Syndrom ocalałej - Robyn Gigl

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 3

Na­prawdę nie po­trzeba mi tego w po­nie­dział­kowy po­ra­nek, po­my­ślała Erin, sto­jąc przed wej­ściem do pra­wie pu­stej knajpy. New Jer­sey nosi miano świa­to­wej sto­licy re­stau­ra­cji, więc nie było pro­blemu ze zna­le­zie­niem otwar­tego lo­kalu na­wet o go­dzi­nie tak nie­ludz­kiej jak czwarta trzy­dzie­ści nad ra­nem. Zo­ba­czyła Ju­stina w od­le­głym ką­cie. Po­woli po­de­szła i usia­dła na­prze­ciw niego.

Mac­key za­dzwo­nił w pa­nice czter­dzie­ści pięć mi­nut wcze­śniej. Twier­dził, że na­tych­miast musi z nią po­roz­ma­wiać. Cho­ciaż nie na­le­żał do naj­by­strzej­szych, nie był pa­ni­ka­rzem. Erin zdo­łała więc ja­koś zwlec się z łóżka, ochla­pać twarz wodą, na­rzu­cić na sie­bie ubra­nie i udać się do Lido Di­ner.

Za­mó­wiła kawę. Była zbyt zmę­czona, żeby oka­zy­wać złość. Mac­key wy­glą­dał okrop­nie. Jego prze­krwione i opuch­nięte oczy wska­zy­wały, że spał jesz­cze mniej niż ona. Miał na so­bie po­pla­mioną ko­szulkę i dżinsy, które wy­glą­dały, jakby le­żały wcze­śniej na pod­ło­dze.

- Prze­pra­szam - po­wie­dział, za­nim zdą­żyła o co­kol­wiek za­py­tać. - Nie prze­szka­dzał­bym ci o tej po­rze, gdyby to nie było ważne - do­dał, prze­cze­su­jąc dłońmi roz­czo­chrane włosy. - Mu­sia­łem cię zo­ba­czyć, żeby dać ci znać, że mu­szę znik­nąć na ja­kiś czas.

- Znik­nąć na ja­kiś czas? Ju­stin, o czym ty mó­wisz?

- Nie przyjdę dziś do sądu. Naj­praw­do­po­dob­niej nie we­zmę udziału w żad­nej roz­pra­wie. Mu­szę wy­je­chać z mia­sta.

Erin nie była pewna, czy to przez kawę, czy też przez słowa wy­po­wie­dziane przez jej klienta, ale na­gle cał­ko­wi­cie się roz­bu­dziła.

- Zda­jesz so­bie sprawę, że wy­sze­dłeś za kau­cją, prawda? Je­śli nie sta­wisz się na roz­pra­wie, sę­dzia od­woła twoje zwol­nie­nie i bę­dziesz miał na kon­cie ko­lejne prze­stęp­stwo: unik­nię­cie sta­wie­nia się w są­dzie. Wiem, że pro­ces nie idzie po two­jej my­śli, ale na­wet je­śli zo­sta­niesz ska­zany, sę­dzia Fow­ler praw­do­po­dob­nie nie da ci wię­cej niż dwa lub trzy lata. A po­nie­waż to twoje pierw­sze wy­kro­cze­nie, ist­nieje moż­li­wość, że spę­dzisz za kra­tami mniej niż rok, za­nim do­sta­niesz zwol­nie­nie wa­run­kowe. Ale je­śli uciek­niesz, na­prawdę wku­rzysz pro­ku­ra­tora i sę­dziego. Nie wia­domo, jaki wy­rok do­sta­niesz, jak cię zła­pią.

- Nie ro­zu­miesz, Erin. To nie ma nic wspól­nego z tą sprawą - po­wie­dział, ner­wowo roz­glą­da­jąc się po re­stau­ra­cji. - Nie na­pi­sa­łem tego opro­gra­mo­wa­nia, po­mimo że mnie o to oskar­żają. Zro­bił to fa­cet o imie­niu Luke, któ­rego ni­gdy nie spo­tka­łem. Za­trud­nił mnie, a ja po pro­stu ro­bi­łem, co mi ka­zał.

Erin dała mu znak, żeby ści­szył głos. Był bar­dzo pod­eks­cy­to­wany, a w pu­stej re­stau­ra­cji brzmiał tak, jakby uży­wał me­ga­fonu.

- Zro­bił to Luke, nie ja. To nie moja wina.

- Uspo­kój się! Zwol­nij tro­chę. Nic z tego nie ro­zu­miem. Kim jest Luke? Co to wszystko ma wspól­nego z twoją sprawą lub po­trzebą ulot­nie­nia się na ja­kiś czas?

- Prze­pra­szam. Je­stem po­de­ner­wo­wany.

Kiedy upi­jał łyk kawy, Erin za­uwa­żyła, że trzę­sie mu się ręka.

- Około pół­tora roku temu pra­co­wa­łem jako pro­gra­mi­sta w start-upie. Ob­sta­wia­łem też dużo za­kła­dów i czę­sto prze­gry­wa­łem. By­łem mnó­stwo wi­nien mo­jemu buk­ma­che­rowi, ja­kieś dwa­dzie­ścia pięć ty­sięcy, kiedy na­gle za­pro­po­no­wał mi układ. Chciał prze­nieść swoją dzia­łal­ność za gra­nicę i po­trze­bo­wał opro­gra­mo­wa­nia szy­fru­ją­cego. Nie wy­star­czyły mu pro­gramy do­stępne ko­mer­cyj­nie; chciał cze­goś wy­jąt­ko­wego. Po­wie­dział mi, że je­śli za­pro­jek­tuję lub znajdę od­po­wiedni so­ftware i go za­in­sta­luję, umo­rzy mój dług. I tak po­zna­łem Luke'a. Szu­kał ko­goś, kto zaj­mie się in­sta­la­cją opro­gra­mo­wa­nia szy­fru­ją­cego, które stwo­rzył. Po­dał mi na­zwi­ska i dane kon­tak­towe około tu­zina swo­ich klien­tów w No­wym Jorku i New Jer­sey, a po­tem pła­cił mi dwie­ście do­la­rów za każdą wy­ko­naną usługę. Nie ob­cho­dziło mnie, ile na tym za­ro­bię, chcia­łem po pro­stu uzy­skać do­stęp do opro­gra­mo­wa­nia, aby móc spła­cić dług u buk­ma­chera.

Ju­stin prze­rwał i po­krę­cił głową.

- Mniej wię­cej rok temu, kiedy wnie­siono akt oskar­że­nia, Luke do­wie­dział się, że uży­łem opro­gra­mo­wa­nia bez jego zgody. Wy­słał mi SMS-a i był bar­dzo wku­rzony. Po­wie­dział, że je­śli jesz­cze raz to zro­bię, poda mnie do sądu. Prze­pro­si­łem go i obie­ca­łem, że to był pierw­szy i ostatni raz. Ja­kieś sześć mie­sięcy temu po­now­nie się ze mną skon­tak­to­wał i za­pro­po­no­wał, że mo­żemy wy­rów­nać ra­chunki, je­śli udam się do tych sa­mych osób i za­in­sta­luję ak­tu­ali­za­cję, którą przy­go­to­wał. Zgo­dzi­łem się. Na­wet mi za to za­pła­cił.

Być może było po pro­stu zbyt wcze­śnie, ale Erin nie na­dą­żała za tą opo­wie­ścią.

- Ro­zu­miem, ale to, co robi Luke, brzmi cał­ko­wi­cie le­gal­nie. Dla­czego mu­sisz znik­nąć?

Pod­niósł wzrok znad kawy i przy­gryzł wargę.

- Około pół­nocy do­sta­łem od niego SMS-a. Na­pi­sał, że jedna z osób, któ­rym za­in­sta­lo­wa­łem opro­gra­mo­wa­nie, od­kryła se­kretną funk­cję. Luke mar­twił się, że wina spad­nie na mnie. Po­wie­dział, że będą mnie szu­kać, i za­su­ge­ro­wał, że po­nie­waż nie­które za­an­ga­żo­wane w to osoby mogą być nie­bez­pieczne, po­wi­nie­nem się ukryć na ja­kiś czas, do­póki nie uda mu się tego wy­pro­sto­wać. Do­dał, że może to za­jąć kilka mie­sięcy, ale osta­tecz­nie wszystko bę­dzie w po­rządku.

- Czy wiesz, jaką ukrytą funk­cję miał na my­śli?

Ju­stin zło­żył dło­nie na karku. Wy­glą­dał, jakby był bli­ski łez.

- Nie je­stem pewny. Ale do­my­ślam się, że w ak­tu­ali­za­cji, którą ka­zał mi za­in­sta­lo­wać, znaj­do­wał się wi­rus lub coś w tym ro­dzaju. In­sta­la­cja cze­goś ta­kiego zaj­muje za­zwy­czaj kilka mi­nut, ale po­bra­nie i za­in­sta­lo­wa­nie tam­tych tre­ści za­jęło tyle samo czasu, co w przy­padku ory­gi­nal­nego opro­gra­mo­wa­nia.

- Ju­sti­nie, to ja­kieś sza­leń­stwo. Po pro­stu za­dzwońmy do Luke'a i do­wiedzmy się, o co cho­dzi.

- Nie mogę. Nie mam do niego żad­nego kon­taktu.

- Przed chwilą stwier­dzi­łeś, że do­sta­łeś od niego SMS-a.

- Pi­sał z nie­zna­nego nu­meru; za­wsze tak ro­bił. Uży­wał te­le­fo­nów pre­paid, a po­tem je wy­rzu­cał. Ale umiesz­czał w wia­do­mo­ściach wy­star­cza­jąco dużo in­for­ma­cji, że­bym wie­dział, że to on.

- Jak ci pła­cił?

- Pay­Pa­lem.

- Wiesz, gdzie te­raz jest?

- Nie mam po­ję­cia. Gdy­bym miał zga­dy­wać, po­wie­dział­bym, że gdzieś na Za­chod­nim Wy­brzeżu, bo jest pro­gra­mi­stą i za­wsze pi­sze do mnie o dziw­nych po­rach.

Pod­su­nął jej po stole te­le­fon z wy­świe­tlo­nymi wia­do­mo­ściami od Luke'a. Przej­rzała je, sta­ra­jąc się po­ukła­dać wszystko w gło­wie. Jest na to za wcze­śnie, po­my­ślała.

- W po­rządku. Mó­wi­łeś, że za­in­sta­lo­wa­łeś opro­gra­mo­wa­nie i ak­tu­ali­za­cje tylko na mniej wię­cej dwu­na­stu kom­pu­te­rach. Pójdźmy z tym do pro­ku­ra­tury. Je­śli w ak­tu­ali­za­cji rze­czy­wi­ście był ja­kiś wi­rus, po­zwólmy im zba­dać, co łą­czy Luke'a z tymi ludźmi. Na­wet je­śli te­raz się wy­mi­gasz, po­li­cja i tak cię znaj­dzie, a po­tem bę­dzie tylko go­rzej. Je­śli zgło­simy to do pro­ku­ra­tury, a osoby te okażą się na­prawdę nie­bez­pieczne, zo­sta­niesz ob­jęty ochroną.

Wcią­gnął po­wie­trze, jakby roz­wa­żał różne opcje.

- Nie. Nie­któ­rzy z tych lu­dzi mają duże pie­nią­dze i są ku­rew­sko prze­ra­ża­jący. Prze­pra­szam za to okre­śle­nie - wy­ją­kał, naj­wy­raź­niej za­wsty­dzony, że użył przy niej słowa na k. - Nie chcę z nimi za­dzie­rać. Za­mie­rzam zro­bić to, co su­ge­ruje Luke. Ukryję się na ja­kiś czas. Mam na­dzieję, że wy­cią­gnie mnie z tych ta­ra­pa­tów.

- Ju­sti­nie, pro­szę, prze­myśl to. Je­śli uciek­niesz, na­ra­zisz się na dłuż­szą od­siadkę. A je­śli ci lu­dzie są na­prawdę nie­bez­pieczni, le­piej do­ga­dać się z pro­ku­ra­turą i uzy­skać ochronę. Luke wpę­dził cię w te ta­ra­paty, ale to nie ozna­cza, że bę­dzie po­tra­fił cię z nich wy­cią­gnąć. Po­zwól mi so­bie po­móc.

Po­słał jej smutny uśmiech.

- Dzięki. Na­prawdę do­ce­niam wszystko, co dla mnie zro­bi­łaś w tej spra­wie. Prawda jest taka, że chcia­łem przy­jąć pierw­szą ugodę, ale fa­ceci na gó­rze mi nie po­zwo­lili. Więc utkną­łem. Wiem, że nie da­łem ci wy­star­cza­jąco dużo in­for­ma­cji, że­byś mo­gła mnie bro­nić. Prze­pra­szam.

Mó­wiąc to, rzu­cił na stół dwa­dzie­ścia do­la­rów jako za­płatę za dwie fi­li­żanki kawy i wy­szedł z re­stau­ra­cji, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Erin sie­działa przy stole, wpa­tru­jąc się w za­war­tość kubka. W pew­nej chwili po­de­szła do niej kel­nerka, trzy­ma­jąc w ręku dzba­nek.

- Może do­lewkę?

Erin spoj­rzała w górę i ski­nęła głową.

- Nie przej­muj się nim, ko­cha­nie. Znaj­dziesz so­bie lep­szego - sko­men­to­wała kel­nerka, pusz­cza­jąc oko.

Erin, zbyt zmę­czona, by co­kol­wiek wy­ja­śniać, od­parła po pro­stu: "Dzięki". Spoj­rzała na ze­ga­rek: piąta rano. Za wcze­śnie, by dzwo­nić do Du­ane'a. Za­kła­da­jąc, że Ju­stin nie po­jawi się w są­dzie, co od­po­wie sę­dziemu, gdy ten za­pyta o po­wód jego nie­obec­no­ści? Nie mo­gła kła­mać pod­czas roz­prawy, ale przy­naj­mniej część in­for­ma­cji, które prze­ka­zał jej klient, była ob­jęta ta­jem­nicą ad­wo­kacką. Do tego Ju­stin na­prawdę wie­rzył, że jego ży­cie jest w nie­bez­pie­czeń­stwie. Ale czy ona jest w sta­nie coś na to za­ra­dzić? Nie mo­gła wejść na po­ste­ru­nek po­li­cji i prze­ka­zać im po­moc­nych wska­zó­wek. - Ja­kim sa­mo­cho­dem jeź­dzi? - Nie wiem. - Do­kąd się wy­bie­rał? - Nie wiem. - Kogo się bał? - Nie wiem. - Co złego zro­bił? - Nie mogę po­wie­dzieć, bo jest moim klien­tem. Tak, z pew­no­ścią po­szłoby wspa­niale.

Do­piła kawę, wło­żyła kurtkę i wy­szła na ze­wnątrz w rześki kwiet­niowy po­ra­nek. Słońce miało wzejść do­piero za go­dzinę, ale fio­lety i róże już zdo­mi­no­wały niebo. Choć wy­glą­dało pięk­nie, by­łoby jesz­cze le­piej, gdyby mo­gła je zo­ba­czyć w trak­cie biegu wzdłuż wy­brzeża Oce­anu Atlan­tyc­kiego. Mieli z Du­ane'em bar­dzo udany rok. Erin wy­ko­rzy­stała swoje przy­chody na za­kup dwu­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia z wi­do­kiem na ocean w Bra­dley Be­ach. Wpro­wa­dziła się tam w stycz­niu i z za­do­wo­le­niem stwier­dziła, że nie­wielu lu­dzi po­ja­wia się w tam­tej oko­licy w środku zimy. Nie mo­gła się do­cze­kać za­koń­cze­nia pro­cesu i po­wrotu do tego miej­sca.

Na ra­zie jed­nak, po­nie­waż każ­dego ranka mu­siała sta­wiać się w Ne­wark na roz­pra­wie, po­miesz­ki­wała w Cran­ford.

Była za­le­d­wie milę od swo­jego bu­dynku, kiedy za­uwa­żyła ciem­nego se­dana. O ile umysł nie pła­tał jej fi­gli, wi­działa ten sam sa­mo­chód, kiedy wy­cho­dziła z re­stau­ra­cji. Jej miesz­ka­nie znaj­do­wało się przy Ri­ver­side Drive, jed­no­kie­run­ko­wej ulicy bie­gną­cej wzdłuż rzeki Rah­way. O tej po­rze ła­two było za­uwa­żyć, czy ktoś ją śle­dzi. Trud­niej było wy­my­ślić, co zro­bić, je­śli na­prawdę tak było.

Się­gnęła do to­rebki po black­berry i za­sta­no­wiła się, co po­winna zro­bić. Ko­menda Główna Po­li­cji w Cran­ford znaj­do­wała się trzy prze­cznice od jej miesz­ka­nia. Za­wsze mo­gła wy­krę­cić 911 i udać się tam.

Zer­k­nęła w lu­sterko wsteczne. Se­dan znaj­do­wał się dwie i pół prze­cznicy da­lej. Skrę­ciła w lewo w Ri­ver­side, a po­tem, żeby je­chać na­dal tą samą drogą, mu­siała szybko skrę­cić w prawo. Przy­spie­szyła, ma­jąc na­dzieję, że dzięki gwał­tow­nym skrę­tom śle­dzący ją straci na chwilę jej sa­mo­chód z oczu. Skrę­ciła w prawo w Cen­tral Ave­nue. Kiedy to zro­biła, po­now­nie spoj­rzała w lu­sterko i zo­ba­czyła, że se­dan je­dzie wzdłuż Ri­ver­side, mi­ja­jąc Cen­tral.

Ode­tchnęła z ulgą, że ich zgu­biła, ale te­raz nie miała już wąt­pli­wo­ści, że jest śle­dzona.

Skrę­ciła w prawo z po­wro­tem w Spring­field, a po­tem jesz­cze raz w prawo, żeby wró­cić na Ri­ver­side. W ten spo­sób za­mknęła kwa­dra­towe koło, po któ­rym się po­ru­szała. Te­raz mu­siała zde­cy­do­wać, do­kąd się udać. Je­śli ktoś ją śle­dził, wie­dział, gdzie mieszka, i mógł cze­kać w po­bliżu. Na szczę­ście wie­działa, jak do­je­chać na par­king przy swoim bu­dynku od dru­giej strony i nie wra­cać przy tym na Ri­ver­side.

Po­ru­szała się bocz­nymi ulicz­kami, cały czas sku­piona na wy­pa­try­wa­niu ciem­nego se­dana. Przez chwilę my­ślała o uda­niu się na po­li­cję, ale co mia­łaby im po­wie­dzieć? Po­dob­nie jak w przy­padku sprawy Ju­stina, nie po­tra­fi­łaby po­dać szcze­gó­łów. Nie znała marki ani mo­delu auta, nu­me­rów re­je­stra­cyj­nych, ni­czego. Za­par­ko­wała sa­mo­chód z tyłu bu­dynku. Wy­sia­dła i przy­go­to­wała klu­czyki oraz te­le­fon, tak żeby były pod ręką. Szybko ro­zej­rzała się do­okoła, żeby upew­nić się, że nikt na nią nie czeka, i po­bie­gła ku tyl­nemu wej­ściu.

Kiedy skie­ro­wała się ku scho­dom, aby do­stać się do swo­jego miesz­ka­nia na trze­cim pię­trze, przy­po­mniała so­bie o spo­tka­niu, które miało kie­dyś miej­sce w po­dob­nych oko­licz­no­ściach. Tam­tym ra­zem na­past­nik był go­tów ją za­bić, a ona le­dwo prze­żyła. Tym ra­zem, choć nie miała po­ję­cia, dla­czego kto­kol­wiek miałby ją śle­dzić, po­sta­no­wiła nie ry­zy­ko­wać.

Szła po­woli po scho­dach, na­słu­chu­jąc od­gło­sów, które wska­zy­wa­łyby, że ktoś czai się na klatce scho­do­wej. Kiedy do­tarła na dru­gie pię­tro, otwo­rzyła drzwi na tyle, by móc wyj­rzeć na ko­ry­tarz. Kiedy upew­niła się, że jest pu­sty, prze­szła w kie­runku dru­gich scho­dów. Tak jak wcze­śniej, ostroż­nie prze­do­stała się na trze­cie pię­tro i uchy­liła drzwi, by spoj­rzeć na ko­ry­tarz - nic.

Szybko po­de­szła do drzwi swo­jego miesz­ka­nia, otwo­rzyła je i pchnęła, trzy­ma­jąc te­le­fon w dłoni, na wy­pa­dek gdyby mu­siała za­dzwo­nić pod 911. We­szła do sa­lonu i spraw­dziła, czy wszystko jest w po­rządku. Kiedy upew­niła się, że nikt nie zło­żył jej wi­zyty, skie­ro­wała się do okna sy­pialni, które wy­cho­dziło na Ri­ver­side Drive.

W za­sięgu wzroku nie było se­dana.

Dwu­krot­nie spraw­dziła zamki w drzwiach, a po­tem opa­dła na ka­napę. Ad­re­na­lina po­woli opusz­czała jej or­ga­nizm. Kiedy tętno wró­ciło do normy, spoj­rzała na te­le­fon, który wciąż mocno ści­skała w dłoni, i wy­brała nu­mer Du­ane'a. Ode­brał po trze­cim sy­gnale.

- Hej, wszystko w po­rządku?

- Nie­zu­peł­nie - od­parła.

Go­dzinę póź­niej Swish na­le­wał so­bie kawy do fi­li­żanki w kuchni Erin. Za­par­ko­wał pod biu­rem i prze­szedł dwie prze­cznice do jej miesz­ka­nia, wy­pa­tru­jąc ciem­nego se­dana. Pra­wie ni­gdy nie no­sił przy so­bie broni - jako czarny męż­czy­zna bał się, że zo­sta­nie za­strze­lony, za­nim zdąży wy­ja­śnić gli­nia­rzowi, że był kie­dyś agen­tem FBI i ma prawo no­sić przy so­bie pi­sto­let - ale tego dnia za­brał ją ze sobą.

- Na­prawdę nie­po­koi mnie, że ktoś cię śle­dził - po­wie­dział.

- Znik­nęli, gdy tylko stra­ci­łam ich z oczu. Kto wie, może so­bie to wszystko wy­my­śli­łam.

- Żadne z nas w to nie wie­rzy - od­parł.

Sły­szał, jak po­ru­sza się po swo­jej sy­pialni i ubiera przed wyj­ściem do sądu. Uznał jej mil­cze­nie za wska­zówkę, że po­wi­nien zmie­nić te­mat roz­mowy.

- Pro­ku­ra­tor z pew­no­ścią bę­dzie na cie­bie na­ci­skał, je­śli Ju­stin się nie po­jawi. Nie­sta­wie­nie się w są­dzie pod­czas prze­by­wa­nia na zwol­nie­niu za kau­cją to prze­stęp­stwo. Więc je­śli sę­dzia za­pyta, nie mo­żesz od­po­wie­dzieć, że nic na ten te­mat nie wiesz. A je­śli stwier­dzisz, że nie udzie­lisz mu in­for­ma­cji ob­ję­tych ta­jem­nicą ad­wo­kacką, praw­do­po­dob­nie usły­szysz, że nie mo­żesz się na to po­wo­łać, po­nie­waż twój klient za­mie­rza po­peł­nić ko­lejne prze­stęp­stwo.

- Prawda jest taka, że w tym mo­men­cie na­prawdę nie wiem, gdzie jest - za­wo­łała Erin z sy­pialni. - Poza tym, je­śli się nie po­jawi, prze­stęp­stwo zo­sta­nie już po­peł­nione i będę mo­gła po­wo­łać się na ta­jem­nicę ad­wo­kacką.

- Po pro­stu bądź przy­go­to­wana na naj­gor­sze - od­parł.

We­szła do kuchni, ubrana w gra­na­towy gar­ni­tur i białą je­dwabną bluzkę.

- Tak zro­bię.

- Bę­dziesz miała coś prze­ciwko, je­śli za­dzwo­nię do Bena i za­py­tam go o zda­nie?

Ben Si­lver był jed­nym z naj­lep­szych praw­ni­ków zaj­mu­ją­cych się spra­wami kar­nymi w sta­nie i re­pre­zen­to­wał Du­ane'a, gdy De­par­ta­ment Spra­wie­dli­wo­ści pro­wa­dził w jego spra­wie do­cho­dze­nie.

- W po­rządku. Prze­czu­cie mi pod­po­wiada, że nie mogę nic po­wie­dzieć, ale chcia­ła­bym usły­szeć zda­nie Bena. - Prze­tarła oczy, a po­tem po­ło­żyła dłoń na ra­mie­niu Swi­sha. - Dzię­kuję, że za­wsze je­steś przy mnie.

- Od tego są przy­ja­ciele. - Uśmiech­nął się, ma­jąc na­dzieję, że doda jej to otu­chy.

- Wiem, ale ostat­nio za­cho­wy­wa­łam się na­prawdę okrop­nie.

- Nic się nie stało.

To było kłam­stwo, ale z wy­razu jej twa­rzy wy­wnio­sko­wał, że i tak to do­ce­niła.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Roz­dział 2

Aaron Tin­sley prze­glą­dał kom­pu­ter swo­jego klienta. Tę­sk­nił za ha­ko­wa­niem, któ­rym zaj­mo­wał się, gdy miał pięt­na­ście lat. Cho­ciaż per­spek­tywa spę­dze­nia pię­ciu lat w wię­zie­niu za wła­ma­nie się do poczty elek­tro­nicz­nej NRA była prze­ko­nu­jącą za­chętą do pój­ścia na ła­twi­znę, na­dal trudno mu było po­go­dzić się z fak­tem, że w wieku dwu­dzie­stu dwóch lat jest bia­łym ka­pe­lu­szem - zaj­mo­wał się bez­pie­czeń­stwem IT. Cho­ciaż jego szef był przy­zwo­itym fa­ce­tem, który sam był ha­ke­rem, i re­gu­lar­nie mu pła­cił, przez więk­szość czasu Aaron wy­ko­ny­wał nudne za­da­nia.

Mimo to zda­rzało się, że na­tra­fiał na coś, co do­star­czało mu ta­kiego sa­mego dresz­czyku emo­cji jak ha­ko­wa­nie. Nad­szedł jego szczę­śliwy dzień.

Jesz­cze wczo­raj przed osiem­na­stą nie miał po­ję­cia, gdzie leży West­field w sta­nie New Jer­sey. Szef za­dzwo­nił do niego z, jak to okre­ślił, "za­da­niem spe­cjal­nym". Fa­cet o imie­niu Char­les Par­sons miał pro­blemy z kom­pu­te­rem. Aaron po­my­ślał, że cho­dzi o na­prawdę wy­jąt­kową sprawę, skoro są go­towi za­pła­cić mu po­dwójną stawkę za pracę w nie­dzielę. Nie miał po­ję­cia, ile wart jest dom Par­sonsa, ale z pew­no­ścią ni­gdy nie prze­by­wał w więk­szym. Do­mowe biuro, w któ­rym wy­ko­ny­wał zle­ce­nie, zaj­mo­wało praw­do­po­dob­nie więk­szą po­wierzch­nię niż całe jed­no­po­ko­jowe miesz­ka­nie Aarona w Qu­eens.

Prze­szu­ki­wa­nie ukry­tych pli­ków na lap­to­pie klienta spra­wiało mu przy­jem­ność; przy­po­mi­nało po­lo­wa­nie. Prze­glą­dał re­jestr kom­pu­tera, pró­bu­jąc zna­leźć pro­gram, który, jak po­dej­rze­wał, był ukryty w ko­dzie. Kto­kol­wiek go tam umie­ścił, był praw­dzi­wym za­wo­dow­cem, co bu­dziło w nim odro­binę za­zdro­ści.

- Mu­szę sko­rzy­stać z kom­pu­tera. Czy już koń­czysz? - za­py­tał Char­les Par­sons, za­ska­ku­jąc pra­cu­ją­cego in­for­ma­tyka.

Aaron był tak po­chło­nięty po­szu­ki­wa­niami, że zdzi­wił się, wi­dząc klienta sto­ją­cego na środku po­koju. Par­sons był opa­lony, po­mimo że do­piero za­czął się kwie­cień, wy­glą­dał na metr osiem­dzie­siąt wzro­stu i miał sze­ro­kie ra­miona. Trudno było od­gad­nąć jego wiek, ale po­zba­wiona zmarsz­czek twarz kon­tra­stu­jąca z bu­rzą fa­lu­ją­cych si­wych wło­sów spra­wiała wra­że­nie, że chi­rur­gia pla­styczna nie jest mu obca. Wi­dząc zi­ry­to­wane spoj­rze­nie Par­sonsa, Aaron zdał so­bie sprawę, że na­dal uśmie­cha się z po­dziwu dla sprytu ha­kera.

- Z czego się tak cie­szysz? - wark­nął klient.

Aaron mu­siał się wy­si­lić, aby przy­brać po­ważny wy­raz twa­rzy.

- Prze­pra­szam. Mo­żemy po­roz­ma­wiać w in­nym po­koju?

- O czym ty, kurwa, bre­dzisz? - wy­rzu­cił z sie­bie Par­sons.

Aaron wy­łą­czył lap­top, za­mknął go, wziął Par­sonsa za rękę i wy­pro­wa­dził go z biura.

- Pro­szę, przejdźmy do kuchni.

- Co się, do cho­lery, dzieje? - za­py­tał Par­sons, wy­ry­wa­jąc rękę z uści­sku Aarona, gdy wy­cho­dzili z po­koju. - Chcia­łem, że­byś spraw­dził, czy nie mam wi­rusa, a ty za­cho­wu­jesz się tak, jakby mój kom­pu­ter miał dżumę.

Aaron usiadł na stołku przed mar­mu­rową wy­spą w ogrom­nej, do­brze wy­po­sa­żo­nej kuchni Par­sonsa.

- Wła­ści­wie to nie­zła ana­lo­gia - przy­znał, ki­wa­jąc głową. - Tak, ma pan wi­rusa, który praw­do­po­dob­nie po­cho­dzi z ja­kiejś strony z por­no­gra­fią. Ła­two to na­pra­wić. Nie­stety ma pan także dużo po­waż­niej­szy pro­blem. Od jak dawna ko­rzy­sta pan z opro­gra­mo­wa­nia szy­fru­ją­cego?

- Co to ma do rze­czy? - za­py­tał Par­sons, mru­żąc oczy i pa­trząc po­dejrz­li­wie na Aarona.

- Jesz­cze nie wiem, ale może ono mieć wbu­do­wany ro­ot­kit. Co ozna­cza, że pana lap­top i praw­do­po­dob­nie wszyst­kie inne uży­wane przez pana kom­pu­tery, na któ­rych działa to samo opro­gra­mo­wa­nie, są za­in­fe­ko­wane w ten sam spo­sób.

- Co to, kurwa, jest ro­ot­kit?

Aaron po­ru­szył głową na boki.

- Na po­trzeby la­ika można stwier­dzić, że jest to pro­gram po­zwa­la­jący oso­bie, która go za­in­sta­lo­wała, mo­ni­to­ro­wać wszystko, co ktoś robi na kom­pu­te­rze.

- Cze­kaj, czy chcesz po­wie­dzieć, że ktoś może zo­ba­czyć, ja­kie strony od­wie­dzi­łem? - za­py­tał Par­sons, prze­chy­la­jąc głowę na bok i po­cie­ra­jąc pal­cem wska­zu­ją­cym usta. Na­gle spu­ścił z tonu.

- Tak, ale... - Aaron się za­wa­hał. - Cóż, jest znacz­nie go­rzej. Osoba mo­ni­to­ru­jąca ta­kie opro­gra­mo­wa­nie może śle­dzić każde na­ci­śnię­cie kla­wi­sza. Więc je­śli wej­dzie pan na stronę in­ter­ne­tową, która wy­maga lo­go­wa­nia się, ha­ker może po­zy­skać pana ha­sło i za­blo­ko­wać panu do­stęp. My­ślę, że prze­jęli też pana mi­kro­fon i ka­merę, żeby pana pod­glą­dać i pod­słu­chi­wać. Dla­tego chcia­łem po­roz­ma­wiać tu­taj.

Spoj­rze­nie Par­sonsa wy­ra­żało nie­do­wie­rza­nie.

- Pod­glą­dać mnie? Z mo­jego kom­pu­tera? Chyba nie mó­wisz po­waż­nie?

- Nie­stety mó­wię.

- Co to ma wspól­nego z moim opro­gra­mo­wa­niem szy­fru­ją­cym?

- O ile wiem, ro­ot­kit zo­stał za­in­sta­lo­wany wła­śnie w nim. Więc je­śli ma pan to samo opro­gra­mo­wa­nie na swoim kom­pu­te­rze sta­cjo­nar­nym lub in­nym, ro­ot­kit praw­do­po­dob­nie znaj­duje się też na nich.

Pu­ste spoj­rze­nie Par­sonsa świad­czyło o tym, że nie do końca zro­zu­miał wy­po­wiedź spe­cja­li­sty.

- Pro­szę po­słu­chać - po­wie­dział Aaron bar­dzo po­woli - je­śli jest tak jak my­ślę, ktoś, kto za­in­sta­lo­wał to opro­gra­mo­wa­nie, śle­dził każdy pana ruch. Każdy e-mail, trans­ak­cję, po­bra­nie. Wszystko.

- Ale wszystko jest za­szy­fro­wane. Do tego wła­śnie służy opro­gra­mo­wa­nie szy­fru­jące. Więc tylko lu­dzie z... - Urwał w pół zda­nia. Na jego twa­rzy po­ja­wiła się pa­nika, kiedy zdał so­bie sprawę, że to wła­śnie to opro­gra­mo­wa­nie zo­stało zha­ko­wane. - Kto­kol­wiek to jest, wi­dzi wszystko?

- Tak, naj­praw­do­po­dob­niej - po­wtó­rzył Aaron.

- Nie, to nie­moż­liwe... - od­parł Par­sons. Jego twarz na­gle po­sza­rzała.

- Kiedy za­in­sta­lo­wał pan opro­gra­mo­wa­nie? - za­py­tał Aaron, za­do­wo­lony, że zwięk­sza­jąca się de­spe­ra­cja Par­sonsa po­zwala mu prze­jąć stery. Kto wie, po­my­ślał. Może je­śli do­brze to ro­ze­gram i roz­wiążę pro­blem, fa­cet za­płaci mi coś eks­tra pod sto­łem.

- Nie wiem, chyba ja­kieś pół­tora roku temu.

- Skąd pan je wziął? Nie da się cze­goś ta­kiego ku­pić w Sta­ples.

- Po­le­cili mi je zna­jomi.

Kiedy Par­sons zo­ba­czył scep­tyczne spoj­rze­nie Aarona, przy­jął po­stawę obronną.

- Ufam tym fa­ce­tom. Ro­bimy ra­zem in­te­resy, a biz­nes, który pro­wa­dzą, wy­maga za­cho­wa­nia ta­jem­nicy, tak jak mój. Twier­dzili, że to opro­gra­mo­wa­nie z naj­wyż­szej półki.

- Czy od tam­tego czasu zmie­niło się coś jesz­cze?

- Mniej wię­cej rok temu ku­pi­łem no­wego lap­topa.

- To wszystko? - za­py­tał Aaron.

- Jest jesz­cze jedna rzecz. Ja­kieś sześć mie­sięcy temu fa­cet, który za­pro­jek­to­wał i za­in­sta­lo­wał opro­gra­mo­wa­nie, do­ło­żył do niego ak­tu­ali­za­cję. Twier­dził, że musi za­ła­tać ja­kiś po­ten­cjalny pro­blem z bez­pie­czeń­stwem.

- Bingo - po­wie­dział Aaron, a ostatni ele­ment ukła­danki w końcu zna­lazł się na swoim miej­scu. - Wy­gląda na to, że pod­czas in­sta­lo­wa­nia ak­tu­ali­za­cji fa­cet do­dał coś jesz­cze. To do­bre opro­gra­mo­wa­nie szy­fru­jące, ale jest jesz­cze lep­szym ro­ot­ki­tem.

- Trzeba to na­tych­miast na­pra­wić - wy­rzu­cił z sie­bie Par­sons, co­raz bar­dziej zły. - Po­trze­buję do­stępu do mo­ich da­nych. Je­śli ktoś ob­ser­wuje mnie od sze­ściu mie­sięcy, mu­szę za­bez­pie­czyć pewne in­for­ma­cje, za­nim ktoś je wy­krad­nie.

Aaron nie miał ochoty do­dat­kowo stre­so­wać Par­sonsa, mó­wiąc mu, że praw­do­po­dob­nie jest już za późno. Ha­ker miał do­stęp do jego da­nych przez sześć mie­sięcy. Poza tym za­in­te­re­so­wani albo już wie­dzieli, że Aaron prze­glą­dał re­jestr kom­pu­tera i praw­do­po­dob­nie od­krył ro­ot­kit, albo szybko zda­dzą so­bie z tego sprawę. Nie wspo­mi­na­jąc, że je­dy­nym spo­so­bem na od­zy­ska­nie za­szy­fro­wa­nych in­for­ma­cji było uży­cie za­in­fe­ko­wa­nego opro­gra­mo­wa­nia. Kiedy Aaron roz­wa­żał do­stępne opcje, z uzna­niem my­ślał o tym, jak pięk­nie ten ta­jem­ni­czy twórca wy­dy­mał swo­jego klienta.

- Musi pan wie­dzieć, że - za­czął ostroż­nie Aaron - opro­gra­mo­wa­nie szy­fru­jące składa się z dwóch ele­men­tów: je­den szy­fruje wszyst­kie wy­sy­łane i od­bie­rane e-ma­ile, a drugi wszel­kie prze­cho­wy­wane dane, więc może je od­czy­tać tylko ten, kto ma to samo opro­gra­mo­wa­nie.

Par­sons po­ki­wał głową.

- Pro­blem po­lega na tym - po­wie­dział po­woli Aaron - że praw­do­po­dob­nie za­szy­fro­wał pan i po­brał wiele da­nych, któ­rych nie chce pan ni­komu ujaw­niać. - Nie cze­kał na od­po­wiedź Par­sonsa; od­czy­tał ją z jego twa­rzy. - Za­kła­da­jąc, że tak jest, nie uda się panu uzy­skać do­stępu do in­for­ma­cji bez ich od­szy­fro­wa­nia, co wy­maga uży­cia pro­gramu. Mu­simy więc odłą­czyć kom­pu­ter od In­ter­netu, żeby osoba, która za­in­sta­lo­wała ro­ot­kit, stra­ciła do niego do­stęp. Na­stęp­nie od­szy­fru­jemy wszyst­kie pana dane. Bę­dzie pan też mu­siał ku­pić no­wego lap­topa.

Par­sons po­ta­ki­wał ni­czym lalka z głową na sprę­ży­nie.

- To nie­moż­liwe! Co za skur­wiel! - wy­rzu­cił z sie­bie, po czym za­czął chwy­tać rze­czy i rzu­cać nimi o ściany wy­ło­żone nie­bie­skimi płyt­kami. Za­czął od owo­ców le­żą­cych w ce­ra­micz­nej mi­sie sto­ją­cej na wy­spie ku­chen­nej, po­tem roz­bił samą misę, a na­stęp­nie inne przed­mioty, które wpa­dały mu w ręce - szklanki, ku­bek do kawy. W końcu prze­stał. Od­dy­chał stac­cato. Ob­jął głowę rę­kami. Trzy­mał ją tak, jakby pró­bo­wał po­wstrzy­mać eks­plo­zję. Spoj­rzał na Aarona wzro­kiem osa­czo­nego dzi­kiego zwie­rzę­cia.

- Po­trze­buję tych da­nych. Mu­szę się upew­nić... Po­bra­łem wiele waż­nych in­for­ma­cji fi­nan­so­wych. Nie mogę po­zwo­lić, żeby wpa­dły w nie­po­wo­łane ręce.

Aaron po­dra­pał się po czole.

- Gdzie znaj­dują się te­raz te dane?

- Trzy­mam je na czte­rech ze­wnętrz­nych dys­kach twar­dych.

Aaron zro­bił głę­boki wdech.

- Jak już po­wie­dzia­łem, naj­ła­twiej bę­dzie przejść do trybu of­fline, pod­łą­czyć dyski twarde, otwo­rzyć i od­szy­fro­wać znaj­du­jące się na nich dane, prze­nieść je w po­staci nie­za­szy­fro­wa­nej na nowy kom­pu­ter lub dysk twardy, a na­stęp­nie za­pi­sać przy uży­ciu no­wego opro­gra­mo­wa­nia szy­fru­ją­cego.

- Czy mogę to zro­bić sam?

- Jak do­brze ra­dzi pan so­bie z kom­pu­te­rem?

Par­sons po­trzą­snął głową z nie­sma­kiem.

- Mo­żesz mi po­ka­zać, jak to zro­bić? Jest tam wiele wraż­li­wych da­nych. Mam na­dzieję, że dzięki in­struk­ta­żowi sam so­bie z tym po­ra­dzę.

- Ja­sne. Pro­szę jed­nak pa­mię­tać, że czło­wiek, który za­in­sta­lo­wał ro­ot­kit, cały czas ma do­stęp do pana da­nych. Li­czy się każda mi­nuta.

Par­sons mruk­nął pod no­sem.

- Być może ist­nieje inne roz­wią­za­nie. Mam pe­wien po­mysł. Za­dzwo­nię do cie­bie póź­niej. Tym­cza­sem kup mi lap­topa i zrób, co mo­żesz, żeby zdo­być nowe opro­gra­mo­wa­nie do szy­fro­wa­nia. Dzięki temu bę­dziesz mógł po­ka­zać mi wszystko, gdy tylko będę cię po­trze­bo­wać.

Aaron wy­szedł fron­to­wymi drzwiami i skie­ro­wał się do swo­jego sa­mo­chodu. Cie­szył się, że ma to już za sobą. Wszel­kie ro­je­nia o pró­bie uszczę­śli­wie­nia Par­sonsa i za­ro­bie­niu kilku do­dat­ko­wych do­la­rów pod sto­łem wy­pa­ro­wały, gdy pa­trzył, jak wy­bu­cha gnie­wem. Nie chciał mieć z nim do czy­nie­nia wię­cej, niż mu­siał. Zrób swoje i wra­caj do domu. Nie był pe­wien, co Par­sons miał na my­śli, kiedy po­wie­dział, że może ist­nieć inne roz­wią­za­nie, ale wy­raz twa­rzy męż­czy­zny spra­wiał, że nie miał ochoty się do­wia­dy­wać.

Par­sons wszedł do sy­pialni i wy­jął cztery dyski twarde. Po­pa­trzył na nie, świa­domy, że ktoś mógł prze­jąć wszystko, co się na nich znaj­duje. Kto, do kurwy nę­dzy, chciałby mu coś ta­kiego zro­bić? Nie ufał swoim part­ne­rom, ale trudno było mu so­bie wy­obra­zić, że chcie­liby go zha­ko­wać. Za bar­dzo się go bali. Pró­bo­wał so­bie przy­po­mnieć na­zwi­sko fa­ceta, który za­in­sta­lo­wał opro­gra­mo­wa­nie, i tego, który go po­le­cił. Po­trze­bo­wał od­po­wie­dzi na już. Pod­niósł słu­chawkę i wy­brał jej nu­mer. Z nich wszyst­kich to ona za­wsze była wo­bec niego lo­jalna.

- Cass, to ja. Mam... mamy po­ważny pro­blem. Wła­śnie był u mnie in­for­ma­tyk. Stwier­dził, że na­sze opro­gra­mo­wa­nie szy­fru­jące ma w so­bie ja­kie­goś pie­przo­nego ro­otworma czy coś w tym ro­dzaju.

- Co to, do dia­bła, jest? - za­py­tała.

Par­sons za­wa­hał się, roz­wa­ża­jąc, co chce jej prze­ka­zać, by unik­nąć po­da­nia zbyt wielu in­for­ma­cji.

- Po­zwala ko­muś ob­ser­wo­wać, co ro­bię na kom­pu­te­rze.

- Char­les, mó­wisz po­waż­nie? To może nas znisz­czyć.

- Po­słu­chaj... Nie po­trze­buję, że­byś mó­wiła mi, jak bar­dzo je­ste­śmy w du­pie. Mu­sisz tylko zna­leźć fa­ceta, który to za­in­sta­lo­wał. Pa­mię­tasz, jak na­zy­wał się ten gów­niarz? McKay czy coś?

- Mac­key - spro­sto­wała.

- Tak, wła­śnie. Ju­stin Mac­key. Po­wiedz Ma­xowi i Car­lowi, żeby go zna­leźli i prze­trans­por­to­wali do ma­ga­zynu w Eli­za­beth. Mu­simy z nim tro­chę po­ga­wę­dzić.

Roz­dział 1

4 kwiet­nia 2008 roku

- Wi­taj, nie­zna­joma - rzu­cił Du­ane Swi­sher, sto­jąc w drzwiach jej biura. - Jak się masz?

Erin McCabe pod­nio­sła wzrok, od­gar­nęła z twa­rzy dłu­gie włosy w ko­lo­rze mie­dzi i po­słała mu uśmiech. Pro­wa­dziła z Du­ane'em kan­ce­la­rię praw­ni­czą McCabe & Swi­sher od pię­ciu lat. Spe­cja­li­zo­wali się w spra­wach kar­nych.

- Och, wspa­niale. Je­den kry­zys goni drugi - od­parła, wska­zu­jąc na stos roz­rzu­co­nych na biurku pa­pie­rów, le­żą­cych wśród pu­stych kub­ków z Dun­kin' Do­nuts.

- Czy sę­dzia Fow­ler za­rzą­dził, że w piątki można się przed nim sta­wiać bez gar­niaka? - za­py­tał żar­to­bli­wie.

Erin par­sk­nęła śmie­chem. Du­ane od­niósł się do faktu, że miała na so­bie dżinsy i ko­szulkę Di­xie Chicks.

- Nie. Dziś nie ma roz­prawy. Wy­daje wy­roki co drugi pią­tek, dzięki czemu mogę przy­cho­dzić do biura w zwy­kłych spodniach i pa­trzeć, jak się z tego cie­szysz. - Się­gnęła po akt sprze­ciwu wo­bec wnio­sku o od­da­le­nie aktu oskar­że­nia, który zło­żyła w jed­nej z pro­wa­dzo­nych spraw. - Pró­buję też nad­ro­bić za­le­gło­ści, prze­glą­da­jąc stos ba­dzie­wia, który po­więk­sza się za każ­dym ra­zem, gdy je­stem w są­dzie.

Du­ane od­su­nął krze­sło sto­jące przed biur­kiem i usiadł. Wy­cią­gnął przed sie­bie nogi, dłu­gie jak przy­stało na fa­ceta mie­rzą­cego pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt. W prze­ci­wień­stwie do Erin, miał na so­bie gra­fi­to­wo­szary gar­ni­tur i ja­sno­ró­żową ko­szulę, które pod­kre­ślały, że po­mimo trzy­dzie­stu sied­miu lat na karku wciąż jest w świet­nej for­mie. Wa­żył tylko nieco wię­cej niż w cza­sach, gdy grał dla Brown, dru­żyny na­le­żą­cej do Ivy Le­ague. Swish, na­zy­wany tak za­równo ze względu na brzmie­nie na­zwi­ska, jak i na fakt, że piłki rzu­cane przez niego z od­le­gło­ści trzy­punk­to­wej cięły po­wie­trze z im­po­nu­ją­cym świ­stem, był nie tylko part­ne­rem biz­ne­so­wym Erin, ale także jej naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Two­rzyli cie­kawą parę. Cho­ciaż McCabe była tylko sześć mie­sięcy młod­sza, Swish ze swoją wy­rzeź­bioną syl­wetką, ciem­no­brą­zową skórą i sta­ran­nie przy­strzy­żoną ko­zią bródką ro­bił na lu­dziach znacz­nie więk­sze wra­że­nie. Pie­go­wata i szczu­pła Erin przy­po­mi­nała ra­czej ty­pową dziew­czynę z są­siedz­twa. Czę­sto brano ją za osobę młod­szą i mniej do­świad­czoną. Nie bała się wy­ko­rzy­sty­wać tego faktu, aby zy­ski­wać prze­wagę na sali są­do­wej.

- Ja­kieś po­stępy w spra­wie?

- Przy­po­mnij mi, pro­szę: dla­czego zgo­dzi­li­śmy się ją po­pro­wa­dzić?

Du­ane za­chi­cho­tał.

- Do­sta­li­śmy sporą za­liczkę.

- Ach, no tak. - Po­trzą­snęła głową i zro­biła wdech. - Swish, ci fa­ceci mo­gliby być pier­wo­wzo­rami bo­ha­te­rów Gangu, który nie umiał strze­lać. Roz­krę­cili biz­nes ha­zar­dowy w Ko­sta­ryce, za­in­sta­lo­wali spe­cja­li­styczne opro­gra­mo­wa­nie szy­fru­jące, aby chro­nić stronę in­ter­ne­tową... a na­stęp­nie roz­ma­wiali o tym przez te­le­fon tak, jakby pla­no­wali obiad.

- Jaka jest li­nia obrony?

- Trzej de­cy­zyjni ko­le­sie utrzy­mują, że we­dług swo­jej wie­dzy nie ro­bili ni­czego nie­le­gal­nego - po­wie­działa, za po­mocą ge­stów da­jąc mu do zro­zu­mie­nia, że nie wie­rzy w za­sad­ność tej ar­gu­men­ta­cji. - Nasz klient, Ju­stin Mac­key, twier­dzi, że jako twórca opro­gra­mo­wa­nia szy­fru­ją­cego nie miał po­ję­cia, do czego klienci mogą go użyć.

Swish wzru­szył ra­mio­nami.

- Brzmi cał­kiem wia­ry­god­nie.

- On też tak uważa, ale oso­bi­ście je­stem nieco bar­dziej scep­tyczna. Nie­stety, cho­ciaż za­klina się, że nie wie­dział, do czego mają słu­żyć efekty jego pracy, za dużo ga­dał przez te­le­fon. Na­grano kilka dość ob­cią­ża­ją­cych roz­mów mię­dzy nim a jed­nym z li­de­rów grupy. Poza tym jest za­pa­lo­nym ha­zar­dzi­stą. Trudno bę­dzie prze­ko­nać sąd, że nie wie­dział, do czego klienci wy­ko­rzy­stują jego opro­gra­mo­wa­nie. A jak na ko­goś, kto rze­komo ogar­niał całe to szy­fro­wa­nie, żeby utrzy­mać biz­nes w ta­jem­nicy, miał sto­sun­kowo nie­wiel­kie obiek­cje, żeby ga­dać o tym przez te­le­fon.

- Jest ja­kaś szansa na ugodę? - za­py­tał Swish.

- Stan przed­sta­wił nam kilka przy­zwo­itych, ale nie naj­wspa­nial­szych ofert - od­parła. - Mam wra­że­nie, że ci fa­ceci ko­goś chro­nią.

- Na­wet nasz klient?

- Tak. Naj­wy­raź­niej wie wię­cej, niż nam ujaw­nił. To po­wie­dziaw­szy, nie je­stem pewna, czy zdaje so­bie sprawę, kogo ukrywa.

Po­krę­ciła głową, da­jąc wy­raz fru­stra­cji. Lu­biła Ju­stina. Był młody, miał dwa­dzie­ścia osiem lat, miesz­kał z matką i wy­da­wał się w po­rządku. Pod­czas przy­go­to­wań do pro­cesu udało jej się go tro­chę po­znać. Uwa­żała, że po pro­stu prze­sa­dził; praw­do­po­dob­nie nie tylko dla­tego, że czę­sto ob­sta­wiał, ale także ze względu na fakt, że, jak pod­po­wia­dały na­gra­nia z pod­słu­chów, czę­sto prze­gry­wał.

- Jak długo to jesz­cze po­trwa? - za­py­tał Du­ane.

- Spo­dzie­wam się, że stan bę­dzie chciał za­koń­czyć sprawę na po­czątku przy­szłego ty­go­dnia. To ostat­nia pro­sta.

- Ja­kich ar­gu­men­tów obron­nych za­mie­rzasz użyć?

Skrzy­wiła się.

- Żad­nych. Nie po­zwolę mu ze­zna­wać. Spło­nąłby w krzy­żo­wym ogniu py­tań ze względu na na­gra­nia.

- Przy­kro mi. Czy mogę ci ja­koś po­móc?

- Nie wy­daje mi się. Je­śli jest się z czego cie­szyć, to chyba tylko z tego, że wy­rok wyda Fow­ler. Za­kła­da­jąc, że Mac­key zo­sta­nie ska­zany, je­stem pra­wie pewna, że sę­dzia nie od­woła kau­cji przed wy­da­niem wy­roku, a po­nie­waż jest to pierw­sze wy­kro­cze­nie Ju­stina, mam na­dzieję, że nie do­sta­nie wię­cej niż osiem­na­ście mie­sięcy.

- Będę tu, gdy­byś cze­goś po­trze­bo­wała - od­parł.

- Dzięki. Co u cie­bie?

- Sę­dzia Anita Rey­nolds roz­pa­trzyła wnio­sek o unie­waż­nie­nie sprawy Cre­swell w hrab­stwie Ocean.

Erin po­słała mu uśmiech. Sę­dzia Rey­nolds przez pe­wien czas zaj­mo­wała się ak­tem oskar­że­nia wo­bec Sha­rise Bar­nes. Dzięki tej klientce Erin stała się sławna, a może ra­czej nie­sławna, przy­naj­mniej w więk­szej czę­ści stanu New Jer­sey. Bro­nie­nie czar­nej trans­pł­cio­wej ko­biety, któ­rej po­sta­wiono za­rzut za­mor­do­wa­nia syna kan­dy­data na gu­ber­na­tora, nie mo­gło nie wy­wo­łać roz­głosu, zwłasz­cza że Erin sama prze­szła ko­rektę płci, o czym me­dia wspo­mi­nały na każ­dym kroku.

- Lu­bię Rey­nolds. Szkoda, że nie zaj­mo­wała się dłu­żej sprawą Sha­rise - po­wie­działa Erin. - Jak po­szło z wnio­skiem?

- Wstrzy­mała się od de­cy­zji, ale my­ślę, że go za­ak­cep­tuje. Ma ku temu wszel­kie po­wody. We­szli do domu tego fa­ceta bez na­kazu, po tym, jak od­mó­wił ich wpusz­cze­nia, a po­tem twier­dzili, że zro­bili to, bo wi­dzieli ak­ce­so­ria zwią­zane z nar­ko­ty­kami. W jego sy­pialni po­ło­żo­nej na dru­gim pię­trze.

Za­śmiała się.

- Ra­cja. Masz duże szanse na po­myślny ob­rót rze­czy.

Wpa­try­wał się w nią przez kilka se­kund.

- W środę wie­czo­rem gra­li­śmy z Mar­kiem mecz. Py­tał, jak się masz.

Erin wzdry­gnęła się, gdy usły­szała imię Marka. Spo­ty­kali się przez po­nad rok. Nie­dawno z nim ze­rwała, a rany, które to po so­bie po­zo­sta­wiło, wciąż się nie za­go­iły. Był pierw­szym męż­czy­zną, w któ­rym kie­dy­kol­wiek się za­ko­chała. Ja­kimś cu­dem, po kilku nie­uda­nych pró­bach, udało mu się w pełni za­ak­cep­to­wać fakt, że jest trans­pł­ciową ko­bietą i po­ko­chać ją za to, kim jest. Wcze­śniej za­kła­dała, że ni­gdy nie do­świad­czy tego ani z męż­czy­zną, ani z ko­bietą. Wie­działa, że Swish wi­duje Marka co ty­dzień, po­nie­waż grali w tej sa­mej dru­ży­nie w mę­skiej li­dze ko­szy­kówki. Pró­bu­jąc unik­nąć tego, do­kąd zmie­rzała ta roz­mowa, po­słała Du­ane'owi swoje naj­lep­sze spoj­rze­nie typu "pro­szę, od­puść so­bie", ale z jego miny wy­wnio­sko­wała, że albo nie udało jej się wy­ra­zić swo­jej in­ten­cji, albo za­mie­rzał ją zi­gno­ro­wać.

- Po­zdrów go ode mnie - ode­zwała się w końcu.

- Daj spo­kój - rzu­cił. - Wiem, że to nie moja sprawa, ale Mark to do­ro­sły fa­cet. Po­trafi za sie­bie de­cy­do­wać. Gdyby role się od­wró­ciły, by­ła­byś wście­kła jak dia­bli, że wy­brał za cie­bie.

Za­mknęła oczy i ode­tchnęła głę­boko. Na­wet te­raz, mie­siąc po ze­rwa­niu, do­brze pa­mię­tała, jak pa­trzył na nią tam­tego dnia. Wy­glą­dał tak jak sama Erin wiele lat wcze­śniej, kiedy jej żona oświad­czyła, że mu­szą się roz­stać. Na twa­rzy Marka ma­lo­wała się mie­szanka bólu i nie­do­wie­rza­nia. Erin otwo­rzyła oczy.

- Masz ra­cję - od­parła. - To nie twój in­te­res.

Swish prze­krzy­wił głowę na bok, a jego źre­nice się roz­sze­rzyły. Przy­glą­dał się jej przez chwilę, po czym wstał z krze­sła, nie spusz­cza­jąc z niej wzroku.

- Ro­zu­miem - po­wie­dział szorstko i wy­szedł.

Cho­lera. Wstała zza biurka i po­de­szła do okna. Jej biuro znaj­do­wało się na obrze­żach dziel­nicy biz­ne­so­wej Cran­ford, na dru­gim pię­trze wieży wik­to­riań­skiego domu, który dwa­dzie­ścia lat temu prze­kształ­cono w biu­ro­wiec. Ko­chała Swi­sha jak brata. Nie było w tym nic dziw­nego, bio­rąc pod uwagę, ile ra­zem prze­szli. Za­nim za­ło­żyli firmę, Du­ane pra­co­wał w FBI i praw­do­po­dob­nie na­dal by tak było, gdyby nie zo­stał zmu­szony do re­zy­gna­cji. Po­trze­bo­wali ko­zła ofiar­nego w spra­wie wy­cieku taj­nych ma­te­ria­łów zwią­za­nych z nie­le­galną in­wi­gi­la­cją mu­zuł­mań­skich Ame­ry­ka­nów po je­de­na­stym wrze­śnia. Po odej­ściu z biura mógł ro­bić wiele rze­czy, ale ku za­sko­cze­niu Erin przy­jął zło­żoną przez nią pro­po­zy­cję współ­pracy i tak na­ro­dziła się firma McCabe & Swi­sher. Oczy­wi­ście w tam­tym cza­sie Erin na­dal przed­sta­wiała się światu jako Ian McCabe. Za­le­d­wie rok po za­ło­że­niu firmy ujaw­niła się jako trans­pł­ciowa ko­bieta, a zwią­zane z tym prze­ży­cia pra­wie ją znisz­czyły. Nie­które straty oka­zały się trud­niej­sze niż inne. Naj­gor­sze było roz­sta­nie z żoną, Lau­ren, oraz ze­rwa­nie kon­tak­tów z tatą, Pa­tric­kiem, i bra­tem Se­anem. Wspar­cia nie od­mó­wili jej je­dy­nie mama, Swish i jego żona Cor­rine. Bez nich nie da­łaby rady.

Po­mimo że była ze Swi­shem w bar­dzo bli­skiej re­la­cji, czuła się okrop­nie, roz­ma­wia­jąc z nim o Marku. Chciała sku­pić się na pro­wa­dzo­nej spra­wie i zna­leźć spo­sób na to, aby na jej klienta spoj­rzano ina­czej niż na po­zo­sta­łych oskar­żo­nych. Mu­siała prze­ko­nać ławę przy­się­głych, że Ju­stin nie był od­po­wie­dzialny za za­mor­skie ope­ra­cje fi­nan­sowe, które pro­ku­ra­tura skru­pu­lat­nie przed­sta­wiła w ciągu ostat­nich trzech ty­go­dni. Na wła­snym ży­ciu za­mie­rzała się skon­cen­tro­wać do­piero po za­koń­cze­niu pro­cesu. Wzięła kawę z biurka i ru­szyła w stronę ga­bi­netu Swi­sha. Zaj­mo­wał po­miesz­cze­nie, które było kie­dyś sy­pial­nią, i utrzy­my­wał w nim nie­ska­zi­telny po­rzą­dek - w prze­ci­wień­stwie do Erin, w któ­rej biu­rze pa­no­wał wieczny chaos. Na szkla­nym biurku Du­ane'a ni­gdy nie le­żał ani je­den zbłą­kany spi­nacz do pa­pieru.

- Masz chwilę? - za­py­tała, sto­jąc w drzwiach. Pod­niósł oczy i ski­nął głową. Zro­biła kilka nie­pew­nych kro­ków w jego kie­runku i się za­trzy­mała.

- Swish, prze­pra­szam. Na­prawdę - za­częła, przy­gry­za­jąc dolną wargę. - Wiem, że sta­rasz się być do­brym przy­ja­cie­lem za­równo dla Marka, jak i dla mnie, ale to nie jest wła­ściwa pora. Wiesz, jak się za­cho­wuję, kiedy je­stem w trak­cie roz­prawy. Nie po­tra­fię się sku­pić na ni­czym in­nym. Roz­mowa o Marku spra­wia, że bar­dzo cier­pię.

Po jego mi­nie po­znała, że chciał coś do­dać, ale ich przy­jaźń była na tyle głę­boka, że się po­wstrzy­mał.

- Masz ra­cję. Skon­cen­truj się na tym, co mu­sisz zro­bić. Wró­cimy do te­matu, gdy skoń­czysz sprawę.

- Dzięki - od­po­wie­działa, sta­ra­jąc się uśmiech­nąć. - Do­ce­niam to.