Syn mroku - Ada Tulińska
45.90 zł
38.10 zł
(38,46 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
1
Rosalie
Tęsknota za nim wypełnia każdą chwilę mojego istnienia, rozszarpuje serce i duszę. Siedzę na pomoście i wpatruję się w błyszczącą wodę pod moimi stopami. Znajduje się tu niewielki uskok, przez co woda wpada jak z wodospadu i bulgocze. Na twarzy czuję wilgotną bryzę. Mam ochotę zrzucić buty i zanurzyć stopy, ale to oczywiście byłoby nierozsądne, bo nie dosięgnę.
To moje ostatnie wakacje w Black River Falls. Niebawem wyprowadzam się do Minneapolis na studia. Mam nadzieję, że nowe miejsce przyniesie pewnego rodzaju ukojenie. Nadal nie mogę zapomnieć. Mam wrażenie, że za chwilę granatowy plecak opadnie na deski pomostu obok mnie. Zobaczę długie nogi Derecka wysuwające się przez barierki, a potem spojrzę w jego roześmianą twarz z tymi cudnymi piwnymi oczami i aureolą złotych loków, rozświetloną przez promienie zachodzącego słońca.
Przychodziliśmy tu prawie codziennie. Kupowaliśmy na stacji pakowane osobno American Pie's i objadaliśmy się nimi na tym pomoście. Odrabialiśmy tutaj lekcje. Pierwszy raz się całowaliśmy...
Woda w rzece chlupocze wesoło, jakby tragiczne zdarzenia sprzed pięciu miesięcy nie miały miejsca. Moje głupie serce cały czas ma nadzieję, że znajdę jakiś sposób. Gdybym mogła cofnąć czas.
Przez pierwszy tydzień od wypadku w ogóle nie wyszłam z pokoju. Nie potrafiłam przyjąć do wiadomości, że już nigdy go nie zobaczę. Odmówiłam później uczestnictwa w nocnym czuwaniu i ceremonii pogrzebowej. Przytulona do jego bluzy, którą mnie kiedyś okrył, spędziłam czas w łóżku, płacząc i przeklinając.Potem miałam jeszcze epizod ataku histerii na cmentarzu. Była smolista i dusząca noc. Tkwiłam nad grobem, patrząc apatycznie w kamień z imieniem i nazwiskiem, dopóki kopiący groby człowiek nie zadzwonił po rodzinę.
Rodzice postanowili zapewnić mi pomoc i opłacili sesje terapeutki, która tylko działała mi na nerwy, bo zadawała masę dziwnych pytań.
Tak więc oto znalazłam się tutaj, czując się jak jeden z wielu śmieci płynący w rzece bez większego sensu.
- Wiedziałam, że cię tu znajdę. - Słyszę za sobą donośny głos Alex, mojej młodszej siostry. Czuję na spiętych plecach jej delikatne dłonie. Zaczyna mnie czule masować. - Mam dobre wieści.
Akurat.
Milczę, bo nic w obecnej rzeczywistości nie wydaje mi się być dobrą wiadomością.
- Bunia przylatuje! - Alex piszczy nad moją głową. Jest taka pełna życia i energii.
Uśmiecham się bez entuzjazmu. Alex mówi tak na naszą babcię, która mieszka w Polsce. Nie wszyscy ludzie dobrze reagują, kiedy wspominam o tym, skąd pochodzi nasza rodzina. Niektórym wydaje się, że Polska to kupa śniegu, gdzie neandertalczycy walczą z niedźwiedziami o mięso. Tak więc... Nie chwalę się tym.
Bunia wygląda jak uosobienie tego, co w przesądach i stereotypach najgorsze. Ogólnie z tego, co opowiadała, dowiedziałam się, że nieliczni pielęgnują słowiańskie tradycje. Większość narodu pogańskie obrzędy traktuje z przymrużeniem oka.
Z westchnieniem pozwalam się wziąć siostrze za ręce i podciągnąć do góry. Słomkowe włosy zaplotła w dwa ciężkie warkocze i coś w jej urodzie sprawia, że wygląda jak prawdziwa Słowianka. Taka z obrazów namiętnie składowanych przez Bunię, w wianku z czerwonych kwiatów i ludowym stroju. Może to te piegi na nosie? A może niebieskie oczy?
W ciepłym świetle zachodzącego słońca jest po prostu piękna i urocza.
Wsiadamy na rowery i ruszamy w kierunku domu.
Alex stara się zagaić rozmowę. Świergocze o tym, że będziemy przygotowywać na przyjazd babci tradycyjne polskie potrawy.
- Upieczemy bochny chleba przeplatane jak warkocze! - mówi wyraźnie zafascynowana rodzimą kulturą.
- Nie przewróć się - rzucam jedynie, widząc, że przed nami na leśnej ścieżce wiją się połacie korzeni.
Zapach jedzenia wita nas już na zewnątrz, kiedy otwieramy drzwi garażu, żeby wstawić tam rowery. Słysząc, że wpadamy do domu, mama oznajmia, że kolacja gotowa. Stoi w fartuchu przy drzwiczkach od piekarnika i zakłada wielkie rękawice, żeby wyjąć warzywną zapiekankę. Złociste włosy upięła w niedbały koczek.
- Nie jestem głodna - rzucam tylko i wspinam się po stopniach na górę. Ignoruję smutne spojrzenie siostry, która odprowadza mnie wzrokiem.
Zamykam drzwi i padam na łóżko, jednocześnie włączając muzykę "The Furious mustache", ulubionego zespołu Derecka.
Chwytam bluzę z oparcia krzesła i przytulam desperacko. Mam wrażenie, że zapach już wywietrzał. Zaczynam wpadać w panikę, bo nie mogę sobie przypomnieć dokładnie, jak pachniał. Były tam nuty piżmowe, trochę wody kolońskiej, której używał i zapach Derecka, którego nie umiem do niczego porównać. Jedyny unikalny zapach, który dawał mi namiastkę bezpieczeństwa i ciepła, którą obdarzały mnie jego ramiona. Dawno.
Nie. Nie chcę tego stracić. Niepowstrzymane łzy ponownie pojawią się w moich oczach. Cierpię... tak mocno cierpię...