Rozdział 2
Cassie
Stoję w rogu wielkiego, otoczonego stalową kratą ringu. Włosy zaplotłam w ciasne dobierane warkocze, żeby przeciwniczka nie miała możliwości za nie złapać. Godna walka wyklucza tego typu zagrywki, ale w klatce wszystkie chwyty są dozwolone, a siedzące w zawodnikach bestie często wymykają się spod kontroli, gdy zapragną dosłownie rozszarpać rywala na kawałki.
W ustach mam ochraniacz na zęby. Co prawda kawałek plastiku nie jest gwarancją ich zachowania, ale lepsze to niż nic. Odkąd jedna laska wybiła mi jedynkę, nigdy o nim nie zapominam. Z tym ubytkiem wyglądałam jak dzieciak w czasie wypadania mleczaków, na szczęście Amir zadbał o ten szczegół i w prywatnym gabinecie dentystycznym zafundował mi nowy uśmiech.
Z niewzruszoną miną przyglądam się mojej rywalce. Kojarzę sukę. Na własne oczy widziałam, jak odgryzła początkującej dziewczynie ucho, by chwilę później obijać ją tak długo, aż ta straciła przytomność, spływając krwią. Ksywka "Slaughter"1 nie wzięła się znikąd.
Nie miałam okazji walczyć z nią wcześniej. Obie jesteśmy dobrymi zawodniczkami i dajemy widzom wyśmienite show, którego tak chorobliwie pragną. Wsadzenie nas do jednej klatki oznacza, że w najoptymistyczniejszym scenariuszu któraś zostanie kontuzjowana i na pewien czas wykluczona z rozgrywek.
Przenoszę spojrzenie na siedzącego w pierwszym rzędzie Amira. Włożył idealnie skrojony garnitur, który ni chuja nie pasuje do tego śmierdzącego śmiercią i wilgocią miejsca. Ciemne włosy i broda mężczyzny jak zwykle zostały perfekcyjnie wystylizowane. Odkąd przejął prowadzenie interesów na berlińskich ulicach oraz rozwijające się prężnie nielegalne walki, bardzo się zmienił. Jego rodzina od lat trudni się handlem narkotykami i lekami, nie wspominając już o napadach, kradzieżach i wymuszeniach. Głową klanu nadal jest Latif, jednak prędzej czy później odda całkowitą władzę w ręce syna. Kiedy do tego dojdzie, obawiam się, że stracę go bezpowrotnie. Już teraz przypomina zimną, zaprogramowaną przez głowę klanu maszynę.
Po jego obu stronach stoją żołnierze. Są uzbrojeni i w każdej chwili gotowi odeprzeć ewentualny atak. Latif nalega, by syn zawsze miał przy sobie ochronę, jednak w Amirze nadal została odrobina zbuntowanego chłopaka, którego tak lubiłam. Bywają chwile, kiedy czujemy się w swoim towarzystwie jak dawniej, gdy mieliśmy po kilkanaście lat. Niestety coraz częściej widzę w tym człowieku kogoś zupełnie innego. Jakby powinność wobec rodziny powoli wysysała z niego empatię i kształtowała go na pozbawionego serca potwora.
Kiedy nasze spojrzenia się krzyżują, dostrzegam subtelny ruch kącika jego ust. Gdy zaczynałam walczyć w klatce, przekonywał, że wcale nie muszę tego robić, przecież on o mnie zadba. Teraz nie słyszę już tych zapewnień. Wchodząc na ring, wiem, że Amir tego właśnie chce. Zgodnie ze wskazaniami ojca dopilnował, bym przeszła szkolenie, aż stałam się bezwzględną zawodniczką. Nie ma skrupułów, by wykorzystywać moje umiejętności i to, że jestem kobietą. Dla niego mój wygląd jest idealnym kamuflażem, a ja - bronią, za której spust może w każdej chwili pociągnąć.
Wracam uwagą do kobiety w ringu. Jest ode mnie niższa, ma większą masę mięśniową. Przypuszczam, że jest silniejsza, ale za to nie taka szybka i zwinna jak ja. Najlepiej załatwić ją od razu albo czekać, aż się zmęczy, i dopiero wtedy zaatakować.
Slaughter mierzy mnie lodowatym wzrokiem. Kocham ten moment, gdy spoglądam głęboko w oczy rywalki, przebijam się do jej duszy i odnajduję strach. Mimo że zawsze próbują go ukryć. Mimo że zgrywają twarde, nieustępliwe suki.
Wydaje mi się, że rudowłosa nigdy nie widziała mnie w akcji. Możliwe, że dotarły do niej pogłoski o moich występach, ale co innego o czymś słyszeć, a co innego to zobaczyć. Osobiście zawsze staram się przyjrzeć swoim przeciwnikom, o ile zostaję wcześniej powiadomiona, z kim przyjdzie mi się zmierzyć. Zwykle dostaję cynk, ale bywa, że dopiero wkraczając do klatki, widzę, kto w niej na mnie czeka.
Klub nocny Horns należy do klanu Sharifów i nierzadko jest miejscem ważnych spotkań. Alkohol, narkotyki, dziwki i dobra muzyka są idealnym wabikiem. Wtajemniczeni znają natomiast drugą stronę lokalu. Podczas kiedy na parkiecie szaleje upojony tłum, kilka metrów niżej rozgrywa się uczta dla tych łaknących rozlewu krwi.
Amir trzyma w garści ten podziemny świat. Czerpie duże korzyści z zakładów, a raz w miesiącu organizuje walkę, która dopuszcza użycie broni, co często kończy się ostrą jatką, a nawet śmiercią. Staram się za dużo o tym nie myśleć. Gdybym uległa presji sumienia, nie przetrwałabym w tym świecie ani sekundy.
Sędzia daje sygnał do walki, po czym wychodzi z klatki i zostawia mnie sam na sam z narwaną dzikuską. Staję w rozkroku, uginam kolana, głowę chowam za gardą zaciśniętych pięści. Nadgarstki, kciuki i śródręcza mam oklejone specjalną taśmą. Brak rękawic stwarza ryzyko groźnych urazów, często śmiertelnych, ale tutaj właśnie o to chodzi. Widzów nie kręcą technika i kunszt, dużo bardziej podniecają ich tryskająca krew, łamiące się kości i uchodzące z przegranych życia.
Ta walka nie będzie miała nic wspólnego ze sportem. Punkty nie grają żadnej roli. Masz zadać ból, sprawić, by przeciwnik krwawił. Widownia nie czeka na piękny pokaz, tylko przepełnioną jękami bólu masakrę.
Ruda nie grzeszy cierpliwością i rzuca się na mnie od razu po zamknięciu klatki. Bez problemu wykonuję pierwszy unik. Jestem skupiona, a mój umysł czysty. Nie dopuszczam do siebie żadnych bodźców, liczy się wyłącznie wygrana. Wyciszam krzyki i irytujące gwizdy. Zostajemy tylko ja i moja przeciwniczka.
Kobieta naciera. Czuję bijące z niej determinację i wściekłość. Nie znam jej, ale mam wrażenie, że działam na nią jak czerwona płachta na byka. Trzymam się defensywy, z łatwością przewiduję ruchy rywalki. Jestem pewna siebie i swoich umiejętności. Wiem, do czego dążę oraz czego muszę unikać, by wyjść z tego spotkania zwycięsko. Tańczę na ringu, czym zmuszam rudowłosą do większego wysiłku. Niech się zmęczy.
Slaughter nie odpuszcza i atakuje z impetem, jednak dzięki wyćwiczonemu refleksowi i gibkości nie obrywam ani razu. Z czasem ruchy przeciwniczki tracą na intensywności. Ciosy są spowolnione, a twarz kobiety oblewa pot. Walki w podziemiach nie mają rund. Brak przerw potrafi szybko wykończyć mniej wytrzymałych. Tutaj po prostu wchodzisz do klatki i napierdalasz tak długo, aż twój rywal padnie na glebę.
Prowokuję rudowłosą opuszczeniem ramienia, a kiedy ta chce mnie uderzyć w odkryty bok, znów jej umykam. Warczy, zirytowana moim zachowaniem, a obserwujący nas widzowie zaczynają głośno buczeć. To dla mnie znak, by przestać się przekomarzać.
Rywalka ponownie atakuje, tym razem kopnięciem z półobrotu skierowanym prosto w moją twarz. Płynnym, szybkim ruchem schylam się i natychmiast prostuję tuż za jej plecami. Biorę zamach, by - gdy tylko kobieta odwróci się do mnie - uderzyć ją pięścią w policzek, ale zostaję zablokowana. Nie spodziewałam się tego. Zdzira ma w sobie niezmierzone pokłady energii, jednak tego starcia nie wygra. Amir postawił na mnie sporą sumkę, wścieknie się, jeśli to spartolę.
Zostaję zalana falą padających na moje przedramiona ciosów. Stawiam krok w tył i korzystając z powstałego dystansu, kopię w odsłonięty brzuch przeciwniczki, licząc, że trafię w wątrobę. Slaughter traci równowagę, ale nie ląduje na macie.
Kiedy znowu naciera, decyduję się na coś bardziej widowiskowego. Obracam się do niej plecami, co na pierwszy rzut oka wygląda, jakbym chciała uciec, ale mój plan jest inny. Z rozbiegu odbijam się nogą od jednej ze ścian klatki i z półobrotu kopię rudą w okolicę mostka. Pada z głośnym hukiem, a publika docenia pokaz gromkimi brawami. Nie zwlekam, siadam na zawodniczce okrakiem i wymierzam ciosy w jej twarz. Suka unosi gwałtownie biodra. Mimo widocznej utraty sił nadal ma krzepę.
Wystarcza chwila zawahania, żeby przewróciła mnie na plecy i potraktowała pięściami. Czuję w ustach metalicznosłodki smak, któremu towarzyszy piekący ból.
Zbieram się w sobie i blokuję kolejny cios, następnie zaciskam ramiona wokół szyi rywalki i przerzucam ją na łopatki. Ciężki trening walki w parterze nie poszedł na marne.
Błyskawicznie wstajemy i przybieramy pozycję do dalszego starcia. Z nosa rudej cieknie krew, a lewe oko zaczyna puchnąć, co utrudnia jej widzenie. Bez wątpienia jestem w lepszym stanie niż ona, jednak nie mogę dłużej się bawić. Muszę ją załatwić, zanim popełnię jakiś głupi błąd i ta szmata mnie dopadnie. Ma parę w łapach i gdyby dobrze wycelowała, to spotkanie skończyłoby się moim nokautem.
Slaughter pokazuje mnie pięścią, po czym przesuwa palcem po szyi. Widownia ryczy, żądając rozlewu krwi. Nie ma sprawy, myślę i czekam, aż rywalka się do mnie zbliży. Kiedy to robi, lewym sierpowym zbijam jej gardę, a kopnięciem uderzam w szczękę.
Czerwień tryska z ust kobiety, która pada bezwładnie na matę. Tłum wrzeszczy, żebym ją dobiła. Jeszcze nigdy nie zabiłam i nieważne, jak bardzo zadowoliłoby to widzów, nie posuwam się do tego i tym razem. Podchodzę do półprzytomnej Slaughter i patrząc prosto w jej ledwo uchylone oczy, wymierzam ostateczny cios, czym całkowicie ją unieszkodliwiam.
W podziemiach nie ma lekarza, a odpowiedzialność za walczących ponoszą albo oni sami, albo ich opiekunowie.
Sędzia ogłasza moje zwycięstwo, a ja na moment się wyłączam. Chcę po prostu stąd wyjść, zrzucić z siebie zakrwawione ciuchy i zanurzyć się po sam czubek nosa w wannie pełnej wody.
Po walce, gdy adrenalina opada, zwykle jestem wyczerpana i potrzebuję czasu na odpoczynek. Zaliczam kąpiel i opatruję rany, a potem padam na łóżko i śpię aż do południa. Nie opuszczam mieszkania, z nikim nie rozmawiam, nawet z moją współlokatorką, która orientuje się w sytuacji bardziej, niż powinna, i przy poważniejszych urazach składa mnie do kupy. Daję sobie dwa dni, by naładować baterie. Później znów wkroczę do otchłani jako marionetka Amira - posłuszny kundel do wykonywania najgorszych i niemoralnych zleceń. Tak to już jest. Jeśli nie chcesz, by berlińskie diabły cię zarżnęły, musisz do nich dołączyć.
Znów mam ten sam koszmar. Zaczynam tracić nadzieję, że to się kiedykolwiek skończy. Budzę się ze snu zdyszana i mokra od potu. Przez chwilę leżę bez ruchu z walącym sercem, sparaliżowana strachem. Nadal słyszę trzask pękających desek, czuję swąd palącego się ciała, widzę pożerający wszystko ogień. A później nastaje chaos. Z nieba spada śnieg. Ląduje wprost na mojej twarzy. Zlizuję z ust biały puch, ponieważ wiem, że pomoże mi się znieczulić. Jak przez mgłę widzę mijające mnie samochody. Pisk opon jest ogłuszający. Huk, krzyk, wszystko wiruje. I w końcu nastaje cisza. Pierdolona martwa cisza.
Przecieram oczy i próbuję się pozbierać. Wstaję z łóżka i na miękkich nogach podchodzę do komody. Otwieram górną szufladę, przesuwam na bok bieliznę, po czym sięgam po płaską kasetkę, w której ukryłam swoje największe skarby. Wyjmuję z niej jego fotografię. Przez chwilę patrzę w błękitne oczy, a obrazy w mojej głowie przelatują ciągle od nowa, nie dając mi spokoju.
Zdaniem Amira powinnam się odciąć i wymazać tamte zdarzenia z pamięci. Ale ja wcale tego nie chcę, pragnę pielęgnować każdą sekundę.
Na opuszkach dwóch palców składam pocałunek, następnie dotykam zdjęcia, by chwilę później znów je schować.
Doprowadzam się do porządku i idę na miasto załatwić parę spraw dla klanu. Nie jest to szczyt moich marzeń, ale jakkolwiek na to patrzeć, nie mam wielkiego wyboru. Latif kreuje się na człowieka honoru, posiadającego własny kompas moralny. Wypracował wewnętrzny system wymiaru sprawiedliwości dla członków swojej wielkiej rodziny. Błędy są zawsze karane. W najlepszym wypadku dostajesz po mordzie, w najgorszym - zginiesz w męczarniach i pociągniesz za sobą wszystkich bliskich.
Gdy zawarłam znajomość z Amirem, nie miałam pojęcia, kim jest jego ojciec. W gorszych chwilach zaczynam żałować swoich nastoletnich decyzji, ale później przypominam sobie wszystkie te dobre momenty i pozbywam się rozterek.
Ostatnia walka nie należała do najtrudniejszych, co nie oznacza, że wyszłam z niej bez szwanku. Dokuczają mi drobne stłuczenia i rozcięta warga, ale na szczęście tego typu urazy szybko się goją. Do tygodnia nie powinno być po nich śladu. Kolejne starcie dopiero w przyszłym miesiącu, więc mogę trochę odetchnąć. Boję się myśleć, jak bym skończyła, gdyby zabrano mi możliwość udziału w walkach. Klatka jest dla mnie pewnego rodzaju terapią. Wchodzę i daję upust wściekłości. Popełniłam w życiu wiele błędów. Niektóre stały się moimi osobistymi koszmarami.
Wieczorem zamykam się w swoim pokoju. Nie umiem się wyciszyć. W poniedziałek czeka mnie spotkanie z Amirem. Czuję, że czegoś ode mnie chce. Mam twardy tyłek, ale to nie oznacza, że zniosę każdy cios. Przywal wystarczająco mocno, a upadnę.
- Cassie, rusz się, zabieram cię do klubu. - Dochodzi mnie głos mojej współlokatorki.
Rok starsza niż ja Leni jest położną i ubóstwia swój zawód. Mogłaby godzinami gadać o tym, jak bardzo kocha pracować z kobietami, być powierniczką i źródłem informacji podczas jednego z najważniejszych wydarzeń w ich życiu. Przez jej niewiarygodnie obrazowe opisy porodu śmiem wątpić, że kiedykolwiek zechcę zostać matką. Zresztą, co ja pierdolę? Ja i dzieci to definicja absurdu. Moja obecna sytuacja jest totalnie porąbana i prędzej podcięłabym sobie żyły, niż sprowadziła coś tak kruchego i niewinnego na świat.
- Halo! Żyjesz tam? - Leni puka do drzwi mojej samotni, więc niechętnie zwlekam się z łóżka, by przekręcić kluczyk i wyjść na korytarz.
- Mam inne plany - oświadczam, opierając się o pomalowaną na seledynowy kolor ścianę. Wybór Leni, nie mój.
- Niech zgadnę: zabarykadujesz się w pokoju i będziesz nad sobą użalać aż do białego rana. - Szczerzy bielusieńkie zęby, lustrując mnie spojrzeniem od góry do dołu.
- Lepsze to niż uganianie się za facetami, pobudka w cudzym łóżku i kac gigant - kontruję.
- Oj tam, oj tam, już nie bądź taka święta.
- Nie jestem - sprostowuję sarkastycznym tonem.
- No to zbieraj się wreszcie, wciśnij dupsko w jakąś seksowną kieckę, zrób makijaż i wypad z tej budy. Mam wolne do końca tygodnia. Poza tym potrzebujemy tego.
- My? - pytam z niedowierzaniem.
- Wybacz bezpośredniość, ale kiedy ostatni raz ktoś cię porządnie przeleciał? - wypala, jednak ja za dobrze znam jej niewyparzony język, by zrobiło to na mnie jakiekolwiek wrażenie.
- Mam całkiem sprawne ręce. - Na podkreślenie tych słów unoszę dłoń i poruszam teatralnie palcami. - Jeśli nie wierzysz, mogę ci pokazać parę sztuczek. - Mrugam do niej, opuszczając ramię.
- Nie ze mną te numery. - Gra twardzielkę, krzyżuje ramiona na piersi, ale wygląda przy tym jak rozkapryszona smarkula. - Kto cię opatruje, gdy przychodzisz po północy z poobijaną gębą?
- Ty - przyznaję z głośnym westchnieniem.
- Kto trzyma gębę na kłódkę, choć powinien już dawno powiadomić gliny? - kontynuuje nieubłaganie.
- Ty, ale...
- Nie ma żadnego "ale". Daję ci dokładnie godzinę na doprowadzenie się do porządku, później wychodzimy. Przestań przejmować się tym robiącym ci z życia piekło dupkiem i zacznij myśleć o sobie! - podnosi głos, marszcząc idealnie wykonturowane brwi.
Milczę, co pewnie bierze za zgodę, bo kiwa głową i znika w łazience.
Ma trochę racji. Amir nie jest tym mężczyzną, którym był dawniej. Nigdy nie postawiłby się ojcu i nie zhańbił honoru rodziny. Kiedy Latif wybrał mu narzeczoną, nawet przez chwilę nie protestował. Wyglądał wręcz na szczęśliwego, a zapytany o przyszłą małżonkę mówił, że dzięki temu związkowi konflikt z klanem Haririch wreszcie zostanie zażegnany, a Sharifowie zyskają mocnego sojusznika.
Pamiętam, że kiedy go poznałam, był wulkanem energii. Marzył o karierze rapera. Pragnął się odciąć od szemranych interesów rodziny i samemu wybrać drogę, po której będzie kroczył. Choć nie był moją pierwszą wielką miłością, poczułam do niego coś znaczącego. Łudziłam się, że to wystarczy, ale czas zweryfikował naiwne marzenia i uderzył w nas brutalną rzeczywistością.
Amir jest żonaty od prawie dwóch lat. Wiem, że nie kocha Dżamili i nadal posuwa inne kobiety. Z roku na rok staje się coraz zimniejszy. Chłopak, którego tak bardzo ceniłam, znika bezpowrotnie. Straciłam już jednego z nich, a niedługo zostanę całkiem sama.
Może to dobry pomysł, żeby wyjść z mieszkania i dać się ponieść w towarzystwie drinków i głośnej muzyki? Może właśnie tego teraz potrzebuję? Mam za dużo na głowie, a z tego, co twierdzi Amir, wynika, że to dopiero początek. Impreza z okazji otwarcia hotelu, a raczej to, co się na niej wydarzyło, była istnym szaleństwem. Mieliśmy z Sharifem obserwować Schwarza, wybadać sytuację i zobaczyć, z kim mamy do czynienia. Nie spodziewałam się, że miliarder zechce z nami rozmawiać, a jednak zamieniliśmy więcej niż jedno zdanie, a później, na tarasie...
Uchylam okno, by wpuścić do pokoju świeże powietrze. Coś w tym mężczyźnie niezwykle mnie intryguje. Otaczająca go aura tajemniczości zdaje się przyciągać niczym silny magnes. Podczas rozmowy z nim odniosłam wrażenie, że każde słowo ma skrupulatnie przemyślane. Gdy podeszłam do niego drugi raz, widziałam osobliwy błysk w bursztynowych oczach. Przypominał myśliwego czyhającego na ofiarę. A ja, jak naiwna, ciekawska sarenka, podeszłam mu pod samą lufę. Zastanawiam się, ile czasu minie, zanim strzeli mi w łeb.
Ściągam luźny dres i szperam w szafie w poszukiwaniu odpowiedniego ubrania. Wybieram krótką czarną sukienkę z odsłoniętymi plecami. Wyglądam w niej seksownie, ale nie wyzywająco. Lubię pokazywać nogi, nawet wtedy, gdy pokrywają je siniaki.
W łazience robię szybki makijaż, zabieram najpotrzebniejsze rzeczy i razem z Leni wychodzimy się zabawić.
Kiedy przyjaciółka mówiła o pójściu do klubu, sądziłam, że wybierze którąś z naszych stałych miejscówek. Lokal, którego próg właśnie przekroczyłyśmy, nie należy do Sharifów, więc moje zmysły automatycznie się wyostrzają.
Wejście jest obstawione przez dwóch barczystych ochroniarzy. Trudno stwierdzić, jakie mają kryteria selekcji, ponieważ osoby przez nich odrzucane całkowicie się od siebie różnią. Kiedy nadchodzi moja i Leni kolej, ogoleni na łyso bodyguardzi skanują nas ukrytym za ciemnymi okularami wzrokiem, po czym skinieniem głów dają znać, żebyśmy weszły do środka.
- Miał rację - oznajmia przyjaciółka, a ja się zastanawiam, kogo ma na myśli i o co tak właściwie chodzi.
W szatni ściągam skórzaną kurtkę, następnie patrzę wnikliwie na niską blondynkę i czekam na wyjaśnienie jej stwierdzenia.
- Wczoraj, podczas drogi powrotnej do domu, poznałam fajnego kolesia - zaczyna, gdy oddaje płaszcz szatniarzowi. - Jechaliśmy razem metrem, a później jakoś tak wyszło, że dałam się mu zaprosić na kawę. Opowiedział mi o nowym zajebistym klubie i zapytał, czy chcę obczaić tę miejscówkę. Zgodziłam się, bo zrobił na mnie serio dobre wrażenie. Powiedział, że nie będziemy miały problemu z wejściem.
- Leni - wymawiam jej imię, jakby było ostrzeżeniem - skąd wiedział, że przyjdziesz ze mną?
- Wiesz, jak to jest. - Zaczyna gestykulować, co wskazuje na jej zdenerwowanie. - On zdradził mi trochę o sobie, ja się odwdzięczyłam. Od słowa do słowa temat zszedł nagle na ciebie. Nie przepadam za chodzeniem po mieście samej, a ile już razy mi powtarzałaś, że jeśli planuję się z kimś umówić, muszę tego gościa sprawdzić? Ja nie jestem tak spostrzegawcza jak ty. Przedstawię was sobie, a przy okazji się zabawimy. Świetnie, nie?
- Tryskam szczęściem - mówię pozbawionym emocji głosem.
Zawsze jestem nad wyraz ostrożna, szczególnie jeśli chodzi o nowe znajomości. Życie nauczyło mnie, by wszędzie szukać podstępu.
Ponownie skupiam uwagę na przyjaciółce, ale dociera do mnie jedynie ostatni fragment tego, co mówi:
- ...więc stwierdziłam, że co nam szkodzi. Przyjedziemy, sprawdzimy, a jak nie będzie nam się podobać, opuścimy lokal.
- Chodźmy już. - Ignoruję nieprzyjemne uczucie w żołądku i ruszam w stronę wyściełanych aksamitem drzwi.
Dudniąca za nimi muzyka jest inna niż ta, do której przywykłam w klubach nocnych. Ostra, drapieżna, pociągająca. Wkraczamy na główną salę. Zachowuję czujność, uważnie omiatam wzrokiem pomieszczenie. Wzdłuż ścian ulokowane są dwa bary, przy których imprezowicze zamawiają drinki. W głębi widzę podesty z klatkami, wewnątrz nich wije się kilka ponętnych kobiecych i męskich ciał. Laserowe światła zmieniają kolor w momencie mocniejszych akcentów muzycznych. Cały klub zdaje się pulsować, jakby był żywym organizmem.
- On tu jest? - pytam Leni, gdy torujemy sobie przejście przez tańczący tłum.
- Powiedział, że będzie na mnie czekał przy barze. Jeśli się nie znajdziemy, mam do niego napisać albo zadzwonić.
- Dałaś obcemu facetowi swój numer? - niedowierzam, choć przecież to dla niej typowe.
- A jak inaczej miałby się ze mną skontaktować? - Rzuca mi krótkie, ale wymowne spojrzenie; najwyraźniej nie widzi w swoim zachowaniu niczego odbiegającego od normy.
- Wiesz, do kogo należy ten klub? - drążę, gdy docieramy do podświetlonej czerwonym światłem lady.
Przyjaciółka wzrusza ramionami, a kiedy podchodzi do nas ubrany w białą koszulę i czarną muszkę barman, zamawia dwa piwa.
- Amir nie będzie zachwycony, że szlajam się po obcych...
- Chrzanić go! - nie daje mi dokończyć zdania i przybiera bojową postawę. - Traktuje cię jak chłopca na posyłki. Jesteś na każde jego skinienie.
Milczę, ponieważ nie mogę sobie pozwolić na rozmawianie o Sharifie w miejscu publicznym. Wcale nie powinnam o nim gadać, ale gdybym trzymała się twardo tej zasady, już dawno postradałabym zmysły. Spośród moich znajomych Leni jest jedyną osobą spoza półświatka. Zanim zamieszkałam z nią pod jednym dachem, upewniłam się, że kobieta nie ma nic wspólnego z gliniarzami. Od lat siedzę w bagnie ze świadomością tego, że wystarczy jeden nierozsądny ruch, bym została wciągnięta.
Opróżniam kufel, a Leni pisze do faceta, którego imię wyleciało mi z głowy sekundę po tym, jak je usłyszałam. Nie mija dużo czasu, gdy mężczyzna do nas dołącza. Blondynka przedstawia nas sobie i zaczynamy luźną gadkę. Umiejętnie wplatam w rozmowę pytania, dzięki którym mogłabym uspokoić nerwy. Bez pośpiechu wyciągam, skąd pochodzi nowy obiekt pożądania mojej przyjaciółki, w jakim towarzystwie się obraca i co lubi.
Zazwyczaj potrafię rozpoznać kłamstwo, jednak nie jestem nieomylna i zdaję sobie sprawę, że mnie również może coś umknąć.
Po wypiciu drugiego piwa daję się namówić Leni na taniec. Z początku jestem spięta i nie umiem wyłączyć myśli, ale dwie piosenki później odpuszczam i wreszcie zaczynam się dobrze bawić. Mocne brzmienia alternatywnego metalu wprowadzają mnie w osobliwy stan nieważkości. Mrużę oczy i daję się ponieść. Forsaken Davida Draimana zdaje się przenikać wprost do moich żył. Płynie razem z krwią, aż opanowuje każdą komórkę ciała.
Unoszę ręce, zahaczam nimi o rozpuszczone włosy. Kołyszę biodrami i cieszę się tą chwilą zapomnienia.
Podczas następnego utworu wspomnienia ożywają. Nie przestaję tańczyć, wsłuchując się w słowa piosenki. Znam ten kawałek na pamięć, mimo że ostatni raz puszczałam go lata temu. Torturuję się obrazami z przeszłości. After Dark Mr.Kitty dudni mi w uszach, odbija echem od ścian mojego umysłu, by ostatecznie dotrzeć prosto do serca.
Myśli kotłują się w głowie, nie mogąc dojść do porozumienia. Czyżby DJ celowo się nade mną pastwił? Wie, przez co przeszłam i z kim kojarzy mi się ta przeklęta piosenka?
Zaciskam zęby z taką mocą, że zaczyna mi drżeć szczęka. Dalej się katuję, przecież na to zasłużyłam. Widzę jego błękitne oczy. Na końcu języka mam słowa, których nigdy nie wypowiedziałam. Te, których on już nigdy nie usłyszy.
Czuję, jak po policzkach spływają mi łzy. Wściekam się, ponieważ niezwykle rzadko okazuję emocje. Ale ta jedna piosenka...
Tłumaczę sobie, że to zwyczajny przypadek, nic nieznaczący zbieg okoliczności. Nikt tutaj nie wie o tym chłopaku. Nikt nie ma pojęcia, co się wtedy wydarzyło i jak bardzo mnie to złamało.
Pospiesznie wycieram słone strużki z twarzy, starając się zrobić to tak, by tańcząca obok Leni niczego nie zauważyła. Trzymam się dobrej myśli, że wodoodporny tusz nie spłynął mi z rzęs i nie zostawił widocznych śladów mojej chwilowej słabości. Mam ochotę napić się czegoś mocniejszego i wiem, że jeśli błękit jego tęczówek nie zniknie wkrótce z mojej głowy, będę zalewać go alkoholem, dopóki nie przestanie boleć.
Na szczęście czasy wciągania koksu z deski klozetowej są już za mną i choć cholernie mnie kusi, by sięgnąć po jedną z torebeczek Sharifa, wysypać biały proszek i korzystając z karty kredytowej, uformować dwie grube kreski, nie robię tego.
On nienawidził narkotyków. Gdyby wiedział, kim się stałam, splunąłby mi prosto w twarz. Ale ja nie mogłam się oprzeć. Byłam taka słaba i pewnie gdyby nie Amir, skończyłabym zaćpana w jakimś rowie.
Utwór się kończy, a ja ciągle jestem rozedrgana. Jedna część mnie pragnie pognać do baru i wychlać całą flaszkę czystej, druga - ta rozsądniejsza - każe mi wyjść z klubu, zawieźć tyłek do mieszkania i wyładować całą frustrację na worku bokserskim zawieszonym w moim pokoju.
Przeczesuję mokre od potu włosy. Otwieram szerzej oczy i widzę, jak do Leni podchodzi szatyn, przez którego się tutaj dzisiaj znalazłyśmy. Mówi coś do niej, ale głośna muzyka zagłusza słowa i nic do mnie nie dociera. Cokolwiek to było, rozśmiesza przyjaciółkę. Dziewczyna obraca się przodem do mężczyzny, zarzuca mu ręce na szyję i zaczyna z nim tańczyć.
Jest dorosła i prawdopodobnie wie, co robi, ale mimo to bardzo się o nią martwię. Jako jedynaczka nigdy nie miałam rodzeństwa, którym mogłabym się zaopiekować. Leni jest dla mnie jak siostra. Dużo jej zawdzięczam. Nie wybaczyłabym sobie, gdyby tę kobietę spotkało coś złego. Staram się ją chronić przed ciemną stroną mojego życia, jednak nie zawsze jest to możliwe. Wbrew zapewnieniom przyjaciółki, że ze wszystkim sobie poradzi, często czuję strach i wyrzuty sumienia. Beze mnie byłoby jej łatwiej.
Tańczę jeszcze przez chwilę, obserwując szatyna. Wydaje się w porządku. Nie jest nachalny, nie obłapia Leni przy każdej możliwej okazji. Życzę przyjaciółce jak najlepiej. Mam również świadomość, że zło czai się praktycznie wszędzie. Na pozór niewinna osoba może się okazać seryjnym mordercą. Przystojny i kulturalny facet - zwyrodniałym gwałcicielem. A śliczna niepozorna dziewczyna - byłą ćpunką, dilerką i walczącą w klatce bestią.
- Leni, kochanie! - Trójka wypindżonych lasek otacza moją przyjaciółkę.
Kobiety zaczynają gadać jak najęte, po czym ciągną blondynkę i jej partnera w stronę baru. Muszę przyznać, że ich nagłe pojawienie się jest mi na rękę. Atmosfera tego miejsca wpływa na mnie w bardzo osobliwy sposób i nie wiem, jak przetrwałabym tutaj kilka kolejnych godzin.
Leni macha do mnie, skinieniem głowy komunikując, bym do nich dołączyła. Robię dobrą minę do złej gry i spełniam prośbę. Witam się, ale nie podaję imienia. Za to szybko wychodzi, że przybyła ekipa uczęszczała do tej samej szkoły co moja przyjaciółka. Jak same przyznały, znają się od wieków i swego czasu ostro razem imprezowały.
Dwie kolejki shotów później mężczyzna, z którym tu jesteśmy, idzie na zewnątrz, by zapalić, a dziewczyny udają się do ubikacji. Ściskam ramię Leni i proszę, by została ze mną, ponieważ muszę zamienić z nią dwa zdania.
- Będziesz zła, jeśli wyjdę wcześniej? - pytam, gdy jesteśmy już same.
- Źle się czujesz? - W jej głosie słychać niepokój. - Mówiłaś, że nie oberwałaś mocno. Wiedziałam, że powinnam cię obejrzeć, zanim...
- Nic mi nie jest - wtrącam i uśmiechem próbuję podeprzeć to stwierdzenie. - Będę wam tylko zawadzać. Poza tym chyba przeceniłam siły. Oczy same mi się zamykają. Nie zostawiłabym cię tylko w towarzystwie jakiegoś obcego typa, ale...
- On ma na imię Alex i jest serio spoko.
- Lepiej dla niego, żeby taki właśnie był, w przeciwnym razie obetnę mu jaja - mówię śmiertelnie poważnym tonem.
Leni podsumowuje moją reakcję przewróceniem oczu. Czasami wydaje się taka naiwna. Ale może to dlatego, że nie przeszła przez to, co ja. I dobrze. Nie zasłużyła na podobne gówno.
- Dasz sobie radę? - Patrzę na nią bacznie.
- Obiecuję, że będę grzeczna i nie wskoczę dziś Alexowi do łóżka... Ale nie mogę ci przysiąc, że to nie wydarzy się w późniejszym czasie.
- Co ja z tobą mam. - Rozmasowuję spiętą szyję i prostuję plecy.
- Niepotrzebnie cię tutaj wyciągałam, co? Naprawdę wyglądasz na zmęczoną - poważnieje.
- Jakby coś było nie tak, dzwoń, okej? Włączę dźwięk w komórce.
- Nie panikuj tak. Zanim cię poznałam, pałętałam się po Berlinie samiusieńka i nigdy nic złego mnie nie spotkało.
- Ale teraz mnie znasz i właśnie dlatego musisz uważać na siebie jeszcze bardziej - mówię szczerze.
- Będziemy w kontakcie. Spływaj już. Wyślę ci wiadomość, kiedy wyjdziemy z klubu.
Przytakuję, daję jej całusa w policzek i opuszczam lokal.
Wracam metrem. Przy ulicy, na której znajduje się mój blok, zostaję zaczepiona przez jakiegoś bezdomnego. Mam wrażenie, że los się dziś na mnie uwziął. Ze ściśniętym do bólu żołądkiem daję nieznajomemu dwa banknoty i szybkim krokiem wparowuję na klatkę schodową. Wbiegam na trzecie piętro, ze złością ściągam z siebie ciuchy i biorę gorący prysznic, by kilka minut później znów się spocić, uderzając w bokserski worek.
1 Slaughter (z ang.) - rzeźnik