Aby ułatwić sobie psychologię
czarownicy, trzeba rzucić okiem na straszne i dziwne choroby
nerwów, które ludzkość średnich wieków trawiły i do obłędu
doprowadzały.
W jedenastem stuleciu pojawia się tak zwany święty ogień.
Kronikarz twierdzi, że był to ukryty ogień, który zwolna
przegryzał ciało, że członki odpadywały, a ciało w krwawych
ochłapach i szmatach zwisało.
Przez dwadzieścia lat bez przerwy wyniszczył święty ogień
jedną część całej ludzkości, a biada temu, który chorobę tę zmógł.
Całe wsie i miasta przepełnione były potwornymi kalekami,
bez rąk, bez nóg, z wyżartymi nosami, czasami pozostał tylko tułów
z chwiejącą się na wszystkie strony głową, bo choroba przegryzła
wszystkie więźby i spójnie.
Wieki całe panowała lepra czyli trąd na całem Południu,
prawie każdy dziesiąty człowiek miał zarodki lepry, a choroba ta
krzewiła się niesłychanie, bo znamienną cechą psychiczną
trędowatego jest straszna melancholia, ustawiczne anormalne
podrażnienie płciowe, a wskutek dziedzictwa trądu, płodził jeden
trędowaty całą generacyę trędowatych.
Hysteroepilepsya była tak rozpowszechniona, jak dziś
suchoty, wieki cale panowała chorea, czyli taniec św. Wita.
Tworzyły się bandy mężczyzn i kobiet, zapełniały place publiczne i
w nieskończonych szeregach widziano mężczyzn i kobiety, jak wokół
siebie krążyli, chwytali się za ręce, podrzucali gwałtownie w tył
głowy i rozpoczynał się szalony, bezwstydny taniec coraz
gwałtowniejszy, przechodził w niesłychane orgie płciowe, aż kończył
się jakimś kataleptycznem odrętwieniem.
Po oprzytomnieniu skarżyli się, że trawi ich straszny lęk,
ale po chwili rozpoczynał się ten sam taniec, który się ostatecznie
kończył śmiercią.
Podczas tych konwulsyi miewali wizye szatanów i sądu
ostatecznego, a w miarę jak się choroba rozprzestrzeniała,
nabierała coraz groźniejszego charakteru. Całe tysiące tych
opętańców przebiegało wsie i miasta i roznosiło zarazki swego szału
od Sycylii aż het po Wołgę.
Ale najgorszą z tych wszystkich chorób była wielka hysterya,
czyli, jak ją dawniej nazywano, opętanie.
Jest to choroba o wybitnem znamieniu epileptycznem,
połączonem z jasnowidzeniem, somnambulizmem, katalepsyą i
wszystkimi objawami cechującymi zanikające już, a niesłychanie
dziwne formy tej tak swego czasu powszechnej choroby. Zaczynała się
od prostej wizyi, ale zwolna się potęgowa do najstraszniejszych
paroksyzmów, które dla naszego zmysłu są wprost niepojęte.
W pierwszym stopniu, gdzie tylko istnieje pewna nerwowa
dyspozycya, zostają symptomy opętania wywołane za pomocą
kunsztownych środków, rozmaitych maści i narkotyków. To pierwszy
szczebel do czarownictwa. Chorobie tej podlegały przeważnie
kobiety, dlatego ze zdumieniem konstatują wszyscy dyabolodzy, że na
1000 czarownic, przypada jeden czarownik.
Czarownica rodzi się już czarownicą. Od samego początku są
wszystkie zasadnicze stosunki u niej odwrócone, cała jej dusza
jest, że tak powiem, na opak. To co jest u góry odwraca się u
czarownicy ku dołowi, prawa strona staje się lewą, tył przodem.
I już samo spaczenie i odwrócenie wszystkich rzeczy, stawia
takiego człowieka w przeciwieństwie do całej natury.
To są pierwsze objawy opętania, które u czarownicy nie są
bolesne, ułatwiają jej tylko sprowadzanie wizyi, za pomocą których
łączy się z szatanem. W paroksyzmach opętania uwydatniają się i
występują wszelkie te objawy z nadzwyczajną siłą.
Ciało opętanych kurczy się i wyciąga, skraca się całkiem lub
wypręża się tak, że tylko wielki palec i głowa ziemi dotykają, a
plecy wygięte gdyby silnie napięty łuk. Lecz w tej samej chwili
zmienia się pozycya: opętany leży na plecach, a ręce i nogi są
skręcone w górze, gdyby dwa gibkie pręty. Włosy zdają się
rozlatywać na wszystkie strony, ciało traci ciężar gatunkowy, nie
tonie we wodzie, a często nawet wznosi się w górę i zdaje się być
zawieszone w powietrzu. Często widziano opętanych, jak biegli w
najszybszym pędzie poprzez dachy klasztorów, to znowu z największą
łatwością wskrobywali się na zupełnie strome skały lub siadywali na
gałązkach, które już się pod ciężarem ptaka uginały.
Ciało opętanych wykazuje pewne znaki, które i dziś u tak
zwanego medyum znaleść można. Były to zawsze pewne miejsca na
skórze, zupełnie nieczułe, bez nerwów i naczyń krwionośnych.
Tworzyły czarne lub ciemno-czerwone plamy, a znajdowały się
przeważnie na narządach płciowych. De Lancre jeden z najtęższych i
najinteligentniejszych dyabologów, który oczyszczał w 1609 roku
prowincye baskijskie od czarownic, opowiada, że znalazł około 3000
tak naznaczonych osób.
Ale to nie tylko ten znak, który wyróżniał czarownic od
innych ludzi. Wskutek magicznego oddziaływania jej duszy,
znieczulona jest na wszelki ból. Nie odczuwa najstraszniejszej
tortury, dowolnie wpada w stan kataleptyczny, tak, że śpi jak
najspokojniej, podczas gdy kat rozciąga ją na wałkach, a kat miał
obowiązek tak porządnie całe ciało rozciągnąć, żeby słońce mogło
przeświecać przez członki, jak przez rzeszoto.
To maleficium taciturnitatis, którem szatan obdarzał swoich
wybranych, przypisywano jakiemuś ukrytemu amuletowi (dlatego też
golono i strzyżono czarownice na całem ciele) było połączone z
dziwną siłą organizmu. Najstraszniejsze rany goiły się szybko, a
nawet rany takie, które w normalnym stanie sprowadzają niechybną
śmierć. Bardzo często zdarzały się wypadki, że torturowano
czarownice po pięć razy z rzędu, a po paru dniach można było
rozpocząć na nowo całą procedurę.
W tych ekstatyczno-mediumistycznych stanach nie istnieją
prawa, które zwykły organizm opanowały. Odporność czarownicy na
ogień była tak ogólną, ze w XVII wieku nie używano zupełnie prób
ogniowych, bo ogień się czarownicy nie imał. Niema powodu o tem
wątpić, bo przecież i w naszych czasach pełno takich przykładów.
Tak powiada profesor Wallace, słynny przyrodnik i jeden z
najpoważniejszych zwolenników spirytyzmu, że medyum Home włożył
głowę w ogień a nawet włos mu się nie spalił. A i wypadki lewitacyi
i zmiany ciężaru gatunkowego są bardzo częste u dobrego medyum, co
zaś do nadzwyczajnie szybkiego gojenia się ran i znieczulenia
ciała, przytacza Lombroso cały szereg przykładów w swej
"Psychologii zbrodniarza".
Mamy więc do czynienia z chorobą, którą Charcot nazwał
grande hystérie, a która występowała epidemicznie i szerzyła się z
niesłychaną szybkością, przeważnie wśród kobiet i to zwykle w
miejscach, w których pozostały szczątki herezyi Katarów.
Herezya ta była tak niesłychanie rozpowszechniona, że wieki
całe nasuwało się pytanie, czy odrodzony manicheizm nie zapanuje
nad chrześcijaństwem.
Bo nowa religia Bogumilców, Albingensów, Katarów, Adamitów i
wszystkich tych niezliczonych sekt aż do czasów Lutra, była tylko
przekształceniem pierwotnego manicheizmu, który już w pierwszych
wiekach po Chrystusie, silnie wstrząsnął posadami chrześcijaństwa.
Nauka nowych Manichejczyków czyli Katarów zupełnie
sprzeciwia się nauce chrześcijańskiej. Według Kościoła tylko dobro
jest prawdziwą substancyą, zło zaś, które tylko przypadkowo zjawiło
się wskutek przewinienia, w istocie swej oznacza tylko wyjątek -
według Katarów zło i dobro są równorzędne, a jakkolwiek sobie
przeciwne, to jednak istotne, i to przeciwieństwo sięga aż do
najwewnętrzniejszych korzeni bytu i dotyczy nawet samego bóstwa.
Grzech - według ich nauki - nie jest zatem wynikiem winy,
nie jest wynikiem wolnej woli, lecz jest dziełem czarnego Boga.
Niema zatem grzechu, bo zły czyn jest wynikiem woli bóstwa, niema
zatem także kary, wieczne potępienie jest niedorzecznym wymysłem, a
skrucha po złym czy nie jest tak samo bezużyteczna, "jak gdyby pies
ukąsił kamień," powiedziałby Nietzsche.
Tu już całkowicie wyrobiona doktryna sataniczna.
Ale jak Boga dzielą na złego i dobrego, tak ściśle
odróżniają w człowieku stronę duchową i cielesną. Ciałem należy
człowiek do czarnego Boga, duchem do świetlanego.
Nagle w łonie sekty nastało podwójne rozdwojenie: Ci, którzy
obrali świetlanego Boga, żyli jak pustelnicy, byli zagorzałymi
propagatorami sekty, byli dla ludu gdyby święci i posiadali tę
potęgę, za pomocą któréj samem przyłożeniem dłoni w chwili śmierci
umieli człowieka zupełnie oczyścić i zwrócić go bóstwu świetlanemu.
Inni zaś, którzy czcili bóstwo złe, zawiązywali tajemne
związki i obchodzili w lasach, jaskiniach i na pagórkach swoje
ponure, lubieżne mysterye.
W ten sposób w łonie tej saméj sekty powtarza się
przeciwieństwo między chrześcijaństwem a pogaństwem, ale tym razem
przeciwieństwo jest konieczne i uświęcone przez samą naukę.
Posiadając oryentalne środki czarnoksięskie, dokonywają
"doskonali," "perfecti" dziwnych cudów, a sekta wzmaga się z
niesłychaną szybkością. Tworzą się tysiące sekt mniejszych, ale
wszystkie pod nazwą Katarów niszczą wiarę chrześcijańską; tworzą
się tajemne związki, które tylko wyuzdanie mają na celu, powoli
zatraca się filozoficzno-spekulatywne jądro nauki manichejskiej,
ale pozostaje rys zasadniczy, dzika, fanatyczna, do obłąkania
spotęgowana nienawiść ku nauce chrześcijańskiej i w tej nienawiści
wszystkie drobne sekty podają sobie dłoń braterską.
Na zgromadzeniach swoich, na parodystycznych mszach - niemal
zupełnie wykształca się sabat, aż do najdrobniejszych nawet
szczegółów. W późniejszym sabacie znajdujemy nieliczne zaledwie
dodatki, co najwyżej spotęgowaną jeszcze bardziej ekstazę, którą
wzbudzano sztucznymi środkami.
Nowicyusz musiał - jak podają kroniki - wyrzec się wszelkiej
wiary katolickiej, musiał opluć krzyż, musiał wyrzec się chrztu i
namaszczenia, a potem cale zgromadzenie całowało go i kładło ręce
na jego głowę.
Kościół był bezsilny wobec sekty, wzrastającej z niesłychaną
szybkością. Sekta była znakomicie zorganizowana, miała potężnego
papieża w Tuluzie i odbyła synod w Lugdunie. Mieszkańcy Langedoku
bili kapłanów, kazali im na pośmiewisko odprawiać msze, zdzierali
im ornaty i stroili nimi swoje żony. Największą przyjemnością było
jednak walanie hostyi w błocie, gruchotanie kości i brukanie
najwstrętniejszym kałem.
I teraz rozpoczęły się nawoływania do krucyaty przeciw
heretykom. Święty Dominik, twórca św. inkwizycyi, stanął na czele
wyprawy.
Rozpoczęła się krwawa rzeź.
Przy zdobyciu Bériers położono trupem 6,000 ludzi,
chrześcijan i Katarów bez różnicy! "caedite omnes, novit enim Deus,
qui sunt eius!" (Zabijcie wszystkich, Bóg już wie kto mu należy) -
wolał opat z Cîteaux, kiedy chciano oszczędzić chrześcijan.
Mieszkańcy umknęli w lasy i góry, pozostało jedno Carcassone. Ale
nikt nie ważył się bronić tego miasta. Setki zginęły na szubienicy,
a 500 na stosie.
Albingensi rozprószyli się i chronili się na zamczyskach
szlachciców. Ale wszystkie te warownie zdobyli, a Kościół rozwinął
przy tej sposobności nadmierną swoją łaskawość.
Przy zdobyciu warowni Minerwy wszyscy, którzy się chcieli
nawrócić, mieli pozostać przy życiu. Niemniej jednak ginęli na
stosie. S'il ment il n'aura que ce qu'il mérite, s'il veut
réellement se convertir, le feu expira ses péchés! (Jeżeli kłamie
to spotka go to, na co zasłużył - jeżeli chce się nawrócić, to
ogień zniszczy jego grzechy).
Całe Południe było zniszczone, kamień nie pozostał na
kamieniu. Wszystkie warownie były zburzone, wszyscy baronowie i
hrabiowie byli na szubienicach lub wśród popiołu zwęglonych stosów,
a szlachetne damy ginęły pod razami kamieni we fosach i studniach.
Kościół myślał, że tryumf jest zupełny.
Ale nigdy wróg nie czuł się potężniejszym.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.