Szaro było na ziemi i niebo
oponą się szarą oblokło. Nad źródliskami ciepłemi ledwie gdzie
wątła, blada majaczyła zieloność niby wiosenna, ponad którą
sterczały zeschłe, trupie badyle i wymokłe trawy przeszłego
lata.
U strumieni stojące wierzby już się okrywały puchem, jakby nim
przyszłe liście od chłodu otulić chciały, - lecz liści jeszcze nie
było i pączki stały szczelnie otulone i zamknięte. Wcześnie
przybyłe bociany smętne włóczyły się po dolinach, stały u moczarów
strzepując skrzydłami zmęczonemi długą podróżą.
Ponad rolami ulatywał skowronek, patrzał w niebo a piosnkę
mu chłód w dzióbku tłumił, i oczy próżno niebios lazurowych w górze
szukały.
Smutno było po świecie, tylko stada kruków unosiły się w
powietrzu gwarliwe, krzykliwe, wesołe jakiemś strasznem
naigrawaniem się tej żałobie. - Co przysiadły na suchych drzew
gałęziach, to się zrywały kołować w powietrzu. I wirowały niby
pijane, to podnosząc się do góry, to spadając, szukając jakiejś
pastwy obiecanej.
Aby dojrzeć kędy ona była, zrywały się tak czasem w obłoki,
a nie dojrzawszy jej spadały na drzewa i ziemię. - Ze wszech stron
nadciągały one chmurami jak na zawołanie wiecowe, jak po wiciach do
wojny. Gdy się spuściły na łąkę czerniała od nich, ruszała się
jakby potwora legła na niej, a gdy się zerwały w obłoki, wiły się w
nich jak smok czarny - a gdy krakały, nie słychać było ani szumu
drzew, ani pochwistu wiatru, ani szczebiotania innego ptactwa, ani
mruczenia strumieni, które od deszczów i śnieżysk wezbrały...
Na pustej dolinie, u skraju lasu chata stała, zamiast płotu
obrzucona gałęźmi na kupę nagromadzonemi wysoko, tak wysoko, że
ledwie z po za nich dach słomiany, okopcony, z odartym dymnikiem
widać było. Sama sobie na ustroniu, wśród puszczy stała chiżyna
niby straż wysunięta - niby zabity kół na znak, że się tu życie
poczynać miało ludzkie, gdzie niedawno zwierz i pustynia panowali
sami.
Po nad dachem dymiło, jak opar szły wszystkiemi szczelinami
kłęby sine i wisiały nad nim leniwe, a snuły się senne dokoła i
kładły aż na dolinie. - W górę się im chciało, aby wiatr nie
poszarpał na sztuki.
Wrota stały otworem, jakby już trzoda wyszła na paszę w las,
na młode gałęzie i pączki. Kiedy niekiedy mimo wrót przemknęła
biała spódnica niewiasty i znikła. Naprzeciw nich pies kudłaty duży
siedział i patrzał w dal, to ziewając, to burcząc.
Na stada krucze co spojrzał to drgnął, zrywał się jakby na
nie chciał rzucić, ale rozum jego psi powiadał mu, że przeciw nim
niemocen był.
Ciągnął powietrze nosem. Wiatr mu różne wieści przynosił,
psisko się od nich zżymało, rozumiejąc tę mowę woni, która doń
przylatywała zdaleka. - Dla niego były w niej i od zwierza w lesie
wiadomości i od ludzi wieści i od obcych włóczęgów swędy i z góry
od niebios przestrogi i z dołu ziemskie języki.
Dlatego pies nosa nastawiał, a głową rzucał. Dużo mu
przychodziło, nie wszystko rozumiał, zżymał się coraz więcej, coraz
mocniej, aż wstał, zerwał się jak do chodu i siadł znowu i rzucił
się ze szczekaniem naprzód - i cofnął, głowę opuszczając zadumany.
Dziewczę się wyśliznęło z chaty, przyszło go pogłaskać.
Odwrócił łeb, polizał rękę, ale na straży pozostał, miał poczucie
obowiązku... Uszy mu się jeżyły i sierść na grzbiecie pręgiem
długim rosła do góry.
Wiatr znużony przypadł gdzieś w lesie, zrobiło się cicho.
Kruków stado pociągnęło nad lasy, puszcza szumiała teraz sama
głucho i posępnie.
Wśród milczenia tentent i krzyki rozeznać było można,
tentent jakby pędzonéj trzody, krzyk jakby ludzki, urywany, to
szyderski, to przelękły - poza nim śmiech i hukanie.
Pies stał i trząsł się cały, zerwał się, odbiegł naprzód
kroków kilkanaście, a czując się bezsilnym przysiadł, pysk do góry
podniósł - zawył.
Wył urywano, bo słuchał razem, oczy mu się iskrzyły - sierść
już jeżyła cała.
Z drugiej strony doliny, przesmykiem z lasu biegła ku chacie
pędem, rozbita, rozproszona trzoda owiec burych, czarnych i
białych. Przodem bydło z ogonami poddartemi do góry. - Po dolinie
rozsypało się to na wszystkie strony w popłochu, jak szalone dróg
szukając ku chacie.
Tuż za trzodą, za bydłem, za krzyczącemi pastuszkami,
przemknął się konny człek, z nim dwu jeszcze i psów zgraja. Psy się
niosły za owcami dusząc je, chwytając, kalecząc, a co który zgniótł
i do ziemi przybił barana - z koni się odzywały wesołe okrzyki.
Tętnienie i wrzawa obudziły ludzi w chacie, wszystko
wybiegło ku wrotom. Stary z włosy siwemi, niewiasta w zawiciu
białem, dzieweczka w wianku z kosami długiemi, chłopie małe na pół
nagie.
Pies jak wściekły ujadał, ale bezsilny cofał się też ku
wrotom i wył. Tuż bydło spłoszone co przodem biegło, poczęło nie
bacząc na ludzi jak szalone cisnąć się we wrota. Owce, które uszły
psich zębów, jak pijane na podwórko wpadły. Tuż za niemi ogromne
molossy z pokrwawionemi paszczękami gnały, za niemi na koniach
trzech jeźdźców.
Gonili weseląc się, śmiejąc, hukając.
Pierwszy, co przodem jechał, panem był albo pańskim synem...
bo i koń pod nim ubrany a piękny z nozdrzami rozdartemi, z oczyma
pałającemi czuł, że dźwigał na sobie takiego, co wszystko rozbijać
ma prawo.
Paniątko co na nim siedziało, ledwie z lat dziecięcych do
młodzieńczych dochodziło. Wyrostek był smukły, giętki, silny, twarz
cała ze zmęczenia aż krwawa, oczy czarne a ogniste, włos na
ramionach długi, nad czołem kołpaczek z piórami, na nim suknia cała
bramowana, cała szyta, obwieszana w sznury, róg przez ramiona
pozłocisty, łuk kowany, pas nabijany, nóż u boku świecący. Cała ta
ozdoba nie stała za nic przy obliczu chłopaka tak zuchwałem, tak
rozpalonem radością dziką, szałem jakimś, iż zdawało się świat do
boju wyzywać. W ręku żylastem podnosił do góry oszczepek i machał
nim psy swe zagrzewając.
- A! huż!!
Z otwartych ust jego zęby białe choć się śmiały, zdały się
kąsać, wargi krwawe trzęsły się, na młodych policzkach drgała krew
rozszalała - pijany był sobą i młodością.
Dwaj towarzysze jego lecieli za nim też bez głów, krzykiem
jego jak psy zagrzewani, ale wśród tego szału gdy spojrzeli po
sobie, przebiegał ich jakiś strach, nagle im coś usta zamykało,
obawa czy litość.
Psy, jeźdzcy, trzoda, wszystko razem niemal ścisnęło się we
wrotach, które starzec napróżno chciał zamknąć...
Rzucił je w końcu. I on i niewiasty zbiegać poczęli
przerażeni do chaty. Dziewczę tylko wyrostek, któremu owiec żal
było, a strach nogi podciął, zawięzło w progu.
Z konia piorunem skoczył panicz i pochwycił ją już w pół
mdlejącą i krzyczącą. Spojrzawszy w oczy załzawione niebieskie,
porwał na konia, który zbywszy pana otrzęsał się właśnie... Dwaj
towarzysze stali osłupieni, gdy już chłopak ze swą zdobyczą
mdlejącą a wyzywającą ratunku, począł znów dosiadać siwego.
- Hej! to łup! to łup, na którym ja czyhał dawno! - krzyknął
zanosząc się dziko - do lasa z nią!
Dziewczyna ręce podnosząc wołała ratunku..., lecz drzwi
chaty stały zaparte, nikt nie śmiał wybiedz na obronę, tylko pies
jeden za nogę pochwycił panicza, ale wnet dwa ogary z krwawemi
paszczęki padły nań i zdusiły.
W podwórku już one dużo nagospodarowały. Młody byczek leżał
rozciągnięty na ziemi z oczyma zeszklonemi, a z gardła mu ciekącą
krew chciwie chłeptały psy... Kilka owiec dyszało i broczyło.
Chłopak śmiał się wielkim głosem.
- Do lasu! -- wołając. - Uszłaś ty mi nieraz, gdym cię gnał
na jagodach... przyszedł na ciebie czas...
Drzwi chaty otwarły się nagle, wypadł z rękami załamanemi
siwowłosy.
- Zlitujcie się! zlitujcie! - jęczał.
Na krzyk jego psy pańskie przybiegły i poczęły na nim
szarpać odzienie, poczęły kąsać ciało...
Nie czuł tego i wołał.
- Zlituj się!
Młody szaleniec nie słuchał. Dwaj pachołkowie pobledli, z
ich twarzy zeszedł szał, strach i groza je ściągnęły. Patrzali na
pana - to na siebie. Wahali się. - On nie zważał na nic, w silne
ręce ująwszy dziewczę sadzał je już na konia i sam za niem się
sadowił.
Stary, którego psy szarpały, wlokąc je za sobą przybiegł i
jęcząc pochwycił go za nogi. Z chaty zawodząca płaczliwie ukazała
się niewiasta, ręce łamiąc nad głową i wyjąc nieludzkim jękiem.
Wszystkiego tego chłopak nie słyszał, koniowi ściągając
wodze i już do wrót się mając z dziewczyną.
Wtem we wrotach nagle jeździec się ukazał.
Człek był stary na silnym koniu, w prostej opończy z głową
nieokrytą. Przez plecy miał sznur z trąbą myśliwską z prostego
rogu.
Siwe włosy wiatr mu porozrzucał i na ramiona i czoło
rozsypał. Twarz bladą miał jak trup, oczy zagasłe a straszne, czoło
pomarszczone w grube wały - pierś szeroką, dyszącą. Siłę w nim czuć
było wielką i moc jakąś, taką, że gdy się jego oczy z wejrzeniem
chłopca spotkały - czerwony, oszalały panicz zbladł, zęby mu się
ścięły jakby zgrzytał.
- Szatan cię tu przyniósł, Wojusz! - zakrzyczał nagle
wściekając się ze złości i próżno usiłując się wrotami wymknąć z
dziewczyną.
Wojusz w poprzek ich stał jak mur, mówić jeszcze nie mogąc
dyszał, a choć nie mówił, oddechem tym był groźny - wrzało w nim.
- Pawlik! - puść mi wnet dziewczynę! - zakrzyczał wreście
głosem ogromnym...
Coś było w tym głosie rozkazującym takiego, że ręce co
trzymały pochwycony łup, siłę straciły i dziewczę skorzystawszy z
chwili tej, wyśliznęło się jak wąż, zsunęło na ziemię, padło ku
starcowi, który je pochwycił, a z nim do chaty... Drzwi jej zawarły
się z łoskotem ogromnym.
Psy, które za uchodzącemi goniły, mordami biły o drzewo -
wewnątrz zapadała zapora.
Pawlik, gdy mu się zdobycz wymknęła, już nie za nią, ale na
Wojusza wściekły jął się miotać i oczyma błyskać groźno. Ten się
nie uląkł. Patrzali tak na siebie wojując wejrzeniami piorunującemi
- aż chłopię głowę spuściło.
Stary Wojusz dyszał zgrozą, rozpaczliwą boleść jakąś widać w
nim było.
- O ty niegodny synu Jazdona! - począł głosem grubym i
warczącym. - Ktoby w tobie poznał ojca? Na to my cię wypiastowali,
na tom ja na ręku nosił, abyś na zbója wyszedł i zbytnika? Jeszcze
ci się wąs nie wysypał...
Podniósł pięść do góry...
- Za mną! na zamek! - dodał - za mną! Tym razem ja nie utaję
przed starym, nie! Dosyć tych psot... My cię nie utrzymamy, ja
stary, na ciebie żelaznej ręki potrzeba.
Popatrzał na krwawe psów ofiary.
- To twoja zabawa! to twoje łowy! Mało ci zwierza w lesie,
byś biednemu zagrodnikowi trzodę dusił psy twojemi, wściekłemi jak
ty! i dziecko mu chciał porywać.
Pawlik jak skamieniały słuchał, ale gniew w nim drgał.
Wojusz skinął.
- Na zamek! Psy na sznury! służbo ty pana warta!
Odwrócił się do dwu pachołków, którzy wnet skoczyli z koni.
Pawlik jeszcze stał niemy, gdy Wojusz powtórzył głośniej.
- Na zamek!
Młody odwrócił głowę i zamruczał.
- Długo ty mi myślisz rozkazywać? ty?
- Póki mnie ojciec twój od tego ciężaru nie zwolni - odparł
Wojusz, - dopóki ja za ciebie odpowiadać muszę Bogu, Jazdonowi i
pamięci twéj matki.
- Na zamek! - powtórzył raz jeszcze.
Ale chłopię zuchwałe, uparte, nie ruszało się.
- Związać każę i powiozę jak barana! - krzyknął stary. -
Potem ojcu do nóg padnę, niech z wami robi co chce. - Mnie już was
dosyć! Wolę śmierć niż dozór nad tobą.
Na zamek!!
Psy już były na sznurach i zmęczone posiadały dysząc, a
krwawe liżąc pyski. Pachołkowie posłuszni dosiedli koni, tylko
Pawlik się nie ruszał. - Wojusz przybliżył się doń, konia mu za
uzdę targnął. Młodemu ręka drgnęła, w której oszczep trzymał, jakby
się bronić chciał - i opadła. Zamruczał coś, spuścił głowę i
koniowi dał ostrogę.
Milczeli wyjeżdżając z podwórka, tylko Wojusz gniewem dyszał
jeszcze. Pawlik ze złością spoglądając na starego dał się koniowi
za nim ciągnąć, pachołkowie wlekli psy za sobą.
Wyjechali tak z podwórza a drzwi chaty jeszcze się odemknąć
nie śmiały i byli już o stai kilkoro, gdy naprzód okno się otwarło
i głowa siwa wysunęła, potem chwiejąc się na pokrwawionych nogach
wybiegł siwowłosy ręce łamiąc - stanął, posoką oblane pobojowisko
oglądać. U progu leżał stary druh domowy, pies z wywieszonym
językiem i wysadzonemi z pod czaszki oczyma.
Przodem Pawlika puściwszy, w ślad za nim jechał Wojusz,
opodal ciągnęli szepcząc z sobą pachołkowie, których odeszła ochota
i wesele. Chmurno spoglądali to na siebie to na panicza, to na
starego, który w pole wyjechawszy, gdy powietrza w piersi szerokie
wciągnął, splunął raz i drugi, i groźno spozierając na milczące
chłopię, począł wywoływać w pół do niego, pół do siebie.
- A! piękny to mi syn mężnego Jazdona, Comesa na
Przemankowie, co go książęta we czci mieli i do rady przyzywali,
którego Leszek, błogosławionej pamięci, choć chorego, na każdy sąd
wyzywał, a gdy on słowo rzekł, ważyło ono za dziesięć innych!
A! piękny mi syn rodzica sławnego, dobry wychowanek starego
Wojusza, co go od kolebki rozumu uczył i cnoty! Na co się to
wszystko zdało? Na co? Groch o ścianę! Jakiem źdźbło było, gdy
kiełkowało, takiem i wyrosło - badylem. W kolebce niańkom włosy
obrywał i twarze drapał, psy i koty męczył - teraz bydłu i ludziom
pokoju nie daje!
A piękny to syn Jazdona! dobra rodzicowi pociecha! Puść go z
oczów na godzinę, nie wycierpi żeby krwi nie pokosztował, psoty
komu nie wyrządził, biednym ludziom nie zalał za skórę!
Syn Jazdona! - powtarzał stary, to śmiejąc się szydersko, to
buchając niemogącym utamować gniewem.
Burczał tak a młody jak pod chłostą jechał z głową
zwieszoną, nie odwracając się, jakby nie słuchał. Czasem konia
spiął aby od tych słów uciec, ale stary go doganiał.
Choć Pawlik się nie odwracał i nie chciał dać poznać po
sobie, że czuł gorące słowa, któremi go smagano, wydawał się z tem
mimowoli iż cierpiał. Drgały mu ramiona, ręce ściągał, - pięści
ściskał, głową rzucał nie zwracając jej, nogami konia dusił.
Trzymał tak w sobie młody gniew, aż wreście buchnął...
- E! ty - stary wywłoko! milczałbyś! Grzybie zgniły! W tobie
już krwi nie ma i kropli - to siedź u ognia... grzej się, a młodym
tobie nie rozkazywać. Myślisz że mnie ty czy kto słowem czy pięścią
strzyma, kiedy we mnie krew zagra i zakipi? albo że ją klecha
zażegna? albo ją strach zastudzi?
Rozśmiał się dziko i szydersko.
- A pocoby mnie życie, gdybym je miał związany w kącie
pędzić! Mnichem nie jestem, mnie trzeba swobody... ja muszę
wszystkiego pokosztować i nacieszyć się życiem... Na pokutę i na
gnicie dość będzie czasu.
- A któż ciebie będzie trzymał w jamie i kuł w dyby -
zakrzyczał stary sierdzisto. - Puszczą cię przecie! puszczą w
świat! Masz ledwie dziewiętnasty rok. Pójdziesz! pójdziesz! abyś
tylko powrócił... A no, dziś ty jeszcze chłystkiem!
- Nie! - zaprzeczył Pawlik. - Nie! Krzywoust młodszy był gdy
wojował, drugim żony dawali w tym wieku! a ja co? W podwórku mi
każą biegać, jak koniowi na postronku, za wrota ni rusz! Ksiądz pół
dnia więzi nad księgą, trzyma i w łeb kładzie co mi na nic!
Pisarzem ja nie będę..., ani kanclerstwa chcę! Ty, ciemięgo,
włóczysz się za mną jak cień, abym sam sobie nawet nosa nie utarł.
Co za dziw, że gdy się wyrwę to szaleję? E! ty, stary! niby ty nie
wiesz, że jak hacią wodę zaprzesz, to ci ona i hać i młyn i dom
wyniesie!
Stary zżymnął się, zły był jeszcze, ale widać było, że
wymowa chłopca nań działała, niemal się nią cieszył. - Rozbrajała
go. Uśmiech po ustach mu się prześliznął. Wszelako chciał być
nieprzebłaganym i gniewnym.
Jechali dalej tak, sporząc ciągle.
- O! kaznodzieja z ciebie dobry! - mówił stary. - Więcej u
ciebie języka niż statku! Żeby cię, jako teraz, na gorącym uczynku
złapać, potrafisz się wyłgać! Chłystek, mleko pod nosem, a już mu
cudzej dziewczyny się zachciało! Coś ty powinien wiedzieć o
dziewkach, ty, coś niedawno na pasku chodził!
Pawlik parsknął i nic nie odpowiedział, - a gdy stary
zmilkł, mruknął.
- Toćbym jej był nie zjadł! A co wielkiego zagrodnika
dziewka, żeby jej panu tknąć broniono? Jak grzyb wyrosła na mojej
ziemi...
- Milczałbyś gołowąsie jakiś! - przerwał stary. - Dość mi
tego! Myślisz, że Jędrek nie przyjdzie do miłościwego naszego na
skargę? A toć mu pół trzody twe psy niepoczciwe wydusiły! jego
pokąsały, a dziewka odchoruje ze strachu.
Pawlik się znów rozśmiał.
- Dziewka ma chorować ze strachu! - krzyknął. - Porzućże
stary. Widziała żem ni wilk ni wilkołak i krwi jej pić nie będę.
Jutroby się była śmiała...
Lekceważył coraz bardziej gniew starego, przychodząc do
siebie i już poświstywać począł. W tej wesołości udanej było jednak
nieco trwogi.
- Staremu Jędrkowi, - dodał - za trzodę i za strach co się
da.
- Kto da? co da? - wrzasnął Wojusz. - Ty chłystku nic nie
masz, na łasce ojcowskiej jesteś! Z panem ojcem, ty wiesz! nie
żarty!
Pawlik za całą odpowiedź ramionami poruszył.
- Na pół on martwy - ciągnął Wojusz dalej, - ale tej połowy,
co żywa została dosyć będzie, aby ci dobrą dał pamiątkę.
- Gdy ty mnie zaskarżysz! ty - wtrącił Pawlik.
- A ja mam zataić? duszę gubić? tobie dać szaleć, abyś się
do reszty rozwydrzył - zawołał stary. - A! niedoczekanie twe!
Miałem ja litość nad tobą, dosyć, nadto... Czas cię w żelazne
kleszcze wziąć!
- Czas mi wolę dać! - przerwał młody.
- Ufasz w to, żem ja cię wyniańczył, twoje psoty pokrywał -
ale już tego dość! dość!
Wyjeżdżali z doliny i zarośli, na polu, na wzgórzu widać
było zagrodę dużą, wały i wodę dokoła, z pośrodka drzew sterczące
dachy, półwieżyce i strażnice.
Był to gródek Przemankowski. - Do niego jadąc tak jak oni
jechali, już i pół godziny drogi nie było...
Młody musiał wszakci na ten czasu przeciąg rachować, iż on
starczy aby mu się stary Wojusz wyburzył. Zwalniał kroku dla
większej pewności, tak, że jadący równo z nim stary, stanął obok z
koniem - i pierwszy raz sobie znowu w oczy spojrzeli.
Młody, w którym już ostygło, uśmiechał się, stary burczał
ochłonąwszy też znacznie. Pot tylko z czoła ocierał.
Jechali dobry czas nic nie mówiąc do siebie.
Chłopak teraz, gdy się w nim namiętności ukołysały, krew
wzburzona uspokoiła, wyglądał ślicznie, rozkwitły bujną młodością.
Samo szaleństwo jego miało pewien wdzięk, któremu mógł się
dać ująć stary dozorca. Łatwo to pojąć było.
- Żebym był do stajen nie poszedł, chorego konia pańskiego
opatrywać - odezwał się Wojusz - konia, na którym on już nigdy
siedzieć nie będzie, a codzień go sobie przyprowadzać każe... żeby
nie ten koń! nie byłbym ci ja dał się wyrwać ze psy i z temi
psubraty, co za tobą poszli na rozpustę!... Co tobie ojciec sprawi,
łaźnię czy kaźnię - to jego rzecz - ale że ja (dodał zwracając się
z pięścią do jadących z tyłu), że ja tym łozami do krwi skórę
wygarbuję, to tak pewna jak żem dziś żyw, i że się zowię Wojusz
Sowa, i żem zawołania Półkoza, i żem ciebie na trutnia wychował...
- A wiesz, czemuś mnie na trutnia i nicponia wychował? -
dosyć chłodno odparł Pawlik.
- Wiem - bom za dobry był - huknął stary. - Trzeba cię było
siec a siec, a tłuc i ducha słuchać, nic nie darować... Jam głupi
był i często śmiał się, gdy płakać było trzeba.
- A! nie! nie! - przerwał Pawlik. - Gdybyś ty mnie tak nie
niańczył, na pasku nie wodził, dał mi się zawczasu wybrykać, jak
chłopskim dzieciom, a zakosztować swobody i guzów sobie nabić,
tobym ja teraz na swobodę i guzy tak łakomy nie był...
Stary Wojusz usłyszawszy te słowa, z pewnem podziwieniem
głową potrząsł. Może w duszy prawdę im przyznawał, a potwierdzić
jej nie mógł i nie chciał.
Zbliżał się już ku dworowi Przemankowickiemu. Wojusz, który
niedawno z niego wyskoczył, za zatraconym goniąc wychowańcem, bo
wiedział, że gdy się wyrwie, szalonego coś pocznie - patrząc zdala
na gródek, głową trząsł, bo się około niego coś działo
niezwyczajnego.
Pusty to był kąt, zaszyty w lasy, gościńce wielkie tędy nie
wiodły, rzadko kto obcy zawitał. Około dworu cudzych ludzi ledwie
parę razy do roku spotkać było można i to albo do zawołania
Półkozów należących, albo zabłąkanych na puszczy.
Teraz zaś pod wałami się roiło ludem. Z kilku stron widać
było ciągnące kupki zbrojne, podążające ku dworowi. Niektóre się
już były na podgrodziu porozkładały obozami, jakby dla nich w
środku miejsca zabrakło.
Widok to był tak niezwykły, że i Pawlik mu się zdumiał.
- Patrzno? co to jest? - zawołał. - Co to tam za ludzie
naszli?
- Widzęć, ale, Bóg skarż, nie wiem jacy - odparł cały już
tem zjawiskiem zajęty i niespokojny Wojusz. - Przecieżem niedawno z
gródka wyjechał, niespodziewano się tam nikogo; o nikim słuchu nie
było. To są jakieś zbrojne kupy!
W Pawliku krew zagrała, oczy mu się zaiskrzyły, nie mówił
nic. Stary odgadł, że mu się do tych orężnych chciało...
Na rękę też było chłopcu, iż na gródku coś zaszło, co
porządek pomięszało i mogło dać o nim zapomnieć. Wojusz tak był
zdziwiony i zmięszany tem, że chłopcu przestał czynić wymówki i
zapomniał go karcić.
Ze zmarszczonemi jechał brwiami, myśląc a zgadując, co się
stać mogło, iż na starego Jazdona tak najechano.
Jazdon ów, Półkoza, możny sobie pan, za Kaźmierza i Leszka w
radzie książęcej i na wojnach sławny, do Baronów i Comesów się
liczył, póki stało siły około dworu i wojska się zaprzątając.
Po onej Gąsawie nieszczęsnej i po zawieruchach a wojnach
książęcych, które potem niemało się lat ciągnęły, ręce mu do
wszystkiego opadły... Nie było widoku, aby z nich co dobrego wyjść
mogło.
Jazdon miał jedno na sercu i myśli, znowu ową monarchię
sławną Mieszków i Bolków przywrócić i władzę w jedną dłoń skupić, a
tu się one ziemie i powiaty coraz bardziej rozpadały. Dzielili się
książęta, mnożyli, ziemi i grodów ledwie dla nich stało. Każdy
sobie brał jakiś spłacheć i krwawił się oń bodaj z rodzonym bratem,
bodaj z ojcem, aby co najwięcej ziemi urwać, a potem mieć co między
dzieci dzielić.
Już było tedy owych dzielnic nie policzyć a wojen nie
powstrzymać. Nad karkiem wisiała Ruś i Połowcy, Prusacy poganie i
Litwa, co się w siłę wzbijała. Królestwa rosły dokoła silne, wrogów
zewsząd wstawały zastępy a w krainie Mieszkowej kotłowało i wrzało,
a jadło się co żyło.
Jazdon choć z Leszkiem trzymał wprzódy, gdy go nie stało, a
książęta Ślązcy, co niemczeli strasznie i także się ziemią
dzielili, nie wiele obiecywali; - przystał był duszą i ciałem do
Konrada Mazowieckiego.
Krwawy to był pan, straszny człek, ale mąż taki, co mógł
wszystkich zwojować i pod jeden płaszcz całą ziemię zagarnąć. Nie
było mu co wierzyć, bo słowa łamał, nie można go było kochać, bo on
nie miłował nikogo, ale dłoń miał żelazistą, potężną i głowę, w
której jedna myśl tkwiła - panować szeroko...
Więc Jazdon mu służył i wspomagał, a cały był z nim, nie
zsiadając z konia prawie, bo jeźli się nie bił, to mu szpiegował,
posłował, chwytał jeńców, gotów będąc posługi pełnić najlichsze,
aby się raz to ciało na sztuki rozpadnięte znowu zrastać poczęło.
Lecz żaden znój nie pomagał, bo nie nadeszła była jeszcze
godzina, którą Pan naznaczyć miał, aby się ten cud stał, o jakim u
grobu męczennika Stanisława powiadano, że ciało jego poćwiertowane
orłowie znieśli znowu kawałami i zrosło się, jako za żywota było.
Jazdon na duchu padł, patrzeć już nie chcąc na kalectwo ziemi swej
i jak raz powrócił, mało co cięty w ramię z wojny, obległ już doma
i więcej ruszać się nie chciał...
- Oczy moje już nie zobaczą, czego dusza pragnie! - mawiał.
Puścił potem brodę stary, aby rosła, i w Przemankowie swym
siadł, a zaraz mu, czy od owego cięcia, czy od tego smutku pół
ciała odjęło, tak, że jedną połową żył, a drugą był, jak umarły.
Jedno oko zamknęło mu się na wieki, połowica ust nie
ruszała, ręka jedna i noga nie miały władzy.
Przecież leżeć tak, jak kłoda, nie chciał. Całe życie
spędziwszy na koniu i na nogach, i teraz nie mógł w izbie
usiedzieć. Miał więc dwu ludzi barczystych, niewolników rusinów czy
połowców, z postrzyżonemi głowy, silnych jak niedźwiedzie, coby
wołu na barkach unieśli. Tym się nosić kazał czasem po całych
dniach. Brali go oni na ręce, a lewicę jego, która martwą była,
jeden sobie wiązał do szyi, i tak się ze starym po grodzie, po
szopach, po wałach włóczyć, dźwigając go, musieli. Mieniali się
tylko to na prawo, to na lewo, z kolei przechodząc, boby żaden dnia
całego nie wytrzymał po jednej stronie. Stary bowiem zły był,
porywczy okrutnie, a gdy się rozsierdził, ręką, która władzę miała,
tłukł i bił, lub za włosy niosących go targał, sińce nabijał, ba i
do krwi raził nieraz.
Niucha i Mucha, dwaj niewolni, znosili to w milczeniu,
ledwie że który się śmiał otrzeć, gdy mu krew popłynęła. Nawykli
byli do tego. Karmił ich też i poił, jak bydło na rzeź - co w nich
wlazło. Mało co przy nim mieli spoczynku, bo i w nocy u proga
legiwać musieli na zawołanie, a stary, gdy mu co przyszło do głowy,
budził ich po nocach czasem, kazał pochodnie zapalać i po ogrodzie
się naszać.
Człek był srogi, popędliwy, ale też sprawiedliwy. W życiu
domowem, mówiono o nim cicho, że za dawnych czasów więcej sobie
pozwalał, niż przystało - szalał okrutnie i żył obyczajem
pogańskim. Gdy żonę stracił, która syna mu dawszy, zmarła, dwór
był, jak u dzikich, niewiast różnych pełen, które kupowano dlań w
dalekich stronach... Pijano też nad miarę i dokazywano okrutnie...
Niejednego ubitego Jazdon miał na sumieniu, ale za krew płacił
sowicie i kajał się, choć - byle go kto zadrasnął, nazajutrz znów
łby gotów był ścinać.
Syna jedynego dał chować Wojuszowi, który mu był powinowatym
jakimś. - Sowa ojcowiznę pozastawiał i posprzedawał, potem do
Jazdona przyszedł raz odarty i u ognia mu siadł, mówiąc. - Już ztąd
nie pójdę. Ostatni chłapeć ziemi dałem za dwa sokoły, dwa psy i
opończę... Sokoły mi przepadły, psy się powściekały, opończa
podarła..., teraz wy mnie żywić musicie, bom swoja krew, zwalać się
jej nie możecie dać. Półkozać jestem!
Na to mu Jazdon rzekł. - Siedźże, ale mi syna weź w ręce
dobrze i trzymaj ostro, bo w nim tak, jak ongi we mnie, kipi krew
szalona. Odsłużysz za chleb, bo ci ta bestya oczy wydrze... Nie
strzyma go nikt, chyba drugi Półkoza, jako my.
A był dzieciak Jazdonów istny borsuk młody, którego się nie
tkniesz, żeby cię nie pokąsał. Miał z nim Wojusz nieustanną wojnę,
czasem zmuszony i siec i karcić strasznie, chociaż to nie pomagało,
bo chłopak zbity gorszym jeszcze się stawał. Dodali mu potem z
Krakowa od św. Jędrzeja klechę, pół-księdza, co go miał w religii
ćwiczyć i do nauki jakiej sposobić. Zwano go mistrzem Zulą, ten
gorzkiemi łzy opłakiwał swą dolę, tak ów Pawlik nieunoszony był.
Poskarżyli się czasem ojcu, kazał siec, więzić, głodzić.
Pawlik dawał się chłostać, ściąwszy zęby, ani pisnął, albo tych, co
go trzymali, za ręce kąsał. Dawał się zamykać, jadł chleb, wodę
pił, z jamy się nie wypraszał. Gdy go puszczono, wnet znów broił
tak samo.
Było z nim trudu strasznego niemało..., do tych
dziewiętnastu lat, których teraz doszedł. Stary Jazdon przecież,
dziwna rzecz, choć go sam, bywało, zdrową ręką za włosy wytargał i
obił, nie brał do serca tej krnąbrnej natury. Czasemby był
przysiągł Wojusz, że się z chłopca śmiał i cieszył, tak mu wąsy i
broda z jednej strony drgała. Niekiedy mruknął. - Będzie z niego
człek, z gnoju nie ma nic!
Na to Wojusz głową trząsł - nie dowierzając, choć i ten go
kochał... Klecha zaś Zula, którego chłystek żywcem zamęczał, miał
doń przywiązanie, jak do własnego dziecka.
Takie to było stworzenie dziwne, że ani go znienawidzić, ani
z nim w zgodzie pół dnia przeżyć nie było podobna.