Syndykat - Piotr Adamek
12.81 zł
10.89 zł
(3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Projekt i wykonanie okładki: Piotr Adamek
Korekta tekstu: Agnieszka Kamińska
Przygotowanie wersji elektronicznej: Piotr Adamek
Warszawa 29 Stycznia 2017 rok.
ISBN: 978-83-945591-4-4
Roku Pańskiego 1812 przyszła mroźna i sroga zima. Pobita wielka armia Napoleona rozpoczęła swój marsz powrotny spod Moskwy. Praktycznie zdziesiątkowani żołnierze wracali, ciągnąc ze sobą kosztowne łupy zrabowane w moskiewskich cerkwiach i pałacach. Marsz utrudniał wszechobecny siarczysty mróz. Droga powrotna wiodła przez ziemie Rzeczpospolitej. Mimo zajęcia Moskwy, jego cesarskiej mości nie udało się pokonać wojsk Cara. Za wojskiem ciągnięte były wozy wypełnione zdobycznymi dobrami, często nawet kosztem zapasów żywności. Dawało to łatwą możliwość odwetu wojsk carskich na poruszających się wolno żołnierzach Napoleona. Szczególnie skuteczni w atakach na wycofujące się wojska byli Kozacy. Na ziemiach Rzeczypospolitej panował spokój, mimo ostatnich wydarzeń i powracającego wojska starano się żyć normalnie. Mocarstwa Europy pogrążone były w wojnie, a na polskich ziemiach zachowywano pozory spokoju, bacznie przyglądając się toczącym wokół wydarzeniom.
Mały dworek szlachecki, stojący wśród otaczających go sporych zasp, znajdował się w Trzcińcu w okolicach Lublina. Biel budynku zlewała się z zalegającym wokół śniegiem, jedynie dach odcinał się ciemniejszymi plamami w miejscach, gdzie śnieg zdążył się zsunąć, opadając przed budynek. Do dworku prowadziła szeroka droga biegnąca do głównego wejścia. Wzdłuż alei stały strzeliste, wysokie topole rosnące równym rzędem po obu stronach. Tadeusz Giedłowicz spacerował po ośnieżonym ogrodzie, mimo iż służył już w wojsku, nie zaciągnął się do armii Napoleona razem z wieloma polskimi żołnierzami. Był to mężczyzna średniego wzrostu, przystojny, dobrze ubrany, jak przystało na herbowego szlachcica. Gęsta, czarna czupryna rozwiewana była chłodnymi podmuchami wiatru, a postawiony kołnierz płaszcza zasłaniał go prawie do połowy głowy. Od jakiegoś czasu Tadeusz toczył wewnętrzną walkę ze sobą myśląc o siostrze, o przyszłości, o wojnie. Z jednej strony trapiła go bezsilność, był tu na miejscu, podczas kiedy rodacy walczyli u boku Napoleona, z drugiej wiedział, że postąpił dokładnie tak jak musiał. Został mając świadomość obowiązku opieki nad gasnącym ojcem i siedemnastoletnią siostrą Elżbietą. Mając trzydzieści lat doskonale zdawał sobie sprawę z czyhających na młodą Pannę niebezpieczeństw i nie mógł pozostawić jej praktycznie samej. Po śmierci matki i ciężkiej chorobie ojca został głową rodziny, musząc zapewnić im bezpieczeństwo. W domu zostali już tylko sami, nie licząc sędziwego ojca Leopolda i mocno okrojonej służby. Giedłowiczowie pochodzili ze starego rodu szlacheckiego i choć ich majątek skąpy nie był, z biegiem czasu topniał coraz bardziej, dodatkowo sytuacji nie polepszała panująca wokół wojenna zawierucha ...
******
Leopold traktował Jana jak syna, oboje z żoną gościli go zawsze chętnie. Dużo przeszedł w życiu i nie raz służył szablą Rzeczpospolitej. U kresu życia nie chodził już i znacznie podupadł na zdrowiu. Zdawał sobie sprawę, że jego droga dobiega końca, jednak zachowując wciąż niezmącony umysł, interesował się bieżącymi sprawami kraju i obecnie przetaczającą się przez te tereny wojną.
Po chwili wszyscy siedzieli przy dużym stole czekając na obiad. W trakcie posiłku chcieli się dowiedzieć jak najwięcej o wyprawie Jana pod Moskwę.
******
Niedaleko dworku, brodząc w głębokim śniegu, dwóch francuskich żołnierzy przedzierało się przez zaspy. Udało im się zbiec po niedawno przegranej walce z Kozakami, nie wiedzieli czy uda im się gdziekolwiek dotrzeć. Nie dość, że obaj byli ranni to jeszcze postępujące odmrożenia stóp i dłoni pogarszały sytuację. Przedzierali się przez śnieg ostatkiem sił, starszy z nich upadał co chwilę i wkrótce poczuł, że zaczyna tracić przytomność.
Idący z nim przyjaciel z wysiłkiem trzymał pod pachą druha. Początkowo starszy żołnierz próbował pomagać powłócząc nogami, ale wkrótce opadł z sił i był tylko ciągnięty przez młodszego kolegę. Kiedy obaj stracili już jakąkolwiek nadzieję na ratunek, spostrzegli wyłaniający się na wzgórzu dworek ...
******
W niedużym pomieszczeniu ciężko było walczyć, mrok panujący w piwnicy nie tylko ograniczał ruchy, ale też nie pozwalał na precyzyjne ciosy. Walczący pod podłogą mężczyźni siekli szablami właściwie na oślep, tylko mniej więcej wiedząc, w którym kierunku zadawać ciosy. Jęk bólu, który dał się słyszeć z dołu świadczył o skutecznym trafieniu jednego z walczących. Na górze Tadeusz zrywając szable ze ściany, po usłyszeniu krzyku z piwnicy, zatoczył łuk pochwyconą bronią i starł się z oficerem. Tak jak sądził, walka z doświadczonym i zaprawionym w bojach żołnierzem nie była łatwa. Odwykł od szabli pozostając w domu, by zadbać o ojca i siostrę. Jan sięgnął po broń, ale najpierw podbiegł do piwnicy i pochylony nad wejściem krzyknął.
Dopiero kiedy sprawdził przebieg walki na dole, dołączył do Tadeusza i przewaga przechyliła się na ich stronę. Kozak bronił się zaciekle, co jakiś czas starając się nawet wyprowadzać ataki, ale spychany cofał się w większości, już tylko parując zadawane ciosy. Z krzyków Jana zorientował się, że jego podkomendny nie żyje, zdając sobie sprawę ze swojego beznadziejnego położenia. W pewnym momencie atak obu mężczyzn okazał się ostateczny. Oficer jęknął jeszcze, kiedy z brzękiem spadła na podłogę wytrącona mu szabla.
Kiedy wyszedł na górę, trzymając w dłoni chlebaki żołnierzy, wszyscy siedzieli już zebrani przy stole. Tadeusz położył wojskowe torby przed nimi i powtarzając przebieg rozmowy z oficerem francuskim, ostrożnie sprawdzał zawartość. Patrzyli na niego zdumieni, kiedy z jednego wyjął złożony list i narysowaną naprędce mapę z oznaczeniem miejsca ukrycia kosztowności wiezionych przez francuski pułk ...
******
Rok 2016.
Zbliżała się godzina osiemnasta, siedziałem pochylony nad biurkiem kończąc raporty z całego miesiąca i miałem wreszcie wyjść z pracy. Wprowadzałem ostatnie dane do arkusza Excela, kiedy zadzwonił telefon. Gdy odebrałem, w słuchawce usłyszałem głos Izy.
Całe szczęście właśnie wpisałem ostatnie dane i wysłałem maila z raportami. Wyłączając laptopa zarzuciłem na siebie kurtkę i w pośpiechu wyszedłem z biura. Zjeżdżając windą na parking podziemny, cieszyłem się z rozpoczynającego się weekendu. Wreszcie odpoczniemy i będziemy mieli z Izą trochę czasu dla siebie. Zapowiadana ładna, ciepła i słoneczna pogoda miała być dopełnieniem wolnych dni. Wsiadając do samochodu uśmiechnąłem się sam do siebie, związek z Izą nabierał tempa i było nam ze sobą naprawdę dobrze, wreszcie od dłuższego czasu byłem szczęśliwy. Wyjeżdżając z parkingu skierowałem się do galerii znajdującej się praktycznie po drugiej stronie ulicy. Gdy dojeżdżałem, zobaczyłem Izę czekającą na mnie przy wejściu do budynku. Zatrzymałem się i pomogłem spakować jej torby z zakupami do bagażnika. Kiedy wsiedliśmy, Iza uśmiechnęła się do mnie i pocałowała.
W drodze do domu, na wyświetlaczu deski rozdzielczej samochodu, pojawiła się informacja o przychodzącym połączeniu. Dzwonił Marek, którego znaliśmy oboje, odebrałem włączając automatycznie połączenie przez bluetooth.
Po ostatniej przygodzie z odnalezieniem królewskich regaliów i pochówku Mieszka oboje cierpieliśmy na niedosyt wrażeń. Mimo, że chwilami przygoda była naprawdę niebezpieczna, stanowiła fantastyczne oderwanie od rzeczywistości. Poza tym brakowało nam trochę tej adrenaliny i zaskakujących nas ciągle wydarzeń. Wiedzieliśmy, że taki wypad dobrze nam zrobi, w końcu od ostatniej przygody minął prawie rok. Nie czekając, jeszcze w drodze do domu, skontaktowaliśmy się ze swoimi przełożonymi w sprawie urlopów. Tak jak ja dostałem tydzień urlopu właściwie bez problemu, tak urlop Izy, z uwagi na obecnie prowadzone zadania, był uzależniony od dokumentacji, którą musiała skończyć chcąc go dostać. Niestety, część pracy musiała zrobić jutro w domu. Piątkowy wieczór minął nam szybko, tym bardziej, że Iza siedziała na górze pracując, a ja starałem się dowiedzieć czegoś więcej o rumuńskich szlakach Karpat i tej największej jaskini. Iza, chcąc zdążyć, pracowała prawie całą noc i w sobotę koło południa otrzymała akceptację materiałów, które wysłała i tym samym zgodę na tygodniowy urlop. Oczywiście od razu zadzwoniliśmy do Marka, który ucieszony wiadomością o naszym wyjeździe, szybko zarezerwował dodatkowe miejsca dla nas, zarówno na lot jak i nocleg. Po ustaleniach dotyczących kwestii co ze sobą zabrać i jak się ubrać, rozpoczęliśmy pakowanie. Przygotowując się, z ekscytacją myśleliśmy o poniedziałkowym wyjeździe. W niedzielę przy śniadaniu rozmawialiśmy o informacjach przeczytanych w przewodniku. Poprzedniego dnia udało nam się jeszcze wymienić pieniądze przeznaczone na wyjazd na rumuńskie leje i teraz spakowani byliśmy gotowi do wyjazdu. Pamiętając, że lot do Bukaresztu mamy z samego rana położyliśmy się spać wcześniej niż zwykle.
W poniedziałek koło godziny 7:00 samolot podchodził do lądowania na lotnisku imienia Henri Coanda. Kiedy zatrzymał się na płycie lotniska, wysiadając skierowaliśmy się do podstawionego dla pasażerów autobusu. Jadąc patrzyliśmy na nowoczesną bryłę budynku, mieszczącą halę odlotów i przylotów. Podekscytowani, wychodząc z lotniska, podeszliśmy do dużego vana z wytartym nieco z boku napisem "Romania travel" i ledwo widocznym szkicem Draculi. Dwóch mężczyzn, stojących przy samochodzie, przywitało się z nami płynną angielszczyzną i po potwierdzeniu naszych tożsamości spakowali bagaże do vana. Jak się szybko dowiedzieliśmy, czekało nas około ośmiu godzin jazdy z lotniska pod Bukaresztem do miejscowości Meziad położonej niedaleko jaskini, którą chcieliśmy odwiedzić. Samochód okazał się na tyle komfortowy i wygodny, że wkrótce po rozpoczęciu jazdy co jakiś czas zapadaliśmy w drzemkę, nadrabiając niedobory snu po porannej podróży. Koło godziny 15:00 dojeżdżaliśmy do celu.
Jadąc niemal przyklejeni do szyb samochodu, podziwialiśmy otaczający nas krajobraz. Jechaliśmy doliną otoczoną wspinającymi się niemal pionowo zboczami gór, które porastał gęsty las iglasty. W ich wyższych partiach biel wapiennych skał poprzecinana była soczystą zielenią, jakby pnących się po nich roślin. Mimo dość wysokiej temperatury, w okolicach niektórych szczytów, skały oblepione były połaciami leżącego śniegu. Poniżej wznoszącej się stopniowo w górę drogi, którą jechaliśmy, ciągnęła się z szumem wąska wstążka płynącej rzeki. Niewielkie ścieżki, odbijające co jakiś czas w bok od głównej drogi, ciągnęły się wznosząc w górę i niknąc wśród drzew. Kręta droga, którą od przepaści oddzielała niewysoka barierka, była dopełnieniem górskiego krajobrazu. Po paru minutach dalszej jazdy skręciliśmy w boczną dróżkę i wspinając się w górę dotarliśmy na polanę, przy końcu której znajdował się nieduży pensjonat, w którym mieliśmy nocować. Wciąż nieco oszołomieni pięknem otaczających nas widoków, wysiadając z samochodu łapczywie chłonęliśmy krajobraz wokół. Po wypakowaniu bagaży z samochodu, skierowaliśmy się ku wejściu do uroczego drewnianego domu, na schodach którego czekał już na nas właściciel. Był to starszy pan o imieniu Liviu i o rozbrajającym uśmiechu, biegnącym od ucha do ucha. Po krótkim powitaniu wskazał nam nasze pokoje, oba były równie obszerne z zapierającym dech w piersiach widokiem na okoliczne szczyty. Pozostawiliśmy bagaże w pokojach i schodząc na dół rozliczyliśmy się z właścicielem za tygodniowy pobyt. Pytając go o przewodniki, otrzymaliśmy dosyć dokładne mapy turystyczne najbliższych terenów z oddzielnie opisaną pobliską jaskinią, do której mieliśmy się jutro udać. Zanim wyszliśmy właściciel przedstawił nam swoją żonę, z którą prowadził pensjonat. Po krótkiej rozmowie poszliśmy przejść się po okolicy. Wokół wzgórza rozdzielone były zielonymi polanami, na których co jakiś czas stały nieduże domki, rozrzucone w nieładzie na płaszczyznach łączących szczyty. Ciepły i słoneczny dzień sprawiał, że promienie słońca, przecinając wzgórza, oświetlały jakby punktowo ich ściany i położone między nimi polany. Płynące leniwie chmury wydawały się być prawie na wyciągnięcie ręki, zahaczając o co wyższe szczyty. Wkrótce postanowiliśmy wrócić do pensjonatu i rozpakować potrzebne rzeczy, aby przygotować się do jutrzejszego zwiedzania jaskini Pestera Meziad. Kiedy wróciliśmy do domu i szykowaliśmy się do wyprawy, przyszedł właściciel i zaprosił nas na dół do siebie ...
******
Wsiedliśmy do samochodu i z włączoną nawigacją ruszyliśmy w kierunku jaskini. Jaskinia okazała się być bliżej niż sądziliśmy, zatrzymaliśmy Suzuki na ogólnodostępnym parkingu. Przy dosyć dużym zainteresowaniu zwiedzanie odbywało się w cyklach co dwie godziny. W zebranej kilkunastoosobowej grupie czekaliśmy przy wejściu, prowadzący nas przewodnik instruował o podstawowych zasadach bezpieczeństwa i na wszelki wypadek rozdali nam miniaturowe nadajniki. W środku było dosyć chłodno, ale widok zapierał dech w piersiach. Po wejściu do jaskini otaczające skały rozchodziły się na obie strony, ukazując obszerne wnętrze. Strop usiany był wiszącymi stalaktytami, odwrócone stożki były jakby do niego przyklejone. Oświetlone dla turystów dodatkowo lampami LED robiły niesamowite wrażenie. Wiszące sople wyglądały jak zęby gęstych grzebieni, poukładanych przy stropie w nieładzie. Dodatkowo, miejscami lśniły i iskrzyły się znajdującymi się w naciekach minerałami. Szlak prowadził szerokimi przejściami, co chwilę przemieszczaliśmy się z jednej części jaskini do drugiej, które połączone były wąskimi i krótkimi korytarzami. Wyglądało to tak, jakbyśmy przechodzili z jednej dużej sali majestatycznego zamku do drugiej. W niektórych szerszych fragmentach jaskini, z dala od szlaku, czerniły się kolejne przejścia do zamkniętych korytarzy.
Wokół czuć było wszechobecną wilgoć i chłód skał. Niektóre części jaskini były wyższe niż inne, wiszące nacieki sopli stalaktytów wyglądały jak zdobione żyrandole mieniące się kryształkami. Prowadzący nas przewodnik zatrzymywał się co jakiś czas, podając garść informacji dotyczących wielkości i głębokości jaskini, okraszonych co ciekawszymi opowiadaniami i legendami związanymi z jaskinią. Posuwaliśmy się powoli, cały czas schodząc niżej, zagłębiając się w skalną grotę biegnącą pod ziemią w dół. Podczas zwiedzania Marek zaczął zerkać na ciemne otchłanie zamkniętych korytarzy, z coraz większym zainteresowaniem. Mijając kolejny zbliżył się do Izy i do mnie.
Po minie Magdy widać było, że zaczyna się łamać mając w głowie wizje Marka, Iza również zamyśliła się przez chwilę.
Po chwili odłączyliśmy się od grupy i sprawdzając czy ktoś zwraca na nas uwagę, skierowaliśmy się do jednego z korytarzy, na stropie którego faktycznie widać było lekko poruszające się refleksy światła. Po przejściu paru metrów w świetle latarek, zobaczyliśmy rozszerzające się wejście. Mijając je, naszym oczom ukazała się obszerna część jaskini z dużym, podziemnym zbiornikiem wodnym. Światło latarek odbijało się w płaskiej tafli wody, która była tak przejrzysta, że snopy światła z łatwością docierały na dużą głębokość. Bajeczny krajobraz dopełniały mieniące się kryształkami minerałów skały i wiszące sople stalaktytów.
Po czym pochylił się i poruszył wodę, zanurzając w niej dłoń. Okręgi wzbudzonej tafli zaczęły biec od dłoni Marka coraz dalej. Woda, przez swoją niesamowitą czystość, wyglądała jak poruszający się kryształ, refleksy światełek zatańczyły na ścianach biegnąc od spodu aż po sklepienie. Tysiące drobnych kryształków w skałach zaczęło mienić się jak sypnięty brokat. Światło tańczące w wodzie i na całej wysokości skał wyglądało tak, jakby ktoś potoczył kule disco. Staliśmy jak zahipnotyzowani, wpatrzeni w pokaz piękna natury.
Iza i Magda spojrzały na siebie z niedowierzaniem, ale po chwili stały przy brzegu w bieliźnie. Wszyscy zanurzyliśmy się powoli w chłodnej wodzie tak czystej, że widać było dokładnie skaliste dno zbiornika. Obaj z Markiem co jakiś czas nabieraliśmy powietrza i kładąc się na brzuchu, staraliśmy się obserwować dno. Poniżej widać było dywan gęsto rozsypanych odłamków skalnych i kamieni. Przed nami, dalej i głębiej, można było dostrzec leżące na dnie jakby kryształki kwarców. Niestety, kiedy próbowaliśmy zanurkować, chłód otaczającej nas wody i głębokość nie pozwalały nawet zbliżyć się do dna.
Zdawaliśmy sobie sprawę, że ze względu na temperaturę wody czas naszej kąpieli się kończy, poruszając się powoli odpłynąłem trochę dalej. Patrząc na drugi brzeg, zauważyłem, że skały tworzące ściany dalszego korytarza miały ślady intencjonalnej obróbki. Wyglądało to dokładnie tak, jakby dalsza jego część za rozlewiskiem była specjalnie poszerzona, a skały tworzące przejście ociosane ludzką ręką. Patrząc pod pewnym kątem w dalszą część korytarza, widać było przylegające do niego wnęki.
Magda i Iza wyszły już na brzeg czując skutki niskiej temperatury wody. Czekając, aż trochę podeschną, podskakiwały na brzegu. Marek podpłynął do miejsca, w którym zostawiliśmy ubrania i nie wychodząc z wody sięgnął po latarki, po czym trzymając je nad głową sprawnie podpłynął do mnie. Zanim dziewczyny zdążyły cokolwiek powiedzieć, patrzyły jak odpływa.
Chciałem sprawdzić kształt połyskujący silniej niż refleksy skał. Kiedy podpłynąłem, sięgnąłem na brzeg, ale źle oceniłem odległość. Nie dostałem do przedmiotu, zamiast tego zobaczyłem na wyciągniętej dłoni czerwoną plamkę. Odruchowo spojrzałem szukając źródła, wtedy zobaczyłem na ścianie korytarza małe urządzenie emitujące czerwone światło. Smuga świecąca na moją dłoń zaczynała się w ścianie i biegła prosto do mojej ręki. Szybko cofnąłem dłoń.
Nie było odpowiedzi. Odwróciłem się i zobaczyłem jak powoli płynie w stronę drugiego brzegu. Szybko skierowałem się za nim, czując jak ciało coraz bardziej mi drętwieje. Kiedy dopłynąłem do brzegu, wszyscy już stali i czekali na mnie, starając otrzepać się z wody. Parę minut później zakładaliśmy ubrania na wilgotne jeszcze ciała ...
******
Następnego dnia, zaraz po śniadaniu, wyruszyliśmy samochodem do jaskini, jednak nieco dziwiło nas zbyt duże zainteresowanie Liviu celem naszej podróży. Byliśmy przekonani, że nie wie ani o celu naszej wizyty, ani o wypożyczeniu sprzętu. W końcu jego ciekawość wytłumaczyliśmy sobie dbałością o bezpieczeństwo swoich gości. Po krótkiej jeździe dotarliśmy ponownie na parking przed jaskinią. Podeszliśmy do drewnianego domku, w którym byli przewodnicy i kasa biletowa. Kiedy weszliśmy do środka, okazało się, że jest tam jeden z przewodników, jego kolega Artem oprowadzał właśnie grupę turystów. Rozmowa nie trwała długo, za pomocą odpowiedniej sumy pieniędzy udało się bez większych problemów przekonać przewodnika, aby wpuścił nas teraz, przed powrotem zwiedzającej grupy. Warunkiem było tylko zabranie przez nas małych nadajników i niedużych krótkofalówek, które mieliśmy trzymać włączone i zgłaszać się, informując o ewentualnych kłopotach. Mając w plecakach pianki do nurkowania weszliśmy do środka. Wiedzieliśmy którędy się kierować, dlatego dojście do korytarza, w który wczoraj skręciliśmy nie było problemem. Przed wejściem do wody odpięliśmy od pianek pasy z obciążnikami. Pozbawione ich pianki świetnie zwiększały wyporność. Tym razem wodę pokonaliśmy szybciej i sprawniej, od razu kierując się na drugi brzeg. Wiedząc o czujnikach staraliśmy się wypatrywać ich w skalnych ścianach i omijać je w taki sposób, aby nie przerwać wiązki biegnącej do przeciwległej ściany przez całą szerokość korytarza. W pewnym momencie, i tak dosyć szerokie przejście rozchodziło się jeszcze szerzej, teraz bez problemu mogły iść koło siebie dwie osoby. Szliśmy parami, jak na razie szczęśliwie, mijając rozmieszczone co parę metrów czujniki. Nie wiedzieliśmy jednak o kolejnych, termicznych umieszczonych przy stropie ...
******
Idąc zauważyliśmy przed sobą dwie duże wnęki w skałach. Tak jak poprzednie, znajdujące się na końcu korytarza, były puste, tak te wydawały się jakby zamurowane. Oglądając je dokładnie szukaliśmy potwierdzenia naszych domysłów, sprawdzaliśmy czy nie ma możliwości ich otwarcia. Nagle, będąc najbardziej z tyłu, usłyszałem dźwięk przypominający kroki po zgrzytających kamieniach, odgłos był ledwo słyszalny, ale wydawało mi się, że zbliża się dosyć szybko.
Faktycznie, tuż przed nami ściana tworzyła jakby dosyć szeroką podporę stropu, którą można było obejść z obu stron. Schowani za nią czekaliśmy, słysząc kroki coraz bliżej i coraz wyraźniej. Po chwili zobaczyliśmy ciemne kształty dwóch poruszających się sylwetek, nie musieliśmy długo czekać, by się zbliżyli. Zobaczyliśmy dwóch mężczyzn mających założone noktowizory i trzymających w rękach spore, gotowe do strzału kusze, przy paskach wisiały przyczepione krótkofalówki. W głowie zaświtały mi najgorsze myśli. Profesjonaliści, którzy mają nas odnaleźć bez trudu dzięki noktowizorom, kusze automatycznie kojarzyły mi się z potrzebą cichego zabójstwa. Uruchomiona wyobraźnia podsuwała coraz gorsze obrazy, ale równocześnie przez głowę przemknęło mi pytanie czemu mają zamiar nas zabić.
Kolejne wypadki potoczyły się w błyskawicznym tempie. Wychodząc chwyciłem z ziemi jeden z kamieni i z impetem, wykorzystując rozpęd ciała rzuciłem się na jednego z nich, uderzając go w tył głowy. Kamień odskoczył od czaszki z pustym, głuchym dźwiękiem, poczułem jak ciało mężczyzny wiotczeje i osuwa się pod moimi nogami. Marek chcąc zrobić dokładnie to samo spadał z wyskoku na drugiego mężczyznę, który w tym samym czasie próbował się odwrócić. Niestety, cios Marka sięgnął tylko ramienia atakowanego, który co prawda przewrócił się z jękiem na ziemię, ale nie upuścił kuszy szybko oddając strzał bez mierzenia. Widziałem jak grot zagłębia się w brzuchu pochylonego nad nim Marka, który postrzelony, zaczął składać się wpół, trzymając rękoma miejsce trafienia. Odruchowo podniosłem kuszę mężczyzny leżącego przede mną i w trakcie podnoszenia nacisnąłem spust, celując w czarną plamę odwracającą się w moją stronę. Przeciwnik ugodzony w pierś wyrzucił ręce do góry i upadł w groteskowej pozycji. Zdążył wystrzelić, ale upadając zmienił kierunek, strzała minęła mnie rozrywając jedynie nogawkę pianki na wysokości łydki. Nie sprawdzając czy żyją, skoczyłem do Marka, który dysząc ciężko trzymał się za brzuch. Na poruszającej się od urywanego oddechu piance widziałem powiększającą się plamę ciemnej cieczy ...
******
Podbiegłem do niego i łapiąc ramieniem za szyję odruchowo zamknąłem drzwi, przesuwając masywny zamek. Ludzie, którzy wypadli z Jeepów musieli nie widzieć kto stał przy drzwiach, bo od razu usłyszałem grzechot kul odbijających się od barierki przed domem i głuche uderzenia pocisków zagłębiających się z impetem w drewnie. Liviu szarpał się starając wyślizgnąć się spod mojego uścisku, jednak byłem młodszy i silniejszy, więc tylko rzucał się bezradnie.
Coraz częstszy odgłos pocisków potwierdzał, że atakujący byli już przy drzwiach. Kiedy kule zaczęły rozwarstwiać drewno i przebijać się na drugą stronę, zacząłem wchodzić na schody ciągnąc ze sobą właściciela. Nagle poczułem szarpnięcia ciała Liviu, pociski przebiły drzwi i sięgnęły jego pleców. Zasłoniłem się jego ciałem, czując jak trafiane drga w konwulsjach. Pchnąłem bezwładnego w dół i uciekłem na górę. Nie zdążyłem zobaczyć ilu było napastników, ale sądząc po dwóch niedużych terenówkach musiało być ich maksymalnie czterech.
Na szczęście druga część domu, normalnie zamknięta, była teraz dostępna. Wbiegłem do pomieszczenia zamykając za sobą drzwi. Nigdzie nie było też widać żony Liviu, ale nie było czasu zawracać sobie głowy tą kwestią.
Zmieniając pomieszczenie zamykaliśmy wejście w opuszczanym, mając nadzieję na spowolnienie pościgu uzbrojonych mężczyzn. Wpadając do następnego pokoju słyszeliśmy dobijanie się napastników do drzwi tego, w którym byliśmy przed chwilą.
Staliśmy przy dużym biurku z leżącym na nim laptopem, obok w szafie wisiało parę pistoletów i granaty. Łokciem zbiłem szybę w drzwiach zamkniętej witryny i łapiąc dwie sztuki broni, jedną podałem Izie. Wiedziałem, że będzie przynajmniej wiedziała jak się z nią obchodzić. Nieraz jeździliśmy na strzelnicę, dla zabawy strzelając do tarcz z różnej broni. W najśmielszych przypuszczeniach nie sądziliśmy, że ta umiejętność może się przydać w takiej sytuacji. Na podłodze widać było prawie niedostrzegalny obrys klapy, zapewne prowadzącej do piwnicy, za biurkiem w rogu pokoju było ledwo widoczne kolejne pomieszczenie. Otwierając drzwi poczułem, że są znacznie bardziej masywne niż poprzednie, były tak ciężkie jakby były zbrojone. Wchodząc do środka złapałem jeszcze granat i wsunąłem do kieszeni spodni.
Iza i Magda weszły do pomieszczenia, w którym było duże okno i przygotowane łóżko. Wróciłem na chwilę do pokoju, z którego wyszliśmy i uchylając klapę w podłodze wsunąłem w szparę wzięty z biurka ołówek. Wetknąłem go tak, żeby nie było go widać, ale jednocześnie, żeby szpara klapy wyraźniej się odcinała na tle podłogi i wróciłem do dziewczyn. Słyszeliśmy jak z trzaskiem i hukiem pojedynczych wystrzałów zostały sforsowane kolejne drzwi i atakujących mężczyzn dzieliło od nas już ostatnie pomieszczenie. Zyskaliśmy parę cennych chwil, może nie zorientują się od razu, że jest tu jeszcze jedno przejście. Myliłem się, niemal słysząc strzały mierzone zapewne w okolice zamka i klamki, Iza podchodząc do okna zerknęła na dół.
W tym momencie futryna wyleciała z hukiem, mężczyźni wpadli do pomieszczenia i nieświadomie popełnili jeden błąd, od razu zauważyli szparę klapy piwnicy zakładając, że uciekając w panice, tam się schowaliśmy. Na to liczyłem, jeden z mężczyzn podnosił klapę, a pozostali patrzyli na poszerzający się ciemny otwór prowadzący w dół. W tym samym momencie uchyliłem bezszelestnie drzwi pokoju, w którym byliśmy ukryci i wyciągając zawleczkę potoczyłem odbezpieczony granat po podłodze, zamykając jednocześnie wejście. Nie mieli czasu na reakcję, potężny huk wstrząsnął pomieszczeniem, w uszach dzwoniło echo wybuchu, jak z oddali słyszałem mocno przytłumione krzyki i jęki rannych mężczyzn. Wyjrzałem i zobaczyłem tylko plątaninę porozrywanych ciał i wszechobecną krew. Teraz mogliśmy uciekać oknem, jeśli nawet koledzy atakujących obstawili tyły domu, to słysząc detonację na pewno ruszyliby do środka sprawdzić co się dzieje.
Iza bez słowa dyskretnie patrzyła przez okno, starając się wypatrzeć zagrożenie w ogrodzie.
Wokół panowała cisza, przerywana coraz słabszymi jękami konających w drugim pomieszczeniu napastników. Na podłodze obok łóżka zobaczyłem dużą, metalową skrzynkę, na której widniał napis "Magazyn jaskini Meziad - Do sprawdzenia". Okazała się zamknięta, nie chciałem tracić czasu na włamywanie się do niej, okucia zdradzały, że wzmocniona mogłaby okazać się zbyt trudna do otwarcia.
Ostrożnie przechodząc do pomieszczenia, w którym przed chwilą zdetonowałem granat, zbliżyłem się do osmolonego biurka. Potężny drewniany mebel był przewrócony i oparty pod kątem o znajdującą się przy nim ścianę. Drewno blatu było poszarpane i gdzieniegdzie sterczały duże drzazgi. Podszedłem z drugiej strony biurka starając się nie patrzeć na ciała leżące na podłodze, przez buty niemal czułem jak stąpam po lepkiej krwi. Tak jak myślałem, w jednej z szuflad znajdował się klucz, zabrałem go chwytając pospiesznie również zniszczonego laptopa, który zsunął się po blacie przewracającego się biurka i leżał pomiędzy meblem a ścianą. Wróciłem do dziewczyn i pochylając się otworzyłem skrzynię. Wewnątrz były dokumenty i przedmioty przedzielone kartkami z nazwami państw, przeglądając zauważyłem kartkę z napisem "Poland" i wyciągnąłem zawartość. Nie było czasu na dokładne oględziny, ale na pierwszy rzut oka wyglądało to na wojskowy stary chlebak. Zaglądając do środka wyciągnąłem kopertę ze zrobionym odręcznie napisem "Rok 1812".
******
Kowal dodzwonił się do mnie, kiedy po raz czwarty próbowałem skontaktować się z Jackiem. Zaniepokojeni z Izą rozważaliśmy podróż do Krakowa, natarczywy dźwięk telefonu przerwał naszą rozmowę.
Zebraliśmy się sprawnie, po drodze do biura Roberta nadal bezskutecznie próbowałem dodzwonić się do Jacka.
***
Jacek korzystając z telefonu jednej z pielęgniarek, od razu po rozmowie z żoną wybrał mój numer.
***
Iza słyszała całą rozmowę przez głośniki samochodu, spojrzała na mnie pytającym wzrokiem.
Doskonale znając drogę, po chwili wysiedliśmy z windy na piętrze, gdzie znajdował się gabinet Roberta. Wokół było pusto, drzwi do jego gabinetu były otwarte. Kiedy podszedłem, chcąc zajrzeć do środka, w drzwiach pojawiło się nagle czterech mężczyzn.
Mimo zaskoczenia całą sytuacją zgodziliśmy się na rozmowy. Dwóch policjantów gestem wskazało mi znajdującą się obok salę konferencyjną, a pozostali poprosili Izę do gabinetu Kowala.
W tym samym czasie Iza nie doczekała się żadnych pytań. Kiedy tylko weszła do gabinetu Roberta, idący za nią mężczyzna złapał ją od tyłu, unieruchamiając jednym ramieniem, a drugą ręką zatykając jej usta materiałem nasączonym środkiem usypiającym. W pierwszej chwili próbowała uwolnić się od napastnika, jednak jego uścisk był zbyt silny. Trzymając wciąż rzucającą się Izę, mężczyzna odsunął się od drzwi gabinetu, żeby nie mogła się o nie zaprzeć. Niedługo poczuła, jak opuszczają ją siły, gabinet zaczął wirować wokół i zaczęła tracić orientację. Środek usypiający działał szybko i w ciągu następnych minut, została sprawnie wyniesiona z gabinetu przez obu mężczyzn. Kiedy niosąc ją zeszli do podziemnego garażu i umieścili na tylnym siedzeniu samochodu, jeden z mężczyzn wysłał krótkiego SMSa, po czym samochód z piskiem opon ruszył i wyjechał z parkingu. Leżący na stole telefon jednego z policjantów odezwał się krótkim dźwiękiem, mężczyzna spojrzał na ekran. "Wszystko się udało bez problemów, już ruszyliśmy.".
Kompletnie nie ufałem mężczyźnie i ze względu na dosyć specyficzny sposób przebiegu całej rozmowy, nie chciałem już nic więcej mówić.
W głowie miałem zamęt, nie mogłem zebrać myśli. Może jednak tylko straszą z tymi zarzutami, skoro wiedzą o udziale w aukcji, muszą o tym wiedzieć od Kowala, więc może zdają sobie sprawę, że celem było zaszkodzenie Syndykatowi. Umieścili mnie na tylnym siedzeniu samochodu i wyjechaliśmy z parkingu.
W ciągu następnych kilkunastu minut wyjechaliśmy z miasta, jadąc przez jedną z podwarszawskich miejscowości.
Nagle zadzwonił telefon jednego z policjantów, usłyszałem jak w krótkiej rozmowie potwierdza tylko przekazywane mu polecenia. Parę razy przytaknął i odpowiadając na pytania powiedział krótko "nie, jeszcze nie wszystko".
Zatrzymali nagle samochód, wyciągnęli mnie na zewnątrz i rozkuli.
Stałem i próbowałem się dodzwonić do Izy, niestety jej telefon nie odpowiadał. Zakląłem, słysząc tylko automatyczną odpowiedź "abonent jest poza zasięgiem". Próbowałem jeszcze zadzwonić pod numer, z którego dziś dzwonił Jacek, ale również bez skutku ...
******
Po chwili, na razie nie widząc żadnej możliwości pomocy Izie, siedzieliśmy załamani próbując dalej analizować możliwości. Mniej więcej po godzinie bezskutecznych dywagacji odezwał się mój telefon, spojrzałem na ekran, przychodzący SMS był z numeru prywatnego. Odruchowo przeczytałem wiadomość "Wciąż nie mogę rozmawiać, ale odezwę się. Max".
Nie musieliśmy długo czekać na odpowiedź, już po chwili ponownie krótki dźwięk sygnalizował przychodzącą wiadomość. W pośpiechu odczytałem treść SMSa, zawierał informacje z adresem znajdującym się w podwarszawskim Konstancinie i numerem pokoju.
Najpierw weszliśmy na główną stronę kliniki, szukając jakiegoś punktu zaczepienia. Były tam informacje reklamujące klinikę, jako placówkę oferującą liczne zabiegi i zapewniającą ekskluzywny pobyt swoim pacjentom. Oczywiście, nie było tam żadnych informacji związanych z zapewnieniem bezpieczeństwa pacjentom, jak przykładowo monitoring. Jednak musieliśmy to zakładać, obecnie praktycznie każda szanująca się firma posiada system kamer. Na pewno przejścia pomiędzy korytarzami otwierane były na karty magnetyczne, co nie ułatwiało całej sprawy. Analizując każde z opublikowanych zdjęć budynku i jego wnętrza, szukaliśmy ewentualnych kamer i innych zabezpieczeń. Niestety fotografie pod tym względem nie okazały się pomocne.
Tak, potrzebowałem go w tej chwili, potrafił bardziej trzeźwo ocenić całą sytuację. W ciągu następnych trzydziestu minut zorganizowaliśmy się i byliśmy gotowi do wyjścia. Szybko dojechaliśmy pod adres wskazany przez Maxa, samochód zostawiliśmy zaparkowany parę ulic przed terenem kliniki i dalej poszliśmy pieszo. Obchodząc budynki od tyłu i przechodząc lasem, dotarliśmy do ogrodzenia. Leżeliśmy w zaroślach z twarzami przy siatce, próbując wyłapać jak najwięcej szczegółów związanych z zabezpieczeniami i szukając ewentualnej drogi wejścia.
Około piętnastu metrów od ogrodzenia tylne drzwi od budynku otworzyły się i pracownik wypchnął przez nie duży, piętrowy wózek wypełniony czarnymi workami.
Patrzyliśmy, jak przepychany tuż przed nami wózek, zmierza do niedużego budynku obok, pracownik wprowadził go uchylając drzwi. Po paru minutach wyszedł już z pustym.
Po zeskoczeniu z siatki obeszliśmy ostrożnie budynek, wchodząc do środka przez nie zamknięte drzwi. W środku był faktycznie skład zużytej pościeli, na niedużych metalowych regałach były porozkładane zawiązane worki. Nie zwróciliśmy uwagi, że pracownik zostawił otwarte drzwi. Kiedy byliśmy w środku, ponownie kierował się w stronę budynku. Niemal w ostatniej chwili usłyszeliśmy terkoczący dźwięk kółek wózka toczących się po chodniku.
Odruchowo schowaliśmy się, kucając za regałami znajdującymi się dalej od wejścia. Uchyliły się drzwi i patrząc między workami zobaczyliśmy wtaczający się wózek. Pracownik stanął z jego drugiej strony tak, że teraz widzieliśmy jego plecy. Nie zdążyłem zareagować, kiedy Jacek poderwał się nagle i chwytając sporą ścierkę rzucił się na pracownika kliniki. Doskakując do niego od tyłu, zablokował mu ruchy ramieniem, jednocześnie przyciskając mu ścierkę do ust.
Poderwałem się i po chwili pomogłem Jackowi unieruchomić pracownika serwisu sprzątającego. Znajdujące się przed nami worki były związane u góry tasiemkami, obok przy wózku wisiało ich więcej. Sięgnąłem jedną ręką odczepiając je od wózka. W pośpiechu zacząłem związywać dłonie mężczyźnie, o dziwo uporaliśmy się z tym dosyć sprawnie i po chwili pracownik kliniki leżał przed nami ze związanymi rękoma i nogami. Dodatkowo taśmy zawiązane wokół głowy przytrzymywały prowizoryczny knebel ze ścierki.
Jacek pochylił się i oderwał identyfikator mężczyźnie leżącemu na podłodze.
Po skupionej minie Jacka i błysku w jego oczach mogłem przysiąc, że jemu naprawdę podobają się takie przygody. Bez najmniejszych problemów weszliśmy do środka.
Doszliśmy do końca holu, mijając po drodze drzwi z napisami "magazyn A" i "magazyn B". Wchodząc na schody rozejrzeliśmy się, ale nie widząc nikogo wokół i nie słysząc żadnych odgłosów, powoli weszliśmy na pierwsze piętro. Wokół nic nie przypominało placówki medycznej, wystrój kojarzył się raczej z hotelem. Podchodząc do masywnych drzwi, zobaczyliśmy małe urządzenie umieszczone przy framudze, Jacek odruchowo sięgnął po zabrany wcześniej identyfikator i przytknął go do czytnika. Usłyszeliśmy krótkie kliknięcie zamka i zapaliła się zielona dioda sygnalizująca odblokowanie drzwi.
Kiedy weszliśmy do środka zobaczyliśmy rząd pokoi ciągnących się wzdłuż korytarza. Oznaczenia na drzwiach zaczynały się od numeru piętnaście, więc niedaleko musiał być pokój, w którym znajdowała się Iza. Mniej więcej w połowie korytarza zauważyliśmy światło i jakby kontuar recepcji. Nie przewidzieliśmy tego, działaliśmy zbyt szybko.
W tym samym momencie zza kontuaru wyjrzała głowa kobiety.
******
Max przygotował rozkładaną sofę dla Rafała, który miał spać na dole, obok na rozkładanym fotelu, jeden z jego kolegów. Przynieśli z samochodu ubrania, prowiant i dodatkową broń.
Dwaj pozostali policjanci podzielili się i jeden pełnił dyżur na poddaszu, skąd miał świetny widok na okolicę, drugi patrolował teren przed samym domem. Ja z Jackiem i Maxem położyliśmy się na pierwszym piętrze. Wszyscy zasnęli szybko, jedynie czuwający policjanci mieli się zmieniać co dwie godziny.
Nagle, w ciemności na poddaszu błysnęła mała lampka stojącej obok radiostacji. Max udostępnił ją policjantom, korzystał z niej do kontaktów ze Strażą Graniczną Bieszczadzkiego Parku. Było to nie tylko dobre źródło informacji o zbliżających się zmianach pogody, ale dzięki urządzeniu miał też najświeższe informacje odnośnie tego, co się dzieje w okolicy. Dodatkowo, w razie jakichkolwiek problemów, łatwo mógł ich powiadomić. Uprzedził ich też o przyjeździe policji i możliwości korzystania przez nich z radiostacji. Lampka migała natrętnie czerwonym światłem, mężczyzna sięgnął do urządzenia, podnosząc niedużą "gruszkę" do ust.
Stojący na dole mężczyzna, czując chłód, zapiął wiatrówkę pod samą szyję i odbezpieczył broń. Dyżurujący na poddaszu policjant był niemal pewien, że słyszy warkot silników kładów, ale stłumiony hałas ucichł, zanim mężczyzna zdążył określić skąd dochodził. Podniósł do oczu lornetkę i od razu zdał sobie sprawę, że skierował ją tak, że mogło w nich się odbijać światło księżyca. Szybko ją opuścił i spojrzał odruchowo w niebo, wydawało mu się, że świecąca na niebie tarcza była większa niż zwykle. Prawie w tym samym momencie usłyszał puknięcie w znajdującą się przed nim szybę, kula z brzękiem uderzyła w radiostację.
Odpowiedziała mu cisza, przeskoczył na drugą stronę okna i ostrożnie wyglądał pod kątem przez szybę. Starał się wypatrzeć kolegę na dole, ale dostrzegł tylko niewyraźną postać leżącą przy budynku w trawie. Zerwał się z miejsca, biegnąc po schodach i mijając nasze piętro, ryknął głośno.
Będąc już na dole zobaczył, że ani Rafał, ani drugi policjant już nie śpią. Rafał, widząc jak zbiegamy zaspani, od razu sięgnął po torbę.
Potwierdziliśmy, tylko kiwając głowami w odpowiedzi. Maxa pytać nie musiał, trzeci pistolet wylądował w jego dłoni.
Śpiący wcześniej na dole policjant był już na górze, po chwili dołączył do niego kolega.
W tym momencie grad kul uderzał w ściany budynku, pociski po kolei rozbijały szyby w oknach i słyszeliśmy świst przelatujących kul w środku. Rafał z Jackiem odpowiadali ogniem z pierwszego piętra, policjanci z poddasza, a Max i ja strzelaliśmy przez okna na dole, broniąc parteru.
Max zabrał z torby policyjny karabinek i szybko pobiegł na poddasze, aby zastąpić znajdujących się tam mężczyzn. Policjanci przemknęli obok mnie, wyślizgując się na zewnątrz. Widząc ich kątem oka starałem się osłaniać wychodzących, zużywając ostatnie naboje. Nie czekając odwróciłem się do torby, złapałem karabin szturmowy, odbezpieczyłem go, pamiętając jeszcze co nieco ze strzelnicy. Nie zdążyłem zająć pozycji przy oknie, kiedy usłyszałem krzyk Jacka.
Sięgnąłem do drugiej torby, widząc wcześniej białe pudełka w środku, złapałem jedno z nich i podrzuciłem w kierunku wyciągniętych rąk Jacka. Kiedy się odwracałem, zauważyłem ruch na zewnątrz, niedaleko okna, z którego wcześniej strzelałem. Odruchowo podniosłem lufę i nacisnąłem spust praktycznie bez mierzenia. Odgłos serii z karabinku zadudnił w uszach, czułem wibracje i odrzut, ścisnąłem mocno broń, starając się jednocześnie ją utrzymać i kierować ostrzał w stronę napastnika. Nie wiem jakim cudem trafiłem, ale za oknem zobaczyłem wyrzucone w górę ręce i opadające ciało. Musiałem mieć szczęście, z moim brakiem doświadczenia z taką bronią, na sto wystrzelonych pocisków zapewne trafiły może dwa.
Rafałowi najwyraźniej udzieliły się durne żarty Jacka i moje, nachodzące nas w najmniej odpowiednich sytuacjach. Niewątpliwie na duchu podnosiło nas to, że wciąż żyjemy. Na poddaszu seria pocisków zadudniła, trafiając w drewniane krokwie podtrzymujące dach. Max wiedząc, że atakujący musiał się odsłonić, postanowił zaryzykować i kiedy tylko seria ucichła, zbliżył się do okna. Napastnik okazał się jednak sprytniejszy, zanim Max zauważył go klęczącego niedaleko z karabinem, padł pojedynczy, celny strzał, trafiając go w głowę, nawet nie zdążył zareagować. Po chwili jego bezwładne ciało leżało na podłodze pod oknem. Nie widział już, jak mężczyzna po oddaniu śmiertelnego strzału, zbliżał się do domu. Przed budynkiem odezwała się kanonada karabinów. Na dole dwóch policjantów idąc przy ścianie, obeszło dom z drugiej strony. Początkowo nie widząc żadnego z atakujących, posuwali się dalej. Teraz napastnicy, po okrążeniu budynku, odezwali się z lasu po jego drugiej stronie. Jeden z policjantów padł od razu w wysoką trawę, drugi nie miał tyle szczęścia. Ciało przyciśnięte do ściany drgało chwilę, przyjmując kule, po czym mężczyzna ześlizgując się na ziemię zostawił krwawy ślad na elewacji domu. Ocalały policjant widząc, że ma trzech przeciwników, krzyknął w górę. Rafał słysząc podwładnego, skoczył do przeciwległego okna, przyklejony do ściany patrzył pod kątem przez ocalałą szybę. Na dole, leżący w lesie, napastnicy atakowali jego kolegę. Trzymając karabin, przełączył go na tryb pojedynczych strzałów i przycisnął broń do ramienia. Wyczekał chwilę i wycelował w wychylającą się z zarośli głowę, nacisnął spust i głowa odskoczyła do tyłu. Pozostałych dwóch szybko zorientowało się, że strzał padł z góry i wycofało się między drzewa. Rafał stracił ich z pola widzenia. Na dole strzały chwilowo ucichły. Kiedy odwróciłem się, chcąc sprawdzić co się dzieje na górze, zobaczyłem kucającego za mną Jacka.
Kiedy wyjął karabinek, pokazałem mu jak go odbezpieczyć. W tym momencie drzwi za moimi plecami otworzyły się z hukiem, stało w nich trzech ludzi z wycelowaną w nas bronią.
W tym samym momencie jeden z nich podniósł broń do góry i wystrzelił, przesuwający się za oknami policjant zamarł na sekundę i upadł. Ratunek widzieliśmy jedynie w znajdującym się wciąż na pierwszym piętrze Rafale.
Nagle padł pojedynczy strzał i jeden z napastników upadł, wyginając ciało do tyłu, odpowiedziało pozostałych dwóch wystrzeliwując serie w kierunku schodów. Ciało Rafała ześlizgnęło się bezwładnie po paru ostatnich stopniach. Obok głowy, leżącego prawie pod naszymi nogami jednego z zabitych ludzi Syndykatu, pojawiła się spora kałuża krwi. Odruchowo chciałem sięgnąć po broń, którą przed chwilą rzuciliśmy na podłogę, ale stojący przed nami mężczyźni byli szybsi. Poczułem mocne szarpnięcie w ramieniu. Łapiąc się drugą ręką za miejsce trafienia, osunąłem się na deski, jęcząc z bólu.
Jeden z nich stał z wymierzoną w nas lufą, podczas gdy drugi wiązał po kolei paskami uciętymi z toreb. Siedzieliśmy z Jackiem na podłodze z rękoma przywiązanymi za plecami do nóg od stołu, podczas kiedy mężczyźni sprawdzali resztę domu.
Jeden z nich poszedł na górę trzymając telefon przy uchu, wrócił po około minucie.
W tym momencie zza pustych okien dobiegł nas słaby dźwięk silnika. Napastnicy spojrzeli na siebie zaskoczeni.
Skierowaliśmy się na tyły domu i szliśmy pośpiesznie w kierunku lasu. Dźwięk silnika stawał się coraz wyraźniejszy, teraz dopiero dało się usłyszeć dwa albo trzy pojazdy. Prowadzeni, zniknęliśmy razem z napastnikami między gęsto rosnącymi drzewami. Poruszaliśmy się szybko robiąc lekki łuk i kierując się w stronę, z której zapewne przyjechali. Ramię bolało jak cholera, ale przynajmniej zanim wyszliśmy, zdążyłem uprosić mężczyzn, żeby pozwolili mi je przewiązać bandażem z apteczki, który teraz ściskał mi rękę tamując ewentualny krwotok. Pomiędzy drzewami widać już było mocne światła reflektorów, zbliżających się pojazdów. Od razu pomyślałem, że to może być Straż Graniczna zaalarmowana strzelaniną i brakiem kontaktu z nami. Poza tym, mogli się zorientować, że ludzie na kładach kierują się w naszą stronę. Osłonięci lasem nie byliśmy widoczni dla ludzi w zbliżających się samochodach, zresztą i tak, nawet jeśli była to Straż, widząc pobojowisko i zniszczenia budynku, najpierw sprawdzą wnętrze domu. To dawało przewagę w czasie, którą prowadzący nas mężczyźni chcieli na pewno wykorzystać. Cholera może spróbować uciec i krzykiem zaalarmować przybyłych? Nie, nie dalibyśmy rady uciec, zabiliby nas od razu, kalkulowałem w myślach. Idący obok mnie Jacek zapewne tak samo jak ja, rozważał możliwości ucieczki. W pewnym momencie zauważyłem, że szliśmy po wzniesieniu, a po lewej stronie ziemia opadając przechodziła w głęboki wąwóz. Na polanie samochody podjeżdżały pod zdewastowany walką dom. Parę metrów przed nami spostrzegłem stojące kłady, do głowy wpadło mi jedyne wyjście z tej sytuacji. Nagle popchnąłem Jacka w stronę wąwozu spadając razem z nim ze wzniesienia. Od razu kiedy upadliśmy, staraliśmy się turlać jak najszybciej w dół.
Usłyszeliśmy strzały, kule uderzały w drzewa i ze świstem przelatywały obok, trafiając w ziemię. Wydawało mi się, że usłyszałem jęk Jacka, ale tocząc się nie miałem możliwości nawet spojrzenia w jego stronę. Huk broni zaalarmował przybyłych pod dom ludzi i teraz dwa samochody skierowały się w stronę lasu, jadąc dokładnie w kierunku napastników. Z pojazdów padło parę niecelnych strzałów, ale w miarę zbliżania się do drzew, starający się nas zabić mężczyźni stawali się coraz lepiej oświetleni reflektorami samochodów. Musieli uciekać, chcąc się ratować i skorzystać ze stojących niedaleko kładów. Odgłosy broni wokół nas umilkły. Wydawało mi się, że turlając się spadam niewiarygodnie długo. Kiedy nachylenie podłoża zmalało, zatrzymałem się rozstawiając nogi i wbijając ręce w podłoże.