I
Żar lał się z bezchmurnego nieba. Wśród rozsłonecznionych piasków wiła
się droga ocieniona chylącymi się nad nią palmami. Dołem sunęły
samochody mijając egzotycznych jeźdźców na drobnych siwych konikach.
W oddali, w głębi wspaniałego parku, widać było jasne mury okazałego
pałacu przybranego purpurą listowia. Była to stara rezydencja władców
arabskich w Tebuk. Jadące samochody mijały łuk wielkiej bramy, wjeżdżały
na dziedziniec zamknięty z trzech stron portykiem i kolejno zatrzymywały
się przed bogato zdobionym wejściem do pałacu, z którego dochodziły
przytłumione dźwięki orkiestry i gwar zmieszanych głosów.
Na wysiadających z samochodów gości oczekiwała barwnie przybrana służba,
która poprzez krużganki wiodła ich ku Kaat el-Feddah - sali posłuchań, w której szejk Abdullah ben Sahab witał przybyłych dygnitarzy. Co chwila
zajeżdżały nowe samochody, a w głębi sali i na krużgankach tworzyły się
różnorodne grupy językowe obserwujące bezustannie napływających gości.
Całość wyglądała jak kolorowy obraz. Na tle ścian mieniły się barwne
stroje. Galowe ubiory dyplomatów przeplatały się z paradnymi mundurami
oficerów, toaletami pań i bogatymi okryciami dostojników arabskich.
Ten niecodzienny widok zaskakiwał tych cudzoziemców, którzy szukali
egzotyki wschodu na ulicach ubogich arabskich dzielnic.
- Zdumiewa mnie ten przepych - mówiła jedna z pań. - Zwłaszcza te
wspaniałe malowidła na ścianach pałacu. Sądziłam, że religia zabrania
Arabom wykonywania portretów.
- Niezupełnie - odpowiedział jej z uśmiechem rezydent francuski. A widząc, iż spogląda na niego z pewnym niedowierzaniem, dodał po chwili:
- Przez długi czas utrzymywała się opinia, że świat arabski nie posiada
rzeźby i malarstwa portretowego, ponieważ Koran zabrania odtwarzania
postaci bogów, ludzi, a nawet zwierząt.
- Tak, tak - potwierdził Amerykanin.
- Ale mahometanie dalecy byli od ślepej uległości nawet względem Koranu
i niektóre jego zalecenia stały się po setkach lat martwą literą. Stąd
nawet na starych monetach arabskich widzimy podobizny kalifów, potem
spotykamy na ścianach pałaców portrety wodzów czy wielkich poetów, nie
mówiąc już o czasach dzisiejszych i tych malowidłach, które mamy możność
oglądać w siedzibie naszego gospodarza.
Cisza, jaka niespodziewanie zapanowała, przerwała ich rozmowę i skierowała spojrzenia w stronę, gdzie stał szejk Abdullah.
- Nadchodzi zapewne jakiś dostojnik - szepnął Francuz do swoich
towarzyszy.
- Ali ben Shareif Ali! - zabrzmiał głos przy wejściu.
Wszyscy stojący bliżej przerwali rozmowy, przyglądając się z ciekawością
nowo przybyłemu, którego szejk Abdullah witał z wyraźną serdecznością.
- Salam alejkum. Witam cię, synu mojego przyjaciela - mówił szejk
Abdullah zbliżając się do chylącego przed nim głowę młodego mężczyzny
ubranego w bogaty, barwny strój arabski.
- Przystojny chłopiec - szepnęła kobieta rozmawiająca z francuskim
dyplomatą.
Istotnie, Ali ben Shareif Ali nawet w tym środowisku wyróżniał się
urodą. Doskonale zbudowany, o szerokich ramionach i smukłej sylwetce,
poruszał się ze swobodą bywalca angielskich klubów. Lecz mimo to w jego
ruchach widać było nieco obcą tutaj, nawet w gronie oficerów, żołnierską
sprężystość. A gdy po przywitaniu szejka uniósł głowę w górę, spod
śnieżnobiałego turbanu błysnęły oczy, mało przypominające Araba.
- Ciekawe... - rzekł przedstawiciel firmy "Oil Company". - Już dosyć
długo przebywam na Wschodzie, ale jeszcze nie spotkałem Araba o niebieskich oczach...
- Przecież to nie jest Arab, tylko Europejczyk, usynowiony niedawno
przez jednego z szejków - oświadczył rezydent francuski. - On ma zbyt
jasne włosy jak na Araba...
- Europejczyk? A jakiej narodowości?
- Trudno mi odpowiedzieć. Spotkałem go w Bejrucie, i mogę tylko
stwierdzić, że równie dobrze mówi po angielsku, jak po francusku i niemiecku.
- Po niemiecku? - zaniepokoił się przedstawiciel "Firth-Vickers".
- Mogę pana uspokoić - dodał Francuz. - Mówi po niemiecku dobrze, lecz z wyraźną niechęcią.
- To niczego nie dowodzi - odpowiedział Anglik i przeprosiwszy na chwilę
towarzystwo podszedł do swego sekretarza, by szepnąć mu coś na ucho. W towarzystwie tym przynajmniej połowa cudzoziemców pełniła nieoficjalne
funkcje mające raczej nikły związek z reprezentowanymi godnościami.
- Czy oprócz tych języków, jakie pan wyliczył - zapytał po chwili
namysłu Amerykanin - ten młody Arab nie zna również rosyjskiego?
Francuz rozłożył bezradnie ręce.
- Niestety, na ten temat nie mogę nic powiedzieć, ponieważ ani słowa nie
umiem po rosyjsku i nie potrafię odróżnić tego języka od innych, którymi
mówią Słowianie.
Metaliczny głos gongu oznajmił zebranym rozpoczęcie bankietu. Zwarty
strumień głów ludzkich popłynął w stronę sali, z której dochodziły
dźwięki orkiestry.
Wyśmienity dobór potraw szybko rozładował sztywną atmosferę. Goście
bawili się dobrze. Nie zapomnieli jednak o zasadniczym celu wizyty. Tego
wieczoru zostały przeprowadzone w Tebuk pierwsze półoficjalne rozmowy na
temat utworzenia partyzantki arabskiej walczącej po stronie angielskiej.
Było to już po zajęciu Krety przez Niemców w roku 1941. Anglikom paliła
się w Afryce ziemia pod stopami i każdy, nawet słaby sojusznik, był
teraz dla nich podwójnie cenny. Ale zdobyć dla siebie Arabów, po wielu
dziesięcioleciach ekspansji na ich ziemiach, było niezmiernie trudno.
Późną nocą w jednej z bocznych komnat pałacu odbywała się tajna rada
szejków.
Obradujący siedzieli na skórzanych materacach okrytych barwnymi
dywanami. W środku pomiędzy siedzącymi wkoło dostojnikami stała wielka,
błyszcząca taca, a na niej ułożone były nargile, których długie cybuchy
skręcały się w pierścienie.
Szejkowie słuchali z uwagą słów sędziwego Haryfa ben Halisa, który
gładząc siwą brodę mówił przytłumionym głosem.
- Niemcy pragną pozyskać przychylność świata mahometańskiego, dlatego
też goszczą u siebie Wielkiego Muftiego z Jerozolimy, który
przemówieniami swymi, wygłaszanymi z Berlina, podnieca opór Arabów wobec
Brytyjczyków. Ale nie leży w naszym interesie zmieniać Anglików i Francuzów na Niemców i Włochów. Jakaż w gruncie rzeczy byłaby różnica?
Pomruk uznania rozległ się w komnacie.
- Nie wolno też nam powtórzyć błędów z minionej wojny - ciągnął dalej
swe przemówienie Haryf ben Halis - w czasie której Arabowie pozyskani
przez angielskiego pułkownika Lawrence'a, zamiast z niewiernymi,
walczyli z takimi samymi jak i oni wyznawcami Proroka. I czynili to w imię obcych nam interesów, co przyszłość rychło ukazała. Ta wojna musi
przynieść naszym ziemiom niezależność, która nie byłaby, jak poprzednio,
przedmiotem tylko stałych przetargów. Allach zechciał zesłać wojnę. Aby
właściwie wykorzystać okazję, jaką stanowią dla nas obecne zmagania się
niewiernych, musimy poznać ich sposoby walki i ich broń, skutecznie
działającą w pustyni.
Słowa ben Halisa były nader symptomatyczne.
W obliczu toczącej się wojny światowej sprawa niepodległości krajów
arabskich stanęła na ostrzu miecza.
Lecz Arabowie, choć usilnie kokietowani przez walczące ze sobą potęgi,
pomni licznych swych błędów popełnionych w okresie Laskarisa i Lawrence'a1, nie chcieli angażować się ani po jednej, ani po
drugiej stronie. Wiedzieli zresztą, że tak jeden blok wojujących państw,
jak i drugi nie myśli poważnie o spełnieniu szumnie zapowiadanych
obietnic.
Wiedzieli natomiast, że w końcowym etapie zmagań obu przeciwników mogą
wygrać dużo, jeżeli ich słowa będą poparte realną siłą. Dlatego też
dążyli do tworzenia zalążków regularnej armii arabskiej, umiejącej
posługiwać się nowoczesną bronią i walczyć bez pomocy obcych doradców i specjalistów wojskowych. Oczywiście, wśród wyższych sfer arabskich
istniały różnice poglądów, lecz co do zagadnienia własnych sił zbrojnych
zgadzano się całkowicie.
Ben Halis długo rozwodził się nad sytuacją wojenną. Przypominał, że
czasy, w których osobiste męstwo decydowało o zwycięstwie, bezpowrotnie
minęły, że zwycięską walkę mogą rozegrać tylko regularne wojska,
żołnierze umiejący się posługiwać nowoczesną, mechaniczną bronią.
- Broń taką możemy zawsze nabyć za pieniądze - mówił. - Sprzedadzą nam
ją nawet i ci, z którymi będziemy walczyli. Taki jest ich świat.
Trudniej jest nam natomiast wyszkolić arabskich oficerów, którzy staliby
się instruktorami naszej przyszłej armii, uniezależnionej od angielskich
czy niemieckich doradców i specjalistów. To trudne zadanie przypadło w udziale czcigodnemu szejkowi Abd el-Rhamanowi.
Wezwany chrząknął lekko, po czym oddając skinieniem głowy ukłon
przedmówcy zaczął mówić:
- Dzięki Shareifowi ben Alemu znaleźliśmy człowieka, który bez
specjalnych zastrzeżeń ze strony dowództwa wojsk niewiernych będzie je
mógł wykonać. Anglicy chcieli dać nam swego oficera, lecz Anglik
pozostanie nam zawsze obcy. Będzie chciał sprzedać naszą krew.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki