Sypiając z prezesem - Joanna Racewicz, Kiara Ulli

Kup ebooka

39.90 zł
33.48 zł (33,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Opowieść Kingi

Opo­wieść Kingi

Chwi­lowa cisza była tylko zapo­wie­dzią burzy. Wró­cił z czymś, czym zaczął ude­rzać w drzwi. Coraz moc­niej i moc­niej. Jakby mło­tek albo... w każ­dym razie jakiś twardy meta­lowy przed­miot. Walił tym jak opę­tany. Walił i syczał przez drzwi: "Bój się, wykoń­czę cię dzi­siaj".

Szu­kasz geno­typu ofiary prze­mocy? Jeśli taki ist­nieje, to chyba jed­nak go nie mam. Wycho­wy­wa­łam się w szczę­śli­wej rodzi­nie. Pre­cy­zyj­niej - dopiero od pew­nego momentu. Mojego bio­lo­gicz­nego tatę pamię­tam jak przez mgłę. Mia­łam nie­całe sześć lat, kiedy umarł. Od co naj­mniej dwóch już z nim nie miesz­ka­ły­śmy. Tak, był alko­ho­li­kiem. Sceny zapi­sane w moich wspo­mnie­niach z nim to jego pijac­kie upadki. Późne powroty i spa­nie na kana­pie w dużym pokoju. Mama mówiła, żebym została wtedy u sie­bie, że tata zmę­czony i musi odpo­cząć. Przy­po­mina mi się też zapach - nie­przy­jemny, kwa­śno-gorzki. Czu­łam go rano w całym domu, gdy wsta­wa­łam do przed­szkola. Wtedy nie wie­dzia­łam, co o tym myśleć. Chyba nawet nie koja­rzy­łam tego z piciem ojca. Wiele lat póź­niej zro­zu­mia­łam, że nałóg miał nad nim prze­wagę, że pró­bo­wał wal­czyć, ale bra­ko­wało mu siły. W końcu mama pod­jęła decy­zję, że nie chce tak dłu­żej żyć. Wypro­wa­dzi­ły­śmy się. Dwa lata póź­niej ojciec umarł. Dopiero jako doro­sła kobieta dowie­dzia­łam się, że to było zatru­cie alko­ho­lowe. Zapił się na śmierć. Pra­co­wał przy odczyn­ni­kach che­micz­nych, miał dostęp do alko­holu ety­lo­wego. Przy­jął dawkę, która go zabiła. Co pamię­tam z pogrzebu? Nie­wiele. Głów­nie pre­ten­sje cio­tek, sióstr ojca, że nie pła­czę. Bar­dzo były obu­rzone, że mała, sze­ścio­let­nia dziew­czynka nie roz­pa­cza po stra­cie taty. Jak mia­łam pła­kać? Prze­cież pra­wie nic z tego nie rozumia­łam. Dookoła ludzie w czar­nych stro­jach, ksiądz, msza, jacyś obcy pano­wie i trumna. Dla dziecka abs­trak­cja. Poza tym mój zwią­zek z tym czło­wie­kiem był już wtedy raczej luźny. Czy opo­wieść o piją­cym rodzicu będzie miała zna­cze­nie w dal­szej nar­ra­cji? Chcę, żebyś to sama oce­niła. Po tym wszyst­kim mia­ły­śmy z mamą dobre życie. Szybko poznała Tadzika, znacz­nie star­szego od niej pana. Naszego anioła stróża. Tak go nazy­wa­łam. I cza­sem wyobra­ża­łam go sobie z wiel­kimi skrzy­dłami, w któ­rych można się scho­wać, i z ogrom­nym mie­czem do odpę­dza­nia smo­ków. Dzie­cięca ima­gi­na­cja. Tade­usz, były wię­zień dwóch obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych, był naj­cu­dow­niej­szą istotą na ziemi. Łagodny, spo­kojny, czuły, tro­skliwy. Miał świętą cier­pli­wość i cha­rak­ter ze stali. Obie wie­dzia­ły­śmy, że możemy na niego liczyć. Dożył dzie­więć­dzie­się­ciu kilku lat, odszedł bar­dzo nie­dawno. Do końca byli z mamą przy­ja­ciółmi. Mam pod powie­kami obraz, jak idą przez park, trzy­ma­jąc się za ręce. Słowo, naprawdę tak było. Wpro­wa­dził w naszym domu pewien zwy­czaj. Gdy działo się coś waż­nego, kon­flik­to­wego, coś, co wyma­gało usta­leń, mówił: "No, dziew­czyny, bierz­cie krze­sła, sia­damy. Trzeba poga­dać. Ja zro­bię her­batę". Sia­da­li­śmy i usta­la­li­śmy wszystko. Bez kłótni, spo­rów, awan­tur. Oto mój wzo­rzec rodziny. Miłość, spo­kój, bli­skość, komu­ni­ka­cja, sza­cu­nek.

Mar­kowi obcy był taki model. Oczy­wi­ście na początku nie miało to dla mnie naj­mniej­szego zna­cze­nia.

Pozna­li­śmy się na kur­sie angiel­skiego. Od razu wpadł mi w oko. Star­szy o dwa lata, postawny, szar­mancki, z naj­pięk­niej­szym uśmie­chem, jaki kie­dy­kol­wiek widzia­łam. Od słowa do słowa - zaczę­li­śmy się spo­ty­kać. Kino, spa­cer, wino w Haren­dzie. Byłam w matu­ral­nej kla­sie, mia­łam osiem­na­ście lat. Teraz to może się wydać oso­bliwe, a nawet nie­roz­sądne, ale moja mama któ­re­goś dnia powie­działa: "Cór­ciu, jesteś doro­sła, mam do cie­bie zaufa­nie. Czas naj­wyż­szy, żebyś spró­bo­wała samo­dziel­no­ści. Weź, tu są klu­cze od miesz­ka­nia na Moko­to­wie, jest twoje. Mnie też dobrze zrobi tro­chę nie­za­leż­no­ści". Doro­słe życie ogrom­nie mi się spodo­bało. Tym bar­dziej że Marek bar­dzo szybko się do mnie wpro­wa­dził. Moja mama nie była zachwy­cona - szcze­gól­nie gdy wpa­dała z wizytą i zasta­wała mojego chło­paka w pościeli. Dla obojga nie była to kom­for­towa sytu­acja. Na szczę­ście mamę mia­łam dość otwartą i tole­ran­cyjną. Maru­dziła, to fakt, ale umia­łam ją sku­tecz­nie udo­bru­chać. Boże, jaka byłam z Mar­kiem szczę­śliwa. Patrzył we mnie jak w obraz. Jego zafa­scy­no­wa­nie wyda­wało się nie mieć końca. Wszystko robił ze mną i wszę­dzie jeź­dzi­li­śmy razem. Nad morze, na narty, w góry i na konie. Na obiad wystar­czały goto­wane ziem­niaki z masłem i maje­ran­kiem, na kola­cję - wyj­ście z przy­ja­ciółmi nad Wisłę.

To byli moi przy­ja­ciele. Przy­my­ka­łam oko na to, że mój chło­pak, mimo swo­ich dwu­dzie­stu jeden lat, nie zbu­do­wał żad­nych rela­cji. Nawią­zy­wa­nie zna­jo­mo­ści i ich pie­lę­gno­wa­nie zawsze sta­no­wiło dla niego pro­blem. W tam­tym cza­sie wyda­wało się to bez zna­cze­nia. Liczyła się nasza miłość. Marek przy­lgnął do mnie i do mojego towa­rzy­stwa jak bez­pań­ski szcze­niak. Chyba mnie to ujmo­wało. On, taki przy­stojny i obyty, a jed­no­cze­śnie - nie­po­radny i bez­bronny wobec ludzi.

Nie obcho­dziło mnie ani to, że nie przed­sta­wił mi żad­nego swo­jego kum­pla (bo tako­wego nie miał), ani to, że jego rodzina była biedna i żyła na nie­po­rów­na­nie niż­szym pozio­mie niż moja, ani wresz­cie nad­mierna reli­gij­ność jego bli­skich. Nie zwró­ci­łam więk­szej uwagi na pogardę, którą poczę­sto­wał mnie przy­szły teść, gdy Marek pierw­szy raz przy­pro­wa­dził mnie do rodzin­nego domu. Domu... Dwa małe pokoje na przed­mie­ściu, w któ­rych wycho­wy­wał się z dwiema sio­strami. Cia­snota. Ojciec rzą­dził tam nie­po­dziel­nie. Wszy­scy żyli pod jego dyk­tando. Od pierw­szej chwili czu­łam, że jestem trak­to­wana jak Panna Nikt. Zosta­łam odpy­tana z przy­ję­tych sakra­men­tów, czy wie­rzę w Boga i jak czę­sto cho­dzę do kościoła. Chwila zasta­na­wia­nia się nad odpo­wie­dzią była kwi­to­wana iro­nicz­nym uśmiesz­kiem peł­nym wyż­szo­ści.

"Masz braki, moja droga - cedził przez zęby - porządna dziew­czyna powinna zawie­rzyć się Prze­naj­święt­szej Panience i wszyst­kim świę­tym, wtedy jest bez­pieczna".

"Porządna dziew­czyna nie mieszka przed ślu­bem z face­tem" - doda­wa­łam z prze­ką­sem w myśli i jestem prze­ko­nana, że tak wła­śnie uwa­żał ojciec Marka, tylko nie był w sta­nie powie­dzieć tego na głos. Gar­dził mną z wielu powo­dów, także dla­tego, że moja matka powtór­nie wyszła za mąż, a to nie mie­ściło się w chrze­ści­jań­skim porządku jego świata. Absur­dalne? Opi­suję ci dokład­nie tak, jak było.

W ich domu dzia­łał nastę­pu­jący mecha­nizm: jest pro­blem - trzeba się rodzin­nie pomo­dlić. Nie - poroz­ma­wiać, zasta­no­wić się nad roz­wią­za­niem, spo­tkać przy stole w kuchni. Pomo­dlić. Szu­kać odpo­wie­dzi u wyż­szej instan­cji. Nie twier­dzę, że to coś złego czy nie­sto­sow­nego. Twier­dzę, że u mnie było zupeł­nie ina­czej.

Dam ci przy­kład - naj­młod­sza sio­stra Marka miesz­kała z rodzi­cami w tym ich malut­kim miesz­kanku. Zaszła w ciążę i bała się przy­znać. Tyła, a rodzina była prze­ko­nana, że to efekt zwięk­szo­nego ape­tytu, bo idzie sroga zima. Powie­działa prawdę mamie dopiero na początku siód­mego mie­siąca, gdy brzuch był ogromny. I trudno już było utrzy­my­wać, że jego roz­miar to wynik obje­dze­nia. Wyobra­żasz sobie? Miesz­kać pod jed­nym dachem i nie zauwa­żyć, że pod ser­cem córki rośnie nowe życie? Miesz­kać pod jed­nym dachem i nie mieć zaufa­nia do bli­skich, bać się ich reak­cji? To na­dal nie mie­ści mi się w gło­wie.

Pytasz o oświad­czyny? Nie była to sytu­acja jak z bajki. Któ­re­goś wie­czoru leże­li­śmy w łóżku, mój chło­pak zawsty­dzony i skrę­po­wany zapy­tał mię­dzy jed­nym a dru­gim zda­niem: "Słu­chaj, a może byśmy się tak pobrali?". Ina­czej wyobra­ża­łam sobie tę chwilę, tak ważną dla każ­dej dziew­czyny, ale byłam po uszy zako­chana i - mówiąc szcze­rze - bar­dzo cze­ka­łam na to pyta­nie. Zgo­dzi­łam się bez waha­nia. Byli­śmy po kilku latach związku i wspól­nego miesz­ka­nia, mia­łam pew­ność, że czło­wiek, który prosi mnie o rękę, to męż­czy­zna mojego życia.

Nie zauwa­ża­łam zna­ków ostrze­gaw­czych. Inna sprawa, że wtedy jesz­cze nie było ich dużo. Raz na jakiś czas, pod­czas spo­tkań z przy­ja­ciółmi, Marek mie­wał napady wście­kło­ści. Jeden, dwa kie­liszki wina i spię­cie gotowe. Awan­tura o pie­truszkę. Bo powie­dzia­łam coś, co mu się nie spodo­bało, bo nie zosta­wi­łam płasz­cza w szatni, a prze­cież tak trzeba, bo nie­wła­ści­wie odło­ży­łam łyżkę do sala­terki. Uno­sił się, jakby to była sprawa życia i śmierci, a kiedy pró­bo­wa­łam go uspo­koić, zwy­kle wycho­dził z hukiem i zni­kał na kilka dni. Kiedy wra­cał, zacho­wy­wał się jak gdyby ni­gdy nic.

"Cześć, co sły­chać?" - pytał w progu. "Marek, musimy poroz­ma­wiać" - pró­bo­wa­łam zacząć. "Poroz­ma­wiać? Nie ma o czym" - uci­nał jak nożem.

Wtedy trak­to­wa­łam to jak część jego oso­bo­wo­ści. Myśla­łam: "Ten typ tak ma, nie trzeba się przej­mo­wać". Tro­chę ner­wów i tyle. Widocz­nie musi się uspo­koić i potrze­buje dystansu. Kocha­łam go i akcep­to­wa­łam bez­gra­nicz­nie. W końcu te epi­zody nie były znowu takie czę­ste. Czło­wiek ma nie­sa­mo­wite mecha­ni­zmy przy­sto­so­waw­cze. Chro­nią przed bólem, ale jed­no­cze­śnie przy­zwy­cza­jają do nie­nor­mal­nej sytu­acji. Tak jak w tym powie­dze­niu o żabie, która wrzu­cona do wrzątku, wysko­czy natych­miast. Ale jeśli woda będzie pod­grze­wana stop­niowo, płaz nie zauważy momentu, kiedy zgi­nie. Podob­nie było ze mną. Każdy kolejny wyskok mojego chło­paka, a potem męża, oswa­jał mnie z jego postę­pu­ją­cym sza­leń­stwem.

Pamię­tam kola­cję u naszych przy­ja­ciół na Mazu­rach. Piękna posia­dłość, wystawne przy­ję­cie, zna­ko­mite towa­rzy­stwo. War­szaw­ska śmie­tanka. Po kilku kie­lisz­kach wina Marek nagle wstał od stołu, rzu­cił mi pod nogi klu­czyki od samo­chodu i wyszedł, trza­ska­jąc drzwiami. Kon­ster­na­cja. Wybie­głam za nim, pro­si­łam, żeby ni­gdzie nie szedł, że już noc, że wró­cimy razem, bo odwie­zie nas kie­rowca, ale nie słu­chał. Widzia­łam jego ciemną syl­wetkę na tle ostat­nich zabu­do­wań. Popro­si­łam pana Adama, naszego kie­rowcę, żeby­śmy poje­chali za nim. Naprawdę nie było żar­tów - noc, las, zwie­rzęta. Różne rzecz mogły się zda­rzyć. Jecha­li­śmy wol­niutko tuż obok niego. Mia­łam otwartą szybę. "Marek, nie wygłu­piaj się. Wsia­daj, pro­szę. To nie­bez­pieczne. Chodź, wró­cimy do domu".

Zero reak­cji. Totalne lek­ce­wa­że­nie. I tak przez jakieś dzie­sięć kilo­me­trów, które dzie­liły posia­dłość naszych przy­ja­ciół od domu, który wła­śnie kupi­li­śmy. Ten zresztą kosz­to­wał mają­tek. Znaj­do­wał się tuż przy linii brze­go­wej; stary, z całym obej­ściem, pięk­nie wyre­mon­to­wany. Perełka. Marek go zdo­był, bo nie chciał się czuć gorzej niż kolega, który odzie­dzi­czył sie­dli­sko po dziad­kach. Tłu­ma­czy­łam, że inwe­sto­wa­nie kilku, czy nawet kil­ku­na­stu milio­nów w coś, co będzie nam słu­żyło przez kilka dni w roku jest czy­stym mar­no­traw­stwem, ale jak gro­chem o ścianę.

"Stać nas" - stwier­dził i nie było dys­ku­sji.

Myślisz, że to kom­pleks chłopca z bied­nego domu, milio­nera w pierw­szym poko­le­niu? Może i tak. Cza­sem mam wra­że­nie, że Marek czuł się przy moich przy­ja­cio­łach fan­ta­stycz­nie i do kitu. Jed­no­cze­śnie. Jedno dru­giego nie wyklu­czało. Któ­re­goś dnia w przy­pły­wie szcze­ro­ści przy­znał mi się, że zawsze chciał mieć krąg dobrych, wypró­bo­wa­nych zna­jo­mych. Co mu nie prze­szka­dzało, żeby kilka minut póź­niej nazy­wać moje śro­do­wi­sko "tępym, pro­stac­kim blich­ciar­stwem". To sprzecz­ność czy nor­malne zacho­wa­nie?

O, miał gest. Kie­dyś, po jakiejś awan­tu­rze, zadzwo­nił do mnie do biura: "Kocha­nie, masz chwilę? Wyj­rzyj, pro­szę, przez okno". Wyglą­dam, jak kazał, a na par­kingu - piękna, nowa, lśniąca, czer­wona alfa romeo 156 w wer­sji sport. Obwią­zana kokardą, obsy­pana kwia­tami. W środku czarna skóra obszyta czer­woną nitką, chro­mo­wany kok­pit, potężny sil­nik. Nie, nie myśl, że do pre­zentu dołą­czone było słowo prze­pra­szam, o nie. Marek go nie uży­wał.

"Bez powodu - powie­dział - to z czy­stej miło­ści".

I możesz się popu­kać w czoło, ale ja byłam prze­ko­nana, że mówi prawdę. Dotych­czas jego narowy były incy­den­tami w naszym cał­kiem szczę­śli­wym, a na pewno dostat­nim życiu. Dzie­sięć lat po ślu­bie uro­dzi­łam synka, chwilę potem na świat przy­szła nasza córeczka. Kupi­li­śmy wielki dom. Ponad sześć­set metrów. Każdy miał swoją część miesz­kalną - z łazienką i gar­de­robą. Na dole gigan­tyczny salon, pięk­nie urzą­dzona kuch­nia. Garaż na kilka samo­cho­dów. Wkrótce przy nich poja­wiła się kolek­cja moto­cy­kli, bo Marek osza­lał na punk­cie jed­no­śla­dów. Szcze­gól­nie kochał har­leye. Im bar­dziej odje­chane, tym lep­sze.

Jakim był ojcem? Cudow­nym. Przez pierw­szy rok to on kąpał naszego Iwu­sia. Wsta­wał do niego w nocy, kupo­wał naj­pięk­niej­sze zabawki, zabie­rał nas na świetne waka­cje. Iden­tycz­nie było, gdy poja­wiła się Helena. Znik­nęły jego napady pijań­stwa i agre­sji. Nic a nic.

Do czasu, gdy coś zaczęło się psuć w fir­mie. Miał pro­blemy ze wspól­ni­kiem, ktoś ich oszu­kał, ktoś cze­goś nie dopil­no­wał. Pozry­wały się kon­trakty, zaczęły się straty. Marek wszyst­kie fru­stra­cje zaczął wyła­do­wy­wać na mnie. Ni­gdy na dzie­ciach, zawsze to ja byłam wor­kiem tre­nin­go­wym. Cze­piał się o każdy dro­biazg. Znacz­nie bar­dziej niż kie­dyś.

Dasz wiarę, że potra­fił się nie odzy­wać przez sześć mie­sięcy? Nie prze­sa­dzam. Pół roku mil­cze­nia za to, że krzywo wsta­wi­łam kubek do zmy­warki. Czy to przy­pad­kiem też nie jest jakaś forma prze­mocy?

Następny przy­kład - nasze pierw­sze wspólne wyj­ście z domu do ludzi po uro­dze­niu Heleny. Kar­mi­łam jesz­cze pier­sią, o żad­nym alko­holu dla mnie nie było mowy. No, ale tatuś sobie pozwo­lił. Tego wie­czoru upił się tak, że led­wie stał na nogach.

"Kinga, jedziemy" - wybeł­ko­tał i pocią­gnął mnie za rękę. Bolało. Chciał mnie siłą wepchnąć do swo­jego mase­rati na fotel pasa­żera. Zapie­ra­łam się, wal­czy­łam. "Zostaw mnie, sam też nie jedź" - pró­bo­wa­łam prze­ko­ny­wać, ale żad­nej reak­cji. Chyba nawet nie zauwa­żył, że wysko­czy­łam z samo­chodu, zanim zablo­ko­wał drzwi. I wiesz co? Zamiast zadzwo­nić na poli­cję, że po szo­sie poru­sza się kom­plet­nie pijany gość w pie­kiel­nie szyb­kim samo­cho­dzie, ze wstydu scho­wa­łam się w krza­kach, żeby mnie nikt nie dostrzegł, i z tych krza­ków wezwa­łam tak­sówkę. Pro­si­łam, żeby kie­rowca pod­je­chał tak, żeby nie było go widać ani z okien od frontu, ani od strony pod­jazdu. Modli­łam się, żeby mnie nikt nie zoba­czył. Wsty­dzi­łam się wstydu...

Kiedy doje­cha­łam do domu, mój mąż w peł­nym rynsz­tunku spał na kana­pie w salo­nie. Samo­chód, z lekko obtar­tym bokiem, stał nie­mal wbity w ścianę let­niego domku. Marek ni­gdy mi nie powie­dział, w co ude­rzył, ani co się wła­ści­wie stało. Mil­cze­nie i zby­wa­nie były wtedy jego zna­kiem fir­mo­wym. Każde pyta­nie kwi­to­wał odwró­ce­niem się na pię­cie. "O czym ty chcesz ze mną gadać, kobieto?" - pytał z pogardą.

Ow­szem, czu­łam się lek­ce­wa­żona, pomi­jana, nie­ważna. Bolało. Każ­dego dnia coraz bar­dziej. Ale prze­cież mie­li­śmy dzieci, rodzinę, dom, wspólne doświad­cze­nia, wspo­mnie­nia. Kar­mi­łam się nimi jak głodne zwie­rzątko i trwa­łam na poste­runku.

Agre­sja nara­stała. Szcze­gól­nie wtedy, gdy naszych nasto­let­nich dzieci nie było w domu. Oboje upra­wiali sport. Iwo grał w tenisa, Helena była już mistrzy­nią okręgu w szer­mierce. Dużo jeź­dzili na nar­tach. Czę­sto byli na zgru­po­wa­niach. Dla mojego męża to był ide­alny czas, żeby przy­krę­cić mi śrubę.

Pew­nego zimo­wego dnia, wku­rzony, że wyszłam na papie­rosa, bo nie lubił, gdy palę, zamknął mnie na tara­sie. Byłam tylko w swe­trze i szalu, bo nie prze­wi­dzia­łam, że to zrobi. Mało tego, użył kija od mopa, żeby zablo­ko­wać klamkę, choć wcale nie było to potrzebne. Dokład­nie zary­glo­wał też wszyst­kie drzwi wej­ściowe. Stu­ka­łam, pro­si­łam, żeby otwo­rzył, prze­cież jest mróz. Nie reago­wał. Usły­sza­łam tylko, jak wcho­dzi na górę i włą­cza gło­śno muzykę. Sprzęt mie­li­śmy świetny. Nie mia­łam szans, żeby się prze­bić z woła­niem o pomoc. Zna­la­złam się w bez­na­dziej­nej sytu­acji. Nie mogłam wejść do domu, ale też nie mogłam wyjść poza ogro­dze­nie, bo mur mie­li­śmy wysoki, furtka na pewno była zamknięta, a brama reago­wała tylko na pilota, który zapewne leżał na kominku. To zda­rze­nie nauczyło mnie jed­nego: żeby zawsze, ale to zawsze, choćby nie wiem co, mieć przy sobie tele­fon komór­kowy.

Przy­dał się bar­dzo szybko, kilka dni póź­niej, gdy Marek z nie­zna­nego dla mnie powodu wysta­wił z garażu moją alfę, a klu­czyki gdzieś wyrzu­cił. Widzia­łam, że zaczyna mio­tać się po domu jak wście­kły byk. Wyda­wał wtedy cha­rak­te­ry­styczny dźwięk. Bar­dzo gło­śno wydmu­chi­wał powie­trze nosem. To rze­czy­wi­ście brzmiało, jakby był zwie­rzę­ciem przed kor­ridą. Wie­dzia­łam już, że dzieje się coś nie­do­brego, że może chcieć mi zro­bić krzywdę. Scho­wa­łam się do śmiet­nika. Byłam pewna, że nie wpad­nie na to, żeby mnie tam szu­kać. Zadzwo­ni­łam do Gosi, śred­niej sio­stry Marka. Były­śmy wtedy dość bli­sko, nazy­wa­ły­śmy się przy­ja­ciół­kami. Szep­tem popro­si­łam, żeby po mnie przy­je­chała. Zro­biła to i zabrała mnie do sie­bie. Tak, roz­ma­wia­ły­śmy o tej sytu­acji. Wyda­wało mi się, że jeśli popro­szę o pomoc, o inter­wen­cję, to ją dostanę. Nic bar­dziej myl­nego. Usły­sza­łam: "Nie będę się mie­szać w wasze sprawy. Do niczego nie będę prze­ko­ny­wać Marka. Widocz­nie musi tak być. A może, hmm, tro­chę prze­sa­dzasz, moja droga? Rozu­miem, że jesteś zde­ner­wo­wana, ale prze­cież nie musia­łaś wcho­dzić do śmiet­nika...". "Co ty wyga­du­jesz, Gośka? Twój brat znęca się nade mną, jak­bym zro­biła mu jakąś krzywdę! Wyrzuca mnie z domu, prze­klina, gnębi, ponie­wiera. Naprawdę tego nie rozu­miesz?"

Nie rozu­miała. Ani ona, ani moi teścio­wie. Tak, szu­ka­łam u nich wspar­cia. Po pierw­szym pobi­ciu. Jak to było? Roz­ma­wia­li­śmy z Mar­kiem o dzie­ciach, o tym, co na obiad. Zwy­czaj­nie. Miał w ręku kie­li­szek wina.

"Może lepiej napi­jemy się wody?" - zapy­ta­łam nie­opatrz­nie. Pró­bo­wa­łam otwo­rzyć butelkę z wodą gazo­waną. Widzia­łam, jak mojemu mężowi zaczy­nają cho­dzić szczęki. Brnę­łam dalej. "Podaj mi szklanki, naleję nam obojgu" - popro­si­łam i w tym samym momen­cie woda wystrze­liła z butelki. Chyba była za bar­dzo naga­zo­wana, może ktoś nią wcze­śniej wstrzą­snął. Dość, że stru­mień roz­prysł się dookoła, mocząc mu koszulę i włosy.

"Co ty robisz, do kurwy nędzy, łamago? Ja pier­dolę, nawet wody nie umiesz otwo­rzyć!? Coś ty zro­biła, noż kurwa jego mać!" "Marek, to tylko woda, tylko woda, prze­stań, nie mów tak do mnie" - pro­si­łam. "Co znowu? Jakie: nie mów tak do mnie? Jestem u sie­bie, ty tępa suko, mogę mówić, jak mi się będzie podo­bało, a ty właź pod stół, jak ci się nie podoba, bo ci przypier­dolę, że się nogami zakry­jesz!" "Zli­tuj się, co to za język?" "Ostrze­ga­łem cię, kurwa, nie sły­sza­łaś?"

Pod­szedł do mnie bar­dzo bli­sko. Dyszał mi w twarz. Odsu­nę­łam go, pró­bo­wa­łam deli­kat­nie, żeby nie zaogniać sytu­acji, ale to wystar­czyło. Zła­pał mnie z całej siły za ramiona, uniósł z cen­ty­metr nad pod­łogę i wal­nął mną o ścianę w jadalni. Nie zdą­ży­łam sku­lić głowy. Głu­chy dźwięk roz­legł się echem po całym domu.

"Zabo­lało? - wysy­czał. - Masz nauczkę czy chcesz jesz­cze?" "Prze­stań, prze­stań, co ty wypra­wiasz?" "Co ja wypra­wiam? Uczę żonę, na czym polega porzą­dek w tym domu. Radzę szybko się przy­zwy­czaić, bo będzie tylko gorzej, zro­zu­miano?"

I żebym "zro­zu­miała", raz jesz­cze ude­rzył mną o ścianę. Osu­nę­łam się jak szma­ciana lalka. Krę­ciło mi się w gło­wie, nogi i ręce mia­łam niczym z waty. Dotknę­łam poty­licy - guz rósł bar­dzo szybko, był nie­zwy­kle tkliwy. Nie mia­łam siły wstać. Boże, jak mnie wtedy wszystko bolało. Czu­łam się upo­ko­rzona i spo­nie­wie­rana. Marek zosta­wił mnie taką i zamknął się w gabi­ne­cie. Włą­czył gło­śno jakiś roc­kowy kawa­łek, jak to miał w zwy­czaju. Nie wiem, ile to trwało. Kiedy wresz­cie udało mi się dowlec do łazienki, z lustra patrzyła na mnie zapła­kana, zapuch­nięta, roz­ma­zana kobieta. Na ramio­nach wid­niały odbite palce. Uścisk musiał być bar­dzo silny. Nie wie­dzia­łam, jak się zacho­wać. Nie mia­łam począt­kowo pomy­słu, kogo pro­sić o pomoc. Na Gośkę nie mogłam liczyć. Pomy­śla­łam więc o teściach.

Poje­cha­łam do nich po jakimś cza­sie z wizytą. Opo­wie­dzia­łam o tym, co się stało w naszym domu. Poka­za­łam siniaki, jesz­cze tego dnia widoczne. Opo­wie­dzia­łam o alko­holu, o jeż­dże­niu po pijaku, o rzu­ca­niu mną po ścia­nach, szar­pa­niu za włosy, zamy­ka­niu na tara­sie, o wyzwi­skach. Teść krą­żył wokół stołu. Wyda­wało mi się to dziwne, bo ten czło­wiek koja­rzył mi się z kimś, kto głów­nie sie­dzi w fotelu i ogląda tele­wi­zję. Nie­czę­sto widzia­łam go w ruchu. A tym razem był wyraź­nie zde­ner­wo­wany. Nie odzy­wał się, niczego nie kwe­stio­no­wał. Wysłu­chał mnie do ostat­niej kropki, a kiedy skoń­czy­łam, powie­dział: "Jeśli liczysz na to, że odbędę roz­mowę poucza­jącą z moim synem, to się mylisz. To sprawy mał­żeń­skie i dzi­wię się, że je tu wywle­kasz. Chcesz mojej rady? Zacznij­cie się wresz­cie razem modlić. Może posłu­cha­cie nauk w tele­wi­zji. Jest taki pro­gram, bar­dzo mądry. Dobra żona sobie radzi. Widocz­nie ty nie umiesz".

Koniec ojcow­skiego komu­ni­katu. Widzisz, nie sły­szeli mnie. Ani wtedy, ani gdy raz jesz­cze zadzwo­ni­łam do nich - z bez­sil­no­ści i roz­pa­czy. Nie pamię­tam dokład­nie słów, ale sens reak­cji teścia był taki: "Zasta­nów się nad sobą, możesz rzu­cić kamie­niem w Marka dopiero wtedy, gdy się okaże, że sama jesteś bez winy". Znów ręce mi opa­dły. Teść czę­sto­wał mnie na zmianę Biblią i naka­zem rodzin­nej modli­twy. Wie­dzia­łam, że kolejne roz­mowy nie mają sensu. Po co to zro­bi­łam? Mój Boże, chcia­łam rato­wać to, co się jesz­cze da, choć coraz czę­ściej opa­da­łam z sił.

Mówi­łam, że naj­go­rzej było wtedy, gdy nasze dzieci były poza domem, prawda? Dzi­wisz się, że kiedy sły­sza­łam, że muszą wyje­chać na kolejne tre­ningi, zgru­po­wa­nia, mistrzo­stwa - cier­pła mi skóra? Wie­dzia­łam, co wid­nieje na hory­zon­cie. Zatrza­ski­wały się drzwi za Iwo­nem i Heleną i zaczy­nało się moje pie­kło. Już dawno wynio­słam się z naszej sypialni. Dom był na tyle duży i funk­cjo­nalny, że mogłam wpro­wa­dzić się do czę­ści gościn­nej na dole. Miała osobne wej­ście. Pierw­szego wie­czoru, gdy zosta­li­śmy sami, mój mąż zaszył się w gabi­ne­cie. Po pierw­szych dźwię­kach z płyty Innu­endo Queen nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że komórkę powin­nam mieć przy sobie i że muszę dobrze zamknąć drzwi. Zro­bi­łam tak. Chyba w ostat­nim momen­cie, bo zaraz potem usły­sza­łam ryk z gabi­netu, a chwilę póź­niej sapa­nie pod drzwiami.

"Zamy­kaj się, taaaak, kurwo jedna, zdziro. Brać kasę z konta na kole­ża­neczki i pijań­stwo to umiesz, a popa­trzeć mi w oczy to już nie?"

Jestem ci winna wyja­śnie­nie - oby­dwoje pra­co­wa­li­śmy, oby­dwoje zara­bia­li­śmy pie­nią­dze. Nie mogłam porów­ny­wać mojej wypłaty z pen­sją pre­zesa ogrom­nej mię­dzy­na­ro­do­wej kor­po­ra­cji, ale nie byłam na jego gar­nuszku. Nie jestem też utra­cjuszką. Nie wyda­wa­łam na ciu­chy czy zachcianki. Cza­sem bra­łam z konta czte­ry­sta, pięć­set zło­tych, gdy wypa­dała moja kolej pła­ce­nia za dam­skie spo­tka­nia. To wszystko. Kie­dyś Marek nie miał z tym pro­blemu, prze­ciw­nie, potra­fił przy­je­chać po mnie, gdy zasie­dzia­ły­śmy się w knajpce. Wcho­dził do środka, cza­ro­wał wyglą­dem i inte­lek­tem, kła­niał się paniom, otwie­rał mi drzwi do samo­chodu. Jed­nak jakiś czas temu coś go odmie­niło. Naj­mniej­szy wyda­tek z mojej karty trak­to­wał tak, jakby to była zbrod­nia prze­ciwko ludz­ko­ści.

"Prze­stań się cho­wać, suko! Faj­nie mnie okra­dać? Zło­dziejkę hoduję pod wła­snym dachem! Wyłaź wresz­cie z nory, szczu­rze! Na liba­cje lecisz z ogo­nem do góry jak suka z rują, a teraz co, strach cię oble­ciał? Ja pier­dolę, myślisz, że ci się uda ze mną? Nie­do­cze­ka­nie, kurwa!" - krzy­czał wtedy, szar­piąc za klamkę.

Chwi­lowa cisza była tylko zapo­wie­dzią burzy. Wró­cił z czymś, czym zaczął ude­rzać w drzwi. Coraz moc­niej i moc­niej. Jakby mło­tek albo... w każ­dym razie jakiś twardy meta­lowy przed­miot. Walił tym jak opę­tany. Walił i syczał przez drzwi: "Bój się, wykoń­czę cię dzi­siaj".

Prze­mo­głam się i zadzwo­ni­łam na poli­cję.

"Pro­szę przy­je­chać. Mój mąż jest pijany i agre­sywny. Zamknę­łam się przed nim na klucz, ale stoi przy drzwiach i ude­rza w nie jakimś przed­mio­tem. Naprawdę się boję".

Poda­łam adres, powie­dzia­łam, że otwo­rzę bramę. Cały czas nagry­wa­łam jego wrza­ski i wale­nie. Chcia­łam mieć dowód, bo prze­cież trudno uwie­rzyć, że wymu­skany facet, w gar­ni­tu­rze szy­tym na miarę i butach od naj­lep­szego szewca, pach­nący i gładko ogo­lony, w domu zamie­nia się w oprawcę jak z hor­roru. Nie wie­dział, że wezwa­łam poli­cję, nie sły­szał mojej roz­mowy z komi­sa­ria­tem.

"Bój się" - wysy­czał jesz­cze kilka razy przez zaci­śnięte zęby.

Wystra­szyły go dopiero nie­bie­skie świa­tła na pod­jeź­dzie. Radio­wóz przy­je­chał bez włą­czo­nego sygnału, za to z pul­su­ją­cym błę­kit­nym kogu­tem na dachu. Mój mąż ulot­nił się spod drzwi. Kroki zdra­dziły, że wszedł po scho­dach i zamknął się w sypialni.

Przy­je­chało dwóch miłych, mło­dych poli­cjan­tów. Jeden wysoki i bar­dzo szczu­pły, drugi z brodą. Tego dru­giego widzia­łam potem u nas jesz­cze kilka razy. Widocz­nie dokład­nie wtedy, gdy wzy­wa­łam pomocy, wypa­dała jego służba. Opo­wie­dzia­łam, co się wyda­rzyło, odtwo­rzy­łam kawa­łek nagra­nia. Słu­chali bez słowa.

"Gdzie pani mąż?" "Pew­nie na górze". Zastu­kali kilka razy do drzwi jego sypialni. "Panie Marku, pro­szę otwo­rzyć, chcemy z panem poroz­ma­wiać. Pana żona boi się o swoje bez­pie­czeń­stwo. Pro­szę otwo­rzyć".

Głu­cha cisza. Ciemno w pokoju. Spał, a może tylko uda­wał, że śpi. Pano­wie odje­chali, a ja zosta­łam z doj­mu­ją­cym wsty­dem. To naprawdę zadzi­wia­jące, jak bar­dzo ofiara może się krę­po­wać powie­dzieć prawdę, jak nie­sa­mo­wi­cie wsty­dzi się, że była obiek­tem agre­sji. Nie masz poję­cia, ile mnie to kosz­to­wało, żeby pierw­szy raz wezwać patrol. Jak to? Inter­wen­cja mun­du­ro­wych w naszym pięk­nym domu z base­nem, ogro­dem i ochroną? W mojej rodzi­nie ni­gdy cze­goś takiego nie było, nie mia­łam ani nie zna­łam instruk­cji obsługi takich sytu­acji. Dzia­ła­łam intu­icyj­nie. Pró­bo­wa­łam roz­ma­wiać, per­swa­do­wać, potem szu­kać pomocy u bli­skich i wresz­cie została ostat­nia instan­cja - poli­cja. Wiesz, co usły­sza­łam od panów za dru­gim albo trze­cim razem?

"Pani Kingo, pro­szę się nie krę­po­wać i wołać nas zawsze, gdy uzna pani, że jeste­śmy potrzebni. My tu naprawdę znamy jesz­cze kilku pani sąsia­dów od tej strony. To osie­dle ma swoje tajem­nice. Nie jest pani jedyna".

Wie­dzia­łam, że powie­dzieli to po to, żeby dodać mi odwagi, żebym nie czuła się jak trę­do­wata na naszym "wytwor­nym" osie­dlu. Zaczę­łam jed­nak ina­czej patrzeć na oko­liczne wille. Na kobiety wyjeż­dża­jące z pose­sji samo­cho­dami z przy­ciem­nia­nymi szy­bami, w ciem­nych oku­la­rach, jakby coś chciały ukryć. Widzia­łam smutne twa­rze i pod­puch­nięte oczy. Wyglą­dały dokład­nie tak jak ja. I tak jak ja, żadna z nich nie chciała powie­dzieć słowa o tym, co dzieje się za zamknię­tymi drzwiami ich gigan­tycz­nych rezy­den­cji.

Jesz­cze jedno - mój mąż, podob­nie jak jego ojciec, utrzy­my­wał, że "swoje sprawy zała­twia się w domu", że "bru­dów nie wynosi się na zewnątrz". To powta­rzał w roz­mo­wach, tego chciał nauczyć nasze dzieci. Zawsze też sły­sza­łam: "Prze­stań narze­kać, gdzie jest krzywda? Ile two­ich kole­ża­nek zamie­ni­łoby się na dom, na dzieci, na waka­cje w Sta­nach, co?".

Na to pew­nie wiele, ale takiego męża raczej żadna by nie chciała. Asia, moja bli­ska kole­żanka, po któ­rejś roz­mo­wie nama­wiała: "Kinga, daj już spo­kój, to nie ma sensu. Ucie­kaj od niego, skła­daj papiery, prze­cież on cię kie­dyś zamę­czy".

A ja dalej swoje - że rodzina, dzieci, dom, że prze­cież on potrafi być dobrym czło­wie­kiem. Byłam ofiarą i naj­lep­szym adwo­ka­tem swo­jego oprawcy. Dopiero wiele lat póź­niej zro­zu­mia­łam, że to kla­syka gatunku. Syn­drom sztok­holm­ski, który każe poni­ża­nym sta­nąć po stro­nie poni­ża­ją­cego.

Bałam się o dzieci. Nie chcia­łam w żaden spo­sób wcią­gać ich do naszego bagna. Wielu z naszych awan­tur zresztą nie sły­szały, bo - jak mówi­łam - one zda­rzały się dokład­nie wtedy, gdy obojga nie było w domu.

Tak działo się na początku. Potem Marek nie­spe­cjal­nie się hamo­wał. Wyda­wało mi się, że kiedy kłó­cimy się na dole, to nasza Helena niczego nie sły­szy. Jej pokój znaj­do­wał się w odle­głej czę­ści domu, czę­sto zamy­kała drzwi, które były sto­sun­kowo szczelne. Ale ona sły­szała dosko­nale. Nawet przez sen. Była jak naj­lep­szy sej­smo­graf. Zro­biła się ner­wowa, opu­ściła się w nauce, zaczęły się pro­blemy z rówie­śni­kami i z doj­rze­wa­niem. Wje­chała tera­pia.

"Widzisz, to twoja wina. Zobacz, do czego dopro­wa­dziły twoje pre­ten­sje i gorz­kie żale" - tak brzmiała dia­gnoza jej ojca. "Marek, my też powin­ni­śmy iść do spe­cja­li­sty, nie pora­dzimy sobie sami" - pro­si­łam. "Spe­cja­li­sta? Chyba dla cie­bie. Mnie nie jest do niczego potrzebny" - uci­nał dys­ku­sję.

Zwy­kle po takich roz­mo­wach zamy­kał się - dosłow­nie i w prze­no­śni. Prze­sta­wał się odzy­wać i trwało to tygo­dniami. Na dzień dobry - nic, przy stole - ani słowa. Zamiast tego - pisał do mnie maile. Masz poję­cie? Miesz­ka­li­śmy wciąż pod jed­nym dachem, mie­li­śmy wspólną kuch­nię i drzwi wej­ściowe, a mój mąż poro­zu­mie­wał się za pośred­nic­twem poczty elek­tro­nicz­nej.

"Kingo,

infor­muję, że nie godzę się na wyjazd Heleny na zawody do Ber­lina. Jako odpo­wie­dzialny ojciec uwa­żam, że powinna sku­pić się na nauce, za którą - przy­po­mi­nam - słono płacę. Zwra­cam także uwagę, że powin­naś poroz­ma­wiać z panią Olgą. Jej sprzą­ta­nie i pra­so­wa­nie ostat­nio pozo­sta­wia wiele do życze­nia".

Albo:

"Nie życzę sobie, żebyś uży­wała fili­ża­nek z ser­wisu od Kawec­kich. To zbyt dro­gie rze­czy jak na sytu­acje bez powodu. Weź to pod uwagę".

Albo:

"Za dwa dni wycho­dzimy na przy­ję­cie do Gum­kow­skich. Ocze­kuję, że przy­go­tu­jesz mi koszulę z mono­gra­mem i sama ubie­rzesz się sto­sow­nie. Przy­po­mi­nam, że nasza obec­ność jest tam konieczna ze wzglę­dów repre­zen­ta­cyj­nych".

Itd., itp. Pisa­nie miało jed­nak pewną zaletę - awan­tury cichły. Nie­stety nie na długo. Po chwili spo­koju wszystko zaczy­nało się na nowo. Picie, gło­śna muzyka i agre­sja.

Rubi­kon został prze­kro­czony, gdy zapo­mniał się i puściły mu nerwy w obec­no­ści Iwona.

Marek nie zauwa­żył, wpa­da­jąc z furią do kuchni, że jest w niej też nasz szes­na­sto­letni syn. Wystar­to­wał do mnie z pię­ściami, wyzy­wa­jąc od zło­dzie­jek i oszu­stek i to był moment, kiedy... nie wiem, jak to opi­sać... to były sekundy, ułamki sekund. Iwo rzu­cił się na niego. "Zostaw mamę!" - zawył i zwa­lił ojca na pod­łogę.

Ni­gdy w życiu nie myśla­łam, że kie­dy­kol­wiek doświad­czę cze­goś takiego. Nie sądzi­łam, że zoba­czę, jak moje dziecko rzuca na łopatki swo­jego pod­pi­tego ojca, który chwilę wcze­śniej był gotowy mnie pobić. Syn oddy­chał ciężko, pró­bu­jąc wyha­mo­wać emo­cje. Ten dzie­ciak uświa­do­mił mi, że nie można pozwa­lać na bycie ofiarą. Że nie mogę już dłu­żej uda­wać, że to chwi­lowe, że wszystko będzie dobrze albo że wcale aż tak nie bolało. Następ­nego dnia poje­cha­łam na komi­sa­riat. Spi­sa­łam zezna­nie, zło­ży­łam donie­sie­nie do pro­ku­ra­tury o podej­rze­niu popeł­nie­nia prze­stęp­stwa.

"Czas na Nie­bie­ską Kartę" - powie­działa dziel­ni­cowa, pani Basia. Silna, rosła kobieta o łagod­nych oczach i żela­znym uści­sku dłoni.

Przy­zna­łam jej rację. Sprawa tra­fiła do sądu rodzin­nego. Marek dostał sto­sowne papiery i chyba się prze­stra­szył, bo sam do mnie przy­szedł i powie­dział: "OK, Kinga, chodźmy na tera­pię".

Nie chcę, żeby to wyglą­dało, że oto nagle przej­rzał na oczy, zro­bił rachu­nek sumie­nia i posta­no­wił rato­wać rodzinę. Nie. Znał się na pra­wie, być może też ktoś mu dora­dzał. Wie­dział, że to jedyny spo­sób, żeby sąd łaska­wiej na niego spoj­rzał. Dosta­li­śmy wezwa­nie do sądu. Oboje. Sprawa doty­czyła ode­bra­nia praw rodzi­ciel­skich. Obojgu. Iwo i Hela dostali nad­zór psy­cho­lo­gów w swo­ich szko­łach. W związku z Nie­bie­ską Kartą został też powo­łany zespół inter­dy­scy­pli­narny do zba­da­nia naszego przy­padku. Musie­li­śmy się co kilka dni spo­ty­kać i roz­ma­wiać o tym, jak wygląda sytu­acja w domu. Marek za każ­dym razem był opry­skliwy i pełen gniewu. Nego­wał wszystko, co sły­szał, każde słowo.

"Co pani wyga­duje? Jaka prze­moc? W każ­dym domu są kon­flikty, u pani tylko sie­lanka? Mam w to uwie­rzyć? Nasze dzieci mają super­ży­cie, miodu i mleka im nie bra­kuje, a pani mi tu opo­wiada o krzyw­dzie? Jaka krzywda? Każde ma po sto metrów prze­strzeni w domu, konto w banku, stosy elek­tro­niki, wszyst­kie zachcianki speł­niane na pstryk. Non­sens całe to spo­tka­nie. Sąd kap­tu­rowy, psia­krew".

Widzisz? Nie było w nim skru­chy ani żalu. Tylko gniew i złość.

To był czas, gdy głos swo­jego męża sły­sza­łam wyłącz­nie na tera­pii. W domu pano­wało mil­cze­nie. To bolało chyba nawet bar­dziej niż ude­rze­nie w twarz. Bar­dziej niż kop­niak wymie­rzony z całej siły w brzuch. To trwało w nie­skoń­czo­ność i koń­czyło się rów­nie nagle, jak zaczy­nało. Marek wcho­dził do salonu z uśmie­chem na twa­rzy i zaczy­nał roz­mowę o pogo­dzie, jak gdyby ni­gdy nic. Wiem, że brzmi to idio­tycz­nie, ale dokład­nie tak było. Zaczy­nał się mie­siąc mio­dowy. Cho­dzi­li­śmy do kina, teatru, na spa­cery.

"Zabie­ram cię na kola­cję do Medio­lanu" - oświad­czył któ­re­goś dnia i wie­czo­rem byli­śmy już w La Scali, oglą­da­jąc genialną Toscę. Podob­nie było z wyjaz­dem do Nowego Jorku. Wystar­czyło, że powie­dzia­łam: "Marzy mi się Metro­po­li­tan Opera", a dwa tygo­dnie póź­niej sie­dzie­li­śmy w kla­sie biz­nes i lecie­li­śmy za ocean. Kiedy chciał, potra­fił mieć gest. Obsy­py­wał kwia­tami, kupo­wał dro­gie torebki, znów był moim daw­nym Mar­kiem, któ­rego poko­cha­łam bez pamięci. Łapa­łam te okru­chy cie­pła, pozory nor­mal­no­ści jak wygłod­niały pies. Cie­szy­łam się, tak. W duchu mia­łam nadzieję, że jed­nak coś się w nim prze­war­to­ścio­wało, poukła­dało.

Nasza tera­peutka powie­działa mi: "Pani Kingo, wygląda na to, że sytu­acja się popra­wia, a ja nie mogę dłu­żej pań­stwu poma­gać, jeśli pozy­cja mał­żon­ków nie jest syme­tryczna".

Marek natych­miast to pod­chwy­cił: "Jeśli mamy być w tera­pii i poskła­dać rodzinę, wyco­faj sprawę pro­ku­ra­tor­ską".

To był szan­taż, to oczy­wi­ste. Ale za bar­dzo zale­żało mi na nas, na dzie­ciach, rodzi­nie. Zgo­dzi­łam się. Marek popro­sił o zmianę gabi­netu. Zna­lazł dwoje tera­peu­tów pra­cu­ją­cych z parami. Spo­ty­ka­li­śmy się we czworo. Naj­pierw przez rok, potem prze­rwa i kolejne dwa­na­ście mie­sięcy. Nasza domowa sinu­so­ida, zamiast się spłasz­czać, szy­bo­wała w górę albo spa­dała na dno. Po dwóch latach huś­tawki usły­sze­li­śmy: "Pani Kingo, panie Marku, doszli­śmy do wnio­sku, że nasza praca już się zakoń­czyła. Nie potra­fimy pomóc pań­stwu jako parze. Ogrom­nie nam przy­kro. Krę­cimy się w kółko, mamy do czy­nie­nia ze spi­ralą zacie­śnia­ją­cych się kół. Naszą suge­stią są już tylko tera­pie indy­wi­du­alne".

Marek wyszedł bez słowa, ja zgło­si­łam się do psy­cho­loga.

Wiele mu zawdzię­czam. Przede wszyst­kim świa­do­mość, że w żaden spo­sób nie uzdro­wię mojego męża, że mogę tylko rato­wać sie­bie.

Znów mój syn otwo­rzył mi oczy. Pamię­tam, kiedy szy­ko­wał się do wyjazdu na stu­dia do Lon­dynu, sta­nął przy bla­cie w kuchni, tuż obok miej­sca, na które kilka lat wcze­śniej zwa­lił pijane ciało ojca. "Mamo, co masz zamiar zro­bić teraz ze swoim życiem, co?"

Podzia­łało jak kubeł zim­nej wody. Nie wiem dla­czego. W tej jed­nej chwili posta­no­wi­łam - koniec z tym. Skła­dam pozew roz­wo­dowy i wycho­dzę z tej pseu­do­zło­tej klatki. Już nie chcę tak funk­cjo­no­wać, szkoda mi każ­dego dnia i każ­dej chwili. Wyna­ję­łam miesz­ka­nie od zna­jo­mych, zabra­łam rze­czy i w dzień swo­ich czter­dzie­stych pią­tych uro­dzin zaczę­łam wszystko od nowa. Wypro­wa­dzi­ły­śmy się z Helą. Czy się bałam? Pew­nie. Ale wie­dzia­łam, że to jedyne wyj­ście, ostat­nia szansa, żeby oca­lić resztki sie­bie. Aha, oczy­wi­ście wysła­łam maila do - jesz­cze wtedy - męża. Uzna­łam, że tak jest w porządku. Tym bar­dziej że wła­śnie od dwóch mie­sięcy znowu się do mnie nie odzy­wał i już nawet nie pamię­ta­łam z jakiego powodu. Napi­sa­łam:

"Marku,

nie chcę i nie mogę dłu­żej tkwić w tok­sycz­nej rela­cji. To, co się dzieje mię­dzy nami, od lat truje mnie i nasze dzieci. Cie­bie pew­nie też. Chcę roz­wodu - żeby poka­zać Hele­nie, że kobieta nie może pozwa­lać sobie na życie w dys­funk­cyj­nej rodzi­nie, żeby wie­działa, że nie ma sytu­acji bez wyj­ścia, że każdy zasłu­guje na miłość i sza­cu­nek, któ­rego mi nie dałeś. Chcę, żeby nasza córka szła przez życie z pod­nie­sioną głową, bo ja uno­szę swoją dopiero teraz. Ni­gdy nie jest za późno".

Nie odpi­sał.

Roz­wód bra­li­śmy w samym szczy­cie pan­de­mii. Zale­żało mi na tym, żeby to odbyło się szybko, bez cere­gieli i orze­ka­nia o winie. Byłam zmę­czona, potwor­nie zmę­czona. Nie pozna­ła­byś mnie, gdy­byś teraz zoba­czyła moje zdję­cia z tam­tego okresu. Uzgod­ni­li­śmy, że opieka nad Helą będzie naprze­mienna i tak dość długo było. Aż córka zde­cy­do­wała, że chce zamiesz­kać tylko ze mną. Nasze miesz­ka­nie jest malut­kie, ale nasze. Z wido­kiem na zie­leń, gdy rano otwo­rzymy okna, sły­szymy śpiew pta­ków. Jestem wolna i szczę­śliwa, daleka od prze­mo­co­wej rela­cji. Dziś już wiem, że to, co pró­bo­wa­łam "zafun­do­wać" Mar­kowi, też było formą prze­mocy. Chcia­łam go prze­ko­nać do życia po mojemu, a on chciał żyć według jakichś swo­ich praw. Pozna­łam je dość dobrze i ani jed­nego nie akcep­tuję. Nie chcę i nie muszę. On - chyba tak. Co u niego? Nie wiem. Mieszka w naszym wiel­kim domu i jest sam. Przy­ja­ciele zostali ze mną.

Opowieść Eweliny

Opo­wieść Ewe­liny

Nie zapo­mnę, jak kie­dyś w środku nocy trzy­mał mnie za włosy nad sto­licz­kiem z roz­sy­paną koką. Krzy­czał: "Cią­gnij suko!".

Fry­de­ryk zawsze oto­czony był wia­nusz­kiem poplecz­ni­ków. Cią­gle w dzia­ła­niu. Cią­gle z nowymi pomy­słami i listą nowych zadań.

W spo­sób natu­ralny nasze tem­pe­ra­menty się spo­tkały. Na początku ta współ­praca zda­wała się ide­alna. Podo­bało mi się w nim to, że szybko myślał, miał doświad­cze­nie (był dwa­na­ście lat star­szy) i cięte ripo­sty.

Ja mu zaim­po­no­wa­łam moją zna­jo­mo­ścią języ­ków i pra­co­wi­to­ścią oraz ana­li­tycz­nym umy­słem. Choć i tak na pierw­szym spo­tka­niu jego wzrok głów­nie spo­czy­wał na moim biu­ście. Nawet zwró­ci­łam mu wtedy uwagę...

Mam taką cechę, która po latach mi się przy­słu­żyła - a mia­no­wi­cie pamię­tam wyda­rze­nia z naj­drob­niej­szymi deta­lami...

Mia­łam na sobie kla­syczną białą bluzkę z koł­nie­rzy­kiem i do tego czarną ołów­kową spód­nicę za kolano. Zawsze lubi­łam ubie­rać się kobieco, ale dobie­ra­łam strój do oka­zji, poza tym wiem, że z moimi pro­por­cjami muszę zacho­wać szcze­gólną oszczęd­ność i skrom­ność. Bo jest to cza­sem temat nawet bar­dziej draż­liwy dla nie­któ­rych kobiet niż dla męż­czyzn.

To nie­praw­do­po­dobne, jak bar­dzo w Pol­sce wygląd wpływa na to, jak cię ludzie odbie­rają, w innych kra­jach nie zauwa­ży­łam takiego szu­flad­ko­wa­nia, no ale cóż, każde miej­sce na ziemi ma swoją spe­cy­fikę.

Wróćmy jed­nak do początku tej histo­rii...

Przy­go­to­wy­wa­łam się wtedy do matury we fran­cu­skiej szkole. Od dwóch lat w związku z chło­pa­kiem z Gre­cji. Tam też spę­dza­łam waka­cje i uczy­łam się zachłan­nie kolej­nego języka. Zawsze mia­łam do tego łatwość, mówi­łam już bie­gle po angiel­sku, fran­cu­sku i por­tu­gal­sku.

Fry­de­ryk był poli­ty­kiem z wiel­kimi ambi­cjami biz­ne­so­wymi i biz­nes­me­nem rów­no­cze­śnie. Kiedy zorien­to­wał się, że wła­dam płyn­nie kil­koma języ­kami oraz mam siatkę licz­nych kon­tak­tów zagra­nicz­nych, natych­miast zapro­po­no­wał mi współ­pracę przy swoim start-upie.

Zaczę­li­śmy od zatrud­nie­nia sze­ściu osób - plus sprzą­taczka i księ­gowy na pół etatu. Nad­zo­ro­wa­łam dosłow­nie wszystko; pisa­łam każdy mail, bo oka­zało się, że Fry­de­ryk angiel­ski znał jedy­nie na pozio­mie bar­dzo pod­sta­wo­wej komu­ni­ka­cji. Pisał i mówił z takimi błę­dami, że uzna­łam, że będzie lepiej, żeby nie kon­tak­to­wał się w tym języku z kim­kol­wiek spoza firmy. Choć uwiel­biał sno­bo­wać się na swoje mię­dzy­na­ro­dowe kon­takty, to z cza­sem oka­zało się, że tako­wych nie miał. To wtedy kazał wszyst­kim w pracy, łącz­nie ze mną, mówić do sie­bie Fred.

Zaczęło się sie­dze­nie w biu­rze do nocy i wysłu­chi­wa­nie opo­wie­ści o cho­ro­bie psy­chicz­nej jego ówcze­snej żony. Według niego miała schi­zo­fre­nię i omamy. Mówił z prze­ję­ciem, jaka to biedna jest jego mała córeczka z taką zwa­rio­waną i nie­bez­pieczną matką.

Gdy patrzę na te histo­rie z per­spek­tywy czasu, wiem, że nic z tego nie było prawdą. Po naszym roz­sta­niu iden­tyczne opo­wia­dał wszyst­kim zna­jo­mym o mnie. Lecz wtedy mu wie­rzy­łam, nie mia­łam ni­gdy wcze­śniej do czy­nie­nia z oszu­stami ani kłam­cami, nie­stety musia­łam być dla niego łatwą do zma­ni­pu­lo­wa­nia zdo­by­czą.

Fred spodo­bał mi się pod wzglę­dem inte­lek­tu­al­nym, ale, co muszę pod­kre­ślić, moje kom­pe­ten­cje niczym nie odbie­gały od jego, mimo że byłam sporo od niego młod­sza. Od dziecka obra­ca­łam się wśród elity inte­lek­tu­al­nej i niczego nie musia­łam sobie udo­wad­niać.

Do swo­jego start-upu zapro­sił mnie jako part­nera biz­ne­so­wego. Praca coraz bar­dziej mnie zaj­mo­wała, mia­łam mniej czasu na wyjazdy do mojego chło­paka i w końcu miłość z Niko­sem zaczęła umie­rać śmier­cią natu­ralną, zwią­zek na odle­głość prze­stał się spraw­dzać.

Fred narze­kał na kosz­marną żonę, na to, że go zdra­dza, a on strasz­nie cierpi, że krzyw­dzi jego córkę fizycz­nie i psy­chicz­nie, że robi mu cią­głe awan­tury lub nie odzywa się do niego tygo­dniami, że jest mało inte­li­gentna i jedyne, co ją inte­re­suje, to nowe ciu­chy, że jest pro­staczką pocho­dzącą ze sła­bej rodziny zupeł­nie nie­wy­kształ­co­nych ludzi, że uważa się za nie wia­domo jaką damę, a naprawdę jest zerem... Zszo­ko­wał mnie, pyta­łam, dla­czego w takim razie się z nią oże­nił, skoro tak źle ją oce­nia. Odparł, że mał­żeń­stwo z nią to naj­więk­szy błąd jego życia, że nie kochał jej ni­gdy, ale bał się, że po stu­diach nie będzie miał już gdzie poznać kogoś innego, więc "brał, co było pod ręką". Poza tym wokół niego kole­dzy z roku też się pobie­rali, nie chciał więc być gor­szy. Tę samą nar­ra­cję Fred sto­suje teraz, poma­wia­jąc mnie.

Pew­nego wie­czoru po pracy zapro­sił mnie na kola­cję i wyznał łamią­cym się gło­sem, że zło­żył papiery roz­wo­dowe... Zale­d­wie kilka mie­sięcy póź­niej poka­zy­wał się publicz­nie z Justyną, dorodną, wysoką blon­dynką z bar­dzo boga­tej rodziny. Zaczął się z nią foto­gra­fo­wać i udzie­lać wywia­dów o tym, jaki jest szczę­śliwy u boku nowej kobiety, cha­dzał z nią na ofi­cjalne rauty i bale.

Po jakimś cza­sie oznaj­mił mi, że im nie wyszło, że "to nie było to", a Justyna zde­cy­do­wała się po roz­sta­niu prze­pro­wa­dzić do Austra­lii.

Stop­niowo zaczę­li­śmy się spo­ty­kać czę­ściej i czę­ściej. Jakże się zdzi­wi­łam, gdy na randce w kinie przy­pad­kowo spo­tka­li­śmy Justynę, która rze­komo miesz­kała już w Austra­lii. Była na Freda wście­kła, krzy­czała, że jest oszu­stem, zło­ściła się rów­nież na mnie, ale z jej wypo­wie­dzi nie wyni­kało nic wię­cej niż to, że Fry­de­ryk ją oszu­kał. Popro­si­łam go o wyja­śnie­nie. Odparł, że nie­stety Justyna nie jest sta­bilna emo­cjo­nal­nie, że ma cho­robę psy­chiczną i że to wła­śnie było tak naprawdę powo­dem ich roz­sta­nia, a ona ni­gdy nie zaak­cep­to­wała tego faktu i teraz się na nim mści.

Widzia­łam furię tej kobiety, więc, jak to się mówi, "kupi­łam tę bajkę". Po latach jed­nak dowie­dzia­łam się, iż emo­cjo­nalna reak­cja Justyny była jak naj­bar­dziej na miej­scu, gdyż Fred wcale się z nią nie roz­stał, na­dal była wtedy jego dziew­czyną i nie miała o mnie i naszym związku poję­cia. Oszu­ki­wał nas obie, lecz wtedy naiw­nie wie­rzy­łam w jego opo­wie­ści i bar­dzo mu współ­czu­łam, że znowu źle tra­fił, znowu na chorą psy­chicz­nie kobietę...

Przez wiele mie­sięcy Fred zabie­gał, żebym zain­te­re­so­wała się nim jako męż­czy­zną. Wtedy nie bar­dzo podo­bał mi się fizycz­nie. Dużo bar­dziej ceni­łam go jako inte­li­gent­nego roz­mówcę, a nie part­nera. Poro­zu­mie­nie inte­lek­tu­alne było spo­iwem tego związku i moim głów­nym fety­szem.

Na początku był deli­katny i roman­tyczny, pamię­tam kola­cje przy świe­cach i muzykę poważną...

Nie zapa­liła mi się żadna czer­wona lampka, a prze­cież po latach oka­zało się, że Fred reali­zo­wał liczne per­wer­sje sek­su­alne z paniami z roz­kła­dó­wek maga­zy­nów dla panów, w domu uda­jąc plu­szo­wego misia.

Za to dużo prze­ciwko niemu miała moja rodzina. Mama deli­kat­nie suge­ro­wała, że nie jest on dobrym wybo­rem. Żar­to­wała, że jako kar­dio­log zna się na spra­wach ser­co­wych. Tata nato­miast sprze­ci­wiał się ostrzej. Wska­zy­wał na pocho­dze­nie spo­łeczne Freda, jako histo­ryk wie­dział, że w prze­szło­ści ojciec mojego uko­cha­nego zwią­zany był z par­tią komu­ni­styczną i spla­mił swój honor nie­mo­ral­nymi zacho­wa­niami. Uprze­dzał mnie, że Fred może oka­zać się ukła­do­wi­czem i afe­ra­łem...

Nie­stety, w krót­kim cza­sie potwier­dziły się te obawy i Fred wylą­do­wał jako domnie­many oszust i zło­dziej na okład­kach wszyst­kich gazet oraz w głów­nych wyda­niach wia­do­mo­ści na wszyst­kich kana­łach tele­wi­zyj­nych.

Firma roz­wi­jała się wyśmie­ni­cie. Prze­pra­szam, ja ją roz­wi­jałam ciężką pracą, czę­sto po godzi­nach, dopi­na­łam coraz więk­sze mię­dzy­na­ro­dowe kon­trakty.

Fred nato­miast piął się po szcze­blach kariery poli­tycz­nej. A wiesz, jak to wygląda: dużo spo­tkań, przy­jęć i wódki...

Zarę­czy­li­śmy się w Paryżu. Nie stać nas było wtedy na dro­gie hotele, więc spa­li­śmy w cia­snym, trzy­gwiazd­ko­wym, przy jed­nym z dwor­ców, z dala od cen­trum, bo na tyle pozwa­lał nam wspól­nie uzbie­rany na ten wyjazd budżet. Ku mojemu zasko­cze­niu Fred oświad­czył mi się pod wieżą Eif­fla. Nie stać nas było tam­tego wie­czoru na kola­cję w restau­ra­cji na wyso­ko­ściach, ale sko­czy­li­śmy do jakie­goś małego i przy­tul­nego bistro...

Ja byłam wtedy młoda, mia­łam dwa­dzie­ścia cztery lata, od pię­ciu lat wspól­nie budo­wa­li­śmy firmę, dopiero od roku miesz­ka­li­śmy razem, nie myśla­łam więc jesz­cze o tak szyb­kim zakła­da­niu rodziny, ale nie widzia­łam powodu, aby odrzu­cać zarę­czyny, prze­cież wyda­wało mi się, że wszystko jest w porządku, pra­co­wa­li­śmy razem, budo­wa­li­śmy wspólną przy­szłość...

Jaki on wtedy był? Fajny i bystry. Jest świet­nym akto­rem, dopa­so­wuje się do oko­licz­no­ści tak, aby uzy­skać okre­ślony cel. Jest bar­dzo prze­bie­gły, zna się dosko­nale na meto­dach mani­pu­la­cji, z któ­rych już wtedy prze­szedł liczne szko­le­nia. Ni­gdy jed­nak nie sądzi­łam, że wie­dzę w tym zakre­sie będzie wyko­rzy­sty­wał prze­ciwko oso­bie, z którą pla­nuje przy­szłość.

To, co łączy wszyst­kie jego twa­rze, to wieczne prze­by­wa­nie w towa­rzy­stwie poplecz­ni­ków i zała­twia­czy oraz goto­wość do dzia­ła­nia wszel­kimi, nawet nie­le­gal­nymi meto­dami, ważne, aby sku­tecz­nie; ale wtedy jesz­cze tych jego innych twa­rzy nie zna­łam. Z pew­no­ścią gdy­bym była bogat­sza o wie­dzę, którą naby­łam na jego temat lata póź­niej, wtedy powie­dzia­ła­bym sta­now­cze NIE.

Póź­niej, gdy już zosta­łam jego żoną, tak naprawdę na żad­nym wyjeź­dzie nie byli­śmy sami. Zawsze jechali z nami jacyś zna­jomi, któ­rzy coś dawali albo zała­twiali lub byli po pro­stu bogaci i mogli się Fre­dowi do cze­goś przy­dać. To zna­jo­mo­ściami z nimi popi­sy­wał się wśród bied­niej­szych kole­gów bądź na Face­bo­oku i Insta­gra­mie. Fred inte­re­so­wał się tylko tymi ludźmi, któ­rzy mieli wielki dom, for­tunę w banku, pry­watny odrzu­to­wiec bądź przy­naj­mniej jacht, innych nazy­wał "przy­dat­nymi idio­tami". Przy­jaź­nie były u niego na pokaz, jeśli ktoś oka­zy­wał się nie­uży­teczny, wypa­dał z orbity.

Oczy­wi­ście zawsze uda­wał przy­ja­ciela wszyst­kich, z czy­stego wyra­cho­wa­nia, jed­no­cze­śnie obśmie­wa­jąc nie­któ­rych za ich ple­cami. Zapra­szał ich na kola­cje i lan­czyki, za które ni­gdy z wła­snej kie­szeni nie pła­cił, gdyż wydat­kami obar­czał firmę, czyli de facto... niczego nie­świa­do­mych akcjo­na­riu­szy.

Jedy­nie do Afryki poje­cha­li­śmy tylko we dwoje. Przez chwilę nawet miło ten pobyt wspo­mi­na­łam... aż do momentu, gdy otrzy­ma­łam dowody, że ni­gdy, nawet w cza­sie gdy byłam w ciąży, nie byłam jego jedyną kobietą ani jego praw­dziwą miło­ścią.

Fred w trak­cie trwa­nia naszego mał­żeń­stwa utrzy­my­wał stałe rela­cje jesz­cze z dwiema kochan­kami, naraz. Ja byłam oczy­wi­ście dla niego wygodną żoną, którą można śmiało poka­zać jako swoją wizy­tówkę i pochwa­lić się nią na salo­nach, ale, jak widać, to mu nie wystar­czyło.

Oka­zał się sek­so­ho­li­kiem, lubił zdra­dzać. Podo­bało mu się, że taki jest sprytny w swo­ich oszu­stwach, że przez lata o niczym nie wie­dzia­łam. Teraz robi dokład­nie to samo swo­jej naj­now­szej "ofi­cjal­nej" kobie­cie.

Do tej pory zda­rza się, że któ­raś z jego kocha­nek kon­tak­tuje się ze mną przez media spo­łecz­no­ściowe, lecz na szczę­ście teraz pytają o tę kobietę, która była jego kochanką w cza­sie, gdy my byli­śmy razem. Nie­któ­rzy nazy­wają to karmą, ja się cie­szę, że nie jest to już mój pro­blem.

Wtedy nawet przez myśl mi nie prze­szło, że ktoś, kto ślu­bo­wał mi wier­ność, mógłby oka­zać się tak nie w porządku; to się w ogóle nie wpi­sy­wało w mój kanon war­to­ści. Myśla­łam, że wszystko jest OK, gdyż mie­rzy­łam go swoją miarą. Jed­nak nic, nawet dobre wspo­mnie­nia nie oka­zały się praw­dziwe.

Dziś nie jestem już tak naiwna jak kie­dyś, wiem, że świat jest pełen złych ludzi. Nie ufam tak jak kie­dyś i nie popeł­niam tych samych błę­dów. Doświad­cze­nia z Fre­dem poka­zały mi, że można żyć w ilu­zji wiele lat. To na zawsze pozo­sta­wia skazę w sercu.

Wszystko ukła­dało się w dosko­nałą złotą mozaikę do momentu pierw­szego pęk­nię­cia.

Któ­re­goś wie­czoru, na jed­nym z even­tów biz­ne­so­wych, oka­zało się, że mój Fred uga­duje nie do końca jasny deal, na doda­tek za ogromne pań­stwowe pie­nią­dze.

Powoli pozna­wa­łam wtedy mean­dry poli­tyki i nie potra­fi­łam się z tym świa­tem uło­żyć, nie lubi­łam tego fał­szu i obłudy oraz tego, że tak powszechne jest w nim budo­wa­nie kariery na cudzych ple­cach i z uży­ciem brud­nych gier. Mnie od tego odrzu­cało zawsze, a ten pań­stwowy kon­trakt Freda był ide­al­nym dowo­dem na to, że wszystko na styku poli­tyki i biz­nesu jest śmier­dzące. Brudny pie­niądz ni­gdy się nie wyczy­ści.

Fred, na fali suk­ce­sów roz­pę­dzony jak rakieta, myśląc, że jest bez­karny i może wszystko, prze­jął sporo pań­stwo­wych środ­ków. Wtedy uwa­żał, że jest nie­ty­kalny, a tu noga się powi­nęła... Z hukiem wyle­ciał z par­tii.

Zamknął się w miesz­ka­niu i zanu­rzył w depre­sji. Auten­tycz­nie! Po raz pierw­szy w życiu widzia­łam męż­czy­znę, który klę­czy i pła­cze... Weszłam oczy­wi­ście w rolę pocie­szy­cielki stra­pio­nych i ratow­niczkę. Wszę­dzie, gdzie bała­gan - posprzą­tam. Gdy ktoś tonie - pobie­gnę z ratun­kiem, zwłasz­cza jeśli tonie czło­wiek mi bli­ski.

Czy mia­łam myśli, żeby go wtedy zosta­wić? Abso­lut­nie nie.

Ow­szem, nie podo­bał mi się brak uczci­wo­ści, o czym mu szcze­rze mówi­łam, ale to prze­cież był mój męż­czy­zna!

Każdy cza­sem popeł­nia błędy. Fred zakli­nał się, że ni­gdy wię­cej nic takiego nie zrobi. Wie­rzy­łam, że szcze­rze żało­wał.

Wybu­chła afera korup­cyjna. Fred po kilku dniach pła­czu wymy­ślił wraz z praw­ni­kiem dwu­eta­powy plan dzia­ła­nia. W pierw­szym, aby prasa go nie znisz­czyła, wszyst­kich, któ­rzy będą o nim pisać prawdę, miał pozy­wać o naru­sze­nie dóbr oso­bi­stych i znie­sła­wie­nie, w kolej­nym miał finan­so­wać duże wydaw­nic­twa oraz wspie­ra­jące je fun­da­cje. Wyku­py­wał roczne pakiety rekla­mowe (arty­kuły spon­sor­skie, ogło­sze­nia i reklamy), gwa­ran­tu­jąc sobie w ten spo­sób nie­ty­kal­ność... Gazeta działa tak, że pod koniec roku bilans musi wyjść na plus, ina­czej tytuł się nie broni i upada. Gdy odcho­dzi duży klient, to nie jest dobrze. Oka­zało się, że ta stra­te­gia podzia­łała i... działa do dziś. Fred ma w kie­szeni wiele redak­cji i licz­nych dzien­ni­ka­rzy.

Jego słynne motto: "Zaje­bię wszyst­kich, któ­rzy będą usi­ło­wali pod­nieść na mnie rękę" teraz doty­czy też mnie.

Kiedy patrzę wstecz, widzę jasno swoje błędy i klapki, które mia­łam na oczach. Widzę, jak ufa­łam za bar­dzo, za bar­dzo sta­ra­łam się utrzy­mać rodzinę i jak nie widzia­łam żad­nych sygna­łów ostrze­gaw­czych, bo nawet nie wie­dzia­łam, że w ogóle mogą takie być.

Ni­gdy nie bra­łam pod uwagę odej­ścia od Freda. Dora­sta­łam w peł­nej rodzi­nie, bez roz­wo­dów, gdzie mąż i żona to święta jed­nostka, gdzie się nie porzuca nikogo w kło­po­tach, a do końca wal­czy o to, aby nawró­cić mał­żonka na wła­ściwe tory. I to mnie zgu­biło.

Nie bra­łam udziału w prze­krę­tach Freda, na szczę­ście dzia­ła­li­śmy w zupeł­nie innych stre­fach biz­ne­so­wych, ale im bar­dziej widzia­łam i sły­sza­łam, co robi, i pro­te­sto­wa­łam prze­ciwko jego poczy­na­niom, tym bar­dziej zły, oschły i okrutny się sta­wał wobec mnie. Mówił, że albo jestem z nim, albo prze­ciw niemu, dla tego czło­wieka nie ma nic pomię­dzy.

Albo jesteś jego "pacho­łem", jak sam nazy­wał swo­ich poplecz­ni­ków, "pod­nóż­kiem" albo wro­giem... i tak w jego oce­nie prze­szłam na drugą stronę mocy, co miało mnie póź­niej wiele kosz­to­wać.

Nie mie­li­śmy przed ślu­bem inter­cyzy, bo pobra­li­śmy się na dobre i na złe. Po afe­rze chciał wró­cić do poli­tyki i zaczął szu­kać, w jaki spo­sób ukryć mają­tek. Posta­no­wił wszystko prze­pi­sać na swoją matkę, a potem prze­nieść wła­sność z powro­tem na mnie i na sie­bie. Tak nie­stety się nie stało i w wyniku jego machlo­jek, sfał­szo­wa­nych przez niego doku­men­tów i pod­pi­sów, zosta­łam pozba­wiona prak­tycz­nie całego mojego dorobku... Zostały mi kre­dyty Freda i tro­chę oszczęd­no­ści na kon­tach akcyj­nych, które to pie­nią­dze póź­niej zwy­czaj­nie z moich kont ukradł (do dziś toczy się o to sprawa). O mój doro­bek, mimo upływu wielu lat, na­dal wal­czę w sądach. Pol­skie sądow­nic­two pozo­sta­wia wiele do życze­nia, moje sprawy cią­gną się od pię­ciu lat i nie widać ich końca. Mimo opi­nii bie­głych sądo­wych o fał­szer­stwie żad­nych środ­ków nie odzy­ska­łam do dziś.

Dzia­ła­niami mojego męża zwią­za­nymi z ukry­wa­niem majątku i nie­pra­wi­dło­wo­ściami w oświad­cze­niach finan­so­wych zain­te­re­so­wało się CBA. Fred bar­dzo się służb bał, mówił że to koniec, roz­wa­żał ucieczkę z kraju.

Kolejna czer­wona lampka zapa­liła mi się, gdy prze­szłam mój pierw­szy oso­bi­sty potworny dra­mat - poro­nie­nie...

Fred nie tylko nie przy­je­chał do szpi­tala, nie usły­sza­łam żad­nych słów wspar­cia czy wyrazu jakiej­kol­wiek empa­tii, za to wie­czo­rem tego samego dnia kazał mi skosz­to­ry­so­wać wielką trans­ak­cję. Uda­wał, że nic się nie stało.

Jakieś dwa mie­siące póź­niej wyje­cha­li­śmy do Miami, oczy­wi­ście z jego zna­jo­mymi.

Wyna­jął jacht, na któ­rym już pierw­szego wie­czoru poja­wiło się trzy­dzie­ści dzi­wek.

Dla­czego tak dużo? Nie wiem...

Dla­czego nazwa­łam tak jed­no­znacz­nie te miłe panie? Dla­tego że pierw­sze, co zro­biły, to otwo­rzyły szam­pany, zdjęły bluzki i sta­niki, i pole­wały się nim obfi­cie, zli­zu­jąc go sobie wza­jem­nie z ciał. Po czym nosiły po pokła­dzie srebrne tace z koka­iną, czę­stu­jąc nią chęt­nych.

W momen­cie, kiedy dwie z pań zaczęły robić loda sąsia­dowi zna­jo­mego z Miami, zeszłam z pła­czem pod pokład i nie obser­wo­wa­łam, co dalej się działo. Oczy­wi­ście Fred przez wiele godzin nawet nie zauwa­żył, że ni­gdzie mnie nie ma.

Przy śnia­da­niu miał do mnie pre­ten­sję, że się nie bawi­łam, zupeł­nie nie rozu­miał, co mnie tak obu­rzyło. Tłu­ma­czył, że prze­cież to nie jemu robiły tego loda...

Byłam bar­dzo prze­jęta i szczę­śliwa, gdy zaszłam drugi raz w ciążę.

Poród mia­łam dra­ma­tyczny - stra­ci­łam bar­dzo dużo krwi i przy­tom­ność. Mało nie umar­łam. To mama poma­gała mi po wszyst­kim dojść do sie­bie i przy Alek­sie. Pamię­tam, że byłam przez pierw­szy mie­siąc tak obo­lała, że nie mia­łam siły iść do toa­lety...

Fred znik­nął, bo powie­dział, że musi się wysy­piać. Mie­li­śmy wtedy jedno miesz­ka­nie w War­sza­wie, a dru­gie w Szcze­ci­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki