Syn szejka Hidżazu - Władysław Kisielewski

Kup ebooka

12.99 zł
10.78 zł (10,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Żar lał się z bez­chmur­nego nieba. Wśród roz­sło­necz­nio­nych pia­sków wiła się droga ocie­niona chy­lą­cymi się nad nią pal­mami. Dołem sunęły samo­chody mija­jąc egzo­tycz­nych jeźdź­ców na drob­nych siwych koni­kach.

W oddali, w głębi wspa­nia­łego parku, widać było jasne mury oka­za­łego pałacu przy­bra­nego pur­purą listo­wia. Była to stara rezy­den­cja wład­ców arab­skich w Tebuk. Jadące samo­chody mijały łuk wiel­kiej bramy, wjeż­dżały na dzie­dzi­niec zamknięty z trzech stron por­ty­kiem i kolejno zatrzy­my­wały się przed bogato zdo­bio­nym wej­ściem do pałacu, z któ­rego docho­dziły przy­tłu­mione dźwięki orkie­stry i gwar zmie­sza­nych gło­sów.

Na wysia­da­ją­cych z samo­cho­dów gości ocze­ki­wała barw­nie przy­brana służba, która poprzez kruż­ganki wio­dła ich ku Kaat el-Fed­dah - sali posłu­chań, w któ­rej szejk Abdul­lah ben Sahab witał przy­by­łych dygni­ta­rzy. Co chwila zajeż­dżały nowe samo­chody, a w głębi sali i na kruż­gan­kach two­rzyły się róż­no­rodne grupy języ­kowe obser­wu­jące bez­u­stan­nie napły­wa­ją­cych gości.

Całość wyglą­dała jak kolo­rowy obraz. Na tle ścian mie­niły się barwne stroje. Galowe ubiory dyplo­ma­tów prze­pla­tały się z parad­nymi mun­du­rami ofi­ce­rów, toa­le­tami pań i boga­tymi okry­ciami dostoj­ni­ków arab­skich.

Ten nie­co­dzienny widok zaska­ki­wał tych cudzo­ziem­ców, któ­rzy szu­kali egzo­tyki wschodu na uli­cach ubo­gich arab­skich dziel­nic.

- Zdu­miewa mnie ten prze­pych - mówiła jedna z pań. - Zwłasz­cza te wspa­niałe malo­wi­dła na ścia­nach pałacu. Sądzi­łam, że reli­gia zabra­nia Ara­bom wyko­ny­wa­nia por­tre­tów.

- Nie­zu­peł­nie - odpo­wie­dział jej z uśmie­chem rezy­dent fran­cu­ski. A widząc, iż spo­gląda na niego z pew­nym nie­do­wie­rza­niem, dodał po chwili: - Przez długi czas utrzy­my­wała się opi­nia, że świat arab­ski nie posiada rzeźby i malar­stwa por­tre­to­wego, ponie­waż Koran zabra­nia odtwa­rza­nia postaci bogów, ludzi, a nawet zwie­rząt.

- Tak, tak - potwier­dził Ame­ry­ka­nin.

- Ale maho­me­ta­nie dalecy byli od śle­pej ule­gło­ści nawet wzglę­dem Koranu i nie­które jego zale­ce­nia stały się po set­kach lat mar­twą literą. Stąd nawet na sta­rych mone­tach arab­skich widzimy podo­bi­zny kali­fów, potem spo­ty­kamy na ścia­nach pała­ców por­trety wodzów czy wiel­kich poetów, nie mówiąc już o cza­sach dzi­siej­szych i tych malo­wi­dłach, które mamy moż­ność oglą­dać w sie­dzi­bie naszego gospo­da­rza.

Cisza, jaka nie­spo­dzie­wa­nie zapa­no­wała, prze­rwała ich roz­mowę i skie­ro­wała spoj­rze­nia w stronę, gdzie stał szejk Abdul­lah.

- Nad­cho­dzi zapewne jakiś dostoj­nik - szep­nął Fran­cuz do swo­ich towa­rzy­szy.

- Ali ben Sha­reif Ali! - zabrzmiał głos przy wej­ściu.

Wszy­scy sto­jący bli­żej prze­rwali roz­mowy, przy­glą­da­jąc się z cie­ka­wo­ścią nowo przy­by­łemu, któ­rego szejk Abdul­lah witał z wyraźną ser­decz­no­ścią.

- Salam alej­kum. Witam cię, synu mojego przy­ja­ciela - mówił szejk Abdul­lah zbli­ża­jąc się do chy­lą­cego przed nim głowę mło­dego męż­czy­zny ubra­nego w bogaty, barwny strój arab­ski.

- Przy­stojny chło­piec - szep­nęła kobieta roz­ma­wia­jąca z fran­cu­skim dyplo­matą.

Istot­nie, Ali ben Sha­reif Ali nawet w tym śro­do­wi­sku wyróż­niał się urodą. Dosko­nale zbu­do­wany, o sze­ro­kich ramio­nach i smu­kłej syl­wetce, poru­szał się ze swo­bodą bywalca angiel­skich klu­bów. Lecz mimo to w jego ruchach widać było nieco obcą tutaj, nawet w gro­nie ofi­ce­rów, żoł­nier­ską sprę­ży­stość. A gdy po przy­wi­ta­niu szejka uniósł głowę w górę, spod śnież­no­bia­łego tur­banu bły­snęły oczy, mało przy­po­mi­na­jące Araba.

- Cie­kawe... - rzekł przed­sta­wi­ciel firmy "Oil Com­pany". - Już dosyć długo prze­by­wam na Wscho­dzie, ale jesz­cze nie spo­tka­łem Araba o nie­bie­skich oczach...

- Prze­cież to nie jest Arab, tylko Euro­pej­czyk, usy­no­wiony nie­dawno przez jed­nego z szej­ków - oświad­czył rezy­dent fran­cu­ski. - On ma zbyt jasne włosy jak na Araba...

- Euro­pej­czyk? A jakiej naro­do­wo­ści?

- Trudno mi odpo­wie­dzieć. Spo­tka­łem go w Bej­ru­cie, i mogę tylko stwier­dzić, że rów­nie dobrze mówi po angiel­sku, jak po fran­cu­sku i nie­miecku.

- Po nie­miecku? - zanie­po­koił się przed­sta­wi­ciel "Firth-Vic­kers".

- Mogę pana uspo­koić - dodał Fran­cuz. - Mówi po nie­miecku dobrze, lecz z wyraźną nie­chę­cią.

- To niczego nie dowo­dzi - odpo­wie­dział Anglik i prze­pro­siw­szy na chwilę towa­rzy­stwo pod­szedł do swego sekre­ta­rza, by szep­nąć mu coś na ucho. W towa­rzy­stwie tym przy­naj­mniej połowa cudzo­ziem­ców peł­niła nie­ofi­cjalne funk­cje mające raczej nikły zwią­zek z repre­zen­to­wa­nymi god­no­ściami.

- Czy oprócz tych języ­ków, jakie pan wyli­czył - zapy­tał po chwili namy­słu Ame­ry­ka­nin - ten młody Arab nie zna rów­nież rosyj­skiego?

Fran­cuz roz­ło­żył bez­rad­nie ręce.

- Nie­stety, na ten temat nie mogę nic powie­dzieć, ponie­waż ani słowa nie umiem po rosyj­sku i nie potra­fię odróż­nić tego języka od innych, któ­rymi mówią Sło­wia­nie.

Meta­liczny głos gongu oznaj­mił zebra­nym roz­po­czę­cie ban­kietu. Zwarty stru­mień głów ludz­kich popły­nął w stronę sali, z któ­rej docho­dziły dźwięki orkie­stry.

Wyśmie­nity dobór potraw szybko roz­ła­do­wał sztywną atmos­ferę. Goście bawili się dobrze. Nie zapo­mnieli jed­nak o zasad­ni­czym celu wizyty. Tego wie­czoru zostały prze­pro­wa­dzone w Tebuk pierw­sze pół­ofi­cjalne roz­mowy na temat utwo­rze­nia par­ty­zantki arab­skiej wal­czą­cej po stro­nie angiel­skiej.

Było to już po zaję­ciu Krety przez Niem­ców w roku 1941. Angli­kom paliła się w Afryce zie­mia pod sto­pami i każdy, nawet słaby sojusz­nik, był teraz dla nich podwój­nie cenny. Ale zdo­być dla sie­bie Ara­bów, po wielu dzie­się­cio­le­ciach eks­pan­sji na ich zie­miach, było nie­zmier­nie trudno.

Późną nocą w jed­nej z bocz­nych kom­nat pałacu odby­wała się tajna rada szej­ków.

Obra­du­jący sie­dzieli na skó­rza­nych mate­ra­cach okry­tych barw­nymi dywa­nami. W środku pomię­dzy sie­dzą­cymi wkoło dostoj­ni­kami stała wielka, błysz­cząca taca, a na niej uło­żone były nargile, któ­rych dłu­gie cybu­chy skrę­cały się w pier­ście­nie.

Szej­ko­wie słu­chali z uwagą słów sędzi­wego Haryfa ben Halisa, który gła­dząc siwą brodę mówił przy­tłu­mio­nym gło­sem.

- Niemcy pra­gną pozy­skać przy­chyl­ność świata maho­me­tań­skiego, dla­tego też gosz­czą u sie­bie Wiel­kiego Muftiego z Jero­zo­limy, który prze­mó­wie­niami swymi, wygła­sza­nymi z Ber­lina, pod­nieca opór Ara­bów wobec Bry­tyj­czy­ków. Ale nie leży w naszym inte­re­sie zmie­niać Angli­ków i Fran­cu­zów na Niem­ców i Wło­chów. Jakaż w grun­cie rze­czy byłaby róż­nica?

Pomruk uzna­nia roz­legł się w kom­na­cie.

- Nie wolno też nam powtó­rzyć błę­dów z minio­nej wojny - cią­gnął dalej swe prze­mó­wie­nie Haryf ben Halis - w cza­sie któ­rej Ara­bo­wie pozy­skani przez angiel­skiego puł­kow­nika Law­rence'a, zamiast z nie­wier­nymi, wal­czyli z takimi samymi jak i oni wyznaw­cami Pro­roka. I czy­nili to w imię obcych nam inte­re­sów, co przy­szłość rychło uka­zała. Ta wojna musi przy­nieść naszym zie­miom nie­za­leż­ność, która nie byłaby, jak poprzed­nio, przed­mio­tem tylko sta­łych prze­tar­gów. Allach zechciał zesłać wojnę. Aby wła­ści­wie wyko­rzy­stać oka­zję, jaką sta­no­wią dla nas obecne zma­ga­nia się nie­wier­nych, musimy poznać ich spo­soby walki i ich broń, sku­tecz­nie dzia­ła­jącą w pustyni.

Słowa ben Halisa były nader symp­to­ma­tyczne.

W obli­czu toczą­cej się wojny świa­to­wej sprawa nie­pod­le­gło­ści kra­jów arab­skich sta­nęła na ostrzu mie­cza.

Lecz Ara­bo­wie, choć usil­nie kokie­to­wani przez wal­czące ze sobą potęgi, pomni licz­nych swych błę­dów popeł­nio­nych w okre­sie Laska­risa i Law­rence'a1, nie chcieli anga­żo­wać się ani po jed­nej, ani po dru­giej stro­nie. Wie­dzieli zresztą, że tak jeden blok woju­ją­cych państw, jak i drugi nie myśli poważ­nie o speł­nie­niu szum­nie zapo­wia­da­nych obiet­nic.

Wie­dzieli nato­miast, że w koń­co­wym eta­pie zma­gań obu prze­ciw­ni­ków mogą wygrać dużo, jeżeli ich słowa będą poparte realną siłą. Dla­tego też dążyli do two­rze­nia zaląż­ków regu­lar­nej armii arab­skiej, umie­ją­cej posłu­gi­wać się nowo­cze­sną bro­nią i wal­czyć bez pomocy obcych dorad­ców i spe­cja­li­stów woj­sko­wych. Oczy­wi­ście, wśród wyż­szych sfer arab­skich ist­niały róż­nice poglą­dów, lecz co do zagad­nie­nia wła­snych sił zbroj­nych zga­dzano się cał­ko­wi­cie.

Ben Halis długo roz­wo­dził się nad sytu­acją wojenną. Przy­po­mi­nał, że czasy, w któ­rych oso­bi­ste męstwo decy­do­wało o zwy­cię­stwie, bez­pow­rot­nie minęły, że zwy­cię­ską walkę mogą roze­grać tylko regu­larne woj­ska, żoł­nie­rze umie­jący się posłu­gi­wać nowo­cze­sną, mecha­niczną bro­nią.

- Broń taką możemy zawsze nabyć za pie­nią­dze - mówił. - Sprze­da­dzą nam ją nawet i ci, z któ­rymi będziemy wal­czyli. Taki jest ich świat. Trud­niej jest nam nato­miast wyszko­lić arab­skich ofi­ce­rów, któ­rzy sta­liby się instruk­to­rami naszej przy­szłej armii, unie­za­leż­nio­nej od angiel­skich czy nie­miec­kich dorad­ców i spe­cja­li­stów. To trudne zada­nie przy­pa­dło w udziale czci­god­nemu szej­kowi Abd el-Rha­ma­nowi.

Wezwany chrząk­nął lekko, po czym odda­jąc ski­nie­niem głowy ukłon przed­mówcy zaczął mówić:

- Dzięki Sha­re­ifowi ben Alemu zna­leź­li­śmy czło­wieka, który bez spe­cjal­nych zastrze­żeń ze strony dowódz­twa wojsk nie­wier­nych będzie je mógł wyko­nać. Anglicy chcieli dać nam swego ofi­cera, lecz Anglik pozo­sta­nie nam zawsze obcy. Będzie chciał sprze­dać naszą krew.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki