Syndrom nenufarów - Grégoire Bouillier

Kup ebooka

55.90 zł
49.19 zł (46,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ty­tuł ory­gi­nału fran­cu­skiego Le Syn­drome de l'Oran­ge­rie

Co­py­ri­ght ? Flam­ma­rion, Pa­ris 2024

Co­py­ri­ght ? No­wela, Po­znań 2025

Re­dak­cja Emi­lia Zwo­niar­ska

Ko­rekta Ka­ro­lina Frąc­ko­wiak

Opra­co­wa­nie gra­ficzne i skład JNK Gra­ftekst Ju­styna No­wa­czyk

Cet ouvrage a bénéfi­cié du so­utien du Pro­gramme d'aide a la pu­bli­ca­tion de l'In­sti­tut fra­nçais.

Książkę wy­dano dzięki do­fi­nan­so­wa­niu In­sty­tutu Fran­cu­skiego w ra­mach pro­gra­mów wspar­cia wy­daw­ni­czego.

ISBN 978-83-67936-27-9

Na okładce:

zdję­cia ob­ra­zów Claude'a Mo­neta z do­meny pu­blicz­nej

Nym­pheas (1897-1898),

Los An­ge­les Co­unty Mu­seum of Art

https://com­mons.wi­ki­me­dia.org/wiki/File:Mo­ne­t_Wa­te­r_Li­lie­s_pa­in­ting_(31843648457).jpg

https://www.flickr.com/pho­tos/vin­ta­ge­_il­lu­stra­tion/31843648457/

Wa­ter Lily Pond, 1917, Art In­sti­tute of Chi­cago

https://com­mons.wi­ki­me­dia.org/wiki/File:Mo­net_-_Wa­te­r_Li­ly­_Pond,_1917-19,_1982.825.jpg

https://www.ar­tic.edu/ar­tworks/97933/wa­ter-lily-pond?q=mo­net

Wy­daw­nic­two Nowe

No­wela sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Po­znań

www.wy­daw­nic­two­nowe.pl

re­dak­cja@wy­daw­nic­two­nowe.pl

Dział han­dlowy (+48 61) 847 40 40

za­mo­wie­nia@no­wela.pl

Część I

"A tam, co wi­dzisz?" -

Jean Eu­sta­che, Zdję­cia Alix

1.1

To za­bawne.

A może wcale nie.

Ale nie­dawno wy­bra­łem się do mu­zeum sztuki w Oran­że­rii.

(To było do­kład­nie ty­dzień temu).

Po raz pierw­szy po­sze­dłem zo­ba­czyć Ne­nu­fary Claude'a Mo­neta.

(Le­piej późno niż wcale).

Wcze­śniej ja­koś ni­gdy się nie zło­żyło.

Ni­gdy do­tąd nie wi­dzia­łem Wiel­kich Płó­cien z Oran­że­rii.

Nie na wła­sne oczy.

I wy­da­rzyło się coś dziw­nego.

Ogar­nęły mnie za­wroty głowy, nie­po­kój.

Po­czu­łem się strasz­li­wie przy­gnę­biony.

To się stało na­gle.

O mało nie ze­mdla­łem.

Cze­goś ta­kiego nie mia­łem w pla­nach.

Nie tego się spo­dzie­wa­łem.

Zwłasz­cza w związku z Ne­nu­fa­rami Claude'a Mo­neta.

Do­piero po wyj­ściu z Oran­że­rii, gdy zna­la­złem się na ulicy i świe­żym po­wie­trzu, gdy od­da­li­łem się od Ne­nu­fa­rów Mo­neta, stop­niowo zro­biło mi się le­piej. Oto znów od­dy­cha­łem nor­mal­nie.

Od­zy­ska­łem lek­kość.

Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że je­śli mój nie­po­kój mó­wił coś o mnie, mó­wił także coś o Ne­nu­fa­rach, po­nie­waż to one były jego przy­czyną.

Co mó­wił?

Skąd ten nie­po­kój?

Jak łą­czył się z Ne­nu­fa­rami?

Co nie­po­ko­ją­cego się w nich kryło, o ile kryło się w nich coś nie­po­ko­ją­cego?

Czy to miało zwią­zek z mo­imi ba­da­niami le­kar­skimi?

Bo nie chcę tu ni­kogo prze­ko­ny­wać: daję po pro­stu świa­dec­two ob­ra­zo­wego szoku, który mnie sa­mego za­sko­czył, co je­dy­nie po­głę­biło od­czu­wane do­le­gli­wo­ści, czy­niąc je dla mnie kom­plet-nie nie­zro­zu­mia­łymi.

Co się wy­da­rzyło pod­czas mo­jej wi­zyty w Oran­że­rii?

Co zo­ba­czy­łem?

1.2

Co wi­dzimy na ob­ra­zie?

Nie wiemy.

Ni­gdy tego nie wiemy.

Nie uczono nas pa­trzeć wła­snymi oczyma.

Wła­śnie dla­tego sta­jąc przed ob­ra­zem, szybko od­czy­tu­jemy ta­bliczkę z na­zwi­skiem ma­la­rza, ty­tu­łem dzieła, datą i tak da­lej. Po­śpiesz­nie gro­ma­dzimy in­for­ma­cje, aby mieć słowa. Słowa są ważne. (Coś o tym wiem). Bo oto je­ste­śmy ura­to­wani! Na­gle znamy na­zwi­sko ma­la­rza, ty­tuł dzieła, datę i tak da­lej. Oto mamy coś do po­wie­dze­nia. Oto to­wa­rzy­szy nam po­czu­cie, że wiemy, a za­tem wi­dzimy. (Jupi!)

Od­tąd nie po­strze­gamy już za po­śred­nic­twem oczu, lecz słów. Pa­trzymy na ob­raz przez oku­lary słów, jakby po­zwa­lały le­piej wi­dzieć i jakby czy­niły coś wi­docz­nym, sta­wały się rap­tem na­szymi oczami. (Po­ważny błąd!)

To ku­glar­ska sztuczka.

W tym przej­ściu od oczu oglą­da­ją­cych ma­lo­wi­dło do oczu czy­ta­ją­cych, co na­pi­sano pod spodem, kryje się przej­ście od ob­razu do słowa, od zmy­słów do in­te­lektu, od jed­nostki do spo­łe­czeń­stwa. Kryje się fakt, że tra­cimy z oczu ma­lo­wi­dło i w ogóle zdol­ność wi­dze­nia. Słowa by­naj­mniej nie otwie­rają nam oczu, przy­kry­wają je­dy­nie na­szą śle­potę. Zmu­szają nas, by­śmy pa­trzyli ina­czej, so­cja­li­zują na­sze spoj­rze­nie i nie po­zwa­lają nam wpaść w ot­chłań na­szej siat­kówki. Bo oko nie wie, co wi­dzi. Po­dob­nie jak karty nie wie­dzą, że grają w po­kera, i z tego po­wodu kpią so­bie za­równo ze zwy­cięzcy, jak i z prze­gra­nego, tak oczy nie wie­dzą, co wi­dzą. Nie wie­dzą na­wet, że wi­dzą! Tak samo jak zwie­rzę­tom, bra­kuje im daru mowy i w związku z tym nie mogą po­wie­dzieć, co uj­rzały. Gdyby mo­gły, wy­ra­zi­łyby to sło­wami in­nymi niż te, które umiesz­czamy pod ob­ra­zem.

Na przy­kład: przy­by­wamy do Oran­że­rii, wcho­dzimy do pierw­szej sali i oto, co wi­dzimy: ogromny na­pis "Claude Mo­net" wraz ze wszyst­kim, co ozna­cza to na­zwi­sko; wi­dzimy słowo "ne­nu­fary", datę - rok 1914, słowo "im­pre­sjo­nizm", słowo "mu­zeum", może mi­liony euro, które warte są dziś ob­razy Mo­neta, przede wszyst­kim zaś, wy­pi­sane jesz­cze więk­szą czcionką, uwaga, spoj­ler, wi­dzimy słowo "ar­cy­dzieło". Po­nie­waż wszy­scy twier­dzą, że Ne­nu­fary Mo­neta to ar­cy­dzieło, i wszy­scy są o tym prze­ko­nani, jesz­cze za­nim zo­ba­czą naj­mniej­szy choćby ne­nu­fa­rek jego pędzla! To spra­wia, że mimo woli nie oglą­damy ob­razu, lecz pró­bu­jemy uj­rzeć ar­cy­dzieło. Sta­ramy się po­wią­zać jedno z dru­gim, wy­tę­żamy siły, by zro­zu­mieć jak i dla­czego. Ba­damy dy­stans mię­dzy płót­nem a ar­cy­dzie­łem i na pod­sta­wie tej od­le­gło­ści my­ślimy: to, ar­cy­dzieło? Ależ tak, ależ oczy­wi­ście! Albo wręcz prze­ciw­nie: to, ar­cy­dzieło? Mój czte­ro­la­tek po­ra­dziłby so­bie le­piej... Za­miast oglą­dać ob­raz i ostrzyć na nim spoj­rze­nie, każdy po­dej­muje wy­siłki, by po­łą­czyć słowa, które ma w gło­wie, z tym, co ma przed oczami - z ogromną szkodą dla tego dru­giego. Gdy bo­wiem po­stę­pu­jemy w ten spo­sób, cał­kiem omija nas przy­goda oka, a tym bar­dziej przy­goda ob­razu.

To samo do­ty­czy mu­zyki.

To samo do­ty­czy każ­dego ro­dzaju sztuki.

Na­wet li­te­ra­tury!

Na­le­ża­łoby zwy­czaj­nie ulec wła­snemu wi­dze­niu. Zi­gno­ro­wać le­gendę umiesz­czoną pod ob­ra­zem, a także le­gendę, która go ota­cza. Rzecz w tym, by za­opa­trzyć się we wła­sne spoj­rze­nie, w spoj­rze­nie nowe, a przede wszyst­kim - nieme.

Ła­twiej po­wie­dzieć, niż zro­bić.

Bo gdy po­sze­dłem zo­ba­czyć Ne­nu­fary, by­łem jak wszy­scy inni.

Także mnie wy­peł­niały go­towe słowa, odzie­dzi­czone po­glądy i cu­dow­nie ste­reo­ty­powe fra­zesy.

Spo­dzie­wa­łem się, jak każdy, że olśni mnie ta ma­lar­ska fe­eria barw roz­sza­lała na po­wierzchni nie­mal dwu­stu me­trów kwa­dra­to­wych. Za­wczasu prze­ko­nany, wy­obra­ża­łem so­bie, że do­stą­pię cza­row­nych ta­jem­nic za­war­tych w grze świa­tła na wo­dzie, w roz­wi­bro­wa­nym po­wie­trzu prze­mie­nio­nym w pa­letę zie­leni i nie­bie­sko­ści, w wi­rach kwia­tów roz­le­wa­ją­cych się z eso­watą gra­cją ap­po­gia­tur, w im­pre­sjo­ni­stycz­nym kul­cie na­tury, nie za­po­mi­na­jąc o me­dy­ta­cyj­nym na­stroju i spo­koju we­wnętrz­nym, któ­rych każdy nor­mal­nie skon­stru­owany człek do­świad­cza w obec­no­ści Ne­nu­fa­rów. Tak sły­sza­łem.

Nie ja.

Wi­dać nie je­stem nor­mal­nie skon­stru­owany.

W końcu mó­wimy o Ne­nu­fa­rach Mo­neta!

O "Ka­plicy Syk­styń­skiej im­pre­sjo­ni­zmu", jak to ujął ma­larz An­dré Mas­son (w 1952 roku).

Mó­wimy o dziele, które, po­padł­szy wpierw w za­po­mnie­nie, w la­tach pięć­dzie­sią­tych ubie­głego wieku in­spi­ro­wało przed­sta­wi­cieli ame­ry­kań­skiej abs­trak­cji li­rycz­nej, na czele z Jack­so­nem Pol­loc­kiem, Sa­mem Fran­ci­sem, Joan Mit­chell czy Mar­kiem Ro­thką, by wy­mie­nić tylko kil­koro!

Bo wspo­mnę przy oka­zji: to Ame­ry­ka­nie na­ma­ścili Ne­nu­fary z Oran­że­rii na ważne dzieło sztuki współ­cze­snej, w czym bar­dzo po­mógł im hi­sto­ryk sztuki Al­fred Barr, który w 1955 roku ku­pił nie­znany ob­raz z se­rii ne­nu­fa­ro­wej, by po­ka­zać go w no­wo­jor­skim MoMA, któ­rego był pierw­szym dy­rek­to­rem. Wśród ar­ty­stycz­nej no­wej gwar­dii No­wego Jorku na­tych­miast od­trą­biono suk­ces! A we Fran­cji - ogromne za­sko­cze­nie! Po­nie­waż po pierw­szej wy­sta­wie w 1927 roku Wiel­kie Płótna po­pa­dły w za­po­mnie­nie. Od trzy­dzie­stu lat nikt nie in­te­re­so­wał się tymi prze­ro­śnię­tymi kla­mo­tami z Oran­że­rii. Ani kry­tycy, któ­rzy po­cząt­kowo uznali je za "oso­bliwe" i "prze­sa­dzone", na­zna­czone "zmę­cze­niem" i "sta­ro­ścią". Ani pu­blicz­ność, która nie miała po­wodu oka­zać się lep­szym sę­dzią. Swoją drogą 25 kwiet­nia 1944 roku, w sa­mym środku walk o wy­zwo­le­nie Pa­ryża, za­błą­kany po­cisk mógł bez pro­blemu wy­be­be­szyć dach wiel­kiej sali Oran­że­rii i znisz­czyć jedno z płó­cien, ni­kogo przy tym nie za­bi­ja­jąc (oto, ja­kie cią­gnęły tam tłumy!) ani nie wy­wo­łu­jąc nad­mier­nego po­ru­sze­nia u pra­cow­ni­ków in­sty­tu­cji, która w prze­ci­wień­stwie do Luwru nie uznała za sto­sowne wy­wieźć Ne­nu­fa­rów z dala od wojny i/lub żą­dzy oku­panta (który zresztą, jak wi­dać, miał je w głę­bo­kim po­wa­ża­niu...). A tu na­gle dzie­sięć lat póź­niej Ame­ry­ka­nie ogła­szają, że Ne­nu­fary to ar­cy­dzieło. A Fran­cja od­krywa, że jest w po­sia­da­niu mię­dzy­na­ro­do­wego skarbu. Wię­cej nie było trzeba - Oran­że­rię od­re­stau­ro­wano, by wy­eks­po­no­wać pan­ne­aux Mo­neta, tak jak na to za­słu­gi­wały.

Od czego za­leżą ta­kie rze­czy?

By jak naj­szyb­ciej roz­pra­wić się z tą nie­do­rzecz­no­ścią: dla Ame­ry­ka­nina "Mo­net is mo­ney", to pod­świa­dome, wy­ryte w mó­zgu, zwłasz­cza w przy­padku uro­dzo­nego w De­troit (Mi­chi­gan) dy­rek­tora mu­zeum. Ale nie to jest ważne.

Li­czy się fakt, że różni Ro­th­ko­wie i Sa­mo­wie Fran­ci­so­wie przy­własz­czyli so­bie Ne­nu­fary, by zna­leźć w nich wol­ność, ra­dość, śmia­łość i słow­nic­two zu­peł­nie różne od in­te­lek­tu­ali­zmu awan­gar­dzi­stów, któ­rzy w tej sa­mej epoce zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wali ma­lar­stwo. Bo zwy­kli­śmy o tym za­po­mi­nać, wręcz trudno nam w to uwie­rzyć, tak bar­dzo utoż­sa­miamy dziś Mo­neta z dzie­więt­na­sto­wiecz­nym ma­lar­stwem, a jed­nak w dru­giej de­ka­dzie tam­tego stu­le­cia, kiedy Ne­nu­fary po­wsta­wały, kró­lo­wał ku­bizm, fu­tu­ryzm, fo­wizm, kon­struk­ty­wizm i ide­alizm abs­trak­cyjny. Kró­lo­wały Panny z Awi­nionu Pi­cassa i Błę­kitny jeź­dziec Kan­din­sky'ego, Czarny kwa­drat na bia­łym tle Ma­le­wi­cza, a na­wet Akt scho­dzący po scho­dach Mar­cela Du­champa. Co za czasy! Cu­downe roz­go­rącz­ko­wa­nie! Do­póki pierw­sza wojna świa­towa nie ostu­dziła po­wszech­nego en­tu­zja­zmu. Jed­nak Ne­nu­fary pro­po­no­wały wi­dzom coś in­nego. No­siły w so­bie za­lą­żek wy­na­laz­ków ta­kich jak "all over" i "drip­ping", pod­kre­ślały do­nio­słość i spon­ta­nicz­ność aktu ma­lo­wa­nia, przy­zna­wały ho­no­rowe miej­sce pu­stce i uwal­niały się od fi­gu­ra­tyw­no­ści, otwie­ra­jąc drogę kra­jo­bra­zom nie tylko abs­trak­cyj­nym, ale i we­wnętrz­nym. Zry­wały na­wet - dzięki for­ma­tom wy­mie­rzo­nym w nie­zmie­rzo­ność - z miesz­czań­skimi ide­ałami ma­lar­stwa, we­dle któ­rych prace po­winny dać się po­wie­sić w domu na ścia­nie. Za­pład­nia­jąc przy­szłość, Ne­nu­fary za­równo pod wzglę­dem formy, jak i tre­ści roz­sa­dzały znane ramy ma­lar­stwa, a ja...

w ob­li­czu tylu cu­dów...

czu­łem je­dy­nie dys­kom­fort i nie­po­kój?

Co jest nie tak z moim mó­zgiem?

(Cza­sem mam ochotę dać so­bie w dziób).

Naj­wy­raź­niej coś mi się po­kić­kało.

Nie mo­głem mieć ra­cji, na prze­kór Sa­mowi Fran­ci­sowi i Ro­thce,

i ca­łemu światu.

Nie­moż­liwe!

Tylko co mogę na to po­ra­dzić?

Więc by­łem w błę­dzie?

Nie­zła ka­bała.

Nie byłby to pierw­szy raz.

Przez całe ży­cie by­wa­łem w błę­dzie.

Moje ist­nie­nie to je­den wielki błąd.

Świad­czą o tym wszyst­kie moje związki mi­ło­sne.

A także moje na­ro­dziny.

Co po­ra­dzę?

Co po­ra­dzę, że kon­tem­plu­jąc tę sto­jącą wodę, te li­lie wodne na­mna­ża­jące się bez końca jak no­wo­twór, to kon­ti­nuum ko­lo­rów bar­dziej mar­twych niż ży­wych two­rzą­cych jakby ścianę uro­ślin­nio­nej wody, po­czu­łem się zgnę­biony, choć nie wie­dzia­łem, co mnie gnębi. Zu­peł­nie jakby z Ne­nu­fa­rów ema­no­wało coś... smut­nego? Ża­łob­nego? Po­nu­rego? Zgub­nego? To słowo, "zgubne", przy­cho­dzi mi do głowy pod­czas pi­sa­nia. Bo pi­szę. Po­nie­waż naj­le­piej wy­raża uczu­cie, które mnie w tam­tej chwili ogar­nęło. Jak­kol­wiek nie­sto­sowne i nie­wła­ściwe wy­daje się w od­nie­sie­niu do ob­razu Claude'a Mo­neta - czego mam pełną świa­do­mość.

Mam pełną świa­do­mość, że wy­razy ta­kie jak "dys­kom­fort", "nie­po­kój", "po­nure" i "ża­łobne" nie za­li­czają się do słow­nic­twa ko­ja­rzo­nego zwy­kle z Mo­ne­tem.

Mam pełną świa­do­mość, że ogród, prze­strzeń z de­fi­ni­cji ulo­ko­wana pod go­łym nie­bem, w do­datku na­ma­lo­wana przez ar­ty­stę, który sły­nął z tego, że prze­niósł ma­lar­stwo z pra­cowni na wolne po­wie­trze, nie po­wi­nien bu­dzić po­czu­cia opre­sji i za­mknię­cia.

A jed­nak wszystko tu zda­wało się za­sty­głe, nie­ru­chome, sta­tyczne, nie­przej­rzy­ste, mil­czące, bez­wolne.

Zbyt za­sty­głe i zbyt mil­czące, by ży­cie mo­gło krą­żyć, roz­kwi­tać, być ra­do­sne.

Stąd moje klau­stro­fo­biczne do­zna­nie.

Jak otwarta prze­strzeń może spra­wiać wra­że­nie miej­sca za­mknię­tego i sku­lo­nego w so­bie?

Gdyby wy­ma­zać słowa, co by­śmy zo­ba­czyli?

Ta­jem­nica.

Ale co ja po­ra­dzę?

"Miej od­wagę po­słu­gi­wać się wła­snym ro­zu­mem" - ra­dził Kant. "Sa­pere aude!" - upie­rał się, po­wta­rza­jąc za Ho­ra­cym, choć mnie aku­rat nie trzeba tego dwa razy po­wta­rzać, zwłasz­cza po ła­ci­nie.

Co po­ra­dzę?

Nikt nie jest pa­nem swo­jej pod­świa­do­mo­ści, szcze­gól­nie gdy ta na­po­tyka pod­świa­do­mość dzieła sztuki.

Nie­raz za­po­mi­namy, że gdy spo­glą­damy na ob­raz, on rów­nież pa­trzy na nas. Może na­wet wy­cho­dzi mu to le­piej niż nam. Bo to on jako pierw­szy za­ta­pia wzrok w na­szym spoj­rze­niu.

1.3

Za­po­mnia­łem po­wie­dzieć, że pod­czas tej pierw­szej wi­zyty w Oran­że­rii nie by­łem sam. To­wa­rzy­szyła mi Penny. To był zresztą jej po­mysł. Ona też ni­gdy nie wi­działa Wiel­kich Płó­cien, a nie chciała umrzeć jako idiotka. Jako że do sto­licy prze­nio­sła się z ro­dzin­nego Yonville, nie po­tra­fiła zro­zu­mieć zbla­zo­wa­nej obo­jęt­no­ści Pa­ry­żan wo­bec ofe­ro­wa­nych przez mia­sto moż­li­wo­ści kul­tu­ral­nych, pod­czas gdy w Yonville (76) nie ma nic poza ru­inami ka­pu­cyń­skiego opac­twa, sta­rym mły­nem i ap­teką. Z tego po­wodu, w prze­ci­wień­stwie do mnie, zna­la­zł­szy się w Oran­że­rii, wy­glą­dała na bar­dzo szczę­śliwą. Ewi­dent­nie po­do­bało jej się to, co wi­działa. Prze­cha­dzała się po dwóch sa­lach po­łą­czo­nych krót­kim ko­ry­ta­rzy­kiem, z uwagą kon­tem­plu­jąc każde z ośmiu płó­cien, nieco wklę­słych, dzięki czemu Mo­net pra­gnął osią­gnąć wra­że­nie jak naj­ści­ślej oka­la­ją­cego za­nu­rze­nia; bez słowa spa­ce­ro­wała wzdłuż dzie­więć­dzie­się­ciu je­den me­trów fre­sków od­wzo­ro­wu­ją­cych wę­drówkę słońca po nie­bie od wschodu aż po za­chód, w taki spo­sób, że jego po­wolna, długa po­dróż za­pę­tlała się w nie­skoń­czo­ność, i rów­nież Penny nie prze­sta­wała krę­cić się w kółko, jakby krę­ce­nie się w kółko mo­gło ją do­kądś za­pro­wa­dzić, jakby ta ma­lar­ska ka­ru­zela przy­pra­wiała ją o ra­do­sne za­wroty głowy, słod­kie upo­je­nie. Krą­żyła jak ty­grys w klatce! Mała wska­zówka dro­biąca po cy­fer­bla­cie czasu!

W pew­nym mo­men­cie za­trzy­mała się przed płót­nem za­ty­tu­ło­wa­nym Od­bi­cia drzew i po­wie­działa: "Piękne, prawda". To nie było py­ta­nie. Ski­ną­łem głową, pró­bu­jąc do­strzec to, co wi­działa ona, a czego nie wi­dzia­łem ja. Mnie wszystko wy­da­wało się roz­myte, nie­pewne, za­mglone, mroczne, nie­zdrowe, cha­otyczne, po­grze­bowe.

- Pro­szę spoj­rzeć, Bmore - na­le­gała Penny. - Po le­wej, te dwie li­lie, ró­żowa i ja­sno­fio­le­towa: cóż za de­li­kat­ność! A te zniu­an­so­wane od­cie­nie nie­bie­sko­ści i zie­leni, ten spo­sób ma­lo­wa­nia wody su­chut­kim pędz­lem! I to niebo, od­bite w sta­wie, przez co za­miast w gó­rze znaj­duje się w dole, u na­szych stóp, na po­zio­mie mo­rza. Fan­ta­styczne! Wszystko tu jest pa­ra­dok­salne. Z po­mocą swo­ich Ne­nu­fa­rów Mo­net wy­wró­cił świat do góry no­gami. Po­sta­wił ma­lar­stwo na gło­wie. Upside down, jak ma­wiała Diana Ross. (Diana Ross i Mo­net? Jest pani pewna, Penny?) Ależ tak, Bmore! I pro­szę spoj­rzeć, po pra­wej, ta para sie­dząca na ławce. On trzyma pa­ra­sol, pod­czas gdy ona jest prze­pięk­nie roz­ne­gli­żo­wana, co u Mo­neta nie­spo­ty­kane. Nie­zbyt cie­ka­wiło go ko­biece ciało. Wo­lał kra­jo­brazy. Zna pan choć je­den akt jego au­tor­stwa? Oto dla­czego inni ma­la­rze wy­glą­dają przy nim jak zwy­kli męż­czyźni. A tam, w cie­niu bu­kietu ne­nu­fa­rów na sa­mej gó­rze, do­strzega pan mały do­mek? Wy­raź­nie wi­dać li­liową huś­tawkę. A także jego wię­zienny wy­miar. To z całą pew­no­ścią wspo­mnie­nie dwóch ma­łych dziew­czy­nek. Wraz ze sta­wem peł­nym ne­nu­fa­rów Mo­net po­zo­sta­wił nam swój ma­lar­ski te­sta­ment. To dzieło sztuki to­tal­nej. Cóż za ge­niusz, do­prawdy!

Znów ski­ną­łem głową.

Może nie spra­wia­łem ta­kiego wra­że­nia, ale do­sko­nale ro­zu­mia­łem, co moja to­wa­rzyszka chce po­wie­dzieć.

Wi­dzia­łem zie­le­nie i nie­bie­sko­ści.

Niebo na opak.

Ho­ry­zont wy­my­ka­jący się elipsą.

Wszech­obecną wodę.

Wierzby pła­czące łzami z za­schnię­tej krwi.

Li­liową huś­tawkę.

Nagą ko­bietę.

Dwie małe dziew­czynki.

Dziew­czy­neczki.

Wi­dzia­łem wszystko.

Wi­dzia­łem na­wet, jak gu­bią się punkty orien­ta­cyjne, bo Mo­net po­my­ślał swój ne­nu­fa­rowy cykl tak, by nie dało się go na­raz ob­jąć spoj­rze­niem. Tu cały czas mamy dzieło przed sobą i za sobą. To nas zmu­sza do by­cia w ruchu. Do krę­ce­nia się jak w tańcu. Nie da się zo­ba­czyć Ne­nu­fa­rów w ca­łej oka­za­ło­ści. Z tego względu, po­nie­waż nie wiemy, gdzie po­dziać oczy, je­ste­śmy tro­chę za­gu­bieni, zdez­o­rien­to­wani, tra­cimy punkt pod­par­cia, ro­ze­zna­nie. Nie mamy pew­no­ści, do­kąd pójść i na co pa­trzeć. Czy skoro ota­cza nas taka masa wody, znaj­du­jemy się na wy­spie po­środku stawu? A może w łódce? Na ja­poń­skim mostku, który Mo­net ka­zał zbu­do­wać w Gi­verny i który ty­le­kroć ma­lo­wał? Czy je­ste­śmy na wo­dzie? A może w niej? A gdy­by­śmy tak byli pod wodą? Gdy­by­śmy byli w akwa­rium? Albo w ba­ty­ska­fie, pa­trząc przez oku­lar pe­ry­skopu? Nie wia­domo.

Tak na­prawdę nie wi­dzimy nic. Nic kon­kret­nego. Nic de­fi­ni­tyw­nego. Trzeba nie­ustan­nie przy­sto­so­wy­wać wzrok, to mak­sy­mal­nie się zbli­ża­jąc, to znów od­su­wa­jąc się jak naj­da­lej, w za­wie­sze­niu mię­dzy krótko- a da­le­ko­wzrocz­no­ścią. W ja­kiej od­le­gło­ści na­leży sta­nąć? W ja­kiej bli­sko­ści? Co to ma być, to dzieło, które prze­ra­sta na­sze pole wi­dze­nia i z któ­rego wy­chwy­cić mo­żemy je­dy­nie frag­menty, urywki, roz­bły­ski? Dzieło, które two­rzy swój wła­sny brak? Dzieło, które zmu­sza nas do wy­bie­ra­nia po­mię­dzy kil­koma punk­tami wi­dze­nia, po­nie­waż nie ofe­ruje żad­nego, który byłby stały i pewny.

Dzieło po­my­ślane jako pa­no­rama, przo­dek kina, wy­na­lazku współ­cze­snego Mo­ne­towi, który, jak się zdaje, za­in­spi­ro­wał go do na­ma­lo­wa­nia tej fa­ran­doli ne­nu­fa­rów, tak jakby in­ten­cją ar­ty­sty było wy­re­ży­se­ro­wa­nie filmu roz­gry­wa­ją­cego się w cza­sie i prze­strzeni! Jakby na ośmiu ol­brzy­mich ekra­nach wy­świe­tlił dzie­więć­dzie­siąt je­den me­trów ta­śmy fil­mo­wej. Mimo że kino to prze­cież "sztuka mar­twa", w prze­ci­wień­stwie do "sztuk ży­wych", czyli te­atru i tańca. Kino to sztuka pla­toń­ska, może to wła­śnie po­do­bało się Mo­ne­towi? Kto wie, po­my­śla­łem, może gdyby pu­ścić Ne­nu­fary bar­dzo szybko, z pręd­ko­ścią przy­naj­mniej dwu­dzie­stu czte­rech kla­tek na se­kundę, zmie­ni­łyby się w ani­ma­cję? Może na­gle coś by­śmy zo­ba­czyli? Trzeba by zro­bić do­świad­cze­nie! Li­cząc, że metr ta­śmy fil­mo­wej równa się pięt­na­stu se­kun­dom filmu, dzie­więć­dzie­siąt je­den me­trów ob­razu od­po­wia­da­łoby około dwu­dzie­stu dwóm mi­nu­tom i czter­dzie­stu pię­ciu se­kun­dom ani­ma­cji. Tyle trwa­łyby Ne­nu­fary na ekra­nie. Dwa­dzie­ścia dwie mi­nuty i czter­dzie­ści pięć se­kund. Do­brze wie­dzieć.

W ocze­ki­wa­niu na pre­mierę w za­ciem­nio­nych sa­lach (ja cze­kam z nie­cier­pli­wo­ścią!) może czło­wiek bar­dziej do­ce­niłby fre­ski z Oran­że­rii, gdyby za­miast prze­miesz­czać się spa­ce­ro­wym kro­kiem, ru­szył z ko­pyta, pę­dząc na zła­ma­nie karku. Może na­wet wsiadł na ro­wer i po­pe­da­ło­wał z ca­łych sił - w końcu Ne­nu­fary to "cykl". W końcu znaj­do­wa­li­śmy się na are­nie roz­mia­rem do­rów­nu­ją­cej we­lo­dro­mowi Vel d'Hiv. A może cho­dziło o wi­dze­nie ste­reo­sko­powe? O ob­ra­zek 3D, na który trzeba pa­trzeć przez ko­lo­rowe szkła? Co za baj­zel z tym ob­ra­zem! Co za sza­leń­stwo!

Mo­net twier­dził, że za po­śred­nic­twem Ne­nu­fa­rów chciał na­ma­lo­wać "nie­skoń­czoną ca­łość, falę bez ho­ry­zontu i brzegu".

I to mu się udało!

Pas­cal z ko­lei ma­wiał, że Bóg to "nie­skoń­czona kula, któ­rej śro­dek jest wszę­dzie, po­wierzch­nia ni­g­dzie".

Czy to Boga pra­gnął na­ma­lo­wać Mo­net?

To Boga ma­lo­wał?

To Boga tu­taj wi­dzimy?

Pod­czas gdy w 1914 roku, kiedy Mo­net za­bie­rał się do Wiel­kich Płó­cien, Fran­cja do­piero co z tru­dem wpro­wa­dziła roz­dziel­ność Ko­ścioła od pań­stwa?

To do­piero by­łaby iro­nia.

Z tym że Mo­net ab­so­lut­nie nie był czło­wie­kiem wie­rzą­cym: jako żar­liwy re­pu­bli­ka­nin za­warł ślub cy­wilny i od­mó­wił na­wet re­li­gij­nego po­grzebu. Jego wolę usza­no­wano, gdy w 1926 roku zmarł w wieku osiem­dzie­się­ciu sze­ściu lat, rok przed otwar­ciem wy­stawy w Oran­że­rii pre­zen­tu­ją­cej jego wiel­kie dzieło, o które bił się do ostatka, by wszystko wy­glą­dało do­kład­nie tak, jak so­bie umy­ślił. Pech. Ży­cie nie jest spra­wie­dliwe. Dla ni­kogo nie bę­dzie to chyba sen­sa­cyj­nym od­kry­ciem.

1.4

Czy cho­dzi o aspekt ki­ne­ma­to­gra­ficzny?

O ten ko­ja­rzący się z la­tar­nią czar­no­księ­ską?

O aspekt cosa men­tale?

Sta­łem przed ob­ra­zem za­ty­tu­ło­wa­nym Od­bi­cia drzew, kiedy przez głowę prze­mknęła mi pewna myśl. Od­wró­ci­łem się do Penny.

- Są­dzę, że gdzieś tu po­cho­wano trupa. W tej albo dru­giej sali.

- Trupa? Co pan opo­wiada, Bmore? Do­brze się pan czuje? Strasz­nie pan po­bladł...

- Mam się świet­nie. Pa­mięta pani Po­więk­sze­nie?

- Ten film An­to­nio­niego?

- Gdy główny bo­ha­ter, ten blon­dy­nek...

- Fo­to­graf Tho­mas?

- Tak, fo­to­graf Tho­mas. Gdy na zdję­ciach zro­bio­nych pod­czas spa­ceru w parku za­uważa na­gle wy­sta­jące z krzaka ciało. Na pierw­szy rzut oka nie­wi­doczne, obecne w tak mi­kro­sko­pij­nym stop­niu, tak wto­pione w tło, że nikt go nie do­strzega ani nie po­dej­rzewa na­wet, że może tam być - do­póki nie przyj­rzy się z bar­dzo bli­ska. Do­póki nie po­więk­szy ka­dru do mo­nu­men­tal­nych roz­mia­rów. Do­póki nie wej­dzie do środka ob­razu. Tu­taj tak samo. Za­pew­niam pa­nią, Penny. Gdzieś w tym sta­wie peł­nym ne­nu­fa­rów dry­fuje trup, śmierć, roz­pacz i cier­pie­nie prze­ni­kają ob­raz, kryje się na nim coś jakby fan­to­mowy Wally i trzeba go zna­leźć, bo on tam jest, czuję to!

- Czuje pan? No pięk­nie... Co­raz le­piej. Prze­cież pan nie ma wę­chu!

- No wła­śnie!

- Co z pa­nem, Bmore? Ta osoba pana nie po­znaje! Do­sko­nale wie, że Da­niel Arasse na­ma­wiał, by dzieło czy­tać z bli­ska, ale pan już z tym zoo­mem prze­sa­dza. Po­suwa się pan tak da­leko, że za­raz wpad­nie pan twa­rzą w ne­nu­fary.

- Ja mó­wię bar­dzo po­waż­nie, Penny. Mo­net po­grze­bał coś lub ko­goś po­śród li­lii wod­nych. Ten ob­raz cuch­nie śmier­cią! Je­stem o tym prze­ko­nany, choć nikt ni­czego się nie do­my­śla. Pro­blem w tym, że trzeba by się na­prawdę mocno zbli­żyć. Wziąć pod lupę każdy cen­ty­metr kwa­dra­towy wszyst­kich ośmiu płó­cien. Spry­skać ca­łość lu­mi­no­lem. Tyle tylko, że je­ste­śmy zwy­kłymi zwie­dza­ją­cymi. Nie mamy od­po­wied­nich na­rzę­dzi.

- Dość tych wy­głu­pów! Jakby nie ist­niało wy­star­cza­jąco dużo sen­sa­cyj­nych hi­sto­rii! Musi pan wy­my­ślać ko­lejną, cał­kiem wy­ssaną z palca? To się ociera o cho­robę za­wo­dową, Bmore. Ta osoba za­raz umówi pana do le­ka­rza me­dy­cyny pracy.

- Wi­zyty le­kar­skie mam już po­uma­wiane. I o co pani cho­dzi? W za­wo­dzie de­tek­tywa trzeba mieć nosa. Wie­trzyć pa­skudne sprawy, wy­grze­by­wać trupy. Nie każdy ma do tego ta­lent. Pro­szę się ro­zej­rzeć: tyle jest rze­czy, któ­rych lu­dzie nie chcą wi­dzieć.

- Mówi pan o Ne­nu­fa­rach czy to me­ta­fora?

- A jak pani my­śli?

- Ta osoba my­śli, Bmore, że już do szczętu panu od­biło.

- Mo­głaby pani mieć do mnie choć odro­binę za­ufa­nia, Penny. Po­przed­nim ra­zem od­wa­li­li­śmy ka­wał do­brej ro­boty. Wie pani, je­stem roz­cza­ro­wany pani po­stawą.

- Ach, niech pan już skoń­czy z tą pozą fra­jera, który nie wie, kto jest jego praw­dzi­wym oj­cem, i któ­rego matka, gdyby żyła, pew­nie rzu­ci­łaby się z okna. To w złym gu­ście! Na tę osobę już to nie działa.

- Do­brze, ale co, je­śli mam ra­cję? Je­śli się nie mylę? Je­śli Mo­net na­prawdę po­grze­bał ko­goś lub coś wśród ne­nu­fa­rów?

- Może od razu skarb Szkar­łat­nego Rac­khama?

- Dla­czego nie? Co pani o tym wie? Co wie pani o Ne­nu­fa­rach i Clau­dzie Mo­ne­cie, poza tym, co mó­wią wszy­scy?

- Skoro idziemy w "je­śli", wszystko jest moż­liwe...

- Za to bez "je­śli" nic nie jest moż­liwe.

- Wspa­niałe ro­zu­mo­wa­nie! Dałby pan spo­kój, Bmore, prze­cież to ja­kieś bzdury! I to gdy mamy do roz­wią­za­nia masę po­ten­cjal­nych spraw. Praw­dzi­wych spraw. Z praw­dzi­wymi tru­pami. Praw­dzi­wymi ludźmi. Praw­dzi­wymi ofia­rami! Z na­zwi­skami i da­tami! Na przy­kład ba­ro­nową, którą ktoś zwią­zał w jej wła­snym domu i prze­szył ja­poń­skim mie­czem. To się na­zywa kon­kret.

- Tak, cóż, na­dal je­stem tu sze­fem, Penny, i zro­bimy po mo­jemu.

- Skoro tak pan sta­wia sprawę, ta osoba nie bę­dzie brać w tym udziału. Niech pan sam ra­dzi so­bie ze swo­imi ne­nu­fa­rami. Miarka się prze­brała. Ta osoba nie jest pań­ską nie­wol­nicą. Nie bę­dzie go­nić za pana wa­riacką fan­ta­zją. Bo to czy­sta fan­ta­zja, Bmore. Ta osoba ma na­dzieję, że jest pan tego świa­dom i nie li­czy pan na nią, bo ona nie za­mie­rza pa­trzeć, jak się pan ośmie­sza. Mowy nie ma. Ach, nie! Nie i ko­niec!

- Ależ, Penny! Niech pani nie bie­rze tego do sie­bie! Co ja bez pani po­cznę? Lu­dzie pa­nią uwiel­biają... Pro­szę nie od­cho­dzić, Penny... PENNY! Do­bry boże, niechże pani na mnie za­czeka! (By to szlag!)