Syn Wiatru. Kochanek ciszy - Anna Stryjewska

-
Proszę czekać

Boli mnie cały świat

2001

Niebo w jednej chwili pociemniało, a z ciężkiej chmury polała się rzęsista struga zimnego deszczu. Wyglądało to tak, jakby cały świat płakał wraz z żałobnikami, którzy szczelnie wypełnili wnętrze chłodnej kaplicy i rozległy teren przed budynkiem. Jeszcze kilka dni temu padał śnieg, a tymczasem trwała ulewa, której nikt się nie spodziewał. Nawet prognozy nie zapowiadały deszczu. Zgromadzeni zasłuchali się w pożegnalne słowa proboszcza tutejszej parafii, który mówił teraz tak osobiście, tak przejmująco, jakby żegnał swojego rodzonego brata.

Żegnamy dziś Antoniego. Człowieka, który całe swoje życie poświęcił innym... Był kimś, kto potrafił słuchać i pomagać, kto był w stanie dzielić się tym, co miał. Dziś stajemy nad jego grobem z wdzięcznością, że mogliśmy iść przez część drogi obok niego. Niech odpoczywa w pokoju...

W kaplicy panowało pełne skupienie, woń świeżych kwiatów zalegających stojaki i przestrzeń przed katafalkiem mieszała się z zapachem topionej stearyny i wilgoci nieogrzewanych ścian. Organista usiadł przy instrumencie i uderzył w klawisze, spod których niemal natychmiast wybrzmiały poruszające, rwące serce i duszę tony Adagio Albinoniego. Pochylona nad otwartą trumną Halina rozpłakała się na dobre. Palce kobiety kurczowo zaciskały się na zimnej dłoni Antoniego, w którą wpleciony został różaniec. Jej pierś unosiła się pod płaszczem, wzbierana żalem, a potem opadała z cichą rezygnacją. Szymon tkwił obok, ale mimo otwartych oczu nic nie widział. Wszystkie twarze zlały mu się teraz w upiorną całość i miał przed oczami jedynie koszmarny ostatni obraz, gdy blady, zrezygnowany Antoni siedział przed nim w sali odwiedzin w więzieniu. Dlaczego wówczas nie zareagował, dlaczego nie wymógł na nim, by się przebadał? Zwłaszcza że w ostatnim czasie zafundował dziadkowi - bo tak czule zwracał się do ukochanego wujka - tyle złych przeżyć i emocji. Niestety, jak zawsze zbyt mocno zaabsorbowany był własnymi sprawami...

Jak przez mgłę widział postać przemawiającego kapłana, posługujących mu ministrantów i wnętrze wysłanej atłasem trumny, w której leżał Antoni. Już nigdy się nie uśmiechnie, nie zapali papierosa, nie powie, że świat należy do odważnych. Pozostaną pustka, smutek i bezmierny żal.

Szymon przypomniał sobie, jak żegnał wujka Wacka, a potem babcię Józefę. Czy on czasem nie jest naznaczony jakimś fatum, skoro jego życie to nieustanny splot tragicznych okoliczności? Czy jego osoba nie ściąga wszystkich nieszczęść tego świata?

Odkąd wyszedł z więzienia, nie było chwili, by o tym nie myślał. Nie mógł pogodzić się z tą śmiercią, a co dopiero zająć się formalnościami związanymi z pogrzebem. Dobrze, że z pomocą przyszli mu koledzy ze Złotna. Zwłaszcza Darek, który ofiarnie towarzyszył mu w instytucjach, urzędach i domu pogrzebowym. Wybrał trumnę, co było chyba najtrudniejsze, ale przede wszystkim - był przy nim, gdy Szymon tego potrzebował. Jurek i Jacek też go wsparli, załatwiając drobne sprawy związane z oprawą ceremonii. Trzej przyjaciele nie zwątpili w jego niewinność i oferowali pomoc. "Odzywaj się o każdej porze dnia i nocy! Możesz zawsze na nas liczyć" - deklarowali nieustannie, dzwoniąc nawet wtedy, gdy nie miał ochoty odbierać telefonu. Przypomniał sobie dzięki temu czas po śmierci wujka Wacka, gdy również go pocieszali, rozgrywając wspólne mecze na Cygance albo zajmując czas dziecięcymi zabawami i rozmową.

A zatem mimo głębokiej, bolącej pustki nie był sam. Miał przyjaciół, na których zawsze mógł liczyć.

Halina przez kilka dni trwała w stuporze pełnym rozpaczy. Pogrążona w bólu, pozostając na silnych środkach uspokajających, nie była w stanie wykrzesać z siebie odrobiny energii. Jedyne, na co się zdobyła, to wybór ubrania. To, które wskazała, nie było najnowsze, ale jej zdaniem leżało najlepiej. Beżowy garnitur, biała koszula i brązowy krawat, do tego skórzane buty i pasek. Antoni wyglądał w tym stroju wyjątkowo szykownie. Szymon czuł się winny tej śmierci, dlatego też nie wiedział, co zrobić, by dodać kobiecie otuchy.

Teraz też zwiesił bezradnie głowę i pogrążył się we wspomnieniach. Przypomniał sobie siebie i Antoniego stojących przed pierwszym sklepem wielobranżowym, podwórko pełne słońca i radości, poszczekującego Azora i bezpieczne, długie wieczory spędzone na wyczerpujących, przepełnionych optymizmem rozmowach. Z zamyślenia wyrwały go słowa pieśni Anielski orszak, które nagle wybrzmiały w ciszy. Ksiądz zakończył swoją powinność, podeszli panowie z firmy pogrzebowej i zamknęli ciężkie wieko dębowej trumny, która następnie została poniesiona na ramionach mężczyzn na miejsce pochówku. I właśnie wtedy Szymon poczuł, jak jakaś jego część umiera w nim na zawsze.

Deszcz nie przestawał padać, ciężkie krople uderzały o dach parasola, a jego wypełniły po brzegi obrazy, cała mnogość kadrów z przeszłości. Otaczał go tłum szlochających ludzi, głosy zlewały się w jeden wielki strumień, ktoś coś mówił, ktoś położył rękę na jego ramieniu, lecz dla niego świat się właśnie skończył.

Wiedział, że gdzieś tutaj musi być Majka, ale teraz niewiele go to obchodziło. Myśl o niej przestała go ranić, jedyne, co zostało, to żal, że to wszystko tak daleko zaszło. Nie rozglądał się, szedł ciężkim krokiem, niczym marionetka, wpatrzony przed siebie w niewidzialny punkt. W pewnej chwili podniósł głowę i dostrzegł osłoniętą parasolem znajomą postać w ciemnym płaszczu. To przecież on wyciągnął go z więzienia i przekazał tę straszną wieść o śmierci Antoniego. Szymon nie miał siły teraz o tym myśleć, ale wiedział, że za jakiś czas będą musieli się spotkać i wyjaśnić sobie parę spraw. Jak tylko dojdzie do siebie i upora się z dojmującą rozpaczą. Ale czy to kiedyś w ogóle nastąpi?

Musi się wziąć w garść. Jeśli nie dla siebie czy dla Hali, to dla Kubusia. Nie jest przecież sam, ma dla kogo żyć. Kubuś... Syn przecież potrzebuje ojca. Bo jeśli nie ojciec, to kto? Sama myśl o synu dodała mu otuchy. Gołębiewski uniósł głowę i złożył parasol, jakby chciał pokazać całemu światu, że deszcz mu niestraszny. Będę walczył - postanowił. - Dziadek by tego chciał. Muszę rozprawić się z przeszłością i zacząć od nowa. Już po swojemu i na własnych warunkach. Bez Majki, bez jej matki, bez tej trucizny, którą dzień po dniu zatruwały mi życie. Dla Kubusia muszę być silny.

Na samą myśl o tym zrobiło mu się lżej. Deszcz mieszał się ze łzami spływającymi mu po policzkach, ale Szymon poczuł się mocniejszy. Już się nie bał przyszłości. Wiedział, że czeka go jeszcze wiele trudnych chwil, jednak walka od dawna była częścią jego życia.

*

- To należało do Antoniego - powiedziała Hala cichym, zduszonym głosem, wyciągając z dna szafy kasetkę z biżuterią: zegarkiem, złotym łańcuszkiem z krzyżykiem, sygnetem, którego zmarły nigdy nie nosił, i srebrną papierośnicą, którą otrzymał kiedyś w prezencie urodzinowym.

Szymon popatrzył na to wszystko i poczuł, jak zaciska mu się krtań. Doskonale pamiętał te rzeczy.

- Zatrzymaj to, proszę - wykrztusił z trudem. - Wujek na pewno by chciał, aby to... zostało tutaj. Przy tobie. Przy kobiecie, którą kochał, która okazała mu tyle czułości i dzięki której zaznał tyle dobra... - szepnął i urwał.

Pokiwała głową w milczeniu.

- A ja przy nim... - odparła głucho, gładząc z pietyzmem i przekładając z miejsca na miejsce pamiątki po ukochanym mężczyźnie.

- Tak mi przykro, Halu... Nie chciałem, żeby nasze życie, to znaczy moje życie, wpłynęło bezpośrednio na twoje. A tak się stało. Nie powinnaś być tym obarczona.

Potrząsnęła głową.

- To nie tak! - zaprotestowała. - Mówiliśmy sobie o wszystkim, nawet o tych niewygodnych sprawach...

Spojrzał na nią spod ściągniętych brwi, nie wiedząc, co mogła mieć na myśli.

Tymczasem kobieta wstała i przeszła do kuchni. Szymon ruszył za nią. Hala nalała z dzbanka świeżej kawy i podała mu kubek.

- Bo widzisz, Szymku... gdyby nie twoja Maja... Antoni nigdy by ze mną nie zamieszkał. A tak... wyszło na to, że paradoksalnie wiele jej zawdzięczam. - Uśmiechnęła się smutno. - Spędziłam razem z Antonim najpiękniejsze chwile mojego życia. Muszę przyznać, że nawet z mężem nie żyło mi się tak dobrze.

Młody mężczyzna zapatrzył się na kobietę. Ostatnie tygodnie naznaczone cierpieniem sprawiły, że wychudła i zmizerniała.

- Gdybym mógł cofnąć czas... - jęknął ponownie i zakrył twarz dłońmi. - To wszystko moja wina.

- To nie jest niczyja wina. Tak widocznie musiało być.

Hala pokiwała głową i wstała. Stęknęła cichutko i ruszyła w stronę lodówki. - Przygrzeję zupy, późno się zrobiło.

- Byłem taki ślepy! Pozwoliłem Majce zniszczyć wszystko, co wspólnie wybudowaliśmy!

- Ale Antoni nigdy nie oponował - weszła mu w słowo. - Aby uniknąć trudnych rozmów, wolał usunąć się z drogi.

- Wiem... - przytaknął z bólem. - I to jest najgorsze.

- No właśnie. - Kobieta chwyciła zapalniczkę i przyłożyła do palnika. Ogień strzelił i otoczył błękitną otoczką metalowe kółko. Postawiła na nim garnek, potem chwyciła ucho pokrywki i zajrzała do środka. Ale i ja nie jestem bez winy. Zależało mi na tym, aby się tu wprowadził. Nigdy nie próbowałam odwieść go od żadnej decyzji, zawsze uważałam zdanie Antka za coś niepodważalnego.

- Wspominał coś o... - bąknął Szymon, nie wiedząc, jak zapytać.

- O twojej żonie? - zapytała, mieszając w garnku. - Tak, owszem. Kiedyś powiedział, że to nie jest kobieta dla ciebie, ale on nie ma prawa się wtrącać. Twój wybór i twoje serce. I gdyby wtedy próbował zniechęcić cię do tego małżeństwa, skutek byłby odwrotny. Straciłby twój szacunek i zaufanie. W tej sytuacji wolał, żebyś przekonał się o tym sam.

- Cały wujek! - sarknął z żalem Szymon. - Cały wujek.

- Nie mówmy już o tym - zadecydowała, stawiając przed nim talerz z parującą zupą. - Powiedz lepiej, co zamierzasz robić dalej. Bo przecież dom i sklepy to twój majątek osobisty.

Szymon zwiesił głowę i dłuższą chwilę nic nie mówił.

Hala popatrzyła na niego i wnet wszystko zrozumiała.

- A więc zrobiłeś to? Dopisałeś ją do wszystkiego?

Pokiwał smętnie.

- To było zaraz po ślubie, byłem taki zakochany. A jej mamusia tak nalegała, wierciła mi dziurę w brzuchu, więc... uległem.

- Antoni o tym wiedział?

- Nie chciałem go denerwować. Bałem się, że mi zabroni, a ja wtedy tak bardzo chciałem przypodobać się żonie. Jezu! - Chwycił się za głowę i nerwowo przeczesał palcami włosy.

- Już dobrze, synu, już dobrze. - Położyła mu rękę na ramieniu. - Nie ma co do tego wracać. Skąd mogłeś wiedzieć, że twoja ukochana żona miała złe intencje?

- Właśnie - przytaknął wdzięczny Hali za wyrozumiałość.

Sięgając po łyżkę, wzruszył ramionami. Ogórkowa pachniała kiszonką, świeżą natką pietruszki i gotowanym jajkiem. Spróbował zupy, po czym mlasnął i wyraził aprobatę.

- Pyszna!

Kiwnęła głową i spojrzała nań pytająco.

- A więc... najpierw sprawa rozwodowa, a potem... zobaczymy. - Przełknął ślinę i rzucił głucho. - Będziemy musieli dogadać się w sprawie Kubusia. - Nabrał powietrza w płuca. - Na razie nie chce ze mną negocjować. Uważa, że to wszystko moja wina, że jestem pieprzonym kryminalistą, który nie nadaje się do wychowania dzieci.

- Jak może! - jęknęła ze zgrozą Hala. - Ty?

Potaknął w milczeniu głową i prychnął gorzko.

- Zawsze taka była, egoistyczna i wyrachowana. Tylko ja, ślepo w niej zakochany, nigdy tego nie dostrzegałem. Nie wiem, co mnie jeszcze czeka w sądzie. Wyłudzenia i podpalenie to jedno, ale dotarło do mnie też coś o oszustwach podatkowych.

- Jak to? - Hala chwyciła się oburącz za głowę i jęknęła z niedowierzaniem. - Jakim cudem?

- No takim, że Majka zabierała faktury ze sklepu, miała dostęp do ksiąg rachunkowych... - urwał, przełykając głośno ślinę. - Ufałem jej, nigdy nie sądziłem, że może to wykorzystać.

- Przecież to wasze wspólne dobro.

- No właśnie - skwitował kwaśno. - Najwyraźniej jej chodzi o coś więcej, nie tylko o pieniądze.

- Więc o co jeszcze?

- Może chce się mnie pozbyć? Wsadzić na wiele lat do więzienia, a majątek przejąć w całości? Wiadomo, co jej po głowie chodzi? Może uwierzyła, że to się może udać?

- Naprawdę jest aż tak głupia?!

- Czy ja wiem? - Szymon odsunął talerz, nie mogąc przełknąć kolejnej łyżki. Żołądek ścisnął mu się z nerwów. - Najgorsze jest to, że ona może to zrobić...

- Czyli co? - Halina zbladła.

- Ogołocić mnie ze wszystkiego... Wystarczą odpowiednie dowody. - Mówiąc te słowa, poczuł, jak po plecach przebiegł mu zimny dreszcz. - Wiesz, jak to jest... nie znam takiego, który wykazałby sto procent dochodów... Jeśli mi to udowodnią, będzie po mnie. Dowalą taki domiar, że się nie pozbieram. A do tego jeszcze ubezpieczalnia.

- Musisz mieć dobrego adwokata - odrzekła Hala. - Czeka cię wiele przepraw, jedna sprawa o przestępstwa gospodarcze, druga rozwodowa. I pewnie na jednej się nie skończy. - Uśmiechnęła się czule i poklepała mężczyznę po ramieniu. - Nie martw się, najważniejsze, żeby sąd ci uwierzył. Jeśli chodzi o świadka i zeznanie na twoją korzyść, zawsze możesz na mnie liczyć. Nie pozwolę skrzywdzić ani ciebie, ani Kubusia. Znam cię bardzo dobrze i wiem, że nie jesteś złym człowiekiem.

Pochwycił jej drobną dłoń i uścisnął.

- Dziękuję, Halu.

- Nie musisz dziękować. To ja dzięki wam zyskałam więcej, niż możesz sobie wyobrazić. Znalazłam rodzinę, przyjaciół... To największe wartości tego świata.

*

Gdy Szymon wyszedł na zewnątrz, oparł się o futrynę drzwi i zaczerpnął łyk świeżego powietrza. Chwilę chaotycznie szperał w kieszeni, nie wiedząc, czego tam szuka, wreszcie wydobył z niej zmiętą paczkę Marlboro.

Zaciągnął się łapczywie, potem wypuścił z ust kłąb siwego dymu, jednocześnie wodził smutnym wzrokiem po ogródku. W pamięci nadal miał obraz siedzącego w altance wujka ze skręconym papierosem i kubkiem parzonej kawy. Zgarbiony, pochylony nad stołem, spoglądał w jego stronę i uśmiechał się dobrotliwie. Dopiero teraz mężczyzna uświadomił sobie, że tak mało o nim wiedział, zaledwie to, że z pierwszą kobietą mu nie wyszło, potem były krótkotrwałe znajomości, które nie przerodziły się w nic trwalszego. Praca, koledzy, wspólne pasje. Dopiero w jesieni życia i to dzięki...

Ciche chrząknięcie za plecami wyrwało go z zamyślenia.

- Jest jeszcze coś...

Odwrócił się i napotkał zagadkowy wzrok gospodyni. Hala zgrabnie zeskoczyła ze stopni schodków i podeszła do niego. - Ja i Antoni - zaczęła - sporo o sobie wiedzieliśmy... Znaliśmy się krótko, ale dość intensywnie. - Uśmiechnęła się filuternie. - Rozumieliśmy jak dwa stare konie.

Szymona zdziwiła ta przedmowa. Do czego Halina zmierzała?

- Tym bardziej czuję się zobowiązana ci to zwrócić.

Szymon omiótł kobietę wzrokiem i kiwnął z niedowierzaniem głową. Nie spodziewał się, że Hala wtajemniczona była w ich sprawy. To prawda, zamierzał kiedyś wrócić do tego tematu, może nawet upomnieć się o swoją część, ale... Po pierwsze, obecnie nie miał do tego głowy, a po drugie, było mu głupio wyciągać rękę po coś, co znajdowało się na terenie tej posesji. To prawie tak, jakby należało do właścicieli, a nie do niego. Tymczasem nie spodziewał się z jej strony takiego aktu uczciwości. Zaniemówił.

- Myślałeś, że o tym nie wiedziałam. - Trąciła go lekko łokciem. - Musiałam, bo w przeciwnym razie teraz miałbyś problem... Pieniądze są ci bardzo potrzebne, a jak wspomniałeś, bank zablokował ci konto.

- Problem? - powtórzył z niedowierzaniem. - Mało powiedziane.

Pokiwała głową i westchnęła z ubolewaniem.

- Całe szczęście, że postanowiłeś przechować tu trochę oszczędności. Inaczej oskubałaby cię do zera. A tak... bez względu na to, jak potoczą się dalsze sprawy, zawsze będziesz miał jakiś grosz na rozruch...

Zatrzymali się przed komórką, gospodyni podeszła do obrośniętej zmarzniętym winobluszczem kratki, skąd wyciągnęła klucz. Niepozorny, stary i zardzewiały. Potem zbliżyła się do drzwi budynku. Skrzypnęły pod naporem jej sprawnych ruchów.

Następnie weszła do środka i zbliżyła się do ściany, na której wisiała stara, spuchnięta od wilgoci stolnica.

- Teraz twoja kolej! - rzuciła, wskazując palcem obluzowaną cegłę. - Chciałam, żebyś wiedział, że niczego tu nigdy nie ruszałam. Antoni zamierzał wziąć stąd jakąś kwotę, aby załatwić ci wyjście z więzienia, ale nie zdążył.

- Nie zdążył? - powtórzył zduszonym głosem. - Więc kto mnie stamtąd wyciągnął?

- No przecież nie ja. - Hala próbowała obrócić wszystko w żart, ale Szymonowi nie było do śmiechu. Spoważniał i się zamyślił. Przed oczami stanął mu obraz obcego mężczyzny czekającego na niego pod więziennym murem. A więc to jego sprawka. Ale dlaczego właśnie on? - przemknęło mu przez myśl. W tym momencie nie zdołał znaleźć jednoznacznej odpowiedzi.

Cień wielkiej góry

Magnolia o tej porze dnia świeciła pustkami. Dochodziło południe, większość stolików była wolna, jedynie pod oknem jakiś mężczyzna pił kawę i przeglądał gazetę, szeleszcząc demonstracyjnie jej stronicami. Szymon zamówił czarną herbatę i szklankę wody z cytryną. Był przed umówioną godziną, ale teraz żałował, ponieważ czas dłużył mu się w nieskończoność. Sięgnął po papierosa i zapalił. Zapatrzył się w okno, za którym ciągnął się w kierunku Łodzi pas czarnej asfaltowej jezdni, po której raz za razem przemykały pojazdy. W pewnej chwili dostrzegł wyglądające znajomo auto. Na parking wjechał grafitowy Mercedes z alufelgami. Nie, to nie był ten sam samochód. Ten był nowy. Coś w nim drgnęło, ale jakiś wewnętrzny głos kazał mu zdusić narastający gniew. Jedni tracą wszystko, inni się bogacą - przyszło mu do głowy i zastygł w bezruchu.

Tymczasem jego wspólnik zaparkował, potem z lekkością wyszedł z auta i sięgnął po leżącą na tylnym siedzeniu teczkę z dokumentami. Jakie to znamienne - sarknął Szymon i zmełł w ustach przekleństwo. - Pozory przede wszystkim.

- Cześć, stary! - rzucił już od progu Paweł Gajewski, a na jego twarzy wykwitł szeroki, wystudiowany uśmiech. - Cieszę się, że cię w końcu wypuścili. Miło cię widzieć.

- Ciebie też - mruknął pod nosem Szymon, czując w nozdrzach chłodny powiew powietrza wymieszany z nutami dobrych perfum.

- Jak tylko dowiedziałem się o tej tragedii, od razu wystosowałem do władz więzienia odpowiednie pismo - tłumaczył Gajewski, podając mu rękę do uścisku.

Jego dłoń była zimna i spocona, co mogło być dowodem niemałego zdenerwowania.

- Dzięki stary, nie miałem pojęcia... - Szymon ruchem głowy wskazał mu miejsce po drugiej stronie, a potem w milczeniu zaciągnął się krótkim machem.

- No ale najważniejsze, że jesteś cały i zdrowy... - kontynuował po chwili przybyły, gdy już zdjął z siebie drogi płaszcz i odwiesił go na wieszaku. Miał na sobie nowiutki, bo jeszcze z fabrycznymi zagięciami błękitny sweter ze znaczkiem polo i granatowe levisy.

- Niepotrzebnie się trudziłeś. - Twarz Szymona stężała, jednocześnie wycelował w rozmówcę bystre, przenikliwe spojrzenie. - Naprawdę się o mnie martwiłeś? O zdrajcę, oszusta i podpalacza?

- Nie mów tak! - zaprotestował Paweł, usiłując zachować spokój. - Wynająłem nawet prawnika, żeby cię oczyścił z zarzutów. Od samego początku nie wierzyłem w te oskarżenia. - Potrząsnął energicznie głową. - Agata też nie.

- A więc dlaczego się tam znalazłem?

- Jeszcze nie wiesz? To sprawka tego bandziora - odparł głosem pełnym przekonania. - Nie chciałeś im zapłacić, to się zemścili. Proste. A żeby jeszcze dodatkowo obarczyć cię winą, podrzucili kanister do twojego auta i jeszcze zgłosili na policję... To nie był żaden problem, zwłaszcza kiedy ty...

- Kiedy ja? - Szymon utkwił w nim pytające spojrzenie.

Tamten skinął ręką na kelnerkę, która w mig pojawiła się przy stoliku.

- Podwójne espresso i woda! - Uśmiechnął się zalotnie na widok młodej dziewczyny, która w kusej mini i fartuszku zapisała zamówienie w maleńkim notesiku. Przesunął palcami po złotej bransoletce zegarka, po czym rzucił z pretensją: - No wiesz... Nie moja wina, że ostatnio popłynąłeś. Nie obchodziły cię interesy, tylko panienki i alkohol.

- Czyżby? - sarknął z powątpiewaniem Szymon, zmiął filtr papierosa nad popielniczką, po czym sięgnął po zapalniczkę. Teraz już nie miał żadnych wątpliwości.

- No, Majka się skarżyła... Zostawiłeś ją z dzieckiem, wolałeś płatne dziwki i czas spędzany w barze. Nie wiem, co się z wami porobiło. Byliście takim udanym małżeństwem! - dodał z wystudiowaną naganą.

- Ciekawe jest to, co mówisz. - Gołębiewski zaciągnął się głęboko i wydmuchał dym w powietrze. - Naprawdę ciekawe. - Uśmiechnął się enigmatycznie. - A więc to wszystko moja wina.

- Tego nie powiedziałem! - obruszył się Gajewski. - Ale jedno jest pewne: twoje osobiste problemy spowodowały całą tę tragedię. - Urwał na krótko, po czym zapytał: - To kiedy rozprawa?

- Jeszcze nie wiem, obrońca zbiera dowody - odparł Szymon. - Na pewno będziesz pierwszy, który się dowie.

Paweł drgnął jak rażony prądem i spojrzał na niego inaczej. Badawczo i bardziej uważnie.

- No tak... W końcu jesteśmy wspólnikami.

Szymon chrząknął wymownie.

- Chyba... byliśmy...

- Ej, stary! Po co te słowa i aluzje jakieś? - Paweł wyciągnął ramię i poklepał Szymona po przyjacielsku. - Jeszcze będzie dobrze, jeszcze razem odbudujemy to wszystko. Trzeba tylko uruchomić odpowiednie kontakty i oczyścić cię z zarzutów. - Mrugnął do niego konspiracyjnie i zrobił tajemniczą minę. - A przecież to da się zrobić.

Gołębiewski podniósł głowę znad stolika i popatrzył mu w twarz. W jego oczach malował się sceptycyzm. Jak Gajewski mógł tak bezczelnie kłamać?

- Wierzysz w to, co mówisz? - wycedził przez zęby, nie odrywając oczu od wspólnika.

- A dlaczego miałbym nie wierzyć? - Paweł uciekł wzrokiem. - Zresztą... wszystko się wkrótce wyjaśni, nieprawdaż?

Szymon zaśmiał się krótko, ale nie skomentował tego stwierdzenia.

- Ale z tego, co wiem, to najpierw czeka cię przeprawa z rozwodem - sprostował wspólnik z poważną miną. - A znając twoją żonę, łatwo nie będzie.

- Jesteś dobrze poinformowany - zakpił Gołębiewski. Znów zaciągnął się papierosem, a następnie zmiażdżył niedopałek na dnie popielnicy.

Tamten gwałtownie potrząsnął głową.

- Nie wiem, do czego pijesz? - zaprotestował, czerwieniąc się po same uszy. - Chyba nie myślisz, że ja...

- Że co ty? - podchwycił Szymon. - Że jesteś kochankiem mojej żony? - Mówiąc to, mierzył wspólnika nieprzeniknionym wzrokiem.

Ten zmieszał się na ułamek sekundy, chrząknął niepewnie, potem odwrócił wzrok w stronę wejścia, gdzie ukazała się dwójka młodych ludzi. Nic nie powiedział, ale to Szymonowi wystarczyło. Paweł kłamał, bezczelnie kłamał.

- Musimy rozwiązać spółkę jak najszybciej. Właśnie w tym celu chciałem się z tobą zobaczyć - oznajmił Gołębiewski. - Nie chcę dłużej płacić za coś, czego już nie ma.

- No, tak - podjął nerwowo Gajewski. - Ale taką spółkę jak nasza nie jest łatwo zlikwidować. Na to potrzeba czasu i pomysłu.

- To znajdź go! - Szymon niemal warknął. Miał już dość patrzenia na tego wygładzonego paniczyka, który tylko kombinował, jak się obłowić. - Ta firma jest bez przyszłości. Byłeś u mnie w więzieniu i kazałeś mi podpisać sprawozdanie i upoważnienie do zakończenia spraw. A teraz dowiaduję się, że spółka nadal funkcjonuje i generuje koszty.

- Nie unoś się, stary! Cały czas szukam sposobu, by ją zlikwidować. Spółka nie ma majątku, ale ma długi, których nie jest w stanie spłacić. Sytuacja jest bardziej skomplikowana, niż myślisz. W tym przypadku można wystąpić o stan niewypłacalności i zarząd powinien rozważyć złożenie wniosku o upadłość. - Gajewski chrząknął wymownie. - Ale sama likwidacja nie spowoduje wygaśnięcia zobowiązań, sam przecież wiesz... To trudny, bardzo złożony proces...

- Dlaczego więc nic o tym nie wiem?

- A jak miałem ci powiedzieć? Na widzeniu albo na pogrzebie? - rzucił z pretensją w głosie, potem wyciągnął z teczki kilka dokumentów. - Pełnomocnictwo się już przedawniło, musimy podpisać nowe... - zająknął się, a przez jego wargi przemknął jakiś dziwny grymas.

- Niczego nie podpiszę! - Szymon wstał gwałtownie. - Wyślę do ciebie swojego prawnika.

Paweł znieruchomiał, zmieszał się, jego twarz zalała się czerwienią.

- Ej, stary! Co ty znów odwalasz?

- Nic - odparł zimno Szymon. - Po prostu nie mam teraz głowy do interesów.

Goodbye, my love

- Żartujesz? - Majka Gołębiewska spojrzała na swojego męża wzrokiem pełnym pogardy.

Stali we wjeździe na podwórko zwróceni do siebie przodem. Ona w kolorowym dresie z krzyczącymi napisami i adidasach na wysokich platformach. W ręku trzymała różową, firmową torebkę, w której pobrzękiwały kluczyki od samochodu. Zwrócił uwagę na długość jej kolorowych paznokci, bransoletki z zawieszkami na przegubie dłoni i zegarek z elektronicznym wyświetlaczem. Nastroszone tlenione włosy zdobiły okulary w złotych oprawkach. On w ciemnych spodniach, czarnej koszuli i czarnej kurtce ze sztruksu.

- Nie, nie żartuję. Chciałbym zobaczyć się z synem - powtórzył, patrząc jej prosto w oczy. Tego dnia podkreślone mocno niebieskim ołówkiem. Zastanowił się, czy ten ostry makijaż miał zatuszować jakiś lęk, który przed nim skrywała. Szymon nie zapowiedział się, przyjechał zaraz po przebudzeniu i porannej toalecie, mając nadzieję, że jeszcze nie zaprowadziła Kubusia do przedszkola. Niestety, syn był obecnie w Łodzi pod opieką teściowej, a Majka, sądząc po jej ubraniu i pełnym makijażu, najwyraźniej się dokądś wybierała.

Zwrócił uwagę, że samochód był już wyprowadzony z garażu, a klapa bagażnika niedomknięta. Dawno tu nie był, ale wszystko wydało mu się jakieś przygnębiające i smutne. I nie była to wina nocnego deszczu, zachmurzonego nieba czy nagich koron drzew rosnących na granicy działki, tylko dojmującej pustki, która go wypełniała. W dodatku czerwona sylwetka auta widniejąca na szarym kwadracie podwórka jawiła się jak jakiś absurdalny wybryk natury.

- Wypadałoby najpierw uprzedzić. Zakradasz się tutaj jak jakiś złodziej!

- Złodziej? - powtórzył z sarkazmem. - Złodziej, który chce wejść do własnego domu. Dobre sobie!

- Póki co, to ja tu mieszkam! - oświadczyła hardo. - To nie moja wina, że się wyprowadziłeś, zostawiłeś nas! I to w chwili, kiedy cię najbardziej potrzebowaliśmy.

Zabawne - pomyślał - jak ona potrafi manipulować faktami.

- Naprawdę? - zakpił, patrząc jej prosto w oczy. - Naprawdę to ja się wyprowadziłem? I to ja cię zdradzałem?

- Nie udowodniłeś mi żadnej zdrady! - warknęła. - Poza tym... - Machnęła torebką z taką siłą, że jej zawartość zabrzęczała. - To nie ja podpaliłam zajazd! To nie ja wylądowałam w więzieniu! To nie ja przypięłam dziecku łatkę syna kryminalisty!

Patrzył na nią z niedowierzaniem, rozczarowaniem i bezradnością, dziwiąc się sobie jednocześnie, że wcześniej nie dostrzegł prawdziwego oblicza Majki. Był tak zaślepiony miłością. Jak mógł nie zauważyć tej hipokryzji, samolubstwa, zakłamania?

- Czego się tak na mnie gapisz? - syknęła niecierpliwie. - Spieszę się!

- Długo nad tym myślałaś? - prychnął, siląc się na ironiczny ton, ale wszystko w nim kipiało ze złości. - Czy już byłaś u adwokata i pouczył cię, jak masz mówić?

- Zejdź mi z drogi!

- A jeśli nie, to co?

- To wezwę policję!

- I co im powiesz? O co mnie oskarżysz?

Odruchowo, trzymając ręce w kieszeniach, postąpił parę kroków do przodu, co sprawiło, że ona się cofnęła. Zauważył, ze przez jej umalowaną przesadnie twarz przemknął cień niepokoju. A jednak... czegoś się obawiała - potwierdził w myślach swoje wcześniejsze przypuszczenia.

- Nie mogę zrozumieć jednego - oznajmił wolno, bez pośpiechu.

- Niby czego? - zapytała z wyższością.

- Na pewno chcesz wiedzieć? - Uśmiechnął się zdawkowo kącikiem ust.

- No, dawaj! Tylko się pośpiesz! Jestem umówiona!

- Jak mogłem kochać takiego potwora?

Skrzywiła się i wygięła wargi w cynicznym uśmieszku.

- Sam sobie zadajesz pytanie i sam sobie na nie odpowiadasz - odcięła się. - Wystarczyłoby, bym kiwnęła palcem, a przeleciałbyś tego potwora tu, na tym podwórku.

Objął ją nieprzeniknionym wzrokiem, który sprawił, że drgnęła niczym poparzona.

- Nie przypuszczałem, że jesteś aż tak próżna i głupia. Kiedyś może tak, ale nie teraz. Za dużo się wydarzyło. Już przestałaś być dla mnie aniołem.

- Dobre sobie! - rzuciła z kpiną. - Odkochałeś się! To się jeszcze okaże!

Przez chwilę patrzył na nią z głębokim rozczarowaniem, aż w końcu zatrzymał wzrok na jej twarzy.

- Choć nadal jesteś matką mojego dziecka - dodał.

- Właśnie! - sarknęła triumfalnie. - Tego nie jesteś w stanie zmienić, dlatego nigdzie się stąd nie ruszę, dopóki nie przeprowadzimy sprawy rozwodowej i podziału majątku.

- Tylko na tym ci tak naprawdę zależy - skwitował zimno. - Na pieniądzach. Nie na dziecku, ale na kasie. A teraz wykorzystujesz naszego syna, zasłaniając się jego dobrem. W ogóle ci nie zależy na małym. Tobie zależy tylko na tym, aby się dobrze ustawić.

- Licz się ze słowami! - warknęła i podniosła z wyższością głowę. - Już miałam zamiar ci ulec, ale w tej sytuacji zapomnij o Kubie! Zrobię wszystko, żeby odebrać ci prawa do dziecka! Prawdziwy ojciec nie siedzi w kryminale, tylko zarabia na dom!

Przemilczał jej ostatni wywód, potem spojrzał na nią kolejny raz. Mimo modnego, seksownego stroju wydała mu się brzydka i odpychająca. A wręcz karykaturalna w tej swojej wulgarnej, odrażającej pozie. Między miłością a nienawiścią jest cienka granica - zaszumiał mu w głowie głos Eleny.

- W zasadzie niczego innego się po tobie nie spodziewałem - oznajmił wolno i dobitnie. - Przypuszczałem, że właśnie tak się zachowasz. W takim razie będziemy porozumiewać się przez adwokata. Zobaczymy jeszcze, czyje ostatecznie będzie na wierzchu.

- Nie strasz mnie! Już się ciebie boję!

- Nie straszę, tylko widzę, że inaczej się nie da. Nie dałaś mi nawet szansy ani wyboru. Twoja postawa to tylko oskarżenia, roszczenia i wieczne pretensje. Żadnej chęci porozumienia. O czym w takim razie mamy rozmawiać? O pogodzie?

Gołębiewski rozejrzał się, stwierdzając z ubolewaniem, że iglaki w glinianych donicach uschły, a kostka pod garażem zaszła błotnym nalotem. Przypomniał sobie swoje zaangażowanie w urządzanie tego skrawka ziemi i nagle ogarnął go pusty śmiech. Nikt już nie dbał o to podwórko, a dawne życie tutaj poszło w zapomnienie, co sprawiło mu jeszcze większy ból. Jakby na potwierdzenie tego, co czuje, usłyszał cichy, zawodzący szum wiatru w uschniętych zaroślach.

- Chciałbym wejść do domu i zabrać kilka swoich rzeczy - oznajmił stanowczo. - W pozostałych kwestiach skontaktuje się z tobą mój prawnik.

- Tam nie ma nic twojego! - zaoponowała z naciskiem. - To wszystko póki co jest nasze wspólne!

- Mam na myśli osobiste rzeczy i przedmioty należące do wujka. On też nie zabrał wszystkiego - wyjaśnił. Dopiero teraz dotarło do Szymona, że Majka nawet nie złożyła mu kondolencji. Jakby śmierć Antoniego nic dla niej nie znaczyła. A może właśnie przeciwnie - ułatwiła jej osiągnięcie tego, na czym od dawna najbardziej jej zależało.

- No nie wiem, czy powinnam cię tu wpuścić... - mruknęła niezadowolona i jedną rękę oparła prowokacyjnie na biodro. - Poza tym... nie mam teraz czasu.

- To nie potrwa długo - rzucił dobitnie. - Zdążysz na swoje spotkanie.

Prychnęła pod nosem i pełna dezaprobaty zrobiła zwrot w stronę domu. Chwilę później weszli do środka, gdzie już od progu powitał go zapach niewietrzonych wnętrz. Mimo przeprowadzonego niedawno remontu wszystko tutaj wydało mu się zaniedbane. Jakiś potworny bałagan panował w środku, zupełnie jakby ktoś w pośpiechu pakował swoje rzeczy i rzucał je przypadkowo do walizki. Najpierw wszedł do pokoju wujka, w którym z niesmakiem zauważył ślady panoszenia się teściowej. Zawieszona na oparciu krzesła koszula z atłasu, szlafrok przerzucony na poduszce, kolorowe kapcie pod łóżkiem, zmięta, sprana już pościel w pawie pióra, która nasunęła mu bolesne wspomnienia.

- Nie wiem, czego tu szukasz, ale rzeczy Antoniego zostały wyniesione jakiś czas temu do garażu. Jak masz ochotę, to proszę - dobiegł do jego pleców oskarżycielski głos małżonki.

Odwrócił się i zmierzył ją gromiącym wzrokiem.

- Słucham? Jakim prawem? To nadal jest pokój wujka!

- Już nie! - oświadczyła hardo i wydęła pokryte błyszczykiem usta.

- Jak mogłaś? - warknął, zbliżając się do Majki na niebezpieczną odległość, co sprawiało, że ona znów cofnęła się o dwa kroki.

Zacisnął bezradnie wargi i nie patrząc na kobietę, wyszedł z pomieszczenia. Ruszył do kuchni, przez którą przechodziło się do salonu i ich niedawno wspólnej sypialni.

Zlew wypełniony był po brzegi brudnymi naczyniami, a na stole stały półmiski z wędliną, chlebem, zjełczałym masłem.

- Nie stać cię na sprzątaczkę? - rzucił zjadliwie, na co na ona znów prychnęła ze złością.

- Ma przyjść właśnie dzisiaj. Uprzedzałam, że mam nieposprzątane.

Przemilczał ten wywód i przeszedł do salonu, gdzie na szklanym stoliku stały dwa kieliszki z resztkami wina i niepełna butelka. W kominku dogasał żar, popiół rozsypany był dookoła paleniska, a w skisłym, nasyconym oparami nocnej imprezy powietrzu unosił się zapach spalonych drew. Drzwi do sypialni były otwarte. Dostrzegł niezasłaną pościel, zmiętą w jakiejś dzikiej furii, rozrzuconą bieliznę na podłodze i... męską skarpetkę, która z pewnością nie należała do niego. Zatrzymał się w progu i patrzył długo - już nie na dowód zdrady, ale na coś, co bezpowrotnie podzieliło dwójkę ludzi, a jego samego stoczyło na samo dno.

- I co się tak gapisz? - syknęła z furią za jego plecami. - Skarpetki nie widziałeś?

- Takiej jeszcze nie - odparł, siląc się na spokój.

- To czego tu jeszcze szukasz?

- Wczorajszego dnia? - odpowiedział pytaniem.

Ruszył w stronę szafy. Jego półka i wieszak z ubraniami były w stanie nienaruszonym. Zupełnie jakby brzydziła się tych rzeczy dotykać. Nie wiedzieć czemu, ale taka myśl przemknęła mu przez głowę, co sprawiło, że uśmiechnął się gorzko sam do siebie. Kiedy się stąd wyprowadzał, naiwnie myślał, że tylko na krótki czas. Celowo nie zabrał wszystkich swoich rzeczy, mając nadzieję, że tu jeszcze wróci. Jakimś cudem pogodzony z wiarołomną małżonką. Ale później sprawy potoczyły się inaczej. Dziś - patrząc wstecz - myślał o sobie, że był po prostu głupi.

Jednym zamaszystym ruchem zgarnął koszule, marynarki, swetry i przerzucił przez łokieć. Czy te rzeczy są mi naprawdę potrzebne? - zadał sobie pytanie. Uznał, że właściwie nie, ale chciał tam wejść. I przekonać się na własne oczy, kim stała się jego do niedawna ukochana.

- Wszystko? - warknęła niecierpliwie, gniotąc metodycznie pasek od torebki.

- Jeszcze nie. Zabiorę rzeczy wujka z garażu - powiedział głucho. - I zawiozę do Hali, bo tam będą traktowane z należnym mu szacunkiem.

- Phi! - prychnęła w odpowiedzi i zrobiła zwrot.

Kiedy wszedł do dawnego królestwa Antoniego, ścisnęło go w gardle. Blada smuga światła wpadająca przez niewielkie okienko pod sufitem przecinała pomieszczenie i zatrzymała się na falbanku z narzędziami. W jej blasku tańczyły drobinki kurzu, a każdy przedmiot wydawał się Szymonowi boleśnie znajomy. Pod ścianą stał stos opon na zmianę, obok stary rower, motocykl, który Antoni podarował chłopakowi na urodziny. Było też wiele innych rzeczy nierozerwalnie związanych z jego dawnym życiem. Przy ścianie stało kilka worków z ubraniami. Ich widok przywołał wspomnienie dni, kiedy sami kupowali rzeczy do domu dziecka. Co za ironia losu...

Pochylił się nad zawartością tych worków, w których leżały zmięte, ściśnięte, wrzucone byle jak osobiste rzeczy Antoniego. Majka przez ten cały czas stała kilka kroków dalej i obserwowała męża uważnie.

- Jak mogłaś? - Zagryzł wargi, syknął i rzucił oskarżycielsko w jej stronę. - Nie uszanowałaś nawet jego rzeczy. Człowieka, który dał ci wszystko.

- Nie przesadzasz? - odparowała. - Jakie wszystko? Stary dziad, który nic nie robił, tylko czerpał korzyści.

Szymon sarknął, ale nic nie powiedział. W ostatniej chwili powstrzymał się, by nie rzucić obelgą w jej kierunku. Na pewno by mu ulżyło, ale w tej sytuacji wolał milczeć. Dusząc w sobie rozsadzający go gniew, zawiązał worki i przerzucił przez plecy. Nawet na nią nie spojrzał.

- A jakieś "do widzenia" czy coś? - burknęła do jego pleców, kiedy ładował wszystko do bagażnika i siadał za kierownicę auta.

Szymon, udając, że nie słyszał pytania, ze stoickim spokojem usadowił się w fotelu, zapiął pas i uruchomił silnik swojego BMW. Potem opuścił szybę i patrząc w jej przypominające wodę oczy, wycedził, cytując słowa piosenki Demisa Roussosa:

- Goodbye, my love, goodbye!

Uśmiechnęła się krzywo, nieco nerwowo i odruchowo odsunęła się kilka kroków, by zrobić mu miejsce. Tymczasem on, nie patrząc w jej stronę, wycofał się z wjazdu i wjechał w ulicę Daszyńskiego, zostawiając za sobą całą swoją młodzieńczą przeszłość. I nie wiedzieć czemu - poczuł wreszcie ulgę.