Wszystko jest w stanie takiego bałaganu, jakby przed chwilą policja
zakończyła gwałtowną i nerwową rewizję. Wszędzie leżą rozrzucone gazety,
sterty gazet miejscowych i zagranicznych, dodatki nadzwyczajne,
rzucające się w oczy wielkie tytuły
ODLECIAŁ
i duże fotografie szczupłej pociągłej twarzy, na której widać skupiony
wysiłek, aby nie okazać ni nerwów, ni klęski, twarzy o rysach tak
uporządkowanych, że właściwie nie wyraża już nic. A obok egzemplarze
innych dodatków nadzwyczajnych, z późniejszą datą, które oznajmiają z gorączką i triumfem, że
WRÓCIŁ
i poniżej, wypełniające całą stronicę, zdjęcie patriarchalnej twarzy,
surowej i zamkniętej, bez żadnej chęci wypowiedzenia czegokolwiek.
(A pomiędzy tym odlotem i powrotem jakie emocje, jakież wysokie
temperatury, ile gniewu i grozy, ile pożarów!)
Na każdym kroku - na podłodze, na krzesłach, na stoliku, na biurku -
rozsypane kartki, świstki, notatki zapisane w pośpiechu i tak bezładnie,
że sam muszę teraz zastanawiać się, skąd wynotowałem zdanie - będzie
was zwodził i obiecywał, ale nie dajcie się oszukać - (kto to
powiedział? Kiedy i do kogo?)
Albo czerwonym ołówkiem na całej kartce: Koniecznie zadzwonić 64-12-18
(a tyle już czasu minęło, że nie mogę przypomnieć sobie, czyj to telefon
i dlaczego był wtedy tak ważny).
Listy niedokończone i niewysłane. Stary! Długo by mówić o tym, co tu
widziałem i przeżyłem. Trudno mi jednak uporządkować wrażenia, które
Największy nieporządek panuje na dużym, okrągłym stole: fotografie
różnych formatów, kasety magnetofonowe, taśmy amatorskie 8 mm,
biuletyny, fotokopie ulotek - wszystko spiętrzone, pomieszane jak na
pchlim targu, bez ładu i składu. A jeszcze plakaty i albumy, płyty i książki zbierane, podarowane przez ludzi, cała dokumentacja czasu, który
dopiero co minął, ale który można jeszcze usłyszeć i zobaczyć, bo został
tu utrwalony - na filmie: płynące, wzburzone rzeki ludzi, na kasetach:
szloch muezinów, krzyki komend, rozmowy, monologi, na zdjęciach: twarze
w stanie uniesienia, w ekstazie.
Teraz na myśl, że powinienem zabrać się do robienia porządków (bo zbliża
się dzień mojego wyjazdu), ogarnia mnie niechęć i bezgraniczne
zmęczenie. Szczerze mówiąc, ilekroć mieszkam w hotelu - co zdarza mi się
często - lubię, żeby w pokoju panował bałagan, ponieważ stwarza on
wrażenie jakiegoś życia, jest namiastką intymności i ciepła, jest
dowodem (co prawda złudnym, ale jednak), że tak obce i nieprzytulne
miejsce, jakim jest z natury każdy pokój w hotelu, zostało choćby
częściowo pokonane i oswojone. W pokoju pedantycznie wysprzątanym czuję
się drętwo i samotnie, uwierają mnie wszystkie linie proste, kanty
mebli, płaszczyzny ścian, razi cała ta obojętna i sztywna geometria,
całe to mozolne i skrupulatne uszykowanie, które istnieje jakby samo dla
siebie, bez śladu naszej obecności. Na szczęście już po kilku godzinach
pobytu, pod wpływem moich działań (zresztą nieświadomych, wynikających z pośpiechu lub lenistwa) cały zastany porządek rozsypuje się i przepada,
wszystkie rzeczy nabierają życia, zaczynają przenosić się z miejsca na
miejsce, wchodzić w coraz to nowe układy i związki, robi się ciasno i barokowo, a tym samym bardziej życzliwie i swojsko. Można odetchnąć i rozluźnić się wewnętrznie.
Na razie jednak nie mogę zebrać tyle sił, aby coś w tym pokoju ruszyć,
więc schodzę na dół, gdzie w pustym, ponurym hallu czterej młodzi ludzie
piją herbatę i grają w karty. Oddają się jakiejś zawiłej grze, której
reguł nigdy nie mogę pojąć. Nie jest to brydż ani poker, ani oczko, ani
zychlik. Grają dwoma taliami jednocześnie, milczą, w pewnej chwili jeden
z miną zadowoloną zabiera wszystkie karty. Po chwili losują, rozkładają
na stoliku dziesiątki kart, zastanawiają się, coś obliczają, w czasie
liczenia wybuchają spory.
Ci czterej ludzie (obsługa recepcji) żyją ze mnie, ja ich utrzymuję,
ponieważ w tych dniach jestem jedynym mieszkańcem hotelu. Poza nimi
utrzymuję też sprzątaczki, kucharzy, kelnerów, praczy, stróżów i ogrodnika, a myślę, że również parę innych osób i ich rodziny. Nie chcę
powiedzieć, że gdybym zwlekał z opłatą, ci ludzie pomarliby z głodu, ale
na wszelki wypadek staram się w porę regulować moje rachunki. Jeszcze
kilka miesięcy temu zdobycie pokoju było w tym mieście wyczynem,
szczęśliwym losem wygranym na loterii. Mimo wielkiej liczby hoteli ruch
był taki, że przyjezdni musieli wynajmować łóżka w prywatnych
szpitalach, byle znaleźć jakieś schronienie. Ale teraz skończyły się
interesy, skończyły się łatwe pieniądze i oszałamiające transakcje,
miejscowi businessmeni pochowali przebiegłe głowy, a zagraniczni
partnerzy wyjechali w popłochu, rzucając wszystko. Nagle zamarła
turystyka, ustał wszelki ruch międzynarodowy. Część hoteli została
spalona, inne są zamknięte albo stoją puste, w jednym partyzanci
urządzili swoją kwaterę. Miasto zajęte jest dzisiaj sobą, nie potrzebuje
obcych, nie potrzebuje świata.
Karciarze przerywają grę, chcą mnie poczęstować herbatą. Tutaj piją
tylko herbatę albo jogurt, nie piją kawy ani nic z alkoholu. Za picie
alkoholu można dostać czterdzieści batów, nawet sześćdziesiąt, a jeżeli
karę wymierza krzepki osiłek (zwykle tacy najchętniej biorą się do
bata), zrobi nam na plecach niezłą jatkę. Więc siorbiemy gorącą herbatę,
patrząc w drugi koniec hallu, gdzie pod oknem stoi telewizor.
Na ekranie telewizora pojawia się twarz Chomeiniego.
Chomeini przemawia, siedząc na prostym, drewnianym fotelu stojącym na
zbitym z desek podwyższeniu, gdzieś na jednym z placów ubogiej (sądząc
po niskiej jakości zabudowań) dzielnicy Qom. Qom to miasto małe, szare,
płaskie, bez wdzięku, położone o sto pięćdziesiąt kilometrów na południe
od Teheranu, na ziemi pustynnej, męczącej, piekielnie upalnej. Zdawałoby
się, że w tym morderczym klimacie nic nie powinno sprzyjać refleksji i kontemplacji, a jednak Qom jest miastem religijnej żarliwości, zaciekłej
ortodoksji, mistyki i wojującej wiary. W tej mieścinie znajduje się
pięćset meczetów i największe seminaria duchowne, tu prowadzą spory
znawcy Koranu i strażnicy tradycji, tu obradują sędziwi ajatollahowie,
stąd Chomeini rządzi krajem. Nigdy nie opuszcza Qom, nie jeździ do
stolicy, w ogóle nigdzie nie jeździ, niczego nie zwiedza, nikomu nie
składa wizyt. Dawniej mieszkał tu z żoną i pięciorgiem dzieci, w małym
domku przy ciasnej, zakurzonej i dusznej uliczce, środkiem nie
brukowanej jezdni przepływał rynsztok. Teraz przeniósł się w pobliże, do
domu swojej córki, który ma balkon wychodzący na ulicę, z tego balkonu
Chomeini pokazuje się ludziom, jeżeli zbiorą się tłumnie (najczęściej są
to gorliwi pielgrzymi odwiedzający meczety świętego miasta i przede
wszystkim grób Nieskalanej Fatimy, siostry ósmego imama Rezy,
niedostępny dla innowierców). Chomeini żyje jak asceta, żywi się ryżem,
jogurtem i owocami i mieszka w jednym pokoju, o gołych ścianach, bez
mebli. Jest tam tylko posłanie na podłodze i stos książek. W tym pokoju
Chomeini również przyjmuje (nawet najbardziej oficjalne delegacje
zagraniczne), siedząc na kocu rozłożonym na podłodze, oparty plecami o ścianę. Przez okno ma widok na kopuły meczetów i rozległy dziedziniec
medresy - zamknięty świat turkusowej mozaiki, błękitnozielonych
minaretów, chłodu i cienia. Potok gości i interesantów płynie przez cały
dzień. Jeżeli następuje przerwa, Chomeini udaje się na modlitwę lub
pozostaje u siebie, żeby poświęcić czas rozmyślaniom albo po prostu - co
jest naturalne u starca osiemdziesięcioletniego - uciąć drzemkę.
Człowiekiem, który ma stały dostęp do jego pokoju, jest młodszy syn -
Ahmed, duchowny tak samo jak ojciec. Drugi syn, pierworodny, nadzieja
życia, zginął w tajemniczych okolicznościach, mówią, że podstępnie
zgładzony przez policję szacha.
Kamera pokazuje plac wypełniony po brzegi, głowa przy głowie. Pokazuje
twarze zaciekawione i poważne. W jednym miejscu na uboczu, oddzielone od
mężczyzn wyraźnie zaznaczoną przestrzenią, stoją owinięte czadorami
kobiety. Nie ma słońca, jest szaro, barwa tłumu jest ciemna, a tam,
gdzie stoją kobiety - czarna. Chomeini ubrany, jak zawsze, w ciemne
obszerne szaty, czarny turban na głowie. Ma nieruchomą, bladą twarz i siwą brodę. Kiedy mówi, jego ręce spoczywają na oparciu fotela, nie
gestykuluje. Nie skłania głowy ani ciała, siedzi sztywno. Czasem tylko
marszczy wysokie czoło i unosi brwi; poza tym żaden mięsień nie porusza
się w tej twarzy, bardzo zdecydowanej, niezłomnej twarzy człowieka
wielkiego uporu, stanowczej i nieubłaganej woli, która nie zna odwrotu i nawet - być może - wahań. W tej twarzy, jakby uformowanej raz na zawsze,
niezmiennej, niepoddającej się żadnym emocjom ani nastrojom, nie
wyrażającej nic poza stanem napiętej uwagi i wewnętrznego skupienia,
tylko oczy są ciągle ruchliwe, ich żywe, penetrujące spojrzenie przesuwa
się po kędzierzawym morzu głów, mierzy głębokość placu, odległość jego
brzegów i dalej prowadzi swoją drobiazgową lustrację, jakby w natarczywym poszukiwaniu kogoś konkretnego. Słyszę jego głos monotonny,
o spłaszczonej, jednostajnej barwie, o równym, powolnym rytmie, mocny,
ale bez wzlotów, bez temperamentu, bez blasku.
O czym on mówi? pytam karciarzy, kiedy Chomeini na chwilę przerywa i zastanawia się nad następnym zdaniem.
On mówi, że musimy zachować godność, odpowiada jeden z nich.
Operator przesuwa teraz kamerę na dachy okolicznych domów, gdzie stoją
młodzi ludzie z automatami, ich głowy są owinięte w kraciaste chustki.
A teraz co mówi? pytam znowu, bo nie rozumiem języka farsi, w którym
przemawia ajatollah.
On mówi, odpowiada jeden, że w naszym kraju nie może być miejsca dla
obcych wpływów.
Chomeini przemawia dalej, wszyscy słuchają tego z uwagą, widać na
ekranie, jak ktoś ucisza stłoczoną wokół podwyższenia dzieciarnię.
Co mówi? pytam znowu po chwili.
Mówi, że nikt nie będzie rządzić w naszym domu ani nic nam narzucać, i mówi - bądźcie sobie braćmi, bądźcie jednością.
Tyle mogą mi powiedzieć, posługując się nieskładnym i łamanym
angielskim. Wszyscy, którzy uczą się angielskiego, powinni wiedzieć, że
tym językiem coraz trudniej porozumieć się na świecie. Podobnie coraz
trudniej porozumieć się po francusku i w ogóle w jakiejkolwiek mowie,
która pochodzi z Europy. Kiedyś Europa panowała nad światem, wysyłając
na wszystkie kontynenty swoich kupców, żołnierzy, misjonarzy i urzędników, narzucając innym swoje interesy i kulturę (tę ostatnią w problematycznym wydaniu). Nawet w najbardziej odległym zakątku ziemi
znajomość języka europejskiego należała wówczas do dobrego tonu,
świadczyła o starannym wychowaniu, a często była życiową koniecznością,
podstawą awansu i kariery czy choćby warunkiem, aby uważali nas za
człowieka. Tych języków uczono w afrykańskich szkołach, przemawiano nimi
w egzotycznych parlamentach, używano ich w handlu i w instytucjach, w azjatyckich sądach i w arabskich kawiarniach. Europejczyk mógł
podróżować po całym świecie i czuć się jak u siebie w domu, wszędzie
mógł wypowiadać swoje zdanie i rozumieć, co do niego mówią. Dzisiaj
świat jest inny, na kuli ziemskiej rozkwitły setki patriotyzmów, każdy
naród wolałby, by jego kraj był tylko jego własnością, urządzoną wedle
rodzimej tradycji. Każdy naród ma teraz rozwinięte ambicje, każdy jest
(a przynajmniej chce być) wolny i niezależny, ceni sobie własne wartości
i domaga się dla nich szacunku. Można zauważyć, jak na tym punkcie
wszyscy stali się czuli i wrażliwi. Nawet małe i słabe narody (one
zresztą szczególnie) nie znoszą, aby je pouczać, i burzą się przeciw
tym, którzy chcieliby nad nimi panować i narzucać im swoje wartości
(często naprawdę wątpliwe). Ludzie mogą podziwiać czyjąś siłę, ale wolą
robić to na odległość i nie chcą, żeby była na nich wypróbowywana. Każda
siła ma swoją dynamikę, swoją tendencję władczą i ekspansywną, swoją
toporną natrętność i obsesyjną wprost potrzebę rzucania słabych na
łopatki. W tym przejawia się prawo siły, wszyscy o tym wiedzą. Ale co
może zrobić słabszy? Może tylko odgrodzić się. W naszym zatłoczonym i narzucającym się świecie, żeby się obronić, żeby utrzymać się na
powierzchni, słabszy musi się wyodrębnić, stanąć na boku. Ludzie boją
się, że zostaną wchłonięci, że zostaną odarci, że ujednolicą im krok,
twarze, spojrzenia i mowę, że nauczą ich jednakowo myśleć i reagować,
każą przelewać krew w obcej sprawie i wreszcie ostatecznie ich
unicestwią. Stąd ich niezgoda i bunt, ich walka o istnienie własne, a więc także o własny język. W Syrii zamknęli gazetę francuską, w Wietnamie angielską, a teraz w Iranie i francuską, i angielską. W radio
i telewizji używają już tylko swojego języka - farsi. Na konferencjach
prasowych - tak samo. Pójdzie do aresztu ten, kto nie potrafi przeczytać
w Teheranie napisu na sklepie z konfekcją damską: Do tego sklepu wstęp
dla mężczyzn wzbroniony pod karą aresztu. Zginie ten, kto nie potrafi
przeczytać napisu pod Isfahanem: Wstęp wzbroniony. Miny!
Kiedyś woziłem po świecie małe, kieszonkowe radio i słuchając lokalnych
stacji, wszystko jedno na którym kontynencie, mogłem wiedzieć, co dzieje
się na naszym globie. Teraz to radio, tak dawniej pożyteczne, nie służy
mi do niczego. Kiedy przesuwam gałkę, z głośnika odzywa się dziesięć
kolejnych radiostacji, mówiących w dziesięciu różnych językach, z których nie rozumiem ani słowa. Tysiąc kilometrów dalej - i odzywa się
dziesięć nowych radiostacji, tak samo niezrozumiałych. Może mówią, że
pieniądze, które mam w kieszeni, są od dzisiaj nieważne? Może mówią, że
wybuchła wielka wojna?
Podobnie jest z telewizją.
Na całym świecie, o każdej godzinie, na milionach ekranów widzimy
nieskończoną liczbę ludzi, którzy coś do nas mówią, o czymś przekonują,
robią gesty i miny, zapalają się, uśmiechają, kiwają głowami, pokazują
palcem, a my nie wiemy, o co chodzi, czego od nas chcą, do czego
wzywają. Jakby to byli przybysze z odległej planety, jakaś wielka armia
reklamowych naganiaczy z Wenus czy z Marsa, a przecież to nasi
pobratymcy, cząstka naszego rodzaju, te same kości, ta sama krew, też
poruszają ustami, też słychać głos, a nie możemy zrozumieć się ani na
jotę. W jakim języku będzie się toczyć uniwersalny dialog ludzkości?
Kilkaset języków walczy o uznanie i awans, podnoszą się bariery
językowe, wzrasta niezrozumiałość i głuchota.
Po krótkiej przerwie (w przerwie pokazują pola kwiatów, bardzo tutaj
lubią kwiaty, grobowce ich największych poetów stoją w barwnych i bujnych ogrodach) widać na ekranie fotografię młodego człowieka. Rozlega
się głos spikera.
Co on mówi? pytam moich karciarzy.
On mówi imię i nazwisko tego człowieka. I mówi, kim on był.
Potem fotografia następna i następna. Są tu zdjęcia z legitymacji
studenckich, zdjęcia w ramkach, zdjęcia z automatów, zdjęcia na tle
odległych ruin, jedno zdjęcie rodzinne ze strzałką w stronę ledwie
widocznej dziewczyny, żeby zaznaczyć, o kogo chodzi. Każdą fotografię
oglądamy przez kilka chwil, słychać odczytywaną przez spikera ciągnącą
się listę nazwisk.
Rodzice proszą o wiadomość.
Proszą tak od kilku miesięcy, mając ciągle nadzieję, której
przypuszczalnie nie ma nikt poza nimi. Zaginął we wrześniu, w grudniu, w styczniu, a więc w miesiącach najcięższych walk, kiedy nad miastami
stały wysokie i niegasnące łuny. Widocznie szli w pierwszych szeregach
manifestacji, prosto w ogień karabinów maszynowych. Albo z okolicznych
dachów wypatrzyli ich strzelcy wyborowi. Możemy się domyślać, że każda z tych twarzy była widziana ostatni raz okiem jakiegoś żołnierza, który
naprowadził na nią swój celownik.
Film przesuwa się dalej, to codzienny długi program, w czasie którego
dobiega nas rzeczowy głos spikera i spotykamy się z coraz to nowymi i nowymi ludźmi, których już nie ma.
Znowu pola kwiatów i za chwilę następna pozycja wieczornego programu.
Znowu fotografie, ale tym razem zupełnie innych ludzi. Są to najczęściej
starsi panowie o zaniedbanym wyglądzie, ubrani byle jak (zmięte
kołnierzyki, zmięte drelichowe kurtki), spojrzenia desperackie, twarze
zapadnięte, nieogolone, niektórym wyrosły już brody. Każdy ma duży
kawałek tektury z wypisanym imieniem i nazwiskiem, zawieszony na szyi.
Kiedy pojawia się teraz kolejna twarz, któryś z karciarzy mówi - aha, to
ten! i wszyscy wpatrują się uważnie w ekran. Spiker odczytuje dane
personalne i mówi o każdym, jakich dokonał przestępstw. Generał Mohammed
Zand wydał rozkaz strzelania do bezbronnej manifestacji w Tebrizie,
setki zabitych. Major Hossein Farzin torturował więźniów, przypalając im
powieki i wyrywając paznokcie. Przed kilku godzinami - informuje spiker
- pluton egzekucyjny milicji islamskiej wykonał na nich wyrok trybunału.
Jest ciężko i duszno w hallu w czasie tej parady dobrych i złych
nieobecnych, tym bardziej że toczące się od dawna koło śmierci kręci się
dalej, wyrzucając setki następnych fotografii (już blaknących i zupełnie
świeżych, tych szkolnych i tych z więzienia), ta sunąca i coraz to
przystająca procesja nieruchomych, milczących twarzy zaczyna w końcu tak
przygnębiać, ale i tak wciągać, iż przez moment wydaje mi się, że za
chwilę zobaczę na ekranie zdjęcia siedzących obok sąsiadów, a potem moje
własne, i usłyszę spikera czytającego nasze nazwiska.
Wracam na piętro, przechodzę przez pusty korytarz i zamykam się w swoim
zagraconym pokoju. Gdzieś z głębi niewidocznego miasta, jak zwykle o tej
porze, dochodzą odgłosy strzelaniny. Prowadzą ogień regularnie, każdej
nocy, zaczynają mniej więcej o dziewiątej, jakby to było ustalone dawnym
obyczajem albo umową. Potem miasto milknie, a potem znowu słychać
strzały, a nawet głuche eksplozje. Nikt się tym nie przejmuje, nikt już
nie zwraca uwagi ani nie odbiera tego jako zagrożenia (nikt poza tymi,
których dosięgają kule). Od połowy lutego, kiedy w mieście wybuchło
powstanie i tłum rozebrał magazyny wojskowe, Teheran jest uzbrojony,
naelektryzowany, pod osłoną nocy na ulicach i w domach rozgrywa się
skrytobójczy dramat, przyczajone za dnia podziemie podnosi głowy,
zamaskowane bojówki wyruszają na miasto.
Te niespokojne noce skazują ludzi na więzienny przymus pozostawania w domach zamkniętych na cztery spusty. Niby nie ma godziny policyjnej, ale
poruszanie się po ulicach od północy do świtu jest uciążliwe i ryzykowne. O tej porze przyczajone i znieruchomiałe miasto znajduje się
w rękach milicji islamskiej lub niezależnych bojówek. W obu wypadkach są
to grupy dobrze uzbrojonych chłopców, którzy ciągle mierzą do nas z pistoletów, wypytują o wszystko, naradzają się między sobą i czasem, na
wszelki wypadek, prowadzą zatrzymanych do aresztu, skąd trudno się potem
wydostać. W dodatku nigdy nie mamy pewności, kim są ci, którzy pakują
nas do więzienia, gdyż napotkana przemoc nie ma żadnych znaków
rozpoznawczych, nie ma mundurów ani czapek, opasek ani znaczków, są to
po prostu uzbrojeni cywile, których władzę musimy uznać bezkrytycznie i bez pytania, jeżeli zależy nam na życiu. Po kilku dniach zaczynamy
jednak orientować się i klasyfikować. Ten oto elegancki pan w wizytowym
garniturze, w białej koszuli i starannie dobranym krawacie, ten to
wytworny pan idący ulicą z karabinem na ramieniu jest z pewnością
milicjantem w jednym z ministerstw lub urzędów centralnych. Natomiast
chłopiec z maską na twarzy (wełniana pończocha naciągnięta na głowę,
otwory wycięte na oczy i usta) jest miejscowym fedainem, którego nie
wolno nam znać ani z widzenia, ani z nazwiska. Nie mamy pewności, kim są
ludzie w zielonych, amerykańskich kurtkach, którzy pędzą samochodem,
lufy automatów wystawione przez okno. Może to milicjanci, a może jedna z opozycyjnych bojówek (fanatycy religijni, anarchiści, niedobitki
Savaku), którzy gnają z samobójczą determinacją, aby dokonać aktu
sabotażu lub zemsty.
Jednakże w sumie jest nam obojętne, kto na nas urządzi zasadzkę i w czyją pułapkę (urzędową lub nielegalną) wpadniemy. Nikogo nie bawią
takie rozróżnienia, ludzie wolą unikać niespodzianek i barykadują się na
noc w swoich domach. Mój hotel jest także zamknięty (o tej godzinie
odgłosy strzałów mieszają się w całym mieście ze zgrzytem opuszczanych
żaluzji i hałasem zatrzaskiwanych furtek i drzwi). Nikt nie przyjdzie,
nic się nie zdarzy. Nie mam do kogo się odezwać, siedzę sam w pustym
pokoju, przeglądam leżące na stole fotografie i zapiski, słucham
nagranych na taśmy rozmów.
Fotografia (1)
Jest to najstarsze zdjęcie, jakie udało mi się zdobyć. Widać na nim
żołnierza, który w prawej ręce trzyma łańcuch, do łańcucha przywiązany
jest człowiek. Żołnierz i człowiek na łańcuchu patrzą w obiektyw ze
skupieniem, widać, że jest to dla nich ważna chwila. Żołnierz jest
starszym mężczyzną niskiego wzrostu, jest typem prostego i posłusznego
chłopa, ma na sobie przyduży, niezgrabnie uszyty mundur, spodnie
marszczą mu się w harmonijkę, wielka, krzywo założona czapa opiera się
na odstających uszach, w ogóle wygląda zabawnie, przypomina Szwejka.
Człowiek na łańcuchu (twarz szczupła, blada, oczy zapadnięte) ma głowę
owiniętą bandażem, widocznie jest ranny. Podpis pod zdjęciem mówi, że
ten żołnierz jest dziadkiem szacha Mohammeda Rezy Pahlaviego (ostatniego
władcy Iranu), a ten ranny jest zabójcą szacha Naser-ed-Dina. Fotografia
musi więc pochodzić z roku 1896, kiedy to Naser-ed-Din, po czterdziestu
dziewięciu latach panowania, został zabity przez widocznego na zdjęciu
mordercę. Dziadek i morderca wyglądają na zmęczonych i jest to
zrozumiałe: od kilku dni wędrują z Qom do miejsca publicznej kaźni - do
Teheranu. Wloką się ospale pustynną drogą, w potępieńczym skwarze, w duchocie rozpalonego powietrza, żołnierz z tyłu, a przed nim wychudły
zabójca prowadzony na łańcuchu, tak jak to dawniej różni cyrkowcy
prowadzali na łańcuchu ćwiczonego niedźwiedzia, dając w napotkanych
miasteczkach ucieszne widowiska, z których utrzymywali i siebie, i zwierzę. Teraz dziadek i morderca idą utrudzeni, coraz to ocierając pot
z czoła, czasem zabójca skarży się na ból zranionej głowy, ale
najczęściej obaj milczą, bo w końcu nie ma o czym mówić - morderca
zabił, a dziadek prowadzi go na śmierć. W tych latach Persja jest krajem
przygnębiającej biedy, nie ma kolei, pojazdy konne ma tylko
arystokracja, więc ci dwaj ludzie z fotografii muszą wędrować piechotą
do odległego celu wyznaczonego wyrokiem i rozkazem. Czasem natrafią na
kilka glinianych chat, wynędzniali i obdarci chłopi siedzą oparci o ściany, bezczynni, nieruchomi. Teraz jednak, na widok nadchodzącego
drogą więźnia i konwojenta, pojawia się w ich oczach błysk
zainteresowania, wstają z ziemi i gromadzą się wokół pokrytych kurzem
przybyszów. A kogo to prowadzicie, panie? pytają nieśmiało żołnierza.
Kogo? powtarza pytanie żołnierz i milczy przez chwilę, żeby wywołać
większy efekt i napięcie. Ten, mówi wreszcie, pokazując więźnia, to
morderca szacha! W głosie dziadka brzmi nieukrywana nuta dumy. Chłopi
patrzą na zabójcę z mieszaniną zgrozy i podziwu. Przez to, że zabił tak
wielkiego pana, człowiek na łańcuchu też wydaje im się w jakiś sposób
wielki, przez tę zbrodnię jakby awansowany do wyższego świata. Nie
wiedzą, czy pałać z oburzenia, czy paść przed nim na kolana. Tymczasem
żołnierz przywiązuje łańcuch do wkopanego przy drodze palika, zdejmuje z ramienia karabin (który jest tak długi, że sięga mu prawie do ziemi) i wydaje chłopom rozkazy: mają przynieść wody i jedzenia. Chłopi drapią
się w głowy, ponieważ we wsi nie ma nic do jedzenia, panuje głód.
Dodajmy, że żołnierz jest też chłopem, podobnie jak oni, i tak samo jak
oni nie ma nawet własnego nazwiska, jako nazwiska używa nazwy swojej wsi
- Savad-Kuhi, ale ma mundur i karabin i został wyróżniony tym, że
prowadzi do miejsca kaźni mordercę szacha, więc korzystając z tak
wysokiej pozycji, jeszcze raz nakazuje chłopom przynieść wody i jedzenia, ponieważ sam odczuwa skręcający mu kiszki głód, a poza tym nie
wolno mu dopuścić, aby człowiek na łańcuchu umarł w drodze z pragnienia
i wyczerpania, gdyż w Teheranie trzeba by odwołać tak niecodzienne
widowisko, jakim jest wieszanie na zatłoczonym placu mordercy samego
szacha. Wystraszeni chłopi, popędzani z całą bezwzględnością przez
żołnierza, przynoszą w końcu to, co mają, czym żywią się sami: są to
wygrzebane z ziemi zwiędłe korzonki i płachta wysuszonej szarańczy.
Dziadek i morderca zasiadają w cieniu do jedzenia, chrupią z apetytem
szarańczę, spluwają na boki skrzydełkami, popijają wodą, a chłopi
przyglądają im się w milczeniu i z zazdrością. Kiedy zbliża się wieczór,
żołnierz wybiera najlepszą chatę, wyrzuca z niej właścicieli i zamienia
ją w chwilowy areszt. Okręca się tym samym łańcuchem, do którego
przywiązany jest zbrodniarz (żeby ten mu nie uciekł), obaj kładą się na
glinianej, czarnej od karaluchów podłodze i znużeni wielogodzinną
wędrówką w skwarze rozpalonego dnia, zapadają w głęboki sen. Rano wstają
i wyruszają w dalszą drogę do celu wyznaczonego wyrokiem i rozkazem, a więc na północ, do Teheranu, przez tę samą pustynię, w tym samym
rozedrganym upale, idąc w ustalonym dotychczas porządku - na przodzie
morderca z obandażowaną głową, za nim dyndająca kita żelaznego łańcucha,
podtrzymywana ręką żołnierza-konwojenta, a wreszcie i on sam, w tak
niezgrabnie uszytym mundurze, tak zabawnie wyglądający w swojej wielkiej
i krzywo założonej czapie, wspartej na odstających uszach, że kiedy po
raz pierwszy zobaczyłem go na fotografii, od razu pomyślałem, że jest
zupełnie podobny do Szwejka.
Fotografia (2)
Na tym zdjęciu widzimy młodego oficera Brygady Perskich Kozaków, który
stoi przy cekaemie i objaśnia kolegom zasady działania tej
śmiercionośnej broni. Ponieważ oglądany na zdjęciu cekaem jest
unowocześnionym modelem maxima z roku 1910, fotografia musi również
pochodzić z tego okresu. Młody oficer (rocznik 1878) nazywa się Reza
Khan i jest synem żołnierza-konwojenta, którego spotkaliśmy kilkanaście
lat wcześniej na pustyni, kiedy prowadził na łańcuchu mordercę szacha.
Porównując oba zdjęcia, natychmiast zwrócimy uwagę na fakt, że w przeciwieństwie do ojca, Reza Khan jest fizycznym olbrzymem. Jest wyższy
od kolegów co najmniej o głowę, ma potężną klatkę piersiową i wygląda na
siłacza, który bez trudu łamie podkowy. Mina marsowa, spojrzenie zimne i penetrujące, szerokie, masywne szczęki, usta zaciśnięte, nie ma mowy o najlżejszym nawet uśmiechu. Na głowie ma kozacką papachę z czarnych
karakułów, gdyż, jak wspomniałem, jest oficerem Brygady Perskich Kozaków
(jedynej armii, jaką posiada wówczas szach), którą dowodzi carski
pułkownik z St. Petersburga, Wsiewołod Liachow. Reza Khan jest pupilkiem
pułkownika Liachowa, który lubi urodzonych żołnierzy, a nasz młody
oficer jest typem urodzonego żołnierza. Wstąpił do brygady jako
czternastoletni chłopiec, analfabeta (zresztą do końca życia nie umie
dobrze czytać ani pisać), i dzięki swojemu posłuszeństwu, dyscyplinie,
zdecydowaniu i wrodzonej inteligencji, a także dzięki temu, co wojskowi
nazywają talentem dowódczym, stopniowo wspina się po szczeblach
zawodowej kariery. Wielkie awanse zaczynają jednak sypać się dopiero po
roku 1917, kiedy to szach, posądzając Liachowa (zupełnie niesłusznie) o sympatie dla bolszewików, zwalnia go ze służby i odprawia do Rosji.
Teraz Reza Khan zostaje pułkownikiem i dowódcą kozackiej brygady, którą
od tej chwili opiekują się Anglicy. Brytyjski generał, sir Edmund
Ironside, na jednym z przyjęć mówi, stając na palcach, żeby sięgnąć do
ucha Rezy Khana - pułkowniku, jest pan człowiekiem wielkich możliwości!
Wychodzą do ogrodu, gdzie w czasie spaceru generał podsuwa mu pomysł
zrobienia zamachu stanu i przekazuje mu błogosławieństwo Londynu. W lutym 1921 Reza Khan wkracza na czele swojej brygady do Teheranu,
aresztuje stołecznych polityków (jest zima, pada śnieg, politycy skarżą
się na chłód i wilgoć cel więziennych), następnie powołuje nowy rząd, w którym zostaje ministrem wojny, a potem premierem. W grudniu 1925
posłuszne Zgromadzenie Konstytucyjne (które boi się pułkownika i stojących za nim Anglików) ogłasza kozackiego dowódcę szachem Persji.
Odtąd nasz młody oficer, którego oglądamy na fotografii, kiedy objaśnia
kolegom (a wszyscy na tym zdjęciu ubrani są w rubaszki i papachy) zasady
działania cekaemu maxim, udoskonalony model 1910, będzie nazywać się
Szachem Rezą Wielkim, Królem Królów, Cieniem Wszechmogącego,
Namiestnikiem Boga i Centrum Wszechświata, a także założycielem dynastii
Pahlavi, zaczynającej się od niego i zgodnie z wyrokami losu kończącej
się na synu, który w równie chłodny, zimowy poranek jak ten, kiedy jego
ojciec zdobywał stolicę i tron, tyle że w pięćdziesiąt osiem lat
później, opuści pałac i Teheran, odlatując nowoczesnym odrzutowcem ku
niezbadanym przeznaczeniom.
Fotografia (3)
Wiele zrozumie ten, kto z uwagą spojrzy na fotografię ojca i syna z roku
1926. Na tym zdjęciu ojciec ma lat czterdzieści osiem, a syn - siedem.
Kontrast między nimi jest pod każdym względem uderzający: potężna,
rozrośnięta postać szacha-ojca, który stoi zachmurzony, apodyktyczny,
podpierający się rękoma pod boki, a przy nim, sięgająca mu ledwie do
pasa, wątła, drobna sylwetka chłopca, który jest blady, stremowany i posłusznie stoi na baczność. Obaj są ubrani w takie same mundury i czapki, mają takie same buty i pasy i tę samą ilość guzików -
czternaście. Ta identyczność ubioru to pomysł ojca, który chce, żeby
syn, tak bardzo w swojej istocie odmienny, przypominał go jednak
możliwie najdokładniej. Syn wyczuwa tę intencję i choć z natury jest
słabym, chwiejnym i niepewnym siebie, będzie starał się za wszelką cenę
upodobnić do bezwzględnej, despotycznej osobowości ojca. Od tego momentu
zaczną w chłopcu rozwijać się i współistnieć dwie natury - jego własna i ta naśladowana; wrodzona i ta rodzicielska, którą dzięki ambitnym
staraniom zacznie nabywać. W końcu zostanie tak całkowicie zdominowany
przez ojca, że kiedy po latach sam zasiądzie na tronie, będzie odruchowo
(ale często także świadomie) powtarzać zachowania taty i nawet już u schyłku własnych rządów powoływać się na jego władczy autorytet. Na
razie ojciec zaczyna panowanie z całą wrodzoną mu energią i impetem. Ma
rozbudowane poczucie misji i wie, do czego dąży (mówiąc jego brutalnym
językiem, chce zagnać ciemny motłoch do roboty i zbudować silne,
nowoczesne państwo, przed którym wszyscy - jak powiada - robiliby w portki ze strachu). Ma pruską, żelazną rękę i proste, ekonomskie metody.
Stary, drzemiący, rozwałęsany Iran drży w posadach. (Z jego nakazu
Persja nazywa się odtąd Iranem). Zaczyna od stworzenia imponującej
armii. Sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi dostaje mundury i broń. Armia jest
jego oczkiem w głowie, jego największą namiętnością. Armia musi mieć
zawsze pieniądze, musi mieć wszystko. Armia zapędzi naród w nowoczesność, w dyscyplinę i posłuszeństwo. Wszyscy muszą stać na
baczność! Wydaje zakaz noszenia irańskich ubrań. Wszyscy muszą chodzić w europejskich garniturach! Wydaje zakaz noszenia irańskich czapek.
Wszyscy muszą chodzić w czapkach europejskich! Wydaje zakaz noszenia
czadorów. Na ulicach policja zdziera czadory z przerażonych kobiet.
Przeciw tym praktykom protestują wierni w meczetach Meszhedu. Wysyła
artylerię, która burzy meczety i masakruje buntowników. Każe osiedlać
plemiona koczownicze. Koczownicy protestują. Każe zatruwać im studnie,
skazując ich na śmierć głodową. Koczownicy protestują nadal, więc wysyła
przeciw nim karne ekspedycje, które zamieniają całe okręgi w ziemię
bezludną. Dużo krwi płynie drogami Iranu. Zakazuje fotografować
wielbłądy. Wielbłąd, powiada, to zwierzę zacofane. W Qom jakiś mułła
wygłasza krytyczne kazania. Wchodzi do meczetu i grzmoci krytyka kijem.
Wielkiego ajatollaha Madresiego, który podniósł przeciw niemu głos,
trzyma latami zamkniętego w lochu. Liberałowie nieśmiało protestują w gazetach. Zamyka gazety, liberałów wsadza do więzienia. Kilku z nich
poleca zamurować w wieży. Ci, których uzna za niezadowolonych, za karę
muszą meldować się codziennie na policji. Nawet panie z arystokracji
mdleją ze strachu w czasie przyjęć, kiedy ten burkliwy i nieprzystępny
olbrzym spojrzy na nie surowym wzrokiem. Reza Khan do końca zachował
wiele nawyków ze swego wiejskiego dzieciństwa i koszarowej młodości.
Mieszka w pałacu, ale nadal sypia na podłodze, zawsze chodzi w mundurze,
je z żołnierzami z tego samego kotła. Swój chłop! Jednocześnie jest
pazerny na ziemię i pieniądze. Korzystając ze swojej władzy, gromadzi
niebywały majątek. Staje się największym feudałem, właścicielem blisko
trzech tysięcy wsi i dwustu pięćdziesięciu tysięcy chłopów do tych wsi
przypisanych, posiada akcje w fabrykach i udziały w bankach, bierze
daniny, liczy i liczy, dodaje i dodaje, wystarczy, że błyśnie mu oko,
kiedy zobaczy dorodny las, zieloną dolinę, żyzną plantację, a ten las,
dolina, plantacja muszą być jego, niestrudzony, nienasycony cały czas
powiększa swoje włości, piętrzy i mnoży swoją szaloną fortunę. Nikomu
nie wolno zbliżyć się do miedzy, która wyznacza granicę monarszej ziemi.
Pewnego dnia odbywa się pokazowa egzekucja - to z rozkazu szacha pluton
wojska rozstrzeliwuje osła, który nie bacząc na zakazy, wszedł na łąkę
należącą do Rezy Khana. Na miejsce egzekucji spędzono okolicznych
chłopów, żeby nauczyli się szanować pańską własność. Ale obok
okrucieństwa, chciwości i dziwactw stary szach miał też swoje zasługi.
Uratował Iran przed rozpadem, który groził temu państwu po pierwszej
wojnie światowej. Ponadto starał się modernizować kraj, budując szosy i koleje, szkoły i urzędy, lotniska i nowe dzielnice w miastach. Naród
pozostał jednak biedny i apatyczny i kiedy Reza Khan odszedł, uradowany
lud długo świętował to zdarzenie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki