Przedmowa do nowego wydania
Piszę obecnie wstęp do nowego wydania mojej książki o Putinie i jego
reżimie, ale nie jestem pewny, czy ono się ukaże. Nie, nie myślę, że
wydawnictwo zrezygnuje. Po prostu do tego czasu może już nie być ani
wydawnictwa, ani mnie. Możliwe, że znajdujemy się na skraju katastrofy
nuklearnej. Prawdopodobieństwo takiego rozwoju wydarzeń cały czas
rośnie. I świat doprowadził do tego bohater mojej książki.
Pisałem w niej o tym, że Putin się nie zatrzyma i doprowadzi ludzkość do
wielkiej wojny. Niestety, moje obawy były uzasadnione. Jednocześnie nie
stało się nic niespodziewanego. Wojna od dawna stanowiła przedmiot kultu
nowej rosyjskiej państwowej religii obywatelskiej, religijne
przeznaczenie reżimu Putina.
Rosja była brzemienna globalną wojną. Przez cały czas przygotowywała się
do porodu, który rozpoczął się w tym roku. Hitlerem kierowała
niepomierna paranoiczna idea przezwyciężenia hańby traktatu
wersalskiego. Putin ma dokładnie taką samą paranoję na punkcie rozpadu
ZSRS. Każda próba rewizji terytorialnych ustaleń traktatu wersalskiego
prowadziła do wojny. Odbudowa, nawet częściowa, sowieckiego imperium
jest tak samo niemożliwa bez wielkiej wojny.
Zarówno społeczno-polityczne, jak i religijno-ideologiczne preferencje
rosyjskiej elity skazują ją na wojnę. Zatrzymać ją może wyłącznie
sromotna porażka, klęska militarna w Ukrainie. W przeciwnym razie Kreml
nie powstrzyma się również przed wojną atomową z Zachodem.
Rosyjska opozycja, między innymi Aleksiej Nawalny, którego niezwykle
cenię, długo upraszczała obraz władzy. Uważano, że elita Putina to grupa
oszustów i złodziei, których cele sprowadzają się do osobistego
wzbogacenia. Chciałoby się powiedzieć słowami poety: "Boże, jacy byliśmy
naiwni". Wraz z początkiem katastrofalnej inwazji wyniszczającej nie
tylko ludność kraju, lecz także elitę rządzącą, ostatecznie wyszło na
jaw, że kieruje się ona motywami o wiele poważniejszymi niż chciwość.
Jeśli aneksję Krymu jeszcze jakoś dało się wytłumaczyć próbą oderwania
Rosjan od ich codziennych problemów, to obecna samobójcza dla Rosji
wojna po prostu przekroczyła granicę racjonalności. Nie oznacza to, że
oni nie kradną i nie biorą łapówek - kradną i biorą. Tylko nie to jest
najbardziej charakterystycznym dla nich motywem. Czikatiło również był
złodziejem, a Göring korupcjonistą. Ale pamiętamy ich z innego powodu.
Władzę w Rosji dzierżą tak zwani siłowicy. Ta zawodowa kasta zachowała
się praktycznie niezmieniona od czasów ZSRS, a później "wolnej"
jelcynowskiej Rosji. Rosyjscy milicjanci, oficerowie, czekiści zawsze w większości byli agresorami, ksenofobami, rasistami, szowinistami. Wielu
z nich jest skorumpowanych, ale upojenie przemocą jest dla nich
ważniejsze niż radość płynąca z konsumpcji. Przemoc to ich powietrze,
bez niego nie przeżyją ani jednego dnia. Postrzegają swoją służbę przede
wszystkim jako dojście do niekontrolowanej przemocy wobec otoczenia,
zwłaszcza tych, którzy różnią się od nich mentalnością, narodowością,
wyglądem.
Putin doprowadził ich do władzy. Przez wszystkie te lata żyli przemocą,
zabijając to swoich (Rosjan, którzy przypadkiem trafili w ich ręce), to
obcych (Czeczenów, Gruzinów, Syryjczyków, Ukraińców, rosyjskich
opozycjonistów i uciekinierów itd.). W ostatnim czasie najważniejszym
przedmiotem ich nienawiści i sadystycznej żądzy stała się Ukraina.
W pewnym momencie przywódca siłowików ostatecznie stracił rozum i poprowadził ich na samobójczą krucjatę przeciw całemu światu.
Wielomilionowa zgraja takichże mentalnych agresorów krzyczy im "hura!",
siedząc na swoich kanapach.
Ideologią tych ludzi jest nowy rosyjski faszyzm, o którym piszę w tej
książce. Faszyzm ten opiera się na państwowym kulcie wojny.
Wojna to obywatelska religia współczesnej Rosji. U podstaw sowieckiej
ideologii leżała komunistyczna utopia, czyli historia o szczęśliwej
przyszłości, której moment nastania nada sens i usprawiedliwi wszystkie
dotychczasowe ekscesy.
Gdy wiara w komunizm umarła, rządząca nomenklatura wymyśliła nową utopię
- historię o bohaterskiej przeszłości wojennej, która usprawiedliwia
dzisiejsze brud i nikczemność.
Histeryczne wychwalanie minionego wielkiego zwycięstwa ma za zadanie
stworzyć obraz lepszej, pełnej nadziei przyszłości. Nowa rosyjska utopia
państwowa to już nie komunizm, lecz przyszła wielka zwycięska wojna. Nie
bez powodu tak bardzo popularne jest obecnie hasło "Możemy powtórzyć!".
Ta długo wyczekiwana wojna stanowi swoisty rodzaj rosyjskiego dżihadu
mającego na celu zniszczenie diabelskiego świata, czyli Zachodu.
W Rosji Putina ukształtowała się i została zatwierdzona w charakterze
państwowej synkretyczna religia oparta na syntezie tradycyjnego
oficjalnego prawosławia i neopogańskiego kultu Zwycięstwa, z przewagą
tego ostatniego.
Kult Zwycięstwa w wielkiej wojnie ojczyźnianej z wyprzedzeniem
usprawiedliwiał i przybliżał nową wojenną masakrę.
Państwo, którego najważniejszym świętem jest zwycięstwo w minionej
wielkiej wojnie, nieuchronnie musiało wywołać nową.
Przez długie lata wprowadzano w Rosji państwową religię wojny. Odbywały
się monstrualne pochody z portretami walczących przodków (Nieśmiertelny
Pułk), objazdowe pokazy w kraju starych czołgów i zdobycznej broni.
Zbudowano niedorzeczną półpogańską świątynię sił zbrojnych z furażerką
Hitlera w roli najważniejszej relikwii.
Śmialiśmy się z tego marazmu. Daremnie. W ten sposób bowiem na wolnym
wiecznym ogniu zwycięstwa przygotowywano duszone mięso armatnie dla
przyszłych wojen. Co więcej - sama elita Putina, grając w nową religię,
straciła poczucie rzeczywistości i uwierzyła, że naprawdę może powtórzyć
wielkie wojenne zwycięstwo, którego kult propagowała.
Putin & Co. próbują przedstawić obecną wielkoskalową inwazję na
Ukrainę jako wojnę religijną (religii zwycięstwa). Właśnie dlatego z uporem maniaka powtarzają o denazyfikacji Ukrainy i nazywają ukraińskich
żołnierzy nazistami.
Nowa religia, jak przystało na plemienne pogańskie wierzenia, jest
oparta na kulcie wojny: przodków wojowników, wojennych zwycięstw (przede
wszystkim w II wojnie światowej) i zbrojnych aneksji (w pierwszej
kolejności Krymu), broni (od czołgów zwycięstwa po kreskówkowe
superrakiety, którymi Putin grozi światu), wojskowych przywódców
(Stalin, Putin). Najważniejsze religijne święto to Dzień Zwycięstwa, 9
maja. Najważniejszy kolektywny obrzęd - pochód Nieśmiertelnego Pułku.
W religii tej znacząco dominuje element pogański. Zachował się
chrześcijański entourage, ale stał się drugorzędny. Dla Rosjan 9 maja
od dawna jest ważniejszy od Wielkanocy i Bożego Narodzenia (potwierdziły
to socjologiczne badania). Pokazy w kraju rzadkich czołgów T-34 i innej
broni zwycięstwa konkurują o popularność z objazdami chrześcijańskich
relikwii. Opowieści Putina i animacje na temat mitycznej rosyjskiej
superbroni są prawdziwymi kazaniami telewizyjnymi, w których wychwala
się obiekty nowego kultu (broń, wojnę, śmierć). I kazania te stały się w Rosji o wiele bardziej popularne niż tradycyjne chrześcijańskie.
Nowa religia zbudowała główną świątynię. Jest to świątynia zbrojnych sił
Rosji w parku Patriota, która łączy w sobie symbolikę obu elementów
nowego dogmatu - oficjalnego prawosławia i pogańskiego kultu wojny - ze
znaczącą dominacją neopogańskiego komponentu, aż do stopni wykonanych z przetopionej broni Wehrmachtu i wojskowych orderów w kształcie sierpa i młota na ścianach.
Pochód Nieśmiertelnego Pułku to nie tylko kampania PR-owa mająca na celu
zjednoczenie ludzi wokół władzy. Jest to ważny obrzęd nowej
obywatelskiej religii państwowej. Jego formę bezczelnie ściągnięto z prawosławnej procesji. Trudno nie zauważyć zewnętrznego podobieństwa.
Tylko że zamiast ikon z wizerunkami świętych ludzie niosą powiększone
fotografie dziadków. To pochodzi już z kultu przodków w różnych
wierzeniach, które chrześcijanie nazywają pogańskimi. W ten sposób
pochód Nieśmiertelnego Pułku jest obrzędem chrześcijańskim w formie i pogańskim w treści. Podobnie jak i cała nowa synkretyczna religia
państwowa.
Rosyjskie państwo zaczyna być teokratyczne. Jego przywódca zmienia się w swego rodzaju pierwszego kapłana religii państwowej.
Nie bez powodu na czele pochodu Nieśmiertelnego Pułku w czasach
przedcovidowych zamiast kapłana szedł Putin-syn z portretem Putina-ojca,
a na pochód, jak napisał pewien patriota, "zstąpił święty duch
zwycięstwa".
Credo nowej wiary brzmi mniej więcej tak:
- wierzę w nasze wielkie zwycięstwo,
- w dokonania świętych przodków-wojowników, którzy uratowali całą
niewdzięczną ludzkość,
- w genialnego Stalina, który sprawił, że cały świat nas szanuje i lęka
się nas,
- w wielkiego Putina, który zstąpił na Kreml dla nas i dla naszego
zbawienia, który chroni nas przed zaciekłymi wrogami z zagranicy,
- w nasz lud zwycięzcę, najbardziej sprawiedliwy i prawy,
- w nasz kraj obfity i bogaty, który wszyscy wokół próbują skrzywdzić, a jego niezliczonym bogactwem zawładnąć,
- we wrogów zachodnich, na nasze dobro spoglądających, w nikczemnych
banderowców im służących,
- w naszą niezwyciężoną armię, w naszą wszystkowidzącą służbę
wywiadowczą i superbroń naszą wszechmocną, która nie ma i nie może mieć
precedensów,
- w Krymnasz od dzisiaj i na wieki wieków,
- w powtórzenie wielkiego zwycięstwa w przyszłej wojnie, której nie
chcemy, ale którą wrogowie próbują nam narzucić.
Religia wojny jest prawdopodobnie popularniejsza od prawosławia, a w jej
obrzędach uczestniczy więcej Rosjan niż w cerkiewnych. Na przykład w pochodzie Nieśmiertelnego Pułku w tym roku planowała wziąć udział jedna
trzecia Rosjan, a w liturgii Wielkanocy zazwyczaj bierze nie więcej niż
5 proc., nawet wśród prawosławnych. 9 maja dla większości mieszkańców
Rosji (71 proc.) stał się najważniejszym świętem. Znacznie wyprzedza w tym zestawieniu prawosławną Wielkanoc (31 proc.) i Boże Narodzenie (25
proc.). Dodatkowo jego popularność szybko rośnie (przez 12 lat o 30
proc.), a popularność najważniejszych świąt chrześcijańskich praktycznie
się nie zmienia. Głównymi religijnymi symbolami Rosji Putina nie są
chrześcijański krzyż i ikona, lecz neopogańskie pochody z portretami
przodków-wojowników i sakralne wstążki św. Jerzego, które symbolizują
wojskowe zwycięstwa. Rola Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego nawet w sferze ideologicznej służby państwowej staje się drugorzędna. Na Boże
Narodzenie świątynie odwiedza mniej niż 2 proc. ludności, a na Wielkanoc
mniej niż 3,5 proc. Oto cała prawosławna armia Rosyjskiego Kościoła
Prawosławnego. Liczy się tylko biznes, nic prywatnego.
Nowa synkretyczna religia, która zajęła miejsce prawosławia, jest
niewłaściwie nazywana szaleństwem zwycięstwa -
pabiedobiesjem1. U jej podstaw leży nie tyle kult
zwycięstwa, ile kult wojny. To właśnie ją wielbi rosyjski establishment.
Dlatego właśnie zaczął on świętować 22 czerwca (dzień, w którym
nazistowskie Niemcy najechały na ZSRS) jak Święto Narodzenia Wojny. W nowej religii wojna to nowy Chrystus, 22 czerwca - Boże Narodzenie, a 9
maja - Święta Wielkanoc Wojny. Weterani są apostołami wojny, przekazują
żywe świadectwo o niej i jej cudach. Rosjanie zaś są narodem wybranym
przez Boga, czyli wojnę.
Religia wojny jest zdecydowanie zmaskulinizowana. Stalin i naród
rosyjski uosabiają w jej mitologii męski jasny początek, a Hitler i Niemcy - kobiece, ciemne, niewierne. Wojna poczęta w miłości pomiędzy
Stalinem (bogiem) i Hitlerem (diabłem) zaczęła się od podłej zdrady
Führera, który pokazał swoją diabelską istotę, a zakończyła się
rytualnymi masowymi gwałtami przez rosyjskich żołnierzy na Niemkach (i symbolicznie na samym Hitlerze). Adepci religii wojny zapewniają, że
mogą powtórzyć, i wybierają się do Berlina za Niemkami, próbując w ten
sposób zademonstrować swoją męską siłę na wzór niektórych papuaskich
plemion, gdzie dorośli mężczyźni noszą duże, groźne drewniane osłony na
małych penisach.
Wojną wybrany rosyjski naród przeszedł przez męki drogi krzyżowej wojny,
a następnie śmiercią śmierć zwyciężając, stał się nieśmiertelny. Święci
wojny to dziadkowie na ikonach Nieśmiertelnego Pułku. Wierzący w wojnę
czekają na jej powtórne przyjście, czyli III wojnę światową, gdy wszyscy
niewierni zdechną, a przez Boga (wojnę) wybrany naród trafi do raju.
Bezpośrednio mówi o tym w stylu proroków eschatologicznych kultów
patriarcha nowej religii Putin.
Niektórzy funkcjonariusze Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego już
zrozumieli, że ich Kościół gra teraz rolę drugoplanową, podporządkowaną,
obsługując nowy pogański kult. Kapłan diecezji nowosybirskiej hieromnich
Joann (Kurmojarow) powiedział wprost: "Ogromna liczba duchownych w naszym Kościele to banalni kapłani pogańskiego kultu". Za co od razu
otrzymał zakaz pełnienia posługi kapłańskiej.
Ideowa podstawa nowej religii obywatelskiej to szowinizm i ksenofobia. W jej centrum znajduje się mit o wiecznej konfrontacji Rosji z Zachodem,
który rzekomo próbuje odebrać nam nasze zasoby naturalne, suwerenność i nawet jedyną słuszną orientację seksualną. Najważniejszym wrogiem w takim czarno-białym obrazie świata są Stany Zjednoczone, które
odziedziczyły ten status po nazistowskich Niemczech. Rosyjscy
propagandyści otwarcie nazywają już USA spadkobiercą nazizmu i państwem
diabła. Nieprzypadkowo 9 maja można było zobaczyć w Moskwie na
samochodach naklejki "1941-1945. Możemy powtórzyć", na których Rosjanin
rozprawia się z małymi ludzikami - najpierw zamiast głowy miały symbole
nazistowskie, a następnie amerykańskie.
Celem nowej religii jest zjednoczenie ludności wokół władzy w przededniu
rosyjskiego dżihadu, ostatniej krucjaty przeciw niewiernemu Zachodowi -
III atomowej wojny światowej. Przy czym nie tylko obywateli Rosji, ale
również - na co kładzie się szczególny akcent - rosyjskojęzycznej
diaspory na całym świecie związanej genetyczną pamięcią o wojnie. Nowe
obrzędy, jak np. pochód Nieśmiertelnego Pułku, pomagają ich uczestnikom
na całym świecie utożsamiać się z przodkami, którzy razem przeciwstawili
się wspólnemu wrogowi. Robi się to, żeby ludzie poczuli taką samą
jedność również w walce z obecnymi przeciwnikami Rosji.
Nowa obywatelska wiara dodaje świętości każdemu działaniu państwa. Na
przykład aneksja Krymu została przedstawiona jako zwrócenie Rosji jej
świętego terytorium. Równie popularne było mówienie o sakralnym
znaczeniu udziału rosyjskich wojsk w wojnie w Syrii. Dzisiejsza
zmasowana inwazja militarna w Ukrainie stała się prawdziwą krucjatą
rosyjskich adeptów religii wojny przeciw niewiernym.
Kult zmarłych wojowników żyjących w raju, w Walhalli, motywował wikingów
do udziału w niekończących się bitwach. Podobne wojenne kulty zawsze
były wykorzystywane do moralnego przygotowania społeczeństwa do wojny.
Mówią o tym wprost entuzjaści nowej religii obywatelskiej. I tak na
przykład znany rosyjski pisarz patriota Władimir Karpiec pisze, że 9
maja jest świętem zwycięstw Rosji "w przeszłości i w przyszłości nad
zjednoczoną Europą" i - co zgodnie z jego słowami nieuniknione - "nad
Unią Europejską".
Jeśli świat nie zrobi wszystkiego, by reżim Putina skręcił sobie kark w Ukrainie, Kreml rozpocznie atomową wojnę religijną przeciw niewiernemu
Zachodowi, nie obawiając się, że może to doprowadzić do zagłady
ludzkości. Bowiem - jak powiedział Putin - oni zdechną, a my trafimy do
raju.
Wstęp
- Igorze, przyjmij moje kondolencje. Brak mi słów!
To znajoma dziennikarka pisze do mnie na Facebooku. W pierwszej chwili
nie rozumiem, co się stało. O kim ona mówi. Moja rodzina, najbliżsi są w domu. Z nimi wszystko w porządku.
- Tatiano, przepraszam, ale z jakiego powodu?
- Borisa zabili.
Nie chcę wierzyć. Przeglądam wiadomości w internecie - szybko rozwiewają
moje wątpliwości. Lider rosyjskiej antyputinowskiej opozycji Boris
Niemcow został zabity czterema strzałami z bliskiej odległości w Moskwie, na moście niedaleko murów Kremla. Jestem w szoku. Jak to się
mogło stać?
Boris - mój kuzyn i przyjaciel z dzieciństwa. W młodości pasjonował się
nauką. Fizyka pochłaniała go całkowicie, polityką początkowo się nie
interesował. Jak uważał mój ojciec (jego nauczyciel i wujek), Boris mógł
zrobić wspaniałą naukową karierę.
Kiedy zaczęła się pieriestrojka, wielu uczonych - w ślad za Sacharowem -
zasiliło grono demokratycznego antykomunistycznego ruchu. Nic zatem
dziwnego, że i Boris, liberał z przekonania, z czasem zaczął się
zajmować działalnością społeczną. Pod koniec lat 80. obaj wzięliśmy
aktywny udział w formowaniu demokratycznego ruchu w naszym rodzinnym
mieście Niżnym Nowogrodzie (wtedy nazywało się ono na cześć sławnego
pisarza Gorki).
Boris - młody doktor nauk, przystojniak i dobry mówca - niemal
natychmiast zyskał popularność w kręgach demokratów
nieformałów2. Miał realne szanse, by stworzyć konkurencję
dla protegowanych komitetu regionalnego w nadchodzących wolnych wyborach
do rad różnych szczebli.
Razem z przyjaciółmi długo i uparcie namawialiśmy go, by kandydował na
deputowanego i profesjonalnie zajął się polityką. Teraz tego żałuję.
Jeśli pozostałby uczonym, prawdopodobnie dzisiaj by żył i był
szczęśliwy, pracując jako profesor na jakimś prestiżowym europejskim lub
amerykańskim uniwersytecie. Któż jednak wtedy mógł wiedzieć, że polityka
w Rosji stanie się śmiertelnie niebezpiecznym zajęciem.
Ileż mieliśmy nadziei i złudzeń. Pamiętam, jak wychodziliśmy na pierwsze
antypaństwowe demonstracje pod koniec lat 90. Wspólnie z nami szli inni
ówcześni nieformalni uczestnicy ruchu demokratycznego. Lewicowy
aktywista Ilia, który obecnie odsiaduje dziesięcioletni wyrok w putinowskim więzieniu. Walczący o zachowanie zabytków Stas skazany na
wyrok w zawieszeniu jeszcze na początku ery Putina za protesty przeciw
wojnie i przemocy w Czeczenii. Obrońca praw człowieka i mój imiennik
Igor, który następnie założył Komitet przeciw Torturom (niedawno komitet
został uznany przez putinowski system prawny za zagraniczną agenturę i był zmuszony wstrzymać działalność, a jego biuro w Groznym zostało
zdewastowane).
I w końcu najbardziej jaskrawy z nich - Boris, zabity przez pracowników
MSW (to oficjalna wersja śledztwa) pod murami Kremla. Odważny chłopak,
utalentowany fizyk, wolny i niezależny człowiek. Rzucił wtedy wyzwanie
sowieckiej nomenklaturze, startując w wyborach. Był jedynym bezpartyjnym
kandydatem. Ja i wszyscy moi przyjaciele pomagaliśmy mu. Pierwszy raz, w 1989 roku, nie dopuszczono go do wyborów ogólnozwiązkowych deputowanych
ZSRS, ale w 1990 roku, w wyborach na zjazd deputowanych ludowych Rosji,
już zdecydowanie wygrał.
Przypominam sobie, jak Boris, występując na jednym z pierwszych spotkań
z wyborcami, powiedział: "Powszechna Deklaracja Praw Człowieka jest dla
mnie ważniejsza od wszystkich stu tomów Marksa i Lenina". Wtedy, jeszcze
w komunistycznym społeczeństwie, brzmiało to jak straszne bluźnierstwo.
Początkowo publika po prostu przestraszyła się, odniosłem wrażenie, że
czeka, aż otworzą się niebiosa i brodaty Marks, niczym antyczny bóg,
ukarze młodego bluźniercę, zsyłając na niego pioruny; a przynajmniej do
sali wedrą się oficerowie KGB i wszystkich aresztują. Jednakże po
krótkim ataku strachu sala zgotowała Borisowi gromkie owacje. To byli
już inni, wolni ludzie, którzy - możliwe, że pierwszy raz w życiu -
przezwyciężyli strach przed władzą.
Czy mogłem wtedy wiedzieć, czym to wszystko się zakończy? Że Borisa
zabiją, strach powróci, a ćwierćwiecze później Deklaracja Praw Człowieka
będzie jeszcze dalsza od rosyjskiej rzeczywistości, niż była wtedy?
Jednak widziałem twarze tych ludzi. I mimo trudnych doświadczeń
ostatnich lat nikt już mnie nie przekona, że mieszkańcy mojego państwa
są z natury niewolnikami i nie potrzebują wolności.
Wtedy wydawało się, że Rosja nienawidzi klatki totalitaryzmu, w której
zamknęli ją bolszewicy, i desperacko pragnie demokracji. Ludzie
rozchwytywali książki zabronionych autorów niczym gorące bułeczki i mówili, mówili, mówili: o strasznej stalinowskiej przeszłości, o zbrodniach komunistów, o tym nowym, lepszym i wolnym życiu, które czeka
na nich, o czym byli przekonani, gdy tylko wejdą na europejską
demokratyczną drogę rozwoju. Wydawało się, że ten zryw ku wolności jest
nieodwracalny. Kto by pomyślał, że tak łatwo będzie ich "zagnać do
starego chlewa batem", jak pisała Zinaida Gippius o tym, co zrobili
bolszewicy z państwem po rewolucji 1917 roku. Jak mogło się stać, że
ćwierć wieku później za pragnienie swobody będą nie tylko zamykać w więzieniach, ale i mordować?
Zabójstwo Borisa stało się świadectwem krachu demokratycznego projektu w Rosji. A autorytarna Rosja nieubłaganie stała się problemem nie tylko
dla Rosjan, lecz również dla całego świata. Ogromne naturalne i wojskowe
zasoby - między innymi również potencjał jądrowy porównywalny tylko z amerykańskim - w warunkach panowania dyktatora, po którym można się
spodziewać wszystkiego, czynią ten kraj skrajnie niebezpiecznym.
Zabójstwo Niemcowa wywołuje określone skojarzenia z niesławnym
wystrzałem w Sarajewie będącym sygnałem do rozpoczęcia I wojny
światowej. To poważna przestroga dla całego świata przed
niebezpieczeństwem, które stwarzają rosyjskie władze. Napad na Borisa
zademonstrował, że u władzy w jądrowym superpaństwie stoją ludzie
uznający przemoc za jedyny skuteczny sposób rozwiązywania problemów,
gotowi mordować swoich przeciwników. Dzisiaj zabijają w swoim kraju i blisko jego granic - w Ukrainie. Nikt nie wie, gdzie zostaną popełnione
nowe zbrodnie, które mogą mieć katastrofalne konsekwencje dla świata
(rosyjska interwencja w Syrii, która zaczęła się już po tym, gdy
napisałem ten tekst, tylko potwierdziła moje obawy).
Dług, który mam do spłacenia, to zrozumieć, jak coś takiego mogło się
wydarzyć w moim kraju, i zrobić wszystko, żeby zabójcy mojego brata
zostali wskazani i ukarani.
Nie jestem bohaterem ruchu oporu ani ofiarą putinowskiego terroru,
jestem po prostu typowym przedstawicielem ostatniego pokolenia
sowieckiej inteligencji, którego młodość przypadła na czasy
gorbaczowowskiej pieriestrojki. Wtedy to wielu z nas uwierzyło w ideały
demokracji i aktywnie brało udział w obaleniu komunistycznego reżimu.
Później my wyżywaliśmy lub bogaciliśmy się (w zależności od własnego
szczęścia) w latach 90., naiwnie cieszyliśmy się z życiowej stabilizacji
na początku dwutysięcznych i z przerażeniem zrozumieliśmy w drugim
dziesięcioleciu XXI wieku, że w naszym państwie wprowadzono reżim
jeszcze gorszy i bardziej niebezpieczny od tego, który panował u progu
naszej młodości.
Nasze pokolenie rozczarowało się wszystkim, w co wierzyło podczas
pieriestrojki. Rozczarowało się naszymi demokratycznymi liderami, którzy
w większości stali się częścią skorumpowanego systemu politycznego.
Rozczarowało się samą demokracją, która stała się służącą dużego
biznesu, a później po prostu haniebnie umarła w Rosji. Rozczarowało się
Zachodem, który ukazał swoje krótkowzroczność i egoizm. Rozczarowało się
samym sobą, dokonując moralnej kapitulacji w imię przetrwania.
Wielu z nas do dzisiaj nie może zrozumieć, jak to możliwe, że znów
pozwoliliśmy, aby nasz kraj stał się niebezpieczeństwem dla całego
świata, że pozwoliliśmy władzy przydusić kiełkującą wolność i zaszczepić
w świadomości naszych rodaków kłamstwo i nienawiść.
Przed moimi oczami niczym w kalejdoskopie przesuwają się kadry z przeszłości.
Mój ojciec - naukowiec fizyk, asceta i sceptyk - mówi do mnie,
dziewięcioletniego chłopca, że w ZSRS ludzie w większości żyją gorzej
niż na Zachodzie. To zburzyło cały obraz świata stworzony przez sowiecką
propagandę w moim dziecięcym umyśle. Od tej pory szczerze znienawidziłem
sowiecki reżim. Właściwie nawet nie dlatego, że ludzie w nim żyją źle,
ale za to, że on kłamie, oszukuje mnie i miliony moich współobywateli.
Totalne kłamstwo jest tym, co najbardziej mnie oburza także u dzisiejszej rosyjskiej władzy.
Mam już piętnaście lat, samotnie chodzę szarymi, po sowiecku sztywnymi
ulicami mojego rodzinnego miasta, całkowicie odpowiadającego jego
ówczesnej nazwie Gorki3. Naiwny marzyciel - wyobrażam sobie, jak
zmienią się one po obaleniu komunistów, staną się podobne do
świątecznych neonowych ulic zachodnich miast, takie, jak pokazywane w nielicznych na sowieckich ekranach zagranicznych filmach.
Pieriestrojka, mam dwadzieścia lat, jestem stałym uczestnikiem
antykomunistycznych wieców kończących się starciami demonstrantów z milicją. Razem z moją przyjaciółką, podziwiając wspaniały widok, który
ukazuje się nam ze skarpy nad Wołgą, rozprawiamy o tym, że komuniści
szybko nie odejdą i będziemy musieli siedzieć w więzieniach
prawdopodobnie przez długie lata.
Sierpniowy pucz 1991 roku - najważniejsze dni w moim ówcześnie
dwudziestotrzyletnim życiu. Niewielka, ale zdeterminowana grupa
demonstrantów idzie do lokalnej telewizji i żąda, by ta powiedziała
prawdę o tym, co dzieje się w Moskwie. Większość z nas to idealiści
nastawieni na walkę i gotowi do samopoświęcenia. Ku naszemu zdziwieniu
kierownictwo telewizji odnosi się do nas ze zrozumieniem i pozwala
wystąpić naszym przedstawicielom. Zaczyna być oczywiste, że Państwowy
Komitet ds. Nadzwyczajnego Stanu nie kontroluje sytuacji i jest skazany
na porażkę.
Zwyciężyliśmy. ZSRS upadł. Ale nasze zwycięstwo stało się naszą porażką.
Sowiecka biurokracja w dużej mierze zachowała władzę. Nieliczni z demokratów, którzy dołączyli wtedy do kierownictwa państwa, byli
zmuszeni przystosować się, przyjąć nowe zasady gry, odrzucając idealizm,
zajmując się Realpolitik. W innym wypadku nie przetrwaliby w tym
systemie nawet miesiąca. Jeszcze do niedawna sami osądzali przywileje
nomenklatury partyjnej, a teraz na przyjęciach dla nowej elity stoły
uginają się od kawioru i innych rarytasów, gdy większość społeczeństwa
przez gwałtowny wzrost cen ledwie wiąże koniec z końcem.
Początkowo jestem oburzony. Ale pokusa sytego życia staje się silniejsza
od dylematów moralnych. Niedługo później ja sam już piję i jem na tych
hucznych przyjęciach urządzanych w głodnym kraju.
W tym czasie w Rosji dzieją się potworne rzeczy. Oderwanie od
rzeczywistości i degradacja na szczytach władzy przewyższają nawet to,
do czego dochodziło w czasach Rasputina i Mikołaja II. Oligarchowie
wykorzystują swoje bliskie kontakty z otoczeniem nieudolnego prezydenta
alkoholika, wywołują wielką aferę, doprowadzając do redystrybucji
majątku państwowego między sobą, która przeszła do historii jako
"prywatyzacja Czubajsa".
Życie mówi do nas wszystkich: odrzućcie złudzenia i ideały, wzbogacajcie
się bez względu na cenę lub zostaniecie przegranymi. Większość moich
znajomych podąża za tym okrutnym wymogiem czasów.
Rosyjska inteligencja znajduje się na skraju ubóstwa, a jej elita
detalicznie i hurtowo sprzedaje się nowym panom życia w charakterze
intelektualnej służby. Pojawia się cała społeczna warstwa
pseudointeligencji na sprzedaż pracująca dla każdego, kto zapłaci.
W państwie wykształcił się oligarchiczny skorumpowany reżim,
dyskredytujący idee demokracji i praw człowieka, w imię których był
obalony komunizm. Reżim ten szykuje grunt dla dzisiejszej moralnej
katastrofy rosyjskiego społeczeństwa.
Następują rozczarowanie, spustoszenie. Już dłużej nie wierzę tak zwanym
demokratycznym liderom. Każdy, kto ma taką możliwość, bogaci się. A w czym ja jestem gorszy? Wykorzystując dawne kontakty, zaczynam się
zajmować doradztwem politycznym, organizowaniem kampanii wyborczych i wymyślaniem przeróżnych kreatywnych projektów. Nieźle zarabiam, jeżdżę
po świecie, używam życia. A historia w tym czasie nie stoi w miejscu.
Rozpoczyna się kampania czeczeńska wymyślona jako maleńka zwycięska
wojenka, która powinna reanimować popularność Jelcyna, a w konsekwencji
stała się potworną rzezią. W 1996 roku podczas wyborów prezydenckich
oligarchowie - naruszając wszelkie możliwe przepisy - dosłownie za
kołnierz wciągają śmiertelnie chorego, nie całkiem poczytalnego Jelcyna
na prezydencki fotel. Zachód patrzy na to przez palce. Większość jego
"krzewicieli kultury" w Rosji nic nie rozumie z tego, co się dzieje, i w oczach Rosjan wygląda żałośnie i śmiesznie.
Niespodziewanie pod koniec lat 90. odżywa we mnie nadzieja, że sytuację
w państwie można zmienić. Biorę udział w próbie Niemcowa (który został
wtedy pierwszym wicepremierem rosyjskiego rządu) ograniczenia
wszechwładzy oligarchów. Do tego czasu udało mu się wiele zrozumieć i chce powstrzymać tych, którzy zmieniają demokratyczne ideały naszej
młodości w fikcję, w parawan dla władzy i nielegalnego wzbogacania się.
Oligarchowie, jak można było oczekiwać, okazują się silniejsi.
Przegrywamy w tej nierównej konfrontacji. Nadzieja, która ledwo co się
narodziła - umiera.
Następnie odchodzi Jelcyn, zostawiając państwu z woli oligarchii jako
nowego pana szarego, niepozornego czekistę Putina, którego - podobnie do
innych dyktatorów na początkach ich karier - mało kto traktuje poważnie.
Jednakże dojście Putina do władzy przynosi poważne negatywne zmiany.
Sytuacja w kraju jeszcze się pogarsza, powoli, ale nieuchronnie
niszczone są resztki instytucji demokratycznych. Do słabości
jelcynowskiego bandyckiego kapitalizmu wracają defekty sowieckiego
systemu: autorytaryzm, ograniczenie praw i wolności, totalna propaganda
państwowa, szowinizm i ksenofobia. W tej książce proces zrastania się
tego, co najgorsze w kapitalistycznym i sowieckim systemach, nazwę
negatywną konwergencją.
Stopniowo Putin przejmuje wszystko. Duma, telewizja, wielki biznes,
partie polityczne, Kościół prawosławny - wszystko znajduje się pod jego
kontrolą i służy nowemu autokracie.
Ja jednak staram się tego nie zauważać. Nadal pracuję w sferze
politycznego doradztwa. Kontaktuję się z gubernatorami, posłami do Dumy
Państwowej, liderami partii. Już od dawna wiem, co reprezentują sobą ci
ludzie. Dla kariery i pieniędzy większość z nich jest gotowa na wszystko
- megalomania i nieskrywany cynizm łączą się u nich z ignorancją i agresywnym chamstwem. Odnoszą się do demokracji i wyborów jak do
nieprzyjemnej, ale nie wiedzieć z jakiej niejasnej przyczyny koniecznej
scenerii. Najważniejsze dla nich to dogodzić zwierzchnictwu, otrzymać
aprobatę pana, którego portret niczym ikona wisi w świętym kącie każdego
urzędniczego gabinetu. Nie dziwi mnie, że to środowisko zrodziło
putinizm - reżim bliski faszystowskim dyktaturom połowy XX wieku.
Pewnego dnia otrzymałem propozycję, by objąć stanowisko dyrektora
największej państwowej służby socjologicznej. Wiedziałem, że nie tak
dawno z tej organizacji została wyrzucona grupa prawdziwych uczonych o demokratycznych poglądach i teraz zarządzają tam ludzie Kremla. Jednak
korzyści płynące z nowego stanowiska przewyższają obrzydzenie. Znów idę
na kompromis i zgadzam się, postanawiając, że pod żadnym pozorem nie
pozwolę sobie na wychwalanie Putina i jego systemu.
Dla pieniędzy pracuję w organizacji, którą gardzę. A dla duszy piszę
swoją pierwszą książkę - socjalną utopię o społeczeństwie przyszłości
zbudowanym na zasadach demokracji za pomocą nowych informatycznych
technologii (Przełom do przyszłości. Socjologia rewolucji
internetowej). Książka ukazuje się w Moskwie i cieszy się dużym
powodzeniem. Jestem teraz nie tylko socjologiem praktykiem, ale również
autorem sławnej pracy teoretycznej na pograniczu socjologii i futurologii.
Jednak jest mi coraz trudniej żyć podwójnym życiem: nienawidzić Kremla i pracować w należącej do niego instytucji. Szukam sposobu, aby otwarcie
wystąpić przeciw kłamstwu i nadużyciom, z którymi codziennie stykam się
w pracy.
Aż pewnego dnia jeden ze współpracowników, który znał moje polityczne
poglądy, niemłody już człowiek z nadwagą i twarzą prowincjonalnego
lekarza, wręcza mi dokumenty potwierdzające, że kierownictwo naszej
organizacji nie tylko kłamie, by przypodobać się Kremlowi, ale również
razem z wysoko postawionymi pracownikami administracji prezydenta
kradnie państwowe środki i wyprowadza je za granicę. On szczerze mi
wyznaje, że boi się upublicznić te dokumenty. Na co ja się decyduję.
Zwalniam się z firmy i idę do jednego z niewielu jeszcze działających
opozycyjnych mediów, przekazuję dokumenty i opowiadam wszystko, co wiem
o kremlowskich okołosocjologicznych manipulacjach.
W rezultacie w tym czasopiśmie ukazuje się cykl artykułów o kremlowskiej
korupcji, przekupnych socjologach i offshore'ach urzędników państwowych.
Skandal nie prowadzi - czego można się było spodziewać - do praktycznych
rezultatów. Skorumpowani funkcjonariusze nadal bezkarnie urzędują na
swoich stanowiskach. A na dziennikarkę, autorkę tych i innych
antykremlowskich artykułów, która - pracując w Moskwie - pozostawała
obywatelką Mołdawii, sypią się represje. Zostaje po prostu wyrzucona z Rosji.
Ja natomiast zaczynam otrzymywać anonimowe listy od jakichś
"czeczeńskich bandytów" z obietnicą policzenia się ze mną. Zdaję sobie
sprawę, że po tym skandalu nie zostawią mnie w spokoju, będą się mścić.
A co najważniejsze - uświadomiłem sobie, że nie chcę już się
dostosowywać i służyć czyimś interesom. Nie chcę brać udziału w politycznych i reklamowych manipulacjach, angażować się w technologie
wyborcze i PR. Chcę móc pisać to, co uważam za potrzebne, nie
zastanawiając się nad konsekwencjami i nie obawiając się o bezpieczeństwo swojej rodziny. Doskonale jednak zdaję sobie sprawę, że w warunkach putinowskiej Rosji jest to niemożliwe. Postanawiam więc
opuścić swój kraj. Niech stracę pieniądze, ale zyskam to, co dla mnie
najważniejsze - wolność wyrażania siebie. W końcu będę mógł spełnić
obowiązek wobec sumienia, opowiem o tym, czego dowiedziałem się przez
wiele lat pracy z rosyjskimi elitami, pomogę ludziom - w tym także na
Zachodzie - zrozumieć, co reprezentuje sobą potwór rządów Putina i jakie
zagrożenie stanowi dla świata.
Obecnie mieszkam i pracuję w Niemczech. A w Rosji sytuacja robi się
coraz bardziej niebezpieczna. Sprawa Pussy Riot jest dowodem na to, że w państwie pojawia się klerykalna reakcja. Piszę cykl artykułów w obronie
uczestniczek grupy aresztowanych za antyputinowską akcję w głównej
świątyni Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, od dawna będącego
dopełnieniem autorytarnej władzy. W związku z publikacją tych artykułów
słynni rosyjscy klerykałowie związani z putinowskimi służbami
specjalnymi publicznie żądają mojego aresztowania. Przyjaciele w Moskwie
radzą, abym na razie nie przyjeżdżał do ojczyzny, nawet na krótko.
Ale później zaczyna się najstraszniejsze - wojenna agresja przeciw
Ukrainie i zabójstwo Borisa. Działania rosyjskich władz zmuszają, by
przypomnieć sobie niemieckie i włoskie aneksje oraz przejęcia
poprzedzające II wojnę światową. Europa, przyzwyczajona do pokoju i względnego bezpieczeństwa, jest w szoku. Całkowitym zaskoczeniem okazało
się dla niej to, że na wschodzie kontynentu powstał agresywny reżim
zdolny wszcząć niewypowiedzianą wojnę z innym państwem europejskim.
Żyjąc w Niemczech, całkowicie upewniam się w tym, że Europejczycy w większości nie do końca rozumieją zagrożenie, które płynie ze strony
rosyjskich władz. Liderzy państw europejskich zachowują się tak, jakby
mowa była o jakimś taktycznym kryzysie polityki zagranicznej, który
można rozwiązać zwykłymi metodami stosowanymi w takich sytuacjach,
podczas gdy rosyjska agresja zagraża europejskiej demokracji i globalnemu bezpieczeństwu. To najgroźniejszy kryzys od połowy XX wieku.
Naturalne cechy reżimu wprowadzonego w Rosji sprawiają, że jest on skazany na drogę zewnętrznej ekspansji. W inny sposób po prostu nie będzie w stanie funkcjonować. Wyższe kierownictwo państwa jeszcze w czasach czekistowskiej młodości zostało zarażone bakcylem szowinizmu i ksenofobii. Ono potrzebuje wojny i agresji, ponieważ tylko tym może uzasadnić swoją władzę we własnych oczach. Świat poczuje się bezpiecznie dopiero po przejściu systemu Putina do historycznego niebytu.
Putin: od najemnika do dyktatora
Dlaczego tak bardzo nie znoszę Putina? Otóż właśnie dlatego. Nie znoszę
go za tę jego rzeczowość gorszą od zbrodni; za jego cynizm, za rasizm,
za kłamstwa, za gaz, którego użył przy oblężeniu teatru na Dubrowce; za
rzeź niewiniątek, która trwała przez całą jego pierwszą prezydencką
kadencję4. Trupy, których mogłoby nie być.
(Anna Politkowska)
"Ludzie w szarym" zaczynają i wygrywają
Zawsze organicznie ich nienawidziłem. Tych ludzi w szarych płaszczach i garniturach. Oni mają twarde, świdrujące spojrzenie, lubią ostre żarty i siłowe rozwiązania. Boją się i jednocześnie szanują swoich przełożonych,
lubią poniżać podległych i zależnych od siebie. Gardzą inteligencją,
widząc w niej przejaw słabości. W ich życiu nie ma twórczości,
badawczych poszukiwań, znaczących czynów. Konsekwentnie podążają za
panującymi w społeczeństwie stereotypami zachowań, bezkrytycznie
przyjmują wszystko, co zostało zatwierdzone przez przełożonych,
powszechnie uznane i zaakceptowane. Sami potrafią wyrażać się jedynie
poprzez przemoc, podporządkowując sobie otoczenie.
Ludzie ci uważają za ułomnych wszystkich, którzy nie są do nich podobni.
Są patriotami i ksenofobami. Nienawidzą mniejszości seksualnych, w sposób seksistowski, z pogardą odnoszą się do kobiet. Cudzoziemców
uważają za śmiesznych niedoludzi. Durni amerykańcy, gej-Europejczycy,
czurki, żydzi, czuczmecy - tak nazywają przedstawicieli innych nacji i państw. Są przekonani o swojej narodowej i kulturowej wyższości, o swojej poprawności. Dumni i zarozumiali, że mają szczęście być
rosyjskimi prawosławnymi heteroseksualnymi zdrowymi fizycznie
mężczyznami.
Psycholodzy nazywają takich ludzi osobowościami autorytarnymi. Właśnie
na nich opiera się panowanie rosyjskiej biurokracji. Taki jest psychotyp
większości rosyjskich sług państwa: naczelników, wojskowych, pracowników
służb specjalnych, policjantów, lojalnych obywateli. Został uformowany
jeszcze w Rosji carskiej. Zahartowano go i doszlifowano stalinowskim
terrorem. Wijąc się ze złości, przeżył wesoły bałagan pieriestrojki.
Epoka Putina stała się zaprawdę jego złotym wiekiem.
Od razu poznaję ich twarze, gdziekolwiek bym ich zobaczył. Boję się ich
i nienawidzę. Śmierdzi od nich przemocą. Policjant na ulicy może cię
zaczepić, zatrzymać i pobić. Oficer lub sierżant w wojsku starają się
zrobić z ciebie swojego niewolnika. Urzędnik próbuje upokorzyć i zmusić
do dziękowania za możliwość dania łapówki. Naczelnik chce złamać twój
indywidualizm i uczynić trybikiem biurokratycznej maszyny.
Są wrogami kultury. Zastąpiono ją przemocą przykrytą pokazową
nabożnością (w czasach sowieckich demonstrowali takie samo ostentacyjne
przywiązanie do komunistycznej ideologii). Wielu z nich bije żony i dzieci, ale wykonują znak krzyża przed każdą cerkwią. Hipokryzja łączy
się z chciwością i pragnieniem prymitywnych przyjemności zmysłowych. Ich
słabości to sauna, wódka, żarcie, prostytutki, siłownia, piłka nożna w telewizji. Lubią władzę i pieniądze - tylko to w ich świecie może
oszczędzić poniżenia i daje możliwość poniżania innych.
Rosyjskie media ciągle publikują materiały o torturach i gwałtach w policji, pobiciach zatrzymanych i aresztowanych. Przestępcy w pagonach
(zwłaszcza jeśli znajduje się na nich duża liczba gwiazdek) zazwyczaj
unikają surowej kary, nawet w przypadku, gdy sprawa staje się
powszechnie znana.
Jeden z wielkich biznesmenów opowiedział mi o zasłyszanej od jego
partnerów (wysokich rangą oficerów Federalnej Służby Bezpieczeństwa, pod
których opieką się znajdował) strasznej tradycji, która funkcjonowała w kierownictwie FSB. Zgodnie z jego słowami co roku tamtejsi generałowie
świętują dzień czekisty porwaniem na ulicach Moskwy i grupowym gwałtem
kolejnej dziewczyny. I chociaż wygląda to na koszmarną bzdurę, sam fakt
istnienia takich plotek jest bardzo charakterystyczny. Rosjanie nie
wątpią w pierwotne okrucieństwo, zdolność do każdej zbrodni, a przede
wszystkim całkowitą bezkarność "ludzi w szarym", zwłaszcza jeśli należą
oni do elity służb specjalnych.
31 grudnia włączam telewizor i widzę na ekranie "człowieka w szarym". To
nowy prezydent mojego kraju, były funkcjonariusz KGB, Władimir Putin.
Zdaję sobie sprawę, że kraj i ja osobiście zostaniemy poddani ciężkiej
próbie.
Jak Putin doszedł do władzy
Dla mnie nie była to jednak zupełnie niespodziewana wiadomość. Mniej
więcej takiego rozwoju wydarzeń obawiałem się pod koniec lat 90. Wtedy
faktyczna władza w państwie należała do oligarchów, czyli poważnych
biznesmenów, którzy z pomocą wyższych urzędników byli w stanie zapanować
nad najważniejszymi zasobami gospodarczymi i mediami. Oligarchowie
potrzebowali cerbera, który ochroniłby zdobyty podczas prywatyzacji
majątek.
Putin pasował im idealnie: wywodzący się ze służb specjalnych, szary i zarazem okrutny, był w stanie potwierdzić swoją lojalność poprzedniemu
gospodarzowi - liberalnemu merowi Petersburga, Anatolijowi Sobczakowi.
Nie mniej ważne było i to, że za Putinem, jeszcze z czasów jego pracy w petersburskim ratuszu, ciągnął się ogon korupcyjnych skandali.
Przykładowo: w 1992 roku komisja specjalna Rady Miejskiej Petersburga
doszła do wniosku, że zgodnie z dokumentami podpisanymi przez
przedstawiciela Komitetu ds. Stosunków Zewnętrznych przy burmistrzu
Petersburga, Władimira Putina, wywieziono za granicę metale ziem
rzadkich, produkty naftowe i inne surowce na sumę ponad stu milionów
dolarów. W zamian do miasta powinna być dostarczona żywność. Ale tak się
nie stało. Natomiast pieniądze zaginęły. W ten sposób Putin był wygodny
dla oligarchów również jako urzędnik z nadpsutą reputacją, z którym
zawsze można się dogadać, a jeśli będzie trzeba - przypomni mu się dawne
grzeszki.
Pod koniec lat 90. utrzymywałem regularne kontakty zawodowe z pewnym
oligarchą (obecnie zajmuje miejsce w pierwszej dziesiątce rosyjskich
bogaczy według "Forbesa"). Oligarcha ten - nie wiedzieć czemu - uważał,
że może być ze mną szczery. Cytuję z pamięci, ale bliskie oryginału jego
ówczesne słowa:
"Moja rodzina od dawna jest za granicą. Tutaj trzyma mnie wyłącznie
możliwość zarabiania pieniędzy. Ci ludzie to bydło. Rozumieją wyłącznie
język siły. Boris Niemcow to naiwny marzyciel. Chce wprowadzać tutaj
zmiany. Wszystko to bzdury. On tym ludziom jest niepotrzebny. Im
potrzebny jest człowiek, który będzie ich trzymać za mordę. Taki byłby
jedyny, którego będą kochać i któremu będą posłuszni. Na przykład
generał Lebiedź mógłby być takim człowiekiem. A ci liberałowie,
oczywiście dobrzy ludzie, ale są słabi, nigdy nie dojdą do władzy.
Pamiętasz - mówił dalej - pieriestrojka i wolność w państwie zaczęły się
od kongresu Związku Autorów Zdjęć Filmowych w 1986 roku, kiedy to
filmowcy zbuntowali się, obalili poprzednie kierownictwo i wypędzili
Nikitę Michałkowa. A teraz, z kolejnym zjazdem filmowców, cała ta
wolność ostatecznie się skończyła. Im znów będzie potrzebny pan. I oni
tego właśnie Michałkowa pokornie zapraszają do królestwa, by został
przewodniczącym ich związku. I to jest inteligencja, a czegóż dopiero
oczekiwać od prostych obywateli. Oni już niedługo będą się czołgać przed
nowym władcą Rosji...".
Uderzyły mnie cynizm oligarchy i jego nienawiść do własnego kraju. Nie
rozumiałem, dlaczego to wszystko mi mówi. Później zacząłem się domyślać,
co stało za naszą rozmową. Oligarcha wskazał wtedy kryteria, według
których oligarchia wybierała następcę Jelcyna, i wyjaśnił, dlaczego
takim następcą nie może być Niemcow (widocznie dlatego, żebym mu to
przekazał). O Putinie wtedy - oczywiście - jeszcze nie było mowy. Jednak
kilka lat później został wskazany jako nowy władca Rosji, ponieważ
najbardziej wpływowi oligarchowie uznali, że to właśnie on przy użyciu
brutalnej siły będzie w stanie utrzymać państwo w posłuszeństwie.
Miałem możliwość wzięcia udziału w beznadziejnej próbie powstrzymania
takiego rozwoju wypadków. Na początku lata 1997 roku w wywiadzie dla
lokalnej gazety z Niżnego Nowogrodu (wtedy jeszcze tam mieszkałem)
wydaje mi się, że po raz pierwszy w ówczesnej rosyjskiej praktyce
zastosowałem termin "oligarchia" w odniesieniu do rządzącej grupy dużych
przedsiębiorców, związanej z rosyjskimi władzami. W artykule opowiadałem
o finansowej oligarchii, która sprywatyzowała władzę państwową w kraju.
Wywiad spodobał się Niemcowowi, który pełnił wtedy funkcję pierwszego
wicepremiera. Jak się okazało - myślał bardzo podobnie. Przygotowałem
dla niego notatkę na ten temat. Pisałem o możliwych metodach walki z władzą finansowej oligarchii, jej wpływem na aparat państwowy,
telewizję, proces prywatyzacji; o potrzebie nowej antyoligarchicznej
demokratycznej ideologii itd. W moich propozycjach władzy oligarchii
przeciwstawiałem ideał ludowego kapitalizmu opartego na rozwoju małego i średniego biznesu, konsumenckiej i produkcyjnej kooperacji, gospodarce
społecznej i rynkowej itd.
Kampania antyoligarchiczna okazała się niezwykle aktualna dla tzw.
młodych reformatorów w rządzie (zaliczał się do nich również Boris),
którzy popadli w poważny konflikt z niektórymi oligarchami. Ukazanie
oligarchii jako najważniejszego wroga ideałów demokracji i interesów
narodu stwarzało unikalną możliwość do przeniesienia tego konfliktu do
sfery ideologicznej i przechylenia szali na korzyść przeciwników
oligarchów.
W pewnym momencie wydawało się, że Niemcow i jego współpracownicy
przekonali Jelcyna, by poparł antyoligarchiczną kampanię. Jelcyn nawet
zgodził się na początku 1997 roku wystąpić na targach w Niżnym
Nowogrodzie z mową przewodnią przeciwko oligarchom opartą na pomysłach
zawartych właśnie w mojej notatce. Ale - jak można się było spodziewać -
Jelcyna przekonano, by tego nie robił. Namówiła go jego córka Tatiana
Diaczenko razem ze swoim przyszłym mężem Walentinem Jumaszewem, który
już wtedy stanowił główną lobbingową siłę klanu oligarchii. Następnie w odwecie za próbę przeprowadzenia uczciwych aukcji prywatyzacyjnych i ogólnie ograniczenia wpływów oligarchów należące do nich media
zrujnowały szaloną popularność Borisa. W konsekwencji stracił również
stanowisko w rządzie.
W 1999 roku ta sama czołowa grupa kremlowskiej oligarchii, tzw.
jelcynowska rodzina (Diaczenko, Abramowicz, Wołoszyn, Bieriezowski i inni) ponownie znalazła się w trudnej sytuacji. Prezydent Jelcyn był
śmiertelnie chory, a do tego kończyła się jego druga kadencja. Do władzy
rwał się konkurujący klan burmistrza Moskwy Jurija Łużkowa. Rodzina nie
godziła się na - jak się wydawało - nieuniknioną porażkę i postawiła na
Putina. W państwie rozegrał się krwawy dramat, który doprowadził go do
władzy: ataki bojowników Basajewa na Dagestan, podłożone ładunki
wybuchowe w domach w Moskwie i Wołgodońsku, druga wojna czeczeńska.
Putin, groźnie rycząc: "Utopimy ich w wychodku!", w roli obrońcy przed
"czeczeńskimi terrorystami", przy entuzjastycznych okrzykach plebejskich
mas, praktycznie na białym koniu wjechał na Kreml. W rezultacie zginęło
tysiące ludzi, ale kapitał i bezpieczeństwo rodziny zostały obronione.
Prezydentem został, jak się wtedy wydawało, jej wierny protegowany, a w rzeczywistości podstępny czekista Putin. Interesy oligarchicznej rodziny
i elity służb specjalnych były wówczas zbieżne - i dla jednych, i dla
drugich prezydentura Putina wydawała się korzystna.
O tym, jak FSB organizowała wejście czeczeńskich bojowników do Dagestanu
i wybuchy w moskiewskich i wołgodońskich domach, wiele ciekawego napisał
w konsekwencji otruty przez rosyjskie służby specjalne były czekista
Litwinienko. Nie będę powtarzać tego, o czym opowiadał w książce i swoich przemowach. Przypomnę tylko historię z riazańskim heksogenem -
właśnie wtedy rosyjskie służby specjalne zawiodły. Kolejnej eksplozji
domu przypadkowo zapobiegli czujni mieszkańcy - materiał wybuchowy (tak
uważali Politkowska i Litwinienko) podłożony przez rosyjskie służby w piwnicy budynku został znaleziony. FSB nie pozostawało nic innego, jak
przedstawić to jako element ćwiczeń antyterrorystycznych.
Znamienne, że po tych wydarzeniach zabito wielu z tych, którzy badali tę
sprawę: wspomniany Litwinienko, posłowie Juszenkow i Szczekocichin,
dziennikarka Politkowska.
Zachodnie służby specjalne i liderzy prawdopodobnie wiedzą, co naprawdę
wydarzyło się w Rosji w 1999 roku. Ale milczą. Jeśli podaliby do
wiadomości publicznej te informacje, Zachód już wtedy musiałby zerwać z rosyjskimi władzami bliskie stosunki (wyborcy nie zrozumieliby innej
reakcji). A to pod względem gospodarczym i politycznym byłoby niezwykle
niekorzystne.
Zarys do społeczno-psychologicznego
portretu Putina
Wybór Putina pod wieloma względami wyznaczył "zdarzeń fatum"5
prowadzący kraj w kierunku katastrofy. Szczegółowo omawiać biografii
Putina nie ma sensu. Opisano ją w setkach książek i tysiącach artykułów.
Najważniejsze, co charakteryzuje naszego bohatera, to nie jakieś cechy
szczególne, ale właśnie szarość, zwyczajność niczym niewyróżniającej się
osobowości. Trocki nazywał Stalina najwybitniejszą miernotą, Putin od
samego początku nawet miernotą był niezwykle pospolitą.
Jest on zwyczajnym parweniuszem pochodzącym z nizin społecznych
zorientowanym na siłowe metody stosowane do osiągnięcia celów. Jego
orientacje życiowe, osobliwości psychologiczne, poważne kompleksy
ukształtowały się w podwórkowym leningradzkim środowisku (które on sam
później porównywał do dżungli, nawiązując do panujących tam praw), wśród
chuliganów i roboli, w ciemnych zaułkach, gdzie rację miał silniejszy, a słowo "inteligent" uważano za zniewagę.
Chociaż Putin urodził się w Petersburgu, jego przodkowie, zarówno ze
strony ojca, jak i matki - jak podaje Wikipedia - przez trzysta lat byli
chłopami z guberni twerskiej. Putin należał po ojcu do drugiego, a po
matce do pierwszego pokolenia mieszczan. Petersburg znany jest jako
kulturalna stolica Rosji. Już w XIX wieku nazywano go jedynym w Rosji
prawdziwie europejskim miastem. Jednak po rewolucji październikowej
oblicze miasta zaczęło się kardynalnie zmieniać. Znacząca część
petersburskiej inteligencji zmuszona była emigrować lub została
wysiedlona. Do miasta sprowadzono mieszkańców wsi, którzy pod wieloma
względami zachowali chłopską mentalność (ten proces odbywał się również
przed 1917 rokiem, ale później znacząco przyspieszył).
Chociaż dziadek Putina zamieszkał w Petersburgu nieco przed rewolucją,
zarówno ojciec, jak i matka przyszłego rosyjskiego dyktatora należeli do
tej nowej kategorii petersburżan. Postagrarne marginalne środowisko
społeczne, które utraciło wiejską kulturę, a jednocześnie nie nabyło
miejskiej, stworzyło półprzestępcze zaplecze leningradzkich nizin
społecznych, z których wywodzi się przyszły rosyjski prezydent.
Wychodźcy ze wsi mieszkali w znaczącej mierze w lokalach komunalnych, to
znaczy w niewyobrażalnym stłoczeniu, po wiele rodzin w jednym
mieszkaniu, z którego uciekli lub zostali wypędzeni poprzedni
burżuazyjni właściciele. W takich właśnie warunkach spędził swoje
dzieciństwo i młodość Putin.
Na całym świecie znany jest Petersburg Gogola i Dostojewskiego, Błoka i Biełego. Leningrad Putina nie miał z nimi żadnego związku. To miasto
ordynarnych, słabo wykształconych i niekulturalnych ludzi z patriarchalną świadomością. W ich obrazie świata wieś została zastąpiona
przez podwórko z takimi samymi "pierwszymi chłopakami", miejscowymi
głupkami i chuliganami. Wszystkie konflikty (również rodzinne) były tu
rozwiązywane siłą i mordobiciem. Mieszkańców innych podwórek uważano w tym środowisku za podejrzanych obcych, z którymi trzeba co jakiś czas
walczyć i w ogóle trzymać w strachu przed sobą. W innym wypadku
"przestaną nas szanować i będą uderzać do naszych dziewczyn". Bójki
między sąsiednimi wsiami po przeprowadzce ich mieszkańców płynnie
przeszły w starcia podwórko kontra podwórko. Ten wiejski stosunek do
innych, do obcych jako do wrogów, przeciwników, królujący w podwórkowym
środowisku, zgodnie ze słowami samego Putina pod wieloma względami
ukształtował go, przeniósł do dorosłego życia. Putin kieruje się nim
teraz w polityce międzynarodowej.
Słabowity chłopak z biednej rodziny, który doświadczył poniżenia, zaczął
ćwiczyć dżudo, aby móc pokazać krzywdzicielom, gdzie ich miejsce. Od
tego czasu postrzega świat jako agresywne środowisko, które próbuje go
poniżyć i któremu można się przeciwstawić wyłącznie siłą. Zupełnie
nieprzypadkowo przyznał: "Jeszcze pięćdziesiąt lat temu leningradzka
ulica nauczyła mnie jednej zasady: jeśli walka jest nieunikniona, trzeba
uderzać jako pierwszy". A ponieważ cała światowa polityka to dla niego
nieustająca konfrontacja ("naturalna konkurencja państw i ich
związków"), uważa więc, że należy atakować jako pierwszy i bić
wszystkich, których uznaje za słabszych od siebie.
W późniejszym czasie Putin niejednokrotnie - w żartach i metaforach -
obnażył swój psychotyp słabego chłopca, który został chuliganem, aby się
zemścić na tych, którzy go poniżali. Wszystkie jego słynne zwroty -
"dosyć żuć smarki", "gdyby babcia miała cechy płciowe dziadka",
"obrzezają, żeby więcej nic nie wyrosło", "silny chłop, dziesięć kobiet
zgwałcił, wszyscy mu zazdrościmy!" (o byłym prezydencie Izraela Mosze
Kacawie) itd. - ukazują agresywny, seksistowski, skłonny do przemocy
sposób myślenia Putina. On szczerze wierzy, że słabi istnieją po to, by
się podporządkować i zaspokajać potrzeby silnych. Lubi powtarzać:
"Słabych biją". Takie postawienie sprawy nie wzbudza w nim ani
potępienia, ani zachwytu, lecz traktowane jest jak nieunikniona
oczywistość, jak prawo natury. W głębi duszy bardzo się boi, że jeśli
nie będzie brutalny i agresywny, zostanie zniszczony lub stanie się
pośmiewiskiem. Podświadomie przyrównuje się do niedźwiedzia okrążonego
przez ludzi, którzy "zawsze będą dążyć do tego, by wziąć go na łańcuch.
A gdy tylko to się uda, wyrwą mu zęby i pazury".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki