Rozdział II
czyli czas potężnego Saturna, który lada moment wejdzie do domu XII i zostanie tam na długo; tymczasem więcej się trzeba przejmować Marsem.
Przez całą zimę chłopiec słuchał opowieści pana de Lauraca, a im dłużej wysiadywał przy palenisku, otoczony dymem z lipowego drewna i historiami z pradawnych czasów, tym wyżej wzrastał jego duch, do tej pory stąpający twardo po oksytańskiej ziemi. Okazało się bowiem, że stary rycerz ma prawdziwy dar wymowy, dorównujący Homerowi i Cyceronowi, a przewyższający o wiele talenta grajków zaglądających od czasu do czasu na dwór ojca, tak że w niektóre wieczory cały dwór zbierał się, aby posłuchać, jak Laurac snuje swoje gawędy. Jerzy wiedział jednak, że słowa, które wpadają do wielu uszu, wypowiadane są z myślą o jego nauce, a to dodawało rytuałowi ceremonialnej powagi. Dni nagle zaczęły się dłużyć jeszcze bardziej, bo wypełniając nużące obowiązki giermka, zarazem wyczekiwał niecierpliwie wieczoru; gdy zaś de Laurac był zmęczony lub w złym humorze albo gdy chłopiec czymś zawinił, opowieści nie było i wówczas rozczarowanie Jerzego rosło tak wielkie, że najtwardsze serce byłoby się mu użaliło.
A jednak przez większość nocy tej zimy młody giermek wysłuchiwał wspaniałych opowieści o Arturze, Gahelocie, Lancelocie, Galahadzie i Bohorze, ich przygodach, namiętnościach i turniejach. Ze śmiechem dowiadywał się, jak Percewal, wychowany w lesie, naiwnie mniemał zostać rycerzem i z wielkim zdumieniem zachwycał się przemyślnością Merlina, który oszukał samego Juliusza Cezara. Nurzał się w historiach o Guidemarze, który dla swej pani popłynął na mglistą wyspę, a także o swoim imienniku, zabójcy smoka, oraz Tristanie, co dla Izoldy nastawał przeciw własnemu panu. Słuchał o Nikoletcie, co dla Alkasyna uciekła z wieży, i o Rolandzie, własną piersią zasłaniającego towarzyszy. Świat jego nagle urósł, a chłopiec odkrył, że poza Oksytanią wiele było nieznanych krain, a w nich wielu chrobrych mężów i pięknych niewiast.
I zaczął rozumieć, jak nierozważne i niegodne rycerza do tej pory były jego czyny. Przez nikogo nieupominany, jął uprzejmie odnosić się do dam, wyglądając chętnie, czy nie trzeba im w czymś dopomóc. Choć nikt go o to nie prosił, nauczył się grać w szachy, aby móc godnie stanąć do gry z innymi rycerzami, gdyby kiedyś na nich trafił - i aż nogami przebierał z niecierpliwości, aż zacznie się uczyć miecza i kopii, aby kiedyś wrazić ją w jakiś smoczy łeb. Nawet głowę zaczął podnosić wysoko i krok jego stał się sprężysty, tak bowiem przez świat kroczyli wojacy w historiach de Lauraca. A reszta domowników, ukrywając uśmiechy, patrzyła, jak chłopiec z dzikiego trzpiota zmienia się w dobrze ułożonego młodzieńca.
Nie we wszystkim jednak zgasła dzikość serca Jerzego. W głębi duszy bowiem nadal tlił mu się marsowy żar, który podsuwał jego wielkiej wyobraźni wizje czynów, jakich dokona, gdy tylko stopnieją zimowe śniegi. A im dalej wędrowała jego myśl, tym trudniej było mu się skupić na tym, co robi, aż zaczął obijać się o ściany i popsuł sprzączkę w najlepszym pasie de Lauraca, co skończyło się na kijach, choć zwykle nie potrzebował już takich przypomnień o swoich obowiązkach. Na marzycielstwo jednak nie ma żadnej rady - kiedy bowiem młodemu rycerzowi zawidzi się zostać Lancelotem, żaden mędrzec nie powstrzyma go przed lotem na skrzydłach imaginacji.
A gdy śniegi w istocie stopniały, okazało się, że nie tylko umysł i duch urosły w Jerzym; sięgnął w końcu czupryną łęku siodła. Najwyższa więc była pora na naukę konnej jazdy, strzelania z łuku, rzucania włócznią i walki na drewniane miecze, do czego de Laurac przystąpił ze stoickim spokojem, w przeciwieństwie do młodzieńca, rwącego się nagle do czynu. Szybko jednak przekonał się, iż Lancelotem ani Rolandem nie jest. Ani siodło, ani miecz, ani włócznia nie okazały się jego talentami i wielce był rozczarowany, kiedy pierwsze próby w tych dziedzinach skończyły się siniakami od upadków i łajaniami preceptora. Jedynie łuk przychodził mu łatwo i niebawem cisowe łęczysko śpiewało w jego dłoniach pieśń strzałów celnych i szybkich, jakby nie był Oksytańczykiem, ale Arabem, słyną oni bowiem z biegłości w tej dziedzinie.
Wszystko inne było jednak trudną nauką, ciągnącą się przez wiosnę, lato i jesień, a ponieważ Jerzy nadal wypełniać musiał inne swoje powinności giermka, nigdy do tej pory nie chodził tak zmęczony i obolały. Spał, kiedy się tylko dało, jadł za czterech, a gdy była okazja, z własnej woli ćwiczył, aby zyskać sobie cenną aprobatę de Lauraca i uznanie w swoich własnych oczach. Nieznośnie bowiem bolało go, że to, co Galahadowi przychodziło z dziecinną łatwością od kołyski, jemu sprawiało wielką trudność, tak że nabrał nawet wątpliwości, czy aby na pewno pisane jest mu bycie rycerzem. Ale gdy na rozkaz kurczącego się słońca znów spadły śniegi, umiał już galopować, strzelać z łuku z ziemi i końskiego grzbietu, celnie ciskać włócznią, a od czasu do czasu udawało mu się huknąć swojego nauczyciela drewnianym mieczem, gdy ów się zamyślił. Potrafił naprawić i oporządzić każdą część rycerskiego ekwipunku, opiekować się koniem, obyczaje zwierzyny nie miały dlań tajemnic, a wysławiał się nieporównanie ładniej i bardziej elegancko niż niegdyś.
Gdy nadeszła kolejna zima, chłopak pewien był, że oto znów zasiądzie u stóp swojego rycerza, aby słuchać o kolejnych przygodach wielkich mężów, ale wielkie było jego rozczarowanie! Usadzono go bowiem za pulpitem z tabliczką, kawałkami kredy i całymi wieczorami kazano wgapiać się w litery, aż oczy łzawiły, a kark sztywniał nieznośnie. Chłopiec błagał de Lauraca na kolanach, aby ów oszczędził mu tej tortury, lecz senior był nieugięty: rycerz miał umieć czytać i kreślić podstawowe znaki, a ponadto liczyć do stu, dodawać i odejmować, bo Bóg wszystko urządził według miary, liczby i wagi. A ponieważ poparli go ojciec i matka, nie było innej rady.
Siedział więc, biedny, nad blatem, mrużąc oczy w słabym świetle kaganka lub świecy, i dukał z wysiłkiem kolejne litery. Wówczas dopiero prawdziwie zatęsknił za swoimi braćmi, którzy niegdyś podzielali ten sam los, a których od dawna nie widział. Gdy tylko była okazja, wznosił lamenty i błagania, aby zdjąć z niego to jarzmo, ale nie spotkał się z litością. Nawet służba, z którą w czasie giermkowania zdążył się zaprzyjaźnić i zbratać, odnosiła się do jego marudzeń niechętnie, bo uważali jego los za dalece lepszy od własnego. Któregoś dnia matka powiedziała mu:
- Dziecko, czy w którejś z opowieści pana de Lauraca słyszałeś, aby rycerz płakał jak ty w tej chwili?
Zaś on zawstydził się i zamilkł, i od tamtej pory starał się przebrnąć ową katorgę z godnością. Jedynym, któremu mógł się pożalić i który z cierpliwością znosił jego biadolenie, jedynym, przed którym młody człowiek mógł otworzyć serce pełne płomieni i górnolotnych marzeń, był jego stary druh, Guy de Trois.
Trzeba bowiem wiedzieć, że chłopcy za nic mieli ojcowskie zakazy i choć początkowo lękali się rodzicielskiego gniewu, to niedługo po przygodzie z młynem zaczęli znów spotykać się potajemnie. Mimo że obaj mieli o wiele mniej czasu, musząc być na każde zawołanie - Jerzy: rycerza, a Guy: ojca, to raz na jakiś czas udawało im się wymknąć i zejść w tajemnicy, niczym para zakochanych, na umówionej polanie w lesie, gdzie godzinami siedzieli nad potokiem. Słuchając szmeru wody i z nudów chwytając pstrągi gołymi rękoma, zwierzali się sobie ze wszystkich trosk i szczenięce koleżeństwo zmieniło się w wielką przyjaźń, tak że obaj byli skłonni przysiąc, że ten drugi najzacniejszym jest człowiekiem w całym kraju.
- Nie zniosę już, Guyu, tych wszystkich liter i liczb - żalił się Jerzy tej zimy. - Zadek przyrasta mi do krzesła, łapa boli gorzej niż od miecza, głowa pęka na dwoje, a oczy, jestem pewien!, zepsują mi się od tego, zanim skończę czternaście lat.
- Mów mi jeszcze - odpowiedział ponuro Guy. - Ręce zupełnie mi już poczerniały od węgla i cyny, na ramionach co tydzień dochodzi mi blizna od oparzenia, a nie ma dnia, żebym nie oberwał kijem od ojca.
- Jak, pytam, ma nam ta męczarnia pomóc w dokonaniu wielkich, rycerskich czynów i pójścia w ślady Galahada?
- Ja tam rycerzem nie jestem i bohaterskie czyny mi niepotrzebne. Ale chciałbym, żeby i moje życie miało jakieś znaczenie, większe niż klepanie blachy w warsztacie ojca. Gdyby tak zostać kupcem... - rozmarzył się jasnowłosy młodzieniec. - Bogatym, mądrym, w pięknych szatach, jak pan Guilbard...
- Jeśli zostaniesz kupcem - zapalił się natychmiast Jerzy - to ja będę cię chronił! Pilnował twoich towarów na szlakach i pokonam każdego bandytę, który ośmieli się wyciągnąć po nie rękę! A potem, kiedy porwą twoją żonę, to ja ją odbiję!
- Ja nie będę miał żony. Po co mi ona?
- Kupiec musi mieć żonę, Guyu, żeby móc jej kupować piękne stroje i żeby bandyci mogli ją porywać.
- A, to co innego.
Gdy tak pogrążali się w marzeniach, natychmiast świat stawał się piękniejszy, a oni, podniesieni na duchu, wracali do swojego codziennego znoju.
- Chciałbym - powiedział młody rycerz, gdy żegnali się z przyjacielem - żeby stało się coś, cokolwiek, co mnie oderwie od tego przeklętego pulpitu!
I jego życzeniu stało się zadość.
Nie dalej jak dwa dni później na skraju lasu, na drodze prowadzącej od Montoliu, pojawiło się dwóch konnych. Jerzemu wypadło ich powitać. Poznał gości od razu, gdy wjechali w bramę ich zamku, bo byli to ci, którzy niegdyś zaglądali do kasztelu w granatowych szatach: Dobrzy Ludzie, katharoi. Tym razem jednak ani nie mieli granatowych szat, ani natchnionych twarzy, przeciwnie, byli głodni i udręczeni, a jeden z nich ponadto cierpiał od straszliwej rany w boku. Młodego giermka natychmiast zagoniono do kąta, zaś cały dom wybuchł taką wrzawą, jakby był mrowiskiem, w które ktoś nalał miodu. Nikogo nie interesowało, czy Jerzy zasiadł tego dnia do nauki, z czego skwapliwie skorzystał, usiłując przez cały wieczór podsłuchać coś z narady, którą ojciec wraz z katharoi i de Laurakiem odbył w wielkiej komnacie. Ponieważ starania jego okazały się próżne, nadąsał się i poszedł spać, zły, że traktuje się go jak dziecko.
Rankiem obudził go kopniak, co już od dawna się nie zdarzało. Zaskoczony, zerwał się na równe nogi i już miał wyrazić swoje oburzenie, lecz zoczył, że jego pan jest zafrasowany i poważny.
- Gdy słońce stanie, masz być gotowy do drogi.
Jerzemu nie trzeba było tego powtarzać. Szybko spakował do sakwy wszystko, czego potrzebował, choć nie było tego wiele, przebrał się w wełnianą suknię z pludrami, bo nie godzi się, aby szlachcic podróżował w domowej tunice, i jak błyskawica oporządził oba konie. Akurat wówczas służący powiedział mu, że pan de Laurac wzywa.
Młodzian stanął w progu małego pokoju, jaki im przeznaczono, i ujrzał, że starzec ubrany jest jedynie w koszulę i spodnie, jakby właśnie zamierzał iść spać.
- Czas - powiedział, pocierając brodę z zamyśleniem - abyś nauczył się tego, co w istocie czyni rycerza. - I wskazał na leżącą na jego łożu zbroję.
Jerzy znał części owej zbroi na pamięć, bo z każdej z nich nie raz i nie dwa zdrapywał rdzę i nalot, każdą z osobna polerował, oliwił i wycierał, tak aby zawsze były gotowe do użytku, jednak nigdy nie widział, żeby de Laurac ją wkładał; nie było takiej potrzeby. I młodzian zrozumiał, że taka potrzeba właśnie się zjawiła, więc aż zadrżał z podniecenia.
Najpierw musiał pomóc staremu rycerzowi nałożyć przeszywanicę, czyli grubą, pikowaną tunikę, dzięki której pancerz nie ocierał ciała armigera. Był to przyodziewek ciepły i miękki, w zupełności wystarczający zbrojnemu i za płaszcz, i za podszerstek. Wówczas de Laurac usiadł, a Jerzy nałożył mu buty, wysokie, z cholewami, sznurowane na chyba sto sprzączek. Gdy już je zawiązał, musiał włożyć swojemu nauczycielowi kolczugę i pojął nagle, że jeszcze rok wcześniej nie byłby jej nawet uniósł, a co dopiero wzniósł rycerzowi nad głowę! Ponieważ jednak podrósł i zmężniał, udało się to po kilku próbach, aż ciężki splot srebrnych ogniw spłynął po ramionach de Lauraca. Na kolczugę nałożył Jerzy krytą zbroję, czyli skórzany fartuch, na który naszyto blachy hartowane i twarde jak diabelskie widły, one zaś miały nie dać sztychom przystępu do delikatnego ciała. Dłuższą chwilę zajęło mu zawiązanie kolczych rękawic, chroniących dłonie preceptora. Dopiero wówczas przełożył zbrojnemu przez głowę tunikę z pięknego, lombardzkiego sukna, zdobioną herbem de Lauraców, w którym widniała wieża z pasem czerwonym w żółtym tle, oraz kołnierz kolczy, przy każdym poruszeniu głowy brzęczący jak dzwonki wzywające na sumę. Na koniec zaś przepasał staruszkowi miecz i podniósł ciężką, długą tarczę oraz otwarty hełm z długim nosalem, aby przytroczyć je do siodła.
W czasie tej ceremonii de Laurac nieustannie poprawiał chłopca i dawał mu dobre rady, co wynikało nie tylko z dobroci serca, ale też tego, że od sprawności Jerzego zależały jego własny komfort i ochrona. Nie omieszkał też pouczyć giermka, po cóż wszystkie te ceregiele:
- Człek z mieczem, lecz w obszarpanej tunice, to zwykły kmieć. Ten, który ma kolczugę, ale nic ponad to, lub osłonił tylko swój durny łeb hełmem, to ledwo mężczyzna przy broni. Ten zaś, kto chroniony jest cały i komu nie da się zrobić krzywdy, chyba że potężnym ciosem albo specjalną bronią, to dopiero jest rycerz, chłopcze. Zbroja czyni z nas tych, kim jesteśmy. Zbroja nas oznacza, wyróżnia, chroni i sprawia, że patałachowie uciekają na sam widok armigera. Nie każdy szlachetnie urodzony musi ją mieć i nosić, lecz jeśli jego marzeniem jest wojować, nie ma innego wyjścia. Jeżeli zaś w pełni uzbrojony wsiądzie na konia i w rękę weźmie kopię, to nikt i nic nie stanie mu na drodze bez strachu, że postrada życie. Gdy więc dorobisz się zbroi i otrzymasz przyzwolenie, aby ją nosić, strzeż jej jak oka w głowie, bo od niej zależy nie tylko twoje życie, ale też i miejsce na dworach tego świata.
Jerzy w czasie tego monologu kiwał uprzejmie głową i zapamiętał sobie dobrze te słowa, choć nie wszystko doń dotarło, bo skupiony był na plątaninie sprzączek, pasków, sznurówek i wiązań, które wszystkie musiały być porządnie zadzierzgnięte. Gdy zszedł za pobrzękującym Laurakiem na dziedziniec, okazało się, że również ojciec i jego chorążowie się zawarowali. Wsiedli wszyscy na konie i pogalopowali przez zaśnieżoną Oksytanię.
Młodzieniec nie wiedział, dokąd jadą, ale za wiele się już nauczył, aby pytać. Zamiast tego, dumny, że przyszło mu podróżować w takiej wyśmienitej, zbrojnej kompanii, hardo prostował się w siodle i rozsyłał groźne spojrzenia pasącym się przy drodze jeleniom i zającom. Gdy zaś mijali kupiecki orszak, który ojciec zatrzymał, aby porozmawiać chwilę z handlarzem, myślał, że zaraz pęknie z dumy, tak groźnie czuł się w wysokim siodle i w szkarłatnej giermkowskiej tunice, choć uwierało go, że nie dozwolono mu przepasać miecza.
Słońce ledwo stanęło w zenicie, gdy dotarli do celu podróży, jakim było niewielkie miasteczko, które zwało się Brosas. Jerzy był w nim kiedyś, gdy wraz z jego dawną zgrają łobuzów zapuścili się daleko od Montoliu w poszukiwaniu zabaw; wiedział, że maleńki gród znajduje się wciąż we włościach jego ojca. O ile wówczas jednak było to miejsce wesołe i pełne życia, o tyle teraz przypominało raczej krąg piekielny.
Nikt ich nie przywitał i ledwo zauważali przestraszone oczy, zerkające na nich spomiędzy opłotków. Nie ujechali stu kroków, gdy znaleźli pierwszego trupa - była to młoda kobieta, przeszyta włócznią na wylot. Zmarznięte ciało leżało na środku drogi w burordzawej plamie krwi i wymiocin. Ominęli je ostrożnie, lecz po chwili jęli znajdować kolejne. Niektórzy zwisali z futryn własnych domów, zadźgani żelazem, a brązowe wodospady ich posoki broczyły białe fasady budynków; inni leżeli powykręcani, z bronią w ręku, tam gdzie padli.
Byli tam i mężczyźni, i kobiety, i żołnierze, i mieszczanie, i chłopi, i ladacznice; nie oszczędzono bowiem nikogo, kto wpadł pod miecz najeźdźcom. Krążące nad miastem ptaki, omijające słupy brunatnego dymu z dogasających powoli domów, wskazywały, że nie brakuje im pożywienia, bo faktycznie, część z ciał miała już wydziobane oczy i policzki, a ptaszyska krążyły nad nimi uparcie, choć odganiali je, jak mogli.
Zaś im dalej jechali, tym piekielniejsze obrazy odbijały się w ich oczach. Na wyłamanych z jednej z kamienic drzwiach leżała rozciągnięta niewiasta, zupełnie naga, z udami poznaczonymi krwią; w plecy wbite miała krawieckie nożyce. Jerzy na ten widok odwrócił wzrok ze wstydem i z przerażeniem, lecz ów natychmiast padł na wyrostka młodszego od giermka, któremu ktoś rozbił czaszkę uderzeniem topora lub maczugi; mózg zmieszany z posoką wykwitł na śniegu niby makabryczny kwiat. Na rynku zaś znaleźli szóstkę ludzi spalonych żywcem lub po śmierci, a obok leżał jedyny szlachcic mieszkający w mieście, pan Clauro, z własnym mieczem wbitym w plecy. Nad tym wszystkim zaś ktoś zawiesił tabliczkę w języku oksytańskim, francuskim i tajemniczej łacinie. Jerzy nauczył się już czytać na tyle, aby pojąć napis:
HÉRÉTIQUES
ERETICS
HERETICI
Heretycy. Gdy ocalali mieszkańcy zorientowali się, że oto przyjechał ich senior, poczęli wychodzić spomiędzy budynków, brudni, zapłakani i zmarznięci, i chwytali się uprzęży ich koni drżącymi rękami, błagając o pomoc i sprawiedliwość. Ojciec Jerzego nałożył wielki, garnczkowy hełm, więc syn nie widział jego twarzy, jednak był pewny, że jego własne oblicze, blade, wykrzywione i przerażone, wystraszyłoby samego diabła, gdyby ów akurat przeciął mu drogę, zaś w tym przeklętym miejscu wcale nie było to wykluczone.
Nic po nich nie mogło jednak tutaj przyjść i na nic się nie przydali, gdyż przeciwnik dawno umknął, kimkolwiek by nie był. Rozmówiwszy się z mieszczanami, ojciec odesłał jego i de Lauraca do kasztelu, a sam wraz z drużyną ruszył do Montréalu, aby donieść wicehrabiemu Trencavel, panu wszystkich ziem od Fois po Montpelhi?r, o tym, co zaszło.
W drodze powrotnej giermek z rycerzem milczeli zgodnie, co zdarzało się rzadko, ponieważ mimo upomnień narwanemu Jerzemu trudno było zazwyczaj trzymać język za zębami. Nie miał jednak nastroju do krotochwili, skoro właśnie pierwszy raz przekonał się, czym jest wojna i jak się objawia; a ponieważ do tej pory jawiła mu się jako wesoła zabawa Bohorów i Guidemarów, zdumiony był bezbrzeżnie. W tym, co zobaczył, nie było bowiem za grosz szlachetności ni rycerskości, a tylko podłość i ohyda. I im dłużej jechali, oddalając się od Bresos, tym bardziej wzbierał w nim słuszny gniew.
- Jacy ludzie - wykrzyknął w końcu, aż koń pod nim parsknął - mordują ciosem w plecy?! Jacy ludzie czynią takie rzeczy niewiastom i niewinnym?!
De Laurac w odpowiedzi tylko burknął, a Jerzemu wstyd się zrobiło tego wybuchu, bo co prawda rycerz winien być porywczy, ale czynem, nie słowem. Jak bowiem powtarzał jego nauczyciel, poza stratą przyjaciela i hańbą nie do zmycia nic nie może wzruszyć prawdziwie szlachetnego serca, bo wszystko inne jest do naprawienia. I dlatego ów odezwał się dopiero, gdy ujechali parę stajań:
- Ludzie, którzy to uczynili, byli takimi samymi szlachcicami jak ja, ty czy twój ojciec. Musisz pojąć, że opowieści, którymi cię raczę wieczorami, znają wszyscy, lecz nie wszyscy dają im posłuch. Im dalej zaś na północ, tym gorzej, gdyż we Francji i w Bretanii rycerzem zostaje się nie przez czyny, a utracić honor jest o wiele trudniej, niźli u nas. I cieszę się nawet, żeś najpierw zobaczył tę rzeź, zanim z kimkolwiek stanąłeś do uczciwej walki. Bo dobrze jest wiedzieć, co czynić, ale jeszcze lepiej jest wiedzieć, czego robić nie przystoi.
A Jerzy, choć głębia tych słów umykała jego młodzieńczemu umysłowi, wiecznie wybiegającemu w przód, tam, gdzie niejasną chmurą kotłowały się jego przyszłe przygody, dał im posłuch i wziął je pod rozwagę.