Stryszek
- AROOOOOSSSSSS!!
Dokładnie taki sam syczący dźwięk wydawało to obrzydlistwo nazywane owsianką, gdy zaczynało się rozgotowywać. Nic dziwnego, bo siostra przełożona gotowała się z wściekłości.
- Niech no tylko cię dopadnę, poobrywam uszy!
To brzmiało niebezpiecznie. Aros jak zawsze zręcznie i zwinnie jak zając zwiewała przez kuchenne drzwi na podwórze. Jej okrągła głowa z krótkimi włosami wyglądałaby bez uszu jak dynia, jak czerwonobrązowa dynia, gdyby ją w końcu umyła. Do tego jej stara filcowa czapka utraciłaby praktyczne oparcia z prawej i lewej strony, i zaczęłaby już stale spadać Aros na oczy. A kto wie, do czego jeszcze mogły się przydać małżowiny. Siostra przełożona do wieczora się uspokoi i przejdzie do swej ulubionej procedury. Ukarze Aros, bijąc ją kijem po dłoniach i palcach. Też nic przyjemnego, zwłaszcza że po poprzednim razie wierzch prawej dłoni wciąż jeszcze pobłyskiwał bladoniebiesko.
- Stój, wstrętna szczurzyco!
- Chciałabyś, stara sadystko - mruknęła niezbyt głośno, bo wolała nie denerwować swojej prześladowczyni jeszcze bardziej.
Szczurzyca z imponującą szybkością dotarła do rozpadającej się stodoły naprzeciwko sierocińca, która teraz służyła jako kurnik. Jeszcze kilka miesięcy temu mieszkał tu osioł w towarzystwie dwóch kóz. Ptaki głośnym gdakaniem wyraziły niezadowolenie, gdy Aros wpadła jak furia do ich domostwa, a potem wskoczyła na szczeble stojącej po prawej starej drabiny. Tak zwinnie i szybko, jakby miała cztery, a nie zaledwie dwie nogi, wspięła się na górę, otworzyła klapę na strych, przecisnęła się przez otwór i na wysokości czterech metrów wreszcie poczuła się bezpieczna. Tam siostra przełożona na pewno jej nie dopadnie, zwłaszcza że nadgniłe stopnie mogły się pod nią załamać. Sama by była sobie winna, tłusta krowa.
- Idziesz dziś spać bez kolacji, niecnoto! Za to możesz liczyć na dwadzieścia razów na dłoń, czekam w moim pokoju - złorzeczyła jeszcze przez chwilę, by niepocieszona odwrócić się sprzed drzwi stodoły i wrócić do kuchni, i do komenderowania dwiema służącymi.
- Phi! - rzuciła Aros, klęcząc, bo poddasze było tak niskie, że nawet ona nie mogła stanąć. Oparła się o jedną z poprzecznych belek i wsunęła nagie stopy w resztki siana, które walały się tu jeszcze gdzieniegdzie.
Od kiedy pamiętała, sierociniec w mieście Opoka był jej domem, i od kiedy pamiętała, siostra przełożona wymierzała jej razy. Zwyczajny porządek rzeczy, na którym można było polegać.
Wszystko zaczęło się jakieś czternaście lat temu - jedna ze służących odkryła na schodach wejściowych do sierocińca niemowlę, raptem kilkutygodniowe. Na wpół zagłodzone, na wpół zamarznięte, przykryte do połowy w na wpół przegniłej drewnianej skrzynce, tak niepozorne, że aż rzucało się w oczy. Uparcie odmawiało przy tym zajmowania się tym, czym niemowlęta w takich sytuacjach zajmują się z całą mocą: krzykiem. Dziewczynka nie wydawała z siebie choćby piśnięcia, gapiła się tylko uparcie w niebo. Na jednej z desek skrzynki widniało wypalone wielkimi literami słowo: AROS. I takie właśnie dostała imię.
Takim to sposobem Aros nie miała pojęcia, ani ile ma lat, ani nawet kiedy ma urodziny. W sumie nie miało to aż takiego znaczenia. Ważniejsze było dla niej to, ile jeszcze pożyje. Myśl może zaskakująca dla młodej dziewczyny, jednak ostatnio dzień w dzień coraz twardsze były jej zderzenia z życiem, pozostawiające coraz liczniejsze siniaki na ciele i duszy, więc coraz częściej zadawała sobie pytanie, ile to jeszcze może potrwać. Możliwości były tylko dwie: albo ona dostanie wciry, albo życie. Przy czym na dziś wieczór już je sobie zorganizowała. Tylko dlatego, że chciała zaiwanić kromkę chleba. Zasłużyła na cięgi, ale nie dlatego, tylko dlatego, że dała się złapać siostrze przełożonej. Aros wiedziała, że nie będzie krzyczeć, cokolwiek się zdarzy. Brak kolacji nie był znowu aż takim problemem, szczególnie że porcje w sierocińcu były niewiele większe niż mysie bobki - i tak samo smakowały. Na śniadanie podawano owsiankę z wodą, ale za to na kolację była woda z owsianką. Aprowizacja niedroga, a przy tym łatwa w przygotowaniu. Na obiad z kolei siostra przełożona częstowała rozwodnioną owsianką, chyba że akurat kulinarna fantazja podpowiedziała jej jeszcze tańsze rozwiązanie: nic.
Nic więc dziwnego, że Aros musiała wciąż organizować sobie jakieś dodatkowe wiktuały, żeby nie umrzeć z głodu. Nawet tu na górze chowała żelazną rezerwę - o, za tamtą belką choćby powinno jeszcze leżeć na wpół wyschnięte jabłko. Podczas gdy jej badawcze spojrzenie wędrowało ku zwieńczeniu szczytowej ściany, uwagę dziewczyny przykuł jakiś dźwięku z dołu. Położyła się na brzuchu na sianie i spojrzała spomiędzy desek. Jednak oprócz kurcząt spostrzegła jedynie Wilczura, starego myśliwskiego psa, który rozłożył się wygodnie w jednym z narożników. Najlepsze dni miał już dawno za sobą, jedno biodro zupełnie mu zesztywniało, ruszał się z wyraźnym trudem.
- Ej, Aros! Co znowu nawyprawiałaś? Znowu gwizdnęłaś coś do jedzenia? A może znowu nasikałaś siostrze przełożonej do wina? - U dołu drabiny pojawił się chłopak, z wahaniem rozglądał się na wszystkie strony. Oczywiście musiał to być akurat Gram, pupilek siostry przełożonej, z uszami wielkimi jak rozpięte żagle i brązowymi lokami. Szukał jej wzrokiem, ale nie odważył wspiąć się za Aros. Należał do najwredniejszych dzieciaków w całym sierocińcu. I rzecz nie do uwierzenia: przez wszystkie te lata nie dał siostrze przełożonej ani razu pretekstu do lania. Co za wstyd!
- Nie twoja sprawa, Gram. Zmywaj się! I to już! - poradziła mu z naciskiem. Gdyby poważył się wejść do jej królestwa, spuściłaby mu na łeb klapę albo zrzuciła go z drabiny, nie byłoby to zresztą pierwszy raz. Kosztowało to zwykle dwadzieścia uderzeń, ale było warto. Gram był starszy o co najmniej dwa lata i wyższy o co najmniej dwie głowy, ale Aros nie raz i nie dwa pokazała mu, że musi się z nią liczyć. Bo Aros była biedna jak mysz kościelna, a ze wszystkich rzeczy, których nie miała, dwóch brakowało jej w największym stopniu: butów i respektu.
- Zobaczysz, że jeszcze skończysz w rynsztoku.
Aros była pewna, że się przesłyszała. Gram brzmiał zupełnie jak siostra przełożona, tylko sto lat starsza. Przemawiał przez niego rozsądek, bleee!
- Oszczędź mi swoich mądrości. A teraz spadaj, idź sobie odpucować nogi. - Gram szczycił się tym, że jego stopy były zawsze wyszorowane i różowiutkie jak u noworodka. Prawda, że ułatwiały mu to buty z jeleniej skóry; Aros nie miała pojęcia, skąd je wziął.
Spojrzał na nią z pogardą.
- Zachowujesz się karygodnie i... ordynarnie.
Skąd on znał te wszystkie słowa?
- A ty jesteś do dupy, Gram. Spieprzaj wreszcie.
- Mam nadzieję, że siostra przełożona da ci dzisiaj nauczkę.
- Najpierw musiałaby mnie złapać, durniu.
- Ja mam cię złapać i przyprowadzić, obiecała mi nagrodę.
- Najpierw musiałbyś mnie złapać, durniu.
- Niby po co? I tak będziesz musiała wrócić wieczorem i odebrać swoją zapłatę. Inaczej nie wpuści cię do sypialni i ciekawe, co wtedy zrobisz.
Tutaj niestety miał rację. Aros zacisnęła swe małe dłonie w pięści. Wiedziała, że w bójce Gram jest groźnym przeciwnikiem. Pozbawiony skrupułów, za to z szerokimi barkami i silnymi ramionami, o dłoniach jak imadła: gdy już nimi ucapił, nie puszczał. Hultaj miał naprawdę dużo siły, zresztą trudno się dziwić, jako jedyny w całym sierocińcu dostawał tyle jedzenia, ile tylko chciał - naprawdę zasługiwał na nienawiść.
Nagle Gram przybrał minę pełną przebiegłości i złośliwości.
- Mam pomysł, jak cię zwabić na dół.
Podszedł do starego Wilczura i kopnął go z całej siły w długi pysk, który zmęczone zwierzę położyło między przednie łapy. Wilczur zaskomlał. Z bólu i ze strachu. Stał teraz przed Gramem, lekko pochylony, gwałtownie machając ogonem i z przepraszającą miną zlizywał krew z nosa. Jakby tego było mało, Aros widziała wyraźnie, że bardzo boli go biodro.
Biedny pies, był jeszcze głupszy niż Gram, który zamachnął się właśnie do drugiego kopniaka.
- Schodź albo go zakopię na śmierć!
Tę nienawiść w głosie naprawdę mógł już sobie darować. Z głośnym krzykiem Aros przedostała się przez dziurę w stropie i z ostatniego stopnia drabiny skoczyła prosto na Grama. Nie raz już tak skakała, chociaż dotąd zawsze radośnie na wielką górę siana, a nie nienawistnie na człowieka. Z wyprostowanymi ramionami, palcami zmienionymi w szpony, oczami i ustami szeroko otwartymi z wściekłości, wylądowała prosto na nim, przewróciła siłą uderzenia i nawet udało jej się jeszcze z całej siły wbić mu kolano pod brodę. Szczęka Grama zachrupotała, zęby strzeliły o zęby, przewrócił oczami. Najwyraźniej zupełnie nie spodziewał się takiego nalotu z ponad dwóch metrów, przy którym Aros sama mogła sobie skręcić kark. Bombardowała go piąstkami po twarzy, aż z ust i nosa zaczęła mu płynąć jasna krew. Aros wiedziała, że każdy atak z zaskoczenia musiał się zaskakująco szybko skończyć. Odskoczyła więc pospiesznie i wspięła się z powrotem na drabinę. Trochę bolało ją kolano, ale ból osładzała myśl, że wreszcie wbiła coś temu bydlakowi w jego pusty łeb.
A przy tym jedno się nie zmieniło: on dalej był na dole, a ona - na górze. Tyle tylko, że Gram leżał na plecach, jęcząc i krwawiąc. Przestraszony Wilczur wcisnął się jak mógł najgłębiej w swój kąt.
Najsympatyczniejszym głosem, jakby chciała prosić Grama o przysługę, Aros powiedziała: - Dobrze mnie posłuchaj, Gram. Jeśli jeszcze raz dotkniesz Wilczura, zabiję cię.
Pies na dźwięk swego imienia zamerdał ogonem.
- Zwariowałaś, kompletnie zwariowałaś - zajęczał chłopak. Podniósł się powoli i rękawem wytarł sobie krew z twarzy.
Aros była niemal pewna, że nie zakapuje na nią u siostry przełożonej ani u nikogo innego; w końcu to wstyd, że taka chuda, drobna... ordynarna dziewczyna pobiła takiego rębajłę. Patrzył za nią przekrwionymi, pełnymi nienawiści oczami, ale przecież to nie nienawiść wzięła w nim górę, tylko strach. Osiłek Gram się bał. Nie jej, tylko jej nieobliczalności. Aros nie była pewna, czy naprawdę potrafiłaby go zabić. Nigdy nikogo nie zabiła i bynajmniej nie odczuwała takiej chęci. Nie lubiła broni, sztyletów ani mieczy. Ale Gram tego nie wiedział - a to było najważniejsze. Podniósł się, jęcząc i przyglądając Aros kątem oka, z wysuniętą dolną wargą. Powoli, starając się zachować resztkę godności, strząsnął brud i siano z ubrania i wyszedł ze stodoły bez słowa.
Kiedy zniknął z horyzontu, Aros wychynęła ze strychu.
- Słuchaj, Wilczurze. Następnym razem nie możesz mu pozwalać na wszystko, tylko masz ugryźć łajdaka z całej siły w nogę.
Jakby na potwierdzenie Wilczur ponownie zamachał ogonem i polizał się po siwym pysku.
To nie przekonało Aros. - Wierz mi, kolego, machanie ogonem to za mało, żeby dać sobie radę w tym świecie. Musisz gryźć, gryźć, gryźć. - Wręcz krzyknęła na biednego psa. Tak głęboko wierzyła w to, co mówi, że brzmiała przekonująco nawet mimo swego wysokiego głosu. W każdym razie Wilczur wolał schować się za wielkimi łapami.
Zadowolona ze zwycięstwa nad Gramem Aros rozłożyła się na sianie. Najchętniej nie ruszałaby się stąd do końca swych dni, jednak doświadczenie życiowe pouczało, że w którymś momencie będzie musiała pójść za potrzebą oraz przynieść sobie coś do jedzenia. Poza tym siostra przełożona już jej groziła, że pewnego dnia wykurzy ją ze stryszku ogniem. Był to pomysł, który nie spodobałby się również tym dwóm tłustym pająkom umiejętnie przędącym sieci między dwiema belkami poddasza. Aros nazwała je Stuk i Puk, bo wciąż stukały i pukały tymi swoimi szesnastoma nogami.
Wsunęła sobie w usta źdźbło słomy, kierując jego końcówkę to w górę, ku oczom, to w dół, gdzie uderzała ją w brodę. Już samo to wywołałoby meczenie tej starej kozy. "Dziewczynie nie wypada żuć trawy!" Aros lekceważąco wyciągnęła język, nie pozwalając przy tym, aby źdźbło odkleiło się od ust. Dziewczynie wypadało robić wyłącznie rzeczy, które nikomu nie sprawiały żadnej przyjemności. Dziewczyna nie wspinała się na stryszek - ale szczurzyca już mogła. Jakby na potwierdzenie z tyłu dał się słyszeć szelest, wytężyła wzrok w poszukiwaniu ostrego pyska, guzików oczu i długiego ogona, jednak bez skutku. Aros i za sto lat nie zadowoli tej spasionej siostry przełożonej, tym bardziej, że najwyraźniej wielką przyjemność sprawiało tej sadystce spuszczanie jej lania.
Co teraz? Mogła iść do portu, ukraść trochę rybich odpadów. Poza tym słyszała, że Matylda pracuje teraz na Czwartym Nabrzeżu. Aros uważała ją za kogoś w rodzaju przyjaciółki - w każdym razie wychowywały się razem w sierocińcu, aż któregoś dnia, przed niecałym rokiem, siostra przełożona oddała Matyldę i jeszcze jakąś dziewczynę do zamtuzu. Przyszedł wówczas jakiś człowiek z grubym brzuchem i grubym portfelem, a poszedł z grubym brzuchem i chudym portfelem. Przy okazji zabrał ze sobą obie dziewczyny jak dwa kurczaki. Jennie i Matylda były o dwa lata starsze od Aros, więc spodziewała się, że najpóźniej za rok spotka ją ten sam los. Perspektywa ciężkiego trzosa i dopłaty z miasta do każdej sieroty - tylko to powstrzymywało siostrę przełożoną przed zatłuczeniem Aros na śmierć albo wysłaniem jej do diabła. U którego zresztą pewnie żyłoby się jej trochę lepiej.