Rozdział 1. Prostota
1
Prostota
Dredy Davida Baptiste'a są siwe, a jego pomarszczone ciało przywodzi na
myśl twarde czarne gałązki koralowca. A jednak w St Constance nadal
znajdzie się garstka ludzi, którzy pamiętają go jako młodzieńca. W ich
pamięci ciągle żywy jest też jego udział w wydarzeniach roku 1976, kiedy
tamci biali z Florydy przypłynęli łowić marliny, a tymczasem wyciągnęli
z morza syrenę. Zdarzyło się to w kwietniu, gdy żółwie skórzaste zaczęły
migrować. Niektórzy mówili, że przybyła z nimi. Inni utrzymywali, że
widywali ją już wcześniej; to byli ci, którzy wypływali na połów daleko.
Większość ludzi zgadzała się w każdym razie, że nigdy by jej nie
złapano, gdyby nie beztroskie postępowanie tych dwojga.
Wczesnym rankiem wody wokół Czarnej Konchy są takie przyjemne. David
Baptiste często wypływał jak najwcześniej, żeby wyprzedzić innych
rybaków w wyścigu po dobrą zdobycz: makrele królewskie czy lucjany
purpurowe. Zmierzał ku poszarpanym skałom, oddalonym mniej więcej o milę
od Zatoki Morderczej. Towarzystwa przy szykowaniu żyłek dotrzymywały mu
zwyczajowo te same rzeczy: najlepsza miejscowa gandzia i gitara -
sfatygowany staroć, prezent od kuzyna, Milszego Kraju. Muzykowanie nie
szło mu za dobrze. Rzucał kotwicę w pobliżu skał, unieruchamiał ster,
przypalał skręta i brzdąkał na gitarze. Tymczasem na horyzoncie
pojawiała się biała, rozjarzona tarcza. Parła w górę, powolutku rosła,
brała we władanie srebrzysto-błękitne niebo.
David trącał struny i nucił pod nosem, gdy jej oblepiona pąklami i wodorostami głowa po raz pierwszy wychynęła ponad gładką, szarą taflę
morza. Skrywany pod nią jaskrawy turkus wód wciąż drzemał. Syrena
pojawiła się ot tak i obserwowała go przez jakiś czas, aż rozejrzał się
i ją dostrzegł.
- Matko Boża przenajświętsza! - wykrzyknął.
Dała nurka w głębinę. Migiem odłożył gitarę i wpatrzył się w odmęty.
Światło było jeszcze słabe. Potarł oczy, jakby chciał zmusić je do
lepszego widzenia.
- Aaaj! - Jego głos poniósł się nad wodą. - Dou dou! Chodź! Mami
Wata, matko wody! Chodź, no chodź!
Przycisnął dłoń do serca, które tłukło się w piersi jak oszalałe.
Pragnienie, lęk i zachwyt sprawiły, że żołądek zacisnął się jak pięść.
David był pewien tego, co zobaczył. To była kobieta. Dokładnie tam, w wodzie. Czerwonoskóra kobieta, nie czarna, nie Afrykanka. Ani żółta, to
nie była Chinka ani jakaś złotowłosa z Amsterdamu. Niebieska też nie;
nie była niebieskawa jak jakaś ryba. Czerwona. Ta kobieta była czerwona
jak Indianka. A w każdym razie czerwona była górna połowa jej ciała.
Dojrzał ramiona, głowę, piersi i długie czarne włosy niczym liny
oplecione porostami, upstrzone ukwiałami i muszlami. Morska kobieta.
Przez chwilę wpatrywał się w miejsce, w którym się ukazała. Uważnie
przyjrzał się skrętowi. Może tego ranka trafił mu się naprawdę mocny
towar? Zadrżał i wbił wzrok w morską toń, czekając, żeby się znów
wynurzyła.
- Wracaj! - zawołał ku szarej głębinie.
Syrena trzymała głowę wysoko ponad falami, zauważył szczególny wyraz jej
twarzy, jakby mu się przyglądała.
Czekał.
Nic się jednak nie wydarzyło. Nie tego dnia. Przysiadł w pirodze i - nie
wiedzieć czemu - zapłakał nagle za matką. Za Lavinią Baptiste, dobrą
mamą, wioskową dostarczycielką chleba, zmarłą niespełna dwa lata
wcześniej. Później łamał sobie nad tym głowę i przywoływał wszystkie
opowieści, jakie słyszał od dzieciństwa, historie o półludzkich morskich
stworzeniach. Tyle że one mówiły o trytonach. Legenda Czarnej Konchy
opowiadała o trytonach żyjących w głębinach morskich i przybywających co
jakich czas na ląd, by spółkować z pannami rzecznymi. To były stare
opowiastki z czasów kolonialnych. Starsi rybacy lubili sobie pogadać w nadmorskiej knajpie u Ce-Ce. Gdy przesadzili z rumem i marihuaną,
zdarzało im się zasiedzieć do późna. Trytony z Czarnej Konchy żyły tylko
w ich opowieściach.
Był kwiecień, czas migracji żółwi skórzastych na południe, do wód
Czarnej Konchy; pora sucha, czas drzew poui eksplodujących niczym bomby
siarkowe różem i żółcią na wzgórzach, początek rozkwitu całej tej
krzykliwej wymyślności. Od chwili, gdy czerwonoskóra kobieta ukazała się
mu i zniknęła, jakby się z nim droczyła, David pragnął zobaczyć ją
znowu. Słodko-gorzka melancholia była niczym delikatna pieszczota dla
duszy. To nie miało nic wspólnego z tym, co palił. Tamtego dnia
zapłonęło w nim coś, o czym do tej pory nie miał pojęcia. Poczuł
przeszywający ból pod żebrami, cios wymierzony prosto w splot słoneczny.
- Wracajże - powiedział cichutko i miękko, gdy łzy po matce obeschły, a skóra na twarzy ściągnęła się od soli.
Coś się wydarzyło. Wyłoniła się z fal, wybrała jego, skromnego rybaka.
- Wróćże, dou dou - błagał jeszcze łagodniej, jakby chciał ją
przywabić. Tafla wody pozostała jednak niezmącona.
Następnego ranka David udał się w dokładnie to samo miejsce przy
poszarpanych skałach w pobliżu Zatoki Morderczej. Czekał kilka godzin i niczego nie dostrzegł. Nie palił. Kolejnego dnia to samo. Przez cztery
dni wyprawiał się pirogą do tych skał. Wyłączał silnik, rzucał kotwicę i czekał. Nie powiedział nikomu, co widział. Omijał przybytek Ce-Ce, jego
dobrodusznej, gadatliwej ciotki. Stronił od kuzynów, swoich przyjaciół z St Constance. Wracał na wzgórze, do domku, który zbudował własnymi
rękami. Tę otoczoną bananowcami siedzibę dzielił z kundelkiem Harveyem.
Odczuwał napięcie. Kładł się szybko, by wcześnie wstać. Musiał znowu
zobaczyć syrenę, żeby się upewnić, że z jego wzrokiem było wszystko w porządku. Potrzebował ugasić żar w sercu, uspokoić rozedrgane nerwy.
Nigdy wcześniej tak się nie czuł, a już z pewnością nie z powodu jakiejś
śmiertelniczki.
A potem, piątego dnia około szóstej, gdy brzdąkał na gitarze i nucił pod
nosem jeden z hymnów, syrena ukazała mu się ponownie.
Tym razem uderzyła w wodę dłonią i zaskrzeczała jak ptak. David podniósł
wzrok i nawet tak bardzo się nie wystraszył, chociaż ścisnął mu się
żołądek i zamarło każde włókienko jego ciała. W całkowitym bezruchu
obserwował ją dobrą chwilę. Spokojniutko dryfowała przy bakburcie, jak
zwyczajna kobieta na tratwie, tyle że bez tratwy. Miała długie, czarne
włosy. Przyglądała mu się podejrzliwie ogromnymi, błyszczącymi oczami.
Przekrzywiła głowę i David dopiero wtedy pojął, że syrena patrzy na
gitarę. Powoli, żeby znowu mu nie zniknęła, podniósł instrument,
zabrzdąkał i zaczął cicho nucić. Została. Unosiła się obok, obserwując
go i mącąc wodę powolnymi ruchami ramion i masywnego ogona.
Przywiodła ją do niego melodia, nie warkot silnika, chociaż i ten nie
był jej obcy. Zwabiła ją magia muzyki, pieśń, która żyje w każdej
ziemskiej istocie, syren nie wyłączając. Od dawna już nie słyszała
muzyki, może od tysiąca lat; nie umiała się oprzeć tym dźwiękom,
powolutku i z wielką ciekawością wypłynęła więc na powierzchnię.
Tamtego ranka David grał dla niej delikatne hymny, których nauczył się
jako chłopiec, by sławić Boga. Śpiewał jej pieśni kościelne, od których
łzy napływały mu do oczu. I tak trwali podczas tego drugiego spotkania,
rozdzieleni tylko wąskim pasem wody i wpatrzeni w siebie: młody rybak z Czarnej Konchy, z zaszklonymi oczami i starą gitarą, i syrena, którą
prądy przyniosły z wód kubańskich, gdzie miejscowa ludność nadała jej
niegdyś imię Aycayia.
Znikam pewnej nocy w wielkim sztormie
dawno, dawno temu
Wyspa, na której kiedyś żyli Tainowie
i ludy przed Tainami
Na północy w tej mozaice wysp i na zachodzie
Pamiętam wyspę
w kształcie jaszczurki
Widziałam morze
jego chwałę
jego władzę
moc jego królestwa
Pływałam w jego gniewie
jego cierpieniu
Pływałam po jego aksamitnym dnie
wśród koralowców
w podwodnych miastach
pod wyspami
Pływałam w płytkich przybrzeżnych falach
widziałam dziecięce zabawy
Pływałam z powolnymi stalowymi łodziami
Przepłynęłam cały archipelag
Pływałam z wielkim stadem delfinów
z ławicą ryb
rozmiarów istoty ludzkiej
Nurkowałam w głąb ścian oceanu
Jako kobieta umarłabym szybko
Czterdzieści cyklów? Mąż i dzieci
lądowe życie, życie od narodzin do śmierci
A ja przeżyłam ponad tysiąc cyklów
w głębinach oceanu
Nie byłam sama z moją klątwą
dosięgła też starej kobiety
ona także zniknęła tej samej nocy
dawno, dawno temu, tak dawno, że nie pamiętam kiedy
ale pamiętam, że wezwano huragan
by zabrał mnie daleko
by uwięził moje nogi w ogonie
Dziennik Davida Baptiste'a, marzec 2015
Widok pierwszych żółwi skórzastych zawsze mnie raduje. Wiem, że ona,
moja syrena, pojawi się wkrótce równie szczęśliwa, żeby mnie powitać.
Wyglądałem jej co wieczór od kwietnia. Zawsze wiedziała, gdzie mnie
znaleźć: przy poszarpanych skałach, milę od Zatoki Morderczej, gdzieśmy
się pierwszy raz ujrzeli. To nadal odludne miejsce, nawet teraz, bo w morzu jest coraz mniej ryb. Wyglądam Aycayii już ponad połowę życia. Od
tamtych dni w zamierzchłej przeszłości przewija się przez nie wiele
kobiet - przyjaciółki, matki dzieciom, kochanki - ale żadna nie jest jak
ona.
Ona to co innego.
Stary już ze mnie człowiek i schorowany; niewiele się ruszam, robota
jest dla mnie za ciężka, nie wypłynę w morze, spiszę więc moją historię.
Usiądę, wypiję szklaneczkę czy dwie rumu, utopię w nim smutki, utopię w tej butelce to moje cholerne serce. Po huraganie Rozamunda wszystko się
zmieniło, oj tak. Zwiało wszyściutko. A potem, po roku od naszego
spotkania, wraca, tak!
Panna Rain uczy ją słów, w czasie kiedy jest u mnie, gdy owego
nieszczęsnego dnia wyciągają ją z morza. Sama znała język i używała
niektórych słów, gdyśmy współżyli. To jednak był prastary język i nie
pamiętała go zbyt dobrze. Nie mówiła nim od tak dawna. Podczas naszego
wspólnego życia uczyliśmy się nazw wszystkich ryb, ja i ona, z tamtej
encyklopedii, która należała do panny Rain. Wyciągałem ją w łodzi.
Aycayia lubi się uczyć i chce znać nazwę każdej ryby w caluśkim oceanie,
wszystkiego, co żyje w morzu i na wybrzeżu. Sam uczę się połowy tych
nazw, a każda ryba ma też łacińską. Jest więc taką syreną, co zna nazwę
każdej ryby w oceanie, i to w dwóch językach. A niektóre potrafi też
nazwać we własnej mowie.
Syrena przeraża mnie jak diabli, gdy widzę ją pierwszy raz. Górna połowa
jej ciała wyskakuje z morza. Była czerwona jak Indianka, a do tego
pokryta łuskami i błyszcząca, jakby się dobrze wyglansowała. Wyskoczyła
znikąd, ludzie kochani. Usłyszałem plusk i chlupot.
Wznosi się nad wodą. Podobają jej się hymny, które śpiewam tamtego dnia.
Okazało się, że lubi dźwięk mojego głosu, to, jak niesie się nad wodą.
Potem zrozumiałem, że przybyła do naszych brzegów z wód kubańskich. Dużo
później opowiedziała mi swoją dziwną historię i zdradziła imię.
Podróżuje stamtąd z prądami, a towarzyszy jej staruszka, Guanayoa.
Pamiętam, jak ciekawiła ją encyklopedia. Jaką mam nazwę, pyta. Dlaczego
nie ma tam mojej podobizny?
Przez kilka następnych tygodni widywałem ją chyba codziennie. Zaczęła
rozpoznawać warkot motoru mojej łodzi. Jakby czekała. Przestałem sikać
do wody. Wziąłem sobie do tego stary kanister. Postanowiłem, że będę
cierpliwy, więc siedziałem godzinami i na nią czekałem. I nagle widzę
potężną płetwę ogonową, wielką jak u grindwala. Zrobiło mi się ciepło na
sercu. To ona je otworzyła, od jednego razu. Ta syrena, Boże. Ot tak
sprawiła, że moje serce wezbrało w piersi. Otwiera też mój umysł na inne
zwierzęta i nieznane nam ryby. Pływa kiedyś po morzu cała smutna, zanim
się spotykamy; a przynajmniej tak twierdzi. Nie mam pojęcia, jak
przetrwała samiutka tyle lat w wielkim oceanie. Musiała być dzielna,
chociaż kiedy się spotkaliśmy, bała się mnie, lękała się, co mógłbym z nią zrobić, gdybym ją schwytał. Wielokrotnie toniemy w swoich
spojrzeniach, zauroczeni sobą nawzajem, zanim ci Amerykanie ją łapią.
Tamtego razu, przy naszym pierwszym spotkaniu, podpłynęła blisko łodzi.
Wtedy naprawdę dokładnie się jej przyjrzałem. Miała gładziutką głowę,
małe oczka, delikatną, maleńką buzię. Wygląda jak kobieta z przeszłości,
z ludu pradawnych Tainów, których widziałem w szkole w podręczniku do
historii. Jej twarz jest młoda i wcale nie ładna, w niej też dostrzegam
coś starożytnego. Ujrzałem oblicze ludzkiej kobiety, która żyła przed
wiekami; rozbłysła przed moimi oczami. Widziałem jej piersi ukryte pod
dopasowanym kostiumem z łusek. Widziałem połączone błoną pławną palce,
oplecione wodorostami. Wodorosty wplotły się też w jej długie, czarne
jak noc włosy. Roiły się w nich morskie stworzenia i wyglądała, jakby
dźwigała koronę ze splątanych kabli elektrycznych. Za każdym razem, gdy
unosi głowę, patrzę, jak burzą się jej włosy, niczym żywa pułapka na
parzący koral.
I ten jej ogon, Boże mój! Czego to się człowiek nie naogląda,
szczególnie jeśli utrzymuje kontakt z naturą i żyje blisko morza.
Zobaczyłem ogon tego stworzenia już z łodzi. Te jardy zatęchłego srebra.
Dodawał jej mocy, jakby cała z niego wyrastała. Wtedy myślę, że ta rybia
kobieta musi być ciężka jak muł. Na pewno waży co najmniej czterysta,
pięćset funtów. Kiedy widzę ją pierwszy raz, wydaje mi się, że
przynależy do jakiegoś zakamarka wielkiego boskiego ładu, jakby
pochodziła z czasu, gdy wszystkie żywe istoty były dopiero projektowane.
Z okresu, kiedy ryby wychodziły z mórz na ląd, wykształcały nogi,
przemieniały się w gady. Ona była tym stworzeniem, które nigdy nie
dobrnęło na ląd. Tak się domyślam, zanim usłyszę jej opowieść. Wyobrażam
sobie, że coś powstrzymało ją i jej podobne w samym środku boskiego aktu
stworzenia.
Byłem wtedy młodzieniaszkiem. Nieustannie myślę o tym, jakich kłopotów
mogę jej narobić. Mężczyźni ją unieszczęśliwili, kobiety ją wyklinają:
tak kończy w morzu jako syrena, skazana na samotność, z płcią zamkniętą
w ogromnym ogonie. O to chodziło tym kobietom, żeby trzymała się z daleka od ich mężczyzn. Kiedy ją ratuję, nie wyobrażam sobie, że ktoś
mógłby ją znowu skrzywdzić - ja lub inni ludzie. Wiele razy śpiewam jej
i gram na gitarze gdzieś przy skałach Zatoki Morderczej. Gdy widzę ją po
raz drugi, nie zarzucam już wędek, boję się, że zranię ją haczykiem. A jednak to moja wina, że ci Jankesi ją łapią. Moja wina. Myślała, że
słyszy silnik mojej pirogi, "Prostoty". Byłem tam z nimi i tak omyłkowo
podążyła za ich łodzią.
Rozdział 2. "Nieustraszony"
2
"Nieustraszony"
Kiedy pod koniec kwietnia 1976 roku do Zatoki Czarnej Konchy zawinęła
pochodząca z Florydy ogromna jednostka marki Boston Whaler o nazwie
"Nieustraszony", zbliżały się doroczne zawody wędkarskie. Jej dwaj biali
właściciele, Thomas i Hank Claysonowie, szukali załogi. Polecono im
Milszego Kraja jako miejscowego eksperta od prądów opływających wyspę.
Liczył się też wśród rybaków. Zaledwie rok wcześniej złowił
sześćsetfuntowego marlina. Fotografia monstrum z imponującym dziobem
znalazła się wówczas na pierwszej stronie "Gazette". Zatrudnili go więc
jako szypra. Milszy z kolei dobrał sobie na załogantów dwóch miejscowych
chłopaków, Krótkonogiego i Nicholasa. Byli braćmi z różnych ojców; ich
zgorzkniała matka Priscilla mieszkała poza wioską, na wzgórzu w sąsiedztwie Davida.
W następnych dniach przybywało coraz więcej łodzi rybackich: "Chochlik
Morski", "Pilar", "Sierpniowy Księżyc", "Boski Rejs", "Tabanca",
"Jouvay", "Marzenie Żeglarza". Większość przybyła aż z dystryktu Bimini
na Bahamach, mijając po drodze cały łańcuch wysp. Inne przypłynęły z Grenady, Saint Kitts, Nevis i Martyniki. Były też jednostki z archipelagu Floryda Keys, Wenezueli i Trynidadu. Dotarła nawet jedna
łódź z Kolumbii. Wszyscy liczyli na okazałe łupy: makairy, mieczniki,
marliny, tarpony czy rekiny. Na każdej łodzi był zespół z właścicielem
na czele; wspierał go szyper, kierujący załogą, którą przywieźli ze sobą
lub zatrudnili spośród miejscowych. W St Constance każdy bez wyjątku
szukał okazji do zarobku. Część miejscowych wyposażyła swoje łodzie w pływaki i pudełka na przynętę. Inni zainwestowali w większe silniki. W ostatnim tygodniu kwietnia na miejsce przybyło już około czterdziestu,
pięćdziesięciu łodzi. Wszystkie kotwiczyły w Zatoce Morderczej.
W piątkowy wieczór poprzedzający pierwszy dzień turniejowy w barze Ce-Ce
panował gwar. Kredowy Pył i Potężny Wróbel próbowali swoich sił w improwizacji, ich głosy niosły się z głośników umocowanych na dachu.
Wszyscy napawali się chwilą odpoczynku: pili, gadali, jedli latające
ryby i świeże, gorące wypieki albo soloną rybę z frytkami. Każdy rybak i każdy chłopak z Czarnej Konchy musiał tu być, żeby oplotkować łodzie
kotwiczące w zatoce. Sama Ce-Ce spędziła cały dzień w kuchni, szykując z pomocnicami curry z koźliną i placki roti. Jej śmiech był donośny i schrypnięty, a biodra tak szerokie, że przez drzwi zawsze przechodziła
bokiem. Ce-Ce oznajmiła, że wyczuwa obfity połów i na pewno będzie
serwować smażone ryby przez cały kolejny miesiąc.
Dwaj biali mężczyźni okazali się ojcem i synem. Ojciec, Thomas Clayson,
miał na sobie szorty khaki i rybackie gumowce. Resztki włosów osłonił
przybrudzoną czapką kapitańską, do tego ssał stare cygaro. Podczas rejsu
z Miami jego twarz zdążyła poczerwienieć od słońca. Hank, jego syn,
nosił kapelusz safari i żółtą koszulkę z napisem "Odważnym szczęście
sprzyja". Blade patykowate nogi kończyły się stopami w białych
skarpetach do skórzanych sandałów. U pasa zawiesił całą kolekcję
scyzoryków.
W sobotę dwudziestego czwartego kwietnia 1976 roku "Nieustraszony"
wyruszył o świcie, zostawiając inne jednostki w tyle. Warunki były
idealne na zawody wędkarskie. Płaska tafla morza mieniła się turkusem na
płyciznach, a fioletem na głębinie. Nie spodziewano się wiatrów, nie w porze suchej, w początkach sezonu na mango, u progu fali pożarów na
wzgórzach. Całe tygodnie bez kropli deszczu.
"Prostota", piroga Davida, płynęła w ślad za potężną łodzią; silnik
wydawał gulgoczące dźwięki, dziób przecinał wodę. David postanowił
towarzyszyć im przez jakiś czas z ciekawości, ale też z obawy, co
mogliby złowić. Od kilku dni nie widział swojej syreniej przyjaciółki,
zakładał więc, że odpłynęła. Liczył na to z całego serca.
Na pokładzie "Nieustraszonego" znajdowało się pięciu mężczyzn: Kapitan
Thomas, jego syn Hank, Milszy, Krótkonogi i jego przyrodni brat Nicolas.
Z pływaków na burtach zwieszała się przynęta: dwie mięsiste kałamarnice.
Wiły się i nurzały w falach - świeże i nęcące kąski dla każdego
obdarzonego apetytem stworzenia. Obaj biali wpatrywali się w morski
przestwór, usadowieni na siedziskach wędkarskich. Bóg raczy wiedzieć, co
sobie wtedy myśleli. Niektórzy twierdzą, że byli przerażeni. Inni - że
pewni siebie. Wszyscy są zgodni, że nie znali wód Czarnej Konchy, o tutejszych obyczajach nie wspominając. Ten stary, napomykają, skopał
wszystko, czego się w życiu tknął.
Ławica latających ryb wystrzeliła ponad wodę tuż przy łodzi i przemknęła
obok ślizgiem. Najwyraźniej ścigało je coś większego. Milszy wytężał
wzrok na mostku, z dłonią na manetce. Pomiędzy mężczyznami dało się
wyczuć skrępowanie. Biali dali jasno do zrozumienia, że nie mają czasu
na pogawędki. Nie mieli nic do powiedzenia sobie nawzajem, a co dopiero
załogantom. Byli niepewni siebie i tego, co przyniesie los. Dlatego
każdy z mężczyzn na pokładzie spoglądał w morze, osamotniony i zamyślony. Morze, ten bezmiar nicości, potrafiło skonfrontować człowieka
z nim samym. Działało jak lustro. Było bezkresne i pozostawało w ciągłym
ruchu pod łodzią. Przebywanie na morzu różniło się od eksploracji
przestrzeni na lądzie. Morze się przemieszczało. Mogło pochłonąć łódź w całości. Morze było jak olbrzymia kobieta na skalę planety, płynne i przekorne. Mężczyźni wzdrygali się, patrząc na jego powierzchnię. Nawet
Milszy czuł, jak kurczą mu się jądra, a pory rozszerzają. Mówili o nim
"błękitne szerokie wody". Ci biali w ogóle nie podobali się Milszemu.
Hank, ten młodszy, zaczął podśpiewywać, ale ojciec uciszył go gniewnym
warknięciem. Nie ufali sobie, o wzajemnej sympatii nie wspominając. Na
przejrzystym niebie nie było ani chmurki, ani jednego obłoczka w zasięgu
wzroku. Promienie słoneczne sączyły się w dół i skapywały na ich skórę
niczym kwas. Nie zakrzyczał żaden morski ptak, oczom brakowało choćby
widoku innych łodzi. Ta pustka wprawiła mężczyzn w przygnębienie. Morze
ukazało im ich własne dusze.
Minęła godzina albo i więcej. Morze przemówiło: "Uważaj, czego sobie
życzysz. Góruję nad tobą. Weź tylko to, czego potrzebujesz". Gdy się to
wydarzyło, mężczyźni zdawali się zahipnotyzowani.
Wszyscy dostrzegli to w tej samej chwili: coś kotłowało się pod
powierzchnią; coś dużego chwyciło przynętę na sterburcie. Linka opadła z pływaka długą, powolną spiralą i napięła się, gdy tylko uderzyła w wodę.
- Ryba! - wykrzyknął Thomas Clayson. - A niech to!
Obaj biali osadzili wędki w uchwytach. Wszyscy mężczyźni poczuli
szarpnięcie, ale żaden z nich nie widział ryby. Linka napięła się teraz
ukośnie i znikała pod wodą. Jakiś wielki okaz złapał przynętę i prędko z nią odpływał. Ciągnął w dół linkę przymocowaną do wędki młodszego z Claysonów. Wędka wygięła się, a mężczyźni z Czarnej Konchy rzucili się,
by pomóc mu wpiąć się w uprząż. Hank Clayson zaparł stopy o rufę, jego
dłonie drżały.
- Jest na mojej, tato! Jest na mojej wędce! - wrzasnął.
Wędka wygięła się ku powierzchni tak mocno, że zdawało się, iż lada
moment się przełamie lub wyskoczy z uchwytu.
Milszy Kraj wiedział, co robić: należało za wszelką cenę utrzymać rybę
za rufą, w przeciwnym razie lince groziło zerwanie. Zmniejszył obroty
silników niemal do zera. Wędka Hanka Claysona była wygięta w łuk, a linka nadal rozwijała się z ogromną szybkością. Młodzieniec walczył,
żeby odchylić się w tył. Milszy zatoczył łodzią ciasne kółko, żeby ryba
znalazła się za nimi. Wszyscy patrzyli, jak linka pędzi poza burtę i znika pod wodą, jakby ciągnął ją koń. Wiedzieli, że los się do nich
uśmiechnął; dostali to, po co przybyli.
- To chyba żaglica - oznajmił Hank, chociaż w rzeczywistości nie miał o rybach bladego pojęcia, był to jego pierwszy rejs.
- To na pewno marlin błękitny. Sądząc po wadze, samica - odparł ojciec.
Załoganci stali na pokładzie w ciszy, widok pędzącej liny zmroził ich do
szpiku kości. To było tylko pierwsze uderzenie; prawdziwa walka miała
dopiero nadejść. Młody Hank mocował się z wędką, wpatrzony w linkę,
która nadal rozwijała się w bok od łodzi.
- Ściągaj już! - krzyknął Thomas Clayson. - Teraz, daj jej popalić!
Jego słowa wytrąciły syna z równowagi. Szarpnął wędkę do tyłu; ciągnął,
nie zwracając uwagi na linkę. Ryba dalej parła naprzód.
- A jeśli ona po prostu trzyma przynętę w pysku? - zapytał Hank. - Może
wcale się nie złapała, tylko wyciąga nas coraz dalej, bawi się z nami?
- Ryby nie są takie bystre - odrzekł ojciec. - Na pewno się złapała.
- A jeśli wypluje przynętę?
- Nie wypluje.
Hank Clayson zaparł się stopami, zacisnął dłonie na wędce i mocno
pociągnął do tyłu, walcząc z ciężarem ryby. Linka nadal się rozwijała,
wysiłki młodzieńca nie dawały żadnego efektu. Pot spływał strumieniami
po jego twarzy. Wcześniej zapomniał o kremie przeciwsłonecznym i teraz
robił się coraz czerwieńszy.
- Dowal jej znowu - polecił ojciec. - No już, przyłóż się i ściągaj.
Przerażona załoga obserwowała zmagania. Młody człowiek był bezradny.
Linka znikała w głębinach. Hank Clayson znowu odchylił się w tył; linka
rozwijała się z ostrym świstem, a wędka wygięła się ku morzu tak silnie,
że ledwo ją utrzymywał. Milszy obrócił łódź powoli, żeby ryba znalazła
się z tyłu. Odgadł, że syn nie ma doświadczenia, złapał coś zbyt dużego
dla nowicjusza. Krótkonogi i Nicholas też to wiedzieli.
Milszy zrozumiał, że trochę to potrwa.
Piroga Davida płynęła za nimi w pewnym oddaleniu. Rybak ćmił skręta i nie dostrzegł jeszcze, że coś złapali.
Trudzili się z rybą przez godzinę. Każdy chciał zastąpić Hanka. Każdy
chciał przejąć jego wędkę, wiedzieli jednak, że nie powinni się wtrącać.
Kołowrotek z linką dalej obracał się jak szalony.
- Popracuj nad nią, Hank - poradził Thomas, czym zirytował syna.
Ryba nie była zmęczona; nadal tańczyła z linką. Hank robił, co mógł; raz
za razem opuszczał i unosił wędkę. Tak naprawdę z przyjemnością oddałby
ją któremukolwiek z mężczyzn na łodzi, ten rejs nie wpisał się w jego
definicję rozrywki. To miał być prezent, ojcowski pomysł na budowanie
więzi między nimi. Teraz coś chwyciło jego przynętę, a żołądek Hanka
zawiązał się w supeł.
- Uważaj na nią - polecił ojciec.
Ryba zaczęła się zanurzać, nurkowała głęboko, przerażona, desperacko
próbowała zmienić kierunek. Milszy powolutku cofnął łódź, żeby
zmniejszyć napięcie linki.
- Jezu, ona w zasadzie nas ciągnie - wyszeptał Hank.
Wabi mnie soczysta kałamarnica
Kto by pomyślał, że takie z niej podłe stworzenie?
Nagle moje usta zapłonęły
Coś mnie więzi i szarpie
Chyba słyszę warkot "Prostoty"
Co prędzej odpływam, ale haczyk mocno mnie
trzyma
Płynę jak najgłębiej przez długi czas
W dół, ciągle w dół, aż na samo dno
To nie była "Prostota"
Na końcu linki jankeska łódź
Najpierw wydaje mi się
że mogę ją pociągnąć na dno oceanu
Ale ci Jankesi
mają wielgachną łódź
Wystraszona płynę w dół i w dół
Ocean da mi bezpieczeństwo
w swoich czarnych otchłaniach
Coś mocnego ciągnie mnie z powrotem
na powierzchnię
Ból palił mi gardło żywym ogniem
Dusiłam się
Tonęłam w morzu
Wyskakuję wysoko, niech zobaczą, że to mnie
złapali
Mnie, ludzką rybę
Puśćcie mnie
Popełniacie błąd
Długo płynę w dół, w głębiny
Wiedziałam, że nie ma już nadziei
nie ma szans na przetrwanie
Płynęłam ku własnej śmierci
Ach, Davidzie, ci Jankesi mnie złapali
myślałam, że to ty
Już mnie nie puszczą
Gdzie jesteś, Davidzie?
Już cię tam nie ma
Proszę, znajdź ten list w butelce
Pod wpływem promieni słonecznych Hank purpurowiał.
- Zaczyna się męczyć - zawyrokował Thomas Clayson. - Polejcie chłopakowi
głowę wodą albo udar go zabije, zanim złapie tę rybę.
Krótkonogi podszedł do pojemnika pełnego lodu na przynętę, zanurzył w nim wiaderko, wrócił do Hanka i skropił mu głowę zmrożoną wodą. Biali
naprawdę mogli umrzeć od oparzeń słonecznych, Krótkonogi słyszał takie
historie. Biały niczego nie boi się bardziej niż nadmiaru słońca, taka
kąpiel słoneczna może położyć go trupem. Biali od tego mdleją albo mają
atak serca. Krótkonogi dokładnie oblał głowę młodziana lodowatą wodą z wiaderka. Z przyjemnością patrzył, jak Hank się wzdryga.
Ryba się męczyła, ale wyciągnęła prawie całą linkę, a Hank Clayson był
obolały od szarpania się z wędką. Najmocniej ucierpiały jego barki i ramiona.
- Już niedługo będzie musiała wypłynąć - odezwał się Thomas Clayson,
przygryzając cygaro.
Był człowiekiem, który co nieco na morzu widział. Sprowadził tu syna,
żeby zrobić z niego mężczyznę. Tyle że synowi najwyraźniej niezbyt na
tym zależało, temu maminsynkowi z nosem w książkach. Od czasu do czasu
pisywał nawet "poematy". Clayson wysłał go do kosztownej szkoły
prawniczej, ale chłopak rozczarował go nawet w tej kwestii. Oznajmił, że
zamierza bronić ubogich, samotne matki, imigrantów. Plan Thomasa nie
wypalił. Żona powiedziała, że Hank jest "wrażliwy". Jak jakaś cholerna
roślinka. A teraz jego syn miał na wędce rybę, która mogła ważyć nawet
tysiąc funtów. Thomas Clayson marzył, żeby znaleźć się na jego miejscu.
Syn nie radził sobie z walczącą rybą, po prostu trzymał ją na uwięzi,
gdy uchodziła w morze. Już niebawem będzie musiał przecież zacząć zwijać
linkę. A jednak Thomas chciał, żeby chłopak złowił tę rybę, pragnął tego
bardziej niż czegokolwiek innego na świecie. To byłby powód do dumy.
Mógłby się chlubić synem zdolnym do takiego wyczynu.
"Nieustraszony" wypłynął już wówczas tak daleko na pełne morze, że David
zdecydował się skierować "Prostotę" z powrotem do domu. Wrócił do
przybytku Ce-Ce, gdzie szklaneczką rumu usiłował uśmierzyć swoje obawy.
Tymczasem na łodzi Hank Clayson poprawił się na siedzisku, zaparł stopy
o rufę i używając ciężaru ciała, pociągnął wędkę. Raz za razem opuszczał
ją i kręcił kołowrotkiem. Linka zaczęła się zwijać cal po calu; powoli,
lecz nieprzerwanie robiło się jej coraz więcej.
- Co za piekielnica - wysapał. - Nie mogę się doczekać, aż ją zobaczę.
Chłopcy z Czarnej Konchy znowu polali mu głowę lodowatą wodą.
- Teraz łatwiej ją utrzymać.
- Nie przesadzaj z tempem - upomniał Thomas Clayson.
Pięciu mężczyzn czekało z niecierpliwością. Minęła ponad godzina. Ryba
była zmęczona. Wygrywali. Teraz trzeba było już tylko utrzymać łódź
prosto na wodzie i powoli wciągnąć rybę na pokład.
- Podacie mi colę? - zapytał Hank. - Strasznie chce mi się pić.
Linka opadała teraz ukośnie w wodę.
- Uważaj, Hank - ostrzegł ojciec. - Pojawi się lada chwila.
Hank Clayson też wyczuwał, że ryba za chwilę wyskoczy. Milszy zaczął
cofać łódź.
- Zaraz wyjdzie! - wrzasnął ojciec. - Ta suka już wypływa! Trzymaj wędkę
wysoko!
Ciemna, gładka tafla pękła. Syrena wyskoczyła w górę ponad wodę. Jej
włosy nastroszyły się niczym plątanina kabli, ramiona odgięła w tył,
łuski na ciele zalśniły, trzepotał ogromny, umięśniony ogon, jak u istoty z największej głębi oceanu. Szamotała się, kreśląc w powietrzu
łuk, i ostatecznie opadła na plecy. Mężczyźni ujrzeli jej głowę, piersi,
brzuch i kobiecą kość łonową, zrośniętą z połyskliwym rybim ogonem.
- Jezu Chryste! - wykrzyknął Thomas Clayson.
Milszy się przeżegnał.
Chłopcy z Czarnej Konchy głośno wciągnęli powietrze.
- Przetnijcie linkę! - wrzasnął Milszy. - Przetnijcie tę cholerną linkę!
Mężczyźni z przerażeniem patrzyli, jak istota uderza w wodę, rzucając
się konwulsyjnie. Krew pokrywała jej usta; to był dopiero początek
walki. Na końcu wędki Hanka Claysona znalazło się dzikie stworzenie,
rozwścieczone, że odebrano mu wolność.
Milszy pojął, że złowili coś, od czego należy trzymać się z daleka.
Zeskoczył z mostka z nożem w dłoni. Syrena - czy cokolwiek to było -
powinna pozostać w morzu. W ogóle nie chciał się w to wplątywać.
Stworzenie wydawało się zresztą za duże na tę łódź, mogłoby ją wręcz
zatopić.
- Nie rób tego! - wykrzyknął Thomas Clayson, gdy Milszy pochylił się, by
przeciąć linkę. - Nie rób tego. Jest warta
miliony. Miliony! Wciągamy ją, do cholery. Wciągamy ją na pokład!
Syrena unosiła się teraz na powierzchni. Młóciła wodę jak rekin
ostronosy, szarpała linkę obiema rękami, pluła krwią i zawodziła wysokim
głosem.
- Mój Boże - wyjąkał Hank. - Widzieliście to?
Jego dłonie trzymające wędkę drżały. Ojciec spróbował mu ją odebrać.
Mężczyźni z Czarnej Konchy, Nicholas i Krótkonogi, wycofali się z rufy.
Tak jak Milszy, oni też wiedzieli, że to nie w porządku. Bali się, że
demon ich dopadnie. Nie chcieli pomagać. Zabrakło im słów, byli
bezradni. Biali chcieli wyciągnąć tę istotę z morza. Było jednak widać
gołym okiem, że ta ryba jest w połowie kobietą. Wszyscy znali opowieści
o trytonach z Czarnej Konchy, ale syrena? Nie. Niosła ze sobą co
najmniej pecha, a jej włosy ich przeraziły: wydawało się, że może zabić
jednym smagnięciem takiej macki. Mogła ich wszystkich otruć. Na jej
plecach dostrzegli kolce. Pełne jadu kolce grzbietowe, jak u szkaradnicy. Na drugim końcu linki widzieli zakrwawioną, rozwścieczoną
kobietę, którą ci biali chcieli wciągnąć na pokład. Nie ma mowy,
powiedzieli sobie w duchu.
Syrena znalazła się ponownie pod wodą. Na twarzy młodszego Claysona
malowały się trwoga i ekscytacja.
- Utrzymaj ją! - krzyknął ojciec.
- A co ja niby robię? - odburknął syn.
- Dawaj cały czas wstecz! - zawołał Thomas Clayson do Milszego.
Milszemu stanęły przed oczami pliki banknotów. Gdyby był tu sam, po
prostu wyrzuciłby ją z powrotem do morza, ale słowa białego uświadomiły
mu, że mógłby na tym zarobić na lepszą łódkę, nowe auto, mały interes.
Tylko pomyśleć... Wrzucił wsteczny i zmniejszył prędkość. Silnik zabuczał.
Milszy czuł, jak rośnie w nim ciekawość. Ile mogli za nią dostać? Powoli
cofał łódź w kierunku ryby. Linka przestała się rozwijać. Młodszy
Clayson na przemian podnosił i opuszczał wędkę, a linka wracała na
kołowrotek tak szybko, jak był w stanie nim obracać. Na razie syrena
ukrywała się pod powierzchnią.
- Musi ważyć z sześćset funtów - ocenił Thomas Clayson.
Tafla oceanu znów była gładka i pusta. W całkowitej ciszy rozlegało się
tylko klikanie kołowrotka.
- Widzieliście ją? - zapytał Hank Clayson.
- A jakże - odparł ojciec.
- Widzieliście jej cycki? - dopytywał syn. Urzeczony swoim sukcesem, nie
panował już nad językiem.
- A jakże.
- Widzieliście jej twarz?
- Tak.
- Widzieliście jej ręce?
- Tak.
- A widzieliście jej... kość cipkową?
W odpowiedzi wszyscy mężczyźni pokiwali głowami.
- Moglibyśmy sprzedać ją do Instytutu Smithsona - dodał Thomas Clayson.
- Albo do Instytutu Rockefellera. Do badań.
Lina powoli zwijała się z powrotem. Przez następne dwadzieścia minut
mężczyźni wpatrywali się twardo w rufę. Każdy z nich rozważał, co
mogłoby się wydarzyć, gdyby ją złapali; każdy z nich odczuwał silne
pulsowanie w kroczu. Nie wiedzieli, czego się spodziewać. Skupiali wzrok
na morzu i nasłuchiwali klikania kołowrotka. Była coraz bliżej i wiedzieli, że znowu podejmie walkę.
- Uważaj, żebyśmy jej nie staranowali - upomniał Thomas.
Milszy wiedział, że istnieje takie niebezpieczeństwo, więc ostrożnie
zwiększył obroty silnika.
- Dociśnij ją trochę - zakomenderował ojciec.
Hank Clayson zmagał się z ciężarem uwieszonej na wędce syreny od niemal
dwóch godzin i ten wysiłek sprawił, że całe jego ciało płonęło z bólu.
Linki znowu zaczęło przybywać.
- Wyłącz silnik.
Milszy wykonał polecenie.
Łódź ruszyła wstecz. Hank Clayson dalej zwijał linkę, ale im była
krótsza, tym większy opór stawiała ta istota. Kadłub jednostki
zatrzeszczał. Syrena ciągnęła linkę w swoją stronę. Musi ważyć tyle, co
mała łódka, pomyślał Milszy. Gdyby dostała się pod kadłub, mogłaby
zatopić "Nieustraszonego".
Mijały minuty. Na oceanie panował spokój. Błękitna woda połyskiwała
metalicznie. Miała szaroniebieską barwę. "Weź tylko to, czego
potrzebujesz", wyszeptała.
- Szlag - warknął Thomas Clayson. - Jest pod łodzią.
Czekali, obserwując wodę. Pod nimi przesunął się powoli ogromny cień.
Jednym obrotem ciała mogłaby posłać ich w powietrze. Thomas Clayson
wypiął się z uprzęży, wstał, popatrzył w dół i gwizdnął.
Tafla morza znowu się rozpękła.
Syrena wyskoczyła przy bakburcie.
Tym razem bardziej wyglądała na rybę niż na kobietę, wyraźnie widzieli,
jaka jest silna. Wysokim wybiciem odsadziła się od łodzi, a jej ogon
połyskiwał niczym jardy szerokiej srebrnej wstęgi. Wyrwała się ku górze,
zbite kołtuny okalały jej głowę, skrwawione usta szarpały linkę.
Uderzyła o powierzchnię ciężko, młócąc wodę ogonem. Potężna fala
przechyliła łódź o dobre dwa cale na lewą burtę. Syrena płynęła z wysiłkiem i ciągnęła łódź za sobą. Mężczyźni z Czarnej Konchy krzyczeli,
żeby przeciąć linę. Thomas Clayson też spanikował, bo dodanie gazu w przeciwnym kierunku oznaczałoby zerwanie linki i utratę zdobyczy.
Syrena zanurkowała głęboko, łódź przechyliła się, a mężczyźni powpadali
na siebie; tylko utrzymywany przez uprząż Hank pozostał na siedzisku.
- Walcz z nią! - wrzasnął ojciec. - Dawaj tutaj tę sukę!
Łódź znowu się zakołysała. Tańczyła na falach, jakby istota szarpała jej
wnętrzności; wydawało się, że syrena mogłaby zerwać mostek lub pokład
rufowy albo po prostu rozedrzeć łódź na strzępy.
Kołowrotek zgrzytał.
Wygięta wędka Hanka Claysona niknęła w morzu. Widać było, że Hank jej
nie utrzyma. Zmęczył się i wyraźnie stracił zapał. Lękał się stworzenia,
które złowił. Silnie przechylona łódź sunęła wstecz. Znaleźli się daleko
na pełnym morzu, wokół nie widać było ani skrawka lądu.
Ojciec wyrwał wędkę z rąk Hanka; mógł teraz wykazać się umiejętnościami
wędkarskimi. Już wcześniej zdarzało mu się łowić potężne okazy, nie bał
się. Wiedział, że zajmie to jeszcze godzinę, może dwie. To był dopiero
początek bitwy. Syrena była zmęczona, lecz nadal silna.
- Dajcie coś do picia - zażądał Thomas Clayson, nie zwracając się do
nikogo konkretnie. - W torbie jest flaszka rumu. Przynieście mi ją.
Milszy zaczynał rozumieć, co się wydarzy. Człowiek będzie walczył o swoją zdobycz do upadłego, zmierzy się z morskim stworzeniem -
półkobietą. Starszy biały mężczyzna zamienił się miejscami z synem i zapiął uprząż. Krótkonogi przyniósł mu butelkę rumu. Łódź należała do
tego człowieka, który przybył, żeby pokazać swojemu tchórzliwemu
synalkowi, jak się łowi ryby. Teraz postanowił wkroczyć do akcji.
- Zwiększ obroty, ale tylko odrobinkę - polecił Milszemu.
Woda wypełnia mi płuca
ale znam morze lepiej niż Jankesi
To kobieta mnie tu umieściła
wezwała huragan
A teraz mężczyzna chce mnie wydobyć
Czuję nowy ból
Inny mężczyzna ciągnie linę
Hak w moim gardle
Chcę zanurkować i umrzeć
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki