Szachista - Katarzyna Mak

-
Proszę czekać

Ashley

- Mamo? - Z głębi domu dochodzi mnie wołanie Lisy. - Pospiesz się! Zaraz będzie taksówka.

- Jedźcie beze mnie - odpowiadam, wspinając się na krzesło, by zdjąć z szafy stare drewniane pudełko. - Dołączę do was najszybciej, jak się da.

- Co? - Moja córka wchodzi do pokoju i wbija mi wzrok w plecy. Czuję to aż nazbyt wyraźnie, gdy dodaje głośniej: - Powiedz, że żartujesz!

Nie widzę jej miny, bo nadal usiłuję ściągnąć te cholerne szachy, przy okazji nie zrzucając sobie na głowę jakiejś innej równie ciężkiej rzeczy, o którą mogę niechcący zahaczyć. Znam jednak swoją córkę na tyle dobrze, by wiedzieć, że patrzy na mnie w sposób, który mówi tylko jedno: "Żądam natychmiastowych wyjaśnień".

- Nie... - Stękam, kiedy wreszcie udaje mi się wytargać ważące kilka kilogramów pudło i jednocześnie zachować równowagę na chyboczącym się na boki krześle. - Nie żartuję - dorzucam, stając wreszcie na podłodze, i zdmuchuję z drewnianej skrzynki warstewkę kurzu.

Lisa się krzywi, choć w tej jednej chwili nie jestem pewna, czy dzieje się tak, bo drażni ją opadający z wolna pył, który i mnie już kręci w nosie, czy może nie satysfakcjonuje jej moja odpowiedź.

- Mam ci przypomnieć, że jedziemy na wakacje? - odpowiada z powagą pytaniem. - Palmy, zimne drinki, gorący... piasek.

Przewracam oczami. Wiem, co oznaczała ta wymowna pauza pomiędzy słowami "gorący" a "piasek". Moja dorosła już córka mniej więcej od roku próbuje mnie z kimś wyswatać. Daremnie, bo nikogo nie potrzebuję.

- Nie musisz mi niczego przypominać, córuś.

Pomijam uwagę, że to właśnie ona i jej podjęta bez porozumienia ze mną decyzja uniemożliwiają mi w tej chwili wyjście z domu. Gdyby Lisa chociaż mnie poinformowała, co zamierza zrobić, albo zapytałaby mnie o zdanie - te szachy były dla mnie ważne - prawdopodobnie teraz nie byłoby żadnego problemu. Ale ona, jak zwykle zresztą, zrobiła, co chciała.

- I obiecuję, że dołączę do was za... - zerkam jeszcze na jeden z wielu znajdujących się w tym pomieszczeniu zegarów - ...za jakiś czas. Mam umówionego klienta - przypominam jej, podczas gdy mój wzrok z narastającą nostalgią wędruje na zestaw szachów. Każda sekunda tylko pogłębia to uczucie.

Mój mąż był naprawdę wyśmienitym graczem, czego nie mogę powiedzieć o sobie. Próbowałam mu dorównać, ale nie miałam polotu. Byłam przeciętnie dobra, choć Malcolm twierdził inaczej. Ja uważałam, że podczas naszych wspólnych partii dawał mi fory. Kiedyś trochę mnie to drażniło. Nie zaliczałam się bowiem do osób, którym należało słodzić, nadskakiwać, a nawet za często pomagać. Lubiłam, kiedy się o mnie troszczono, ale bez przesady. Kochałam niezależność i poczucie, że sama dam sobie radę ze wszystkim.

A jak jest dziś?

Wiele bym dała, by Malcolm znów niechcący potraktował mnie jak nieporadną kobietkę. Żeby jeszcze raz zaaranżował dla nas partyjkę i moje rzekome zwycięstwo. Odkąd odszedł, nawet nie spojrzałam na szachownicę. Aż do dziś.

Te szachy... to pewnego rodzaju scheda po nim. W pewnym sensie był ich częścią. A przez lekkomyślną decyzję naszej córki właśnie zmieniały właściciela. Ktoś wylicytował je na aukcji internetowej, więc już nie było odwrotu i musiałam mu je przekazać.

- Nie mówisz poważnie! - rzuca Lisa poirytowanym tonem, dodatkowo nie szczędząc mi pretensji bijącej z jej oczu. - Nie mogłaś tego odwołać? Albo umówić się z tym człowiekiem po naszym powrocie z wakacji?

- Niestety nalegał.

Rozkładam bezradnie ręce. To szczera prawda. Mężczyzna zainteresowany tymi zabytkowymi szachami postawił sprawę jasno, grożąc mi przy okazji konsekwencjami: albo wydam mu je dziś - w dodatku o jasno sprecyzowanej godzinie - albo z transakcji nici. Aktualnie stronię od problemów, więc przystałam na jego warunki. Przez ostatnie parę lat miałam aż zanadto kłopotów. Teraz preferuję ciszę i spokój.

- To trzeba było odmówić! - A Lisa wciąż mnie atakuje, co mi się coraz mniej podoba.

- To nie trzeba było wystawiać nic za moimi plecami - odpowiadam w końcu, choć nie z pretensją, jakiej przez cały ten czas nie szczędziła mi moja przemądrzała córka.

- To nie ja, tylko Kirk. Ale nawet gdyby... - Lisa wydyma wargi. - Dobrze wiesz, że już dawno ktoś powinien to zrobić. Tylko tak można cię zmusić, żebyś poszła naprzód i zapomniała o tym...

- Uważaj! - ostrzegam ją, nim powie o jedno słowo za dużo.

W oczach Lisy mój mąż, a jej ojciec był dupkiem, co nie zmienia faktu, że jako jego córka powinna okazywać mu szacunek. Nawet gdy jego już z nami nie ma.

- Co tu się dzieje? - Naraz zza pleców Lisy rozbrzmiewa głos jej chłopaka. - Przyszedłem nie w porę?

- Przeciwnie, przyszedłeś w samą porę - poprawiam go, a potem wreszcie odkładam pudełko z szachami na pobliski stolik. - To ty je sprzedałeś? - Widząc, że winę ma wypisaną na twarzy, już nie dociekam, tylko kręcę nieznacznie głową i mówię: - Chyba powinniście się zbierać. Właśnie przyjechała wasza taksówka - stwierdzam, kiedy za oknem zauważam zarys samochodu.

- Nasza? Czy to znaczy, że...

Kirk zerka to na mnie, to na moją córkę, która właśnie postanawia dokończyć za niego:

- To znaczy, że mama nas wystawiła i z nami nie jedzie.

Lisa krzyżuje ramiona i kolejny raz wydyma wargi. Jeszcze tylko brakuje, by zaczęła tupać nogami.

To takie w jej stylu, przemyka mi przez myśl.

- Ale jak to? - Kirk przygląda mi się wnikliwiej, jakby i on oczekiwał natychmiastowych wyjaśnień. - Rezygnuje pani z wakacji?

- Przecież mówię! - wtrąca się Lisa.

- Serio? - Głos chłopaka wyraża niedowierzanie.

Dobrana z nich para, nie ma co.

- Nie słuchaj jej. - Mówiąc to, zerkam na naburmuszoną córkę. - Bo nie chodzi o to, że w ogóle nie jadę - wyjaśniam, posyłając Lisie karcące spojrzenie. - Ja nie jadę teraz. Dołączę do was, kiedy...

Mam zamiar dodać, że na lotnisko dojadę, jak tylko klient odbierze szachy, ale moja córka odcina się złośliwie:

- Trzeba było wrzucić je do pieca wraz z innymi drewnianymi gratami.

Wypuszczam głośno powietrze. Lisa jak zwykle przesadza, ale nie zamierzam jej teraz suszyć o to głowy. Zresztą odkąd zostałyśmy same, nigdy nie czyniłam jej wyrzutów o cokolwiek, choć wielokrotnie zasługiwała na więcej niż zwykłe pretensje. Momentami była nie do zniesienia. Ale jakoś nie miałam serca jej zrugać, za co teraz przychodzi mi płacić wysoką cenę. Zachowanie mojej jedynaczki bywa czasem tak irytujące, że chwilami odnoszę wrażenie, iż dłużej tego nie wytrzymam.

- Pospieszcie się - upominam jedynie młodych, po raz kolejny zerkając w stronę okna. Niewiele przez nie widać, bo pokój, w którym aktualnie się znajdujemy, jest tak zagracony, że ledwie wpada tu dzienne światło. - Taksówka nie będzie czekać na was wiecznie - dodaję jeszcze.

- Idziemy. - Na szczęście Lisa spuszcza nieco z tonu, jak zresztą po każdym ze swoich ataków zupełnie nieuzasadnionej złości kierowanej do mnie, a często nawet do całego świata. - A ty tylko spróbuj się wymigać od tego wyjazdu.

Na odchodne grozi mi jeszcze palcem, na co przesyłam jej w locie całusa i kwituję słowami:

- Ja też cię kocham, córeczko.

William

Mój samochód stoi za zakrętem. Pełno tu krzaków, a zatem mało prawdopodobne, żebym został zauważony. Czekam do chwili, aż ta pannica i jej chłoptaś odjadą. I gdy tylko uber rusza, wysyłam za nimi moich ludzi. Mają zająć się wszystkim według szczegółowo opracowanego planu. A ten jest prosty i moim zdaniem ma stuprocentowe szanse powodzenia. Wierzę, że obejdzie się bez większych kłopotów. Na każdej płaszczyźnie.

Kiedy oba samochody znikają mi z pola widzenia, odpalam silnik i powoli wjeżdżam na podjazd domu państwa Robertsów. Zanim wysiądę z auta, jeszcze przez chwilę zerkam przez szybę na okazały, choć stary budynek. Nie gustuję w zabytkach, ale ten robi na mnie niemałe wrażenie. Jest podpiwniczony, zbudowany z czerwonej, fugowanej na biało cegły. Ma duże, pasujące do elewacji okna ze szprosami, dzięki którym, śmiem przypuszczać, do środka za dnia wpada mnóstwo światła. Do tego charakterystyczne drewniane, pomalowane na biało okiennice.

Wygląda na przytulny i swojski. Na myśl o pomieszkującej w nim rodzinie krzywię się odrobinę.

Opuszczam wnętrze auta i staję na wprost drewnianych, oczywiście pomalowanych na biało schodów. U ich szczytu, jakiś metr przed podwójnymi drzwiami, majaczą dwie rzeźbione kolumny, które wspierają daszek nad wejściem.

Wiktoriański klasyk, przelatuje mi przez głowę.

Wreszcie wspinam się na samą górę, pokonując po dwa stopnie naraz, i już po chwili wduszam dzwonek, oczekując rychłego pojawienia się w drzwiach pani domu.

- Już idę - dochodzi mnie ze środka, choć przez przeszklone skrzydła nadal nikogo nie widać. - Chwileczkę - dodaje ten sam lekko piskliwy głos, a po chwili kobieta materializuje się w progu.

Zaskakuje mnie jej widok, bo wydaje się młoda. Na pewno zdecydowanie zbyt młoda na matkę dorosłej już dziewczyny.

- Pan po szachy?

Tym pytaniem sprowadza mnie na ziemię, bo przez moment naprawdę rozważałem, czy nie zaszła pomyłka. Ale jak widać, wszystko się zgadza. Odpowiadam zatem skinieniem głowy.

- Zapraszam - dorzuca lekko ochrypniętym głosem i odchrząkuje nieznacznie, jakby coś drapało ją w gardle. Jak mniemam, to kurz, który ma we włosach, na nosie, a nawet na całej twarzy.

Przepuszcza mnie w progu. Idę za nią, ale jestem ostrożny. Rozglądam się dyskretnie, w lekkiej obawie. Bo przecież coś może pójść nie tak. Może na przykład nie być sama. Wtedy mój plan ległby w gruzach. Albo musiałbym go na poczekaniu zmieniać. Nie lubię takich sytuacji, bo z reguły wynikają z nich tylko problemy.

- Są tam. - Kobieta wskazuje na uchylone drzwi gdzieś w głębi korytarza, po czym daje mi znak ręką, żebym szedł za nią. - Właśnie je znalazłam. Brakuje jednego pionka - dodaje, na co kiwam nieznacznie głową.

Dla prawdziwego kolekcjonera mógłby to być spory problem, ale nie dla mnie. Poza tym wiedziałem o tym od samego początku. W opisie aukcji było wyraźnie napisane, że szachy nie są kompletne. Zupełnie mi to nie przeszkadzało.

Tymczasem kobieta nie przestaje mówić:

- Od dawna nikt ich nie używał, więc są lekko zakurzone. Mam nadzieję, że to panu nie wadzi - przesyła mi przepraszający uśmiech przez ramię - bo...

- Zapewniam panią, że to żaden problem - ubiegam ją. Zaczynam mieć dość tej paplaniny.

- To dobrze - odpowiada z wyraźną ulgą. - Bo trochę się spieszę i obawiam się, że nie zdążyłabym ich wyczyścić mimo szczerych chęci.

Odwraca się wreszcie w moją stronę i teatralnie kładzie dłoń na mostku.

Już kiedyś to widziałem. Nie komentuję tego, ale myśli jakoś trudno mi się wyzbyć.

- Oto one - rzuca, podnosząc duże drewniane pudło ze stolika kawowego, kiedy w końcu oboje znajdujemy się w zagraconym antykami pokoju. - Proszę jeszcze zerknąć. - Otwiera wciąż pokryte warstwą gęstego kurzu szachy i dodaje: - Jak mówiłam, nie mam zbyt wiele czasu - powtarza się, a dla podkreślenia swoich słów spogląda przepraszająco na jeden z zegarów, które zalegają na półkach wiekowego drewnianego kredensu. - Właściwie, jeśli pan się nie pospieszy, spóźnię się na samolot. Córka by mi tego nie darowała. - Kiedy to mówi, puszcza do mnie oko.

Nie komentuję tego. Uznaję, że na tym etapie nie ma takiej potrzeby. Poza tym ona ma rację. I być może będzie to jedyna rzecz, w której odtąd będziemy zgodni.

- Piękna - zmieniam temat.

- Słucham?

Nie jestem pewien, o czym dokładnie pomyślała, ale z pewnością nie o szachach - zdradza to jej mina. Wydaje się zaskoczona i zawstydzona jednocześnie.

A więc gra właśnie się zaczyna... - myślę z uznaniem.

- Robota - wyjaśniam naprędce. - Mówię o szachach - dodaję dla jasności, na co stojąca na wprost mnie kobieta ucieka wzrokiem, rumieniąc się przy tym nieznacznie.

I coraz bardziej mi się podoba, dorzucam w duchu. Gra, rzecz jasna.

- Tak. Zgadzam się z panem - odzywa się w końcu. - Nie mogę tylko odżałować tego zgubionego pionka - oznajmia jeszcze, po czym po krótkim namyśle dodaje: - Po powrocie z wakacji postaram się go znaleźć. - Rozgląda się wokół.

Powinienem życzyć jej powodzenia, bo znalezienie czegokolwiek w tym bałaganie może graniczyć z cudem, ale ograniczam się jedynie do stwierdzenia:

- Ją, proszę pani.

- Nie rozumiem...? - Kobieta, która jeszcze przed chwilą rozglądała się po zagraconym pomieszczeniu, teraz na powrót odwraca się w moją stronę.

- Królowa to figura, nie pionek - uświadamiam ją, odkrywając tym samym, że brakuje właśnie jej, po czym dorzucam: - W obu przypadkach to ona, nie on.

- Ale z pana bystrzak - odpowiada zaczepnie. - Ledwo pan zerknął, a już zauważył, że zawieruszyła się właśnie królowa - dodaje jeszcze i przygląda mi się wnikliwie.

Już czas. To w tym momencie postanawiam zakończyć uprzejmości. Bo na wszystko przyjdzie odpowiedni moment. Zwłaszcza na konwenanse.

Ashley

Nie wiem, jak długo trwałam w tym stanie ani co się ze mną przez ten czas działo, ale kiedy odzyskuję świadomość - przynajmniej tak mi się wydaje, że zaczynam kontaktować - wracają do mnie niepokojące wspomnienia.

Ten facet...!

On mnie czymś odurzył! Nie wiem, czym dokładnie była nasączona szmata, którą zasłonił mi usta i nos, ale z pewnością było to jakieś świństwo, bo podziałało w parę sekund i odpłynęłam.

- To jakiś żart?!

Nie jestem pewna, czy z moim słuchem wszystko w porządku, bo zdaje się, że poza głośnym biciem mojego serca nie doszedł mnie żaden dźwięk, choć miałam zamiar krzyczeć na całe gardło.

Zrywam się z krzesła na równe nogi, a raczej próbuję to zrobić, bo nagle okazuje się, że jestem skrępowana. Miejsce, w którym się znajduję, wydaje mi się obce. Trudno to jednoznacznie stwierdzić, bo albo to coś, czym zostałam otumaniona, spowodowało, że padło mi także na oczy, albo tu jest tak ciemno.

To na pewno nie jest mój dom, stwierdzam z pełną świadomością, szarpiąc się i próbując wyswobodzić. Zapach własnego domu rozpoznałabym wszędzie.

- Nie mocuj się tak, bo będzie bolało, królowo - słyszę w pewnej chwili, co obala wcześniejszą teorię dotyczącą mojej ewentualnej głuchoty.

Ale może cierpię na inne zaburzenie - urojenia, bo zdaje się, że ten ktoś nazwał mnie właśnie "królową". Poza tym... chyba rozpoznaję ten głos.

To facet od szachów. Zdecydowanie! - myślę, przerażona tym odkryciem, starając się je potwierdzić, bowiem stopniowo odzyskuję również zdolność widzenia.

Próbuję go wypatrzeć, ale to bardzo trudne, bo w miejscu, do którego ewidentnie mnie przywlókł, panuje gęsta i mroczna szarość. W dodatku on zdaje się znajdować w drugim końcu pomieszczenia - trudno to ocenić, gdy ma się otępiałe zmysły.

- Kim ty, kurwa, jesteś?! - wrzeszczę na całe gardło, choć mój głos nie ma mocy. Przypomina jedynie charkot, ale przynajmniej słowa zaczynają brzmieć, jak powinny. Mimo dobrej rady próbuję wyszarpnąć dłonie, które krępuje coś, co natychmiast boleśnie wrzyna mi się w skórę. Nie zwracam jednak na to uwagi, tylko usilnie próbuję się wyswobodzić z więzów. I domagam się wyjaśnień: - Czego ode mnie chcesz?

- Zawsze jesteś taka niecierpliwa, królowo?

- Nie nazywaj mnie tak! - Mój głos dla odmiany ulatuje z ust donioślej, choć w moim odczuciu nadal brzmi, jakby nie należał do mnie. - Mów, czego ode mnie chcesz!

Kolejny raz szarpię rękami i nogami. Zdaje się, że nazbyt gwałtownie, bo w odsłoniętą w okolicach kostek skórę zaczyna mi się wrzynać coś nieprzyjemnie ostrego. Syczę z bólu, ale nawet to mnie nie zatrzymuje. Bronię się, nadal wierząc, że dzięki temu się uwolnię. Bo...

To właśnie wtedy, w ułamku sekundy, dociera do mnie, iż nie dość, że padłam ofiarą jakiegoś bandziora, to jeszcze swoim niepojętym zachowaniem pokrzyżował mi on plany.

Przecież właśnie dziś miałam wylecieć na Karaiby!

Lisa nigdy mi tego nie daruje. Już sobie wyobrażam te wyrzuty, tę pełną pretensji minę. Przecież mi nie uwierzy, że spóźniłam się na samolot, bo zostałam porwana przez jakiegoś jebanego psychopatę!

- Gdzie jesteśmy i czego ode mnie chcesz? - ponawiam pytanie.

Mężczyzna zapala światło, a następnie zbliża się do mnie. Staje dosłownie kilka kroków przede mną i spogląda z góry. W tej jednej chwili nie wiem, co pali mnie bardziej: ostre światło czy jego wzrok.

- Mówiłem już...

- W dupie mam, co mówiłeś! - wyrzucam z furią. - Nie wiem, kim jesteś ani czego ode mnie chcesz, ale...

- Gry - pada krótka i bardzo rzeczowa odpowiedź.

- Gry?! - Tylko tyle jestem w stanie wydusić, choć milion myśli i pytań wiruje w mojej głowie. - O czym ty, do cholery...

- Wszystko w swoim czasie - wchodzi mi w słowo.

W odpowiedzi reaguję kolejnym odruchem obronnym, a ten skutkuje bolesnym werżnięciem się w skórę trytytek, które właśnie zauważam na swoich kończynach.

Gdybym tylko zdołała wyswobodzić ręce, pokazałabym mu!

- Zrobisz sobie krzywdę - upomina mnie po raz kolejny głosem tak opanowanym, że aż mnie nosi. Dosłownie trzęsę się z emocji. - Radziłbym...

- A wiesz, co ja radzę tobie? - Tym razem to ja mu przerywam. - Proponuję, żeby cię tu nie było, kiedy zdołam to... - Milknę na moment, bo znów podejmuję próbę oswobodzenia się, niestety bezskuteczną. Mimo wszystko kończę: - Pożałujesz.

I choć rozum podpowiada mi, że moje starania są zbyteczne - opaski zaciskowe działają tylko w jedną stronę, podobnie jak życie, o czym w żartobliwy sposób miewał w zwyczaju przypominać mój mąż - to nadal staram się mu udowodnić, że się nie poddam. Chyba głupio się łudzę, że mam dość siły, by plastik pękł, ale nie przywykłam poddawać się bez walki. Przestaję się szarpać, dopiero gdy moje ręce robią się purpurowe i tracę czucie w palcach. Rozprostowuję je, zupełnie jakbym chciała sprawdzić, czy dopływa do nich krew, choćby kropla, dzięki której odzyskam zmysł dotyku.

Zerkam w górę. Stojący nade mną typ uśmiecha się pod nosem. Mam ochotę zdrapać mu ten bezczelny uśmieszek z ust. I zrobiłabym to, bez względu na konsekwencje, gdybym tylko mogła uwolnić kończyny z tego plastikowego dziadostwa.

Ponownie spoglądam po sobie i uważniej przyglądam się krępującym mnie więzom. Zarówno ręce, jak i nogi za pomocą opasek są umocowane do krzesła. To zaś jest podobne do jednego z tych, na których podczas partyjki szachów miał w zwyczaju zasiadać mój mąż.

- Ukradłeś je? - odzywam się z niedowierzaniem. - Zwinąłeś mi krzesło?

Patrzę przed siebie, jednak mężczyzny już tam nie ma. Rozglądam się na boki, ale mam ograniczone możliwości. Zdaje się, że ten typ stoi gdzieś za moimi plecami, co mnie lekko przeraża, bo wyobraźnia podpowiada mi sceny jak z horroru. Nie jestem pewna, czy mnie to uspokaja, lecz kątem oka zauważam, że facet rozstawia szachy.

- Aż tak nisko mnie oceniasz? - odpowiada mi pytaniem. - Nie jestem złodziejem. Umiesz grać? - dodaje nagle, ucinając poprzedni temat. - W szachy - doprecyzowuje, gdy milczę jak zaklęta.

Nie wiem, w co ze mną pogrywa, ale nie podoba mi się to. Ani trochę! I mam zamiar mu to jasno zamanifestować.

Kolejny raz odruchowo próbuję się poderwać z krzesła, bo mam ochotę wydrapać temu człowiekowi oczy, ale trytytki jeszcze mocniej wrzynają mi się w ciało - choć sądziłam, że bardziej już się nie da - i kolejny raz syczę z bólu.

- Zawsze jesteś taka uparta? - pyta mnie, obchodząc krzesło i patrząc na mnie triumfalnie.

- A ty zawsze jesteś takim... - Wykrzywiam twarz z pogardą, po czym dorzucam obelżywie: - Gnojem?

- Dlaczego mnie obrażasz? - pyta, kucając na wprost i patrząc mi w oczy.

Nie widzę jego emocji, żadnych. I to niepokoi mnie najbardziej.

- Przecież mnie nie znasz - dodaje po chwili.

- Właśnie! Nie znam cię. I niech tak zostanie!

Nie wiem, co go tak rozbawiło, ale naraz wybucha gromkim śmiechem. A ja? Jedyne, co mogę zrobić w tym momencie, to pomyśleć, że gdybym nie była związana, to by mnie popamiętał!