1.
Gdy drzwi od biblioteki stanęły otworem, Oliver Monroe natychmiast zmrużył powieki oślepiony wiązką światła, która wpadła w jego źrenice. Starał się otworzyć oczy, ale wiedział, że póki nie przyzwyczają się do nowego oświetlenia, póty z zamiaru sprawdzenia, kogo to diabli niosą do biblioteki, nic nie będzie. Było to prawdopodobnie jedyne pomieszczenie Uniwersytetu Brown, w którym frekwencja nigdy nie przekraczała setki na dzień. Cieszyło to jednak Monroego, który, będąc jednym z najbardziej rozsławionych profesorów na wydziale archeologii, mógł po ciężkim dniu pracy udać się tam, poczytać gazety, popracować w spokoju, czy po prostu odpocząć. Należy wspomnieć, że mimo posiadania własnego gabinetu, to właśnie pomieszczenie zawierające księgozbiór uniwersytetu było ulubionym miejscem przebywania młodego profesora.
Gdzie brała swój początek popularność Olivera wśród studentów? Oprócz tego, że był szczególnie lubiany przez nich za sposób prowadzenia zajęć, indywidualne podejście do każdego studenta, a żeńskiej części przyszłych archeologów przypadł także do gustu ze względu na aparycję, to zajmował również sławną salę wykładową numer 68, której zarówno uczniowie, jak i inni wykładowcy unikali jak ognia. Oliver Monroe znany był z tego, że namiętnie oddawał się swojemu destrukcyjnemu nałogowi, którym było palenie papierosów. Ale nie zwykłych, tanich, ogólnodostępnych. To były prawdziwe dzieła sztuki, do których tytoń produkowany był z liści jakiegoś nikomu nieznanego gatunku rosnącego w lasach tropikalnych. Przynajmniej tak sądził Monroe, ale inni naśmiewali się z jego naiwności i twierdzili, słusznie zresztą, że cena sześćdziesięciu dolarów za paczuszkę, których to Oliver potrzebował co najmniej dwie tygodniowo, wydaje się lekko niedorzeczna. Opisując zatem jednym zdaniem papierosy wypalane przez Monroe, można stwierdzić, były równie drogie, co śmierdzące. Co za tym idzie, kiedy młody profesor oddawał się swojemu nałogowi, co działo się najczęściej podczas przerwy na lunch, całe trzecie piętro, na którym to znajdowała się sala numer 68, w mgnieniu oka stawało się najmniej zaludnionym obszarem na ziemi.
Nagłe oślepienie wyrwało go z wprowadzania poprawek do nowej publikacji, którą był zmuszony powtórnie zredagować, dostosowując artykuł do wymogów jednego z czasopism naukowych. Szczerze miał już dość ślęczenia nad dwudziestoma stronicami manuskryptu i czytania ich po raz kolejny, a każda przerwa w pracy oddalała go od upragnionego końca tej udręki.
Oliver Monroe starał się teraz skojarzyć postać, która śmiała zakłócić jego popołudniową przerwę. Wciąż widząc wszystko jak przez mgłę, zauważył człowieka dość nieporadnego. Do tego wniosku przekonał go fakt, że przybysz tuż po wejściu do biblioteki potknął się o leżącą na ziemi książkę. Cudem utrzymawszy równowagę, schylił się, podniósł Nowy Testament i ruszył nieco niepewnym krokiem w stronę biurka, przy którym siedział profesor. Oliver Monroe mimo ciągłego oślepienia miał już podejrzenia, jak może brzmieć imię niezdarnego osobnika. W miarę zbliżania się postaci - obraz stawał się coraz wyraźniejszy, aż wreszcie nie było żadnych wątpliwości, kto zakłóca spokój młodego profesora. Monroe słusznie podejrzewał, że to Matthew Clums.
Matthew Clums był najdociekliwszym studentem na ostatnim roku archeologii. Dzięki Bogu, że na ostatnim, bo ani Oliver Monroe, ani żaden inny wykładowca nie wytrzymałby z nim kolejnego roku. Inni studenci mogliby pozazdrościć mu jego żądzy wiedzy, ale nikt tego nie robił z dwóch prostych powodów.
Po pierwsze, nie wykazywał on jedynie zwykłego zainteresowania przedmiotami wykładowymi, ale pewnego rodzaju obsesję.
Obsesję, która opierała się na notorycznym prześladowaniu wykładowców.
Tematem, który sprawiał, że krew uderzała mu do mózgu, a na ustach pojawiał się uśmiech, były różnego rodzaju teorie spiskowe, ukryte skarby, czyli, krótko mówiąc, wszystkie te rzeczy, do których przeciętny historyk jest sceptycznie nastawiony. Jego zamiłowanie do tego typu "ciemnych spraw" było głównym powodem, dla którego adiunkci na swych zajęciach unikali rozmów na temat jakichkolwiek niewyjaśnionych zjawisk, które mogłyby podsycić u Clumsa ogień poszukiwacza przygód i tym samym narazić ich samych na natarczywe pytania z jego strony.
Drugi powód, dla którego nie przepadano za tym z pozoru miłym i uczynnym studentem, stanowił fakt, że był on trochę dziwakiem. Zawsze cichy, na korytarzach słowem się nie odzywał, zdawał się zamknięty w sobie, a na wykładach przechodził coś w rodzaju przemiany ze spokojnego, młodego człowieka w zafascynowanego historią dziwaka zdolnego rozszarpać każdego, kto tylko śmiałby przerwać kolejny wykład o wojnach albigeńskich1. Cisza panująca na lekcji była chyba jedyną rzeczą, za którą wykładowcy byli wdzięczni Matthew.
Student jak zwykle przywitał profesora uprzejmym "dzień dobry", po czym - jakby nie zauważając bardzo wyraźnego skrzywienia Olivera Monroego, wyrażającego kompletną niechęć do jakichkolwiek konwersacji - położył przed nim gazetę. Na pierwszej stronie widniał napisany dużymi literami tytuł:
ZMARTWYCHWSTAĆ, NIE UMIERAJĄC
Nie dodał niczego od siebie, wytrzeszczył tylko oczy i z wielkim podnieceniem spoglądał na profesora, czekając na jego komentarz - jakby na opinię samego Boga. Monroe tylko powierzchownie spojrzał na gazetę, odczytał głośno tytuł, po czym z dość ironicznym uśmiechem odrzekł:
- To chyba sprawa dla teologa, a nie zwykłego profesora archeologii.
W tym miejscu wrócił do pisania pracy, lecz po chwili spojrzał na studenta z nadzieją, że ten da mu spokój, zabierze gazetę i wyjdzie, ale dostrzegłszy, że nic nie wskazuje na taki rozwój wydarzeń, powtórzył, ale już bez uśmiechu i bardziej stanowczo:
- Nie dla zwykłego profesora archeologii.
Na co Clums odparł:
- Ale pan nie jest zwykłym profesorem.
Monroe roześmiał się cicho po usłyszeniu tych słów, gdyż zabrzmiały w jego głowie jak tani tekst na podryw, ale po zobaczeniu poważnej miny Matthew - opanował się.
Kazał studentowi chwilę poczekać, a sam rozsiadł się w krześle. Wziął do rąk gazetę i zaczął przeglądać ją pobieżnie, wcale nie czytając, jak gdyby chcąc sprawić tylko wrażenie zainteresowanego. Widział w tym także korzyść dla siebie, albowiem miał nadzieję, że upierdliwy student wreszcie sobie pójdzie. Na nic jednak się zdała jego gra aktorska. Clums nie dawał za wygraną. Co jak co, ale jeśli chciał komuś uprzykrzyć życie, to potrafił to zrobić. Poszedł po krzesło stojące przy biblioteczce zawierającej starożytne dzieła Ajschylosa i Frynicha i postawił mebel koło profesora, a ten główkował, jakby tu się wymigać z niezręcznej sytuacji.
Matthew usiadł na krześle przy profesorze, co oznaczało, że szybko stąd nie odejdzie. Monroe podniósł się energicznie, jednocześnie spoglądając na zegarek.
- Och, zobacz, jak późno się zrobiło... My jutro mamy zajęcia, prawda? - zapytał i uprzedzając odpowiedź studenta, dodał: - W takim razie obejrzę to po jutrzejszych zajęciach.
I nie czekając na żadną reakcję ze strony Matthew Clumsa, wybiegł z biblioteki, strącając z półki jakąś książkę.
Zaraz po tym, jak drzwi się zamknęły, student wstał i powolnym krokiem podszedł do miejsca, gdzie leżała książka. Podniósł ją, odczytał głośno tytuł: Nowy Testament, po czym odłożył ją na miejsce i wyszedł z biblioteki z gazetą pod pachą.
1 Wojny prowadzone przez Kościół Katolicki w latach 1209-1229 w celu walki z herezją, skierowane głównie przeciw Katarom i Waldensom.