Powóz jechał przez wrzosowiska. Nawet solidne resory nie były w stanie sprostać wyboistej drodze, więc siedzący wewnątrz pasażer podskakiwał i kiwał się na boki. Młody, zamyślony człowiek ubrany w ciemny surdut trzymał w dłoni książkę, ale od jakiegoś czasu nie czytał. Myśli jego powędrowały daleko stąd, do miejsca, skąd przybywał. Wszystko zdarzyło się tak szybko, nie było czasu na pożegnanie i teraz pozostawały mu tylko czarne myśli. Nie wiadomo, kiedy wróci...
W pewnym momencie powóz wjechał na kamień i podskoczył. Książka wypadła z rąk młodzieńca i znalazła się na podłodze. Młody mężczyzna pochylił się i podniósł ją, a kiedy znów się wyprostował, zauważył przez okienko stojący w oddali budynek. Wyjrzał, by przyjrzeć się dokładniej posiadłości znajdującej się w sporym oddaleniu.
Im bliżej podjeżdżali, tym więcej dostrzegał szczegółów. Dwór był stary i zaniedbany. Swoje lata świetności dawno miał za sobą. Było w nim jednak coś, co sprawiło, że młody człowiek nie potrafił oderwać od niego wzroku.
Domostwo wokół obrastały krzewy i drzewa, a po murach pięły się winobluszcz i inne dzikie pnącza, a to oznaczało, że od długich lat nikt się o niego nie troszczył.
Zastukał o dach powozu, który od razu się zatrzymał.
- Proszę, paniczu? - zapytał woźnica.
- Co to za domostwo?
Woźnica spojrzał we wskazanym kierunku. Machnął ręką.
- Nie należy nim sobie zawracać głowy, panie. To stary opuszczony dwór. Ludzie mówią, że dzieją się tam dziwne rzeczy... - Odruchowo się przeżegnał.
- Dziwne?
- Krążą o nim bardzo... różne, że tak powiem, pogłoski.
- Jakie pogłoski?
- Nie wydaje mi się, by się miał tym panicz interesować...
- Pozwól, że będę się interesował tym, co sam uznam za słuszne. A więc? Jakie pogłoski? - nie ustępował mężczyzna.
- Nikt tam nie chodzi już od bardzo dawna. Wszyscy to miejsce omijają z daleka. Mieszka tam stary dziwak, który ma nie po kolei w głowie.
Powóz stał na drodze wiodącej do dworu, zaś za nim rozciągało się morze, huczące teraz głośno, jakby złowieszczo. Młody człowiek wysiadł i przyjrzał się uważniej stojącemu domowi.
- Co dokładnie się tam zdarzyło? - spytał.
- Nie wiem. - Woźnica wzruszył ramionami. - Mówi się o wielkiej tragedii, która kiedyś miała tam miejsce. To przeklęte miejsce! Nie należy się nim interesować.
Widocznym było, że mężczyzna wie o wiele więcej, niż chce powiedzieć i należałoby go długo ciągnąć za język, jednakże na to panicz nie miał cierpliwości.
- Jak daleko jest do dworu mojej cioteczki?
- Jakieś dziesięć mil, paniczu.
- Dobrze, w takim razie, ruszajmy. - Młody panicz wsiadł do powozu, a woźnica natychmiast strzelił z bata, rad, że mogą wreszcie oddalić się z tego miejsca.
Młodzieniec nadal wyglądał jednak przez okienko, ciekawie zerkając na tajemnicze domostwo, które tak go zaintrygowało. Kiedy droga zatoczyła lekki łuk i zbliżyli się nieco do budynku, dojrzał ciemną postać chodzącą wśród grobów na małym cmentarzyku, znajdującym się nieopodal. Cmentarz również wyglądał na zaniedbany i zarośnięty. Z daleka ledwo co dało się zobaczyć, ale że ktoś tam był, nie ulegało wątpliwości.
Powóz jechał dosyć szybko i wkrótce posiadłość zniknęła z oczu młodego mężczyzny, więc na powrót usadowił się wygodnie i próbował powrócić do przerwanej lektury. Niestety, nie mógł się skoncentrować i nieustannie powracał myślami do dworu, który przed chwilą minęli.
Kiedy wreszcie dotarli do celu podróży, choć zmęczony, musiał wypełnić obowiązek, który nakładało nań dobre wychowanie i przywitać się ze starą ciotką, do której przyjechał w odwiedziny, po raz pierwszy w życiu. Krewniaczka bowiem była już stara, ale dopiero niedawno wróciła po latach nieobecności do domu. Dwór zaś miał się stać własnością młodego człowieka, jako że został mu zapisany w spadku.
Nazywał się John Bell. Miał dwadzieścia dwa lata.