A ja spokojny
Ja tam wyścig nie amator, jeżdże czasem na Służewiec, ale tak więcej sportowo i dla powietrza. Szwagier się za to zna. Każdego konia wagie na wyrywki wyszczególni i wie, z jakiej rodziny. Kto była mamusia, kto babcia z domu i jak się nazywał pradziadek.
Ale szwagier też więcej sportowo się interesuje, nie dla tak zwanej brzęczącej mamony - nie było jeszcze wypadku, żeby kiedy wygrał, chociaż obstawia wszystkie biegi, jak się da.
Ja kartki sobie z numerkami pisze, kładę ich do kieszeni, wymieszam, wyciągam jedną i co jakiego konia wylosuję, na takiego stawiam. I takie same mam rezultaty jak szwagier - sportowe zadowolnienie, że hodowlę popieram. Nawet bileta wizytowe zamiaruję sobie wydrukować: "Walery Wątróbka - hodowca koni wyścigowych".
Ale ja się nie denerwuję, ja spokojny, stoje sobie przy kratce i patrze, jakby to nie moje piętnaście złotych leciało. Już przy kasie żegnam się z niemi na wieki wieków i potem mam spokój.
Ale to nie wszyscy tak. Można się na wyścigach napatrzyć, jak się ludzie męczą. Jedni krzyczą:
- Dawaj! dawaj! dawaj! Kilowat, dawaj!
- Bravado!
- Krezus, Krezus wyłazi!
- Chory człowiek, Krezus idzie ostatni, w sianie został!
- Stogów na torze naustawiali, żeby widok zaciemnić, jak pragnę zdrowia!
- Po sianokosach przyjdę na wyścigi, prędzej nie! - I rzuca taki przegrany sportowiec kapelusz na ziemię i nogami go depcze.
Są jeszcze więcej zapalone gracze. Stoje raz przy samej siatce i czuje, że mnie ktoś czemś twardem przez plecy zaprawił. Oglądam się, stoi za mną dziobaty facet z bambusem. Oczy dzikie, piana na ustach, krzyczy:
- Łepek! Łepek! - i co raz mnie lagą leje.
- Panie szanowny, co pan mnie poganiasz, swojego łacha pan poganiaj.
I co miałem więcej mówić, kiedy widzę, że wariata mam przed sobą.
A ja spokojny.
Ale są też spokojne wyścigowcy, mimo tego nieprzytomne. Z zamkniętymi oczami stoją albo się modlą do świętego Krzysztofa, patrona komunikacji. Jednego widziałem, co się plecami odwrócił do toru i tyłem stał przez cały czas. Pytam go się dlaczego.
- Nie gram w tem biegu, na co mam patrzyć, to nie araby, perszerony lecą.
Nie miał już czem żadnego z tych perszeronów obstawić i dlatego był taki cięty.
Ja gram swoją metodą i z nerw nie wychodzę, przy kasie forsa pożegnana na wieki, na hodowlę poszła i ja spokojny.
Ale dobrze jest czasem poradzić się znawcy. Są tam takie faceci na torze. Profesorowie, co pare fakultetów kończyli na wyścigach w Łodzi, Sopotach, a nawet w Zakopanem. Takiego się zapytać, murowana wygrana. Sam raz miałem zdarzenie. Nie wziąłem z domu ani ołówka, ani papieru, nie miałem z czego kartek narobić, totyż podchodzę do takiego profesora, któren obłożony programami stojał i w notesie coś pisał, i pytam go się:
- Panie szanowny, co pan radzisz grać teraz?
Nawet się na mnie nie spojrzał, tylko nadmienił:
- Graj pan trójkie!
Trójka przyszła, jak chciała, i na dużą wypłatę. Lecę do tego faceta i ze łzami w oczach mu dziękuję, a ten jak nie zacznie mnie sztorcować:
- Idź pan do cholery - mówi - bo jak cię, ciapciaku, objadę, to kamasze pogubisz.
Pokazało się, że on sam grał piątkie. Najgorsze jest te zdrucanie się w ostatniej chwili. Widziałem takiego jednego, co stał na środku sali, tam gdzie kasy; prawe rękie przed siebie wyciągał i krzyczał:
- W tem ręku trzydziestaka miałem na Bugattiego! Przy kasie już stałem i skądś diabli przynieśli Majeszczaka! Wyśmiał się ze mnie i zdruciłem się z takiego konia! Dwanaście lat go drania nie widziałem, od początku wojny, i masz pan, w takiej chwili przyszedł i szczęście mnie zniweczył!
A niedaleko jakaś paniusieczka strasznem wzrokiem patrzy na bladego blondyna i zaznacza:
- Co ja ci mówiłam? Co ja ci kazałam kupić... łotrze?
- Widzisz, duszko, ja...
- Milcz, w domu porozmawiamy.
I zabrała go duszka jak swojego.
A ja spokojny. Co wpłacone do kasy - mogiła - na hodowle!
Styczeń 1953 r.