Syn cieni. Cykl Siedmiorzecze. Tom 2 - Juliet Marillier

Kup ebooka

42.90 zł
35.61 zł (35,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Moja matka znała wszystkie historie, jakie kiedykolwiek opowiedziano przy paleniskach Erin, i jeszcze trochę. Ludzie stawali w ciszy wokół kominka, by wysłuchać jej gawędy po długim dniu pracy, i zachwycali się jaskrawymi gobelinami, które splatała za pomocą słów. Opowiadała o rozlicznych przygodach bohatera Cú Chulainna, a także o Fionnie mac Cumhaillu, wielkim, a przy tym niebywale sprytnym wojowniku. W niektórych domostwach takie historie były zarezerwowane wyłącznie dla mężczyzn. Ale nie w naszym, gdyż matka rzucała słowami czar obejmujący wszystkich. Snuła opowieści, które rozbawiały domowników do łez, oraz takie, przy których cichli potężni mężowie. Istniała tylko jedna historia, której nigdy nie opowiadała – jej własna. Moja matka była dziewczyną, która wyzwoliła swych braci spod klątwy czarownicy, choć niemalże przypłaciła to życiem. Dziewczyną, której sześciu braci spędziło trzy długie lata pod postacią dzikich zwierząt i zdołało wrócić jedynie dzięki temu, iż cierpiała w milczeniu. Nie było potrzeby opowiadania i powtarzania tej historii, gdyż zdążyła się ona na dobre zakorzenić w umysłach ludzi. Poza tym w każdej wiosce znalazłby się człek lub dwóch, którzy przelotnie ujrzeli jednego z braci po ich powrocie, tego z połyskliwym łabędzim skrzydłem w miejscu lewej ręki. Nawet bez tego dowodu wszyscy wiedzieli, że historia była prawdziwa. Ludzie obserwowali moją matkę, gdy ich mijała, drobną postać z koszykiem maści i mikstur, po czym skłaniali głowy z głębokim szacunkiem w oczach.

Gdybym poprosiła ojca o jakąś opowieść, roześmiałby się, wzruszył ramionami i odrzekł, że słowa nie przychodzą mu łatwo, a poza tym zna tylko jedną historię, może dwie, i obiema się już z nami podzielił. Potem zerknąłby na matkę, a ona na niego, w ten ich szczególny sposób, który był jak mówienie bez słów, aż wreszcie ojciec skierowałby moją uwagę na coś innego. Nauczył mnie rzeźbić małym nożykiem, sadzić drzewa i walczyć. Mój wuj uważał to za dość ekscentryczne. Tego rodzaju zajęcia były jak najbardziej odpowiednie dla mojego brata Seana, ale niby kiedy Niamh i ja miałybyśmy potrzebować umiejętności w posługiwaniu się pięściami i stopami, kijem albo niewielkim sztyletem? Po cóż marnować czas w ten sposób, skoro istniało tak wiele innych rzeczy, których mogłybyśmy się uczyć?

– Żadna z moich córek nie wyjdzie poza obręb tych lasów bez ochrony – oznajmił kiedyś ojciec wujowi Liamowi. – Mężczyznom nie można ufać. Nie zrobię z mych dziewcząt wojowniczek, ale przynajmniej dam im środki, by potrafiły się bronić. Dziwi mnie, że musisz pytać o powód. Czyżbyś miał tak krótką pamięć?

Nie spytałam go, co miał na myśli. Wszyscy prędko odkryliśmy, że w takich chwilach niemądrze było wchodzić między ojca a Liama.

Uczyłam się szybko. Chodziłam z matką po wsiach, dowiadując się, jak zszywać rany, usztywniać złamane kończyny, leczyć krup i pokrzywkę. Dzięki obserwowaniu ojca zrozumiałam, jak stworzyć sowę, jelenia i jeża z kawałka porządnego dębu. Ćwiczyłam się w sekretach walki z Seanem, gdy dał się do tego namówić pochlebstwami, i opanowałam szeroki repertuar sztuczek, które działały nawet na większego i silniejszego przeciwnika. Często zdawało mi się, że wszyscy w Siedmiorzeczu byli postawniejsi ode mnie. Ojciec zrobił dla mnie laskę, która była idealnych rozmiarów, i podarował mi na własność swój mały sztylet. Sean dość mocno się wtedy zaperzył na dzień lub dwa, ale nigdy nie chował urazy zbyt długo. Poza tym był chłopcem i miał własną broń. Za to nigdy nie dało się poznać, co myśli moja siostra Niamh.

– Pamiętaj, kruszyno – przykazał mi poważnie ojciec – ten sztylet może zabić. Mam nadzieję, że nigdy nie będziesz musiała go użyć w takim celu, ale jeśli tak się stanie, tnij czysto i odważnie. Tu, w Siedmiorzeczu, nie widziałaś wiele zła i liczę na to, że nigdy nie zostaniesz zmuszona do dźgnięcia człowieka w swojej obronie. Lecz pewnego dnia możesz potrzebować broni, więc musisz pilnować, by sztylet był ostry i lśniący, i ćwiczyć swe umiejętności, byś była gotowa, jeśli nadejdzie taki czas.

Wydawało mi się, że cień padł na jego twarz, a spojrzenie stało się nieobecne, tak jak mu się to czasem zdarzało. W milczeniu skinęłam głową i wsunęłam małą, śmiercionośną broń do pochwy.

Takich rzeczy nauczyłam się od ojca, zwanego przez ludzi Iubdanem, mimo że tak naprawdę nosił inne imię. Jeśli ktoś zna dawne historie, pojmuje żart, który mój ojciec zaakceptował z humorem. Iubdan z opowieści był bowiem karzełkiem, który rozpętał wojnę po tym, jak wpadł do miski owsianki, choć koniec końców powetował sobie swoje krzywdy. Mój ojciec był bardzo wysoki i potężnie zbudowany, a włosy miał koloru jesiennych liści w popołudniowym słońcu. Pochodził z Brytanii, choć ludziom wyleciało to z pamięci. Gdy otrzymał swe nowe imię, stał się częścią Siedmiorzecza, a ci, którzy nie używali owego przydomka, zwali go Wielkim.

Ja sama pragnęłabym być nieco wyższa, ale byłam drobną, chudą i ciemnowłosą dziewczyną z rodzaju tych, na które mężczyzna nie spojrzałby drugi raz. Nie dbałam o to. Miałam dość zajęć, by nie wybiegać myślami tak daleko w przyszłość. To za Niamh mężczyźni wodzili wzrokiem, gdyż była wysoka i miała szerokie ramiona po naszym ojcu, jaskrawe włosy spadały kaskadą na jej plecy, a ciało okrągliło się hojnie we wszystkich właściwych miejscach. Nieświadomie stąpała w sposób, który przyciągał męskie spojrzenia.

– Z tą będą kłopoty – mruczała nad garnkami i patelniami Janis, nasza kucharka.

Sama Niamh zawsze znajdowała w sobie wady.

– Nie dość, że jestem w połowie Brytką – rzekła raz ze złością – to czy muszę jeszcze wyglądać jak jedna z nich? Widzisz to? – Pociągnęła za swój gruby warkocz, a rudozłote kosmyki rozsypały się w lśniącą kurtynę. – Kto poznałby we mnie córkę Siedmiorzecza? Z taką czupryną mogłabym być Saksonką! Dlaczego nie mogłam się okazać drobniutka i wdzięczna jak matka?

Obserwowałam ją przez parę chwil, gdy zaczęła z zaciętością rozczesywać włosy szczotką niczym mieczem. Jak na kogoś równie niezadowolonego ze swego wyglądu, spędzała sporo czasu na wypróbowywaniu nowych fryzur, przebieraniu się w coraz to inne suknie i zmienianiu wstążek.

– Wstydzisz się, że jesteś córką Bryta? – zapytałam.

Spiorunowała mnie wzrokiem.

– Cała ty, Liadan. Zawsze mówisz prosto z mostu, czyż nie? Tobie się poszczęściło, jesteś jak mała kopia matki, jej tycia pomocnica. Nic dziwnego, że ojciec cię uwielbia. Tobie wszystko przychodzi łatwo.

Pozwoliłam, by jej słowa po mnie spłynęły. Czasami taka była, jak gdyby miała w sobie zbyt wiele uczuć, które musiały gdzieś znaleźć ujście. Same słowa nic nie znaczyły. Czekałam.

Niamh machała szczotką, jakby to było narzędzie do wymierzania kary.

– Sean też – rzekła, spoglądając gniewnie na swoje odbicie w lustrze z wypolerowanego brązu. – Słyszałaś, jak nazwał go ojciec? Powiedział, że jest synem, którego Liam nigdy się nie dorobił. Co o tym sądzisz? Sean tu pasuje; wie dokładnie, dokąd zmierza. Dziedzic Siedmiorzecza, ukochany syn nie jednego, a dwóch ojców, nawet z wyglądu. Podejmie wszystkie właściwe kroki: poślubi Aisling, co każdego uszczęśliwi, zostanie przywódcą, może nawet tym, który odbije dla nas wyspy. Jego dzieci pójdą w jego ślady, a po nich ich dzieci, i tak dalej. Na Brigid, to takie nużące! Takie przewidywalne.

– Nie możesz mieć obu tych rzeczy naraz – odparłam. – Albo chcesz tu pasować, albo nie. Poza tym jesteśmy córkami Siedmiorzecza bez względu na to, czy ci się to podoba, czy nie. Jestem przekonana, że Eamonn z chęcią cię poślubi, gdy przyjdzie na to czas, i nie będzie zważał na twoje złote włosy. Nie słyszałam od niego słowa skargi.

– Eamonn? Ha! – Niamh przeszła na środek pokoju, gdzie snop światła padał złociście na dębowe deski podłogi. W tym miejscu zaczęła obracać się z wolna, aż jej biała suknia i wspaniałe, błyszczące kędziory zawirowały wokół niej niczym chmura. – Nie pragniesz, by zdarzyło się coś wyjątkowego, coś tak ekscytującego i nowego, że porwie cię niczym wielka fala? Coś, co rozogni i rozpali twe życie tak, że zobaczy to cały świat? Coś, co dotknie cię radością lub zgrozą, zepchnie cię z twej bezpiecznej ścieżynki na wielką, dziką drogę, której końca nikt nie zna? Nigdy nie marzysz o czymś podobnym, Liadan? – Wirowała i wirowała, obejmując się ramionami, jakby był to jedyny sposób, w jaki mogła okiełznać swe uczucia.

Siedziałam na brzegu łóżka, obserwując ją w ciszy. Po pewnym czasie odpowiedziałam.

– Powinnaś być ostrożna. Takie słowa mogą skusić czarowny lud do zamieszania w twoim życiu. Podobne rzeczy się zdarzają. Znasz historię matki. Podarowano jej taką szansę, a ona ją przyjęła. I tylko odwadze swojej i ojca zawdzięcza to, że nie zginęła. By przeżyć ich intrygi, trzeba być wyjątkowo silnym. Dla niej i Iubdana zakończenie okazało się szczęśliwe, ale w tej historii znaleźli się również przegrani. Co z sześcioma braćmi matki? Zostało ich dwóch, może trzech. To, co się stało, zniszczyło ich wszystkich. A byli też inni, których spotkała śmierć. Lepiej byś uczyniła, ciesząc się swoim życiem dzień po dniu. Ja czuję dość ekscytacji, gdy pomagam przyjść na świat nowemu jagnięciu albo gdy widzę, jak młode dęby rosną silne w wiosennych deszczach. Gdy posyłam strzałę prosto w cel albo leczę dziecko z krupu. Po co prosić o więcej, gdy to, co mamy, jest tak dobre?

Niamh opuściła ramiona i przeczesała dłonią włosy, natychmiast niwecząc swą wcześniejszą pracę ze szczotką. Westchnęła.

– Czasami gadasz tak w stylu ojca, że aż mnie mdli – powiedziała, ale jej głos zabrzmiał dość czule.

Dobrze znałam swoją siostrę. Nie pozwalałam jej często psuć mi nastroju.

– Nigdy nie rozumiałam, jak on mógł to zrobić – mówiła dalej Niamh. – Porzucić wszystko, ot tak: swoje ziemie, władzę, pozycję i rodzinę. Tak po prostu wszystko oddać. Nigdy nie zostanie panem Siedmiorzecza, to rola Liama. Jego syn bez wątpienia odziedziczy majątek, ale Iubdan zawsze będzie tylko "Wielkim", cicho zajmującym się swoimi drzewami i doglądającym stad, pozwalającym na to, by świat pędził dalej, omijając go. Jak prawdziwy mężczyzna mógł wybrać taki rodzaj życia? Nigdy nawet nie wrócił do Harrowfield.

Uśmiechnęłam się do siebie. Czyżby była ślepa, skoro nie dostrzegała tego, co było między Sorchą i Iubdanem? Jak mogła mieszkać tu dzień po dniu i widzieć, jak na siebie patrzą, a mimo to nie rozumieć, dlaczego ojciec postąpił w taki sposób? Poza tym bez jego zdolnego gospodarowania Siedmiorzecze byłoby jedynie dobrze strzeżoną warownią. Pod jego przewodnictwem nasze ziemie kwitły. Wszyscy wiedzieli, że hodujemy najlepsze bydło i uprawiamy najwyższej jakości jęczmień w całym Ulsterze. To praca mojego ojca pozwoliła wujowi Liamowi tworzyć sojusze i przeprowadzać kampanie. Nie sądziłam, by był sens tłumaczyć to mojej siostrze. Jeśli do tej pory tego nie pojęła, nigdy tego nie zrobi.

– On ją kocha – powiedziałam. – To takie proste. A jednak jest w tym coś więcej. Matka o tym nie mówi, ale magiczne istoty maczały palce w tej sprawie od samego początku. I uczynią to ponownie.

W końcu przyciągnęłam uwagę Niamh. Zwęziła swe piękne, błękitne oczy, odwracając się twarzą w moją stronę.

– Teraz brzmisz jak ona – rzuciła oskarżająco. – Jakbyś zaraz miała mi opowiedzieć historię ku przestrodze.

– Nie zrobię tego – odparłam. – Nie jesteś w odpowiednim nastroju. Chciałam tylko powiedzieć, że jesteśmy inni: ty, ja i Sean. Za sprawą czarownego ludu nasi rodzice spotkali się i pobrali. Nasza trójka przyszła na świat z powodu towarzyszących temu wydarzeń. Być może następna część opowieści należy do nas.

Niamh zadrżała, siadając koło mnie i wygładzając spódnice na kolanach.

– Ponieważ nie jesteśmy ani z Brytanii, ani z Erin, lecz jednocześnie z obu – rzekła powoli. – Myślisz, że jedno z nas jest dzieckiem z przepowiedni? Tym, które zwróci naszym ludziom wyspy?

– Słyszałam takie opinie. – Zdarzało się to w sumie bardzo często, teraz gdy Sean był już prawie mężczyzną i wyrastał na równie dobrego wojownika i przywódcę jak wuj Liam. Poza tym lud był gotów do działania. Zatarg o wyspy przycichł na długo przed czasami matki, gdyż minęło już wiele lat, odkąd Brytowie zawładnęli najsekretniejszym miejscem Irlandczyków, ale gorycz ludności ostatnio gwałtownie przybrała na sile, bo nie tak dawno znaleźliśmy się wyjątkowo blisko odbicia należnej nam własności. Gdy Sean i ja byliśmy jeszcze niespełna sześcioletnimi dziećmi, wuj Liam wraz z dwoma braćmi, wspomagany przez Seamusa Rudobrodego, poprowadził swe oddziały naprzód w śmiałej kampanii i wdarł się w samo serce spornego terytorium. Było blisko, boleśnie blisko. Postawili stopę na Małej Wyspie i rozbili tam w tajemnicy obóz. Obserwowali, jak olbrzymie ptaki szybują i kołują nad Igłą, surowym wierzchołkiem smaganym przez lodowate wiatry i bryzgające wody oceanu. Rzucili się do zażartego ataku z morza na brytoński obóz na Wielkiej Wyspie, lecz ostatecznie zostali odparci. W tej bitwie zginęło dwóch z braci mojej matki. Cormack został powalony ciosem miecza prosto w serce i umarł w ramionach Liama. Diarmid zaś, szukając pomsty za utratę brata, walczył jak opętany i w końcu został pojmany przez wroga. Ludzie Liama odnaleźli później jego zwłoki dryfujące na płyciźnie, gdy zwodowali swą małą flotę i uciekali, pokonani przewagą liczebną, wyczerpani i zrozpaczeni. Utonął, ale dopiero po tym, jak Brytowie się z nim zabawili. Matce nie pozwolono zobaczyć jego ciała, gdy przywieziono je do domu.

Ci Brytowie byli ludźmi mojego ojca. Iubdan nie brał jednak udziału w tej wojnie. Przysiągł raz, że nie dobędzie broni przeciwko własnym rodakom, a był osobą, która dotrzymuje słowa. Z Seanem sprawy miały się inaczej. Wuj Liam nigdy się nie ożenił, a matka powiedziała, że nigdy tego nie zrobi. Była kiedyś dziewczyna, którą kochał, lecz w tamtym czasie razem w braćmi padł ofiarą zaklęcia. Trzy lata to długi okres, gdy ma się zaledwie szesnaście lat. Kiedy w końcu wrócił do ludzkiej postaci, jego ukochana zdążyła już wyjść za mąż i urodzić syna. Zastosowała się do życzenia ojca, wierząc, że Liam zginął, a zatem nie mógł pojąć jej za żonę. W dodatku wuj nie potrzebował własnego syna, gdyż kochał swego siostrzeńca tak zawzięcie, jak każdy ojciec kocha swe dziecko, i wychował go nieświadomie na swój własny wzór. Sean i ja przyszliśmy na świat razem, on zaledwie chwilę wcześniej, lecz w wieku szesnastu lat przewyższał mnie o ponad głowę. Był już prawie mężczyzną, miał barczyste ramiona i szczupłe, żylaste ciało. Liam dopilnował, by stał się mistrzem w sztuce wojennej. Sean uczył się również planować kampanie, wydawać sprawiedliwe wyroki, rozumieć tok myślenia zarówno sprzymierzeńców, jak i wrogów. Wuj wypowiadał się czasem na temat młodzieńczej niecierpliwości siostrzeńca, ale Sean wyrastał na przywódcę. Nikt w to nie wątpił.

Nasz ojciec zaś uśmiechał się i pozwalał im działać dalej wedle uznania. Pojmował ciężar spuścizny, jaką pewnego dnia Sean miał wziąć na swoje barki. Nie zrzekł się jednak swego syna. Bywały chwile, gdy we dwójkę obchodzili lub objeżdżali pola, obory i stodoły gospodarstwa domowego, a Iubdan uczył potomka, w jaki sposób dbać o swoich ludzi i ziemie tak umiejętnie, jak i ich bronić. Rozmawiali długo i często oraz szanowali siebie nawzajem. Tylko ja przyłapywałam czasem matkę, jak zerka na Niamh, Seana czy mnie, i wiedziałam, co ją trapi. Wcześniej czy później czarowny lud uzna, że nadszedł czas: czas, by znów wtrącić się w nasze życie, ująć do połowy ukończony gobelin i wpleść weń jeszcze kilka pokrętnych wzorów. Które z nas wybiorą? Czy jedno z nas było dzieckiem z przepowiedni, które w końcu zaprowadzi pokój między naszym ludem a brytońskim rodem z Northwoods i odzyska wyspy z mistycznymi jaskiniami i świętymi drzewami? Ja sama uważałam, że nie. Jeśli choć trochę znało się nadnaturalne istoty, wiedziało się, że były przebiegłe i działały subtelnie. Ich gra była złożona, wybory zawsze nieoczywiste. Poza tym co z pozostałą częścią proroctwa, którą ludzie zdawali się wygodnie ignorować? Czyż nie wspominała o noszeniu znaku kruka? Nikt nie wiedział dokładnie, co te słowa miały znaczyć, ale nie wydawały się odnosić do żadnego z nas. Zresztą musiało istnieć sporo mezaliansów pomiędzy wędrującymi Brytami a kobietami z Erin. Na pewno nie byliśmy jedynymi dziećmi, w których żyłach płynęła krew obu ras. Powtarzałam sobie te słowa, a potem spoglądałam w patrzące na nas oczy matki, zielone, kapryśne, czujne, i dreszcz złych przeczuć przebiegał mi po ciele. Wyczuwałam, że nadszedł czas na kolejne zmiany.

Tej wiosny zjechali do nas goście. Tu, w sercu potężnego lasu, stare zwyczaje były silnie zakorzenione mimo społeczności mężczyzn i kobiet rozchodzących się po naszym kraju ze swymi chrześcijańskimi krzyżami – surowymi symbolami nowej wiary. Od czasu do czasu podróżnicy przywozili zza morza opowieści o strasznych krzywdach czynionym ludziom, którzy ośmielili się hołdować dawnym tradycjom. Okrutne kary, nawet śmierć, czekały na tych, którzy zostawiali ofiary, na przykład dla bóstw plonów, albo na tych, którym przyszło do głowy, by rzucić prosty urok dla pomyślności lub użyć mikstury, by przyciągnąć do siebie z powrotem niewiernego kochanka. W tamtych miejscach wszystkich druidów zgładzono lub wygnano. Wielka była moc nowej wiary. Jakże mogłaby upaść, skoro miała szczodre finansowe wsparcie i zbrojne armie?

Lecz my, mieszkańcy Siedmiorzecza, tego zakątka Erin, byliśmy inni. Święci ojcowie, kiedy już tu dotarli, byli przeważnie cichymi, uczonymi mężami, którzy dyskutowali o sprawach z otwartymi umysłami, i słuchali równie często, jak mówili. W ich towarzystwie chłopiec mógł nauczyć się czytać po łacinie i po irlandzku, schludnie pisać, mieszać kolory i tworzyć zawiłe wzory na pergaminie lub delikatnym welinie. Między siostrami dziewczynka mogła opanować sztukę leczenia i śpiewania niczym anioł. W ich domach kontemplacji znajdowało się miejsce dla biednych i wywłaszczonych. W głębi duszy byli dobrymi ludźmi. Jednak zasilenie ich szeregów nie było przeznaczeniem nikogo z naszego domostwa. Gdy mój dziadek odszedł i Liam został lordem Siedmiorzecza ze wszystkimi obowiązkami, jakie niósł ze sobą ów tytuł, pociągnięto za wiele sznurków, by wzmocnić naszą siedzibę. Liam zjednoczył okoliczne rody, powołał do walki silne oddziały, stał się przywódcą, którego nasz lud tak desperacko potrzebował. Mój ojciec sprawił, że nasze farmy prosperowały, a pola rodziły tak obfite plony jak nigdy wcześniej. Sadził dęby tam, gdzie ongiś ziemia leżała odłogiem. On również przywrócił nadzieję ludziom, których jedynie krok dzielił od rozpaczy. Moja matka stanowiła symbol rzeczy, których można dokonać za pomocą wiary i siły, żyjącym przypomnieniem nadprzyrodzonego świata istniejącego tuż pod powierzchnią naszego. Dzięki jej osobie mieszkańcy codziennie wdychali prawdę o tym, kim byli i skąd przyszli – leczniczy przekaz z królestwa duchów.

Był też jej brat Conor. Jak mówi historia, było sześciu braci. Wspomniałam już o Liamie i dwóch najbliższych mu wiekiem, którzy polegli w pierwszej bitwie o wyspy. Najmłodszy, Padriac, został podróżnikiem i rzadko wracał do domu. Czwarty brat, Conor, był druidem. Podczas gdy w innych miejscach dawna wiara zanikała i się rozmywała, my w naszym lesie obserwowaliśmy, jak jej światło lśni coraz mocniej. Było tak, jakby każde święto, każdy dzień zwiastujący nową porę roku za pomocą śpiewów i rytuałów zwracał nam odrobinę więcej jedności, którą ludzie niemalże utracili. Przy każdej podobnej okazji zbliżaliśmy się o krok do gotowości, by odzyskać to, co wiele pokoleń wcześniej ukradli nam Brytowie. Wyspy stanowiły serce naszych tajemnic, źródło naszej wiary. Przepowiednia czy nie, lud zaczął wierzyć, że Liam je odbije, a jeśli nie on, to Sean, który zostanie jego następcą jako lord Siedmiorzecza. Ten dzień nadchodził, a nasza społeczność nigdy nie była tego bardziej świadoma niż wtedy, gdy mędrcy wyszli z lasu, by świętować przejście w nową porę. Stało się to w Imbolc tego roku, gdy Sean i ja mieliśmy po szesnaście lat – roku, który wypalił się mocno w mej pamięci. Zjawił się Conor, a z nim grupa mężczyzn i kobiet, niektórzy w bieli, inni w zgrzebnych, ręcznie tkanych szatach uczniów. Odprawili ceremonię, by uhonorować święto Brigid w głębi lasów Siedmiorzecza.

Przybyli po południu, bezszelestnie jak zawsze. Dwóch bardzo sędziwych mężczyzn i jedna stara kobieta podążali w prostych sandałach ścieżką prowadzącą z lasu. Włosy mieli zaplecione w mnóstwo cienkich warkoczyków poprzeplatanych kolorowymi nićmi. Byli też i młodsi, odziani w ubrania z samodziału, zarówno chłopcy, jak i dziewczęta. W grupie szli również mężczyźni w średnim wieku, a pośród nich mój wuj Conor. Choć późno zaczął uczyć się wielkich tajemnic druidów, teraz był ich przywódcą, bladym, poważnym, przeciętnego wzrostu. Długie, kasztanowe włosy poprzetykane miał siwizną, a oczy głębokie i łagodne. Przywitał nas z cichą uprzejmością: moją matkę, Iubdana, Liama, potem naszą trójkę i gości, gdyż członkowie kilku innych rodów zgromadzili się tu, by świętować z nami. Seamus Rudobrody, pełen wigoru stary mężczyzna ze śnieżnobiałymi włosami, które zadawały kłam jego imieniu. Jego nowa żona, słodka dziewczyna niewiele starsza ode mnie. Niamh była zaszokowana, gdy ujrzała tę parę.

– Jak ona może? – szepnęła do mnie, zasłaniając dłonią usta. – Jak ona daje radę dzielić z nim łoże? To taki stary dziad. I gruby. I ma czerwony nos. Patrz, ona się do niego uśmiecha! Ja bym prędzej umarła!

Zerknęłam na siostrę trochę kwaśno.

– W takim razie lepiej bierz się za Eamonna i ciesz się z tej propozycji, jeśli wszystko, czego chcesz, to przystojny młodzieniec – odszepnęłam. – Lepsza okazja raczej ci się nie trafi. Na dodatek jest zamożny.

– Eamonn? Ha!

Wyglądało na to, że będzie mi dawała tę samą odpowiedź za każdym razem, gdy zasugeruję jej małżeństwo z Eamonnem. Zastanowiłam się, nie po raz pierwszy, czego tak naprawdę chciała Niamh. Nie było sposobu, by dojrzeć, co siedziało w głowie tej dziewczyny. Nie tak jak z Seanem i mną. Może miało to związek z faktem, że byliśmy bliźniętami, a może z czymś innym, ale nasza dwójka nigdy nie miała problemu z rozmowami bez słów. Czasami konieczne stawało się nawet strzeżenie własnego umysłu, by drugie nie mogło nic z niego wyczytać. Była to umiejętność użyteczna i zarazem niewygodna.

Spojrzałam w stronę, gdzie Eamonn stał koło swojej siostry Aisling, witając Conora i resztę procesji w szatach. Doprawdy nie potrafiłam stwierdzić, co nie pasowało Niamh. Był w odpowiednim wieku, ledwie rok czy dwa lata starszy od mojej siostry. Dość urodziwy, może odrobinę zbyt poważny, ale na to znalazłaby się rada. Był dobrze zbudowany, miał błyszczące, brązowe włosy i ładne, ciemne oczy. Oraz zdrowe zęby. Spędzenie z nim nocy byłoby... Cóż, nie miałam wielkiej wiedzy o tych sprawach, ale wyobrażałam sobie, że takie doświadczenie nie byłoby odpychające. A poza tym ten związek byłby mile widziany przez obie rodziny. Eamonn bardzo wcześnie zaczął zarządzać swym spadkiem, rozległymi włościami otoczonymi przez zdradliwe moczary znajdujące się na zachód od ziem Seamusa Rudobrodego i zakręcające blisko przesmyku prowadzącego na północ. Ojciec Eamonna, który nosił to samo imię, został zabity w dość niejasnych okolicznościach wiele lat temu. Wuj Liam i mój ojciec nie zawsze się zgadzali, ale jednomyślnie odmawiali rozmów na ten konkretny temat. Matka Eamonna zmarła przy porodzie Aisling. Chłopak dorósł zatem, mając do dyspozycji niezmierne bogactwa, władzę i aż nadto liczną grupę wpływowych doradców: Seamusa – swojego dziadka; Liama, który dawno temu był zaręczony z jego matką; mojego ojca, który w jakiś sposób został zaplątany w całą tę sprawę. Poniekąd zaskakujący był fakt, że Eamonn wyrósł na samodzielnego człowieka i mimo młodego wieku sam sprawował kontrolę nad swoimi posiadłościami i znaczną prywatną armią. To mogło wyjaśniać, dlaczego był takim ponurakiem. Zdałam sobie sprawę, że przypatruję mu się bacznie, gdy skończył gawędzić z jednym z młodszych druidów i zerknął w moją stronę. Wykrzywił do mnie usta w półuśmiechu, jakby w wyzwaniu wobec mojej oceny, a ja odwróciłam wzrok, czując, jak na policzkach wykwita mi rumieniec. Niamh jest głupia, pomyślałam. Raczej nie znajdzie nikogo lepszego. Miała siedemnaście lat; musiała szybko podjąć decyzję, zanim zrobi to za nią ktoś inny. Powstałby bardzo silny mariaż, jeszcze potężniejszy dzięki rodzinnym powiązaniom z Seamusem, do którego należały ziemie pomiędzy nami. Osoba rządząca całym tym obszarem mogłaby w odpowiednim czasie zadać poważny cios Brytom.

Druidzi doszli już do końca rzędu, kończąc powitania. Słońce wisiało nisko na niebie. Na polu za naszą domową stodołą leżały w równych rzędach pługi, widły i inne narzędzia, gotowe do pracy w nowym sezonie. Zeszliśmy tam po ścieżkach wciąż śliskich od wiosennych deszczów, by zająć odpowiednie miejsca w olbrzymim kręgu wokół pola, skąd rzucaliśmy długie cienie w świetle późnego popołudnia. Zobaczyłam, jak Aisling odłącza się ukradkiem od brata i pojawia odrobinę później u boku Seana, jak gdyby przez przypadek. Jeśli sądziła, że nikt nie zauważył jej poczynań, to się myliła, bowiem chmura jej kasztanowych włosów przyciągała wzrok bez względu na to, jak bardzo starała się okiełznać ich bujność wstążkami. Gdy stanęła koło mojego brata, przybierający na sile wietrzyk zawiał jeden długi, jaskrawy lok na jej drobną twarz, a Sean wyciągnął rękę, by delikatnie zatknąć go za jej uchem. Nie musiałam patrzeć dalej, by poczuć, jak Aisling wsuwa swą dłoń w jego dłoń, a palce Seana zaciskają się zaborczo wokół niej. Cóż, pomyślałam, tutaj mamy kogoś, kto wie, jak podjąć decyzję. Może ostatecznie wybór Niamh nie miał znaczenia, gdyż wyglądało na to, że sojusz zostanie zawarty w taki czy inny sposób.

Druidzi ustawili się w półokręgu wokół rzędów narzędzi, a w luce stanął Conor w białych szatach oblamowanych złotem. Odrzuciwszy kaptur na plecy, odsłonił złoty torkwes, który nosił na szyi na znak przywództwa w owym mistycznym bractwie. Według standardów swych ziomków wciąż był młody, jednak twarz miał wiekową, a łagodne spojrzenie kryło w swej głębi wiedzę niejednego żywota. Przebył długą drogę, spędziwszy w lesie ostatnich osiemnaście lat.

Teraz wystąpił Liam, jako pan domu, i podał swemu bratu srebrny kielich naszego najlepszego miodu pitnego, wytworzonego z najdelikatniejszego produktu, uwarzonego z wodą pochodzącą ze szczególnego źródła, którego dokładne położenie stanowiło pilnie strzeżoną tajemnicę. Conor z powagą skinął głową. Potem zaczął powoli przesuwać się pomiędzy pługami i sierpami, widłami do siana i ciężkimi łopatami, nożycami i szuflami, skrapiając po drodze każde narzędzie kilkoma kroplami mocnego trunku.

– Dorodne cielę w brzuchu rodnej krowy. Rzeka słodkiego mleka z jej wymion. Ciepłe kożuchy na grzbietach owiec. Obfite żniwa zrodzone z wiosennych deszczów.

Conor szedł równym krokiem, a jego biała szata powiewała wokół niego, jakby obdarzona własnym życiem. W jednej ręce druid niósł srebrny kielich, w drugiej swą laskę z brzozowego drewna. Wokół nas zapanowała cisza. Wydawało się, że nawet ptaki zaniechały świergotów w gałęziach pobliskich drzew. Za moimi plecami para koni wychyliła się nad płotem, wpatrując się swymi poważnymi, wilgotnymi oczami w mężczyznę o cichym głosie.

– Niech Brigid błogosławi nasze pola w tym czasie. Niech wyciągnie dłoń nad nowymi roślinami. Niech przyniesie życie, niech kiełkuje ziarno. Serce ziemi, życie w sercu, wszystko jest jednym.

I tak Conor szedł dalej, sięgając ręką do każdego narzędzia gospodarskiego znoju i skrapiając je cennym miodem. Światło zabarwiło się złotem, gdy słońce zatonęło za czubkami dębów. Na końcu przyszła pora na pług na osiem wołów, który mężczyźni wykonali zgodnie z instrukcjami Iubdana wiele lat temu. Z jego pomocą najbardziej kamieniste pola stały się miękkie i żyzne. Udekorowaliśmy go girlandami żółtej wrotyczy i pachnących wrzosów. Conor przystanął przed nim, unosząc swą laskę.

– Niech żadne zło nie zaszkodzi naszym wysiłkom – rzekł. – Niech zaraza nie tknie naszych upraw, niech choroby nie nękają naszych stad. Niech praca tego pługu i naszych rąk przyniesie urodzajne zbiory i dostatni czas. Dziękujemy ziemi, naszej matce, za deszcz, przez który zsyła nam życie. Szanujemy wiatr, który strząsa żołędzie z wielkich dębów, oddajemy cześć słońcu, które ogrzewa młode rośliny. We wszystkich rzeczach czcimy ciebie, Brigid, która rozpalasz ognie wiosny.

Krąg druidów powtórzył za nim ostatnie zdanie chórem głębokich, dźwięcznych głosów. Wtedy Conor podszedł z powrotem do brata i oddał kielich w jego ręce, a Liam rzekł coś o możliwości podzielenia się resztą zawartości manierki po kolacji. Ceremonia niemal dobiegła końca.

Conor odwrócił się i zrobił krok naprzód – jeden, drugi, trzeci. Wyciągnął prawą dłoń. Wysoki, młody nowicjusz z czupryną kręconych włosów w odcieniu najgłębszej czerwieni, jaką kiedykolwiek widziałam, prędko wystąpił z kręgu i ujął laskę swego mistrza. Stanął z boku, obserwując Conora z intensywnością, która sprawiła, że dreszcz przebiegł mi po plecach. Conor uniósł dłonie.

– Nowe życie! Nowe światło! Nowy ogień! – zawołał, a jego głos nie był teraz cichy, tylko potężny i czysty, i poniósł się po lesie niczym uroczysty dźwięk dzwonu. – Nowy ogień!

Trzymał ręce nad głową, sięgając w kierunku nieba. Coś zamigotało, rozległo się dziwne brzęczenie i nagle nad jego dłońmi wykwitło światło, płomień, jasność, która oślepiała i wstrząsała zmysłami. Druid powoli opuścił ręce. W jego złączonych dłoniach wciąż błyskał ogień, ogień tak prawdziwy, że obserwowałam tę scenę z nabożnym podziwem, oczekując, że jego dotkliwe gorąco zacznie parzyć skórę wuja i wywoływać pęcherze. Młody nowicjusz podszedł do swego mistrza z niezapaloną pochodnią. Wpatrywaliśmy się oczarowani, jak Conor dotyka palcami pochodni, która buchnęła nasyconym, złotym światłem. Gdy Conor cofnął dłonie, były one na powrót zwykłymi, ludzkimi dłońmi, a tajemniczy ogień zniknął. Twarz młodzieńca stanowiła obraz dumy i respektu, gdy poniósł swą cenną pochodnię do naszego domu, by rozpalić nią ponownie ognie w paleniskach. Ceremonia dobiegła końca. Jutro miała się zacząć praca właściwa nowej porze roku. Gdy szliśmy z powrotem do domu, gdzie o zachodzie słońca miała rozpocząć się uczta, dobiegły mnie strzępy rozmowy:

– ...czy to było rozsądne? Na pewno znaleźliby się inni, których można by wybrać do tego zadania.

– Nadszedł czas. Nie można go wiecznie ukrywać.

To był Liam i jego brat. Potem zobaczyłam matkę i ojca, jak szli razem ścieżką. Matka poślizgnęła się w błocie i zachwiała, a ojciec natychmiast ją złapał, niemal zanim to się stało, taki był szybki. Objął ją ramieniem, a ona, uniósłszy głowę, spojrzała na niego. Wyczułam cień zbierający się nad nimi i nagle poczułam się nieswojo. Sean minął mnie w biegu, szczerząc zęby, a tuż za nim przemknęła Aisling. Podążali za wysokim młodzieńcem, który niósł pochodnię. Mój brat nic nie rzekł, ale wyczułam jego radość w umyśle, gdy przebiegał koło mnie. Chociaż tego jednego wieczoru miał tylko szesnaście lat, był zakochany, a wszystko na świecie było dobrze. I znów poczułam ten nagły chłód. Co się ze mną działo? Jakbym życzyła swojej rodzinie źle w piękny, wiosenny dzień, gdy wszystko było jasne i mocne. Przestań się wygłupiać, powiedziałam sobie, ale ten cień wciąż zalegał na krawędzi moich myśli.

Ty też to czujesz.

Zamarłam. Istniała tylko jedna osoba, z którą mogłam rozmawiać w ten sposób, bez słów, i był nią Sean. Ale wewnętrzny głos, który dotknął teraz mojego umysłu, nie należał do mojego brata.

Nie bój się, Liadan. Nie naruszę spokoju twoich myśli. Jeśli nauczyłem się czegoś przez te długie lata, to właśnie kontroli owej umiejętności. Jesteś nieszczęśliwa. Zaniepokojona. Nie będziesz ponosiła winy za to, co się stanie. Musisz o tym pamiętać. Każde z nas wybiera swą własną ścieżkę.

Wciąż szłam w stronę domu. Ludzie idący tłumnie wokół mnie trajkotali i zaśmiewali się, młodzieńcy nieśli swoje kosy na ramionach, dziewczęta pomagały, trzymając szpadle i sierpy. Tu i tam dłonie trącały się i ściskały, a kilku maruderów zniknęło cicho w lesie, by zająć się swoimi sprawami. Przede mną kroczył powoli ścieżką mój wuj. Złoty rąbek jego szaty wyłapywał ostatnie promienie zachodzącego słońca.

Ja... nie wiem, co czuję, wuju. Ciemność... coś idzie strasznie nie tak. A jednak mam wrażenie, że sama sprowadzam to nieszczęście na naszą rodzinę, myśląc o nim. Jak mogłabym zrobić coś podobnego, kiedy wszystko dzieje się tak dobrze, a wszyscy są tacy szczęśliwi?

Nadszedł czas. Wuj nawet lekkim obrotem głowy nie dał po sobie poznać, że właśnie przemawia do mnie za pomocą umysłu. Zastanawiasz się nad moją zdolnością do czytania w twych myślach? Powinnaś porozmawiać z Sorchą, jeśli zdołasz zmusić ją do odpowiedzi. Ona i Finbar opanowali tę sztukę do perfekcji. Ale przywoływanie tych wspomnień może być dla niej bolesne.

Powiedziałeś, że nadszedł czas. Czas na co?

Jeśli istniał sposób zakomunikowania westchnienia bez użycia dźwięków, Conor właśnie to uczynił.

Czas, by znów zmącili wodę. Czas, by ich palce utkały kolejną część wzoru. Czas, by ich głosy podjęły pieśń. Nie powinnaś czuć się winna, Liadan. Oni wykorzystują nas wszystkich, a my niewiele możemy z tym zrobić. Odkryłem to w bolesny sposób. I obawiam się, że ty też będziesz musiała.

Co chcesz przez to powiedzieć?

Wkrótce się dowiesz. Zamiast tego baw się i ciesz swoją młodością, póki masz jeszcze czas.

I to było wszystko. Odciął ode mnie swe myśli tak gwałtownie i stanowczo, jakby zatrzasnął klapę w podłodze. Zobaczyłam, jak zatrzymuje się przede mną na ścieżce i czeka, aż dogonią go matka i Iubdan, po czym we troje ruszyli razem do domu. Ta dziwna konwersacja nie rozjaśniła mi nic w głowie.

Moja siostra wyglądała pięknie tej nocy. Paleniska w całym domu zostały ponownie rozpalone, a na zewnątrz płonęło ognisko, stał cydr i odbywały się tańce. Było dość chłodno. Owinęłam się szalem, ale i tak drżałam. Za to nagie ramiona Niamh wychylały się z sukni w głębokim niebieskim kolorze, a złote włosy były sprytnie poprzeplatane jedwabnymi wstążkami i małymi wczesnymi fiołkami. Gdy tańczyła, jej skóra błyszczała w blasku ogniska, a oczy rzucały wyzwanie. Młodzieńcy nie mogli oderwać od niej oczu, kiedy tak wirowała najpierw z jednym, potem z kolejnym. Pomyślałam, że nawet młodzi druidzi ledwie powstrzymywali się od przytupywania i z trudem zachowywali odpowiednio trzeźwe spojrzenia. Seamus przywiózł ze sobą muzykantów. Dobrze im szło; był tam dudziarz, harfiarz i jeszcze jeden mężczyzna, który biegle grał na wszystkim, co tylko wziął do ręki – bodhránie, fujarce czy flecie. Na dziedzińcu rozstawiono stoły i ławy. Starsi druidzi siedzieli tam z domownikami, gawędząc, wymieniając się opowieściami i obserwując zabawę młodych.

Był wszakże jeden stojący z boku, nowicjusz z ciemnorudymi włosami, który trzymał pochodnię rozpaloną mistycznym ogniem. Jako jedyny nic nie jadł ani nie pił. Nie okazywał oznak radości, podczas gdy całe domostwo wybuchało uciechą wokół niego. Nie tupał do rytmu starodawnej melodii, jego głos nie rozbrzmiewał słowami pieśni. Zamiast tego stał wyprostowany i milczący za resztą gromady, obserwując wszystko czujnie. Uznałam to za zwykły zdrowy rozsądek. Mądrze było mieć w odwodzie kilka osób, które nie częstowały się mocnym piwem, tylko nasłuchiwały na wypadek nadejścia niechcianych intruzów; kilka osób wyczulonych na odgłosy zagrożenia. Wiedziałam, że oprócz zwyczajowych wartowników i straży przedniej Liam wystawił ludzi do obserwacji w strategicznych punktach wokół domu. Gdyby tej nocy ktoś zaatakował Siedmiorzecze, mógłby wyciąć w pień nie tylko lordów trzech najpotężniejszych rodzin na północnym wschodzie kraju, ale również ich duchowych przywódców. Liam nie zgadzał się więc na żadne ryzyko.

Lecz ten młody człowiek nie stał na straży, a jeśli miał taki zamiar, nie szło mu za dobrze, bowiem ciemne oczy utkwił w jednym punkcie, a była nim moja śliczna, roześmiana siostra, tańcząca w blasku ogniska z zasłoną rudozłotych kędziorów wirujących wokół niej. Zobaczyłam, jak nieruchomo tkwił na swej pozycji, jak pożerał ją oczami, i odwróciłam wzrok, karcąc się w duchu za swą głupotę. W końcu był druidem. Podejrzewałam, że oni również odczuwali różne pragnienia, tak jak inni mężczyźni, więc jego zainteresowanie było dość naturalne. Radzenie sobie z takimi rzeczami stanowiło bez wątpienia część dyscypliny ich szkolenia. Poza tym to nie była moja sprawa. Wtedy skierowałam wzrok na siostrę i dostrzegłam spojrzenie, jakie mu rzuciła spod długich, pięknych rzęs. Zatańcz z Eamonnem, ty głupia dziewucho, rzekłam, ale ona nigdy nie była w stanie usłyszeć mego wewnętrznego głosu.

Muzyka przeszła z reela do powolnej, pełnej wdzięku lamentacji. Ta miała słowa, a tłum był już na tyle pijany, by wtórować dudziarzowi.

– Liadan, zechcesz ze mną zatańczyć?

– Och.

Eamonn przestraszył mnie, wyłaniając się nagle z ciemności za moimi plecami. W świetle ogniska jego twarz miała równie surowy wyraz jak zawsze. Jeśli dobrze się bawił, biorąc udział w biesiadzie, nie dał tego po sobie poznać. Uświadomiłam sobie, że nie widziałam, by wcześniej tańczył.

– Och. Jeśli ty... ale może powinieneś poprosić moją siostrę. Tańczy o wiele lepiej niż ja. – Moje słowa zabrzmiały niezręcznie, niemal opryskliwie. Oboje spojrzeliśmy ponad morzem tańczącej młodzieży w miejsce, gdzie stała uśmiechnięta Niamh, przeczesująca swobodnie włosy dłonią, otoczona przez adoratorów, wysoka, złocista postać w migoczącym blasku.

– Proszę ciebie. – Na ustach Eamonna nie było nawet śladu uśmiechu. Cieszyło mnie, że nie był w stanie odczytać moich myśli tak jak wuj Conor. Szybko wyrobiłam sobie opinię na jego temat wcześniej tego wieczoru. Ta myśl sprawiła, że zapłonęły mi policzki. Przypomniałam sobie, że byłam córką Siedmiorzecza i musiałam zachować pewien poziom uprzejmości. Wstałam i zsunęłam szal z ramion, a Eamonn zaskoczył mnie, biorąc go i składając starannie, zanim odłożył go na pobliski stół. Wtedy ujął mnie za rękę i powiódł do kręgu tancerzy.

To był wolny taniec, pary spotykały się i rozdzielały, obracając się plecami do siebie, dotykając swych dłoni i puszczając je. Pasował do święta Brigid, które dotyczyło w końcu nowego życia i pobudzania krwi, która nadawała mu kształt. Widziałam, jak Sean i Aisling krążyli wokół siebie w doskonałym rytmie, jakby oboje oddychali tym samym oddechem. Niezwykły wyraz ich oczu sprawił, że zadrżało mi serce. Zdałam sobie sprawę, że mruczę do siebie: Niech dane im będzie to zachować. Niech dane im będzie to zachować. Nie wiedziałam jednak, do kogo kierowałam te słowa.

– O co chodzi, Liadan? – Eamonn dojrzał zmianę na mojej twarzy, gdy zbliżył się do mnie. Ujął moją prawą dłoń w swoją i obrócił mnie pod swoim ramieniem. – Co się stało?

– Nic – skłamałam. – Nic. Myślę, że jestem zmęczona, to wszystko. Wstaliśmy dziś wcześnie, żeby zebrać kwiaty, przygotować jedzenie na ucztę i zająć się innymi sprawami.

Skinął potakująco głową.

– Liadan... – zaczął, ale przerwała mu entuzjastyczna para, która tak dziko przemknęła w obrotach obok nas, że niemal zwaliła nas z nóg. Mój partner zręcznie przesunął mnie z drogi niebezpiecznych tancerzy i przez chwilę trzymał ręce na mej talii, zbliżył też twarz do mojej. – Liadan, muszę z tobą porozmawiać. Chciałbym ci coś wyznać.

Chwila minęła. Muzyka grała dalej, a on puścił mnie, gdy zostaliśmy wciągnięci z powrotem do kręgu.

– No to mów – odparłam raczej nieuprzejmie. Nigdzie nie widziałam Niamh; na pewno jeszcze nie poszła się położyć. – Co też chcesz mi powiedzieć?

Przez długi moment Eamonn się nie odzywał. Dotarliśmy do końca rzędu. On położył dłoń na mojej talii, a ja swoją na jego ramieniu i wykonaliśmy kilka obrotów, kierując się z powrotem na początek korowodu pod łukiem wyciągniętych rąk. Nagle okazało się, że Eamonn miał już dość tańców. Wciąż trzymając moją dłoń, wyciągnął mnie na skraj koła tancerzy.

– Nie tutaj – oznajmił. – To nie jest odpowiednia pora ani właściwe miejsce. Jutro. Chcę porozmawiać z tobą na osobności.

– Ale...

Poczułam przelotny dotyk jego dłoni na ramionach, gdy okrywał mnie szalem. Stał bardzo blisko. Coś we mnie rozbrzmiało jak ostrzeżenie, ale wciąż nic nie pojmowałam.

– Rano – dodał Eamonn. – Wtedy pracujesz w ogrodzie, prawda? Przyjdę tam do ciebie. Dziękuję za taniec, Liadan. Może to mnie powinnaś zostawić ocenę twoich zdolności.

Podniosłam na niego wzrok, próbując zrozumieć, co miał na myśli, ale jego twarz niczego nie zdradzała. Wtedy ktoś go zawołał, a Eamonn krótko skinął mi głową i odszedł.

Następnego ranka pracowałam w ogrodzie, gdyż zawsze było sporo do zrobienia przy grządkach z ziołami i w pracowni, a pogoda była piękna, choć panował chłód. Matka nie przyszła, by do mnie dołączyć, co było raczej niesłychane. Uznałam, że pewnie zmęczyło ją świętowanie. Pieliłam, wyrywałam i zamiatałam, po czym przygotowałam napar z podbiału, by zanieść go później do wioski. Powiązałam też kępy kwitnącego wrzosu do suszenia. To był pracowity poranek. Całkiem zapomniałam o Eamonnie, dopóki koło południa ojciec nie zjawił się w pracowni, pochyliwszy głowę pod nadprożem. Usadowił się na szerokiej framudze okna i wyciągnął przed siebie długie nogi. On również był wcześniej zajęty robotą i wciąż miał na sobie podwórzowe buty grubo oblepione świeżo zaoraną ziemią. Ślady po jego przejściu powinny dość łatwo dać się uprzątnąć.

– Pracowity dzień? – zapytał ojciec, spoglądając na uporządkowane pęki suszących się ziół, buteleczki gotowe do rozniesienia, narzędzia mojego fachu wciąż rozłożone na warsztacie.

– Dość pracowity – odparłam, pochylając się, by opłukać ręce w wiadrze ustawionym przy drzwiach do ogrodu. – Matka dzisiaj nie przyszła. Czyżby odpoczywała?

Iubdan lekko zmarszczył czoło.

– Wstała wcześnie. Najpierw rozmawiała z Conorem, potem również z Liamem. Powinna odpocząć.

Poodkładałam noże, moździerz, tłuczek, łyżeczki i sznurek z powrotem na ich miejsce na półkach.

– Nie będzie odpoczywać – odparłam. – Wiesz o tym. Zawsze tak jest, kiedy Conor się zjawia. Jakby nigdy nie mieli wystarczająco dużo czasu i zawsze zbyt wiele zostawało do powiedzenia. Jak gdyby nigdy nie byli w stanie nadrobić tych lat, które stracili.

Ojciec kiwnął głową, ale nic nie odrzekł. Wyciągnęłam miotłę z prosa i zaczęłam zamiatać.

– Przejdę się potem do wioski – oznajmiłam – więc matka nie będzie musiała iść. Może jeśli jej każesz, spróbuje się przespać.

Iubdan wykrzywił kącik ust w półuśmiechu.

– Nigdy nie mówię twojej matce, co ma robić. Przecież wiesz.

Wyszczerzyłam do niego zęby.

– W takim razie ja jej to powiem. Druidzi zostaną tu na dzień lub dwa. Będzie miała dość czasu na rozmowy.

– To mi przypomniało... – rzekł ojciec, podnosząc swe obute stopy, bym mogła zamieść podłogę pod nimi. Gdy je opuścił, nowa porcja ziemi spadła na kamienne płyty. – Miałem ci przekazać wiadomość.

– Ach tak?

– Od Eamonna. Poprosił, bym ci przekazał, że został pilnie wezwany do domu. Wyruszył bardzo wcześnie, zbyt wcześnie, by mógł najpierw zajrzeć do ciebie, zachowując nakazy przyzwoitości. Jego słowa. Chciał, żebym cię zapewnił, że pomówi z tobą, gdy wróci. Czy wiesz, o co w tym chodzi?

– Nie bardzo – odrzekłam, wymiatając ostatnie śmieci za drzwi i ze schodków prowadzących do ogrodu. – Nie wyjaśnił mi wcześniej, co chciał ze mną omówić. Dlaczego wezwano go do domu? Cóż to za nagły wypadek? Czy Aisling również wyjechała?

– Aisling wciąż tu jest, bezpieczna pod naszą ochroną. Chodzi o jakąś sprawę wymagającą dowódcy i prędkiego podejmowania decyzji. Zabrał ze sobą dziadka i tę część swoich ludzi, którą dało się szybko przygotować do drogi. Z tego, co zrozumiałem, nastąpił jakiś nowy atak na jego przygraniczne ziemie. Nikt nie był pewien, kto się na to poważył. Wróg zakradł się tam i zabijał bez skrupułów, sprawny niczym drapieżny ptak. Taki słyszałem opis. Człowiek, który dostarczył wiadomość, wydawał się niemal oszalały ze strachu. Spodziewam się, że dowiemy się więcej, gdy Eamonn powróci.

Wyszliśmy do ogrodu. O tej zimnej porze roku wiosna była jeszcze w zalążku; maleńkie, wątłe kiełki krokusów wychylały się z twardej gleby, obietnice pąków wybrzuszały się na gałęziach młodego dębu. Wcześnie kwitnąca wrotycz żółciła się intensywnie na tle szarozielonych piołunów i lawendy. Powietrze pachniało chłodno i krystalicznie. Każda kamienna ścieżka była wymieciona do czysta, a grządki z ziołami uporządkowane pod ściółkami z traw.

– Przysiądź tu ze mną na chwilę, Liadan – rzekł ojciec. – Jeszcze nie jesteśmy nigdzie potrzebni. Wystarczająco trudno będzie przekonać twoją matkę i jej braci, by weszli do domu, by coś zjeść i wypić. Muszę ci zadać pewne pytanie.

– Ty też? – odparłam, gdy usiedliśmy razem na kamiennej ławce. – Wygląda na to, że wszyscy chcą mnie o coś zapytać.

– Moje pytanie jest raczej ogólne. Czy myślałaś kiedykolwiek o małżeństwie? O swojej przyszłości?

Tego się nie spodziewałam.

– W zasadzie to nie. Chyba... chyba miałam nadzieję, że jako najmłodsza z rodzeństwa spędzę jeszcze parę lat w domu – przyznałam, czując nagły chłód. – Nie spieszy mi się do opuszczenia Siedmiorzecza. Może... myślałam, że mogłabym zostać tutaj, wiesz, opiekować się moimi wiekowymi rodzicami, gdy już zaczną podupadać na zdrowiu. Może w ogóle nie szukałabym męża. W końcu zarówno Niamh, jak i Sean stworzą korzystne związki i zawrą silne sojusze. Czy i ja będę musiała wyjść za mąż?

Ojciec spojrzał na mnie bardzo szczerze. Jego oczy miały jasny, intensywny odcień błękitu. Zastanawiał się, ile z tego, co właśnie powiedziałam, było na poważnie, a ile miało być żartem.

– Wiesz, że chętnie zatrzymałbym cię tu z nami, kochanie – odrzekł wolno. – Pożegnanie się z tobą nie przyszłoby mi łatwo. Ale pojawią się propozycje. Nie pozwolę, byś ograniczała swe wybory ze względu na nas.

Zmarszczyłam czoło.

– Może moglibyśmy odłożyć ten temat jeszcze na jakiś czas? W końcu to Niamh wyjdzie za mąż pierwsza. Dopóki to się nie stanie, bez wątpienia nie będzie żadnych propozycji. – W myślach ujrzałam obraz siostry w blasku ognia, w niebieskiej sukni, zarumienionej i złotej, odrzucającej na bok jasne włosy, otoczonej przez urodziwych młodych mężczyzn. – Niamh powinna wyjść za mąż pierwsza – dodałam z przekonaniem. Wydawało mi się, że to ważne, choć nie potrafiłam wytłumaczyć ojcu dlaczego.

Zapadła cisza, jak gdyby czekał, aż wysnuję jakieś powiązanie, którego nie potrafiłam do końca pojąć.

– Dlaczego tak mówisz? Że nie będzie żadnych propozycji, dopóki twoja siostra nie wyjdzie za mąż?

Ta konwersacja stawała się trudna, trudniejsza niż powinna, ponieważ ojciec i ja zawsze byliśmy ze sobą blisko i rozmawialiśmy bezpośrednio i szczerze.

– Jaki mężczyzna miałby oświadczyć się mnie, jeśli mógłby mieć Niamh? – zapytałam. W moich słowach nie było cienia zazdrości. Po prostu wydawało mi się to oczywiste i trudno mi było uwierzyć, że taka myśl nigdy nie przyszła mu do głowy.

Ojciec uniósł brwi.

– Może powinnaś zadać to pytanie Eamonnowi, jeśli złoży ci propozycję małżeństwa – rzekł dość łagodnie. W jego głosie pobrzmiewała nuta rozbawienia.

Byłam oszołomiona.

– Eamonn? Miałby mi się oświadczyć? Nie wydaje mi się. Czyż nie jest przeznaczony dla Niamh? Jestem pewna, że się mylisz. – Ale w głowie rozegrały mi się jeszcze raz wydarzenia z ubiegłej nocy: sposób, w jaki ze mną rozmawiał, w jaki tańczyliśmy ze sobą, i małe ziarnko wątpliwości zostało zasiane. Pokręciłam głową, nie chcąc uwierzyć w tę możliwość. – To nie byłoby właściwe, ojcze. Eamonn powinien poślubić Niamh. Tego właśnie wszyscy oczekują. A... Niamh potrzebuje kogoś takiego jak on. Mężczyzny, który... wie, jak wyegzekwować to, czego chce, ale będzie przy tym sprawiedliwy. Jego żoną powinna zostać Niamh. – Poczułam ulgę, gdy do głowy wpadł mi jeszcze jeden argument. – Poza tym – dodałam – Eamonn nigdy nie poprosiłby dziewczyny o coś takiego, nie zapytawszy wcześniej o zgodę jej ojca. Miał porozmawiać ze mną dziś z samego rana. Musiało chodzić o coś innego.

– A gdybym ci powiedział – wyznał ostrożnie Iubdan – że twój młody przyjaciel planował spotkać się tego ranka także ze mną? Tylko nagłe wezwanie do domu, do obrony własnych granic, powstrzymało go od przyjścia na umówioną rozmowę.

Milczałam.

– Jakiego rodzaju mężczyznę wybrałabyś dla siebie, Liadan? – zapytał ojciec.

– Godnego zaufania i działającego zgodnie ze swoimi przekonaniami – odpowiedziałam natychmiast. – Takiego, który bez strachu mówi, co mu leży na sercu. Takiego, który byłby dla mnie nie tylko mężem, ale i przyjacielem. Taki by mnie zadowolił.

– Wyszłabyś za brzydkiego starucha bez grosza przy duszy, gdyby spełniał te twoje wymogi? – zapytał ojciec z rozbawieniem. – Jesteś wyjątkową młodą kobietą, córko.

– Szczerze mówiąc – odparłam cierpko – nie narzekałabym, gdyby był przy tym młody, przystojny i bogaty. Ale te przymioty są mniej ważne. Gdybym miała dość szczęścia... dość powodzenia w życiu, by wyjść za mąż z miłości, tak jak ty... ale wiem, że to mało prawdopodobne. – Pomyślałam o moim bracie i Aisling, tańczących we własnym zaklętym kole. Prosiłabym o zbyt wiele, oczekując tego samego dla siebie.

– To źródło nieporównywalnego szczęścia – rzekł miękko Iubdan – a zarazem strachu, który uderza, kiedy najmniej się tego spodziewasz. Gdy kochasz w podobny sposób, podsuwasz losowi zakładników. Z czasem coraz trudniej jest pogodzić się z tym, co niesie przyszłość. Do tej pory mieliśmy wiele szczęścia.

Kiwnęłam głową. Wiedziałam, o czym mówi. Była to sprawa, o której nie wspominaliśmy otwarcie. Jeszcze nie.

Podnieśliśmy się z ławki i wolnym krokiem wyszliśmy z ogrodu przez łukowatą bramę, po czym ruszyliśmy ścieżką w stronę głównego dziedzińca. Nieco dalej, osłonięta wysokim tarninowym żywopłotem, na niskim kamiennym murku siedziała moja matka – drobna i szczupła, z bladą twarzą okoloną masą ciemnych loków. Obok niej stał Liam, opierając stopę w wysokim bucie na murku, a łokieć na kolanie, i tłumaczył coś przy użyciu oszczędnych gestów. Po drugiej jej stronie siedział Conor, wręcz nieruchomy w swej białej szacie, słuchając w skupieniu. Nie przeszkadzaliśmy im.

– Pewnie dowiesz się, czy mam rację, kiedy wróci Eamonn – odezwał się ojciec. – Nie ma wątpliwości, że byłby wyjątkowo odpowiednim partnerem dla twojej siostry lub dla ciebie. W międzyczasie powinnaś przynajmniej to rozważyć.

Nie odpowiedziałam.

– Musisz zrozumieć, że nigdy nie zmuszę cię do żadnej decyzji, Liadan, twoja matka również. Gdy weźmiesz sobie kogoś za męża, będzie to twój wybór. My prosimy cię jedynie, abyś to przemyślała, przygotowała się i rozważyła wszystkie propozycje, które zostaną ci złożone. Wiemy, że zdecydujesz mądrze.

– A co z Liamem? Wiesz, czego on by pragnął. Trzeba rozważyć kwestie naszych posiadłości i siłę naszych sojuszy.

– Jesteś córką Sorchy i moją, nie Liama – odparł ojciec. – On będzie wystarczająco zadowolony z faktu, że Sean zdecydował się na kobietę, którą Liam sam najchętniej by dla niego wybrał. Twój wybór będzie należał do ciebie, moja mała.

W tym momencie naszło mnie najdziwniejsze uczucie. Jakby cichutki głos wyszeptał: Te słowa powrócą, by go nawiedzać. Przejmujące chłodem, mroczne wrażenie. Trwało jedynie chwilę, a gdy zerknęłam na ojca, wyraz jego twarzy był spokojny i niezmącony. Cokolwiek właśnie zaszło, on nic nie usłyszał.

Druidzi pozostali w Siedmiorzeczu przez kilka dni. Conor pogrążał się w długich rozmowach z siostrą i bratem, czasem zaś widywałam go jedynie z Sorchą, jak stali lub siedzieli obok siebie w całkowitym milczeniu. W tych chwilach porozumiewali się sekretnie językiem umysłów i nie sposób było odgadnąć treści ich konwersacji. Tak też matka komunikowała się niegdyś z Finbarem, bratem najbliższym jej sercu, który powrócił po latach klątwy z łabędzim skrzydłem zamiast ręki i umysłem, w którym coś się poprzestawiało. Dzieliła z nim tę samą więź, która łączyła mnie i Seana. Znałam radości i bolączki mego brata bez potrzeby używania słów. Mogłam go dosięgnąć bez względu na to, jak daleko by się udał, przesłać mu wiadomość, której nikt inny nie mógł usłyszeć. Rozumiałam zatem, jak musiała czuć się matka, straciwszy towarzysza tej więzi, osobę tak jej bliską, że była jak część niej samej. Historia głosiła bowiem, że Finbar nie mógł już nigdy stać się człowiekiem, nie w pełni. Po jego powrocie cząstka niego wciąż była dzika, dostrojona do potrzeb i instynktów ptaka bezkresnego nieba i bezdennych głębin. Tak więc pewnej nocy Finbar po prostu udał się na brzeg jeziora i dalej, w zimne objęcia wodnej toni. Jego ciała nigdy nie odnaleziono, lecz ludzie mówili, że nie było wątpliwości, iż tamtej nocy utonął. Jakże takie stworzenie miałoby płynąć z prawą ręką młodego mężczyzny i lewym bokiem rozpościerającym się w pierzaste, białe skrzydło?

Pojmowałam rozpacz matki, pustkę, jaką była zmuszona nosić w sobie nawet po tak długim czasie, mimo że nigdy nie wspominała o tych sprawach nikomu, nawet Iubdanowi. Wierzyłam jednak, że dzieliła się nimi z Conorem podczas ich długich, milczących spotkań. Myślę, że korzystali wówczas ze swego daru, by pokrzepiać się nawzajem, jakby współodczuwanie tego bólu czyniło go nieco znośniejszym dla każdego z osobna.

Po długim dniu pracy wszyscy domownicy mieli w zwyczaju gromadzić się na kolacji, a po posiłku przychodził czas na pieśni, picie i opowiadanie historii. Zdolności naszej rodziny w bajaniu były szeroko znane i szanowane. Z nas wszystkich największy talent miała moja matka. Jej dar słów był tak wielki, że na jakiś czas potrafiła przenieść nas z tego świata prosto w inny. Pozostali członkowie klanu również nie byli ułomni w snuciu opowieści. Conor był wspaniałym gawędziarzem. Nawet Liam sporadycznie dzielił się jakąś historią o bohaterach, zawierającą szczegółowe opisy bitew i fachowe terminy dotyczące walki z bronią lub bez. Cieszyły się one sporym powodzeniem u mężczyzn. Iubdan, jak już wspomniałam, nigdy nie opowiadał, mimo że słuchał z uwagą. W takich chwilach ludziom przypominało się, że był Brytem, ale tak bardzo szanowali go za jego sprawiedliwość, hojność i przede wszystkim zdolność do ciężkiej pracy, że nie mieli mu za złe pochodzenia.

Jednakże w noc święta Imbolc to nie któremuś z nas przypadła rola, by opowiedzieć historię. Poproszono o to matkę, ale się wymówiła.

– Mamy pośród nas takie uczone towarzystwo – rzekła słodko – że dzisiejszego wieczoru muszę odmówić. Conorze, znamy talent druidów, jeśli chodzi o opowieści. Może ty zaszczyciłbyś nas jakąś odpowiednią na dzień ku czci Brigid?

Patrząc na nią, pomyślałam, że wciąż wygląda na znużoną, z lekko widocznym cieniem wokół lśniących, zielonych oczu. Zawsze była blada, ale dzisiejszego wieczoru jej skóra odznaczała się przezroczystością, która mnie zaniepokoiła. Siedziała na ławie koło Iubdana, a jej drobne palce ginęły w jego wielkiej dłoni. Drugą ręką Iubdan otoczył jej ramiona, a ona oparła się o niego. Znów nawiedziły mnie te słowa: Niech dane im będzie to zachować, i aż się wzdrygnęłam. Przykazałam sobie stanowczo dać sobie spokój z tymi głupotami. Czyżby roiło mi się, że jestem widzącą? Już prędzej dziewczyną z rozstrojem nerwów.

– Dziękuję – rzekł poważnie Conor, ale nie podniósł się z miejsca. Zamiast tego spojrzał na przeciwległy koniec sali i ledwie dostrzegalnie skinął głową. I oto, szykując się do zabawienia nas, wystąpił młody druid, który niósł pochodnię w noc ponownego rozpalenia naszych domowych ognisk. Doprawdy udany był z niego młodzieniec, dość wysoki, trzymał się wyjątkowo prosto, z dyscypliną właściwą druidom. Jego kędziory nie miały ognistego odcienia czerwieni jak włosy mojego ojca czy Niamh, ale głębszy kolor, którym odznacza się sam środek słońca zachodzącego podczas zimy. Jego oczy zaś były ciemne niczym dojrzałe owoce morwy i nieprzeniknione. Miał mały dołeczek w brodzie i dwa kolejne szelmowskie dołki w policzkach, gdy pozwalał im się ujawnić. Dobrze się składa, pomyślałam, że należy do bractwa. W przeciwnym razie połowa dziewcząt z Siedmiorzecza biłaby się o niego. Ośmielę się stwierdzić, że byłby tym zachwycony.

– Jaka opowieść lepiej pasuje do Imbolc – zaczął młody druid – niż ta o Aengusie Óg i powabnej Caer Ibormeith? Opowieść o miłości, tajemnicy i przemianie. Za waszą zgodą tę właśnie przedstawię tej nocy.

Sądziłam, że będzie podenerwowany, ale przemawiał głosem silnym i stanowczym. Pewnie wynikało to z wielu lat praktykowania ubóstwa i nauki. Przyswojenie wszystkiego, co musi wiedzieć druid, zajmuje mnóstwo czasu, a nie ma się do pomocy żadnych ksiąg. Kątem oka dostrzegłam, że Liam, z małą zmarszczką na czole, popatrzył na Sorchę pytająco. Skinęła mu lekko głową, jakby stwierdzała: "nieważne, pozwól mu mówić". Tej historii nie opowiadaliśmy bowiem w Siedmiorzeczu. Była aż nadto znajoma. Uznałam, że nowicjusz nie wie zbyt wiele o przeszłości naszej rodziny, bo w przeciwnym razie nigdy by jej nie wybrał. Conor z pewnością nie był świadomy jego zamiarów, bo wtedy taktownie zasugerowałby inną opowieść. Jednak przywódca druidów siedział cicho w pobliżu swej siostry, z pozoru nieporuszony.

– Nawet syn Tuatha Dé Danann – rozpoczął młodzieniec – może zachorować z miłości. Taki los spotkał Aengusa. Młody, silny, przystojny, sławetny wojownik; nikt nie spodziewałby się, że tak łatwo ulegnie słabości. Jednak pewnego popołudnia podczas polowania na jelenia ogarnęło go znienacka straszliwe zmęczenie, więc wyciągnął się na trawie w cieniu rzucanym przez kępę cisów. Od razu zmorzył go sen i Aengus zaczął śnić. Och, jakże śnił. W jego śnie pojawiła się kobieta tak piękna, że przyćmiewała gwiazdy na niebie; kobieta, która mogła rozedrzeć czyjeś serce na strzępy. Zobaczył, jak szła boso po odległym brzegu, wysoka i prosta jak struna. Jej piersi, białe niczym blask księżyca na śniegu, wychylały się znad ciemnych zakładek sukni, a włosy, jak światło padające jesienią na liście brzóz, miały wyrazisty, rudozłoty kolor połyskliwej miedzi. Zobaczył, jak się poruszała, zobaczył słodki powab jej ciała, a gdy się zbudził, wiedział, że musi ją mieć, gdyż inaczej bez wątpienia umrze.

Te słowa, pomyślałam, były zdecydowanie zbyt osobiste. Ale gdy rozejrzałam się dokoła, kiedy nasz bajarz nabierał tchu, wydawało się, że tylko ja zwróciłam uwagę na jego dobór określeń: ja i jeszcze jedna osoba. Sean i Aisling stali blisko okna i zdawali się słuchać równie uważnie jak ja, ale wiedziałam, że ich myśli biegły ku sobie, a każdy skrawek uwagi skupiony był na tym, jak jego ręka spoczywała naturalnie na jej talii, a jej palce delikatnie muskały jego rękaw. Iubdan obserwował nowicjusza, ale wzrok miał roztargniony. Matka z zamkniętymi oczami opierała głowę na jego ramieniu. Spokój Conora wyglądał na niezmącony, a Liam zdawał się być myślami gdzieś daleko stąd. Reszta domowników słuchała uprzejmie. Tylko Niamh siedziała na brzeżku ławy zauroczona, z głębokim rumieńcem na policzkach i ślicznymi, niebieskimi oczami rozpalonymi fascynacją. Kierował swą opowieść do niej, nie było ku temu wątpliwości. Czy oprócz niej tylko ja potrafiłam to dostrzec? Wyglądało to niemal tak, jakby posiadał moc kontrolowania naszych reakcji swymi słowami.

– Aengus cierpiał tak przez rok i jeden dzień – ciągnął młodzieniec. – Każdej nocy pojawiała się w jego snach, czasem obok jego łoża, z pięknym ciałem obleczonym w najczystszą biel, tak blisko, iż wydawało się, że mógłby wyciągnąć rękę i jej dotknąć. Wyobrażał sobie, że gdy pochylała się nad nim, czuł delikatne muśnięcie jej długich włosów na swej nagiej skórze. Lecz gdy sięgał ku niej, ach! Natychmiast znikała. Tęsknota za nią zżerała go do tego stopnia, że opadła go gorączka, a jego ojciec, Dagda, zaczął lękać się o jego życie, a przynajmniej rozum. Kim była? Prawdziwą dziewicą czy też istotą przywołaną z głębi duszy Aengusa, niemożliwą do zdobycia?

Aengus umierał; jego ciało spalało się, serce dudniło niczym wojenny bęben, a oczy jarzyły się gorączką. A zatem Dagda poprosił o pomoc króla Munsteru. Szukali na wschodzie i na zachodzie, wzdłuż wszystkich głównych traktów i bocznych ścieżyn Erin, aż w końcu poznali imię dziewoi. Była to Caer Ibormeith, Jagoda Cisu, córka Eathala, lorda Tuatha Dé, który zamieszkiwał w nadprzyrodzonym świecie w prowincji Connacht.

Gdy przynieśli Aengusowi te nowiny, podniósł się z łoża boleści i wyruszył, by ją odnaleźć. Udał się w długą podróż do miejsca zwanego Paszczą Smoka, jeziora, na którego odległych brzegach po raz pierwszy ujrzał swą ukochaną. Czekał tam przez trzy dni i trzy noce, nie biorąc do ust kęsa strawy ani łyka napitku, aż w końcu przyszła, stąpając boso po piasku, tak jak w jego wizji, a jej długie włosy powiewały wokół niej, chłostane wiatrem znad jeziora jak zwoje żywego ognia. Pożądanie niemal zawładnęło Aengusem, ale zdołał podejść do niej uprzejmie i przedstawił się tak spokojnie, jak był w stanie.

Dziewica, Caer Ibormeith, nosiła na szyi srebrną obręcz i Aegnus dostrzegł, że łańcuch łączył ją z inną kobietą i dalej z kolejnymi, tak że wzdłuż brzegu jeziora szło trzy razy po pięćdziesiąt dziewcząt, każda przypięta do następnej okowami z kutego srebra. Lecz gdy poprosił Caer, by była jego, gdy wykładał jej swą tęsknotę, ona wymknęła się równie cicho, jak się pojawiła, a z nią pozostałe dziewice. Z nich wszystkich to ona była najwyższa i najpowabniejsza. Naprawdę była kobietą jego serca.

Druid umilkł na chwilę, ale nawet nie zerknął w stronę Niamh, która wyglądała jak piękna rzeźba z intensywnie niebieskimi oczami pełnymi zachwytu. Nigdy nie widziałam, by siedziała bez ruchu równie długo.

– Po tym wydarzeniu Dagda udał się do ojca Caer, do jego siedziby w Connachcie, i zażądał prawdy. W jaki sposób jego syn Aengus mógł zdobyć ową kobietę, gdyż bez niej bez wątpienia nie był w stanie żyć dalej. Jak można było posiąść tak dziwną istotę? Eathal nie chciał mu pomóc, ale w końcu został poddany naciskom, którym nie mógł sprostać. Piękna Caer, rzekł jej ojciec, zdecydowała się spędzać co drugi rok jako łabędzica. W Samhain znów przyjmie swą ptasią postać i w dniu przemiany Aegnus będzie mógł ją zdobyć, gdyż w tym czasie była najbardziej bezbronna. Ale musi być gotów, ostrzegł Eathal. Zdobycie jej będzie wymagało ceny.

Stało się tak, jak mówił Eathal. W wigilię Samhain Aegnus znów udał się do Paszczy Smoka, a tam, na brzegu jeziora, siedziało trzy razy po pięćdziesiąt pięknych łabędzic, każda z kołnierzem z kutego srebra. Trzy razy po pięćdziesiąt, a do tego jeszcze jedna, bowiem ptak z najpyszniejszym upierzeniem i najdłuższą, najwdzięczniejszą szyją był jego nadobną Caer Ibormeith. Aegnus podszedł i padł przed nią na kolana, a ona oparła szyję o jego ramię i rozpostarła szerokie skrzydła. W tym momencie Aegnus poczuł, że się przeistacza. Przez jego ciało przeszedł dreszcz od koniuszków palców u stóp aż po włosy na głowie, od najmniejszego palca do bijącego serca; wtedy zobaczył, że jego skóra zmienia się i migoce, z ramion wyrastają mu śnieżne pióra, a obraz przed oczami wyostrza się i sięga daleko. Pojął, że i on stał się łabędziem.

Oblecieli jezioro trzy razy, śpiewając w swej radości pieśń tak słodką, że ukołysała do spokojnego snu wszystkich w promieniu wielu lig. Potem Caer Ibormeith wróciła do domu z Aegnusem, ale czy zrobili to w formie mężczyzny i kobiety, czy też dwóch łabędzi, o tym historie nie wspominają. Mówią jednak, że jeśli w wigilię Samhain przejeżdża się w pobliżu Loch Béal Dragan i o zmierzchu stanie się bez ruchu na brzegu, da się usłyszeć ich głosy odzywające się w ciemności zalegającej nad jeziorem. Gdy raz usłyszy się tę pieśń, nigdy się jej nie zapomni. Nigdy, aż do końca swego żywota.

Cisza, która zapadła, była oznaką szacunku oddawanego wyłącznie najlepszym bajarzom. Młodzieniec naprawdę opowiedział swą historię wzorowo, niemal tak wytrawnie, jak mógłby to zrobić jeden z członków naszej rodziny. Nie patrzyłam na Niamh. Miałam nadzieję, że jej zarumienione policzki nie przyciągną nadmiernej uwagi. W końcu odezwała się moja matka.

– Wystąp, młody człowieku – rzekła miękko i wstała, nie wysuwając jednak dłoni z ręki ojca.

Druid podszedł bliżej, nieco bledszy na twarzy niż wcześniej. Być może, mimo całej jego pozornej pewności siebie, opowiedzenie historii było dla niego ciężką przeprawą. Wydawał się dość młody; zgadywałam, że mógł mieć ledwie dwadzieścia lat.

– Przedstawiłeś swą opowieść z zapałem i wyobraźnią. Dziękujemy za zapewnienie nam dzisiejszej nocy tak wspaniałej rozrywki. – Uśmiechnęła się do niego życzliwie, ale zauważyłam, że mocno ściskała za plecami palce Iubdana, jak gdyby potrzebowała podpory.

Nowicjusz krótko się skłonił.

– Dziękuję, moja pani. Wysoko cenię taką pochwałę, zwłaszcza z ust gawędziarki o twojej reputacji. Zawdzięczam swe zdolności najlepszemu z nauczycieli. – Zerknął w stronę Conora.

– Jak masz na imię, synu? – zapytał Liam z przeciwnej strony sali, gdzie siedział między swoimi ludźmi. Chłopak odwrócił się do niego.

– Ciarán, panie.

Liam pokiwał głową.

– Będziesz mile widziany w moim domu, Ciaránie, za każdym razem, gdy mój brat postanowi zabrać cię tu ze sobą. Cenimy nasze opowieści i muzykę, które niegdyś niemal bezpowrotnie zniknęły z tych sal. Witajcie też wszyscy członkowie bractwa, mężczyźni i kobiety, którzy zaszczycacie nas swoją obecnością przy naszym ogniu w noc Brigid. A teraz, kto zagra nam na harfie czy flecie lub zaśpiewa wyborną pieśń o bitwach zwycięskich i przegranych?

Przyszło mi do głowy, że wuj celowo skierował uwagę zebranych na bezpieczniejsze wody, jak przystało na genialnego stratega. Młodzieniec, Ciarán, wtopił się na powrót w grupę odzianych w szare szaty postaci siedzących razem cicho w kącie sali. Gdy zaś zaczęto rozdawać kubki z miodem i rozbrzmiały dudy i flet, reszta wieczoru upłynęła w doskonałej harmonii.

Po jakimś czasie uznałam, że zachowuję się nierozsądnie. Złożyłam wszystko na karb nadpobudliwej wyobraźni. Flirt przychodził Niamh naturalnie, zachowywała się tak bez zastanowienia. W jej czynach nie było prawdziwych zamiarów. Proszę bardzo, właśnie śmiała się i żartowała z paroma młodymi żołnierzami Liama. Poza tym w opowieściach często przypisywano bohaterom czy damom cechy wyglądu kogoś, kogo się znało. Chłopak, który dorastał w świętych gajach, z dala od sal lordów i wodzów, pewnie niespecjalnie miał się na czym wzorować, gdy przyszło mu mówić o niezrównanej piękności. Nie dziwota więc, że jako przykład obrał sobie urodziwą córkę z tego domostwa. Nieszkodliwe. Zachowywałam się głupio. Druidzi odejdą do swego lasu, za to Eamonn wróci tu, poślubi Niamh i wszystko będzie tak, jak powinno. Jak musi być. Niemal zdołałam przekonać o tym samą siebie, gdy wieczór przeszedł w północ i przygotowywaliśmy się, by udać się na spoczynek. Niemal. Gdy doszłam do stóp schodów ze świecą w ręku, przypadkiem zerknęłam na drugi koniec sali i napotkałam opanowany, lecz intensywny wzrok wuja Conora. Stał nieruchomo pośród krzątających się ludzi, którzy gawędzili, zaśmiewali się i odpalali świece od znajdującej się koło niego lampy; tak nieruchomo, że wyglądałby jak wykuty z kamienia, gdyby nie jego oczy.

Pamiętaj, Liadan. Historia potoczy się tak, jak musi. Podążaj z odwagą swą ścieżką. To wszystko, co każde z nas może zrobić.

Ale... ale...

Już odszedł i nie mogłam dłużej usłyszeć jego myśli. Zobaczyłam jednak, jak Sean gwałtownie odwraca głowę w moją stronę. Czuł moje zmieszanie, choć go nie rozumiał. To było zbyt wiele. Nienazwane wrażenie zła, nagłe napady dreszczy, zagadkowe ostrzeżenia umysłu. Zapragnęłam mojego cichego pokoju, łyka wody i nocy porządnego snu. Prostych, bezpiecznych rzeczy. Zacisnęłam dłoń na świeczniku, zakasałam spódnice i wspięłam się po schodach do sypialni.

ROZDZIAŁ 2

Dość trudno jest zrobić nalewkę z ziarnopłonu. Metoda jest w sumie prosta, to dokładne odmierzanie stanowi problem. Matka pokazała mi, jak to robić na dwa sposoby: ze świeżymi i wysuszonymi liśćmi. Drobnymi, zręcznymi dłońmi ucierała susz tłuczkiem w moździerzu, podczas gdy ja posiekałam dopiero co zebrane liście, włożyłam je do płytkiej miski i zalałam, by były ledwo zakryte, odrobiną cennego trunku – tego samego, którego Conor użył, by w tegorocznym sezonie wzrastania roślin zapewnić naszym polom błogosławieństwo Brigid. Wykonywałam jej polecenia, zadowolona, że nie należę do osób, którym boleśnie puchnie skóra, gdy pracują z tą rośliną. Dłonie matki były gładkie i blade, a w dodatku delikatnej budowy, mimo że codziennie spędzała tyle czasu w pracowni. Jedyną ozdobą, jaką nosiła, był pierścionek wystrugany dla niej przez męża wiele lat temu. Dzisiaj przywdziała bardzo starą suknię, niegdyś niebieską, a długie włosy związała z tyłu zwyczajnym paskiem płótna. Ta suknia, ten pierścionek, te dłonie – wszystko miało swą własną historię i to o nich rozmyślałam, przygotowując moją misę ziół do namaczania.

– Dobrze – rzekła matka, obserwując mnie. – Chcę, żebyś nauczyła się tego porządnie i była w stanie zastosować te techniki równie zręcznie z innymi materiałami. Ta nalewka złagodzi większość dolegliwości żołądkowych, ale jest mocna. Podaj ją pacjentowi choć raz, a możesz uczynić więcej szkody niż pożytku. Teraz przykryj misę muślinową ścierką i ostrożnie odstaw na bok. Właśnie tak. Pozwól jej stać tak przez dwadzieścia jeden nocy, potem przecedź płyn i schowaj w ciemnym miejscu szczelnie zakorkowany. Taka nalewka będzie się dobrze trzymać przez wiele miesięcy. Zapas, który zrobiłyśmy dzisiaj, wystarczy ci na całą zimę.

– Mamo, może usiadłabyś na chwilę? – W garnku nad małym ogniem grzała się woda. Zdjęłam z półki dwa fajansowe kubki i pootwierałam słoje zasuszonych liści.

– Rozpieszczasz mnie, Liadan – odparła z uśmiechem, ale usiadła, drobna postać w starej roboczej sukni. Promienie słońca wpadały przez okno za jej plecami, ukazując mi, jaka była blada. W jaskrawym świetle można było dostrzec ślady spłowiałych haftów przy dekolcie i rąbku jej odzienia. Liście bluszczu, maciupkie kwiatki, tu i tam tycie skrzydlate owady. Ostrożnie nalałam gorącej wody do obu kubków.

– Czy to nowa mieszanka?

– Owszem – przytaknęłam, zaczynając czyścić i odkładać noże, miski i narzędzia, których używałyśmy wcześniej. – Ciekawa jestem, czy potrafisz mi powiedzieć, co w niej jest. – Zapach ziołowego naparu rozchodził się w chłodnym, suchym powietrzu pracowni.

Matka delikatnie pociągnęła nosem.

– Mamy tu głowienkę, na pewno ususzone kwiaty, jest też trędownik, może szczypta dziurawca i... złota jemioła?

Znalazłam słój naszego najlepszego miodu i nałożyłam trochę łyżeczką do obu kubków.

– Bez wątpienia nie straciłaś nic ze swych umiejętności – przyznałam. – Nie musisz się martwić. Wiem, jak zbierać tę roślinę i jak jej używać.

– To mieszanka o wielkiej mocy, córko.

Zerknęłam na nią, a ona spojrzała mi prosto w oczy.

– Wiesz, prawda? – zapytała miękko.

Skinęłam głową, nie będąc w stanie wydusić słowa. Postawiłam jedno naczynie pełne leczniczej herbaty na kamiennym parapecie koło niej, a własne obok miejsca, w którym pracowałam.

– Bardzo biegle dobierasz zioła. Ale jest już za późno, by takie leki mogły przynieść cokolwiek poza chwilową ulgą. Z tego również na pewno zdajesz sobie sprawę. – Upiła łyk herbaty, skrzywiła się i posłała mi lekki uśmiech. – To gorzki napar.

– Gorzki, w rzeczy samej – odparłam, sącząc własną herbatę ze zwykłej mięty pieprzowej. Zdołałam sprawić, by mój głos nie zadrżał. Ledwie.

– Widzę, że dobrze cię wyuczyliśmy, Liadan – rzekła matka, obserwując mnie uważnie. – Masz moje zdolności do leczenia, a po ojcu dar miłości. On zbiera wszystkich pod swym dającym schronienie cieniem jak olbrzymie leśne drzewo. Dostrzegam w tobie tę samą siłę, córko.

Tym razem nie ośmieliłam się odezwać.

– Będzie mu trudno – mówiła dalej matka. – Bardzo trudno. Nie jest jednym z nas, nie tak naprawdę, choć czasem o tym zapominamy. Nie rozumie, że to nie jest prawdziwe rozstanie, a po prostu podróż dalej, zmiana.

– Koło obraca się i wraca – rzekłam.

Matka znów się uśmiechnęła. Odstawiła kubek z prawie nietkniętą herbatą.

– Trochę przypominasz też Conora – zauważyła. – Usiądź na chwilę, Liadan. Muszę ci coś powiedzieć.

– Ty też? – Zdołałam przywołać na twarz załzawiony uśmiech.

– Tak. Twój ojciec opowiedział mi o Eamonnie.

– I co o tym sądzisz?

Zmarszczyła leciutko brwi.

– Nie wiem – przyznała wolno. – Nie mogę ci doradzić. Ale... ale powiem ci tylko, żebyś zbytnio się nie spieszyła. Przez jakiś czas będziesz tu potrzebna.

Nie dociekałam dlaczego.

– Czy powiedziałaś ojcu? – zapytałam w końcu.

Matka westchnęła.

– Nie. On mnie nie spyta, bo wie, że powiem mu prawdę. Nie muszę ubierać tego w słowa. Nie dla Rudego. To, że jest świadomy sytuacji, zdradza dotyk jego dłoni, pośpiech, z którym wraca z orki, sposób, w jaki siedzi przy łóżku, gdy myśli, że śpię, i trzyma mnie za rękę, wpatrując się w mrok. On wie.

Zadrżałam.

– A co zamierzałaś powiedzieć mnie?

– Coś, czym nigdy nie podzieliłam się z nikim innym. Myślę jednak, że przyszedł czas, by przekazać tę wiedzę dalej. Coś cię ostatnio martwi, widzę to w twoich oczach. Nie tylko... nie tylko mój stan, ale coś jeszcze.

Trzymałam kubek w dłoniach, ogrzewając je.

– Czasami... nawiedza mnie dziwne uczucie. Jakby nagle wszystko stawało się zimne i... jest też głos...

– Mów dalej.

– Widzę... czuję, że zbliża się coś okropnego. Patrzę na kogoś i wyczuwam... coś jakby fatum wiszące nad tą osobą. Conor wie. Powiedział, żebym się nie obwiniała. Niezbyt mnie to uspokoiło.

Matka pokiwała głową.

– Mój brat był mniej więcej w twoim wieku, gdy poczuł to po raz pierwszy. Mam na myśli Finbara. Conor o tym pamięta. Ta zdolność przynosi ból, niewielu pragnęłoby ją posiadać.

– Czym ona jest? – zapytałam, dygocząc. – Czy to Widzenie? Dlaczego więc nie wpadam w drgawki, nie krzyczę, a potem nie padam bezwładnie jak Biddy O'Neal z Krzyżówek? Ona ma dar Widzenia. Przewidziała wielkie powodzie dwie zimy temu i śmierć tego mężczyzny, którego wóz spadł ze skarpy na Urwisku Fergala. Ze mną jest... inaczej.

– Inaczej, a jednak tak samo. Sposób, w jaki to się dzieje, zależy od siły danej osoby i jej własnych zdolności. A to, co widzisz, może cię też zwodzić. Finbar często widział prawdę i czuł się winny, bo nie był w stanie zapobiec zdarzeniom ze swych wizji. Ale to, co owe widzenia miały znaczyć, nie było łatwe do zinterpretowania. To okrutny dar, Liadan. A z nim łączy się kolejny, którego nie miałaś jeszcze powodu rozwinąć.

– Jaki? – zapytałam, niepewna, czy chcę się dowiedzieć. Czy jeden taki dar, jeśli można go nazwać darem, w zupełności nie wystarczył?

– Nie potrafię tego wyjaśnić. Nie tak do końca. Użył go na mnie tylko raz. Ja i on... dzieliliśmy tę samą więź, która łączy cię z Seanem, bliskość, która pozwala wam rozmawiać za pomocą umysłów i dostraja cię do najskrytszych myśli tej drugiej osoby. Finbar miał większe umiejętności niż ja. Podczas tych ostatnich dni stał się bardzo biegły w odcinaniu mnie. Bywały chwile, gdy wydawało mi się, że lękał się opuścić bariery. Jego duch otrzymał dotkliwą ranę, a on nie miał zamiaru dzielić się swym bólem z nikim, nawet ze mną. Ale miał też inną umiejętność, zdolność używania mocy swego umysłu do uzdrawiania. Kiedy mnie... kiedy mnie skrzywdzono i myślałam, że nic już nigdy nie będzie w porządku, on... dotknął mnie swym umysłem, wyparł wszystkie koszmary, kołysał moje myśli ze swoimi, aż noc dobiegła końca. Później użył tych samych zdolności, by pomóc mojemu ojcu, którego umysł był na wskroś zniszczony przez działania czarownicy, lady Oonagh. Kazała ojcu tańczyć, jak mu zagrała, przez trzy długie lata, które moi bracia spędzili pod wpływem jej zaklęcia. A lord Colum nie był słaby; zmagał się z poczuciem winy i wstydem, a mimo to nie potrafił się jej przeciwstawić. Gdy w końcu powróciliśmy do domu, w zasadzie nas nie poznał. Sprawienie, by wrócił do siebie, zabrało wiele dni i nocy pełnych cierpliwości. Użycie tych leczniczych mocy wiąże się jednak z wielką ceną. Po wszystkim Finbar był... wyzuty do cna, stał się cieniem samego siebie, niczym człowiek, który przetrwał najzajadlejsze męki ciała i umysłu. Jedynie najsilniejsi są w stanie to wytrzymać.

Spojrzałam na nią z pytaniem w oczach.

– Jesteś silna, Liadan. Nie potrafię ci powiedzieć, czy przyjdzie ci użyć tego daru i kiedy. Może nigdy. Powinnaś jednak przynajmniej wiedzieć o jego istnieniu. On będzie w stanie powiedzieć ci więcej.

– On? Masz na myśli... Finbara? – Teraz naprawdę weszłyśmy na grząski grunt.

Matka odwróciła się, by wyjrzeć przez okno.

– Ogród odrósł tak pięknie – rzekła. – Mały dąb, który zasadził dla mnie Rudy, pewnego dnia stanie się wysoki i szlachetny; bzy, lecznicze zioła. Wiedźma nie dała rady nas zniszczyć. Razem byliśmy dla niej zbyt silni. – Znów skierowała wzrok na mnie. – Masz w sobie potężną magię, Liadan. I jest jeszcze jedna rzecz, która działa na twoją korzyść.

– Jaka to rzecz? – zapytałam. Jej słowa intrygowały mnie i zarazem przerażały.

– Finbar pokazał mi kiedyś pewną wizję. Jeden jedyny raz. Niemal zapytałam go, co przyniesie mi przyszłość, a on ukazał mi urywek chwili. Była tam Niamh, tańcząca na leśnej ścieżce z włosami jak złoty ogień, dziecko z darem radości. I Sean, biegnący, biegnący, by ją dogonić. Zobaczyłam dzieci moje i Rudego. I... było jeszcze jedno. Dziecko, które było... wykluczone. Na skraju, więc nie mogłam go dostrzec wyraźnie. Ale to nie byłaś ty, córko. Tego jestem pewna. Gdybyś to była ty, wiedziałabym w chwili, w której się urodziłaś i wzięłam cię w ramiona.

– Ale... dlaczego mnie tam nie było? Sean i ja jesteśmy w tym samym wieku. Dlaczego i mnie nie było w twojej wizji?

– Ten sam moment objawił mi się wcześniej – wyznała wolno matka. – Kiedy ja... ale w obydwu przypadkach cię tam nie było. Tylko to inne dziecko, odrzucone przez wszystkich. Wydaje mi się, że w jakiś sposób istniejesz poza wzorem, Liadan. Jeśli naprawdę tak jest, może ci to dać wielką moc, niebezpieczną moc. Pozwoliłoby ci to... zmieniać bieg wydarzeń. W tych wizjach nie było przepowiedziane, że przy narodzinach Seana przyjdzie na świat drugie dziecko. To cię wyróżnia. Przez długi czas wierzyłam, że czarowny lud wyznacza nasze ścieżki. Że realizuje swe wielkie plany, wykorzystując nas. Ale ty nie jesteś częścią ich intryg. Być może posiadasz jakiś klucz.

To było zbyt wiele informacji do przyswojenia. A jednak musiałam jej uwierzyć, gdyż matka zawsze mówiła prawdę, ni mniej, ni więcej.

– W takim razie co z trzecim dzieckiem z wizji? – zapytałam. – Wykluczonym dzieckiem chowającym się w cieniu?

– Nie potrafię ci powiedzieć, kim było. Tylko... że było to dziecko, które straciło wszelką nadzieję. To straszliwa rzecz. Nie sposób stwierdzić, dlaczego została mi zesłana ta wizja. Być może z czasem się tego dowiesz.

Znów przeszedł mnie dreszcz.

– Nie jestem pewna, czy chcę.

Matka uśmiechnęła się i wstała.

– Te sprawy mają w zwyczaju znajdywać cię, czy tego chcesz, czy nie – rzekła. – Conor mówił prawdę. Nie ma sensu czuć się winnym lub martwić o to, co przyniesie los. Stawiaj jeden krok za drugim i podążaj swoją ścieżką. To wszystko, co możemy zrobić.

– Hmm. – Zerknęłam na nią. Brzmiało to tak, jakby moja własna ścieżka miała być bardziej kręta, niżbym sobie tego życzyła. Nie prosiłam o wiele. Bezpieczeństwo i spokój Siedmiorzecza, szansa, by dobrze używać swego rzemiosła, grzanie się w miłości mojej rodziny. Nie byłam pewna, czy miałam w sobie coś prócz tego. Nie potrafiłam sobie wyobrazić siebie jako osoby, która może wpłynąć na bieg przeznaczenia. Ależ Sean śmiałby się z tego pomysłu, gdybym mu o nim wspomniała.

Wiosna minęła, a Eamonn nie wracał. Druidzi znów nas opuścili, o zmierzchu bezszelestnie znikając w lesie. Niamh stała się niezwykle cicha i nabrała zwyczaju, by siadać na dachowych łupkach, wpatrywać się w bezkres drzew i nucić sobie miękko pod nosem. Często, gdy szukałam jej do pomocy przy szyciu lub do załatwienia spraw w osadzie, nie dało się jej nigdzie znaleźć. Wieczorami nie chciała już o niczym ze mną rozmawiać, tylko leżała na łóżku, uśmiechając się skrycie, aż powieki opadały na jej piękne oczy i zasypiała jak dziecko. Mnie sen przychodził o wiele trudniej. Z północy dobiegały nas sprzeczne wieści. Eamonn walczył na dwóch frontach. Wkroczył na terytorium swego sąsiada. Wycofał się za swe wewnętrzne mury. Najeźdźcy byli Normanami, którzy wrócili, by nękać wybrzeże od dawna uznawane za bezpieczne. Pozakładali osady daleko na południu, przy ujściu wielkiej rzeki, a teraz szukali okazji do powiększenia swych ziem, kierując się ku północy wzdłuż wybrzeża, a nawet zamierzając się na serce naszego kraju. To wcale nie byli Ludzie Północy, tylko Brytowie. Nie byli to ani jedni, ani drudzy, tylko jakiś bardziej egzotyczny lud, który nosił swą tożsamość wypisaną na skórze w tajemnych, zakodowanych wzorach. Mężczyźni ci mieli twarze niczym dziwaczne ptaki i wielkie, dzikie zwierzęta: koty, jelenie i niedźwiedzie. Atakowali bezgłośnie i zabijali bez litości. Jeden z nich miał oblicze równie czarne jak nocne niebo. Może nie byli to wcale ludzie, a wojownicy z nadprzyrodzonego świata. Broń mieli tak niespotykaną jak wygląd: zmyślne dmuchawki, z których dało się wystrzelić w powietrze strzałki z grotami pokrytymi trucizną, maleńkie żelazne kule nabijane kolcami, które szybowały prędko i gryzły mocno, zręcznie używane kawałki cienkiego sznura. Żadnych mieczy ani włóczni, żadnej uczciwej broni.

Nie wiedzieliśmy, w które z tych historii wierzyć, choć Sean i Liam sądzili, że te o Normanach wydawały się najbardziej prawdopodobne. W końcu tego typu najeźdźcy mieli największe szanse na szybki atak i wycofanie się, gdyż na morzu byli do tej pory niezrównani – używali zarówno wioseł, jak i żagli, by poruszać się po wodzie szybciej niż wiatr. Może ich bogato zdobione hełmy dały początek dziwacznym pogłoskom. Jednakże, mówił Liam, Normanowie walczą bez finezji obosiecznymi mieczami, maczugami i toporami. Nie słyną także ze sprawności na zalesionych terenach; wolą raczej utrzymywać swe pozycje na samych wybrzeżach, niż wyprawiać się w głąb lądu. Teoria ta nie pasowała aż tak zgrabnie, jak można by sobie tego życzyć.

W końcu, mniej więcej w czasie, gdy dzień i noc były tej samej długości, a ojca zajmowało sadzenie, Eamonn wysłał prośbę o pomoc i Liam odkomenderował na północ oddział trzydziestu porządnie uzbrojonych mężczyzn. Sean chciał się z nimi wybrać, tak samo jak – zdaje mi się – sam wuj. Ale jak to zwykle bywa, coś zatrzymało ich obu. Aisling wciąż przebywała w naszym domu, z dala od zagrożenia, martwiąc się o bezpieczeństwo swego brata. To wystarczyło, by na razie zatrzymać Seana na miejscu. Liam zaś orzekł, że skoro nie do końca rozumiemy zagrożenie, zbyt niebezpiecznie dla nich byłoby jechać i znaleźć się na linii frontu zarówno z Eamonnem, jak i jego dziadkiem. Postanowili zaczekać, aż usłyszą raport od samego Eamonna lub od Seamusa. Fakty, nie wymysły. Wtedy przyjdzie czas na decyzję, czy należy podjąć dalsze działania.

Zauważyłam jednak, że wieczorami odbywali długie, poważne rozmowy i studiowali swe mapy. Iubdan też. Ojciec mógł przysiąc, że nie chwyci za broń, jeśli wrogami będą jego pobratymcy, ale Liam był na tyle doświadczonym strategiem, że rozpoznawał i wykorzystywał umiejętności szwagra związane z mapami morskimi oraz planowaniem ofensywy i defensywy. Słyszałam, jak stwierdził, że to szkoda, iż Padriac nie wrócił jeszcze ze swej ostatniej wyprawy, na którą pożeglował w poszukiwaniu nowych lądów i świeżych przygód. W końcu ten to dopiero wiedział, jak zbudować łódź i pokierować nią lepiej niż jakikolwiek wiking. Był człowiekiem, który potrafił wymyślić dziesięć różnych rozwiązań dla każdego problemu. Minęły jednak trzy lata, od kiedy Liam ostatnio widział swego najmłodszego brata. Po tak długim czasie nikt nie żywił już wielkiej nadziei na jego bezpieczny powrót. Pamiętałam tego wujka w miarę dobrze. Komu mogłaby wylecieć z pamięci taka postać? Spędzał w domu krótką chwilę, mając w zanadrzu mnóstwo niesamowitych opowieści, po czym znów wyruszał na jakąś nową wyprawę. Jego opalona skóra zyskała barwę orzecha, zaplecione w warkocz włosy opadały mu na plecy, w jednym uchu błyszczały trzy pierścienie. Miał też osobliwego, wielokolorowego ptaka, który siedział mu na ramieniu i pytał uprzejmie: "Czy chciałabyś się poturlać w sianie, kotku?". Wiedziałam, że matka nie wierzyła w jego śmierć, tak samo jak nie wierzyła w zgon Finbara. Zastanawiałam się, czy wiedziała to na pewno. Zastanawiałam się, czy ja bym wiedziała, gdyby Sean pojechał wziąć udział w bitwie i poległ od miecza jakiegoś obcego człowieka. Czy poczułabym w sercu moment, w którym krew zwalnia w żyłach, oddech urywa się, a mgła zasnuwa oczy, gdy te wpatrują się niewidząco w bezkresny nieboskłon?

Nie miałam absolutnie żadnego zamiaru szpiegować Niamh. To, co moja siostra robiła w wolnych chwilach, było jej sprawą. Po prostu się martwiłam, to wszystko. Zachowywała się bardzo nieswojo; wycofała się w ciszę i spędzała w samotności dużo czasu. Nawet Aisling wspomniała o tym z życzliwości.

– Niamh wydaje się bardzo milcząca – zauważyła pewnego popołudnia, gdy obie poszłyśmy na pola za domem, by nazrywać mleczy do produkcji wina. W niektórych majątkach nie uchodziło, by lordowskie córki tykały się tak pośledniej roboty; zostawiało się ją dla służby. W Siedmiorzeczu tak się nie działo, przynajmniej nie za mojej pamięci. Tutaj każdy pracował. Prawda, Janis i jej podkomendne wykonywały cięższe zadania: dźwigały wielki, żelazny gar do gulaszu, szorowały podłogi i zabijały kurczęta. Jednakże Niamh i ja miałyśmy swój porządek dnia oraz przydzielone sezonowe prace i wiedziałyśmy, jak sprawnie je wykonywać. W ten sposób brałyśmy przykład z rodziców, ponieważ Sorcha miała w zwyczaju spędzać cały dzień między pracownią a wioską, w której doglądała chorych, a ojciec, niegdyś pan na Harrowfield, chętnie brał pług w swoje ręce, gdy wymagała tego sytuacja. Niamh i ja stanowiłyśmy dobry materiał na żony, byłyśmy przygotowane do zarządzania domowymi sprawami majątków naszych mężów. W końcu jak można być dobrą panią domu, jeśli nie rozumie się pracy, którą muszą wykonywać twoi podwładni? Nie jestem pewna, w jaki sposób Niamh zdołała opanować swoje zdolności, bo nigdy nie spędzała zbyt wiele czasu nad jednym zadaniem. Była jednak bystrą dziewczyną i nawet jeśli o czymś zapomniała, wystarczyła jej chwila, by oczarować Janis, mnie albo kogoś innego i nakłonić tę osobę do pomocy.

Teraz jednak brakowało jej przy zbieraniu mleczy. Aisling uważnie zrywała kwiaty, co jakiś czas zatrzymując się, by wepchnąć niesforne jaskrawe loki z powrotem za opaskę, spod której próbowały się wymknąć. Dni były teraz cieplejsze i na jej nosie wykwitały lekkie pyłki piegów.

– Uważaj, żeby zostawić dość mleczy na nasiona – przestrzegłam ją.

– Tak, matko – zachichotała Aisling, po czym dodała do swego wiklinowego koszyka kilka kolejnych złotych kwiatów. Zawsze była chętna do pomocy przy podobnych zadaniach. Może sądziła, że w ten sposób przygotowuje się do bycia odpowiednią żoną dla Seana. Mogłabym jej powiedzieć, że ten aspekt w ogóle nie miał znaczenia, nie dla niego. Mój brat już podjął decyzję. – Ale poważnie, Liadan, myślisz, że z Niamh wszystko w porządku? Zastanawiałam się... cóż, zastanawiałam się, czy to ma związek z Eamonnem.

– Z Eamonnem? – powtórzyłam po niej dość głupio.

– Cóż – rzekła Aisling w zamyśleniu – nie ma go już jakiś czas i nikt z nas nie wie, co się dzieje. Nie jestem pewna, jak wyglądają sprawy między nimi, ale pomyślałam sobie, że może się martwi. Ja się martwię.

Uścisnęłam ją pocieszająco.

– Jestem pewna, że niepotrzebnie. Kto jak kto, ale Eamonn potrafi się o siebie zatroszczyć. Pewnie lada dzień ujrzymy twojego brata we własnej osobie podjeżdżającego pod próg i bez wątpienia zwycięskiego. – A ja założę się o srebrną monetę przeciwko starej szpulce do nici, pomyślałam sobie, że cokolwiek gnębi moją siostrę, nie jest to on. Wątpię, by poświęciła mu choć chwilę uwagi, odkąd wyjechał. Prawdopodobnie częściej niż w jej myślach pojawiał się w moich.

Skończyłyśmy zrywanie i nastawiłyśmy wiosenne wino z miodem i jaśminem, by zniwelować goryczkę mleczy, po czym odłożyłyśmy je w ciemnym kącie do leżakowania, a po Niamh wciąż nie było śladu. Razem z Aisling poszłyśmy na piętro, obmyłyśmy ręce i twarze, rozczesałyśmy i zaplotłyśmy sobie nawzajem włosy w warkocze oraz zdjęłyśmy nasze parciane robocze fartuchy. Zbliżał się czas kolacji, a na zewnątrz chłodny zmierzch sunął po niebie, zmieniając jego barwy na fiolet i stłumioną szarość. Wtedy w końcu przez moje wąskie okno dostrzegłam siostrę, jak biegła przez pole od skraju lasu, szybko omiatając wzrokiem prawą i lewą stronę, by sprawdzić, czyje czujne oczy mogły ją właśnie obserwować. Zniknęła mi z widoku. Niedługo potem stanęła w drzwiach, gwałtownie łapiąc oddech i wciąż trzymając w dłoni zebrane spódnice, z policzkami jaśniejącymi szkarłatem. Spojrzałam na nią, Aisling uczyniła to samo, ale żadna z nas się nie odezwała.

– Dobrze, nie spóźniłam się. – Niamh podeszła prosto do dębowej skrzyni, uniosła pokrywę i zaczęła w niej szperać, szukając czystej sukni. Gdy znalazła tę, którą chciała, przystąpiła do rozpinania tej, którą miała na sobie. Zdjęła ją, a potem ściągnęła halkę, nie kłopocząc się żadnymi kurtuazyjnymi przeprosinami. Aisling taktownie odsunęła się na bok i zaczęła wyglądać przez okno. Ja przyniosłam siostrze miskę z wodą i szczotkę do włosów, gdy ona włożyła świeżą bieliznę, kręcąc przy tym biodrami, i wciągnęła suknię przez głowę. Odwróciła się do mnie plecami, a ja zaczęłam zapinać liczne małe haftki. Wciąż dyszała, co nie ułatwiało mi zadania.

– Znowu wygląda przyzwoicie, Aisling – rzekłam cierpko. – Może mogłabyś pomóc jej się uczesać? To już prawie pora wieczerzy. – Aisling miała zwinne palce i większą szansę stworzenia porządnej fryzury z dziko rozczochranych loków mojej siostry w tym krótkim czasie, który nam pozostał. Zaczęła je szczotkować spokojnymi, równymi pociągnięciami.

– Niamh, gdzieś ty się, do groma, podziewała? – zapytała w osłupieniu. – Masz we włosach słomę i liście... i co to za małe, niebieskie kwiatki? – Otrzepała je ze swą zwyczajową, słodką, niewinną miną.

– Brakowało nam ciebie dziś po południu – rzekłam beznamiętnie, wciąż zapinając suknię Niamh. – Nastawiłyśmy wiosenne wino bez ciebie.

– Czy w twoich słowach kryje się jakaś nagana? – zapytała moja siostra, wykręcając się to w jedną, to w drugą stronę, by poprawić spódnice, i krzywiąc się, gdy szczotka natrafiała na kołtun.

– To było tylko stwierdzenie faktu, nie pytanie – odparłam. – Wątpię, by twoja nieobecność została zauważona przez kogokolwiek oprócz Aisling i mnie... tym razem. A my poradziłyśmy sobie doskonale bez ciebie, więc nie musisz czuć się winna z tego powodu.

Rzuciła mi bezpośrednie spojrzenie, ale nic nie odpowiedziała, nie przy Aisling, która widziała w ludziach jedynie dobro i nie rozumiała idei skrytości i wybiegów. Była prostolinijna niczym owca, choć to porównanie mogło być nieco niesprawiedliwe wobec niej. Choć była prosta, nie była głupia.

Tego wieczoru, gdy całą rodziną zasiedliśmy do kolacji, znów poczułam znajomy niepokój. Nasz posiłek był niewyszukany. Po części dlatego, że matka nigdy nie tykała mięsa, jadaliśmy dość zwyczajnie, opierając się głównie na zbożach i warzywach z naszych domowych farm. Janis miała w zanadrzu szeroki wachlarz przepisów na smaczne zupy i dobre, uczciwe chleby, i to nam wystarczało. Mężczyźni dostawali porcję z upieczonego ptaka lub dwóch, a od czasu do czasu zarzynano dla nich owcę, gdyż pracowali ciężko, czy to zbrojnie, czy na polu, czy w stajni, i nie zawsze zadowalał ich posiłek złożony z rzepy, fasoli i żytniego pieczywa. Tego wieczoru cieszyłam się, widząc, że matka zdołała zjeść trochę zupy i ze dwa kąski podpłomyka. Zrobiła się tak chuda, że północny wiatr mógłby ją porwać, gdyby zechciał, a w dodatku nigdy nie było łatwo namówić jej do jedzenia. Gdy ją obserwowałam, poczułam, że Iubdan na mnie patrzy. Zerknęłam na niego, po czym szybko odwróciłam wzrok, gdyż nie mogłam znieść wyrazu jego twarzy. Jego oczy mówiły: "To będzie długie pożegnanie, a jednak dany nam czas wciąż będzie za krótki. Nie umiem sobie z tym poradzić. Nie potrafię się tego nauczyć. Będę ją trzymał i trzymał, aż moje ręce zacisną się na pustce".

Niamh, schludna niczym kot, piła zupę ze spuszczonym wzrokiem. Nawet jeden włos nie wystawał poza wyznaczone mu miejsce. Wymowny rumieniec zniknął, a jej skóra wyglądała gładko i złociście w świetle kaganków. Naprzeciwko niej siedział Sean, a obok niego Aisling. Szeptali do siebie, trzymając się pod stołem za ręce. Po kolacji nie było opowieści, nie tego wieczoru. Zamiast tego rodzina zostawiła mężczyzn i kobiety z domostwa ich pieśniom i kuflom piwa przy kuchennych paleniskach, po czym zgodnie z poleceniem Liama przeszła do małej, cichej komnaty, gdzie można było mieć trochę prywatności.

– Masz jakieś wieści – rzekł ojciec, gdy tylko usiedliśmy. Ponalewałam wina z butelki stojącej na stole. Najpierw obsłużyłam matkę, potem wuja, następnie ojca, Seana i na końcu dwie pozostałe dziewczyny.

– Dziękuję, Liadan. – Liam skinął mi aprobująco głową. – To prawda, mam wieści, którymi do tej pory się nie podzieliłem, gdyż to Aisling powinna usłyszeć je pierwsza. Nie takie wieści, dziecko – dodał pospiesznie, gdy Aisling w trwodze zerwała się z miejsca, bez wątpienia obawiając się najgorszego. – Twój brat ma się dobrze i powinien się tu zjawić przed Beltane, by cię odebrać. Zagrożenie na razie zostało zażegnane.

– Co wiadomo o tym nieznanym wrogu? – zapytał z przejęciem Sean. – I o bitwie?

Liam zmarszczył brew.

– Bardzo niewiele. Poniesiono jakieś straty. Mężczyzna, który przyjechał tu z wiadomością, nie miał wielu informacji, bo dostał je od kogoś innego. Wiem, że Eamonn znów zabezpieczył swoje granice, ale w jaki dokładnie sposób i przeciwko komu... to wciąż pozostaje okryte zasłoną tajemnicy. Musimy poczekać na relację do jego powrotu. Ja również chętnie dowiem się więcej o tej sprawie. Może ona wpłynąć na cały nasz plan dotyczący Brytów. Głupotą byłoby oczekiwać zwycięstwa w bitwie morskiej przeciwko Normanom.

– To prawda – przyznał Sean. – Nie rozważałbym takiego przedsięwzięcia, o ile nie miałbym zdolności ich ludu po mojej stronie. Ale Normanów nie interesują nasze wyspy. Gdyby były im potrzebne bezpieczne kotwicowiska w tamtych rejonach, już dawno odebraliby je Brytom. Wyspy są zbyt jałowe pod uprawy, zbyt odległe, by zakładać tam osady. To terytorium z dawna opuszczone przez wszystkich oprócz Dawnych. Brytowie używają ich jedynie jako punktu przejściowego do wypraw na nasze ziemie.

– Oraz, jak sądzę, by was podjudzać – dodał cicho Iubdan. – Słyszałem raz, że to ich sposób na sprowokowanie reakcji u każdego człowieka z Erin. Zacząć walkę od kradzieży tego, co jest najbliższe jego sercu: może jego konia, a może jego kobiety. Zacząć wojnę od zabrania tego, co jest najbliższe jego duchowi: jego dziedzictwa, jego tajemnic. Być może to jedyny powód, którego potrzebują, by trzymać wyspy.

– Z pewnością ich wysiłki, by założyć lądowy przyczółek na tym wybrzeżu nie są do tej pory zbyt imponujące – rzekł Liam. – Ich zdolności, tak jak i nasze, nie są dobrze rozwinięte w kwestii walki na morzu. A mimo to utrzymują wyspy już od ponad trzech pokoleń. Gdyby mieli do dyspozycji sprzymierzeńców z silną flotą i umiejętnościami Normanów do zrobienia z niej użytku, kto wie, na co mogliby się porwać.

– Taki sojusz jest niewątpliwie mało prawdopodobny. – Sean z namysłem podrapał się po głowie. – Brytowie z zachodniego wybrzeża nie mają powodów, by ufać Normanom. Przez wikińskie grabieże ponosili znacznie poważniejsze straty niż my. Przez wiele dziesięcioleci byli świadkami barbarzyństwa tych najeźdźców. To byłby w rzeczy samej bezbożny sojusz.

– Jeśli nasz stary wróg Richard z Northwoods posłuży nam za miarę – skrzywił się gniewnie Liam – to uwierzę, że Brytowie są zdolni do wszystkiego.

– Powinniśmy zaczekać – wtrąciła taktownie matka. – Eamonn powie nam więcej, kiedy wróci. Cieszę się, że znów się uśmiechasz, moja droga – dodała, patrząc na Aisling.

– Twoja troska o brata zasługuje na uznanie – rzekł Liam. – Chłopak jest przywódcą, co do tego nie ma wątpliwości. Ufam, że jego straty nie były zbyt wielkie. Jest też druga wiadomość. Taka, która cię zainteresuje, Niamh.

– Hm...? Słucham? – Moja siostra była gdzieś daleko stąd, pogrążona w myślach.

– List – oznajmił poważnie wuj – od człowieka, którego nigdy nie spotkałem, ale za to słyszałem o nim dość dużo. Ty również, Iubdanie. Nazywa się Fionn z klanu Uí Néill, tej jego części, która rządzi na północnym zachodzie. Mają dość bliskie powiązania z Wysokim Królem Tary. Te dwie gałęzie rodziny nie czują jednak do siebie wielkiej sympatii. Fionn jest starszym synem wodza klanu z Tirconnell, człowiekiem o wielkich wpływach i pokaźnym majątku.

– Owszem, słyszałem o nim – przytaknął ojciec. – Jest bardzo poważany. A usytuowanie naszych ziem akurat pomiędzy dwoma rodami Uí Néill nie jest zbyt wygodne. Oni wszyscy są spragnieni władzy.

– Ten fakt sprawia, że cała sprawa robi się jeszcze bardziej interesująca – rzekł wuj. – Ów Fionn wraz z ojcem szuka okazji do zawarcia bliższego przymierza z Siedmiorzeczem. Wystosowuje przyjazne gesty dość bezpośrednio wskazujące, że właśnie to chce osiągnąć.

– Czy to twój okrężny sposób na oznajmienie nam, że chce poślubić jedną z córek z naszego domu? – Matka miała talent do przywoływania brata ostro do porządku, gdy zaczynał zachowywać się nieco zbyt formalnie. – Czy złożył propozycję jednej z naszych dziewcząt?

– Otóż to. W liście napisał, że słyszał, iż w Siedmiorzeczu mieszka córka o wyjątkowej urodzie i umiejętnościach, którym nic nie można zarzucić. On sam zaś szuka żony, a jego ojciec uznałby taki sojusz za korzystny dla obu stron. Robi też zawoalowaną aluzję do naszego konfliktu z Brytami z Northwoods, wspominając o oddziałach, które ma do dyspozycji, zakwaterowanych wygodnie blisko nas. Wspomina także o strategicznym położeniu Siedmiorzecza, co może okazać się kluczowe, gdyby jego krewni mieszkający dalej na południe zagrozili mu w jakiś sposób. Dość dużo treści jak na tak krótki list.

– Jakiego rodzaju mężczyzną jest ten Fionn? – wtrąciła Aisling całkiem śmiało. – Młodym czy starym? Nieurodziwym czy przystojnym?

– Jest w średnim wieku – odparł Liam. – Ma około trzydziestu lat. To wojownik. Nic mi nie wiadomo o jego wyglądzie.

– Trzydzieści lat! – Aisling była wyraźnie zaszokowana myślą, że jedna z nas miałaby wyjść za takiego starca.

Sean wyszczerzył zęby.

– Córka o wyjątkowej urodzie – wymruczał. – Czyli mowa o Niamh. – Zerknął na mnie, unosząc brwi, a ja skrzywiłam się w odpowiedzi.

– Tak, jego propozycja dotyczy Niamh – potwierdził Liam, w ogóle nie pojmując naszej wymiany zdań. – Co powiesz, siostrzenico?

– Ja... – Niamh chyba zapomniała języka w gębie, co zdarzało się wyjątkowo rzadko. Nagle straszliwie pobladła. – Ja... – A przecież podobna wiadomość nie mogła wywołać aż takiego zdumienia. Miała siedemnaście lat, więc w sumie zaskakujące było to, że list stanowił pierwszą oficjalną propozycję, jaką dla niej otrzymaliśmy.

– To zbyt wiele na raz dla tak młodej dziewczyny, Liamie – wtrąciła szybko matka. – Niamh potrzebuje czasu, by rozważyć tę ofertę, my zresztą też. Może mogłabym przeczytać jej ten list na osobności, jeśli nie masz nic przeciwko temu?

– Oczywiście, że nie – odparł wuj.

– Będziemy chcieli to przedyskutować. – Ojciec do tej pory siedział cicho, ale jego ton dawał wyraźnie do zrozumienia, że nie pozwoli nikomu podejmować dotyczących go decyzji za niego. – Czy ten Fionn zamierza zaszczycić nas swą wizytą, czy też musimy ocenić jego przymioty, opierając się jedynie na jego zdolnościach pisarskich? – W takich właśnie chwilach ludziom przypominało się jakiego rodzaju człowiekiem był mój ojciec i jaką sprawował niegdyś funkcję.

– Chce się najpierw dowiedzieć, czy rozważymy jego propozycję. Jeśli nasza odpowiedź będzie twierdząca, uda się do nas przed środkiem lata, by się nam zaprezentować, i będzie liczył na bezzwłoczny ślub, jeśli dojdziemy do porozumienia.

– Nie ma powodu do pośpiechu – rzekł cicho Iubdan. – Takie sprawy są doniosłe i powinno się je porządnie rozważyć. Wybór, który z początku zdaje się najlepszy, może po jakimś czasie okazać się mniej wart uwagi.

– Mimo wszystko – powiedział Liam – twoja córka wkracza już w osiemnasty rok życia. Mogłaby wyjść za mąż dwa lub trzy lata temu. Czy mam ci przypomnieć, że w jej wieku Sorcha była już po ślubie i została matką trójki dzieci? Zaś taka oferta od wodza o jego pozycji społecznej rzadko się trafia.

Niamh zerwała się gwałtownie i dostrzegłam teraz, że słuchała uważnie i trzęsła się od stóp do głów.

– Może byście tak przestali dyskutować o mnie, jakbym była jakąś... jakąś cenną rozpłodową krową, którą chcecie z zyskiem sprzedać – rzekła rozdygotanym głosem. – Nie poślubię tego Uí Néill. Nie mogę. Tak... tak po prostu jest. To się nie może stać. Dlaczego nie zapytacie go, czy w zamian nie weźmie sobie Liadan? To najlepsza oferta, jaką ona ma szansę dostać. A teraz, jeśli mi wybaczycie... – Rzuciła się do drzwi i zdołałam dostrzec łzy płynące z jej oczu, gdy wypadła z komnaty i pobiegła korytarzem, zostawiając rodzinę w milczącym osłupieniu.

Nie chciała rozmawiać ze mną. Nie chciała rozmawiać z matką. Nie chciała rozmawiać nawet z Iubdanem, który był najlepszym słuchaczem, na jakiego można było liczyć. Liama unikała jak ognia. Atmosfera stawała się dość napięta, gdy dni mijały, a list Fionna pozostawał bez odpowiedzi. Nie było szans na kompromis, a wuj stał się poirytowany. Wszyscy rozumieli, że reakcja Niamh przekroczyła wszystko, czego można się było spodziewać (czyli szoku połączonego z pochlebiającym zaskoczeniem, po którym nastąpiłby pokaz dziewiczej niechęci, ostatecznie zakończony przyjęciem oświadczyn w pąsach). Nikt zaś nie pojmował jej powodów. Moja siostra była, jak wytknął Liam, dość stara jak na pannę do wzięcia, i to przy jej urodzie. Dlaczego nie rzuciła się na taką okazję? Uí Néill! I to w dodatku przyszły wódz! Plotka głosiła, że Niamh tak naprawdę pragnie Eamonna i opiera się, czekając na jego powrót. Mogłabym wszystkim powiedzieć, że było całkiem inaczej, ale trzymałam język za zębami. Miałam pewne pojęcie, co siedziało w jej głowie. Podejrzewałam, dokąd udawała się w te dni, kiedy znikała od wschodu słońca do zmierzchu. Ale myśli mojej siostry były nie do przeniknięcia. Mogłam jedynie zgadywać, jak wygląda prawda, i miałam żarliwą nadzieję, że moje złe przeczucia były bezpodstawne.

Próbowałam z nią porozmawiać, ale nic nie wskórałam. Na początku byłam życzliwa i taktowna, gdyż dużo płakała, leżąc na łóżku i wbijając wzrok w sufit czy też stojąc przy oknie z poplamioną od łez twarzą skąpaną w blasku księżyca i wyglądając na las. Gdy moja uprzejmość nie przyniosła efektów, stałam się bardziej dosadna.

– Nie sądzę, że byłaby z ciebie dobra druidka, Niamh – rzekłam jej jednej nocy, gdy siedziałyśmy same w naszym pokoju, z małą świeczką płonącą na skrzyni między naszymi wąskimi łóżkami.

Co? – Bez wątpienia tym stwierdzeniem przyciągnęłam jej uwagę. – Coś ty powiedziała?

– Słyszałaś. W świętych gajach nie ma ciepłych koców, uczynnych służących ani jedwabnych sukni. Całe życie spędza się tam na dyscyplinie, nauce i wyrzekaniu się doczesnych dóbr. To życie duchowe, nie cielesne.

– Zamknij się! – Jej wściekła reakcja powiedziała mi, że trafiłam blisko celu. – Co ty tam wiesz? Co ty niby wiesz o czymkolwiek? Moja nieładna siostrzyczka, grzebiąca się w ziółkach i miksturach w swoim przytulnym, domowym obejściu! Jaki mężczyzna mógłby cię chcieć oprócz jakiegoś rolnika z wielkimi dłońmi i błotem na butach? – Rzuciła się na łóżko i ukryła twarz w dłoniach. Podejrzewałam, że się rozpłakała.

Wzięłam głęboki oddech i ostrożnie go wypuściłam.

– Matka wybrała rolnika z wielkimi dłońmi i błotem na butach – powiedziałam cicho. – W Siedmiorzeczu było całkiem sporo kobiet, które uznawały go za niezłą partię, gdy był młody. Tak powiadają.

Nie poruszyła się i nie wydała żadnego dźwięku. Wyczułam ogromne cierpienie, które dało upust jej okrutnym słowom.

– Niamh, możesz ze mną porozmawiać – rzekłam. – Postaram się zrozumieć najlepiej, jak potrafię. Wiesz, że nie może tak dalej być. Wszyscy są podenerwowani. Nigdy nie widziałam tego domu tak podzielonego. Dlaczego mi nie powiesz? Może będę w stanie pomóc.

Uniosła głowę, by na mnie spojrzeć. Zszokowała mnie jej bladość i głębokie cienie pod oczami.

– Och, a więc teraz to moja wina – rzuciła zdławionym głosem. – Wszystkich zdenerwowałam, tak? Któż to zdecydował się wydać mnie za mąż, żeby wygrać jakąś durną bitwę? Na pewno nie ja, mówię ci!

– Czasami nie można mieć tego, czego się chce – powiedziałam spokojnym tonem. – Być może będziesz musiała po prostu się z tym pogodzić, choć teraz wydaje się to takie trudne. Ten Fionn może nie będzie taki zły. Mogłabyś przynajmniej się z nim spotkać.

– To zabawne, że akurat ty to mówisz! Nie rozpoznałabyś prawdziwego mężczyzny, nawet gdyby stanął przed tobą. Czyż nie sugerowałaś, że mój wybór padnie pewnie na Eamonna? Eamonna.

– Wydawało mi się to... możliwe.

Na długą chwilę zapadła cisza. Siedziałam nieruchomo ze skrzyżowanymi nogami na swoim łóżku, ubrana w płócienną koszulę nocną bez żadnych ozdóbek. To, co o mnie powiedziała, było chyba prawdą. Znów przyszło mi do głowy, że ojciec mógł się mylić w sprawie Eamonna. Spróbowałam wyobrazić sobie moją osobę oczami mężczyzny, ale było to dosyć trudne: zbyt niska, zbyt chuda, zbyt blada, zbyt milcząca. Wszystkie te określenia pasowały do mnie. Nie byłam wszakże nieszczęśliwa z powodu twarzy i figury, jakie odziedziczyłam po matce. Byłam zadowolona z tego, co Niamh pogardliwie nazwała moim małym domowym obejściem. Nie pragnęłam przygód. Rolnik byłby dla mnie w sam raz.

– Co się tak uśmiechasz? – Siostra piorunowała mnie wzrokiem z drugiego końca pokoju. Świeca sprawiła, że jej cień wyolbrzymił się złowieszczo na ścianie za jej plecami, gdy usiadła, gwałtownie ocierając oczy. Choć spuchnięta od szlochu, jej twarz wciąż oszałamiała pięknością.

– Nieważne.

– Jak możesz się uśmiechać, Liadan? W ogóle cię to nie obchodzi, co? Jak możesz sądzić, że mogłabym ci w ogóle cokolwiek wyznać? Jak ty coś wiesz, Sean też wie, a potem wszyscy pozostali.

– To niesprawiedliwe. Zatajam przed Seanem niektóre rzeczy, a on przede mną.

– Ach tak?

Nie odpowiedziałam, a Niamh znów położyła się twarzą do ściany. Gdy przemówiła, jej głos się zmienił – teraz był drżący i płaczliwy:

– Liadan?

– Hmm?

– Przepraszam.

– Za co?

– Przepraszam, że to powiedziałam. Że nazwałam cię nieładną. Wcale tak nie uważam.

Westchnęłam.

– Nic się nie stało.

Niamh miała w zwyczaju ciskać raniącymi słowami, gdy się złościła, a potem wszystko odwoływać. Była jak jesienny dzień, pełna niespodzianek, deszczu i słońca, cienia i jasności. Nawet gdy mówiła okrutne rzeczy, trudno się było na nią gniewać, bo nie chciała wyrządzić za ich pomocą żadnej krzywdy.

– Poza tym i tak nie szukam męża – rzekłam jej – więc to w sumie nie ma znaczenia.

Pociągnęła nosem, nasunęła koc na głowę i na tym skończyła się nasza rozmowa.