Część II. System. Jak to działa
Największy na terenie byłego ZSRR pomnik wodza światowego proletariatu i kanonizowanego przywódcy komunizmu Włodzimierza Lenina znajduje się na Białorusi. Jest nim ponad siedmiometrowy posąg postawiony na centralnym placu białoruskiej stolicy, tuż przy budynku parlamentu. Włodzimierz Iljicz jest przedstawiony w trakcie przemowy, którą wygłosił 5 maja 1920 r. przed jednostkami Armii Czerwonej mającymi wyruszyć na wojnę z Polską. Pomnik odsłonięto w odległym 1933 r. I - z wyjątkiem lat okupacji, kiedy to został usunięty przez nazistów i zdewastowany - zawsze był symbolem Mińska. Po upadku sowieckiego imperium w sąsiednich państwach demontowano Leninów, widząc w nich symbol niewoli i prześladowań. Tymczasem na Białorusi Włodzimierza Lenina nie spotkała żadna krzywda. Pomnik przywódcy światowego proletariatu ustawiony na centralnym placu jest do dzisiaj obowiązkowym atrybutem każdego szanującego się białoruskiego miasta. Nikt nie potrafi odpowiedzieć, ile pomników Lenina jest w kraju. Ministerstwo Kultury RB opiekuje się tylko dziewięcioma najważniejszymi Leninami, które zostały uznane za pomniki kultury, pozostałe są pod pieczą miejscowych władz.
Przytłaczająca większość białoruskich Leninów nie ma żadnej wartości kulturowej. Część z nich jest po prostu śmieszna. Na przykład Lenin w miejscowości Łohojsk trzyma w ręce powykręcaną czapkę, którą dziś młodzież uważa za butelkę coca-coli. W Stołpcach ręka Lenina wskazująca Białorusinom drogę ku świetlanej przyszłości jest tak długa, że gdyby Włodzimierz Iljicz ją opuścił, sięgnęłaby jego kolana. Mieszkańcy miasteczka Łyntupy nazywają swego Lenina pijanym. Chodzi nie tylko o to, że pomnik jest postawiony naprzeciwko gorzelni, ale że postać jest nienaturalnie pochylona, co wywołuje skojarzenia z zataczającym się pijanym człowiekiem. W Pińsku wyraźnie za długa lewa ręka Lenina jest spuszczona pomiędzy nogi wodza będące w rozkroku. Miejscowi lubią fotografować się przy Leninie, wybierając taką pozycję, by patrzący potem na zdjęcie miał wrażenie, że wodzowi wystaje członek.
Mimo ich śmieszności i przestarzałości te Leniny są na Białorusi nie do usunięcia. W 2008 r. w trakcie wizyty zagranicznych dziennikarzy na Białorusi, która to wizyta odbywała się na zaproszenie białoruskiego rządu i miała na celu sprzyjać przyciągnięciu inwestycji, korespondent "Financial Times" zaproponował wicepremierowi białoruskiego rządu Andrejowi Kobiakowi w celu zwiększenia zaufania inwestorów do Białorusi usunięcie z centrum Mińska pomnika Lenina. "Właśnie temu człowiekowi Białoruś zawdzięcza swoją państwowość" - odparł białoruski wicepremier i powiedział, że nie można żądać usuwania pomników w celu zbudowania lepszych relacji177.
Lenin to niejedyny atrybut sowieckości, który ma się dobrze na Białorusi. Białoruska flaga i godło państwowe to zmodyfikowane wersje symboli Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, która była częścią ZSRR. 7 listopada - rocznica rewolucji październikowej - data, która w ZSRR była głównym świętem narodowym, jest do dziś świętem państwowym Białorusi, chociaż nawet w Rosji ten dzień nie ma już takiego statusu. W zasadzie w każdym mieście można i teraz znaleźć ulice o nazwach: Sowiecka, Lenina, Dzierżyńskiego, Komunistyczna...
Nic więc dziwnego, że Białoruś jest porównywana do ZSRR. Nostalgia za czasami, kiedy Białoruś była częścią sowieckiego imperium, jest nieustannie podtrzymywana przez białoruską władzę. Oto kilka cytatów z wypowiedzi Łukaszenki:
Każą nam, byśmy zapomnieli wszystkie wielkie czyny, których dokonali Lenin i Stalin, a przecież oni są symbolami naszego narodu178.
Absolutnie nie popieram oficjalnego stanowiska Rosji, że Stalin to wróg, a Lenin - przestępca. Mówię, że dziś by się nam przydali tacy myśliciele jak Lenin, to przecież była potęga! (...) Co, Mao Zedong w Chinach był lepszy? Ale tam nikt nie mówi o wyrzuceniu go z mauzoleum. Nikt o nim złego słowa nie powie. A przecież tam także miliony zginęły179.
W czasach radzieckich mieliśmy idealną gospodarkę, ale zrobiliśmy błąd: nie daliśmy człowiekowi się uwolnić, zachowując przy tym system władzy. A poza tym u nas była szczera i porządna gospodarka180.
Podobnych wypowiedzi jest znacznie więcej. Rzeczywiście, dla białoruskich władz synonimem słowa sowiecki będą określenia: dobry czy swój. Jednak mimo pewnych podobieństw Łukaszenkowska Białoruś to nie jest mini-ZSRR. System stworzony przez Łukaszenkę zasadniczo różni się od radzieckiego modelu. Po pierwsze, nie ma sztywnej ideologii państwowej, system jest więc znacznie bardziej elastyczny i zdolny do adaptacji do zmieniających się warunków współczesnego świata. Po drugie, białoruska dyktatura jest bardziej łagodna w porównaniu z totalitaryzmem sowieckiej epoki. W końcu legalnie istnieje opozycja, funkcjonują niezależne media, jest internet, są otwarte granice... Od 2010 r. Białoruś zajmuje stale pierwsze miejsce w świecie, jeżeli chodzi o liczbę wydawanych wiz do strefy Schengen na 100 tys. obywateli. W 2011 r. na 100 tys. Białorusinów 61 miało wizę do strefy Schengen. W Rosji ta liczba stanowiła 36 wiz, a na Ukrainie zaledwie 24,2. Białoruski reżim, chociaż nie jest tym zachwycony, nie zakazuje Białorusinom wyjeżdżać za granicę i tym się różni od totalitarnego ZSRR, który wybudował żelazną kurtynę oddzielającą swoich obywateli od świata zewnętrznego. Społeczeństwo białoruskie nie jest więc całkowicie odcięte od wiedzy o tym, co się dzieje na świecie. Ale przy wszystkich tych różnicach i ideologicznie, i organizacyjnie, i gospodarczo to właśnie Związek Radziecki jest fundamentem, na którym wyrósł Łukaszenkowski eksperyment.
System Łukaszenki to autorytarna piramida, na czele której stoi prezydent mający absolutną kontrolę nad aparatem państwowym i służbami specjalnymi. Mając takie narzędzia jak chleb, show oraz strach, potrafi trzymać w ryzach białoruskie społeczeństwo. Co to za narzędzia? Chleb to białoruska gospodarka, która w ponad 80% pozostaje w rękach państwa181 i większości Białorusinów gwarantuje niewielki, ale stabilny dochód. Show, czyli igrzyska - to propaganda, specjalnie stworzona przez aparat propagandowy tzw. ideologia państwowa, która jest wykorzystywana do przekonania społeczeństwa, że żyje w najlepszym państwie na świecie. Tym, którzy mimo wysiłków władz nadal mają co do tego wątpliwości, pozostaje strach - czyli potężne i infiltrujące społeczeństwo służby specjalne gotowe wykonać każdy rozkaz prezydenta. To właśnie umiejętne stosowanie tych narzędzi pozwala Łukaszence od lat utrzymywać pod kontrolą sytuację na Białorusi.
Chleb
Pierwszym wrażeniem Polaka, który przyjeżdża na Białoruś, jest niedowierzanie. Widział bowiem w telewizji, jak białoruska milicja brutalnie pałuje demonstrantów na ulicach Mińska, czytał o kontrowersyjnych decyzjach Alaksandra Łukaszenki. Wie, że na Białorusi nie ma demokracji i jest dyktatura. Spodziewa się więc pustych sklepów, problemów w zaopatrzeniu, kolejek... Spodziewa się obrazków, które pamięta z PRL-u. I tu go czeka rozczarowanie. Białoruska rzeczywistość wcale nie przypomina bowiem polskiego realnego socjalizmu. Na pierwszy rzut Białoruś wygląda... normalnie. Dobre drogi, które są dumą białoruskich władz, uporządkowane i czyste miasta, ludzie ubrani podobnie jak ich zachodni sąsiedzi, sklepy, w których tak samo jak na Zachodzie jest pełno coca-coli, gum Orbit i temu podobnych towarów. Po ulicach miast, podobnie jak w Polsce, jeżdżą zachodnie auta, a w Mińsku można zobaczyć nawet takie cuda jak ferrari czy lamborghini. "I to ma być dyktatura?" - zastanawia się przybysz z Zachodu.
Władze są świadome tego pierwszego wrażenia, jakie białoruska rzeczywistość robi na ludziach z zewnątrz. "Niech przyjeżdżają do nas, by mogli zobaczyć i na własne oczy przekonać się, jak u nas jest" - często mówi Alaksandr Łukaszenka zachodnim dziennikarzom, a za ich pośrednictwem - zachodniej opinii publicznej. Władza wierzy, że to pierwsze wrażenie można eksploatować, zatrzymać i utrwalić w świadomości cudzoziemców i w ten sposób stawić czoło niekorzystnemu wizerunkowi, jaki ma Białoruś w zachodnich mediach. Jednak przy bliższym przyjrzeniu się rzeczywistości cały czar pryska.
Drogi, owszem, są dobre, ale władze inwestują przede wszystkim w główne trasy. Wystarczy skręcić z drogi krajowej i można zobaczyć prawdziwą białoruską szosę... Ceny, np. żywności, są wyższe niż w Polsce. Dlatego Białorusinom bardziej opłaca się jeździć na zakupy do polskich bądź litewskich supermarketów, niż kupować białoruskie wyroby. Do tego dochodzą niewielkie pensje. Narodowy Komitet Statystyczny RB - oficjalny białoruski urząd zajmujący się statystyką - twierdzi, że w styczniu 2013 r. średnia pensja w kraju wynosiła 4 mln 386 tys. białoruskich rubli. Jest to równowartość 500 dolarów. Niewiele, ale nawet te liczby są kwestionowane i czasem samo ich ogłoszenie oburza pracowników, co niekiedy nawet odnotowuje prasa. W marcu 2013 r. w kołchozie Aharewiczy położonym w obwodzie brzeskim odbyło się zebranie pracowników. "Średnia wypłata w naszym kołchozie wynosi 1 mln 800 tys. rubli [czyli ok. 200 dolarów - przyp. red.]" - oznajmia przewodniczący. "O! A kiedy to takie pieniądze trzymaliśmy w rękach?!" - wrzeszczą ludzie. "Pensje oczywiście trzeba zwiększać, ale by to zrobić, trzeba, żebyście więcej pracowali" - odpowiada przewodniczący. Tak opisywał tę sytuację niezależny tygodnik "Hancewiczeski Czas"182.
Rzeczywistość różni się od danych podawanych przez oficjalną białoruską statystykę. Na przykład Białoruś szczyci się niskim poziomem bezrobocia, które w ciągu ostatnich 10 lat wahało się w granicach 0,5 - 1%. Problem polega na tym, że mimo iż Białoruś jest członkiem Międzynarodowej Organizacji Pracy, to w odróżnieniu od sąsiednich państw nie oblicza odsetka bezrobotnych na podstawie metodologii proponowanej przez tę organizację. Na Białorusi za bezrobotnego uważany jest tylko człowiek, który zarejestrował się w urzędzie pracy. A w związku z tym, że świadczenia, które dostają bezrobotni w tym kraju, są mizerne i stanowią równowartość 25 dolarów miesięcznie, ludzie wcale nie spieszą do urzędów pracy. Dlatego porównywanie oficjalnych danych na temat poziomu bezrobocia na Białorusi ze statystyką w innych państwach jest nadużyciem. Nawet oficjalne urzędy przyznają, że obliczona w przyjęty na Białorusi sposób liczba bezrobotnych to bzdura i nie odzwierciedla rzeczywistego stanu białoruskiej gospodarki. Spis ludności przeprowadzony w 2009 r. wykazał 6,1% bezrobotnych, a w 2012 r. mówiło się nawet o 10 - 12%.
Ponad 80% białoruskiej gospodarki jest w rękach państwa. Przez wszystkie lata swoich rządów Alaksandr Łukaszenka pozostawał niechętny prywatyzacji. "Dla białoruskiego modelu demokracji charakterystyczne jest istnienie mocnej władzy państwowej. To wynika ze struktury białoruskiej gospodarki. Problem polega na tym, że nasi giganci [chodzi o największe przedsiębiorstwa państwowe - przyp. red.] byli powiązani nie tylko z naszym, ale również i ze światowym rynkiem. Nasza gospodarka reprezentowana przez te przedsiębiorstwa w istocie była więc państwotwórcza. Dlatego prywatyzacja takich przedsiębiorstw obiektywnie oznaczałaby prywatyzację samego państwa - to znaczy prywatyzację samej demokracji. A taka polityka prowadziłaby do zniszczenia państwa i przekształcenia się demokracji w demokrację dla prywatyzatorów, to znaczy w oligarchię" - tak zawile tłumaczy twarde stanowisko białoruskiego reżimu w sprawie prywatyzacji propagandowe dzieło wydane przez białoruskie Ministerstwo Informacji pod nazwą Białoruska droga183.
Liczbę nierentownych przedsiębiorstw bądź przedsiębiorstw z niską (w granicach 5%) rentownością oficjalna statystyka ocenia na ok. 50%184. Rolnictwo to nadal w większości kołchozy i sowchozy, które zmieniły tylko nazwę na Sielskochoziajstwiennyje Proizwodstwiennyje Kooperatiwy, w skrócie SPK (rolniczo-produkcyjne kooperatywy). Nawet władza przyznaje, że są problemy. Łukaszenka publicznie powiedział, że dobre wyniki pracy ma jedynie 30% białoruskich kołchozów185. Jednak wcale nie zamierza reformować rolnictwa. "Kołchozy i sowchozy będziemy nazywać ich starymi nazwami, nie bacząc na to, jak się teraz oficjalnie nazywają. To jest idealna forma organizacji pracy" - uważa Łukaszenka186.