Szable i cekaemy - Marcin Szymaniak

Reflow text when sidebars are open.
16 października 1920 roku służby sanitarne na stacji Warszawa Gdańska przebadały trzydziestu wybranych losowo żołnierzy wracających z frontu polsko-bolszewickiego i stwierdziły, że aż trzynastu z nich, czyli prawie połowa, jest zarażonych chorobami wenerycznymi. Komendant stacji wysłał odpowiedni meldunek do Szefa Sanitarnego w Ministerstwie Spraw Wojskowych. Możemy się domyślać, że nie wzbudził on szczególnego poruszenia, ponieważ kierownictwo resortu od dawna było świadome panoszącej się w armii plagi schorzeń przenoszonych drogą płciową. W Warszawie przygotowywano właśnie II Zjazd Eugeniczny, który miał zająć się tym tematem. W alarmistycznym apelu do władz uczeni lekarze ostrzegali, że "niebywałe dotąd, wywołane przez wojnę szerzenie się chorób wenerycznych" grozi "zwyrodnieniem rasy i wyludnieniem kraju".
O tych sprawach rzadko wspomina się w książkach poświęconych wojnie 1920 roku. Prawie wszystkie koncentrują się na kwestiach polityczno-militarnych albo wyłącznie militarnych, przedstawiając wydarzenia z rozległej perspektywy, z punktu widzenia polityków i dowódców armii. W Szablach i cekaemach proponujemy nieco odmienne spojrzenie na budzące wciąż spore emocje wydarzenia sprzed stu lat. Opisów działań wojennych będzie tu, owszem, całkiem sporo, jednak działania te zostaną ukazane z różnych perspektyw. Będziemy śledzić losy ośmiorga osób wplątanych w wydarzenia toczonej w latach 1919-1921 wojny Polski z sowiecką Rosją. Nasi bohaterowie są bardzo różni: szeregowy ułan, lekarka, Naczelnik Państwa, lotnik, para literatów, podoficer piechoty oraz działacz komunistyczny. Reprezentują różne płcie, narodowości, grupy społeczne, kategorie wiekowe i orientacje seksualne.
Wszyscy są oczywiście postaciami autentycznymi. Ich losy w interesującym nas czasie rekonstruujemy na podstawie źródeł historycznych: pisanych na gorąco dzienników, pamiętników, listów, relacji innych osób, wywiadów i artykułów prasowych, raportów urzędowych i wojskowych i tak dalej. Pozwala to spojrzeć na konflikt z odmiennych punktów widzenia i dzięki temu wniknąć w zazwyczaj pomijane aspekty wydarzeń z tamtych lat.
Choć bohaterowie Szabli i cekaemów byli głęboko uwikłani w wojnę 1920 roku, każda i każdy z nich uczestniczył w rozgrywających się wydarzeniach, obserwował je i przeżywał w inny sposób. Śledząc równocześnie ich losy, trafimy do paryskich salonów i na nieprzebyte bagna Polesia, zajrzymy do pałacu arystokratów i do brudnej nory nędzarzy, na plebanię i do burdelu, do wagonu pociągu pancernego i do kabiny dwupłatowca; do baraku jenieckiego, do tajemnego schronu ukrytego pod stodołą i w dziesiątki innych miejsc.
Jest to, można powiedzieć, książka o wojnie polsko-bolszewickiej oraz o życiu codziennym podczas tej wojny. W latach 1919-1921 opisane w niej postacie walczyły w bardzo różny sposób - karabinem, szablą, za pomocą bomb, poezją i publicystyką, siekierą, nożem, granatami, intrygami osobistymi i politycznymi, kłamstwami, rozsiewaniem plotek i na wiele innych sposobów. Ale nasi bohaterowie oprócz tego pracowali, studiowali, zakochiwali się, uprawiali seks, zapadali na różne choroby i leczyli się. Dokonywali aktów miłosierdzia i popełniali pospolite przestępstwa, przeżywali triumfy i załamania nerwowe, upijali się na smutno i na wesoło. Każdy, nawet przywódca państwa, odczuwał zwykłe ludzkie emocje - radość, smutek, gniew, miłość, nienawiść. Każdy musiał jeść, spać, ubierać się i zabiegać o względy płci przeciwnej (albo tej samej). Dlatego Szable i cekaemy traktują o "zwykłych ludziach", nawet jeśli znalazły się wśród nich również postacie, które zapisały się na kartach podręcznikowej historii.
Wszystkie zdarzenia przedstawione w książce mają potwierdzenie w źródłach. Niektóre dialogi zostały uwspółcześnione, zawsze jednak z zachowaniem sensu wypowiedzi. W dotarciu do części ważnych źródeł pomogło autorowi kilka osób, którym chcielibyśmy w tym miejscu złożyć wyrazy wdzięczności. Składamy podziękowania pani Ewie Skalińskiej za tłumaczenia źródeł z języka rosyjskiego, pani Małgorzacie Słomczyńskiej-Pierzchalskiej za udostępnienie informacji oraz unikatowych źródeł dotyczących losów jej dziadka oraz panu Maciejowi Iwańczakowi za dostarczenie jednej z potrzebnych publikacji z zagranicy.
Prolog
15 stycznia - 15 sierpnia 1919 roku
Żeby wstąpić do szwadronu wojewódzkiego, którego koszary mieszczą się w pobliżu Zamku Królewskiego w Warszawie, trzeba samemu sprawić sobie mundur. Oczekują też, że ochotnik przyprowadzi własnego konia. Mniej wymagające są za to dwa pułki stacjonujące przy ulicy Ułańskiej, w pobliżu Łazienek. Chcą tylko, by kandydat dobrze jeździł konno i miał długie kawaleryjskie buty, ostrogi oraz skórzane rękawice. To niewiele, więc Zbych postanawia wstąpić do tamtejszego 3 Pułku Ułanów Śląskich. Pochodzi z dość zamożnej rodziny - jego ojciec to uznany lekarz, specjalista od wścieklizny - ale czasy są ciężkie i nawet u doktora Karłowskiego się nie przelewa. Własnych pieniędzy dziewiętnastoletni Zbych ma tyle, co kot napłakał. Dotychczas studiował trochę na Wydziale Chemicznym Politechniki Warszawskiej, odbywał też praktyki w cukrowni, gdzie zarobił jakieś grosze. Jak mu ojciec trochę dorzuci, wystarczy akurat na rękawice, ostrogi i nieco ciepłych ubrań.
W świeżo odrodzonej Polsce wśród młodzieży panuje moda na wstępowanie do wojska. Znajomi radzili Zbychowi, żeby - skoro już postanowił iść na ochotnika - wybrał artylerię bądź służby inżynieryjne, bo służba w jeździe jest diabelnie ciężka. Młody Karłowski uparł się jednak przy kawalerii. Skłonił go do tego przykład brata stryjecznego, służącego już w pułku ułanów krechowieckich. A poza tym wiadomo: piękna polska tradycja, magia opowieści z czasów napoleońskich, "nie masz pana nad ułana" i tak dalej. Zbych, młodzieniec niezbyt mocnego zdrowia, krótkowidz noszący okulary, postanowił pójść śladem Kozietulskich i Niegolewskich.
Szkolenie zaczyna się 29 stycznia 1919 roku. Pierwszego dnia adepci ćwiczą w sali, na drążkach i wielkiej drewnianej kobyle naturalnej wielkości. Potem przenoszą się na wysypany piaskiem maneż. Zadania są od razu trudne, jak przystało na wprawnych jeźdźców. Kłusują w kilkunastu dokoła maneżu, słuchając rozkazów rotmistrza: cugle na końskiej szyi, ręce na biodrach! I skręty tułowiem, w lewo i w prawo, w lewo i w prawo... Potem skłony - do tyłu, do pozycji leżącej z głową na zadzie, i z powrotem do pionu. Wreszcie - skoki przez przeszkody. Przed samą barierką adept musi puścić cugle i podnieść ręce; wodze można chwycić dopiero, gdy koń przesadzi przeszkodę.
Na zakończenie stają stopami na siodle i przeskakują przez koński łeb. Ułan musi być sprężysty i mieć silne mięśnie nóg.
W miarę upływu dni rodzajów ćwiczeń przybywa. Zbychowi najgorzej wychodzą "nożyce", podczas których trzeba wybić się z siodła, obrócić w powietrzu i wylądować przodem do tyłu, twarzą ku zadowi. Szalenie trudne jest też karkołomne zadanie polegające na zdjęciu siodła podczas jazdy, a następnie przeskoczeniu przeszkody na oklep. Maneż zaczyna przypominać rodeo - prawie wszyscy adepci spadają w piach. Jeden otrzymuje kopniaka podkutym kopytem w twarz; traci kilka przednich zębów i ma zmiażdżony nos. Dowódcy decydują na szczęście, by zaniechać dalszych prób tego ćwiczenia.
W koszarach sporo czasu zajmuje opieka nad końmi: karmienie, pojenie, mycie, wynoszenie nawozu. Są też inne zajęcia: strzelanie, walka lancą i szablą, musztra, warty, służba w kuchni. Po dwudziestoczterogodzinnym dyżurze w stajni człowiek strasznie cuchnie. Gdy Zbych idzie potem do domu na przepustkę, rodzina ledwo wytrzymuje smród. Trzeba wietrzyć krzesło, na którym siedział. Podczas rodzinnych wizyt okularnik rozmawia głównie z ojcem i młodszym bratem Staśkiem. Wprawdzie do domowników należy również macocha Zbycha - Wanda, druga żona ojca, ale ułan jej nie lubi i prawie w ogóle się do niej nie odzywa. Złe stosunki pomiędzy żoną i synem bardzo trapią doktora Karłowskiego.
Co jakiś czas 3 pułk ułanów wystawia pluton honorowy z okazji państwowych uroczystości. Tak jest na przykład 10 lutego, w dniu inauguracji pierwszego sejmu odrodzonej po rozbiorach Rzeczpospolitej. Sformować odpowiedni oddział nie jest łatwo, bo brakuje porządnych mundurów i ozdób. Dowództwo wybiera więc najlepiej odzianych, którzy uzupełniają strój, pożyczając co lepsze części garderoby od kolegów. Zbych ma nowe spodnie, granatowe z żółtymi lampasami, które mogą służyć do celów reprezentacyjnych. Skompletowany w ten sposób "wyjściowy" pluton całkiem nieźle wygląda, ale wielu z tych, którzy zostają w koszarach, nie ma się w co ubrać i nie może brać udziału w ćwiczeniach.
Po dwóch miesiącach intensywnego szkolenia świeżo upieczeni ułani zaczynają regularną służbę. Karłowski trafia do podwarszawskiej wsi Wiązownia, gdzie ma pilnować poniemieckich okopów z czasów Wielkiej Wojny1. Są to bardzo porządne transzeje, wymoszczone belkami i wyposażone w betonowe schrony, osłonięte zaporami z drutu kolczastego. Okoliczni chłopi wynoszą z nich jednak drewno na opał, a drutów używają do robienia ogrodzeń; to dlatego żołnierzom zlecono ochronę wyposażenia. Obecnie przeszło ono na własność Rzeczpospolitej.
Zbych poznaje nowych kolegów. Zamieszkują w opuszczonym, odrapanym, pozbawionym sprzętów pałacyku. Śpią na słomie. Na piesze patrole chodzą po dwóch, we dnie i w nocy. Komendant posterunku, podporucznik Osiński, to pijak i ladaco; często gdzieś wyjeżdża i wtedy podwładni cieszą się zupełną swobodą, bo wyznaczonego przez dowódcę zastępcy nikt nie słucha.
W swoim pierwszym patrolu niedoszły chemik bierze udział razem z niejakim Wilkońskim. Jest środek nocy, pogoda fatalna, ciągła zadymka. Dwaj ułani szwendają się nad okopami, ledwo cokolwiek widząc. Wyje wicher, smaga ich po twarzach drobinkami lodu. Po niecałych dwóch godzinach mają dosyć, postanawiają więc pójść do pobliskiej wsi, by ogrzać się przy piecu w jakiejś chacie. Podchodzą do drzwi pierwszego z brzegu domostwa. Pukają, ale gospodarze nie chcą ich wpuścić. "Złodzieje!" - zaczynają krzyczeć przez okno. "Ludzie, psy spuszczajta, złodzieje we wsi!"
Wioskowe kundle zaczynają ujadać. Żołnierze oddalają się od chałupy, przeklinając chłopską durnotę. Kręcą się jeszcze przez chwilę wśród opłotków, ale szybko dochodzą do wniosku, że niczego tu nie wskórają. Złorzecząc pod nosem, wracają nad okopy.
Idą w zupełnej ciemności, nie widzą nawet własnych butów. Zbych nagle czuje, że traci grunt pod nogami. Jezu, rów! Obaj z Wilkońskim lecą w dół, słychać plusk - wpadają po kolana w lodowatą wodę.
Spoglądają na siebie, nic nie mówiąc. Co tu komentować, to jakaś kompletna porażka. Aż się płakać chce. Wygramoliwszy się z zalanego okopu, przez chwilę zastanawiają się, co dalej. Kontynuowanie patrolu wydaje im się idiotyzmem. Ubrudzeni ziemią, zmoczeni i coraz bardziej zziębnięci podejmują decyzję powrotu do pałacyku.
Wracają w milczeniu, trzęsąc się jak osiki. Po drodze mijają chłopską chatę, obok której stoi wóz wyładowany różnymi przedmiotami. Wilkoński podchodzi i przegląda sterty szpargałów. Zabiera sobie lampę i kubek. Chce jeszcze ukraść kożuch, lecz Zbych stanowczo oponuje. Kłócą się przez chwilę przyciszonymi głosami. Amator cudzej własności daje wreszcie za wygraną i niezadowolony odrzuca zdobycz.
Resztę nocy spędzają w szopie w pobliżu pałacyku. Rankiem, o wyznaczonej godzinie, meldują się u dowódcy po skończonym obchodzie. Ten przyjmuje meldunek, o nic nie pytając.
Podczas kolejnego patrolu, tym razem za dnia, Zbych i Wilkoński odwiedzają dworek pani Chrzanowskiej, miejscowej dziedziczki, właścicielki folwarku, która wspomaga żołnierzy, dostarczając im czasem żywność. Gdy dobrodziejka opuszcza na chwilę pokój, zostawiając ich samych, Wilkoński próbuje ukraść deficytowy towar - pudełko zapałek. Zbych znów go powstrzymuje, sycząc i waląc po łapach.
Wkrótce okazuje się, że na posterunku w Wiązownej więcej jest cwaniaków, którzy nie zamierzają zadowalać się lichym wojskowym zaopatrzeniem. Ułani wystawiają czujki na drodze i zatrzymują wozy handlarzy jeżdżących na targ do Warszawy. Wśród lamentów i biadoleń kupców, Polaków i Żydów, przetrząsają zawartość worków i skrzyń, rekwirując część towaru. To rekwizycje nielegalne, dokonywane samowolnie, oddział z Wiązownej musi jednak z czegoś żyć. Karłowski dowiaduje się, że wielu zdesperowanych kupców zrezygnowało już z dotychczasowej trasy do stolicy, wybierając inną - dłuższą i bardziej uciążliwą.
Aby dostać się do polskiej kawalerii, trzeba było opanować sztukę jazdy konnej do perfekcji. Na zdjęciu kawalerzysta z 2 Pułku Ułanów Grochowskich na zwiadzieInstytut Polski i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie
Wojacy nachodzą też miejscowych kolonistów niemieckich, zabierając im krowy i konie. Niektórzy chłopi ukrywają zwierzęta, ale i na takich jest sposób. W oddziale znajduje się dwóch żołnierzy potrafiących i lubiących przylać. Ściągają opornym Niemcom koszule, każą się kłaść i batożą bez litości, nieraz do zemdlenia.
Zbychowi to wszystko niezbyt się podoba, ale z drugiej strony dzięki bandyckim metodom również on lepiej żyje. Spiżarnia w pałacyku pełna jest połci mięsa, bochnów chleba, koszy z jajami, gomółek sera; w magazynie leżą sterty odzieży na zmianę i różnych przydatnych przedmiotów codziennego użytku. A ponieważ żołnierze zabierają handlarzom i pieniądze, często nawet po kilkaset marek, stać ich też na alkohol. Wieczorami przesiadują w miejscowych szynkach, upijają się i wszczynają burdy.
W pałacyku zdarza się, że po pijanemu strzelają z karabinów jeden do drugiego - oczywiście nie tak, żeby trafić, ale dla kawału, żeby postraszyć kolegę. Raz, gdy Zbych stoi na balkonie, pijany jak bela Bocianowski wali doń z dołu. Trafia w gzyms: tynk leci ze ściany, a chłopak kuli się odruchowo. Otrzepuje potem głowę z okruchów, rozeźlony, a Bocianowski, zataczając się, rży ze śmiechu, cały szczęśliwy.
Pewnego dnia Karłowski wraz z kolegą Starowiczem udają się do wsi na potańcówkę. Zabawa jest setna. Ułani zawierają obiecującą znajomość z ładnymi i chętnymi do migdalenia się wiejskimi nauczycielkami. Umawiają się, że któregoś dnia wpadną do jednej z nich w gościnę. Gdy nadchodzi termin wizyty, ubierają się elegancko, bez pozwolenia dowódcy wyprowadzają konie ze stajni i w pełnej ułańskiej krasie jadą na spotkanie z dziewczynami.
Wieczór przebiega ekscytująco, nad ranem jednak podporucznik Osiński robi awanturę o samowolne wykorzystanie wierzchowców. Kroi się odesłanie winowajców z karnym raportem do Warszawy. Ci jednak są nie w ciemię bici. Sugerują dowódcy, że w stolicy opowiedzą ze szczegółami o tym, co się dzieje na posterunku w Wiązowni. Podporucznik szybko mięknie; zdaje sobie sprawę, że kontrola z Warszawy mogłaby oznaczać duże kłopoty. Wśród miejscowych pałacyk ma już utrwaloną opinię gniazda zbójów.
Z dowództwa i tak nadchodzi niebawem rozkaz zwinięcia posterunku. Nie wiadomo dokładnie, co jest powodem: coraz częstsze skargi chłopów i handlarzy czy jakaś inna, znana tylko zwierzchnictwu, przyczyna.
Oddział świętuje zakończenie służby w Wiązowni wielkim pijaństwem. W dniu wymarszu do Warszawy podporucznik Osiński jest tak zamroczony, że nie może sam dosiąść konia. Podwładni wciągają bełkocącego dowódcę na grzbiet wierzchowca i wciskają mu cugle w dłonie. Tak ułański konwój wyrusza do stolicy, ciągnąc za sobą zarekwirowane konie i krowy. Po drodze jeźdźcy robią częste postoje w przydrożnych szynkach - piją dalej na potęgę.
Już w Warszawie, na Pradze, dostrzegają idącą przez placyk młodą elegantkę. Osiński zbliża się do dziewczyny i zaczyna krążyć wokół niej na koniu niczym w jakimś godowym tańcu. Dzierlatce nie w smak zaloty wślepiającego się w nią nieprzytomnym spojrzeniem ułana, usiłuje więc wyrwać się z matni. W którą stronę jednak nie ruszy, rozochocony podporucznik zaraz zajeżdża jej drogę. Jego podwładni rechocą rozbawieni. Dowódca wreszcie przepuszcza zdenerwowaną dziewczynę i odjeżdża, kolebiąc się w siodle; od tego krążenia chyba jeszcze bardziej wiruje mu w głowie.
Gdy oddział dociera do koszar na Ułańskiej, zwierzchnicy natychmiast spostrzegają, że duża część żołnierzy ledwo trzyma się na nogach. Wszyscy po kolei muszą chuchać w nos wachmistrzowi, który trzeźwych odsyła do sypialni, a pijanych - do aresztu. Trafia tam również kompletnie nieprzytomny podporucznik Osiński.
Delikwenci siedzą za kratkami zaledwie jedną dobę. 19 marca, z okazji imienin Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego, wszyscy zostają wypuszczeni.
Dwa dni później Zbych trafia na kolejny posterunek, do Błonia. Dostaje kwaterę w remizie strażackiej. Panuje tu bez porównania surowszy reżim niż w Wiązownej; dowiedziawszy się o ekscesach w pałacyku, dowództwo 3 pułku postanowiło skończyć z "bezhołowiem"2. Ułani mają całe dnie wypełnione pracą w stajniach, wartami oraz ćwiczeniami w walce lancą i jeździe konnej. Zbych znów musi wykonywać przeklęte "nożyce". Pocieszające jest jednak to, że może wychodzić czasem do miasta na patrol. Do odbywania zwiadów dowództwo zwykle wyznacza teraz jedynie żołnierzy pochodzących z rodzin inteligenckich. To dlatego, że mniej rozrabiają i rzadziej narażają pułk na kłopoty. Ci z proletariatu, bardziej rozwydrzeni, muszą ciągle kiblować na kwaterach.
W połowie kwietnia, podczas kilkudniowego pobytu w koszarach w Warszawie, Zbych otrzymuje nagle niespodziewany rozkaz:
- Karłowski, zbierajcie się! Za godzinę jedziecie na front z pierwszym szwadronem.
Pakowanie tobołka odbywa się w niesamowitym pośpiechu. Dziewiętnastolatek biega po koszarach jak chart w celu zebrania wszystkich potrzebnych rzeczy. Cwany wachmistrz Wardecki usiłuje wykorzystać jego oszołomienie.
- Karłowski, weź się zamień na spodnie - prosi. - Na froncie możesz zaraz zginąć, na cholerę ci będą gacie z lampasami?
- Wolę, żeby mnie pogrzebali z lampasami niż bez - odparowuje Zbych przytomnie.
Po dwóch godzinach jedzie już w szwadronie ulicami Warszawy, trzymając lewą dłonią cugle, a prawą lancę z żółto-niebieskim proporcem. Posuwają się powoli reprezentacyjnym Traktem Królewskim - Alejami Ujazdowskimi, Nowym Światem, Krakowskim Przedmieściem. Przechodnie przystają na chodnikach i gapią się na kawalerię; niektóre kobiety machają chusteczkami. Co chwilę jakiś rumak unosi ogon i defekuje bezceremonialnie na ulicę. Jeden z ułanów nagle intonuje: "Rozkwitały pąki białych róż...". "...Wróóóć, Jasieńku, wróć z wojenki, wróóóć!" - dołączają pozostali. Basowy śpiew kawalerzystów miesza się ze stukotem kopyt o bruk i pobrzękiwaniem oręża. Zbych czuje się wniebowzięty; jest jak jeździec z epoki napoleońskiej, jak Kozietulski. Tego właśnie chciał.
Szwadron dociera do Dworca Brzeskiego. Wieczorem ułani wprowadzają wierzchowce po rampach do wagonów towarowych. Na dworzec przychodzą rodziny żołnierzy, pojawiają się też ojciec Zbycha i brat Stasiek. Wyjeżdżający chowają do tobołków przyniesione przez krewnych placki i kiełbasy, toczą się nerwowe rozmowy, przytulania i pocałunki wyciskają łzy z oczu. Pada wreszcie komenda: "Do wagonów!". Żołnierze znikają z peronu, gwiżdże lokomotywa. Pociąg rusza - na wschód.
Czas w podróży wlecze się niemiłosiernie. Co jakiś czas skład zatrzymuje się w polu i czeka nie wiadomo na co. Po przekroczeniu Bugu okolice robią na Karłowskim coraz bardziej przygnębiające wrażenie. Wioski zabite dechami, nędza, błoto, brud. W czasie postojów do wagonów zbliżają się gromady wychudzonych, złachmanionych żebraków. - Dajte mne, kali łaska, chlieba... dajte, pane - proszą, wyciągając dłonie. Z każdym przystankiem tych wyniszczonych głodem nieszczęśników gromadzi się wokół pociągu coraz więcej.
Po dwóch dniach szwadron dojeżdża do celu. Zostaje ulokowany w okolicach Pińska, w południowej części Białorusi. Polacy pod wodzą generała Antoniego Listowskiego zajmują tu pozycje na zachód od rzeki Jasiołda, po jej wschodniej stronie stoją bolszewicy. Cały rejon pokrywają gęste, ciemne lasy - bór niczym z okrutnych baśni braci Grimm. W tubylczych wioskach panuje głód, bogatsi chłopi jedzą głównie ziemniaki, biedni - pokrzywę gotowaną na mleku. Szerzą się choroby zakaźne, głównie tyfus.
Przez wiele dni dowództwo przerzuca pierwszy szwadron z miejsca na miejsce, z wioski do wioski. Zbych śpi to u chłopów, to u Żydów, to wreszcie w jakimś zrujnowanym dworze. Często mają do jedzenia tylko chleb, a konie muszą zadowalać się słomą. Gdy z zaopatrzeniem jest lepiej, dostają ser do chleba i kaszę ze słoniną, wierzchowce zaś - owies i jęczmionkę.
W samym Pińsku, dwudziestokilkutysięcznej mieścinie zamieszkanej w osiemdziesięciu procentach przez Żydów, panuje napięta atmosfera. Podobnie jak we wszystkich miejscowościach na linii frontu, wydano tu zakaz organizowania wszelkich publicznych zgromadzeń. Mimo to 5 kwietnia miejscowi Żydzi zwołali duże zebranie, poświęcone prawdopodobnie rozdziałowi amerykańskiej pomocy żywnościowej. Ktoś zaalarmował wojsko, twierdząc, że to tajne spotkanie sympatyków bolszewizmu. Na miejsce wysłano oddział żołnierzy, ale zgromadzeni stawili opór i zaczęły się przepychanki. Nagle dowódca rozkazał zagarnąć część nieposłusznych i rozstrzelać. Trzydzieści pięć osób zapędzono pod ścianę miejscowej katedry i zabito. Sytuacja w miasteczku uspokoiła się, ale o wydarzeniu zrobiło się głośno, również za granicą. Gazety na Zachodzie coraz częściej piszą o polskim antysemityzmie i aktach przemocy wobec Żydów.
Echa pińskiej masakry docierają również do okolicznych wiosek, w których stacjonują polscy żołnierze. Pewnego dnia nieopodal miejsca zakwaterowania Zbycha jakiś ułan strzela do Żyda przejeżdżającego drogą, podobno bez żadnego konkretnego powodu. Ciężko ranny mężczyzna zostaje zaniesiony do pobliskiej chaty, ale nie ma szans na przeżycie. Karłowski i jego koledzy, poinformowani o tym, co zaszło, biegną do chałupy i obserwują agonię ofiary. Potem długo rozmawiają o zdarzeniu. Mają różny stosunek do Żydów, ale to bezsensowne morderstwo u wszystkich wywołuje szok.
Chrzest bojowy byłego studenta chemii odbywa się 29 kwietnia. Szwadron zmierza ku miejscowości Telechany, gdy nagle w oddali rozlegają się pojedyncze wystrzały. Rotmistrz rozkazuje zsiadać z koni i prowadzi kawalerzystów biegiem przez las, a potem przez mostek nad niewielkim kanałem. Młodego Karłowskiego oblewa pot. Bardzo się boi; poza tym jest ciepły dzień, a on biegnie w szynelu. Za mostkiem oddział wdrapuje się na pagórek, za którym rozciąga się równina, w tle zaś widać las. Rotmistrz wskazuje podkomendnym cel, krótkowidz Zbych jednak nie widzi wroga. Posłusznie składa się do strzału, kieruje lufę we wskazanym kierunku i naciska cyngiel. Kula o mało nie trafia w głowę kolegi strzelającego przed nim. Przerażony młodzieniec dziękuje Bogu w myślach, że nie zabił kompana.
Po kilku salwach do widmowego przeciwnika szwadron rusza tyralierą do przodu, przeskakując rowy i stare zasieki z poprzedniej wojny. Karłowski jest cały mokry, ale na szczęście szybko pada komenda: "Stój!".
Okazuje się, że krasnoarmiejcy uciekli. Drugi szwadron, który atakował ich z innej strony, schwytał jeńca. To jedyny efekt całego starcia.
Tak właśnie wygląda konfrontacja polsko-bolszewicka w okolicach Pińska; na innych odcinkach linii frontu jest zresztą podobnie. To wojenka na niewielką skalę, tocząca się od lutego 1919 roku, gdy oddziały odrodzonej po zaborach Polski po raz pierwszy starły się na Białorusi z siłami niedawno powstałej Rosji radzieckiej. Zaczęło się od polskiego ataku na Berezę Kartuską, podczas którego zdobyto dwa kulomioty, stertę egzemplarzy dzieł Lenina oraz kuchnię polową - a w niej kotły ze smakowitym kapuśniakiem.
Walki pod Pińskiem polegają głównie na leśnych podchodach niedużych oddziałów, kończących się zazwyczaj krótką wymianą ognia i ucieczką słabszego liczebnie przeciwnika. Schwytanie paru jeńców to wielki sukces. Od czasu do czasu jakaś armata z polskich pozycji strzela w stronę terenu zajętego przez Rosjan. Bolszewicy odpowiadają wystrzałem, po czym znów zapada spokój. Tylko sporadycznie dochodzi do większych konfrontacji.
Po pierwszej potyczce, w czasie której najadł się tyle strachu, okularnik Karłowski dochodzi do wniosku, że tak naprawdę nie ma powodów do panikowania. Rosjanie nie są specjalnie groźni, szybko uciekają, wojna przypomina właściwie manewry wojskowe. Ułani walczą z reguły pieszo, strzelając z pięcionabojowych niemieckich mauserów.
W maju więcej kłopotów niż bolszewicy sprawiają szwadronowi chmary komarów, które na bagnistych terenach pod Pińskiem mają swe krwiopijcze królestwo. Żołnierze stosują jako środek odstraszający naftalinę i robią sobie siatkowe maski na twarze, ale niewiele to pomaga. Poprawia się za to wyżywienie. Od handlarzy żydowskich z Telechanów ułani kupują zsiadłe mleko, masło i jaja. Mają smalec i biały chleb, pieczony z mąki dostarczanej w ramach amerykańskiej pomocy humanitarnej. Zbych cieszy się też z przeniesienia do innego szwadronu. W nowym oddziale jest sporo studentów, z którymi znajduje wspólny język.
27 maja Karłowski bierze udział w pierwszej większej potyczce. Słyszy kule świszczące mu koło głowy, widzi ranionego pociskiem, padającego na ziemię, podoficera. Potem walki wzmagają się, konflikt zaczyna przybierać groźniejszą postać. Czasami któraś ze stron ma nawet jedną czy dwie armaty. Pod koniec czerwca ginie pierwszy z kolegów Zbycha, trafiony w serce. Młody ułan zabija też podczas potyczki swą pierwszą ofiarę. Jadąc z czterema ułanami leśną drogą, dostrzega w pewnym momencie uciekającego krasnoarmiejca. Cała piątka podnosi karabiny i naciska spusty, dziurawiąc uciekiniera pociskami. Żołnierz przebiega jeszcze parę kroków i pada twarzą na ziemię. "Polowanie na zająca" - przebiega przez myśl Karłowskiemu.
W sierpniu 1919 roku na Białorusi rusza niewielka polska ofensywa. Bolszewicy cofają się, Polacy zajmują kolejne wioski. Szwadron Zbycha posuwa się w stronę Słucka. Padają następni zabici i ranni wśród znajomych. W polu grzmi coraz więcej armat, strzelają też działa z pociągów pancernych. Krążą słuchy, że w Słucku bolszewicy mają nawet jeden samolot. Na szczęście, jak się wkrótce okazuje, jest zepsuty.
1 Wielką Wojną nazywano dopiero co zakończoną pierwszą wojnę światową (1914-1918).
2 Przestępczość mundurowych była bardzo poważnym problemem w odradzającej się armii polskiej. 1 sierpnia 1919 roku sejm przyjął nawet specjalną ustawę o odpowiedzialności wojskowych za "przestępstwa z chęci zysku".
Rozdział 1
15 sierpnia - 31 października 1919 roku
Marsz trwa cały dzień, trzeba przebyć jakieś czterdzieści kilometrów. 5 kompania zmierza w stronę Berezyny, nad którą znajdują się pozycje bolszewików. Leje deszcz, a zieleń lasów, które mijają po drodze, jest niezwykle intensywna. W powietrzu czuć zapach liści skąpanych w sierpniowej ulewie.
Maria, cała przemoczona, maszeruje na końcu kolumny. Ratowniczka medyczna musi mieć oko na cały oddział, takie są wojskowe wymogi. Głodna i zmęczona, ciężko stawia kroki na pokrytej kałużami drodze. Nowe buty, które otrzymała niedawno w paczce z domu, są całe zabłocone. Wbrew okolicznościom stara się jednak zachować dobry nastrój. Nuci pod nosem marszowe piosenki śpiewane przez żołnierzy, wyłapuje wzrokiem kolorowe kwiaty rosnące przy drodze. W armii służy już od wielu miesięcy, nauczyła się, jak odganiać ponure myśli.
Dzień szarzeje, potem zaczyna przegrywać z mrokiem. Deszcz na chwilę przestaje padać. Oddział zatrzymuje się w jakimś lesie, dwanaście kilometrów od Berezyny. Głód coraz bardziej doskwiera, ale spodziewanej kolacji nie będzie - kuchnia polowa gdzieś się zawieruszyła. Żołnierze siedzą na ziemi zmęczeni, osowiali, wielu ma odparzone, pokryte bąblami nogi. Parę tygodni temu Maria ciągle zmieniała buty, przez co miała poranione stopy, chodziła też jakiś czas boso. Dopiero trzewiki przysłane przez rodzinę z Warszawy przyniosły jej ulgę.
Ktoś przekazuje wieść, że czerwonoarmiści są niedaleko; okopali się i ustawili zasieki parę kilometrów przed Berezyną. Trzeba się kłaść i chwytać sen, bo jutro skoro świt wymarsz na wroga. Maria kuli się pod jakimś drzewem i momentalnie zasypia. Ale chmury zakłócają jej odpoczynek. Po chwili budzą dziewczynę zimne krople deszczu, prześlizgujące się pomiędzy liśćmi i gałęziami. Jasna cholera!
Tak przebiega cała noc. Złośliwy deszcz nie daje umęczonym ludziom spokoju. Tymczasem, gdy rankiem gramolą się z ziemi, ziewając i prostując kości, czeka już na nich rozkaz od dowództwa: podejść pod pozycje bolszewików na odległość strzału i okopać się.
Więc znowu marsz. Nie czują już zmęczenia, górę bierze nerwowe podniecenie na myśl o czającym się gdzieś blisko wrogu. Idą w kolumnie, teraz już bez śpiewu, słychać tylko szelest butów ocierających się o mokrą trawę, przyspieszone oddechy, metaliczne stukoty broni i oporządzenia.
Leśna droga, po której się posuwają, dochodzi do obszernej polany. Na rozkaz dowódcy dziewięćdziesięcioosobowa kompania rozprasza się w tyralierę. Długi rząd szaroburych postaci rusza powoli przez polanę, porośniętą gdzieniegdzie niewielkimi sosnami. Maria wraz z sanitariuszem Jasińskim kroczą kawałek za tyralierą.
Ciemną linię lasu, ku której się zbliżają, zaburza nagle ledwo dostrzegalny ruch. Pada strzał, drugi... "Uwaga!" Ostrzegawczy krzyk ginie w jazgocie ciężkiego karabinu maszynowego. Próbując przechytrzyć świszczące pociski, żołnierze padają na ziemię, turlają się, czołgają, szukając wzrokiem dających osłonę nierówności terenu. Radzieckim karabinom i kulomiotom zaczynają powoli wtórować polskie. Z minuty na minutę wzmaga się ogniowa kakofonia.
Jest już kilku rannych, krzyczą, wołają o pomoc. Maria i dźwigający nosze Jasiński biegną do pierwszego z brzegu, padają na ziemię. Rana niegroźna, ręka lekko rozharatana, bez naruszenia kości. Psiknięcie zdobycznym rosyjskim dezynfektorem, opatrunek. Marysia sama szyła te opatrunki z płótna, bo w zapasach ciągle brak.
W porządku, "będziesz, chłopie, żył", czas na następnego. Krótki bieg pod ogniem - i znów tylko draśnięcie. Dezynfektor, opatrunek, "głowa do góry". Kolejny skok - tym razem grubsza rzecz, z chłopaka tryska krew. Maria i Jasiński wciągają go na nosze, dźwigają z ziemi, pochyleni biegną do tyłu, ku kępie drzew. Ślizgając się po mokrej trawie, starają się utrzymać równowagę; nosze chybocą się na boki jak łupina na wodzie, ranny jęczy. Nieustanny terkot cekaemów świdruje uszy, wyprzedzają ich idące bokiem serie rosyjskich pocisków.
Walka trwa kilka godzin. Co chwilę pada deszcz. Maria działa jak w transie, znieczulona na ogień. Żabimi skokami przemierza polanę, od lewej do prawej i z powrotem. Jasińskiego z noszami wciąż ma przy sobie.
Któryś z lżej rannych, wcześniej już opatrzonych, znów dostał. Tym razem jest gorzej, trzeba go znieść. Biegną. Jasiński nagle wypuszcza nosze, pada w mokrą trawę. Ratowniczka przystaje, zdyszana ogląda się na sanitariusza. Potknął się? Wstawaj!... O nie, mój Boże - zabity!
Maria zostaje sama, nie ma już z kim znosić z pola ciężko rannych. Ale próbuje ich ratować. Zataczając się ze zmęczenia, zmierza ku następnej ofierze. Karabinowy pocisk uderza w jej torbę z opatrunkami, inny rozrywa kurtkę na boku, kolejny - świszczy tuż koło ucha. Leżący w trawie żołnierze, chronieni usypanymi za pomocą saperek osłonkami z ziemi, coś do niej krzyczą.
Maria Zdziarska na froncie działała jak w transie - biegła do każdego rannego Polaka, nie zważając na sowieckie kule. Na zdjęciu Zdziarska w mundurze lekarza batalionowego, 1919 r. Fundacja im. Zygmunta Zaleskiego
"Kryj się, babo, chcesz zginąć?!"
Ratowniczka rzuca się w trawę obok kolejnego rannego. W jej czapce zieje dziura po kuli, która przeszła tuż nad czubkiem głowy.
Wymiana ognia trwa do późnego wieczora. Piątą kompanię zluzowują wreszcie inne oddziały. Żołnierze cofają się na wyznaczone miejsce, kilkaset metrów za polaną. Zmordowani kładą się pod drzewami. Dowództwo zabrania rozpalać ognisk. Grunt jest tak zimny, że Maria szybko rezygnuje z prób zaśnięcia.
Dzień 17 sierpnia 1919 roku piąta kompania zamyka bilansem: trzech zabitych i dwudziestu pięciu rannych. Następnego dnia w południe dociera wreszcie do oddziału posiłek w postaci... kotła czarnej kawy. Dobre i to. Rozkoszując się ciepłem wypełniającym żołądek, ratowniczka zasypia wreszcie twardym snem.
* * *
Ordynans wychodzi z gabinetu i cicho zamyka za sobą drzwi. Przyniósł Piłsudskiemu tacę z herbatą i kruchym plackiem z suszonymi śliwkami. Naczelnik machinalnie ułamuje kawałek placka i wkłada sobie do ust. To jego ulubione ciasto i kucharka często je przygotowuje.
Przy kolejnym kęsie kawałek zapiekanej pianki spada Piłsudskiemu na mundur, plamiąc materiał. Naczelnik, rozparty wygodnie w fotelu, nie zwraca na to uwagi. Tak z reguły jada - brzydko, niechlujnie, bez zwracania uwagi na czynności. Nie potrafi się skoncentrować na smakowaniu potraw, oderwać myśli od polityki, odsunąć trosk na bok. Jego ubrania są ciągle pokryte tłustymi plamami. Mało kto z najbliższego otoczenia w Belwederze śmie mu jednak zwrócić uwagę. Urzędnicy, adiutanci, oficerowie traktują go jak bóstwo. Chyba tylko kochanka przywódcy, Aleksandra Szczerbińska, dba o jego wygląd. Piłsudski wciąż dostaje świeże mundury, a te zabrudzone oddaje do prania.
Zamiast skupić się na tu i teraz, myśli Naczelnika ciągle wybiegają niesfornie ku przeszłości i przyszłości, ku obszarom oddalonym o setki, a nawet tysiące kilometrów. Dwie sekundy dla placka na talerzu, a potem całe długie godziny: Polska, Rosja, Ukraina, Niemcy, Zachód. Kapitalizm, socjalizm, demokracja, bolszewizm. Armie, dywizje, fronty.
Od wielu już dekad Piłsudski przestawia - najpierw w wyobraźni, a potem w rzeczywistości - strategiczne klocki. Jego największą życiową obsesją stało się odzyskanie niepodległości przez Polskę, podzieloną od końca XVIII stulecia pomiędzy trzech zaborców. Przyszły Naczelnik zaczynał jako zawodowy rewolucjonista, jeden z liderów działającej w konspiracji niepodległościowej Polskiej Partii Socjalistycznej. W pierwszej dekadzie XX stulecia kierował jej sekcją bojową, prowadzącą z Moskwą brutalną walkę za pomocą metod terrorystycznych. Następnie na terenach zaboru austriackiego, najbardziej liberalnego i pobłażliwego wobec Polaków, organizował polskie formacje paramilitarne, które wyewoluowały później w Legiony. W Europie coraz mocniej pachniało wówczas prochem; przewidywano, że dwa wrogie obozy, niemiecko-austro-węgierski (tak zwane państwa centralne) oraz francusko-brytyjsko-rosyjski (ententa), skoczą sobie wkrótce do gardeł. W wojnie, która wybuchła w 1914 roku, Legiony walczyły u boku Austriaków przeciw Rosjanom, by odbić terytoria polskie zabrane przez zamordystyczną Rosję i włączyć je do liberalnych Austro-Węgier.
Rzeczywistość lat 1914-1918 przerosła, w sensie niezwykle pozytywnym, oczekiwania Piłsudskiego. Rosja została pobita przez Niemcy i Austro-Węgry i pogrążyła się w chaosie rewolucji. Wycieńczone wojną państwa centralne uległy z kolei sojuszowi Francji i Anglii, wspartemu dodatkowo w ostatniej fazie wojny przez Stany Zjednoczone. Austro-Węgry zaczęły się rozpadać, Niemcy ogarnęła anarchia. Trzy olbrzymy, trzymające dotychczas Polskę pod butem, legły powalone na ziemi, ledwo dysząc. A Polacy błyskawicznie wykorzystali szansę i skoczyli na równe nogi.
Mózgiem gwałtownie obudzonego i coraz bardziej rozbrykanego narodu stał się Piłsudski. Ponieważ od dawna przewodził walce o niepodległość, toczonej często na przekór przytłaczającej większości zajętych własnymi sprawami rodaków, powierzenie mu najwyższej władzy zdawało się czymś naturalnym. W listopadzie 1918 roku objął funkcję Tymczasowego Naczelnika Państwa, dającą mu ogromną władzę, w tym naczelne dowództwo odbudowującej się armii. W lutym 1919 roku jego rolę zatwierdził sejm, usuwając z nazwy urzędu określenie "tymczasowy".
Nokaut trzech europejskich olbrzymów nie tylko polskiemu narodowi dał szansę na powstanie z ziemi i rozprostowanie kości. Swoje państwa zaczęli tworzyć Czesi, Węgrzy, Estończycy, Łotysze, Litwini, Ukraińcy. Wszyscy oni chcieli jak najszybciej powiększyć swoje terytorium. Pod wodzą Piłsudskiego Polska błyskawicznie wyszła z kruchej kondycji i zaczęła nabierać przyzwoitych rozmiarów.
Efektem jest jednak obecnie, we wrześniu 1919 roku, zmora konfliktów o pograniczne terytoria. Dwa z obalonych olbrzymów - niemiecki i rosyjski - zaczynają wybudzać się z omdlenia i oddawać ciosy szarpiącym ich sąsiadom. Na zachodzie Rzeczpospolita wiedzie spór o Śląsk z Niemcami, na południu - o Zaolzie z Czechami, na południowym wschodzie - o Galicję Wschodnią z Ukraińcami, na wschodzie - z Rosją radziecką o Białoruś, na północnym wschodzie - z Litwą o Wilno. Polityczny pasztet, upieczony w wyniku rozpadu starego porządku europejskiego, jest bez porównania bardziej ciężkostrawny od placka ze śliwkami madame masterchef Adeli Heybutowicz.
Naczelnik przeczuwa, że najcięższą przeprawę będzie miał z olbrzymem ze Wschodu, odwieczną zmorą jego strategicznego umysłu. Całe życie strawił na walce z Rosją carów. Teraz carat upadł i wielki kraj przepoczwarza się pod rządami bolszewików. Ta skrajna sekta socjalistyczna, budząca strach nie tylko prawicy i burżujów, ale również wielu ubranych w garnitury i wyperfumowanych socjalistów zachodnioeuropejskich, nie ukrywa, że chce ogarnąć rewolucją cały świat. Piłsudski wie, że Polska może pójść na pierwszy ogień.
Polsko-radziecka wojna toczy się na niewielką skalę już od paru miesięcy. Początkowo w utarczkach brało udział zaledwie po kilkudziesięciu żołnierzy każdej ze stron. Zarówno Polacy, jak i bolszewicy stopniowo wzmacniali swe siły; nie było mowy o ofensywach na dużą skalę. Obie strony skupiały uwagę na innych frontach: większość armii polskiej walczyła z ukraińskimi patriotami o Galicję Wschodnią, zaś bolszewicy byli zaabsorbowani odpieraniem ataków kontrrewolucyjnych białych armii, dążących do położenia kresu rządom Włodzimierza Lenina.
Wojska Piłsudskiego powoli jednak się posuwały. W kwietniu zajęły Wilno, w sierpniu ruszyły się na Białorusi i wzięły Mińsk. Operację przeprowadzono przy użyciu dwunastu tysięcy piechoty i dwóch tysięcy kawalerii. Rosjanie dysponowali prawdopodobnie podobnymi siłami. To pod względem liczebności armie jak ze średniowiecza, a nie z XX wieku.
Oddziały Piłsudskiego stoją teraz około stu kilometrów na wschód od Mińska, na linii Berezyny. Połowa Białorusi jest w rękach Polaków, połowa - bolszewików. Piłsudski trzyma już w garści Wilno, Mińsk i Lwów, trzy ważne miasta wschodniej części dawnej przedrozbiorowej Rzeczpospolitej. Mógłby się właściwie tym zadowolić, nie przeć dalej na wschód. Dawna Polska miała co prawda jeszcze Smoleńsk i Kijów, sięgała niemal do Morza Czarnego, ale są przecież inne czasy. Każdy, kto myśli trzeźwo, wie, że nawet z Wilnem, Mińskiem i Lwowem będą kłopoty. Oddania pierwszego z tych miast, swojej dawnej stolicy, domaga się od Polski niepodległa Litwa, karzeł, który po powaleniu olbrzymów powstał, ale nie zdołał urosnąć. O Lwów trzeba było stoczyć z Ukraińcami ciężkie walki; przegrali, ale dalej uznają ośrodek za swój. Nawet na ospałej Białorusi rozwija się powoli ruch narodowy, widzący w Mińsku swą przyszłą stolicę.
Przez długie wieki ludność zamieszkująca ziemie białoruskie i ukraińskie nie posiadała własnych państw. Podlegała najpierw Polsce, potem Rosji. Obecnie, w końcu drugiej dekady XX wieku, chłopi tych ziem nadal uważają się w większości po prostu za "tutejszych". Żeby stworzyć naród, trzeba przekonać ich, że są Białorusinami i Ukraińcami. Inteligenci białoruscy i ukraińscy od jakiegoś czasu w pocie czoła nad tym pracują. Ci drudzy odnieśli już nawet pewne sukcesy, co było widać podczas walk o Lwów. Co Polacy mogą zrobić w tej sytuacji? Teoretycznie mogliby zagonić dzieciaki ze wsi wokół Mińska i Lwowa do polskich szkół i wychować je na gorących patriotów Rzeczpospolitej. W praktyce jednak nie byłoby to łatwe; chłopi tych ziem mówią innymi językami, choć pokrewnymi polskiemu, i wcale nie lubią "polskich panów". Inteligentom białoruskim i ukraińskim łatwiej przekabacić chłopów na swoją stronę, mówiąc do nich w ich własnym języku.
Bolszewicy też mają mocne argumenty dla miejscowych: wygnamy polskich panów precz, rozdzielimy między was ich ziemię, a wasze dzieci będą się uczyć w szkołach "po tutejszemu".
Piłsudski wie, że Ukraina i Białoruś są twardym orzechem do zgryzienia. Ale z drugiej strony strasznie go korcą Kresy, wschodnia część starego imperium Jagiellonów, Wazów, Sobieskiego, ziemie z legend, ze stepowych opowieści, z Sienkiewicza i Mickiewicza. Sam pochodzi z Wileńszczyzny, ma prawo wzdychać: Litwo, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie... Zajął Wilno, żeby nie ograniczać się do wzdychania, tylko móc pojechać w rodzinne strony, gdy mu przyjdzie na to ochota.
Jednak nie tylko sentyment napędza Naczelnika, gdy ten patrzy na wschód. Kieruje nim również - a właściwie przede wszystkim - polityczna kalkulacja. Piłsudski boi się rosyjskiego giganta. Przewiduje, że Rosja prędzej czy później znów wysunie ku zachodowi swoją najeżoną pazurami niedźwiedzią łapę, i to niezależnie od tego, czy w Moskwie utrzyma się Włodzimierz Uljanow-Lenin, czy też obali go walczący wciąż z bolszewikami biały generał Anton Denikin. Lenin będzie chciał ruszyć na Polskę, żeby nieść dalej na zachód żagiew swej rewolucji, Denikin - żeby odzyskać ziemie dawnego carskiego imperium.
Piłsudski od samego początku konfliktu polsko-rosyjskiego wiedział, że stawka w tej grze jest wysoka. Na zdjęciu Naczelnik Państwa w Belwederze, Warszawa 1920 r.Centralne Archiwum Wojskowe
Przygotować się na to, owszem, można - wykorzystując Kresy. Należałoby stworzyć na wschodzie ochronny bufor w postaci uzależnionych od Polski państw - ukraińskiego i białoruskiego. Gigantyczny wał, gruby na pięćset kilometrów, oddzielający ojczyznę Piłsudskich od ojczyzny Uljanowów i Denikinów.
Najlepiej byłoby, gdyby północną jego flankę stanowiła Litwa, ale na to trudno liczyć, bo stosunki polsko-litewskie układają się fatalnie. Dalej na południe leży Białoruś. Mińsk jest już w polskich rękach, mógłby być stolicą sprzymierzonej albo wręcz sfederowanej z Polską republiki białoruskiej. I niech tam sobie białoruscy inteligenci przekuwają "tutejszych" na świadomych narodowo Białorusinów. Z Ukrainą byłoby oczywiście trudniej, bój o Lwów zaognił stosunki pomiędzy Polakami i Ukraińcami. Ukraińscy patrioci wciąż jednak przegrywają: na zachodzie wzięli cięgi od Lachów, teraz na wschodzie biją ich Moskale. Kto wie, być może nie będą mieli wyjścia i sojusz z Piłsudskim stanie się dla nich jedynym ratunkiem? A uzależniona od Polski Ukraina stanowiłaby południową część antymoskiewskiego bufora.
Naczelnik popija kęs placka łykiem herbaty. Słodka i piekielnie mocna, taka, jaką lubi. Podnosi ciśnienie, pomaga w myśleniu. Jeszcze lepsza byłaby kawa, ale jej smaku Piłsudski nie znosi. Dużo szklanek herbaty wypije, zanim zdecyduje, co dalej robić na wschodzie. Zadowolić się tym, co już zagarnął - Wilnem, Mińskiem, Lwowem - czy ruszyć dalej, podejmując wielkie ryzyko?
Gdyby spojrzał na tłustą plamę na swej mundurowej kurtce, pewnie dostrzegłby w niej kontury Ukrainy albo Białorusi. Tak go omotały te myśli o wschodzie.
* * *
Zbliża się już wrzesień, ale w Paryżu upał jak diabli, temperatura skacze do ponad trzydziestu stopni. Coop wałęsa się po ulicach, pijany i radosny, w otoczeniu paczki swoich amerykańskich kompanów. Dla takich jak oni francuska stolica latem 1919 roku to prawdziwy raj. Prażące wciąż słońce, którego promienie zalewają Pola Marsowe i nabrzeża Sekwany, starszym przynosi udrękę, ale im - dwudziestoparolatkom - umila tylko codzienną leniwą egzystencję. Nic konkretnego właściwie nie robią, snują się tylko od knajpy do knajpy, zajadają miejscowe spécialités, piją całe litry wina i szampana. Przy kawiarnianych stolikach gadają o dupie Maryni (a raczej Mary i Winnie), wybuchając co chwila głośnym śmiechem, nieodmiennie zwracającym uwagę innych gości. Nikt jednak nie ma im tego za złe, wszyscy ich tu szanują, a niektórzy - czy może raczej niektóre - wręcz kochają. Przybyli w końcu nad Sekwanę, żeby pomóc Francuzom pogonić Niemców. Zrobili swoje, Niemcy poszli precz. Teraz Paryż pięknie im odpłaca - słońcem, winem, zalotnymi spojrzeniami kobiet.
Francuzki to po prostu marzenie, takie szykowne w tych swoich kapelusikach, sukienkach do pół łydki, czarnych pończoszkach, pantofelkach na obcasie. Wojna zrujnowała Francję, a one prezentują się bardziej elegancko od Amerykanek.
I jakie są przystępne! Coop widzi co rusz jakąś czule splecioną parkę - Jankesa i paryżankę. 14 lipca, gdy fetowano zwycięstwo i cały Paryż po prostu oszalał, Francuzice niemal jak dzikie rzucały się na szyję wojakom zza oceanu i widać było obrazki, jak dwie naraz migdalą się z jednym Jankesem, a jeszcze trzecia skacze dookoła, próbując się wcisnąć do tego trójkąta.
Nie ma w tym nic dziwnego, bo w kraju brakuje mężczyzn. Prawie półtora miliona Francuzów padło na wojnie, w grupie wiekowej od osiemnastu do dwudziestu siedmiu lat zginął prawie co trzeci. Ogromna jest też liczba trwale okaleczonych, fizycznie bądź psychicznie, niezdolnych do wchodzenia w związki bądź tak nieznośnych, że kobiety od nich uciekają. Starsi Francuzi i cudzoziemscy żołnierze stają się więc cennym towarem na seksualnym i matrymonialnym rynku.
Nie znaczy to wcale, że seks zawsze przychodzi łatwo. Wiele kobiet umiejętnie flirtuje, żeby oskubać Jankesa z pieniędzy, nic w zamian nie dając. Inne liczą na trwałe związki, a są też takie, z którymi w ogóle nie można się dogadać. Coop i jego kolega "Buck" Crawford zapraszają pewnego dnia do restauracji dwie paryskie Włoszki, córki właścicielki hoteliku, w którym mieszkają. Niskie czarnulki, jedna siedemnasto-, druga osiemnastoletnia, zamawiają najdroższe potrawy i szampany; Amerykanom miny rzedną. Dziewczyny pochłaniają zupę, pieczoną kaczkę, potem lody, ciasteczka. Szczebioczą po swojemu, rozweselone alkoholem. Porozumieć się nie ma jak, bo francuski w wykonaniu Włoszek i Amerykanów to dwa zupełnie inne języki. Rozmawiają więc głównie na migi.
Rachunek za kolację jest horrendalny: sto czterdzieści siedem franków. Coop i Buck wygrzebują z kieszeni wszystko, co mają, i doliczają się z ulgą sto czterdzieści osiem. Kelner dostaje jednego franka napiwku i śmiertelnie obrażony patrzy na Jankesów z nienawiścią.
Gdy wychodzą z knajpy, następuje kolejna bezskuteczna próba porozumienia się za pomocą francuszczyzny. Jedna z dziewczyn robi nagle obrót i zaczyna tańczyć przed mężczyznami, rzucając im jednocześnie pytające spojrzenia. Ci się patrzą jak sroka w gnat. O co chodzi?... A, no tak - tym pokazem składa nam podziękowania za wyżerkę! Uśmiechają się, kiwają głowami, klaszczą tancerce.
Potem znów daremna próba nawiązania dialogu z użyciem gestów, pojedynczych słów i fraz. Włoszki, jakby zrezygnowane, pokazują wreszcie, że chcą wracać do domu.
Podczas pożegnania przed wejściem do kamienicy Coop wyłapuje w potoku włoskiej francuszczyzny jedno zdanie, wypowiedziane z westchnieniem: "Boże, jacy ci Amerykanie są durni...".
I tak się kończy wieczorek za sto czterdzieści osiem franków. Coop i Buck są zdezorientowani, zbyt podchmieleni, by pojąć, o co chodziło dziewczynom. Dopiero rankiem, z głowami nieco już oczyszczonymi z alkoholu, zaczynają się domyślać. No tak... Fikała przed nami, bo po prostu chciały iść potańczyć! A my głupi... Shit!
Można byłoby właściwie powtórzyć ten wieczorek. Wezmą kolejny żołd, postawią znów kolację, a potem - na tańce. Może do jednego z tych lokali, gdzie grają już jazz, poznany dopiero co przez Francuzów dzięki czarnoskórym żołnierzom US Army? Albo gdzie indziej, do knajpki z tradycyjną francuską muzyką? Wypiją trochę, pokolebią się na parkiecie, dziewczyny się rozgrzeją, więc może potem...
O nie, nie ma mowy. Nie będzie już żadnego wieczorku ani żadnego "potem". Sielanka zbliża się do końca, niedługo wyjazd.
Coop i jego siedmiu kolegów odbierają od krawców swoje nowe polskie mundury. To błękitne uniformy armii Józefa Hallera, do których nosi się rogatywki wzorowane na kościuszkowskich. Amerykanie przymierzają je, oglądają się w lustrach. Coop, niewysoki mężczyzna o przeciętnej urodzie, nie wygląda nadzwyczajnie; świetnie prezentują się za to przystojni Shrewsbury i Crawford.
W nowych mundurach idą całą ósemką do hotelu Ritz, na spotkanie z polskim premierem Ignacym Paderewskim. W hotelowym ogrodzie czekają już wojskowi i cywilni oficjele polscy i amerykańscy. Obecny jest między innymi generał Tadeusz Rozwadowski, szef Polskiej Misji Wojskowej w Paryżu, wsławiony obroną Lwowa przed Ukraińcami. Gdy przybywa Paderewski, rozpoczyna się oficjalne przyjęcie. Pierwszy punkt programu to prezentacja Coopa i jego kolegów.
- Jesteśmy amerykańskimi lotnikami - mówi szef grupy, dwudziestoośmioletni major Cedric Fauntleroy, potężny mężczyzna o mocno zarysowanej szczęce. - Żaden z nas nie jest polskiego pochodzenia. Pragniemy jednak walczyć w siłach zbrojnych Polski, nowej braterskiej republiki Stanów Zjednoczonych, przeciw wszystkim jej wrogom.
Szykowny i dostojny Paderewski uśmiecha się grzecznie pod wąsem.
- Nic mnie tak bardzo nie wzruszyło, jak oferta was, młodych ludzi, by walczyć, a w razie potrzeby ginąć za mój kraj - odpowiada kurtuazyjnie, zaczynając swą przemowę.
Generał Rozwadowski stoi zamyślony. Trudna sprawa z tymi Amerykanami. Wielu zgłaszało się, i dalej zgłasza, na ochotnika do armii polskiej, żeby walczyć z bolszewicką Rosją. Rozwadowski chciał z nich tworzyć nowoczesne oddziały, których Polsce brakuje - lotnicze, pancerne, inżynieryjne. Ale Piłsudski się nie zgodził; powiedział, że nie trzeba mu najemnych żołnierzy. Piłsudski to militarny zacofaniec; uważa, że o wynikach bitew będą decydować natarcia mas piechoty wspieranych przez szarże kawaleryjskie. A czasy się zmieniają. W ostatniej wielkiej bitwie wojny światowej, pod Amiens, kluczową rolę odegrały czołgi. W militarne atuty lotnictwa żaden trzeźwo myślący dowódca już nie wątpi.
Wbrew Naczelnikowi szef Polskiej Misji Wojskowej w Paryżu postanowił więc przyjąć choć kilku pilotów z USA, włączając ich do 7 Eskadry Myśliwskiej, która później przyjmie imię Tadeusza Kościuszki. Pojadą do Polski, wejdą do służby, przecież nikt ich nie wygoni. W organizacji przedsięwzięcia ma pomóc Paderewski, gorący zwolennik przyjmowania Amerykanów.
Ignacy Jan Paderewski uczestniczy w pożegnalnym przyjęciu dla nowej Eskadry Kościuszkowskiej w hotelu Ritz w Paryżu. Premierowi towarzyszyli gen. Tadeusz Rozwadowski (drugi od prawej) oraz płk Harry Howland (z prawej), amerykański attaché wojskowy przydzielony do polskiej misjiDomena publiczna
Coop, a właściwie kapitan Merian C. Cooper, nie zna kulis organizacji ich eskadry z polskiej strony, choć to on wpadł na pomysł jej stworzenia. Po zakończeniu Wielkiej Wojny znalazł się w Polsce jako uczestnik wojskowej misji humanitarnej. Dostarczał żywność i leki do ogarniętego walkami Lwowa. Zorientował się, że Polakom brakuje samolotów i lotników. Zresztą wszystkiego im brakowało - po czterech latach wojennej zawieruchy kraj był zdewastowany, zabiedzony, trawiony epidemiami chorób zakaźnych. A tliła się już nowa, niewielka na razie, wojna - z czerwoną Rosją. Tymczasem Jankesowi nie dość było życia na krawędzi śmierci. Walczył jako pilot myśliwca w wojnie światowej, twarz wciąż szpeciły mu blizny po oparzeniach, ale wciąż pragnął adrenaliny. Zgłosił się więc do polskiego dowództwa z propozycją zmontowania ochotniczej eskadry złożonej z pilotów z USA.
Przedstawiono go nawet w Warszawie samemu Naczelnikowi. Piłsudski burknął, że obejdzie się bez najemników. Coop, urażony, odpalił podniesionym głosem, że nie chciałby ani centa więcej, niż dostają polscy oficerowie.
Potem pojechał do Paryża i z poparciem Rozwadowskiego zaczął szukać ochotników do eskadry. Chodził po knajpach, rozpytywał oficerów. Znalazł siedmiu chętnych, w tym Fauntleroya, który jako najstarszy stopniem został kandydatem na dowódcę. Teraz, w polskich mundurach i z błogosławieństwem Paderewskiego i Rozwadowskiego, są gotowi do wyjazdu na wschód.
W ogrodzie Ritza zaczyna się uroczysty bankiet. Jest naprawdę wspaniały: stoły uginają się pod półmiskami z wykwintnym jedzeniem i butelkami z luksusowymi alkoholami.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej