Opowieść Kingi
Opowieść Kingi
Chwilowa cisza była tylko zapowiedzią burzy. Wrócił z czymś,
czym zaczął uderzać w drzwi. Coraz mocniej i mocniej. Jakby młotek albo...
w każdym razie jakiś twardy metalowy przedmiot. Walił tym jak opętany.
Walił i syczał przez drzwi: "Bój się, wykończę cię dzisiaj".
Szukasz genotypu ofiary przemocy? Jeśli taki istnieje, to chyba jednak
go nie mam. Wychowywałam się w szczęśliwej rodzinie. Precyzyjniej -
dopiero od pewnego momentu. Mojego biologicznego tatę pamiętam jak przez
mgłę. Miałam niecałe sześć lat, kiedy umarł. Od co najmniej dwóch już z nim nie mieszkałyśmy. Tak, był alkoholikiem. Sceny zapisane w moich
wspomnieniach z nim to jego pijackie upadki. Późne powroty i spanie na
kanapie w dużym pokoju. Mama mówiła, żebym została wtedy u siebie, że
tata zmęczony i musi odpocząć. Przypomina mi się też zapach -
nieprzyjemny, kwaśno-gorzki. Czułam go rano w całym domu, gdy wstawałam
do przedszkola. Wtedy nie wiedziałam, co o tym myśleć. Chyba nawet nie
kojarzyłam tego z piciem ojca. Wiele lat później zrozumiałam, że nałóg
miał nad nim przewagę, że próbował walczyć, ale brakowało mu siły. W końcu mama podjęła decyzję, że nie chce tak dłużej żyć. Wyprowadziłyśmy
się. Dwa lata później ojciec umarł. Dopiero jako dorosła kobieta
dowiedziałam się, że to było zatrucie alkoholowe. Zapił się na śmierć.
Pracował przy odczynnikach chemicznych, miał dostęp do alkoholu
etylowego. Przyjął dawkę, która go zabiła. Co pamiętam z pogrzebu?
Niewiele. Głównie pretensje ciotek, sióstr ojca, że nie płaczę. Bardzo
były oburzone, że mała, sześcioletnia dziewczynka nie rozpacza po
stracie taty. Jak miałam płakać? Przecież prawie nic z tego nie
rozumiałam. Dookoła ludzie w czarnych strojach, ksiądz, msza, jacyś obcy
panowie i trumna. Dla dziecka abstrakcja. Poza tym mój związek z tym
człowiekiem był już wtedy raczej luźny. Czy opowieść o pijącym rodzicu
będzie miała znaczenie w dalszej narracji? Chcę, żebyś to sama oceniła.
Po tym wszystkim miałyśmy z mamą dobre życie. Szybko poznała Tadzika,
znacznie starszego od niej pana. Naszego anioła stróża. Tak go
nazywałam. I czasem wyobrażałam go sobie z wielkimi skrzydłami, w których można się schować, i z ogromnym mieczem do odpędzania smoków.
Dziecięca imaginacja. Tadeusz, były więzień dwóch obozów
koncentracyjnych, był najcudowniejszą istotą na ziemi. Łagodny,
spokojny, czuły, troskliwy. Miał świętą cierpliwość i charakter ze
stali. Obie wiedziałyśmy, że możemy na niego liczyć. Dożył
dziewięćdziesięciu kilku lat, odszedł bardzo niedawno. Do końca byli z mamą przyjaciółmi. Mam pod powiekami obraz, jak idą przez park,
trzymając się za ręce. Słowo, naprawdę tak było. Wprowadził w naszym
domu pewien zwyczaj. Gdy działo się coś ważnego, konfliktowego, coś, co
wymagało ustaleń, mówił: "No, dziewczyny, bierzcie krzesła, siadamy.
Trzeba pogadać. Ja zrobię herbatę". Siadaliśmy i ustalaliśmy wszystko.
Bez kłótni, sporów, awantur. Oto mój wzorzec rodziny. Miłość, spokój,
bliskość, komunikacja, szacunek.
Markowi obcy był taki model. Oczywiście na początku nie miało to dla
mnie najmniejszego znaczenia.
Poznaliśmy się na kursie angielskiego. Od razu wpadł mi w oko. Starszy o dwa lata, postawny, szarmancki, z najpiękniejszym uśmiechem, jaki
kiedykolwiek widziałam. Od słowa do słowa - zaczęliśmy się spotykać.
Kino, spacer, wino w Harendzie. Byłam w maturalnej klasie, miałam
osiemnaście lat. Teraz to może się wydać osobliwe, a nawet nierozsądne,
ale moja mama któregoś dnia powiedziała: "Córciu, jesteś dorosła, mam do
ciebie zaufanie. Czas najwyższy, żebyś spróbowała samodzielności. Weź,
tu są klucze od mieszkania na Mokotowie, jest twoje. Mnie też dobrze
zrobi trochę niezależności". Dorosłe życie ogromnie mi się spodobało.
Tym bardziej że Marek bardzo szybko się do mnie wprowadził. Moja mama
nie była zachwycona - szczególnie gdy wpadała z wizytą i zastawała mojego chłopaka w pościeli.
Dla obojga nie była to komfortowa sytuacja. Na szczęście mamę miałam
dość otwartą i tolerancyjną. Marudziła, to fakt, ale umiałam ją
skutecznie udobruchać. Boże, jaka byłam z Markiem szczęśliwa. Patrzył we
mnie jak w obraz. Jego zafascynowanie wydawało się nie mieć końca.
Wszystko robił ze mną i wszędzie jeździliśmy razem. Nad morze, na narty,
w góry i na konie. Na obiad wystarczały gotowane ziemniaki z masłem i majerankiem, na kolację - wyjście z przyjaciółmi nad Wisłę.
To byli moi przyjaciele. Przymykałam oko na to, że mój chłopak, mimo
swoich dwudziestu jeden lat, nie zbudował żadnych relacji. Nawiązywanie
znajomości i ich pielęgnowanie zawsze stanowiło dla niego problem. W tamtym czasie wydawało się to bez znaczenia. Liczyła się nasza miłość.
Marek przylgnął do mnie i do mojego towarzystwa jak bezpański szczeniak.
Chyba mnie to ujmowało. On, taki przystojny i obyty, a jednocześnie -
nieporadny i bezbronny wobec ludzi.
Nie obchodziło mnie ani to, że nie przedstawił mi żadnego swojego kumpla
(bo takowego nie miał), ani to, że jego rodzina była biedna i żyła na
nieporównanie niższym poziomie niż moja, ani wreszcie nadmierna
religijność jego bliskich. Nie zwróciłam większej uwagi na pogardę,
którą poczęstował mnie przyszły teść, gdy Marek pierwszy raz
przyprowadził mnie do rodzinnego domu. Domu... Dwa małe pokoje na
przedmieściu, w których wychowywał się z dwiema siostrami. Ciasnota.
Ojciec rządził tam niepodzielnie. Wszyscy żyli pod jego dyktando. Od
pierwszej chwili czułam, że jestem traktowana jak Panna Nikt. Zostałam
odpytana z przyjętych sakramentów, czy wierzę w Boga i jak często chodzę
do kościoła. Chwila zastanawiania się nad odpowiedzią była kwitowana
ironicznym uśmieszkiem pełnym wyższości.
"Masz braki, moja droga - cedził przez zęby - porządna dziewczyna
powinna zawierzyć się Przenajświętszej Panience i wszystkim świętym,
wtedy jest bezpieczna".
"Porządna dziewczyna nie mieszka przed ślubem z facetem" - dodawałam z przekąsem w myśli i jestem przekonana, że tak właśnie uważał ojciec Marka, tylko nie był w stanie powiedzieć tego na głos. Gardził
mną z wielu powodów, także dlatego, że moja matka powtórnie wyszła za
mąż, a to nie mieściło się w chrześcijańskim porządku jego świata.
Absurdalne? Opisuję ci dokładnie tak, jak było.
W ich domu działał następujący mechanizm: jest problem - trzeba się
rodzinnie pomodlić. Nie - porozmawiać, zastanowić się nad rozwiązaniem,
spotkać przy stole w kuchni. Pomodlić. Szukać odpowiedzi u wyższej
instancji. Nie twierdzę, że to coś złego czy niestosownego. Twierdzę, że
u mnie było zupełnie inaczej.
Dam ci przykład - najmłodsza siostra Marka mieszkała z rodzicami w tym
ich malutkim mieszkanku. Zaszła w ciążę i bała się przyznać. Tyła, a rodzina była przekonana, że to efekt zwiększonego apetytu, bo idzie
sroga zima. Powiedziała prawdę mamie dopiero na początku siódmego
miesiąca, gdy brzuch był ogromny. I trudno już było utrzymywać, że jego
rozmiar to wynik objedzenia. Wyobrażasz sobie? Mieszkać pod jednym
dachem i nie zauważyć, że pod sercem córki rośnie nowe życie? Mieszkać
pod jednym dachem i nie mieć zaufania do bliskich, bać się ich reakcji?
To nadal nie mieści mi się w głowie.
Pytasz o oświadczyny? Nie była to sytuacja jak z bajki. Któregoś
wieczoru leżeliśmy w łóżku, mój chłopak zawstydzony i skrępowany zapytał
między jednym a drugim zdaniem: "Słuchaj, a może byśmy się tak
pobrali?". Inaczej wyobrażałam sobie tę chwilę, tak ważną dla każdej
dziewczyny, ale byłam po uszy zakochana i - mówiąc szczerze - bardzo
czekałam na to pytanie. Zgodziłam się bez wahania. Byliśmy po kilku
latach związku i wspólnego mieszkania, miałam pewność, że człowiek,
który prosi mnie o rękę, to mężczyzna mojego życia.
Nie zauważałam znaków ostrzegawczych. Inna sprawa, że wtedy jeszcze nie
było ich dużo. Raz na jakiś czas, podczas spotkań z przyjaciółmi, Marek
miewał napady wściekłości. Jeden, dwa kieliszki wina i spięcie gotowe.
Awantura o pietruszkę. Bo powiedziałam coś, co mu się nie spodobało, bo
nie zostawiłam płaszcza w szatni, a przecież tak trzeba, bo niewłaściwie
odłożyłam łyżkę do salaterki. Unosił się, jakby to była sprawa życia i śmierci, a kiedy próbowałam go uspokoić, zwykle wychodził z hukiem i znikał na kilka dni. Kiedy wracał, zachowywał się jak gdyby nigdy nic.
"Cześć, co słychać?" - pytał w progu. "Marek, musimy porozmawiać" -
próbowałam zacząć. "Porozmawiać? Nie ma o czym" -
ucinał jak nożem.
Wtedy traktowałam to jak część jego osobowości. Myślałam: "Ten typ tak
ma, nie trzeba się przejmować". Trochę nerwów i tyle. Widocznie musi się
uspokoić i potrzebuje dystansu. Kochałam go i akceptowałam
bezgranicznie. W końcu te epizody nie były znowu takie częste. Człowiek
ma niesamowite mechanizmy przystosowawcze. Chronią przed bólem, ale
jednocześnie przyzwyczajają do nienormalnej sytuacji. Tak jak w tym
powiedzeniu o żabie, która wrzucona do wrzątku, wyskoczy natychmiast.
Ale jeśli woda będzie podgrzewana stopniowo, płaz nie zauważy momentu,
kiedy zginie. Podobnie było ze mną. Każdy kolejny wyskok mojego
chłopaka, a potem męża, oswajał mnie z jego postępującym szaleństwem.
Pamiętam kolację u naszych przyjaciół na Mazurach. Piękna posiadłość,
wystawne przyjęcie, znakomite towarzystwo. Warszawska śmietanka. Po
kilku kieliszkach wina Marek nagle wstał od stołu, rzucił mi pod nogi
kluczyki od samochodu i wyszedł, trzaskając drzwiami. Konsternacja.
Wybiegłam za nim, prosiłam, żeby nigdzie nie szedł, że już noc, że
wrócimy razem, bo odwiezie nas kierowca, ale nie słuchał. Widziałam jego
ciemną sylwetkę na tle ostatnich zabudowań. Poprosiłam pana Adama,
naszego kierowcę, żebyśmy pojechali za nim. Naprawdę nie było żartów -
noc, las, zwierzęta. Różne rzecz mogły się zdarzyć. Jechaliśmy wolniutko
tuż obok niego. Miałam otwartą szybę. "Marek, nie wygłupiaj się.
Wsiadaj, proszę. To niebezpieczne. Chodź, wrócimy do domu".
Zero reakcji. Totalne lekceważenie. I tak przez jakieś dziesięć
kilometrów, które dzieliły posiadłość naszych przyjaciół od domu, który
właśnie kupiliśmy. Ten zresztą kosztował majątek. Znajdował się tuż przy
linii brzegowej; stary, z całym obejściem, pięknie wyremontowany.
Perełka. Marek go zdobył, bo nie chciał się czuć gorzej niż kolega,
który odziedziczył siedlisko po dziadkach. Tłumaczyłam, że inwestowanie
kilku, czy nawet kilkunastu milionów w coś, co będzie nam służyło przez
kilka dni w roku jest czystym marnotrawstwem, ale jak grochem o ścianę.
"Stać nas" - stwierdził i nie było dyskusji.
Myślisz, że to kompleks chłopca z biednego domu, milionera w pierwszym
pokoleniu? Może i tak. Czasem mam wrażenie, że Marek czuł się przy moich
przyjaciołach fantastycznie i do kitu. Jednocześnie. Jedno drugiego nie
wykluczało. Któregoś dnia w przypływie szczerości przyznał mi się, że
zawsze chciał mieć krąg dobrych, wypróbowanych znajomych. Co mu nie
przeszkadzało, żeby kilka minut później nazywać moje środowisko "tępym,
prostackim blichciarstwem". To sprzeczność czy normalne zachowanie?
O, miał gest. Kiedyś, po jakiejś awanturze, zadzwonił do mnie do biura:
"Kochanie, masz chwilę? Wyjrzyj, proszę, przez okno". Wyglądam, jak
kazał, a na parkingu - piękna, nowa, lśniąca, czerwona alfa romeo 156 w wersji sport. Obwiązana kokardą, obsypana kwiatami. W środku czarna
skóra obszyta czerwoną nitką, chromowany kokpit, potężny silnik. Nie,
nie myśl, że do prezentu dołączone było słowo przepraszam, o nie. Marek
go nie używał.
"Bez powodu - powiedział - to z czystej miłości".
I możesz się popukać w czoło, ale ja byłam przekonana, że mówi prawdę.
Dotychczas jego narowy były incydentami w naszym całkiem szczęśliwym, a na pewno dostatnim życiu. Dziesięć lat po ślubie urodziłam synka, chwilę
potem na świat przyszła nasza córeczka. Kupiliśmy wielki dom. Ponad
sześćset metrów. Każdy miał swoją część mieszkalną - z łazienką i garderobą. Na dole gigantyczny salon, pięknie urządzona kuchnia. Garaż
na kilka samochodów. Wkrótce przy nich pojawiła się kolekcja motocykli,
bo Marek oszalał na punkcie jednośladów. Szczególnie kochał harleye. Im
bardziej odjechane, tym lepsze.
Jakim był ojcem? Cudownym. Przez pierwszy rok to on kąpał naszego
Iwusia. Wstawał do niego w nocy, kupował najpiękniejsze zabawki,
zabierał nas na świetne wakacje. Identycznie było, gdy pojawiła się
Helena. Zniknęły jego napady pijaństwa i agresji.
Nic a nic.
Do czasu, gdy coś zaczęło się psuć w firmie. Miał problemy ze
wspólnikiem, ktoś ich oszukał, ktoś czegoś nie dopilnował. Pozrywały się
kontrakty, zaczęły się straty. Marek wszystkie frustracje zaczął
wyładowywać na mnie. Nigdy na dzieciach, zawsze to ja byłam workiem
treningowym. Czepiał się o każdy drobiazg. Znacznie bardziej niż kiedyś.
Dasz wiarę, że potrafił się nie odzywać przez sześć miesięcy? Nie
przesadzam. Pół roku milczenia za to, że krzywo wstawiłam kubek do
zmywarki. Czy to przypadkiem też nie jest jakaś forma przemocy?
Następny przykład - nasze pierwsze wspólne wyjście z domu do ludzi po
urodzeniu Heleny. Karmiłam jeszcze piersią, o żadnym alkoholu dla mnie
nie było mowy. No, ale tatuś sobie pozwolił. Tego wieczoru upił się tak,
że ledwie stał na nogach.
"Kinga, jedziemy" - wybełkotał i pociągnął mnie za rękę. Bolało. Chciał
mnie siłą wepchnąć do swojego maserati na fotel pasażera. Zapierałam
się, walczyłam. "Zostaw mnie, sam też nie jedź" - próbowałam
przekonywać, ale żadnej reakcji. Chyba nawet nie zauważył, że
wyskoczyłam z samochodu, zanim zablokował drzwi. I wiesz co? Zamiast
zadzwonić na policję, że po szosie porusza się kompletnie pijany gość w piekielnie szybkim samochodzie, ze wstydu schowałam się w krzakach, żeby
mnie nikt nie dostrzegł, i z tych krzaków wezwałam taksówkę. Prosiłam,
żeby kierowca podjechał tak, żeby nie było go widać ani z okien od
frontu, ani od strony podjazdu. Modliłam się, żeby mnie nikt nie
zobaczył. Wstydziłam się wstydu...
Kiedy dojechałam do domu, mój mąż w pełnym rynsztunku spał na kanapie w salonie. Samochód, z lekko obtartym bokiem, stał niemal wbity w ścianę
letniego domku. Marek nigdy mi nie powiedział, w co uderzył, ani co się
właściwie stało. Milczenie i zbywanie były wtedy jego znakiem firmowym.
Każde pytanie kwitował odwróceniem się na pięcie. "O czym ty chcesz ze
mną gadać, kobieto?" - pytał z pogardą.
Owszem, czułam się lekceważona, pomijana, nieważna. Bolało. Każdego dnia
coraz bardziej. Ale przecież mieliśmy dzieci, rodzinę, dom, wspólne
doświadczenia, wspomnienia. Karmiłam się nimi jak głodne zwierzątko i trwałam na posterunku.
Agresja narastała. Szczególnie wtedy, gdy naszych nastoletnich dzieci
nie było w domu. Oboje uprawiali sport. Iwo grał w tenisa, Helena była
już mistrzynią okręgu w szermierce. Dużo jeździli na nartach. Często
byli na zgrupowaniach. Dla mojego męża to był idealny czas, żeby
przykręcić mi śrubę.
Pewnego zimowego dnia, wkurzony, że wyszłam na papierosa, bo nie lubił,
gdy palę, zamknął mnie na tarasie. Byłam tylko w swetrze i szalu, bo nie
przewidziałam, że to zrobi. Mało tego, użył kija od mopa, żeby
zablokować klamkę, choć wcale nie było to potrzebne. Dokładnie
zaryglował też wszystkie drzwi wejściowe. Stukałam, prosiłam, żeby
otworzył, przecież jest mróz. Nie reagował. Usłyszałam tylko, jak
wchodzi na górę i włącza głośno muzykę. Sprzęt mieliśmy świetny. Nie
miałam szans, żeby się przebić z wołaniem o pomoc. Znalazłam się w beznadziejnej sytuacji. Nie mogłam wejść do domu, ale też nie mogłam
wyjść poza ogrodzenie, bo mur mieliśmy wysoki, furtka na pewno była
zamknięta, a brama reagowała tylko na pilota, który zapewne leżał na
kominku. To zdarzenie nauczyło mnie jednego: żeby zawsze, ale to zawsze,
choćby nie wiem co, mieć przy sobie telefon komórkowy.
Przydał się bardzo szybko, kilka dni później, gdy Marek z nieznanego dla
mnie powodu wystawił z garażu moją alfę, a kluczyki gdzieś wyrzucił.
Widziałam, że zaczyna miotać się po domu jak wściekły byk. Wydawał wtedy
charakterystyczny dźwięk. Bardzo głośno wydmuchiwał powietrze nosem. To
rzeczywiście brzmiało, jakby był zwierzęciem przed korridą. Wiedziałam
już, że dzieje się coś niedobrego, że może chcieć mi zrobić krzywdę.
Schowałam się do śmietnika. Byłam pewna, że nie wpadnie na to, żeby mnie
tam szukać. Zadzwoniłam do Gosi, średniej siostry Marka. Byłyśmy wtedy
dość blisko, nazywałyśmy się przyjaciółkami. Szeptem poprosiłam, żeby po
mnie przyjechała. Zrobiła to i zabrała mnie do siebie. Tak,
rozmawiałyśmy o tej sytuacji. Wydawało mi się, że jeśli poproszę o pomoc, o interwencję, to ją dostanę. Nic bardziej mylnego. Usłyszałam:
"Nie będę się mieszać w wasze sprawy. Do niczego nie będę przekonywać
Marka. Widocznie musi tak być. A może, hmm, trochę przesadzasz, moja
droga? Rozumiem, że jesteś zdenerwowana, ale przecież nie musiałaś
wchodzić do śmietnika...". "Co ty wygadujesz, Gośka? Twój brat znęca się
nade mną, jakbym zrobiła mu jakąś krzywdę! Wyrzuca mnie z domu,
przeklina, gnębi, poniewiera. Naprawdę tego nie rozumiesz?"
Nie rozumiała. Ani ona, ani moi teściowie. Tak, szukałam u nich
wsparcia. Po pierwszym pobiciu. Jak to było? Rozmawialiśmy z Markiem o dzieciach, o tym, co na obiad. Zwyczajnie. Miał w ręku kieliszek wina.
"Może lepiej napijemy się wody?" - zapytałam nieopatrznie. Próbowałam
otworzyć butelkę z wodą gazowaną. Widziałam, jak mojemu mężowi zaczynają
chodzić szczęki. Brnęłam dalej. "Podaj mi szklanki, naleję nam obojgu" -
poprosiłam i w tym samym momencie woda wystrzeliła z butelki. Chyba była
za bardzo nagazowana, może ktoś nią wcześniej wstrząsnął. Dość, że
strumień rozprysł się dookoła, mocząc mu koszulę i włosy.
"Co ty robisz, do kurwy nędzy, łamago? Ja pierdolę, nawet wody nie
umiesz otworzyć!? Coś ty zrobiła, noż kurwa jego mać!" "Marek, to tylko
woda, tylko woda, przestań, nie mów tak do mnie" - prosiłam. "Co znowu?
Jakie: nie mów tak do mnie? Jestem u siebie, ty tępa suko, mogę mówić,
jak mi się będzie podobało, a ty właź pod stół, jak ci się nie podoba,
bo ci przypierdolę, że się nogami zakryjesz!" "Zlituj się, co to za
język?" "Ostrzegałem cię, kurwa, nie słyszałaś?"
Podszedł do mnie bardzo blisko. Dyszał mi w twarz. Odsunęłam go,
próbowałam delikatnie, żeby nie zaogniać sytuacji, ale to wystarczyło.
Złapał mnie z całej siły za ramiona, uniósł z centymetr nad podłogę i walnął mną o ścianę w jadalni. Nie zdążyłam skulić głowy. Głuchy dźwięk
rozległ się echem po całym domu.
"Zabolało? - wysyczał. - Masz nauczkę czy chcesz jeszcze?" "Przestań,
przestań, co ty wyprawiasz?" "Co ja wyprawiam? Uczę żonę, na czym polega
porządek w tym domu. Radzę szybko się przyzwyczaić, bo będzie tylko
gorzej, zrozumiano?"
I żebym "zrozumiała", raz jeszcze uderzył mną o ścianę. Osunęłam się jak
szmaciana lalka. Kręciło mi się w głowie, nogi i ręce miałam niczym z waty. Dotknęłam potylicy - guz rósł bardzo szybko, był niezwykle tkliwy.
Nie miałam siły wstać. Boże, jak mnie wtedy wszystko bolało. Czułam się
upokorzona i sponiewierana. Marek zostawił mnie taką i zamknął się w gabinecie. Włączył głośno jakiś rockowy kawałek, jak to miał w zwyczaju.
Nie wiem, ile to trwało. Kiedy wreszcie udało mi się dowlec do łazienki,
z lustra patrzyła na mnie zapłakana, zapuchnięta, rozmazana kobieta. Na
ramionach widniały odbite palce. Uścisk musiał być bardzo silny. Nie
wiedziałam, jak się zachować. Nie miałam początkowo pomysłu, kogo prosić
o pomoc. Na Gośkę nie mogłam liczyć. Pomyślałam więc o teściach.
Pojechałam do nich po jakimś czasie z wizytą. Opowiedziałam o tym, co
się stało w naszym domu. Pokazałam siniaki, jeszcze tego dnia widoczne.
Opowiedziałam o alkoholu, o jeżdżeniu po pijaku, o rzucaniu mną po
ścianach, szarpaniu za włosy, zamykaniu na tarasie, o wyzwiskach. Teść
krążył wokół stołu. Wydawało mi się to dziwne, bo ten człowiek kojarzył
mi się z kimś, kto głównie siedzi w fotelu i ogląda telewizję. Nieczęsto
widziałam go w ruchu. A tym razem był wyraźnie zdenerwowany. Nie odzywał
się, niczego nie kwestionował. Wysłuchał mnie do ostatniej kropki, a kiedy skończyłam, powiedział: "Jeśli liczysz na to, że odbędę rozmowę
pouczającą z moim synem, to się mylisz. To sprawy małżeńskie i dziwię
się, że je tu wywlekasz. Chcesz mojej rady? Zacznijcie się wreszcie
razem modlić. Może posłuchacie nauk w telewizji. Jest taki program,
bardzo mądry. Dobra żona sobie radzi. Widocznie ty nie umiesz".
Koniec ojcowskiego komunikatu. Widzisz, nie słyszeli mnie. Ani wtedy,
ani gdy raz jeszcze zadzwoniłam do nich - z bezsilności i rozpaczy. Nie
pamiętam dokładnie słów, ale sens reakcji teścia był taki: "Zastanów się
nad sobą, możesz rzucić kamieniem w Marka dopiero wtedy, gdy się okaże,
że sama jesteś bez winy". Znów ręce mi opadły. Teść częstował mnie na
zmianę Biblią i nakazem rodzinnej modlitwy. Wiedziałam, że kolejne
rozmowy nie mają sensu. Po co to zrobiłam? Mój Boże, chciałam ratować
to, co się jeszcze da, choć coraz częściej opadałam z sił.
Mówiłam, że najgorzej było wtedy, gdy nasze dzieci były poza domem,
prawda? Dziwisz się, że kiedy słyszałam, że muszą wyjechać na kolejne
treningi, zgrupowania, mistrzostwa - cierpła mi skóra? Wiedziałam, co
widnieje na horyzoncie. Zatrzaskiwały się drzwi za Iwonem i Heleną i zaczynało się moje piekło. Już dawno wyniosłam się z naszej sypialni.
Dom był na tyle duży i funkcjonalny, że mogłam wprowadzić się do części
gościnnej na dole. Miała osobne wejście. Pierwszego wieczoru, gdy
zostaliśmy sami, mój mąż zaszył się w gabinecie. Po pierwszych dźwiękach
z płyty Innuendo Queen nie miałam wątpliwości, że komórkę powinnam
mieć przy sobie i że muszę dobrze zamknąć drzwi. Zrobiłam tak. Chyba w ostatnim momencie, bo zaraz potem usłyszałam ryk z gabinetu, a chwilę
później sapanie pod drzwiami.
"Zamykaj się, taaaak, kurwo jedna, zdziro. Brać kasę z konta na
koleżaneczki i pijaństwo to umiesz, a popatrzeć mi w oczy to już nie?"
Jestem ci winna wyjaśnienie - obydwoje pracowaliśmy, obydwoje
zarabialiśmy pieniądze. Nie mogłam porównywać mojej wypłaty z pensją
prezesa ogromnej międzynarodowej korporacji, ale nie byłam na jego
garnuszku. Nie jestem też utracjuszką. Nie wydawałam na ciuchy czy
zachcianki. Czasem brałam z konta czterysta, pięćset złotych, gdy
wypadała moja kolej płacenia za damskie spotkania. To wszystko. Kiedyś
Marek nie miał z tym problemu, przeciwnie, potrafił przyjechać po mnie,
gdy zasiedziałyśmy się w knajpce. Wchodził do środka, czarował wyglądem
i intelektem, kłaniał się paniom, otwierał mi drzwi do samochodu. Jednak
jakiś czas temu coś go odmieniło. Najmniejszy wydatek z mojej karty
traktował tak, jakby to była zbrodnia przeciwko ludzkości.
"Przestań się chować, suko! Fajnie mnie okradać? Złodziejkę hoduję pod
własnym dachem! Wyłaź wreszcie z nory, szczurze! Na libacje lecisz z ogonem do góry jak suka z rują, a teraz co, strach cię obleciał? Ja
pierdolę, myślisz, że ci się uda ze mną? Niedoczekanie, kurwa!" -
krzyczał wtedy, szarpiąc za klamkę.
Chwilowa cisza była tylko zapowiedzią burzy. Wrócił z czymś, czym zaczął
uderzać w drzwi. Coraz mocniej i mocniej. Jakby młotek albo... w każdym
razie jakiś twardy metalowy przedmiot. Walił tym jak opętany. Walił i syczał przez drzwi: "Bój się, wykończę cię dzisiaj".
Przemogłam się i zadzwoniłam na policję.
"Proszę przyjechać. Mój mąż jest pijany i agresywny. Zamknęłam się przed
nim na klucz, ale stoi przy drzwiach i uderza w nie jakimś przedmiotem.
Naprawdę się boję".
Podałam adres, powiedziałam, że otworzę bramę. Cały czas nagrywałam jego
wrzaski i walenie. Chciałam mieć dowód, bo przecież trudno uwierzyć, że
wymuskany facet, w garniturze szytym na miarę i butach od najlepszego
szewca, pachnący i gładko ogolony, w domu zamienia się w oprawcę jak z horroru. Nie wiedział, że wezwałam policję, nie słyszał mojej rozmowy z komisariatem.
"Bój się" - wysyczał jeszcze kilka razy przez zaciśnięte zęby.
Wystraszyły go dopiero niebieskie światła na podjeździe. Radiowóz
przyjechał bez włączonego sygnału, za to z pulsującym błękitnym kogutem
na dachu. Mój mąż ulotnił się spod drzwi. Kroki zdradziły, że wszedł po
schodach i zamknął się
w sypialni.
Przyjechało dwóch miłych, młodych policjantów. Jeden wysoki i bardzo
szczupły, drugi z brodą. Tego drugiego widziałam potem u nas jeszcze
kilka razy. Widocznie dokładnie wtedy, gdy wzywałam pomocy, wypadała
jego służba. Opowiedziałam, co się wydarzyło, odtworzyłam kawałek
nagrania. Słuchali
bez słowa.
"Gdzie pani mąż?" "Pewnie na górze". Zastukali kilka razy do drzwi jego
sypialni. "Panie Marku, proszę otworzyć, chcemy z panem porozmawiać.
Pana żona boi się o swoje bezpieczeństwo. Proszę otworzyć".
Głucha cisza. Ciemno w pokoju. Spał, a może tylko udawał, że śpi.
Panowie odjechali, a ja zostałam z dojmującym wstydem. To naprawdę
zadziwiające, jak bardzo ofiara może się krępować powiedzieć prawdę, jak
niesamowicie wstydzi się, że była obiektem agresji. Nie masz pojęcia,
ile mnie to kosztowało, żeby pierwszy raz wezwać patrol. Jak to?
Interwencja mundurowych w naszym pięknym domu z basenem, ogrodem i ochroną? W mojej rodzinie nigdy czegoś takiego nie było, nie miałam ani
nie znałam instrukcji obsługi takich sytuacji. Działałam intuicyjnie.
Próbowałam rozmawiać, perswadować, potem szukać pomocy u bliskich i wreszcie została ostatnia instancja - policja. Wiesz, co usłyszałam od
panów za drugim albo trzecim razem?
"Pani Kingo, proszę się nie krępować i wołać nas zawsze, gdy uzna pani,
że jesteśmy potrzebni. My tu naprawdę znamy jeszcze kilku pani sąsiadów
od tej strony. To osiedle ma swoje tajemnice. Nie jest pani jedyna".
Wiedziałam, że powiedzieli to po to, żeby dodać mi odwagi, żebym nie
czuła się jak trędowata na naszym "wytwornym" osiedlu. Zaczęłam jednak
inaczej patrzeć na okoliczne wille. Na kobiety wyjeżdżające z posesji
samochodami z przyciemnianymi szybami, w ciemnych okularach, jakby coś
chciały ukryć. Widziałam smutne twarze i podpuchnięte oczy. Wyglądały
dokładnie tak jak ja. I tak jak ja, żadna z nich nie chciała powiedzieć
słowa o tym, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami ich gigantycznych
rezydencji.
Jeszcze jedno - mój mąż, podobnie jak jego ojciec, utrzymywał, że "swoje
sprawy załatwia się w domu", że "brudów nie wynosi się na zewnątrz". To
powtarzał w rozmowach, tego chciał nauczyć nasze dzieci. Zawsze też
słyszałam: "Przestań narzekać, gdzie jest krzywda? Ile twoich koleżanek
zamieniłoby się na dom, na dzieci, na wakacje w Stanach, co?".
Na to pewnie wiele, ale takiego męża raczej żadna by nie chciała. Asia,
moja bliska koleżanka, po którejś rozmowie namawiała: "Kinga, daj już
spokój, to nie ma sensu. Uciekaj od niego, składaj papiery, przecież on
cię kiedyś zamęczy".
A ja dalej swoje - że rodzina, dzieci, dom, że przecież on potrafi być
dobrym człowiekiem. Byłam ofiarą i najlepszym adwokatem swojego oprawcy.
Dopiero wiele lat później zrozumiałam, że to klasyka gatunku. Syndrom
sztokholmski, który każe poniżanym stanąć po stronie poniżającego.
Bałam się o dzieci. Nie chciałam w żaden sposób wciągać ich do naszego
bagna. Wielu z naszych awantur zresztą nie słyszały, bo - jak mówiłam -
one zdarzały się dokładnie wtedy, gdy obojga nie było w domu.
Tak działo się na początku. Potem Marek niespecjalnie się hamował.
Wydawało mi się, że kiedy kłócimy się na dole, to nasza Helena niczego
nie słyszy. Jej pokój znajdował się w odległej części domu, często
zamykała drzwi, które były stosunkowo szczelne. Ale ona słyszała
doskonale. Nawet przez sen. Była jak najlepszy sejsmograf. Zrobiła się
nerwowa, opuściła się w nauce, zaczęły się problemy z rówieśnikami i z dojrzewaniem. Wjechała terapia.
"Widzisz, to twoja wina. Zobacz, do czego doprowadziły twoje pretensje i gorzkie żale" - tak brzmiała diagnoza jej ojca. "Marek, my też
powinniśmy iść do specjalisty, nie poradzimy sobie sami" - prosiłam.
"Specjalista? Chyba dla ciebie. Mnie nie jest do niczego potrzebny" -
ucinał dyskusję.
Zwykle po takich rozmowach zamykał się - dosłownie i w przenośni.
Przestawał się odzywać i trwało to tygodniami. Na dzień dobry - nic,
przy stole - ani słowa. Zamiast tego - pisał do mnie maile. Masz
pojęcie? Mieszkaliśmy wciąż pod jednym dachem, mieliśmy wspólną kuchnię
i drzwi wejściowe, a mój mąż porozumiewał się za pośrednictwem poczty
elektronicznej.
"Kingo,
informuję, że nie godzę się na wyjazd Heleny na zawody do Berlina. Jako
odpowiedzialny ojciec uważam, że powinna skupić się na nauce, za którą -
przypominam - słono płacę. Zwracam także uwagę, że powinnaś porozmawiać
z panią Olgą. Jej sprzątanie i prasowanie ostatnio pozostawia wiele do
życzenia".
Albo:
"Nie życzę sobie, żebyś używała filiżanek z serwisu od Kaweckich. To
zbyt drogie rzeczy jak na sytuacje bez powodu. Weź to pod uwagę".
Albo:
"Za dwa dni wychodzimy na przyjęcie do Gumkowskich. Oczekuję, że
przygotujesz mi koszulę z monogramem i sama ubierzesz się stosownie.
Przypominam, że nasza obecność jest tam konieczna ze względów
reprezentacyjnych".
Itd., itp. Pisanie miało jednak pewną zaletę - awantury cichły. Niestety nie na długo. Po chwili spokoju wszystko zaczynało się na nowo. Picie, głośna muzyka i agresja.
Rubikon został przekroczony, gdy zapomniał się i puściły mu nerwy w obecności Iwona.
Marek nie zauważył, wpadając z furią do kuchni, że jest w niej też nasz
szesnastoletni syn. Wystartował do mnie z pięściami, wyzywając od
złodziejek i oszustek i to był moment, kiedy... nie wiem, jak to opisać...
to były sekundy, ułamki sekund. Iwo rzucił się na niego. "Zostaw mamę!"
- zawył i zwalił ojca na podłogę.
Nigdy w życiu nie myślałam, że kiedykolwiek doświadczę czegoś takiego.
Nie sądziłam, że zobaczę, jak moje dziecko rzuca na łopatki swojego
podpitego ojca, który chwilę wcześniej był gotowy mnie pobić. Syn
oddychał ciężko, próbując wyhamować emocje. Ten dzieciak uświadomił mi,
że nie można pozwalać na bycie ofiarą. Że nie mogę już dłużej udawać, że
to chwilowe, że wszystko będzie dobrze albo że wcale aż tak nie bolało.
Następnego dnia pojechałam na komisariat. Spisałam zeznanie, złożyłam
doniesienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.
"Czas na Niebieską Kartę" - powiedziała dzielnicowa, pani Basia. Silna,
rosła kobieta o łagodnych oczach i żelaznym uścisku dłoni.
Przyznałam jej rację. Sprawa trafiła do sądu rodzinnego. Marek dostał
stosowne papiery i chyba się przestraszył, bo sam do mnie przyszedł i powiedział: "OK, Kinga, chodźmy na terapię".
Nie chcę, żeby to wyglądało, że oto nagle przejrzał na oczy, zrobił
rachunek sumienia i postanowił ratować rodzinę. Nie. Znał się na prawie,
być może też ktoś mu doradzał. Wiedział, że to jedyny sposób, żeby sąd
łaskawiej na niego spojrzał. Dostaliśmy wezwanie do sądu. Oboje. Sprawa
dotyczyła odebrania praw rodzicielskich. Obojgu. Iwo i Hela dostali
nadzór psychologów w swoich szkołach. W związku z Niebieską Kartą został
też powołany zespół interdyscyplinarny do zbadania naszego przypadku.
Musieliśmy się co kilka dni spotykać i rozmawiać o tym, jak wygląda
sytuacja w domu. Marek za każdym razem był opryskliwy i pełen gniewu.
Negował wszystko, co słyszał, każde słowo.
"Co pani wygaduje? Jaka przemoc? W każdym domu są konflikty, u pani
tylko sielanka? Mam w to uwierzyć? Nasze dzieci mają superżycie, miodu i mleka im nie brakuje, a pani mi tu opowiada o krzywdzie? Jaka krzywda?
Każde ma po sto metrów przestrzeni w domu, konto w banku, stosy
elektroniki, wszystkie zachcianki spełniane na pstryk. Nonsens całe to
spotkanie. Sąd kapturowy, psiakrew".
Widzisz? Nie było w nim skruchy ani żalu. Tylko gniew i złość.
To był czas, gdy głos swojego męża słyszałam wyłącznie na terapii. W domu panowało milczenie. To bolało chyba nawet bardziej niż uderzenie w twarz. Bardziej niż kopniak wymierzony z całej siły w brzuch. To trwało
w nieskończoność i kończyło się równie nagle, jak zaczynało. Marek
wchodził do salonu z uśmiechem na twarzy i zaczynał rozmowę o pogodzie,
jak gdyby nigdy nic. Wiem, że brzmi to idiotycznie, ale dokładnie tak
było. Zaczynał się miesiąc miodowy. Chodziliśmy do kina, teatru, na
spacery.
"Zabieram cię na kolację do Mediolanu" - oświadczył któregoś dnia i wieczorem byliśmy już w La Scali, oglądając genialną Toscę. Podobnie
było z wyjazdem do Nowego Jorku. Wystarczyło, że powiedziałam: "Marzy mi
się Metropolitan Opera", a dwa tygodnie później siedzieliśmy w klasie
biznes i lecieliśmy za ocean. Kiedy chciał, potrafił mieć gest.
Obsypywał kwiatami, kupował drogie torebki, znów był moim dawnym
Markiem, którego pokochałam bez pamięci. Łapałam te okruchy ciepła,
pozory normalności jak wygłodniały pies. Cieszyłam się, tak. W duchu
miałam nadzieję, że jednak coś się w nim przewartościowało, poukładało.
Nasza terapeutka powiedziała mi: "Pani Kingo, wygląda na to, że sytuacja
się poprawia, a ja nie mogę dłużej państwu pomagać, jeśli pozycja
małżonków nie jest symetryczna".
Marek natychmiast to podchwycił: "Jeśli mamy być w terapii i poskładać
rodzinę, wycofaj sprawę prokuratorską".
To był szantaż, to oczywiste. Ale za bardzo zależało mi na nas, na
dzieciach, rodzinie. Zgodziłam się. Marek poprosił o zmianę gabinetu.
Znalazł dwoje terapeutów pracujących z parami. Spotykaliśmy się we
czworo. Najpierw przez rok, potem przerwa i kolejne dwanaście miesięcy.
Nasza domowa sinusoida, zamiast się spłaszczać, szybowała w górę albo
spadała na dno. Po dwóch latach huśtawki usłyszeliśmy: "Pani Kingo,
panie Marku, doszliśmy do wniosku, że nasza praca już się zakończyła.
Nie potrafimy pomóc państwu jako parze. Ogromnie nam przykro. Kręcimy
się w kółko, mamy do czynienia ze spiralą zacieśniających się kół. Naszą
sugestią są już tylko terapie indywidualne".
Marek wyszedł bez słowa, ja zgłosiłam się do psychologa.
Wiele mu zawdzięczam. Przede wszystkim świadomość, że w żaden sposób nie
uzdrowię mojego męża, że mogę tylko ratować siebie.
Znów mój syn otworzył mi oczy. Pamiętam, kiedy szykował się do wyjazdu
na studia do Londynu, stanął przy blacie w kuchni, tuż obok miejsca, na
które kilka lat wcześniej zwalił pijane ciało ojca. "Mamo, co masz
zamiar zrobić teraz ze swoim życiem, co?"
Podziałało jak kubeł zimnej wody. Nie wiem dlaczego. W tej jednej chwili
postanowiłam - koniec z tym. Składam pozew rozwodowy i wychodzę z tej
pseudozłotej klatki. Już nie chcę tak funkcjonować, szkoda mi każdego
dnia i każdej chwili. Wynajęłam mieszkanie od znajomych, zabrałam rzeczy
i w dzień swoich czterdziestych piątych urodzin zaczęłam wszystko od
nowa. Wyprowadziłyśmy się z Helą. Czy się bałam? Pewnie. Ale wiedziałam,
że to jedyne wyjście, ostatnia szansa, żeby ocalić resztki siebie. Aha,
oczywiście wysłałam maila do - jeszcze wtedy - męża. Uznałam, że tak
jest w porządku. Tym bardziej że właśnie od dwóch miesięcy znowu się do
mnie nie odzywał i już nawet nie pamiętałam z jakiego powodu. Napisałam:
"Marku,
nie chcę i nie mogę dłużej tkwić w toksycznej relacji. To, co się dzieje
między nami, od lat truje mnie i nasze dzieci. Ciebie pewnie też. Chcę
rozwodu - żeby pokazać Helenie, że kobieta nie może pozwalać sobie na
życie w dysfunkcyjnej rodzinie, żeby wiedziała, że nie ma sytuacji bez
wyjścia, że każdy zasługuje na miłość i szacunek, którego mi nie dałeś.
Chcę, żeby nasza córka szła przez życie z podniesioną głową, bo ja
unoszę swoją dopiero teraz. Nigdy nie jest za późno".
Nie odpisał.
Rozwód braliśmy w samym szczycie pandemii. Zależało mi na tym, żeby to
odbyło się szybko, bez ceregieli i orzekania o winie. Byłam zmęczona,
potwornie zmęczona. Nie poznałabyś mnie, gdybyś teraz zobaczyła moje
zdjęcia z tamtego okresu. Uzgodniliśmy, że opieka nad Helą będzie
naprzemienna i tak dość długo było. Aż córka zdecydowała, że chce
zamieszkać tylko ze mną. Nasze mieszkanie jest malutkie, ale nasze. Z widokiem na zieleń, gdy rano otworzymy okna, słyszymy śpiew ptaków.
Jestem wolna i szczęśliwa, daleka od przemocowej relacji. Dziś już wiem,
że to, co próbowałam "zafundować" Markowi, też było formą przemocy.
Chciałam go przekonać do życia po mojemu, a on chciał żyć według jakichś
swoich praw. Poznałam je dość dobrze i ani jednego nie akceptuję. Nie
chcę i nie muszę. On - chyba tak. Co u niego? Nie wiem. Mieszka w naszym
wielkim domu i jest sam. Przyjaciele zostali ze mną.
Opowieść Eweliny
Opowieść Eweliny
Nie zapomnę, jak kiedyś w środku nocy trzymał mnie za włosy nad
stoliczkiem z rozsypaną koką. Krzyczał: "Ciągnij suko!".
Fryderyk zawsze otoczony był wianuszkiem popleczników. Ciągle w działaniu. Ciągle z nowymi pomysłami i listą nowych zadań.
W sposób naturalny nasze temperamenty się spotkały. Na początku ta
współpraca zdawała się idealna. Podobało mi się w nim to, że szybko
myślał, miał doświadczenie (był dwanaście lat starszy) i cięte riposty.
Ja mu zaimponowałam moją znajomością języków i pracowitością oraz
analitycznym umysłem. Choć i tak na pierwszym spotkaniu jego wzrok
głównie spoczywał na moim biuście. Nawet zwróciłam mu wtedy uwagę...
Mam taką cechę, która po latach mi się przysłużyła - a mianowicie
pamiętam wydarzenia z najdrobniejszymi detalami...
Miałam na sobie klasyczną białą bluzkę z kołnierzykiem i do tego czarną
ołówkową spódnicę za kolano. Zawsze lubiłam ubierać się kobieco, ale
dobierałam strój do okazji, poza tym wiem, że z moimi proporcjami muszę
zachować szczególną oszczędność i skromność. Bo jest to czasem temat
nawet bardziej drażliwy dla niektórych kobiet niż dla mężczyzn.
To nieprawdopodobne, jak bardzo w Polsce wygląd wpływa na to, jak cię
ludzie odbierają, w innych krajach nie zauważyłam takiego
szufladkowania, no ale cóż, każde miejsce na ziemi ma swoją specyfikę.
Wróćmy jednak do początku tej historii...
Przygotowywałam się wtedy do matury we francuskiej szkole.
Od dwóch lat w związku z chłopakiem z Grecji. Tam też spędzałam wakacje
i uczyłam się zachłannie kolejnego języka. Zawsze miałam do tego
łatwość, mówiłam już biegle po angielsku, francusku i portugalsku.
Fryderyk był politykiem z wielkimi ambicjami biznesowymi i biznesmenem
równocześnie. Kiedy zorientował się, że władam płynnie kilkoma językami
oraz mam siatkę licznych kontaktów zagranicznych, natychmiast
zaproponował mi współpracę przy swoim start-upie.
Zaczęliśmy od zatrudnienia sześciu osób - plus sprzątaczka i księgowy na
pół etatu. Nadzorowałam dosłownie wszystko; pisałam każdy mail, bo
okazało się, że Fryderyk angielski znał jedynie na poziomie bardzo
podstawowej komunikacji. Pisał i mówił z takimi błędami, że uznałam, że
będzie lepiej, żeby nie kontaktował się w tym języku z kimkolwiek spoza
firmy. Choć uwielbiał snobować się na swoje międzynarodowe kontakty, to
z czasem okazało się, że takowych nie miał. To wtedy kazał wszystkim w pracy, łącznie ze mną, mówić do siebie Fred.
Zaczęło się siedzenie w biurze do nocy i wysłuchiwanie opowieści o chorobie psychicznej jego ówczesnej żony. Według niego miała
schizofrenię i omamy. Mówił z przejęciem, jaka to biedna jest jego mała
córeczka z taką zwariowaną i niebezpieczną matką.
Gdy patrzę na te historie z perspektywy czasu, wiem, że nic z tego nie
było prawdą. Po naszym rozstaniu identyczne opowiadał wszystkim znajomym
o mnie. Lecz wtedy mu wierzyłam, nie miałam nigdy wcześniej do czynienia
z oszustami ani kłamcami, niestety musiałam być dla niego łatwą do
zmanipulowania zdobyczą.
Fred spodobał mi się pod względem intelektualnym, ale, co muszę
podkreślić, moje kompetencje niczym nie odbiegały od jego, mimo że byłam
sporo od niego młodsza. Od dziecka obracałam się wśród elity
intelektualnej i niczego nie musiałam sobie udowadniać.
Do swojego start-upu zaprosił mnie jako partnera biznesowego. Praca
coraz bardziej mnie zajmowała, miałam mniej czasu na wyjazdy do mojego
chłopaka i w końcu miłość z Nikosem zaczęła umierać śmiercią naturalną,
związek na odległość przestał się sprawdzać.
Fred narzekał na koszmarną żonę, na to, że go zdradza, a on strasznie
cierpi, że krzywdzi jego córkę fizycznie i psychicznie, że robi mu
ciągłe awantury lub nie odzywa się do niego tygodniami, że jest mało
inteligentna i jedyne, co ją interesuje, to nowe ciuchy, że jest
prostaczką pochodzącą ze słabej rodziny zupełnie niewykształconych
ludzi, że uważa się za nie wiadomo jaką damę, a naprawdę jest zerem...
Zszokował mnie, pytałam, dlaczego w takim razie się z nią ożenił, skoro
tak źle ją ocenia. Odparł, że małżeństwo z nią to największy błąd jego
życia, że nie kochał jej nigdy, ale bał się, że po studiach nie będzie
miał już gdzie poznać kogoś innego, więc "brał, co było pod ręką". Poza
tym wokół niego koledzy z roku też się pobierali, nie chciał więc być
gorszy. Tę samą narrację Fred stosuje teraz, pomawiając mnie.
Pewnego wieczoru po pracy zaprosił mnie na kolację i wyznał łamiącym się
głosem, że złożył papiery rozwodowe... Zaledwie kilka miesięcy później
pokazywał się publicznie z Justyną, dorodną, wysoką blondynką z bardzo
bogatej rodziny. Zaczął się z nią fotografować i udzielać wywiadów o tym, jaki jest
szczęśliwy u boku nowej kobiety, chadzał z nią na oficjalne rauty i bale.
Po jakimś czasie oznajmił mi, że im nie wyszło, że "to nie było to", a Justyna zdecydowała się po rozstaniu przeprowadzić do Australii.
Stopniowo zaczęliśmy się spotykać częściej i częściej. Jakże się
zdziwiłam, gdy na randce w kinie przypadkowo spotkaliśmy Justynę, która
rzekomo mieszkała już w Australii. Była na Freda wściekła, krzyczała, że
jest oszustem, złościła się również na mnie, ale z jej wypowiedzi nie
wynikało nic więcej niż to, że Fryderyk ją oszukał. Poprosiłam go o wyjaśnienie. Odparł, że niestety Justyna nie jest stabilna emocjonalnie,
że ma chorobę psychiczną i że to właśnie było tak naprawdę powodem ich
rozstania, a ona nigdy nie zaakceptowała tego faktu i teraz się na nim
mści.
Widziałam furię tej kobiety, więc, jak to się mówi, "kupiłam tę bajkę".
Po latach jednak dowiedziałam się, iż emocjonalna
reakcja Justyny była jak najbardziej na miejscu, gdyż Fred
wcale się z nią nie rozstał, nadal była wtedy jego dziewczyną i nie
miała o mnie i naszym związku pojęcia. Oszukiwał nas obie, lecz wtedy
naiwnie wierzyłam w jego opowieści i bardzo mu współczułam, że znowu źle
trafił, znowu na chorą psychicznie
kobietę...
Przez wiele miesięcy Fred zabiegał, żebym zainteresowała się nim jako
mężczyzną. Wtedy nie bardzo podobał mi się fizycznie. Dużo bardziej
ceniłam go jako inteligentnego rozmówcę, a nie partnera. Porozumienie
intelektualne było spoiwem tego związku i moim głównym fetyszem.
Na początku był delikatny i romantyczny, pamiętam kolacje przy świecach
i muzykę poważną...
Nie zapaliła mi się żadna czerwona lampka, a przecież po latach okazało
się, że Fred realizował liczne perwersje seksualne z paniami z rozkładówek magazynów dla panów, w domu udając pluszowego misia.
Za to dużo przeciwko niemu miała moja rodzina. Mama delikatnie
sugerowała, że nie jest on dobrym wyborem. Żartowała, że jako kardiolog
zna się na sprawach sercowych. Tata natomiast sprzeciwiał się ostrzej.
Wskazywał na pochodzenie społeczne Freda, jako historyk wiedział, że w przeszłości ojciec mojego ukochanego związany był z partią komunistyczną
i splamił swój honor niemoralnymi zachowaniami. Uprzedzał mnie, że Fred
może okazać się układowiczem i aferałem...
Niestety, w krótkim czasie potwierdziły się te obawy i Fred wylądował
jako domniemany oszust i złodziej na okładkach wszystkich gazet oraz w głównych wydaniach wiadomości na wszystkich kanałach telewizyjnych.
Firma rozwijała się wyśmienicie. Przepraszam, ja ją rozwijałam ciężką
pracą, często po godzinach, dopinałam coraz większe międzynarodowe
kontrakty.
Fred natomiast piął się po szczeblach kariery politycznej. A wiesz, jak
to wygląda: dużo spotkań, przyjęć i wódki...
Zaręczyliśmy się w Paryżu. Nie stać nas było wtedy na drogie hotele,
więc spaliśmy w ciasnym, trzygwiazdkowym, przy jednym z dworców, z dala
od centrum, bo na tyle pozwalał nam wspólnie uzbierany na ten wyjazd
budżet. Ku mojemu zaskoczeniu Fred oświadczył mi się pod wieżą Eiffla.
Nie stać nas było tamtego wieczoru na kolację w restauracji na
wysokościach, ale skoczyliśmy do jakiegoś małego i przytulnego bistro...
Ja byłam wtedy młoda, miałam dwadzieścia cztery lata, od pięciu lat
wspólnie budowaliśmy firmę, dopiero od roku mieszkaliśmy razem, nie
myślałam więc jeszcze o tak szybkim zakładaniu rodziny, ale nie
widziałam powodu, aby odrzucać zaręczyny, przecież wydawało mi się, że
wszystko jest w porządku, pracowaliśmy razem, budowaliśmy wspólną
przyszłość...
Jaki on wtedy był? Fajny i bystry. Jest świetnym aktorem, dopasowuje się
do okoliczności tak, aby uzyskać określony cel. Jest bardzo przebiegły,
zna się doskonale na metodach manipulacji, z których już wtedy przeszedł
liczne szkolenia. Nigdy jednak nie sądziłam, że wiedzę w tym zakresie
będzie wykorzystywał przeciwko osobie, z którą planuje przyszłość.
To, co łączy wszystkie jego twarze, to wieczne przebywanie w towarzystwie popleczników i załatwiaczy oraz gotowość do działania
wszelkimi, nawet nielegalnymi metodami, ważne, aby skutecznie; ale wtedy
jeszcze tych jego innych twarzy nie znałam. Z pewnością gdybym była
bogatsza o wiedzę, którą nabyłam na jego temat lata później, wtedy
powiedziałabym stanowcze NIE.
Później, gdy już zostałam jego żoną, tak naprawdę na żadnym wyjeździe
nie byliśmy sami. Zawsze jechali z nami jacyś znajomi, którzy coś dawali
albo załatwiali lub byli po prostu bogaci i mogli się Fredowi do czegoś
przydać. To znajomościami z nimi popisywał się wśród biedniejszych
kolegów bądź na Facebooku i Instagramie. Fred interesował się tylko tymi
ludźmi, którzy mieli wielki dom, fortunę w banku, prywatny odrzutowiec
bądź przynajmniej jacht, innych nazywał "przydatnymi idiotami".
Przyjaźnie były u niego na pokaz, jeśli ktoś okazywał się nieużyteczny,
wypadał z orbity.
Oczywiście zawsze udawał przyjaciela wszystkich, z czystego
wyrachowania, jednocześnie obśmiewając niektórych za ich plecami.
Zapraszał ich na kolacje i lanczyki, za które nigdy z własnej kieszeni
nie płacił, gdyż wydatkami obarczał firmę, czyli de facto... niczego
nieświadomych akcjonariuszy.
Jedynie do Afryki pojechaliśmy tylko we dwoje. Przez chwilę nawet miło
ten pobyt wspominałam... aż do momentu, gdy otrzymałam dowody, że nigdy,
nawet w czasie gdy byłam w ciąży, nie byłam jego jedyną kobietą ani jego
prawdziwą miłością.
Fred w trakcie trwania naszego małżeństwa utrzymywał stałe relacje
jeszcze z dwiema kochankami, naraz. Ja byłam oczywiście dla niego
wygodną żoną, którą można śmiało pokazać jako swoją wizytówkę i pochwalić się nią na salonach, ale, jak widać, to mu nie wystarczyło.
Okazał się seksoholikiem, lubił zdradzać. Podobało mu się, że taki jest
sprytny w swoich oszustwach, że przez lata o niczym nie wiedziałam.
Teraz robi dokładnie to samo swojej najnowszej "oficjalnej" kobiecie.
Do tej pory zdarza się, że któraś z jego kochanek kontaktuje się ze mną
przez media społecznościowe, lecz na szczęście teraz pytają o tę
kobietę, która była jego kochanką w czasie, gdy my byliśmy razem.
Niektórzy nazywają to karmą, ja się cieszę, że nie jest to już mój
problem.
Wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, że ktoś, kto ślubował mi
wierność, mógłby okazać się tak nie w porządku; to się w ogóle nie
wpisywało w mój kanon wartości. Myślałam, że wszystko jest OK, gdyż
mierzyłam go swoją miarą. Jednak nic, nawet dobre wspomnienia nie
okazały się prawdziwe.
Dziś nie jestem już tak naiwna jak kiedyś, wiem, że świat jest pełen
złych ludzi. Nie ufam tak jak kiedyś i nie popełniam tych samych błędów.
Doświadczenia z Fredem pokazały mi, że można żyć w iluzji wiele lat. To
na zawsze pozostawia skazę w sercu.
Wszystko układało się w doskonałą złotą mozaikę do momentu pierwszego
pęknięcia.
Któregoś wieczoru, na jednym z eventów biznesowych, okazało się, że mój
Fred ugaduje nie do końca jasny deal, na dodatek za ogromne państwowe
pieniądze.
Powoli poznawałam wtedy meandry polityki i nie potrafiłam się z tym
światem ułożyć, nie lubiłam tego fałszu i obłudy oraz tego, że tak
powszechne jest w nim budowanie kariery na cudzych plecach i z użyciem
brudnych gier. Mnie od tego odrzucało zawsze, a ten państwowy kontrakt
Freda był idealnym dowodem na to, że wszystko na styku polityki i biznesu jest śmierdzące. Brudny pieniądz nigdy się nie wyczyści.
Fred, na fali sukcesów rozpędzony jak rakieta, myśląc, że jest bezkarny
i może wszystko, przejął sporo państwowych środków. Wtedy uważał, że
jest nietykalny, a tu noga się powinęła... Z hukiem wyleciał z partii.
Zamknął się w mieszkaniu i zanurzył w depresji. Autentycznie! Po raz
pierwszy w życiu widziałam mężczyznę, który klęczy i płacze... Weszłam
oczywiście w rolę pocieszycielki strapionych i ratowniczkę. Wszędzie,
gdzie bałagan - posprzątam. Gdy ktoś tonie - pobiegnę z ratunkiem,
zwłaszcza jeśli tonie człowiek mi bliski.
Czy miałam myśli, żeby go wtedy zostawić? Absolutnie nie.
Owszem, nie podobał mi się brak uczciwości, o czym mu szczerze mówiłam,
ale to przecież był mój mężczyzna!
Każdy czasem popełnia błędy. Fred zaklinał się, że nigdy więcej nic
takiego nie zrobi. Wierzyłam, że szczerze żałował.
Wybuchła afera korupcyjna. Fred po kilku dniach płaczu wymyślił wraz z prawnikiem dwuetapowy plan działania. W pierwszym, aby prasa go nie
zniszczyła, wszystkich, którzy będą o nim pisać prawdę, miał pozywać o naruszenie dóbr osobistych i zniesławienie, w kolejnym miał finansować
duże wydawnictwa oraz wspierające je fundacje. Wykupywał roczne pakiety
reklamowe (artykuły sponsorskie, ogłoszenia i reklamy), gwarantując
sobie w ten sposób nietykalność... Gazeta działa tak, że pod koniec roku
bilans musi wyjść na plus, inaczej tytuł się nie broni i upada. Gdy
odchodzi duży klient, to nie jest dobrze. Okazało się, że ta strategia
podziałała i... działa do dziś. Fred ma w kieszeni wiele redakcji i licznych dziennikarzy.
Jego słynne motto: "Zajebię wszystkich, którzy będą usiłowali
podnieść na mnie rękę" teraz dotyczy też mnie.
Kiedy patrzę wstecz, widzę jasno swoje błędy i klapki, które miałam na
oczach. Widzę, jak ufałam za bardzo, za bardzo starałam się utrzymać
rodzinę i jak nie widziałam żadnych sygnałów ostrzegawczych, bo nawet
nie wiedziałam, że w ogóle mogą takie być.
Nigdy nie brałam pod uwagę odejścia od Freda. Dorastałam w pełnej
rodzinie, bez rozwodów, gdzie mąż i żona to święta jednostka, gdzie się
nie porzuca nikogo w kłopotach, a do końca walczy o to, aby nawrócić
małżonka na właściwe tory. I to mnie zgubiło.
Nie brałam udziału w przekrętach Freda, na szczęście działaliśmy w zupełnie innych strefach biznesowych, ale im bardziej widziałam i słyszałam, co robi, i protestowałam przeciwko jego poczynaniom, tym
bardziej zły, oschły i okrutny się stawał wobec mnie. Mówił, że albo
jestem z nim, albo przeciw niemu, dla tego człowieka nie ma nic
pomiędzy.
Albo jesteś jego "pachołem", jak sam nazywał swoich popleczników,
"podnóżkiem" albo wrogiem... i tak w jego ocenie przeszłam na drugą stronę
mocy, co miało mnie później wiele kosztować.
Nie mieliśmy przed ślubem intercyzy, bo pobraliśmy się na dobre i na
złe. Po aferze chciał wrócić do polityki i zaczął szukać, w jaki sposób
ukryć majątek. Postanowił wszystko przepisać na swoją matkę, a potem
przenieść własność z powrotem na mnie i na siebie. Tak niestety się nie
stało i w wyniku jego machlojek, sfałszowanych przez niego dokumentów i podpisów, zostałam pozbawiona praktycznie całego mojego dorobku... Zostały
mi kredyty Freda i trochę oszczędności na kontach akcyjnych, które to
pieniądze później zwyczajnie z moich kont ukradł (do dziś toczy się o to
sprawa). O mój dorobek, mimo upływu wielu lat, nadal walczę w sądach.
Polskie sądownictwo pozostawia wiele do życzenia, moje sprawy ciągną się
od pięciu lat i nie widać ich końca. Mimo opinii biegłych sądowych o fałszerstwie żadnych środków nie odzyskałam do dziś.
Działaniami mojego męża związanymi z ukrywaniem majątku i nieprawidłowościami w oświadczeniach finansowych zainteresowało się CBA.
Fred bardzo się służb bał, mówił że to koniec, rozważał ucieczkę z kraju.
Kolejna czerwona lampka zapaliła mi się, gdy przeszłam mój pierwszy
osobisty potworny dramat - poronienie...
Fred nie tylko nie przyjechał do szpitala, nie usłyszałam żadnych słów
wsparcia czy wyrazu jakiejkolwiek empatii, za to wieczorem tego samego
dnia kazał mi skosztorysować wielką transakcję. Udawał, że nic się nie
stało.
Jakieś dwa miesiące później wyjechaliśmy do Miami, oczywiście z jego
znajomymi.
Wynajął jacht, na którym już pierwszego wieczoru pojawiło się
trzydzieści dziwek.
Dlaczego tak dużo? Nie wiem...
Dlaczego nazwałam tak jednoznacznie te miłe panie? Dlatego że pierwsze,
co zrobiły, to otworzyły szampany, zdjęły bluzki i staniki, i polewały
się nim obficie, zlizując go sobie wzajemnie z ciał. Po czym nosiły po
pokładzie srebrne tace z kokainą, częstując nią chętnych.
W momencie, kiedy dwie z pań zaczęły robić loda sąsiadowi znajomego z Miami, zeszłam z płaczem pod pokład i nie obserwowałam, co dalej się
działo. Oczywiście Fred przez wiele godzin nawet nie zauważył, że
nigdzie mnie nie ma.
Przy śniadaniu miał do mnie pretensję, że się nie bawiłam, zupełnie nie
rozumiał, co mnie tak oburzyło. Tłumaczył, że przecież to nie jemu
robiły tego loda...
Byłam bardzo przejęta i szczęśliwa, gdy zaszłam drugi raz w ciążę.
Poród miałam dramatyczny - straciłam bardzo dużo krwi i przytomność.
Mało nie umarłam. To mama pomagała mi po wszystkim dojść do siebie i przy Aleksie. Pamiętam, że byłam przez pierwszy miesiąc tak obolała, że
nie miałam siły iść do toalety...
Fred zniknął, bo powiedział, że musi się wysypiać. Mieliśmy wtedy jedno
mieszkanie w Warszawie, a drugie w Szczecinie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki