Systematyka miłości - Ewa Bobocińska

-
Proszę czekać

Prolog

Tamtego lata, kiedy miałem trzynaście lat, wydarzyły się dwie ważne rzeczy.

Hope wprowadziła się do sąsiedniego domu.

Pani Laver zadała mi pracę z systematyki.

Cel: sfotografuj dwadzieścia różnych owadów, zaklasyfikuj je i przedstaw graficznie ich systematykę.

Najlepszym numerem było znalezienie tej samicy białego skorpiona niosącej na grzbiecie czternaście malutkich, mlecznobiałych skorpionków. Wyglądały tak samo jak ona, różniły się tylko jaśniejszym kolorem i wielkością: miały miniaturowe szczypce, nóżki jak niteczki i ciała mniejsze od jej kolca jadowego.

Królestwo: zwierzęta.

?

Typ: stawonogi.

?

Podtyp: szczękoczułkowce.

?

Gromada: pajęczaki.

?

Rząd: skorpiony.

?

Rodzina: vaejovidae.

?

Rodzaj: vaejovis.

?

Gatunek: carolinianus.

Patrzenie na świat z tej perspektywy naprawdę ma, moim zdaniem, sens. No bo wszystkie skorpiony są na jednej gałęzi, ze swoimi szczypcami i segmentowymi ogonami zakończonymi kolcem jadowym. Ale jeśli wejdziemy na wyższą gałąź, do gromady pajęczaków, spotyka nas pewne zaskoczenie, bo skorpiony i pająki nie są do siebie szczególnie podobne, ale potem stwierdzamy, że jedne i drugie są bezkręgowcami i mają po osiem segmentowych nóg. A kiedy wchodzimy wyżej, zaczynamy dostrzegać, co łączy wszystkie żywe organizmy, a co je różni, i jak daleko posunięte bywają te różnice. I jak wszystko do siebie pasuje.

Po zakończeniu tej pracy od czasu do czasu gryzmoliłem systematykę rozmaitych rzeczy - tak dla zabawy i wygłupu. I zanim zdążyłem się zorientować, już rysowałem je bez przerwy. Niektórzy nie lubią tabelek i takich tam rzeczy, ale ja uważam, że pomagają zrozumieć siebie. Czasami. Jak wtedy, gdy zachowujesz się dziwnie i nic na to nie możesz poradzić, a potem lekarze stwierdzają u ciebie zespół Tourette'a. To coś więcej niż etykietki i nazwy. To ta chwila aha! I całe tłumaczenie, i robienie planów. Takie etykietki zdejmują ci z ramion wielki ciężar.

Pewnie dlatego zawsze lubiłem klasyfikować ludzi i rzeczy, nawet jeśli chodziło tylko o stwierdzenie, która z moich kart Magic: The Gathering najbardziej przypomina przerażającego nauczyciela wf-u. Systematyka może być, moim zdaniem, lepsza nawet od kart Magic. Może za jej pomocą zdołam w końcu zrozumieć, dlaczego postrzegam wszystko inaczej niż pozostali ludzie. Może za jej pomocą mógłbym w końcu pojąć, dlaczego wszystkie dziewczyny tak przepadają za moim starszym bratem. Może za jej pomocą mógłbym zrozumieć wszystko.

ROZDZIAŁ 1

Moja najbliższa sąsiadka, Hope Birdsong, ma magiczną moc, jestem tego pewien na osiemdziesiąt procent.

Fakt: Umie sprawić, że dwa razy większe od niej łobuzy kulą się ze strachu (co sugeruje władzę nad ich umysłami albo przynajmniej nieziemską brawurę).

Fakt: Jej włosy pachną jak kapryfolium na wiosnę i ma cały świat przypięty do ścian sypialni.

Fakt: Zwróciliście uwagę na jej nazwisko: Hope Birdsong? Zwyczajni ludzie nie nazywają się przecież: Nadzieja Ptasia Pieśń.

Uwzględniając te informacje, powinienem tryskać szczęściem. Jest tylko jeden problem.

Fakt: Hope Birdsong nigdy, PRZENIGDY nie odwzajemni mojej miłości.

Obwiniam o to ciasteczka.

***

Istnieje trzydziestopięcioprocentowe prawdopodobieństwo, że w danym momencie moja macocha piecze ciasteczka. Czasami te ciasteczka to coś więcej niż łakocie - to świadectwa prawdziwego geniuszu. W pozostałych przypadkach są tylko obłędnie przepyszne.

Pam robi akurat kolejną partię Kwiatuszków z Masłem Orzechowym, kiedy słyszę, jak z odgłosem przypominającym ziewnięcie pod naszymi drzwiami zatrzymuje się potężna maszyna. Przed otwarciem drzwi wyglądam przez wizjer i trzymam kciuki, żeby z ciężarówki wyskoczyły jakieś dzieciaki, a nie gromada Neandertalczyków w rodzaju mojego brata Deana i jego kumpli. Czekam i wypowiadam w duchu życzenie. Grafika z mięsożernymi roślinami na boku ciężarówki to bardzo dobry znak.

Niech to będzie chłopak, który woli Minecrafta i zabawki szpiegowskie od bicia innych ludzi.

Niech uważa, że biwakowanie to najlepszy sposób spędzania piątkowych wieczorów.

Niech on...

Nie dokończyłem myśli, ponieważ otworzyły się drzwi i wyskoczyła ona.

- Na co patrzysz, Spencerze? - pyta Pam.

Czasami osłupienie wywołuje absolutną szczerość.

- Na najpiękniejszą dziewczynę, jaką w życiu widziałem.

- Tak? A jak ona wygląda?

Słyszę w jej głosie rozbawienie, ale nie wyśmiewa się ze mnie, co jest całkiem spoko. Pam jest fajną macochą, z wyjątkiem sytuacji, kiedy zachowuje się idiotycznie, jak na przykład wtedy, gdy wpadła w szał i kupiła hurtowe ilości środków czystości, bo powiedziałem jej, że sikam pod prysznicem. Jakby wszyscy tego nie robili.

- Ma białe włosy - wyduszam z siebie.

Pam podnosi wzrok znad płukanej właśnie miski.

- Masz na myśli blond?

- Białe. - Na dobrą sprawę świecą. Przywodzą mi na myśl światłowody.

Patrzę z zachwytem, jak hasa po dziedzińcu z owczarkiem niemieckim, już nie szczeniakiem, a jeszcze nie dorosłym psem.

- Hope! - woła ktoś z domu i dziewczyna wbiega do środka.

Hope. To oczywiście jej imię.

Kuchenka daje sygnał.

- Jak myślisz, może powinniśmy zanieść trochę ciasteczek nowym sąsiadom? - pyta macocha.

TAK! Tak, to najlepszy z dobrych pomysłów w historii! Tak, powinienem to zrobić natychmiast, bo Hope zniknęła najwyżej sześć sekund temu, a ja już zaczynam odczuwać jej brak! Otwieram usta, ale nie wychodzi z nich żaden dźwięk. Jedno gładkie, zmieniające życie słówko majaczy okrutnie poza moim zasięgiem.

I w tym momencie dobiega z tyłu głos mojego brata.

- Co to za dziewczyna z białymi włosami?

Hope! Odwracam się i widzę ją znowu na dziedzińcu.

- Chłopcy. Ciasteczka powitalne? - Pam trzyma parujący talerz i patrzy wprost na mnie, ale ja dostaję nagłego szczękościsku. A Dean nie. Mija mnie i zabiera mi talerz sprzed nosa, odbierając tym samym resztkę pewności siebie. A musiał widzieć, że próbowałem powiedzieć "tak". Moje uczucie jest tak wielkie, że odbija się jak balon od sufitu i wypływa przez otwarte okno. Musiał to zauważyć.

Patrzę - gotując się ze złości - jak ten gnojek wbiega w podskokach na ganek Birdsongów i do serca Hope.

To moja ręka powinna zacisnąć się na kołatce w kształcie kotwicy, którą pozostawili Rackhamowie.

To moje oczy powinny napawać się jej uśmiechem i rozpromieniać się w odpowiedzi.

To powinienem być ja.

***

Następnego dnia ciągle jeszcze nie mogę tego przeboleć. Pam sugeruje, żebym poszedł tam i przedstawił się - to wykluczone - a potem mówi, że jeśli nadal będę robił taką minę, to zaciągnie mnie osobiście i zmusi do podawania ręki wszystkim członkom tamtej rodziny, więc decyduję, że czas wynieść się z domu. I to JUŻ.

Zmykam do przedsionka i zastanawiam się, co dalej robić. Mógłbym sprawdzić, czy Mimi - to moja babcia - nie miałaby ochoty wybrać się na wycieczkę. Zerkam przez okno na apartament nad garażem, który babcia zajmuje od sześciu lat, od śmierci dziadka. Światła się palą, więc babcia prawdopodobnie jest w domu. Nie mogę się oprzeć i zerkam również na dom Hope, ale nie widzę jej, zresztą powinienem przestać być taki żałosny.

Potrząsam głową i sięgam po buty do pieszych wycieczek. Nie spodziewałem się, że znajdę za nimi gąsienicę.

- Cześć, malutka. Skąd się tutaj wzięłaś?

Gąsienica jest brązowa, z jaskrawozielonym wzorem na grzbiecie, który wygląda jak koc z dziurą pośrodku, przypominającą małe, brązowe siodło przeznaczone dla miniaturowego dżokeja. Nie biorę jej do ręki. Jad saddlebacka jest gorszy od użądlenia dziesięciu pszczół. Te drobniutkie pędzelki pokrywające różki na jego głowie i ogonie wyglądają tak, jakby prosiły się o pogłaskanie, prawda? A to trujące kolce jadowe.

Ale nie mogę się oprzeć i leciutko dotykam palcem wskazującym miękkiej skóry na brązowym siodle na grzbiecie. Gąsienica natychmiast unosi głowę i ogon, wygina ciało w literę U. ZOO z przytulankami jest dzisiaj zamknięte, przyjacielu. Gwałtownie cofam rękę. Jestem pewien, że gąsienica na mnie patrzy.

- Cześć, Spencer. Co robisz? - Tata siada na ławeczce naprzeciw mnie.

- Właśnie znalazłem tę gąsienicę.

Zerka na nią z ukosa.

- Śmieszne maleństwo. Słuchaj, wybieramy się z Deanem do szałasu, żeby dokonać pewnych napraw. Ty pewnie wolisz zostać tutaj i łapać gąsienice. Prawda?

Mówi to, nie patrząc na mnie, skoncentrowany na wciąganiu tenisówek bez rozwiązywania sznurowadeł, żeby potem nie musieć ich wiązać.

- O. Hm. Tak. - Kiedy ostatnim razem próbowałem pomagać w szałasie, doszło do niefortunnego wypadku ze zszywaczem tapicerskim.

- Tak myślałem. - Dotyka wierzchu mojej czapeczki bejsbolowej. - Do zobaczenia, chłopie.

(Wszystko, co powinniście wiedzieć o moim ojcu: raz przy ścinaniu drzewa rozciął sobie nogę piłą łańcuchową, po czym wziął prysznic ORAZ zrobił kanapkę z bekonem, sałatą, ogórkiem, pomidorami i papryką, a dopiero potem pojechał do szpitala).

Idę po arkusz papieru do drukarki i delikatnie, koniuszkiem rękawicy roboczej, wsuwam na niego gąsienicę. Dean wpada i wciąga buty na nogi, nie rozwiązując sznurowadeł.

- Cholera, zapomniałem czapki. - I zbiega po schodach do sypialni.

A ja patrzę na moje buty z rozwiązanymi sznurówkami. Ciekawe, że wszyscy wkładają buty tak samo, z wyjątkiem mnie. I być może mamy. Niewykluczone, że ona bierze odtłuszczone mleko z chińskiej knajpki na wynos, choć wszyscy inni uważają je za obrzydliwe. Ale nie wiem. Ostatni raz widziałem ją, kiedy miałem pięć lat.

Wynoszę gąsienicę na dwór na papierowych noszach. Można się domyślić, że to lato, po samych tylko odgłosach. Dzieciaki wrzeszczą i śmieją się, a piłka do kosza odbija się głośno od asfaltu. Z jakiegoś powodu hałaśliwa gra w kosza sprawia, że czuję się bardziej samotny niż zwykle.

I wtedy zdaję sobie sprawę, że nie jestem. Nie jestem sam, to miałem na myśli.

Hope stoi na ganku od frontu i tuli do piersi pusty talerz po ciasteczkach. Widzi mnie. Macha ręką. Schodzi po schodach. To może być dla mnie szansa. Mam około dwudziestu sekund na wymyślenie jakiegoś oszałamiającego sposobu przedstawienia się. Żeby wyjść na światowego faceta. Fajnego. Tajemniczego.

- To mój brat Spencer. Bawi się gąsienicą.

Nie tak.

Ale ona się uśmiecha.

- Cześć, jestem Hope.

- Cześć - mówię. I łapie mnie tik. To zwyczajne wzruszenie ramion, najmniej krępujący z moich tików, ale jedyne, o czym teraz mogę myśleć, to, czy w jej oczach wyglądam nonszalancko czy raczej idiotycznie. Tikowe wzruszenie ramion nie jest takie samo jak zwyczajne wzruszenie ramion. Tik wygląda tak, jakby moje ramiona były przywiązane do sznurka, za który ktoś szarpie dla zabawy.

Hope zdaje się tego nie zauważać, choć tik powtarza się dwukrotnie. Nie jestem jeszcze gotów dopisać jej do listy Dzieciaków, Które Nie Wyśmiewają Się Ze Mnie, ale przyznaję jej mocną lokatę: możliwe.

- Ja, hmm, odnoszę wam talerz. Ciasteczka były naprawdę dobre. Dzięki.

Wyciągam rękę po talerz, ale Dean łapie go pierwszy (znowu). Jego dłoń ociera się o rękę Hope i jej policzki robią się różowe. Nienawidzę brata. Naprawdę go nienawidzę.

- Dean! - woła tata z furgonetki. - Jedziemy.

- Do zobaczenia. - Dean pochyla głowę przed Hope i rzuca talerzem w moją pierś, jakby przekazywał mi piłkę futbolową.

Chyba spodziewałem się, że Hope zaraz odejdzie, bo odczuwam zaskoczenie, że nadal przede mną stoi.

- Do której klasy teraz pójdziesz? - pyta.

- Do siódmej.

- Ja też.

To chyba najlepsza wiadomość, jaką usłyszałem tego lata. Z domu Hope wyłania się kobieta o najbardziej muskularnych ramionach, jakie w życiu widziałem.

- Pójdziesz na targ?

- Jasne! - woła Hope przez ramię. Uśmiecha się do mnie. - Do zobaczenia, okay?

- Jasne. Oczywiście. - Jestem dumny, że udało mi się wykrztusić te słowa, kiedy Hope idzie do samochodu, a nie kiedy już w nim siedzi.

Kilku koszykarzy odprowadza ją wzrokiem. Już widzę, co potem nastąpi. Wciągną ją do swojej grupy. Szansę na to, że przed końcem przyszłego tygodnia będzie się ze mnie wyśmiewała, podnoszę z "możliwe" na "prawdopodobnie".

Ale potem zauważam, w jaki sposób patrzy na nich, kiedy jej mama rusza z podjazdu. Znowu ma taką minę. Zagubioną.

Obniżam stopień z "prawdopodobnie" na "możliwe, że wcale nie".

ROZDZIAŁ 2

Do waszej wiadomości: kiedy ktoś mówi "do zobaczenia", a potem nie pokazuje się przez całe cztery dni, to można założyć, że mówi o tobie Chłopak z Gąsienicą, wszystkim razem i każdemu z osobna.

Dean wyjechał na obóz bejsbolowy, więc mam cały pokój do swojej dyspozycji, mogę grać we wszystkie gry, w jakie tylko zechcę i jak długo zechcę, bo jego nie ma i nie może mi zabrać pilota, ani ustawiać najwyższych poziomów trudności. To kraina obcych, złodziei samochodów i zombi, a ja jestem królem i mogę grać w nieskończoność. Albo przynajmniej przez następnych dziesięć minut, bo król musi zrobić sobie przerwę na Mountain Dew.

Wracam akurat z kuchni z napojem w ręku, gdy rozlega się pukanie do drzwi i tak się składa, że ja otwieram (czytaj: zmuszony przez Pam).

To ona.

Mam ochotę zamknąć drzwi i otworzyć je ponownie, żeby się upewnić, ale nie chcę wyjść na idiotę, więc tylko gapię się na nią z zakłopotaniem i zastanawiam się, czy jej włosy są zrobione z promieni słońca.

- Hej, wyjdziesz na dwór? - pyta.

Tak, odpowiadam. Ale w myślach, nie na głos.

Nie, nie, nie, nie, nie. Nie znowu. Czy tak będzie za każdym razem, kiedy ją zobaczę? Moje zęby będą się zaciskały, jak sklejone jakimś super glue, a język będzie więznąć w gardle? Wydaję jakiś głęboki pomruk przypominający chrząknięcie. Hope patrzy na mnie, jakby się zastanawiała, czy nie jestem upośledzony umysłowo.

- Czy. Chcesz. Wyjść. Na. Dwór? - Błyska uśmiechem, który ma mnie ośmielić. Wentylatory na ganku obracają się powoli, leniwie, w tempie zwanym Prędkością, Która Hipnotyzująco Faluje Włosy.

- Jasne - odpowiadam z ulgą, że już nie mam szczękościsku. A potem moje ramiona wykonują tik i podskakują w górę. Nieznacznie, ale ona musi to zauważyć. Ale nie reaguje. Może sądzi, że to zwyczajne wzruszenie ramion. Może ten tik nie różni się od niego tak bardzo, jak mi się zdaje.

A kiedy myślę o swoich tikach i o Hope dostrzegającej moje tiki, i o liniach opalenizny na jej obojczykach, i o tym, że zauważyła, że myślę o tych liniach opalenizny na jej obojczykach, to, do licha, w nosie zaczyna mnie kręcić... Zrób to. Po prostu to zrób. Poczujesz się znacznie lepiej. W nosie łażą mi okropne ogniste mrówki, ich drobne nóżki łaskoczą niemiłosiernie i wystarczy tylko kichnąć, żeby się ich pozbyć.

Hope mnie obserwuje.

Dość. Tików.

Muszę!

Nie.

Ale te mrówki. TAK BARDZO POTRZEBUJĘ TEGO TIKU...

A psiiik.

Natychmiastowa ulga. Pewnie tak samo czuje się tata, kiedy chowa się za stertę drewna z cygarem. Tylko że mnie zalewa jeszcze taka ogromna fala poczucia spełnienia, aż do poziomu komórkowego. Uwolnienie wstrzymywanego tiku sprawia, że czuję się tak, jakbym zdobył szczyt góry i cały świat wraca na swoje miejsce.

Schodzę za Hope po schodach w nadziei, że nie zauważyła tego kichnięcia i dwóch następnych.

Często mam tiki (dziesiątki razy dziennie? setki?), ale zdecydowanie częściej, gdy jestem zaniepokojony. A może bardziej zwracam na nie uwagę, gdy jestem zaniepokojony? Pewnie jedno i drugie.

- Dokąd idziemy? - pytam.

- Chcę połazić po drzewach. Idziesz ze mną?

NANAJSŁODSZENALEŚNICZKI, czy to się dzieje naprawdę?

- Tak.

Wlokę się za nią, szurając nogami, w głowie mi się kręci. Zrobię to - okay, to głupie, ale mam zestaw kart Magii i wpisuję na nie imiona przypominających je ludzi (nie tych naprawdę ważnych, oczywiście). Nie wiem, wydaje mi się, że w ten sposób zyskuję nad nimi kontrolę, czy coś w tym rodzaju. To się zaczęło, kiedy zwymiotowałem podczas polowania. Tata i Dean się śmiali, a ja byłem rozdarty - jak Minotaur! Jeśli miałbym zgadywać, kim jest Hope, powiedziałbym, że Satyrem Tańczącym po Gajach, ewentualnie jedną z driad. W przeszłości zdarzyło mi się mylić (kiedy tata zaczął spotykać się z Pam, uznałem ją za górskiego trolla). Ale te włosy, to imię i teraz to łażenie po drzewach. Żadna śmiertelniczka z siódmej klasy nie miałaby ochoty tracić soboty na chodzenie po drzewach. Wszystkie dziewczyny w tym wieku przeszły już standardową lobotomię zabawową i zachowywały się jak Bella Fontaine z drugiej strony ulicy. Bella dzieliła swój czas pomiędzy obsesyjne uganianie się za chłopakami, wyśmiewanie się z takich ludzi jak ja i utrwalanie przez esemesy swej dominującej pozycji w szkole. Z całą pewnością to nie driada, skłaniałbym się raczej ku harpii.

- Zauważyłam tę kępę drzew, idealnie nadającą się do wspinaczki, przejeżdżając kiedyś obok tej ślepej uliczki. - Hope wskazała odległy punkt, unosząc podbródek niemal królewskim gestem. Ma mocny podbródek jak na dziewczynę, z ledwie widocznym przedziałkiem pośrodku.

- Tak! Znam to miejsce. Te drzewa to pekanowce.

- Tak? To fajnie!

- Rzeczywiście. Na jesieni zbieramy orzeszki i Pam piecze ciasteczka.

Robienie wszystkiego w domu to hobby Pam (obsesja). Ciasteczka, pikle, chleb na zakwasie, salsa z papryki brzoskwiniowej, dżem bekonowy. DŻEM. BEKONOWY. Mówię Hope o tych wszystkich cudownych rzeczach, jakie można znaleźć w naszej szafce z przetworami, którą nazywa spiżarnią i o tym, że domowe pikle smakują zupełnie inaczej niż kupne.

- Mówię ci, zupełnie odmienią twoje spojrzenie na pikle.

- To świetnie, że dogadujesz się z macochą - mówi Hope.

- O, tak. Pam jest fantastyczna.

(Wszystko, co powinniście wiedzieć o Pam: umieszcza zdjęcia na portalu Pinterest, którego inne kobiety panicznie się boją, i stawia pod znakiem zapytania ich opinię o sobie jako o żonach/matkach/operatorkach pistoletu do kleju. Ale nie robi tego specjalnie. Ma po prostu wrodzone zamiłowanie do przyklejania jednych rzeczy do drugich).

Hope wypytuje mnie, jak jest w tutejszej szkole średniej, przedstawiam jej wersję, w której jestem o dwadzieścia procent fajniejszy.

- To chyba niesamowite musieć ciągle poznawać nowych ludzi? - pytam. - Pewnie w poprzedniej szkole miałaś setki przyjaciół.

- O, jasne. Setki. - Mierzy wzrokiem kosz do koszykówki na końcu ulicy.

Przerzucamy się słowami, schodząc z drogi i przedzierając się przez krzaki i zagony marchewki. Przytrzymuję gałąź, żeby Hope mogła przejść, co jest w moim odczuciu zachowaniem szarmanckim, godnym dżentelmena, a potem kicham, najwyraźniej o jeden raz za dużo.

- Jesteś przeziębiony? - pyta Hope.

- O, hm, tak. - I robię pauzę. Nie chcę się przyznawać. Ale nie mam tego rodzaju zespołu Tourette'a, że do mnie należy decyzja, kiedy i czy powiedzieć o tym ludziom. Wystarczy fontanna tików werbalnych, by zorientowali się, że coś ze mną nie tak, choć nie wiedzą, co konkretnie. A potem słyszę "Co jest z tobą nie tak?", albo grzeczniejsze "Dobrze się czujesz?" i zatroskane spojrzenia, mówiące w rzeczywistości "Co jest z tobą nie tak?". Nie chcę usłyszeć tego z jej ust, więc jednym ruchem zrywam plaster z opatrunkiem. - A właściwie nie. Mam zespół Tourette'a.

Czekam, aż Hope odsunie się ode mnie - jak dziewięćdziesiąt siedem procent ludzi, którym o tym mówię. Ich oczy mogą się do mnie uśmiechać, a usta wypowiadać miłe słowa, ale ciała zdradzają prawdę: pierwotne pragnienie ucieczki na wypadek, gdyby moja odmienność była zaraźliwa.

- Co to jest? - pyta Hope. I przysuwa się do mnie.

To niby drobiazg, ale w tym momencie czuję się taki wielki, jakbym miał jedenaście stóp wzrostu.

Huśtam się na najbliższym drzewie pekanowym, ona huśta się tuż obok mnie.

- Nie przeklinam przez cały czas ani nic w tym rodzaju. Ja po prostu, no, wiesz, kicham, albo wzruszam ramionami, a czasami powtarzam słowa wypowiadane przez innych. Tak raz za razem. Nie mogę się powstrzymać.

Kiwa głową, jakby nie wiedziała, co powiedzieć i zaczyna się wspinać.

- Tak czy owak, to nic takiego. - Kichnięcie. Nie licząc tego, że wprawia mnie w zakłopotanie w obecności dziewczyny, która mi się podoba.

Hope siada na gałęzi i macha nogami, ja sadowię się naprzeciw niej. Łapie garść twardych zielonych łupinek.

- Więc z tego będą potem pekany?

- Tak. Pekany. - I w tym momencie mój tourette'owy mózg dochodzi do wniosku, że szczerze mnie nienawidzi, bo przypina się do słowa "pekany", i ja również. Nie. Mogę. Przestać. Mówić. "Pekany". Tylko że wymawiam to "pee-kany", bo najwyraźniej jestem dzisiaj takim samym południowcem jak Mimi.

-P-EE-KANY. - Gdybym tylko mógł zamknąć usta. - PEE-KANY. - Och. Powtarzam to niemal krzykiem. Mój głos odbija się echem w gęstwinie orzeszników, za którymi w tym momencie raczej nie przepadam. To dlatego zawsze chodzę do kina ze ścierką. Żałuję, że nie mam teraz nic, co mógłbym wepchnąć sobie do ust. Próbuję zasłonić je palcami.

- PEE-KANNY. - No, po prostu wspaniale.

- Naprawdę nie możesz przestać? - Hope patrzy na mnie. Przywykłem do tego, że ludzie na mnie patrzą, ale tylko przez sekundę, tyle, żeby zaszufladkować mnie jako Człowieka, Na Którego Nie Należy Się Gapić i Do Którego Nie Należy Się Odzywać. Potem odwracają się, jakby mnie wcale nie widzieli. Teraz jest inaczej.

- Nie. - Choć wydaje mi się, że wreszcie przestałem, ale nie chcę za bardzo się na tym skupiać, żeby nie ryzykować nawrotu, i staram się wyrzucić to słowo z myśli, zacząć mówić o czymkolwiek, co pierwsze przyjdzie mi do głowy. - Byłem na letnim obozie dla Tourette'ów, wróciłem dokładnie tydzień temu. Spotkałem innych ludzi, którzy też to mają i też powtarzają mechanicznie. - Oj, człowieku, ratuj swój statek przed zatonięciem. - Tam poznałem Sophie.

- Sophie? - Promienie słońca przedzierające się przez liście padają Hope na twarz, więc marszczy nos.

Tak! Sophie! Sophie jest fajna! Trzymajmy się tego pomysłu z Sophie!

- Tak. Sophie jest świetna. Esemesujemy ze sobą, codziennie.

Rozumiesz? Sophie to dziewczyna, a lubi mnie. Ty też możesz mnie polubić.

- Och. - Hope wspina się wyżej, więc nie widzę jej twarzy. - To wspaniale. Hmm, no a Dean? Czy on ma dziewczynę?

Coś spada z drzewa i roztrzaskuje się na leżącym pod nim kamieniu. Moje serce. Jestem całkiem pewien, że to moje serce.

Skłam! Skłam! Skłam!

- Nie, nie ma - mówię (zgodnie z prawdą - uch!). I zanim ona zrobi coś okropnego, na przykład poprosi mnie, żebym go zapytał, czy Dean uważa ją za ładną dziewczynę, dodaję: - Spróbuję innego drzewa. Na to wspiąłem się najwyżej, jak się dało.

Złażę na najniższą gałąź i przez chwilę wiszę na palcach, zanim zeskoczę na ziemię. Nie udaje mi się odzyskać równowagi, kiedy czyjeś ręce odwracają mnie i przyciskają do pnia. Przeżywam moment całkowitego i zupełnego przerażenia, ale udaje mi się utrzymać na nogach. Podnoszę wzrok. I podnoszę. I podnoszę. Na twarz Ethana Wellsa i jego dwóch kumpli wielkoludów. Jak mogłem nie przewidzieć, że tutaj będą? Pewnie nie słyszałem ich kroków, bo wszystko zagłuszał trzask mojego pękającego serca.

Ethan zbliża twarz do mojej, jakby chciał ją zjeść.

- Co jest, Spencer?

- Dean jest na obozie bejsbolowym - mówię, najszybciej jak mogę. Brak Deana miał dla mnie oznaczać całe dwa tygodnie bez uderzeń ręcznikiem, bez sapania, bez przestańcie-się-bić. Bez fioletowych siniaków od kumpli Deana, którzy zdawali się poświęcać każdą wolną chwilę, by czaić się na mnie za rogiem. To miał być cudowny przedsmak jesieni, kiedy oni wszyscy pójdą do szkoły średniej, a ja zostanę sam w siódmej klasie podstawówki.

Wielkoludy się uśmiechają.

- Tak. Nie ma tu starszego brata, żeby cię obronił - mówi ten wyższy.

Dean? Obronił? Nadal staram się ocenić wagę tego stwierdzenia, kiedy odzywa się Ethan.

- Nie szukaliśmy Deana. Szukaliśmy ciebie.

- Mnie? - Kicham i staram się zamaskować to wycieraniem nosa.

- Tak, ciebie. Zaglądałeś w okna mojej dziewczyny?

- Co? Nie. - Tik, wzruszenie ramion.

- Na pewno? Bo wzruszasz ramionami, jakbyś nie wiedział. - Uśmiecha się złośliwie, ten mistrz dowcipu. Wielkoludy rżą ze śmiechu.

- Nie. Przysięgam. - Nie zbliżyłbym się na odległość dwudziestu stóp do tej krowy.

- Kłamiesz. Bella widziała cię z lornetką wycelowaną w jej okno, ty cholerny, mały zboczeńcu.

O, do licha.

- Nieprawda. Na drzewie przy jej domu był dzięcioł czerwonogłowy. Obserwowałem, jak znosi do dziupli pasikoniki.

- Dzięcioł. Raaacja. No, ale na wypadek gdybyś miał jakieś głupie pomysły, udzielimy ci lekcji na temat obserwowania ptaków. - Zaciska pięści. Skóra mi się napina. Nie mogę uwierzyć, że Hope będzie to oglądała. - Przeproś. Powiedz, że ci przykro, że podglądałeś, jak się przebierała.

W tym momencie dochodzę do znanego sobie punktu, w którym już więcej nie jestem w stanie znieść.

- Za co się przebierała? Za gargulca?

Przyciskają mnie do pnia.

- Coś ty powiedział? - Osaczają mnie jak trzygłowy Cerber, a ja zastanawiam się, czy mięśnie zachowują pamięć bicia, bo czuję, jak siniaki już gromadzą mi się pod skórą i tylko czekają, żeby wypłynąć. Ręce Ethana zaciskają się na moich ramionach. Zawsze mam poczucie słuszności swoich nieprzemyślanych słów do pierwszego uderzenia. Chętnie złożyłbym je na karb Tourette'a, ale to w stu procentach skutek mojej głupoty.

- Słuchaj, ty sukinsynu. - Hope zeskakuje z gałęzi i z cichym pacnięciem ląduje na ziemi obok mnie. - Mój chłopak Spencer ma w nosie oglądanie twojej dziewczyny w staniku treningowym.

Ręka Ethana zawisła w powietrzu w połowie drogi do mojej twarzy, jak w kinie i gdyście wcisnęli "play", zobaczylibyście, jak rozkwasza mój nos. Hope wykorzystuje okazję, by usunąć moją głowę z linii ognia. Wielkoludy gapią się z głupszymi minami niż zwykle, ich pięści i mózgi są kompletnie sparaliżowane. Czekam, aż mięśnie ramion Ethana znowu zaczną pracować. Hope wyciąga z trzaskiem wszystkie palce po kolei. Czy się boi? Z pewnością nie wygląda na przerażoną. To Ethan wydaje się nieco przestraszony.

- Idziemy do mojego domu coś przegryźć - kontynuuje Hope. - I dla własnego dobra nie powinieneś za nami iść, bo moja mama jest jedyną kobietą strażakiem w Peach Valley.

To nie jest zwyczajna dziewczyna. To królowa twardzieli. To najwyraźniej u nich rodzinne.

Hope rusza przodem, a ja podążam za nią w oszołomieniu, nie mogąc uwierzyć, że nadal pozostaję przy życiu.

- Do licha, Spence, musiałeś porównać jego dziewczynę do gargulca? Zupełnie jakbyś chciał dostać łomot.

Spence. Nazwała mnie Spence.

- Nie znasz Ethana. I bez tego zamierzał mnie stłuc na kwaśne jabłko, więc mogłem przynajmniej na to zasłużyć.

Popatrzyła na mnie tak, jakby wszystkie moje komórki przemieściły się, zmieniając mnie w kogoś całkiem innego.

- Cha. Podoba mi się twój styl, Spence.

- Dzięki. - Jeśli nadal będzie mnie tak nazywała, to wpadnę na drzewo.

***

Komplement Hope wprawia mnie w tak radosne oszołomienie, że prawie nic nie zauważam w drodze powrotnej przez las, nawet kiedy nasze stopy dudnią po tarasie na tyłach jej domu, nawet kiedy wyciąga z lodówki dwa sznurki sera. Ale potem ona otwiera drzwi swojego pokoju, a ja czuję się tak, jakbym miał dodatkowe zakończenia nerwowe i dodatkową parę oczu, takich powiększających, z trzydziestoma tysiącami faset, jak ważka. Bo ten pokój... nigdy czegoś podobnego nie widziałem.

Na wszystkich ścianach są poprzypinane zdjęcia ludzi i zwierząt, jakie można zobaczyć w "National Geographic". Balony na rozgrzane powietrze obok niedźwiedzi polarnych i wieży Eiffla. Kanion z odłamów lodu. Tybetańscy mnisi z największymi rogami, jakie w życiu widziałem. Mapa świata zajmująca połowę jednej ze ścian, nad biurkiem wisi druga, Stanów Zjednoczonych. I inne mapy, mniejsze, jak ta Karaibów przy oknie. Podchodzę bliżej i dostrzegam fioletową pinezkę w kształcie litery "J" wetkniętą w Haiti.

- Co to? - pytam.

- To znacznik Janie, mojej siostry. W ubiegłym miesiącu była w Południowej Afryce, a teraz jest na Haiti. - Hope postukuje palcem w J, nie znam jej na tyle dobrze, by odczytać wyraz jej twarzy. - Wyjechała dziewięć tygodni temu. Nigdy nie rozstawałyśmy się na tak długo. - Porusza ramionami do przodu i tyłu, jakby chciała zrzucić z siebie powagę. - Ale jest okay. Wieczorami esemesujemy ze sobą i wysyłamy do siebie pocztówki. I spójrz! Rysuje dla mnie takie obrazki. - Pokazuje kobietę obejmującą ramionami córkę; zatłoczony targ; dwóch małych chłopców trzymających się za ręce na tle wraku wyrzuconego przez sztorm. Rysunki są piękne, ale te twarze... czuję się tak, jakbym miał umysł z Matrixa.

- Wow. Te twarze... - Tylko tyle mogę wykrztusić.

Hope kiwa głową.

- Wiem.

- Więc ona jest artystką?

- Nie. Po prostu tak sobie rysuje. Pojechała tam w ramach projektu instalowania paneli słonecznych. Wiesz, w szpitalach, szkołach itd. Pracuje dla fundacji, która pomaga ludziom i podróżuje po całym świecie. - Szeroko rozkłada ręce i robi półobrót. - Pewnego dnia ja również będę podróżowała po świecie. Mama mówi, żebym pod nieobecność Janie planowała podróże, by tak nie tęsknić. - Wskazuje mapę. - Więc teraz planuję wycieczkę na Haiti. Zwiedzimy cytadelę i pałac Sans-Souci. I jaskinie! Nie uwierzyłbyś, ile jaskiń jest na Haiti. - Jej palec ślizga się po mapie jak pluskwiak wodny i zatrzymuje się na kolejnych miejscach z ikonką jaskini. - Janie i ja przewędrujemy je wszystkie. A może uważasz, że to przesada?

- Wcale nie. To znakomity pomysł. - Hope rozpromienia się, a ja zastanawiam się, co powiedzieć, żeby zainteresować dziewczynę, która planuje penetrację jaskiń na Haiti. Ciągle jeszcze łamię sobie głowę, kiedy ona już przechodzi do trasy, którą wytyczyła, gdy Janie była w Afryce Południowej. A tam w pobliżu jest Madagaskar, który tak jakby do mnie mrugnął i nagle mnie olśniło. - Na Madagaskarze są najfajniejsze owady na świecie!

Hope urywa w pół zdanie. Grzecznie. Grzecznie, nie ma co. I nagle się uśmiecha.

- Naprawdę?

Uznaję to za zachętę, bym kontynuował.

- Wiem, że to niezupełnie Afryka Południowa, ale gdybyście miały szansę zawędrować i tam, to mają najpiękniejsze motyle, a właściwie ćmy, madagascan sunset moths, których skrzydełka mienią się różnymi odcieniami różu, zieleni i oranżu. A najfajniejsze jest to, że ich skrzydełka są całkowicie pozbawione pigmentów. Składają się jakby z mikrowstążeczek splecionych ze sobą i odbijających światło. - Czy ja naprawdę opowiadam jej o madagaskarskich wstążeczkach? Powinienem przestać, naprawdę powinienem. Ale informacje o owadach nie przestają płynąć z moich ust. - No i są ciekawe pająki, czarne pająki Darwina, tworzące największe pajęczyny na świecie, szerokie na osiemdziesiąt stóp i mocniejsze od stali, tytanu, a nawet nylonu. - Uświadamiam sobie nagle, że wpadam w przesadę, więc kończę. - Oczywiście pod warunkiem, że to cię interesuje.

Czekam na jej reakcję godzinami. Moje buty zaczynają zapuszczać korzenie w podłogę, a na moich ramionach zbiera się kurz. Człowieku, to pewnie ją nudzi. Czy dziewczyny lubią pająki? Ale przynajmniej wspomniałem o ćmach. Ale...

- Tak. Tak, byłoby naprawdę fajnie. - Widzę, że mówi szczerze.

Uśmiecham się jak idiota.

- Tak?

- Tak. Chciałabym, żeby więcej ludzi interesowało się takimi sprawami.

Uśmiecha się do mnie, a ja nie mogę na nią patrzeć, więc gapię się na mapę nad jej biurkiem i zauważam niebieskie "H".

- A to, jak sądzę, ty?

- Tak. Mój znacznik jest prawie zawsze wbity tutaj, w Georgii. - Wzdycha. - A jest tyle miejsc, które chciałabym zobaczyć. Widzisz?

Wskazuje rolkę papieru pakowego ciągnącą się z sufitu aż do podłogi. A na niej wypisane nazwy co najmniej stu miast.

- Zamierzamy wybrać się razem do nich wszystkich. No, wiesz, pewnego dnia. A tamte szpilki to miejsca, w których już byłyśmy. - Przesuwa dłonią po mapie USA najeżonej fioletowymi i niebieskimi szpilkami. - Te fioletowe to Janie. Moje są niebieskie.

Dotykam niebieskiej szpilki wbitej w Nowy Orlean i myślę o Hope, która tam była.

- Jakie to fajne - mówię, prawie do siebie.

Patrzy tak, jakby mnie oceniała i wygląda na to, że zdałem test. Grzebie w szufladzie biurka i wkłada mi do ręki pudełko szpilek. Czuję się tak, jakby dawała mi klucze do innego świata.

- Ty możesz być żółty.

***

25 lipca

Cześć, Janie!

Co tam na Haiti? U nas wszystko dobrze, ale czuję się dziwnie, mieszkając w nowym domu bez Ciebie. Wszystko jest inne.

Poznałam najbliższych sąsiadów. Jest taki chłopak Spencer. W moim wieku. Właziliśmy dzisiaj na drzewa. Jest naprawdę fajny, ale wydaje mi się, że ma dziewczynę, Sophie. Ale i tak pozwoliłam mu włączyć się w nasze planowanie wycieczek. Chyba nie masz nic przeciwko temu? Jego starszy brat Dean jest szalenie przystojny, ale zachowuje się jak idiota, kiedy w pobliżu są jego kumple.

Odpisz szybko! Tęsknię za Tobą!

Hope

***

10 sierpnia, 22:59

Janie: POZNAŁAŚ CHŁOPAKA!!!

Hope: Widzę, że dostałaś moją pocztówkę.

Janie: No, tak. A to oznacza, że znasz tego chłopca od kilku dni, może nawet tygodni.

Janie: To znaczy tych CHŁOPCÓW!

Janie: Jest ich dwóch!

Janie: Jak mogłaś trzymać to w tajemnicy, przecież wiesz, że jestem spragniona wiadomości?

Hope: To tylko chłopak.

Janie: Nie wierzę ci.

Hope: ???

Hope: Zresztą on ma dziewczynę, więc zapomnij.

Janie: Więc nie zamierzam zapomnieć.

Janie: Hej, a co z tym przystojnym bratem? Czy on ma dziewczynę?

Hope: On jest o dwa lata starszy ode mnie. Licealiści nie są zainteresowani siódmoklasistkami. uważa mnie za dziecko.

Janie: Jesteś dzieckiem. Trzymaj się z dala od licealistów.

Hope: Janie! obiecałaś, że nigdy nie będziesz mi matkować.

Janie: Przepraszam.

Hope: Okay. Nie masz pretensji, że dopuściłam Spencera do naszego klubu podróżniczego?

Janie: Nie, w pełni akceptuję! Chociaż...

Hope: Co...?

Janie: On BĘDZIE musiał przejść rygorystyczny proces inicjacji. Przejść po ogrodzeniu z zawiązanymi oczami. Złożyć przysięgę lojalności. Wypić krew jaka.

Hope: AUUUU. Wariatka (zaraz zwymiotuję na laptopa).

Janie: Dlatego mnie kochasz.

Hope: Myślę, że będzie dobry. Naprawdę lubi eksplorować. Zabrał mnie do wszystkich najfajniejszych miejsc w okolicy.

Hope: Jest tu kępa orzeszników pekanowych idealnych do wspinaczki.

Hope: I ogromna skała, większa od naszego podwórza.

Hope: I koryto wyschniętego strumyka, gdzie chcemy zbudować sobie kryjówkę. Och! I wodospad!

Janie: !!!

Hope: Malutki, ale jednak!

Hope: Chcemy tam zrobić tamę, żeby na dnie powstał staw rybny.

Janie: Brzmi wspaniale! I on z opowieści wygląda wspaniale. Cieszę się, że znalazłaś "przyjaciela".

Hope: Nie zamierzam nawet na to odpowiadać.

Janie: Przepraszam! Nie mogę się powstrzymać, kiedy w grę wchodzą chłopcy!

Janie: A skoro już mowa o chłopcach...

Hope: O chłopcach! O jakich chłopcach?

Janie: O, teraz ty chcesz rozmawiać o chłopakach.

Hope: No, niech ci będzie, tak. Ale o twoich chłopakach. Szczególnie jeśli są śliczni i/albo mówią z obcym akcentem.

Janie: Ma na imię Jonathan i jest niesamowity.

Hope: Akcent?

Janie: Nie. Pochodzi z Seattle.

Hope: Śliczny?

Janie: Bardzo. Kaloryfer na brzuchu i te oczy, zupełnie jak... po prostu cię palą.

Hope: :D

Hope: Jak się poznaliście?

Janie: On również pracuje w fundacji, w Dostawie Leków Pediatrycznych. Jest super bystry. Totalny mądrala.

Hope: Bardzo fajnie.

Janie: Prawda? Niemal wszystkie dziewczyny w pracy go pragną. Wydaje mi się, że umawiał się z kilkoma z nich, zanim się pojawiłam. Tak, czy owak, on został w Południowej Afryce, a ja jeszcze przez następne dwa miesiące będę na Haiti, co oznacza, że nie widziałam go całą WIECZNOŚĆ. Czy wspomniałam o tym, że jest NIESAMOWITY?

Hope: To cudownie.

Janie: Dzięki. On jest boski. Nie mogę się doczekać, kiedy go znowu zobaczę, ale jestem naprawdę zajęta, więc nie siedzę pogrążona w rozpaczy i nie zalewam się łzami. Zaprzyjaźniłam się tutaj z wieloma ludźmi.

Hope: O, tak, podobają mi się fotki, które mi przysłałaś, przedstawiają twoją ekipę i panele słoneczne. I twoje rysunki, szczególnie ten z dwoma małymi chłopcami trzymającymi się za ręce. To mój ulubiony.

Janie: Dzięki. Wkrótce przyślę ci więcej.

Godzina 23:18

Janie: Jesteś tam jeszcze?

Hope: Tak.

Janie: Musisz iść już spać?

Hope: Jeszcze chwila. Nie chcę się jeszcze z tobą rozstawać.

Janie: Ja też nie.

Janie: Ale brakuje nam już tematów do rozmowy.

Janie: Hmm...

Janie: Co robisz? Teraz. W tej chwili.

Hope: Siedzę na parapecie przy otwartym oknie i się wychylam. Jakiś kwiat pnie się po kratownicy.

Janie: Ładnie.

Hope: Może jaśmin?

Hope: Pachnie naprawdę niesamowicie.

Hope: Kiedy go wącham.

Janie: :)

Hope: Chciałabym, żebyś mogła zobaczyć nowy dom.

Janie: Ja też.

Hope: Nie wyobrażam sobie rozpoczęcia nowego roku szkolnego bez Ciebie. W co mam się rano ubrać?

Janie: Przyślij mi zdjęcia wszystkich ciuchów.

Hope: Nie wiem, czy tak mi się do tego śpieszy. Boję się, że znowu będę Luną Lovegood. No i jest jeszcze ta dziewczyna z drugiej strony ulicy, Bella Fontaine, ósmoklasistka i prawdziwa Bring In The Cheese Haters. To akronim.

Janie: *phi*

Hope: O! powiał wiatr i znowu czuję zapach tych kwiatów.

Hope: Przyciskam twarz do ekranu zabezpieczającego, że lepiej czuć.

Hope: Byłoby fatalnie, gdybym nacisnęła za mocno i wypadła. Zastanawiam się, komu by mnie brakowało. Czy zastanawiasz się czasem nad takimi sprawami? Na przykład, czy zrobię kiedyś coś naprawdę ważnego, co zmieni świat?

Hope: Przepraszam, to głupie.

Janie: Żartujesz? Każdego dnia robisz coś dobrego dla ludzi. I cieszę się, że myślisz o takich sprawach, ale nie zaprzątaj sobie jeszcze za bardzo głowy takimi problemami jak twoje miejsce w świecie. Dopiero zaczynasz.

Hope: Okay.

Hope: Dzięki :)

Janie: I, Hope?

Hope: Tak?

Janie: Mnie by Cię brakowało. W każdej sekundzie. Każdego dnia.

Hope: Mnie też brakowałoby Cię w każdej sekundzie.

ROZDZIAŁ 3

Fakt: Janie Birdsong jest tutaj od sześciu dni i mój brat zmienił się w zakochanego po uszy mazgaja.

- Już wróciły? Chyba słyszałem samochód. - Dean przeskakuje od okna do okna jak szczeniak. Hope i Janie wyszły po warzywa przeszło godzinę temu, a on liczy każdą minutę ich nieobecności.

Parskam śmiechem, ale żal mi go. Zakochać się w jednej z sióstr Birdsong to nie przelewki.

Przeglądam karty Magiczne.

- Czy Janie to bardziej Elf Wojownik, czy raczej Królowa Wróżek?

- Nie wiem. - Rozsuwa firanki. - Chyba naprawdę coś słyszałem.

- Ma też coś z aury Szarżującego Borsuka.

Dean macha rękami, jakby oganiał się od komara.

- Chłopie, dorośnij. Nikogo nie obchodzą twoje głupie karty Magii.

Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo bez wątpienia słychać chrzęst żwiru pod kołami samochodu. Srebrna honda civic zatrzymuje się przed chatą stojącą naprzeciw naszej na końcu polnej drogi. Moja rodzina posiada dwieście akrów ziemi ciągnącej się od tyłów domu, przez pola i lasy, do sztucznego stawu i dwóch drewnianych chat, które mój dziadek zbudował własnymi rękami. Mieszkał tam z Mimi, a my zawsze spędzamy tam tydzień obejmujący święto Czwartego lipca. W tym roku zaprosiliśmy Birdsongów. Więc znów mieszkamy po sąsiedzku, tylko że tym razem podczas wakacji.

Dean już jest na dworze, leci jak na skrzydłach.

- O, fajnie! Macie herbatę brzoskwiniową. Pojechałyście do Grangera? Ta herbata jest niesamowita, prawda?

Jestem pewien, że gdyby Janie stwierdziła, że jest do bani, zawołałby: "Ja też tak uważam!". Ale ona potwierdza, że herbata brzoskwiniowa to istny nektar południowych bogów, więc Dean nie musi odżegnywać się od swego dziedzictwa czy czegoś w tym rodzaju. Pomaga im wnosić torby z zakupami i choć obserwowanie go i wyśmiewanie się z niego w duchu to dobra zabawa, również idę im pomóc. Podnoszę galon mleka i nagle głowa odskakuje mi na bok. To nowy tik. Na obozie Tourette'ów żartujemy sobie zawsze, że przejmujemy od siebie tiki i zabieramy je do domu. Naprawdę to tak nie działa, ale czasami tak to odczuwam. Zawsze się boję, że mógłbym przejąć przeklinanie. A wystarczająco złe jest samo powtarzanie czyichś słów, bo czasami wygląda, jakbym wyśmiewał się z ludzi.

- No - mówi Janie, wrzuciwszy puste płócienne torby na jarzyny do szafki pod zlewem. - To co teraz robimy? Popływamy canoe? Będziemy się mocować z niedźwiedziem? Musicie mnie zapoznać z trybem życia w chacie.

- Hmm... - Spoglądam na brata. To musi być to. Moja głowa odskakuje na bok kilka razy. - Quady?

- Quady. - Zdecydowanie kiwa głową.

Pędzimy z Deanem do garażu na wyścigi, jak dzieciaki, bo Raptor jest nowszy i szybszy. Staczamy wojnę na tyłki o siodełko (Dean wygrywa - tik) i wjeżdżamy quadami pod górę, na polną drogę pomiędzy chatami, na której czekają dziewczyny. Dean jedzie przede mną i moim zdaniem trochę za bardzo stara się wyglądać jak mroczny i tajemniczy przywódca gangu motocyklowego.

Zatrzymuje się przed dziewczynami i przesuwa dłonią po swoich blond włosach.

Janie składa ręce.

- Och! Uwielbiam pojazdy terenowe! Jeździliśmy nimi w Południowej Afryce.

Mój brat jest trochę strapiony, że to nie jest jej pierwsze rodeo.

Ja próbuję wymyślić jakiś niezbyt oczywisty sposób, żeby Hope wsiadła do mojego quada.

- Jaką rozwijają prędkość? - pyta Janie.

Dean szybko odzyskuje rezon.

- Założę się, że na dobrej drodze nawet siedemdziesiąt.

(Nigdy nie przekraczał trzydziestu pięciu).

- Nie chcę się chwalić, ale ja wziąłem szybszy, więc powinnaś jechać ze mną.

Janie wzrusza ramionami.

- Okay.

Co oznacza, że Hope zostaje ze mną. Nie uśmiecham się jak maniak i nie wyrzucam zaciśniętej pięści w górę, więc mam poczucie, że tym razem zachowałem się jak należy.

Hope podchodzi do mojego quada.

- Jak to działa?

- Możesz usiąść za mną. - Wskazuję tę część siodełka, na której nie siedzę. Ona stawia stopę na podnóżku i przerzuca drugą nogę ponad siodełkiem. Wnętrza jej nóg są przyciśnięte do moich od zewnątrz.

- Okay - mówi.

- Okay. No więc tak... - Na chwilę wylatuje mi z pamięci cała wiedza na temat prowadzenia quadów. - Tu są uchwyty. Koło twojej nogi. - Pokazuję je. - Możesz się ich trzymać. Ale to niezbyt wygodne, więc kiedy będziemy jechać szybko, lepiej trzymaj się, uhm, mnie.

- Mam powody do obaw?

- Co?

Hope klepie tabliczkę pod kierownicą.

- Och. - Moje serce wraca do normalnego rytmu. Na tabliczce jest szesnastka otoczona kołem i napis: PROWADZENIE TEGO POJAZDU TERENOWEGO PRZEZ OSOBĘ PONIŻEJ SZESNASTU LAT ZWIĘKSZA ZAGROŻENIE POWAŻNYM URAZEM LUB ŚMIERCIĄ.

- Nie, nic nam nie grozi. Jeżdżę nim od lat. A moje tiki podczas prowadzenia bardzo słabną.

W tym momencie moja macocha chyba wyczuwa, że nasze życie może być zagrożone, bo wystawia głowę zza zasłaniającej drzwi siatki przeciw owadom.

- Lepiej włóżcie kaski - woła.

Obaj jęczymy.

- Au, daj spokój. Jest prawie dziewięćdziesiąt stopni - mówi Dean.

- To dla mnie bez znaczenia. Dla pourazowego uszkodzenia mózgu także. Włóżcie kaski.

I wraca do domu, nie fatygując się, żeby nas skontrolować, bo wie, co się teraz stanie: włożymy na głowy kaski. (Z niechęcią). Damy po jednym również Janie i Hope. A potem ruszamy.

Hope trzyma się uchwytów, a ja zwalniam gaz, stopniowo zwiększając prędkość. Dean wciska gaz do dechy i Janie nie ma wyboru - musi objąć go w pasie. Przewracam oczami.

Hope śmieje się za moimi plecami.

- TO NIESAMOWITE! Jaką mamy prędkość? Mam takie wrażenie, jakbym leciała! To musi być...

- Dwadzieścia dwa kilometry na godzinę.

- Co? To niemożliwe. Serio, musisz mieć zepsuty wskaźnik i w rzeczywistości jedziemy, powiedzmy, sześćdziesiąt pięć.

- Wiem. Obłędnie, prawda?! - wrzeszczę, bo osobie siedzącej z przodu trudniej przekrzyczeć ryk silnika (pracuje jak kosiarka na sterydach). - Tutaj droga jest zbyt wyboista, żeby jechać szybko, ale zaczekaj tylko, aż zwiększę do osiemnastu!

Jedziemy ścieżką prowadzącą przez las sosnowy i łąki pełne żółtych i fioletowych kwiatów. Dawno nie padało, więc spod kół wzbija się czerwony pył, który drapie w oczy i piecze w gardle. Nie mogę jechać zbyt blisko Deana, bo dosłownie łykalibyśmy jego kurz. Ma to ten plus, że jesteśmy z Hope właściwie sami. Pokazuję jej różne rzeczy: dzikie jeżyny, strumień, w którym łapaliśmy z Deanem raki, i sito do wypłukiwania złota, gdzieniegdzie ambony zawieszone na drzewach jak zepsute ozdoby bożonarodzeniowe. Wyglądają tak, jakby ktoś przymocował do drzewa krzesło albo niewielką platformę, a potem przystawił drabinę. Siedzi się tam, żeby strzelać do jeleni. Przeważnie są bardzo proste, ale mój tata ma jedną taką, która przypomina właściwie domek na drzewie, jak dla dzieci, tyle że dla dorosłych. Zbudowali go z Deanem, żeby wygodniej im się polowało, ale ilekroć Pam wysyła mnie, żebym zawołał ich na lunch, odnoszę wrażenie, że ta ambona służy im głównie do jedzenia suszonej wołowiny i zaśmiewania się.

Hope pokazuje mi coś czarnego i okrągłego.

- To kosz na śmieci?

- Raczej na deszcz. Jelenie trzymają się w pobliżu, jeżeli nie muszą chodzić zbyt daleko po wodę.

- Więc zwabiacie tu jelenie wodą, żeby potem do nich strzelać? - Wyczuwam, że marszczy nos, choć siedzi za moimi plecami.

- Zwabianie ich tak blisko ambony jest nielegalne, bo to jak strzelanie do ryb w beczce.

- Och.

- Mój tata jest bardzo skrupulatny w przestrzeganiu zasad łowieckich, reguł bezpieczeństwa i takich tam.

Siedzi za mną i milczy. Tik, kicham wielokrotnie.

- To nie jest tak, że on i Dean zabijają tylko dla sportu. Zjadamy wszystko, co przyniosą do domu.

- W porządku, Spence.

- Okay.

Nie wiem, dlaczego tak ich bronię. Ja nie lubię polowań. Mój tata ma sklep z artykułami myśliwskimi i outdoorowymi. Sklep powstał siedemdziesiąt pięć lat temu, miał go mój dziadek i jego dziadek, a kiedyś dostanie go Dean. Ale dopiero po skończeniu college'u, do którego pójdzie dzięki stypendium bejsbolowemu, o którym marzył tata, zanim złamał bark.

Koncentruję się na kierowaniu quadem, bo zjeżdżam akurat w dół do niewielkiego strumyka, a potem ostro pod górę na drugim brzegu. To nie najłatwiejsze i czuję, jak ramiona Hope zaciskają się wokół mnie. Możliwe, że to najlepszy dzień w moim życiu.

Zatrzymujemy się kilkakrotnie, żeby zsiąść z quada i dokładniej coś obejrzeć. Stare studnie, do połowy zasypane ziemią, ale można się w nich nadal dokopać do wody. Pozostałości szałasów z okresu Wielkiego Kryzysu.

Hope i Janie dopadają się, ilekroć wyłączamy silniki. Widziałaś ślady dzików? Uwierzysz, jakie gorące robi się siodełko po kilku minutach? ZNOWU sprawdzasz swój telefon?

Janie rumieni się i chowa telefon do tylnej kieszeni.

- Sprawdzam tylko, czy Max dostał mój ostatni mejl. Nie rozmawialiśmy od...

- Kilku dni. Wiem. - Hope przewraca oczami.

- Kiedy wyjeżdżałam, powstało między nami pewne napięcie, ponieważ ostatni wieczór w Południowej Afryce spędziłam z przyjaciółmi, a nie z nim, więc chcę się upewnić, czy wszystko z nami dobrze.

- Mmm-hmm. - Hope odchodzi na bok z mocno zaciśniętymi ustami.

Janie staje obok mnie, a ja wbijam wzrok w to, co zostało z fundamentów budynku.

- Często tu przychodziliście w dzieciństwie?

Kiwam głową. Jestem przy niej spięty, choć ona często się do mnie uśmiecha. Tak bardzo mi zależy, żeby mnie polubiła.

- Tak - włącza się do rozmowy Dean. - Grzebaliśmy ze Spencerem w ruinach chat w poszukiwaniu szklanych butelek i temu podobnych przedmiotów. - Gada i gada, i gada, i gada.

Hope wpatruje się w kamień fundamentów z czymś w rodzaju podziwu.

- Hej, na tamtym wzgórzu jest kępa buków - mówię. - Chcesz je zobaczyć?

- Jasne.

Odchodzimy od Deana, który nie przestaje zabawiać Janie opowieściami z naszego dzieciństwa.

Drzewo stoi na prawo od nas. Jego jasny pień jest nakrapiany szarymi plamkami jak kucyk, a konary sięgają nieba z królewskim dostojeństwem.

- Buki można rozpoznać po gładkim szarym pniu - mówię. - Z ich drewna najlepiej się rzeźbi.

Kiedy docieramy na szczyt wzniesienia, prowadzę Hope do największego i najstarszego drzewa, matki wszystkich buków. Jest pokryte napisami.

- Widzisz te inicjały? - pytam. - To mojego stryjecznego prapradziadka Clinta. Urodził się w 1890 roku.

Hope przesuwa palcami po CB.

Wskazuję następne.

- A to mojego taty i mamy. - Zniżam głos. - Nie pokazujemy ich, kiedy Pam jest w pobliżu.

Hope się uśmiecha - ten uśmiech to obietnica zachowania tajemnicy.

- A tutaj są inicjały Deana. I mojego dziadka. I moje. - Stukam w SB na wysokości pasa, oznaczające Spencera Bartona.

Hope przesuwa wzrokiem po pniu. Uśmiecha się.

- To całkiem dosłownie drzewo waszej rodziny.

Odpowiadam uśmiechem.

- Chcesz wyryć swoje inicjały?

Potrząsa głową.

- Wykluczone. Nie ma na nim nawet waszej macochy. - Rozgląda się po zagajniku. - Ale moglibyśmy postarać się o nasze własne drzewo.

Wybieramy jedno z nich - smukły buk z młodymi, zielonymi liśćmi i pniem nie szerszym od puszki zupy. Wyjmuję scyzoryk i wycinam "SB", a potem Hope "HB". Nie ma żadnych dodatkowych znaków, żadnych serduszek, ani nic, ale podobają mi się nasze inicjały obok siebie.

- Hej, Spence, a gdzie mieszka twoja mama? - pyta Hope, spoglądając w niebo.

- Nie wiem.

Nigdy nie rozmawiamy o mojej mamie. Ja nie poruszam tego tematu, a Hope grzecznie krąży tylko wokół niego, choć podejrzewam, że ma ochotę o to zapytać.

- Mama jest piosenkarką - mówię w końcu. - Rodzice poznali się i pokochali podczas jej występu w Atenach. Musiała uciec z domu, żeby zostać piosenkarką, więc nie wiem nawet, czy mam dziadków, wujków.

- Jaka ona była?

Czuję, że na mojej twarzy powoli pojawia się uśmiech.

- Najfajniejsza. W restauracjach zabierała nas zawsze do łazienki, zanim doprowadziliśmy tatę do takiego punktu, w którym wpadał w złość i zaczynał krzyczeć, urządzaliśmy tam sobie tańce i wygłupialiśmy się, żeby potem zachowywać się grzecznie przy stole.

Hope się uśmiecha.

- I wyglądamy podobnie. Oboje mamy ciemne włosy i ciemnobrązowe oczy. - Czasami myślę, że to dlatego ulubieńcem taty jest Dean. Na mnie nie może patrzeć. - Mimi mówi, że zachowujemy się też podobnie. Że oboje jesteśmy marzycielami. - Wstrzymuję oddech, bo przypominam sobie, że nie tylko w dobrym jesteśmy podobni. - Ona również nie pasowała tutaj.

Hope dotyka mojego ramienia.

- Spence, ty...

Dean i Janie zaczynają nas wołać, więc nie jest mi dane dowiedzieć się, co Hope chciała mi powiedzieć. Biorę od niej scyzoryk i szybko chowam go do kieszeni, bo wolę nie wiedzieć, jak długo Dean nabijałby się ze mnie z powodu wycięcia na drzewie naszych inicjałów (całą wieczność, jak w banku).

- Sekundę! - odkrzykuje Hope.

Zbiega ze wzgórza w podskokach, co chwila łapiąc się drzewa, żeby utrzymać równowagę na stromiźnie. I nagle zatrzymuje się przy pniu prawie całkowicie pokrytym cienkimi, białymi grzybkami, a ja muszę niemal zaryć się w ziemi, żeby na nią nie wpaść.

Odwraca się do mnie.

- Nie musimy nikomu mówić. O inicjałach. - To brzmi niemal jak pytanie.

Wraca uśmiech obiecujący zachowanie tajemnicy, a ja myślę o tych innych rzeczach, które chciałaby robić i nikomu o nich nie mówić.

- Nie, oczywiście, że nie.

Jak tylko wracamy do quadów, wkładam na głowę kask, bo czuję, że gorąco napływa mi do twarzy.

- Hej, chcesz spróbować prowadzić? - pytam.

- Tak!

Pokazuję Hope, jak kciukiem wcisnąć gaz i wyjaśniam, że hamulce są takie same jak w rowerze. Po kilku szarpnięciach przy próbie startu, łapie w czym rzecz. A po kilku następnych minutach, naprawdę łapie, w czym rzecz.

- JESTEM KRÓLOWĄ DZIKICH OSTĘPÓW! - wrzeszczy Hope, pokonując łagodne wzniesienie. A potem, kiedy docieramy na szczyt, mówi: - No to klops.

W tej okolicy jest kilka naprawdę stromych zjazdów, a po drugiej stronie koryta wyschniętego strumyka mnóstwo miejsc, gdzie trzeba wjeżdżać ostro pod górę, albo robić slalomy wśród drzew.

- O rany. Zapomniałem, że to jedno z najbardziej zdradzieckich miejsc do pokonania - mówię.

Dean przejeżdża obok z warkotem silnika.

- Możesz nie dać rady! - woła.

I zjeżdża ze zbocza ze zwierzęcym wyciem. Janie, która już przedtem obejmowała go ramionami, teraz na każdym wykrocie dosłownie kładzie się na jego plecach.

Fakt dotyczący Janie: ma piersi. Ogromne. I jestem pewien, że plecy mojego brata już najdokładniej znają ich topografię.

Hope odwraca głowę.

- Myślisz, że dam radę?

Zniżam głos.

- Masz smykałkę. Spokojnie zjedź ze zbocza, przenoś ciężar ciała w stronę przeciwną do zakrętów i przeszkód, a potem pochyl się do przodu i dodaj gazu, żeby nabrać rozpędu przed wzniesieniem. I, uhm, chyba tym razem muszę cię objąć ramionami.

- Okay - mówi ona.

Nieruchomieje, nieruchomieje jak posąg, czekając, aż to zrobię. To bardzo ryzykowne. Nie teren, z tym Hope radzi sobie po mistrzowsku. Problemem jest to, że muszę zgadnąć, gdzie położyć ręce. Zdecydowanie nie w pobliżu jej piersi, ale też nie za nisko. Niewiele miejsca pozostaje! Decyduję się na okolice pępka, ale i tak miękkość jej ciała wydaje mi się niebezpieczna.

Czasami moja głowa odskakuje na bok w tiku albo wzruszam ramionami, ale bardzo się staram, żeby moje ręce spoczywały nieruchomo na jej brzuchu. To prawdziwa ulga, kiedy zatrzymujemy się znowu i mogę ją puścić. Zeskakuję z quada i zdejmuję kask. Hope robi to samo, z tą różnicą, że wykonuje zwycięski taniec. Przybijam jej podwójną piątkę. Janie odkleja się od mojego brata, żeby zrobić to samo. Tak naprawdę to Dean jako jedyny nie bierze udziału w naszym małym świętowaniu.

- Będę za minutę - mówi. - Muszę sprawdzić manometr.

Akurat. Manometr w spodniach. Niefortunnie pochylał się na siodełku quada i jest całkiem oczywiste, co próbuje ukryć. Przynajmniej dla mnie. Dziewczyny zdają się niczego nie zauważać, choć minęło co najmniej pięć minut, zanim Dean uznał, że "manometr" jest już odpowiednio sprawdzony.

Hope, Janie i ja chodzimy już po cmentarzu niewolników. Słońce przesącza się pomiędzy liśćmi drzew, ale wydaje się rzucać cień, a nie światło. To sprawia, że odzywamy się przyciszonymi głosami.

Mam przed sobą wyżłobione zagłębienie w ziemi, całkowicie pokryte trawami i liśćmi. Na lewo i prawo znajdują się podobne zagłębienia, tworzące rząd. To groby. Z biegiem czasu zapadły się o kilka cali poniżej powierzchni gruntu. Są i inne rzędy, czasami nawet składające się z sześciu grobów, a czasem tylko trzech, w zależności od ilości miejsca pomiędzy drzewami. Niektóre z nich są zaznaczone kamieniami. Nie kamieniami nagrobnymi z napisami itp. Po prostu szarymi kamieniami wielkości melona czy dużego buta.

- Nie do wiary, że grzebano tutaj niewolników - szepcze Hope. - I to wcale nie tak dawno.

- Tak - przyznaję. Sto pięćdziesiąt lat. Próbuję policzyć, o ile pokoleń musiałbym się cofnąć do tego z moich przodków, który żył w czasach, gdy ludzie KUPOWALI I SPRZEDAWALI innych ludzi. Niedobrze mi się robi na samą myśl o tym.

- Po co tutaj byli? - pyta Janie. - To znaczy, czy wiesz, co wtedy robili?

- Kilka kilometrów stąd były pola uprawne. Bawełna, jak mi się zdaje. Ale to nie były nasze pola - dodaję pośpiesznie. - Moja rodzina nie miała jeszcze wtedy tej ziemi.

Nie mogę znieść myśli, że coś takiego mogłoby przyjść Janie do głowy.

- Kiedyś znalazłem pod tym drzewem grot strzały - mówię. - To niesamowite, że trasa quadów przebiega wzdłuż dawnej drogi drwali, w pobliżu chat z czasów Wielkiego Kryzysu i cmentarzyska niewolników, przez las, w którym być może kiedyś żyła rodzina Cherokeezów. Tyle warstw historii nagromadzonych na jednym skrawku ziemi.

Hope podchodzi do mnie, jakby w ten sposób mogła lepiej dostrzec te wszystkie nakładające się na siebie historie, o których mówię.

- Człowiek mimowolnie zaczyna się zastanawiać, co po sobie pozostawi. I co pomyślą o nim ludzie za sto lat.

- Tak - przyznaję.

- Wiecie, że wy dwoje dajecie mi nadzieję na przyszłość? - pyta Janie.

Dean, który desperacko pragnie wykorzystać tę rozmowę do ponownego popisania się przed Janie, odzywa się takim dziwnym, niskim, poważnym głosem.

- O, tak. Moim zdaniem to bardzo ważne, żeby czerpać wiedzę z historii, aby już nigdy nie powtarzać danych błędów. Ziemia tyle nam może powiedzieć. - Klęka i teatralnym gestem dotyka jednego z kamieni. - Groby tyle nam mogą powiedzieć.

To wyglądało, o rety, jakby Dean cofnął się w czasie i osobiście zniósł niewolnictwo. Czy on naprawdę sądzi, że Janie to kupi? Zaryzykowałem spojrzenie na Hope. Zerka na niego z ukosa, z wyjątkową pogardą w oczach.

To sprawia, że zaczyna we mnie wzbierać chęć zrobienia czegoś szalonego. I głupiego.

- Hej, Dean, a pamiętasz, jak z Taterem - Tater to nasz kuzyn - próbowaliście rozkopać jeden z grobów?

Twarz Janie robi się tak blada jak pień buka.

- Rozkopaliście grób?

Wyraz twarzy Deana wskazuje, że zamorduje mnie po powrocie do domu (jeśli zdoła się powstrzymywać tak długo), ale Hope parska śmiechem, zasłaniając pięścią usta, więc brnę dalej.

- Zaczęli, ale wystraszyli się, bo zaczęło się ściemniać, więc przerwali. A kiedy wrócili do domu, byli cali pokąsani przez pchły piaskowe. - Robię pauzę dla zwiększenia efektu dramatycznego. - Wiecie, co to jest pchła piaskowa?

Dean gwałtownie potrząsa głową. Ma wzrok Minotaura, ale mnie przychodzą na myśl wszystkie baty, jakie mi kiedykolwiek spuścił, i nie mogę się powstrzymać.

- To malutki czerwony robaczek, który wierci dziurę w naszej skórze i za pomocą enzymów zawartych w ślinie rozpuszcza nasze komórki, a potem spija je jak zupę.

Janie ma taką minę, jakby połknęła ślimaka.

- To druga najobrzydliwsza rzecz, o jakiej w życiu słyszałam - mówi. - Pierwsza to zakłócanie wiecznego spoczynku ludzi, którzy byli traktowani jak podludzie.

- Ja byłem... - zaczyna Dean, ale wchodzę mu w słowo.

- Tak czy owak, wrócili do domu pokąsani i Pam stwierdziła, że to Pan Bóg ich pokarał, a Mimi kazała im wyjść na podwórko i wybrać rózgi, bo Pan Bóg może już z nimi skończył, ale ona nie. Więc wyszli i poszukali najmniejszych, najcieńszych rózeg, dyletanci. A przecież powszechnie wiadomo, że te cienkie najgłębiej przecinają skórę. Nie mogli usiąść przez tydzień.

Hope wybałusza oczy.

- Rodzice naprawdę was bili?

Wzruszam ramionami z zakłopotaniem.

- No, tak. Ale tylko kiedy zrobiliśmy coś naprawdę złego. To znaczy, niezbyt często. A w Decatur ludzie tego nie robią?

- Zdecydowanie nie.

Przez większą część tej historii patrzyłem na Hope, ale teraz, kiedy ją zakończyłem, przypomniałem sobie w końcu, żeby spojrzeć na brata. I stwierdziłem, że czeka mnie prawdopodobnie najgorsza, najbardziej bolesna zemsta, jaką kiedykolwiek wymyślono. Nie skończy się na spraniu na kwaśne jabłko. Ale przynajmniej nie teraz, na oczach Janie. Ale kiedyś. Wkrótce. Mój koniec jest nieunikniony.

Na jego twarzy pojawia się wyjątkowo przerażający uśmiech.

- To było rzeczywiście złe i głupie, jestem zażenowany, że posunąłem się do tego - mówi.

A potem odwraca się, wsiada na quada i włącza silnik.

To wszystko? Janie naprawdę dokonała cudu. To znaczy, wiem, że później za to zapłacę, ale jednak.

Hope przechodzi obok Deana w drodze do drugiego quada, ale on łapie ją za rękę.

- Hej, Hope, z powrotem pojedziesz ze mną. - Mówiąc to, patrzy na mnie i unosi brwi.

- Okay. - Hope siada za nim i wnętrza jej ud obejmują zewnętrzne strony jego ud.

Janie wskakuje na quada za mną.

- Cieszę się z szansy bycia z tobą - mówi. - Hope opowiada o tobie bez przerwy.

- Naprawdę?

- Tak. Wygląda na to, że jesteś jej najlepszym przyjacielem.

Przyjacielem.

- Dzięki.

Dean przed nami daje gaz do dechy, więc Hope musi mocno do niego przylgnąć.

***

Wszystko się zmieniło. Wyczuwam to, zanim jeszcze Dean zatrzyma się z piskiem opon obok mnie. Zanim Hope zdejmie kask z głowy i potrząśnie swoimi jedwabistymi, kukurydzianymi włosami. Oboje śmieją się z jakiegoś znanego tylko im dowcipu, on wyciąga rękę, żeby pomóc jej zsiąść, a kiedy ona podaje mu swoją, staje się to. Na jej twarzy pojawia się wyraz oszołomienia i rozmarzenia, pozostawia rękę w jego dłoni o sekundę za długo, a ja dochodzę do wniosku, że byłoby dobrze spuścić się w klozecie. Przez resztę dnia ona chichocze, ilekroć on nazwie ją Birdsong.

Nie pojmuję tego. Nie rozumiem, dlaczego w jednej chwili Hope zdaje się zaczynać mnie lubić, a po przejażdżce quadem z moim bratem wszystko wywraca się do góry nogami. Szkoda, że tak trudno zrozumieć świat.

Idę do swojego pokoju i wyciągam notes. Myślę, że gdybym musiał przylepić sobie i Hope jakieś etykietki, skategoryzować nasze stosunki tak, jak usystematyzowałem tamte diabelskie skorpiony, wyglądałoby to tak:

SYSTEMATYKA HOPE I SPENCERA

Najbliżsi sąsiedzi

?

Znajomi, którzy podzielają upodobanie do łażenia po drzewach

?

Najlepsi przyjaciele

?

Najlepsi przyjaciele, którzy może zaczynają się sobie podobać - choć ona może nie - skąd można wiedzieć?

***

Kim Chcę Zostać, Kiedy Dorosnę

autorka: Hope Birdsong

Zakochuję się w krajach, tak jak inni zakochują się w ludziach. Moja siostra też. To musi być zapisane w naszym DNA. Słuchamy o jakimś miejscu, do którego chcemy pojechać, i musimy dowiedzieć się o nim wszystkiego, to pragnienie dosłownie nas zżera, aż w końcu mogłabym przysiąc, że świetnie wiem, jak smakuje crepes Suzette, choć nigdy nie byłam we Francji. Aż w końcu czuję we śnie zapach wiatru znad morza Śródziemnego.

Chcę przeżywać przygody, których nigdy nie zapomnę. Chcę nurkować w Wielkiej Rafie Koralowej i chcę odwiedzić wszystkie kontynenty, nawet Antarktydę. Chcę obserwować wielkie migracje zwierząt w Serengeti i płynąć łodzią w dół Amazonki. Chcę przejść na piechotę cały Szlak Appalachów, całe trzy tysiące pięścet kilometrów, a może pewnego dnia przepłynąć/przejechać na rowerze/przebiec triatlon IRONMAN na Hawajach.

Mama twierdzi, że urodziłam się w niewłaściwych czasach, bo powinnam zostać wielkim odkrywcą, jak Marco Polo albo jakiś inny z tych facetów. Ludzie uważają, że w obecnych czasach nie pozostało już nic do odkrycia, ale nie mają racji. Nie musimy koniecznie zobaczyć coś jako pierwsi, żeby to się liczyło. Jeżeli potrafimy spojrzeć na coś inaczej i sprawić, by inni również spojrzeli na to w nowy sposób, jeżeli możemy odcisnąć swoje piętno i zmienić coś na lepsze, to również się liczy.

Ponieważ chcę robić również inne rzeczy, chcę pomagać ludziom. Czasami zależy mi na nich aż do bólu. Na dzieciach, które nie mogą nauczyć się czytać, ponieważ w ich domu nie ma ani jednej książki, na niemowlętach w krajach rozwijających się, które umierają na odrę, bo nie mają dostępu do szczepień. Kiedy oglądam zdjęcia lub o czymś czytam, nie mogę tak po prostu o tym zapomnieć. Obracam je w głowie, i znowu, i znowu, aż czasem odnoszę wrażenie, że ta wiedza wypełnia mnie całą i pochłania. Ale nigdy do końca. Bo wiem, że moja starsza siostra tam jest i robi rzeczy - wielkie rzeczy - które mogą pewnego dnia poprawić sytuację.

Więc kim chcę zostać, kiedy będę dorosła? Chcę być swoją siostrą. Chcę zobaczyć wszystko, co można zobaczyć. Chcę zmienić świat.

ROZDZIAŁ 4

- Janie, jesteś TAKA irytująca. - Hope wpada do pokoju dziennego chaty, w której mieszkają Birdsongowie, z pustym dzbankiem w ręku.

- Co? - Janie podnosi wzrok znad książki i marszczy nos.

Hope wymachuje dzbankiem.

- Masz jeszcze trochę herbaty brzoskwiniowej?

Zmieszana Janie pociąga łyk ze szklanki, którą trzyma w ręce.

- Och. Przepraszam! - bąka.

- W porządku - odpowiada Hope, ale przewraca oczami, co świadczy, że wcale nie jest w porządku.

- Chcesz trochę? - Janie wyciąga w jej stronę szklankę.

- Powiedziałam, że w porządku - burczy Hope.

Idzie do lodówki po coś innego do picia. Podążam za nią.

- Ona zawsze bierze ostatni kawałek i ostatni łyk wszystkiego - mówi Hope, zniżając głos. - To taki paskudny zwyczaj.

- A ty masz paskudny zwyczaj plamienia bluzek, które ode mnie pożyczasz! - krzyczy Janie z drugiego pokoju.

Hope pokazuje jej język, kiedy wracamy z naszym (ledwie tolerowanym, równie dobrze mogłoby być zatrute) piwem korzennym.

Uprzedzała mnie, że tak będzie. Przez pierwszych sześć dni będą z siostrą nierozłączne, ale siódmego dnia tęsknota wyparuje i zaczną drażnić się nawzajem i kłócić jak każde rodzeństwo.

Jej obraz normalnego rodzeństwa jest i tak dalekim echem mojego.

Kończę swoje piwo korzenne i odbieram esemesa od Pam.

Cześć, Spencer.

Wracaj do domu i pakuj się na obóz!

Całusy, Pam

Ona zawsze tak pisze, jakby to był minimejl czy coś w tym rodzaju.

Zerkam na Hope, która wydaje głuche odgłosy, dmuchając w pustą butelkę po piwie, potem na Janie, która przewraca stronice książki z demonstracyjnym rozdrażnieniem, i dochodzę do wniosku, że wypisanie swojego imienia na wszystkich bokserkach to super ważne zadanie, które powinienem wykonać natychmiast, w tej chwili.

- Okay, do zobaczenia - mówię z pośpiechem i wybiegam za drzwi.

Natychmiast po przekroczeniu progu naszej chaty dopada mnie Dean. Zaciska ramię wokół mojej szyi.

Skoro już mowa o irytującym rodzeństwie...

- Hej, Spencer, chcę wypróbować nowe chwyty zapaśnicze. - Mocniej wciska pod pachę tył mojej głowy. Śmierdzi okropnie.

- Ale ja nie chcę.

Próbuję odsunąć głowę. Mam już dość bycia jego workiem treningowym. A na dodatek nie mogę przestać myśleć o maślanych oczach Hope, kiedy na niego patrzyła po przejażdżce quadem.

- Ja nie chciałem, żebyś opowiadał Janie o krępujących faktach z mojej przeszłości, ale nie zawsze dostajemy to, czego chcemy. - Ciągle mnie ściska.

- Mówię serio! - wołam.

- Ciszej tam - rzuca tata. - Oglądam mecz.

I wraca do Braves contra Mets.

Udaje mi się oswobodzić głowę, ale Dean podstawia mi nogę, pewien, że nie zacznę krzyczeć, by nie narazić się na gniew taty (straszliwy od dziewiątej do jedenastej, ilekroć Braves grają z Mets).

Dean rzuca mnie na ziemię, używając jednego z chwytów, których nauczył go trener. Chce mnie przygwoździć. Mogłem się poddać. Gdybym pozwolił mu się przygwoździć, mógłbym pójść na górę, jak zamierzałem.

Ale mam tego dość.

Walczę. Z całych sił. Zażarcie. Jak modliszka. Jak czarny skorpion. Jak cały rój morderczych pszczół. On mnie nie przygwoździ. Już nigdy więcej. Wyślizguję się z jego uchwytu, jakbym był posmarowany oliwką dla niemowląt. Szybki jak ważka. Wsuwam ramię pod jego szyję, zaciskam je drugą ręką i wykorzystuję siłę bezwładności, aby zrzucić go z siebie. W oczach Deana błyska strach. Szybko znika, ale zdążyłem go zauważyć. Boi się, że mógłbym wygrać.

Jego strach działa na mnie jak adrenalina. To wielka rzecz. Zmienia wszystko. Przestajemy odgrywać role przypisane nam w walce na stałe. Dean: ofensywa. Spencer: defensywa. Ja atakuję, tylko ja. Po prostu. Mogę. Wygrać.

Podcinam mu nogę i czuję, że go mam. Gdybym tylko mógł trochę mocniej wykręcić mu rękę! Przesunąć ciężar swojego ciała choćby o kilka stopni. Cholera! Wymyka się! I zanim zdążę go złapać, wpadamy na stolik. Ten, na którym tata trzyma piwo w czasie meczów. Czekam, aż piwo i gniew taty spadną na moją głowę.

Ale nie. Moje włosy są świeże i wolne od piwa. A tata, tata uśmiecha się do mnie.

- Gdzie się tego nauczyłeś? - Jego głos rozpływa się w uśmiechu.

Pochylam głowę.

- Nie wiem. Chyba podłapałem kilka rzeczy od Deana.

Tata potrząsa głową, jakby ciągle nie mógł uwierzyć w to, co widział.

- To coś więcej. Byłeś głodny zwycięstwa. I jesteś drobny. Trudno znaleźć takich jak ty. Zapiszesz się w tym roku na zapasy? Masz wrodzony talent.

- To prawda - przyznaje Dean. Nie wygląda nawet na wkurzonego, że o mało go nie przygwoździłem. - Mógłbym popracować z tobą nad ruchami i tak dalej.

- W przyszłym roku - mówię. - W ósmej klasie nie ma zapasów. Ale w przyszłym roku mogę się zapisać.

Czy naprawdę to powiedziałem? Nigdy nie pomyślałem nawet o zapasach, ale tata patrzy na mnie w taki sposób - z rękami skrzyżowanymi i dumnie wydętą piersią - to jeszcze nigdy się nie zdarzyło i nie chcę, żeby się skończyło.

ROZDZIAŁ 5

Świąteczny posiłek z okazji święta Czwartego lipca zjadamy na dworze, na dwóch zsuniętych ze sobą drewnianych stołach piknikowych. Hot dogi i hamburgery, gotowane kolby kukurydzy, chipsy z salsą i dwa rodzaje guacamole, bo Pam i Mimi o mało nie pobiły się o kolendrę (ja osobiście uważam, że smakuje jak mydło, ale wykluczone, żebym się w to włączył).

Nakładam łyżkę pasty na talerz, ukradkiem, żeby nie rozpętać apokalipsy. Tata Hope bierze dokładkę sosu serowo-paprykowego.

- Ten sos jest pyszny. Gdzie go kupujecie?

- Sama go zrobiłam. - Pam uśmiecha się szeroko.

- Okay, musisz zdradzić mi swój sekret.

Wdają się w dyskusję o gotowaniu i wygląda na to, że nie skończą do nocy. Na drugim końcu stołu Mimi wachluje się serwetką.

- Gorąco tu jak piekle, nie sądzicie? Boże, a niektórzy twierdzą, że ocieplenie klimatu to mit. - Pociąga kolejny łyk słodkiej herbaty. - Łuuu. Janie, Spencer mówi, że w ubiegłym roku byłaś w Południowej Afryce. Opowiedz mi o tym.

(Wszystko, co musicie wiedzieć o Mimi: była pierwszą kobietą reporterką w "Telegraph" Macona w czasach, gdy praca była czymś, czego tutejsze kobiety po prostu nie robiły. Twierdzi również, że była pierwszą demokratką w Peach Valley, choć tego faktu akurat nie zweryfikowałem).

Mimi wbija dociekliwe spojrzenie reporterki w Janie i zasypuje ją wszelkimi możliwymi pytaniami na temat Południowej Afryki, fundacji i jej pracy. Janie rozwodzi się nad tym, z jakim podnieceniem wstawała do pracy każdego dnia i jak jej projekt zrewolucjonizuje dostęp do opieki medycznej. Moja głowa odskakuje na bok kilka razy w czasie jej opowieści, ale konwersacja toczy się w niezakłócony sposób, nikt nie zwraca uwagi na moje tiki, nawet Janie, która całkowicie już do nich przywykła, choć nie przebywa przecież ze mną zbyt długo.

- To naprawdę cudowne - mówi Mimi.

Pani Birdsong ściska rękę Janie.

- Jesteśmy z niej bardzo dumni. - Przez sekundę patrzy na Janie rozpromieniona, po czym obejmuje ramieniem Hope. - I, oczywiście, jesteśmy dumni z Hope. Ona jest następna.

Hope udaje onieśmielenie, ale jej uśmiech mógłby rozświetlić cały świat.

- Nie mogę się doczekać, kiedy przyjedziesz do mnie z wizytą - mówi Janie i dotyka ręki Hope. - Wszyscy w pracy cię pokochają, szczególnie Max.

- A kim jest Max? - pyta Mimi.

- To mój nowy chłopak - wyjaśnia Janie.

Dean marszczy nos i dodaje chili do czwartego hot doga. Ona ma dwadzieścia trzy lata, stary. I tak nic by z tego nie wyszło. Ale Dean kieruje się w stosunku do dziewczyn bardzo prostą logiką: ona mi się podoba, więc ją podrywam.

- Myślałam, że twoim nowym chłopakiem jest Jonathan - mówi pani Birdsong.

- To był jej poprzedni nowy chłopak - rzuca przez stół pan Birdsong. - Max to jej nowy chłopak.

Janie przewraca oczami.

- Wiecie, że nie każdy spotyka swoją bratnią duszę w wieku piętnastu lat. I chyba nawet nie chciałabym tego. Tyle jeszcze ma się wtedy do poznania.

Janie nie przestaje mówić o życiu i poznawaniu różnych rzeczy. Dean nie wydaje się w najmniejszym stopniu zainteresowany.

- Psst. Hej, Birdsong, orientuj się. - Rzuca w Hope chipsem tortilla, a ona się śmieje.

Według planu mieliśmy jeść, dopóki słońce nie zmieni barwy z pomarańczowej na różową, potem na fioletową i wreszcie na czarną, i dopiero wtedy odpalić fajerwerki. Mój brat i ja nie mogliśmy czekać tak długo. Zrobiliśmy się nerwowi przy różowej, a przy fioletowej nie mogliśmy już usiedzieć spokojnie. Gdybyście zobaczyli zestaw fajerwerków, jakie tata kupił u Big Zacka, zrozumielibyście. To prawdziwa żyła złota i naprawdę trudno obwiniać nas o to, że nie pomyślał, aby ukryć je gdzieś lepiej, tylko zostawił w garażu.

- Proszę, tato. - Dean wierci się na ławce. - Proszę. Proszę. Proszę. Proszę.

- Proooooszę - dodaję.

Zupełnie jakbyśmy mieli po siedem lat, choć teraz jest bez porównania lepiej niż wtedy, bo jesteśmy już dość duzi, żeby móc dotykać niebezpiecznych przedmiotów.

- Nie dadzą ci spokoju, dopóki nie powiesz "tak" - mówi Mimi.

Mądra kobieta z tej Mimi.

- Dobrze - zgadza się w końcu tata i pędzimy na wyścigi, zanim zdąży zmienić zdanie.

Wracamy z siedemdziesięcioma dwiema megatonami fajerwerkowych cudów, uśmiechnięci od ucha do ucha. Jesteśmy gotowi rozświetlić cały świat. Najpierw kilka rakiet butelkowych, wciskamy je w miękką ziemię, podpalamy lont i uciekamy, zanim wystrzelą nad jezioro i eksplodują w czerwone i niebieskie gwiazdki. Gwizd, jaki wydają, wznosząc się w powietrze, sprawia, że czuję się tak, jakbym sam szybował w przestworzach.

Owczarek niemiecki Hope próbuje wcisnąć się pod ławkę. Hope woła o przerwanie ognia, żeby mogła złapać Eponine za obrożę i zaprowadzić ją do antyfajerwerkowego bunkra, czyli łazienki.

Następnie idą rzymskie świece.

- Nie podoba mi się, chłopcy, że trzymacie je w rękach - piszczy Pam. - Ludzie w ten sposób tracą palce.

Na szczęście mój ojciec jest człowiekiem kompromisu.

- Tylko wycelujcie je w jezioro i liczcie wystrzały - woła.

Birdsongowie pozwalają również Janie i Hope odpalić kilka. Na wypadek, gdyby coś poszło nie tak, przy naszym piknikowym stole siedzi przedstawicielka Straży Pożarnej w Beach Valley.

Hope zapala zimne ognie i wypisuje w powietrzu swoje imię.

Fakt dotyczący dziewczyn: stają się o dwieście procent ładniejsze, kiedy bawią się zimnymi ogniami.

Niebo jest już całkiem czarne i widać wszystkie gwiazdy, nawet te stygnące. Hope pozwala zimnym ogniom prowadzić się jak pochodni do drzewa na skraju wody.

- Hej, Spencer, chodź popatrzeć na niebo. Słyszałam, że zapowiadają na dziś super księżyc.

Biegnę do znalezionej przez nią przerwy między drzewami, księżyc świeci jak latarnia morska.

- Jest o siedem procent jaśniejszy i o czternaście procent większy - mówię.

- Uhm, fajnie.

Cholera, ona chciała rozmawiać o jego pięknie. Stoimy i patrzymy na księżyc, a nasze sztuczne ognie zostawiają za nami smużki dymu. Kiedy wypalają się do końca, otula nas ciemność tak gęsta, że nie widzę trawy pod naszymi nogami. Odeszliśmy zbyt daleko od świateł padających z domu. Moje ramiona podskakują w tikach jak szalone, ale ona chyba tego nie widzi.

- Ale tu ciemno - mówi Hope.

Przenosi ciężar na drugą nogę i przy tym ruchu jej ramię ociera się o moje. Nie odsuwa się. Ja też się nie odsuwam.

- Tak - przyznaję. Odnoszę wrażenie, że tam mogłoby teraz być wszystko, a my byśmy o tym nie wiedzieli.

To taka ciemność, która skrywa potajemne schadzki i przejścia do innego świata. Takiego, w którym wszystko jest możliwe.

Na przykład pierwszy pocałunek w mroku.

Albo macocha wołająca, żebyś przyniósł z domu papierowe talerzyki, bo chce pokroić deser. I choć tak się składa, że lubię anielskie ciasto, czyli amerykańską flagę z bitej śmietany/jagód/truskawek, które ona robi co roku, to teraz jestem w nastroju do: W tym momencie? Naprawdę?

- Spencer!

- Idę!

Wbiegam po schodach do chaty, zostawiając za sobą Hope i czując, że straciłem kolejną szansę. A może tylko to sobie wyobraziłem. Widziałem, jak patrzyła na Deana po przejażdżce quadem. I dziś rano na przystani. I przy obiedzie. Wyładowuję frustrację na przedmiotach martwych, którymi walę w poszukiwaniu papierowych talerzyków.

W drzwiach staje Hope.

- Mimi przysyła mnie po widelczyki.

- O, hej. Mam kłopoty ze znalezieniem talerzyków. - Odstawiam słoik masła jabłkowego (ostrożnie) i odsuwam się od półki, żeby lepiej widzieć. Hope staje przede mną i pomaga mi szukać. Tuż przede mną. Ten schowek jest zbyt wąski dla dwóch osób. Gdyby przesunął się do przodu, choćby o centymetr, dotknąłbym torsem jej pleców.

Hope się cofa. Więcej niż o centymetr. Jak ludzie mogą coś robić, na przykład szukać papierowych talerzyków, dotykając innych ludzi? Bo dla mnie to bardzo trudne. Biorę oddech i moja pierś unosi się i opada na jej plecy. Ona bierze oddech i jej plecy dotykają mojego torsu. Chcę powiedzieć, że mógłbym tak stać w drzwiach spiżarni przez całą noc.

Ona odwraca się i stajemy twarzą w twarz.

- Więc jutro wyjeżdżasz, tak?

- Tak. - A niech to, chyba nigdy nasze usta nie były tak blisko siebie. Nie do wiary, że to się dzieje naprawdę. Ona wybiera mnie, a nie Deana. Bo to właśnie to znaczy, prawda?

- Bez ciebie będzie tu bardzo nudno.

- Tak?

- Tak. - Krzyżuje ramiona na piersi. - Bardzo ci zazdroszczę, bo kiedy ja będę tutaj uwięziona z Bellą, ty będziesz się rozkoszował piankami żelowymi, canoe i tak dalej.

Zamierzam ją rozśmieszyć żartobliwą uwagą o trującym bluszczu, ale zamiast tego mówię:

- Chciałbym, żebyś pojechała ze mną.

I przysuwam się bliżej.

- Ja też.

Ona robi to samo.

A potem waha się.

- A Sophie? Ona też tam będzie, prawda?

Czuję się tak, jakby w pomieszczeniu zaczynało brakować powietrza, ponieważ mam kłopoty z myśleniem.

- Uhm. No, tak. Przyjeżdża co roku. Nasze domki zawsze prowadzą wojnę na psikusy.

- Właśnie - mówi i kiwa głową, jakby wszystko zrozumiała. - I będziecie razem. Na obozie.

- No, tak. - To znaczy, nie. Sam nie wiem, co mówię, ale jeśli to powstrzymuje ją przed zrobieniem tego, co chciała zrobić, to musi to być złe.

A potem ona staje bardzo, ale to bardzo blisko. I wyciąga rękę. Sięga do mojego karku? Żeby mnie pocałować? Jestem sparaliżowany, a jej ręka przesuwa się po moim ramieniu i łapie coś z półki za mną.

- Talerzyki. Są tutaj, za twoją głową.

LISTA "ZA" I "PRZECIW" W SPRAWIE SPENCERA I DEANA

Okay, nie mówię, że lubię jednego z nich, albo obu, ale gdybym...

SPENCER

ZA:

- kocha bieganie, piesze wędrówki i obozowanie;

- jest dobry;

- potrafi być poważny.

PRZECIW:

- nadal nie wiem, czy ta Sophie to jego dziewczyna, a nie chcę pytać;

- czasami jest nieco dziwny.

DEAN

ZA:

- ma imponujące bicepsy;

- jest inteligentny;

- pobudza mnie do śmiechu;

- mam zabawne uczucie w brzuchu, kiedy do mnie mówi.

PRZECIW:

- nie podoba mi się, jak wyśmiewa się z ludzi;

- rozkopał grób niewolnika, na ile się zmienił?

- zawsze kręcą się koło niego dziewczyny, znacznie ode mnie fajniejsze/starsze/ładniejsze/bla-bla;

- mam zabawne uczucie w brzuchu, kiedy do mnie mówi.