczami męczyć, ale myśle sobie: "Nic, nic, jak załatwie tych łysych i tego z kurzajką, pomogie temu pętaczkowi oblecić się z resztą ferajny. I najwyżej nagrodą się z niem podzielę".

I zaczęło się. Na pierwszy ogień dostałem w ręce "kurzajkie".

Jak przez szczekaczkie dali komendę, żeby zaczynać, poszłem w taki cug, że mój przeciwnik zdrętwiał, nie mógł za mną nadążyć. Jak on przeskakiwał konikiem przez dwie figury, to ja przez trzy, jak on przez trzy, to ja przez cztery. "Dla mnie nie będziesz mądry - myśle - ja cie tu zaraz zrobie na szaro".

Pograliśmy pare minut i "kurzajka" zbaraniała. Ani wewte, ani wte ruszyć się nie mogła. Publika zebrała się nad nami, bo podobnież taka partia zdarza się w szachach raz na trzydzieści lat. Jakiś podobnież Capablanca raz tylko tak zagiął Alechina na światowym konkursie w mieście Nicei przed wojną.

Szum się zrobił na sali, najpierwsze mistrze się do nas zlecieli i patrzą, a my się nie możem ruszyć. Jeden najważniejszy mistrz z małem czarnym wąsikiem patrzy na drugiego mistrza w okularach i ramionami wzrusza, koniec w końcu pytają się mnie, czy gram metodą Alechina. A ja mówie:

- Nie, Bliklego.

Popatrzyli się na mnie z szaconkiem. Uznali "kurzajkie" za przegranego i kazali grać z następnem szachistą. To ja znowu zaczynam zasuwać na całego. Alem tak się rozpędził, że zagrywałem czarnemi i białemi figurami. Wtenczas te dane mistrzowie zupełnie zgorzeli i pytają się, jak dawno grywam w szachy. No to ja mówię, że pierwszy raz mam to w ręku.

- Jak to pierwszy raz?

- Ano tak, widzieć, owszem, widziałem nieraz te gre przez szybe w cukierni Bliklego na Nowem Świecie przed wojną, ale osobiście biere udział po raz pierwszy.

Jakżem to powiedział, podziękowali mnie grzecznie i kazali wstać. No to, ma się rozumieć, zabrałem szachy i poszłem. Pokazało się, że wszystkich obębnił i znowuż za mistrza się został ten z wąsikami, niejaki podobnież Makarczyk z Łodzi miasta. Mnie wylał, bo konkurencji się obawiał. I miał faktycznie czego, bo z dzieciakiem, który trzy partie wygrał, wykołowalibyśmy całą ferajne szachistów. Ale cóż, nagrody nie dali, chociaż najwięcej błyskawicznem graczem byłem osobiście ja.

Styczeń 1953 r.

Fanfan Fijoł

- Byłem, uważasz mnie pan, w kinie "Praha" na tem całem obrazie pod tytułem "Fijoł".

- Jaki Fijoł, nie wiem, o czem pan mówisz.

- Jak to pan nie wiesz? Taki mocno hisiowaty młodziak, co z pałaszem po dachach lata i kogo może, to dziabnie, z francuską królewną chce się żenić, a w tak zwanem międzyczasie Cyganka nie Cyganka, córka kułaka nie kułaka - co w sianie przytraci, to jego. Z gałęzi się urywa, na dzwonie huźda!

- A... to Fanfan Tulipan, nie żaden Fijołl

- Jaka różnica, i to, i tamto z kwiaciarskiej branży.

- No, różnica jest: fiołki na pęczki, a tulipan kwiat galanteryjny, doniczkowy.

- Mniejsza o to, dosyć na tem, że obraz pouczający i nic dziwnego, że ludzie od rana przed kinem stoją w ogonkach, a kierownik i bileterzy ledwo nogami ze zmęczenia powłóczą.

- Faktycznie, tak jest, ale o czemże on nasz detalicznie, podług pańskiej osoby, poucza?

- Jak to o czem? Wyraźnie pokazuje, jakie to dranie te dawniejsze króle byli.

- No, rzeczywiście, król piękne Cygankie przy kości Tulipanowi odebrał i na siłe chce z nią zamieszkać.

- A ona go w mordę!

- I patrz pan, jak dostał w pycho, zakochał się już bez pamięci!

- To mnie się zdaje troszeczkie niepoważne. Mojego braciszka żona, znaczy się bratowa, dwadzieścia lat w ucho go leje, a on sie jakoś nie może w niej rozkochać na zabój.

- Twardy facet!

- W każdem bądź razie kawał oprychy.

- Kto?

- No Lutek Piętnastka.

- Jaka Piętnastka?

- No ten cały król. Nie wiesz pan, że króle są numerowane?

- I po mojemu słusznie, boby się dzieciom w szkołach mylili.

- W każdem razie "Piętnastka" duży rozbijaka.

- Dzisiaj już by taki chojrak nie był!

- Przypuszczam. Chociaż trafiają się podobne w tych paru sztukach, co się jeszcze po świecie kręcą. Jak na przykład ten egipski Twaróg.

- Faruk, nie Twaróg. Ale pognali mu kota koniec końców.

- No, tak jest, ale czytałeś pan chyba w "Przekroju", jak na ostatek jeszcze zaszurał. Nie dosyć że za kazionne pieniądze tysiąc pięćset krawatów sobie sprawił, dwieście lasek (na cholere mu tyle lasek!) oraz dwa tysiące koszul dziennych popelinowych, "codziennie wyrzucał raz noszoną koszulę"...

- Może miał "drobne", czyli jak to mówią, egipskie baranki?

- To umyj się, łobuzie, proszkiem galanterie wysyp, a surowca nie niszcz! Ale nie dosyć na tem, że rządową forsę wydawał na pocztówki z cielesną treścią, jeszcze siedemnastoletnie narzeczone jakiemuś doktorowi zabrał i sam się z nią ożenił.

- Po mojemu ten doktor to jakiś flimon, że dał z siebie parasola zrobić. Tulipan inaczej by postąpił. Króla parę razy pałaszem po krzyżu by przeciągnął, narzeczone na konia i chodu na puszczę Saharę. Rzecz jasna, że po drodze musiałby ładne pare osób zimnem trupem położyć i podpalić coś niecoś z zabudowań, ale Faruk leżałby u niego jak neptek.

- No dobrze, panie szanowny, ale co by doktor robił na tej puszczy, z czego by egzystował?

- Spokojna głowa! Beduinów by leczył. Z samego egipskiego zapalenia oczów mógłby ładnie żyć i żonę przyzwoicie utrzymać. I w taki sposób nic dziwnego, że dla Tulipana ludzie, a zwłaszcza kobiety, słów nie mają, a doktora uważają za ciapciaka i wypchane trocinami mumie egipskie.

Styczeń 1953 r.

Baba-ryba, czyli o herbach

"Życie Lubelskie" obchodziło w tych dniach pięciolecie swego istnienia i przysłało miłe zaproszenie do Lublina dla mnie oraz dla pana Piecyka.

Kiedy przekazałem panu Teosiowi zaproszenie, odpowiedział krótko i po męsku:

- Szkoda mrugać, trzeba jechać, a także samo laurkie z okolicznościowem napisem wziąść ze sobą musowo.

W dniu wyjazdu przyszedł jednak bez laurki, a na moje zapytanie o powód wyjaśnił:

- Nieszczęście się stało. Z laurki wyszli nici. A detalicznie to było tak: prawidłowej laurki prawo oprócz napisu malowankie jakąś posiadać w charakterze niedużego bukieta kwiatów czy też widoczku jakiegoś, jak na przykład cicha noc księżycowa albo pare jaskółek na telegraficznem drucie.

Ale jedno i drugie wydało mnie się w końcu niepoważne. Róże i cicha noc to dobre na imieniny dla babci w Koluszkach. Doskakiwanie znowuż z jaskółkami na drucie w styczniu może wykazywać brak samopoczucia tak zwanego socjalistycznego rojalizmu.

Totyż postanowienie zrobiłem namalować w lewem winklu laurki herb miasta Lublina. Rzecz jasna nie osobiście, bo pod tem względem jestem niefachowiec - jeden znajomy malarz mnie to zrobił.

Ale jakżem zobaczył ten obstalunek - zgorzałem.

"Coś pan tu namalował?" - mówię do malarza. "Koza na krzywe drzewo skacze i liście z niego wtraja? Chcesz pan mnie z redakcją "Życia Lubelskiego" poróżnić, chcesz pan, żeby cały Lublin się na mnie obraził?".

"W jaki sposób?" - odpowiada mnie ten malarz. "To jest właśnie herb miasta Lublina".

"To niemożliwe. Domowa zwierzyna ze szpicbródką kasztan obgryza? Z kogo pan balona robisz? Do kogo ta mowa?".

Dopiero jak mnie przysięgie złożył, że widział na własne oczy w Lublinie te koze, wymalowane na magistracie - uwierzyłem.

"A zresztą - mówi - nie wiadomo, co lepsze, czy mleczna zwierzyna domowa z drzewkiem, czy pół kobiety i pół szczupaka z pokrywką w jednej ręce, a z tasakiem w drugiej - to znaczy Syrena, czyli Baba-ryba, która - jak wiadomo - ma zaszczyt za herb miasta Warszawy się zatrudniać".

"Faktycznie, może pan masz troszkie racji, ale w każdem razie ta koza może coś niecoś na tak zwaną jeronie wyglądać. Nie ma inszej rady, tylko wal pan w prawem winklu Babe-rybe, czyli Syrenę. Wtenczas nikt nie będzie miał pretensji".

Jak to namalował - jeszcze gorzej wyszło. Wyglądało tak: rozmamłana blondynka z rybiem ogonem odpędza tasakiem od uschniętego kasztana świeżo wydojone koze. Tylko napisu brakowało: "A pódziesz od kwiatków!".

Wiesz pan, że chyba zrezygnuje z tej laurki. Bo w ten deseń leżę i u Lublina, i u Warszawy. Lepiej z pustemi rękami przejechać się na miejsce aniżeli z obraźliwem widoczkiem.

Pojechaliśmy bez laurki, wzięliśmy udział w widowisku teatralnym, na które zjechał z Warszawy cały prawie Teatr Satyryków. Po przedstawieniu pan Teoś rzekł:

- No a teraz żywo do Warszawy na kolacje, bo sądząc po tem herbie, w Lublinie same mleczne bary muszą egzystować, a rozstrzepaniec na noc rzecz niepraktyczna. Do wstawania zmusza!

Ale nie jest tak źle z Lublinem, skonsumowaliśmy na miejscu świetną kolację. Wśród napojów herbowego roztrzepańca nie zauważyłem.

Styczeń 1953 r.

Radio z lufcikiem

- A właściwie powiedz mnie pan: co to jest ta telewizja?

- Radio z lufcikiem.

- To znaczy jak to?

- Zwyczajnie, w tem miejscu, gdzie masz panna Michcia na aparacie kawałek rypsu czy innej franeli, lufcik będzie zrobiony.

- W jakiem celu?

- Żeby było widać, co się w środku dzieje, i dalszem kantom zapobiec.

- Jakiem kantom?

- Czarowaniu publiki za pomocą tak zwanego złudzenia ludzkiego ucha, czyli akustyki.

- Co proszę?

- Mniejsza o to. Nie połapiesz się panna Michcia. To są sprawy naukowe. Jednem słowem, teraz siedziem przed radiem jak ciemniaki i na słowo musiem wierzyć w każdy bajer, jaki nam derekcja radia zakłada. Słyszemy, dajmy na to, tak zwany reportaż z pustyni i puszczy. Noc ciemna jak wielkie nieszczęście, tylko blady księżyc oświetla Beduina, któren pędzi co koń wyskoczy, za niem z fatalnem rykiem zapycha tygrys... A jak jest naprawdę? W biały dzień, w ciepłem pokoju w derekcji na Myśliwieckiej ulicy siedzi dwóch facetów. Jeden za pomocą blatu od wiedeńskiego krzesła i dwóch połówek włoskiego orzecha odstawia tak zwany tętent konia, drugi trzyma na kolanach kota i ściska go w międzyczasie za ogon. Kot ryczy jak trzech tygrysów.

A teraz weźmiem na przykład taką opere "Halkie". Kiedy my, spłakane jak dzieciaki, siedziem przy głośnikach i serce nam się ściska, bo nieszczęsna Halka skacze jak raz do Morskiego Oka i własnoręcznie słyszemy plusk wody, ona w tem samem czasie siedzi w trajlebusie "54" i posuwa na kawe do "Marca" na plac Trzech Krzyży, bo topienie odstawia za nią reżyser za pomocą miednicy z ciepłą wodą i trzepaczki do bicia piany. Przy telewizji tego już nie będzie. Nie będzie już w dziecinnej audycji "Czerwonego Kapturka" sto dwadzieścia kilo żywej wagi i trzy metry obwodu w talii. Nie będzie faceta z brodą, któren piskliwem głosem udziela porad dla karmiących matek jako "ciocia Jagusia". Wszystko naocznie i na żywca.

Ale najwięcej się cieszę, że przyszła czarna godzina na tego lebiegie, co o szóstej rano gimnastykie uskuteczniać nas zmusza w desusach na dywaniku, a sam pod kordłą leży, jedną ręką walczyka na fortepianie podgrywa i jeszcze sztorcuje, żeby się uwijać: "I raz, i dwa, i trzy, i przysiad".

Przysiad, owszem, ale razem. Wyłaź pan spod kordły i na dywaniki!... I raz, i dwa, i trzy, ale razem z nami, bo radiosłuchacze w lufcik patrzą!

Styczeń 1953 r.

Przesiadka na Księżycu

- Patrz pan, panie Królik, jak nam się w niedługim czasie komunikacja rozwinie!

- Faktycznie, niewąsko: tramwaj do Żerania, nowe linie autobusów...

- Do jakiego tam Żerania? Na Księżyc będziemy zapychać na narty, w podróż poślubną na Wenus, a kto będzie chciał się tylko troszkie przewietrzyć, Marsa czy innego Merkurego sobie obleci dookoła i do domu bez wysiadania.

- Co pan mówisz, to wczasy na Słońcu będziemy odbywać?

- No tak to znowuż nie za bardzo.

- Za daleko?

- Nie, tylko za gorąco od spodu. Nie uleżałbyś pan długo.

- Żart żartem, śmiech śmiechem, ale cóś podobnież pisało w "Przekroju" o tem, że będziemy za pare lat jeździć sobie między gwiazdami, jak teraz z Wołomina do Warszawy.

- Też o tem mówie, bo na własne oczy czytałem. Mają być podobnież takie specjalne bomby atomowe z siedzącemi miejscami w środku. Ładuje się tam podróżnych, cały majdan nabija w armate i wystrzela na Księżyc czy jakąś inszą gwiazdkie podług rozkładu jazdy.

- No dobrze, ale w jakiem celu?

- Jak to w jakiem? W turystycznem. "Orbis" to wykompinował. W Zakopanem w sezonie tłok, że palca nie ma gdzie wsadzić, a na Księżycu przestronno. To się pchnie troszkie gości na Księżyc, troszkie na tego Marsa i plan wykonany.

- No tak, ale to podobnież dosyć daleko stąd?

- Nie można narzekać, ładne pare lat w jedne strone się jedzie.

- Ale kolejarze nie będą chyba tej komunikacji obsługiwać?

- Dlaczego?

- Bo jeżeli o wiele teraz na Dworcu Głównem w Warszawie słyszem przez "pudełko", że: "Pociąg międzynarodowy do Paryża przez Ożarów, Błonie, Sochaczew, Żyrardów, Berlin, Brukselie ma dwieście dziewięćdziesiąt dziewięć minut spóźnienia", to się pytam pana szanownego: jakie będą ogłoszenia, na tem atomowem dworcu międzyplanetarnem?

Chyba takie: "Atomówka pospieszna Mars - Ziemia przez Księżyc - dotychczasowe opóźnienie czterdzieści siedem lat, pięć miesięcy i dwanaście dni?".

- Owszem, to rzecz możliwa.

- To wyjedź pan tam w podróż poślubną, przywieziesz pan nazad dorastające wnuki.

- Tak wychodzi. Całe szczęście, że ani mnie, ani panu już to nie zagraża, już jesteśmy po poślubnych podróżach, a po drugie za jakieś piętnaście lat ma się zacząć stała pasażerska komunikacja w tamtem kierunku. Może do tego czasu tamtejsza ludność się do nasz odezwie.

- To tam egzystuje ludność?

- Na Marsie są podobnież jakieś faceci.

- A skąd o tem wiadomo?

- Astronomi wykapowali przez rolnetki.

- Prooosze?

- Astronomi to takie profesorzy, co przez zakopcone szkła na zaćmienie słońca uważają, a także samo przez rolnetki na gwiazdy kapują. Jednego razu dwóch z tej branży siedziało na drapaczu chmur z rolnetką i jeden z nich zaznacza, że ludzi na gwiazdce widzi.

"Gdzie, gdzie" - pyta się ten drugi i rolnetkie mu odbiera, wytrzyszcza oczy i krzyczy: "To nie ludzie, to szczypawki albo mrówki".

"Niech ja skonam, ludzie!".

"Skarż mnie Bóg, szczypawki" - i o mały figiel się nie pobili.

Stanęło na tem, że coś się na tem Marsie jednakowoż rusza i że mogą to być ludzie. Ale na pewno nie wiadomo.

- Jeżeli o mnie się rozchodzi, to mogie poczekać, aż się komunikacja ustali, wtedy skoczy się której niedzieli na tego całego Marsa z przesiadką na Księżycu, przekonać się naocznie, czy to ludzie, czy szczypawki. Może jakieś ciuchy się kupi.

Styczeń 1953 r.