Syn Chaosu - Katarzyna Wycisk

Kup ebooka

49.99 zł
45.49 zł (45,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Seth

Świat jest areną, na któ­rej to­czy się nie­ustanna walka. Prze­trwają naj­sil­niejsi. Tu­taj nie ma miej­sca na li­tość. Nie­ważne, jak bar­dzo się sta­rasz, jak mocno pra­gniesz uwie­rzyć w lep­sze ju­tro - ono nie na­dej­dzie. Sam mu­sisz wy­kre­ować swoją rze­czy­wi­stość, by póź­niej móc po­cią­gać za sznurki i wresz­cie stać się pa­nem wła­snego losu.

Lata temu łu­dzi­łem się, że nie wszy­scy lu­dzie są źli. Ale to nie­prawda. W każ­dym z nas drze­mie po­twór. Cza­sami wi­dać go na pierw­szy rzut oka, jed­nak czę­ściej ukrywa się gdzieś głę­boko, cze­ka­jąc na od­po­wiedni mo­ment.

Moja be­stia od­po­czy­wała wy­star­cza­jąco długo. Z po­czątku ro­bi­łem wszystko, by się jej oprzeć, póź­niej - gdy do­tarło do mnie, że ona ni­gdy nie od­pu­ści - sta­ra­łem się ją kon­tro­lo­wać. Mimo naj­szczer­szych chęci - prze­gra­łem. A te­raz już nie wiem, dla­czego tak usil­nie z nią wal­czy­łem. Z ja­kiego po­wodu ha­mo­wa­łem sa­mego sie­bie?

Po­ja­wie­niem się w Ber­li­nie chcia­łem zwró­cić uwagę na swoją obec­ność. Po­ka­zać, że do mia­sta wkro­czył ktoś ważny. Ktoś, kogo się nie lek­ce­waży. Po­sta­no­wi­łem wy­krzy­czeć tu­tej­szym miesz­kań­com pro­sto w twarz: "Oto je­stem, klę­kaj­cie!". Wła­śnie dla­tego na start ku­pi­łem całe pię­tro naj­droż­szego apar­ta­men­towca. Wo­że­nie tyłka w wy­pa­sio­nych spor­to­wych bry­kach i im­pre­zo­wa­nie do bia­łego rana spra­wiło, że lu­dzie za­częli ga­dać. Me­dia do dziś spe­ku­lują, kim tak wła­ści­wie je­stem i do czego dążę. Jesz­cze nikt nie do­tarł do prawdy i wąt­pię, że kie­dy­kol­wiek ją od­kryją. Tylko nie­liczni znają moją toż­sa­mość.

Wczo­raj prze­czy­ta­łem o so­bie ar­ty­kuł, w któ­rym na­zwano mnie bez­względ­nym fi­nan­si­stą dzia­ła­ją­cym na kra­wę­dzi etyki biz­ne­so­wej. By­naj­mniej nie wy­warło to na mnie wra­że­nia. Mój świat, moje za­sady, a je­śli ko­muś nie pa­suje, to niech spier­dala.

Za­wsze by­łem skory do ry­zyka, ale przy tym rów­nież trzeźwo my­ślący. Żeby od­nieść suk­ces, trzeba wi­dzieć wię­cej niż wszy­scy i do­strze­gać oka­zje, któ­rych inni nie za­uwa­żają. Póź­niej na tej pod­sta­wie ku­po­wać ta­nio, a sprze­da­wać drogo.

Pierw­sze zdo­byte przeze mnie mi­liony wią­zały się z ogrom­nym ry­zy­kiem. Zde­cy­do­wa­łem się na tę drogę świa­do­mie i do­sko­nale wie­dzia­łem, że mogę skoń­czyć z kulką w gło­wie. Czy ża­łuję? Nie spo­sób od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie jed­no­znacz­nie. Są rze­czy, które dziś zro­bił­bym ina­czej, jed­nak nie­ważne, ile forsy mam na kon­tach, czasu nie cofnę. Prze­szło­ści nie da się zmie­nić, a prze­lana krew już na za­wsze bę­dzie bru­dzić mi ręce.

Czło­wie­kowi w moim po­ło­że­niu nie jest ła­two zna­leźć przy­ja­ciół. Nie okła­muję sa­mego sie­bie i nie trzy­mam się z prze­gra­nymi. Na moje za­ufa­nie trzeba ciężko za­pra­co­wać. Kiedy tylko czuję, że coś nie jest w po­rządku, od­pusz­czam. Wo­kół krąży wielu krę­ta­czy, go­to­wych iść po tru­pach, by zdo­być choć na­miastkę tego, co ja zdo­by­łem. Na szczę­ście sam de­cy­duję, kim się ota­czam. Usu­wam lu­dzi, któ­rzy mo­gliby mnie ścią­gnąć w dół, i ro­bię to bez żad­nych skru­pu­łów.

Biorę głę­boki wdech, po czym po­woli wy­pusz­czam po­wie­trze przez lekko roz­chy­lone usta. Prze­czu­cie pod­po­wiada mi, że dzi­siej­szy wie­czór bę­dzie przy­po­mi­nał cyrk, w któ­rym to ja za­gram główną rolę. Otwar­cie luk­su­so­wego ho­telu w sa­mym sercu Ber­lina jest wiel­kim even­tem. Z tego, co mi wia­domo, za­pro­szono około trzy­stu go­ści, wśród któ­rych znaj­dują się przed­sta­wi­ciele me­diów, oso­bi­sto­ści świata biz­nesu i po­li­tyki, a także in­we­sto­rzy i udzia­łowcy wiel­kich firm.

Wjeż­dżam na wy­ło­żony kostką bru­kową par­king i wy­łą­czam sil­nik. Wy­sia­dam z sa­mo­chodu i prze­su­wam dłońmi po kla­pach szy­tej na miarę ma­ry­narki. Nie czuję się swo­bod­nie w tym od­pi­co­wa­nym gar­ni­turku i z ide­al­nie wy­sty­li­zo­wa­nymi wło­sami. Spo­glą­dam na swoje od­bi­cie w przy­ciem­nio­nej szy­bie ma­se­rati. Ope­ra­cje pla­styczne zmie­niły mnie nie do po­zna­nia. De­li­katne rysy twa­rzy zo­stały wy­ostrzone, po­liczki po­krywa trzy­dniowy za­rost, a tę­czówki oczu mają inną barwę niż kie­dyś.

Prze­no­szę wzrok na no­wiu­sieńką ma­je­sta­tyczną bu­dowlę. Pre­zen­tuje się im­po­nu­jąco. Ar­chi­tekci po­łą­czyli no­wo­cze­sność z tra­dy­cyj­nym ber­liń­skim sty­lem. Sza­ro­ści, stal i szkło two­rzą ele­gancką spójną ca­łość.

Wraz z in­nymi go­śćmi, w to­wa­rzy­stwie bły­sków fle­szy, wkra­czam na czer­wony dy­wan, który pro­wa­dzi do wej­ścia. Już te­raz czuję na so­bie wzrok cie­kaw­skich, sły­szę, jak szep­czą mię­dzy sobą i snują roz­ma­ite teo­rie. Nie przej­muję się nimi i idę przed sie­bie z dum­nie unie­sioną głową.

Gdy prze­kra­czam duże, szklane drzwi, znaj­duję się w prze­stron­nym holu, gdzie wita mnie kli­ma­tyczna, spo­kojna mu­zyka. Fi­ne­zyjne krysz­ta­łowe ży­ran­dole oświe­tlają wnę­trze cie­płym świa­tłem. For­te­pia­ni­sta spra­wia, że dźwięki płyną jak me­lo­dyjne fale. Ubrani w białe smo­kingi kel­ne­rzy po­dają go­ściom szam­pana i wy­szu­kane prze­ką­ski.

Roz­glą­dam się wo­kół i roz­po­znaję kilka waż­nych oso­bo­wo­ści. Cze­kają na od­po­wiedni mo­ment, by po­dejść i za­rzu­cić mnie py­ta­niami. Nie­któ­rzy le­dwo się od tego po­wstrzy­mują, ale resztka zdro­wego roz­sądku każe im za­cho­wać kul­turę.

Z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy zbliża się do mnie ko­bieta w gra­fi­to­wej ele­ganc­kiej sukni. Jest star­sza niż ja, może lekko po czter­dzie­stce, bar­dzo za­dbana, a po spo­so­bie, w jaki się po­ru­sza, śmiem wnio­sko­wać, że także pewna sie­bie.

- Chri­stina Braun, me­ne­dżerka. - Po­daje mi dłoń, którą bez wa­ha­nia ści­skam, gdy wi­tam się ski­nie­niem głowy. - W imie­niu Need It chcia­łam pana ser­decz­nie po­wi­tać na otwar­ciu na­szego trze­ciego już ho­telu w Ber­li­nie. Je­ste­śmy nie­zmier­nie wdzięczni za wspar­cie i po­moc w re­ali­za­cji tego pro­jektu. Czu­jemy się za­szczy...

- Wiem - prze­ry­wam jej mo­no­log, co na chwilę kom­plet­nie zbija ko­bietę z pan­ta­łyku, jed­nak szybko od­zy­skuje re­zon.

- Zo­sta­wię już pana sa­mego, ży­czę przed­niej za­bawy. - Po­ra­ża­jący bielą zę­bów uśmiech wy­gląda jak przy­kle­jony do jej wy­re­tu­szo­wa­nej ma­ki­ja­żem twa­rzy.

Wkrótce po­tem ofi­cjalna część ce­re­mo­nii roz­po­czyna się uro­czy­stym po­wi­ta­niem go­ści ze­bra­nych w ho­te­lo­wym lobby. Dy­rek­tor usta­wia się w stra­te­gicz­nym miej­scu, trzy­ma­jąc bez­prze­wo­dowy mi­kro­fon.

- Jako jedno z naj­bar­dziej in­spi­ru­ją­cych i kre­atyw­nych miast w Eu­ro­pie Ber­lin szczyci się mia­nem sto­licy kul­tury, ma in­te­re­su­jącą hi­sto­rię, ar­chi­tek­turę pełną kon­tra­stów oraz wy­jąt­kową kuch­nię, za­chwyca za­równo osoby po­dró­żu­jące w ce­lach biz­ne­so­wych, jak i tu­ry­stycz­nych - za­czyna z em­fazą. - Cie­szymy się, że mo­żemy za­ofe­ro­wać na­szym go­ściom cie­płą i przy­ja­zną ob­sługę spod znaku Need It, pod­czas gdy oni od­kry­wają uroki na­szego pięk­nego mia­sta...

Gdy wresz­cie tra­fiamy do głów­nej sali, je­stem zmu­szony wy­słu­chać ko­lej­nych nu­żą­cych prze­mów, które koń­czy sym­bo­liczne prze­cię­cie wstęgi. Za­nim roz­le­gają się brawa, je­stem o krok od za­śnię­cia.

- No pro­szę. Czło­wiek le­genda we wła­snej oso­bie.

Na dźwięk zna­jo­mego mę­skiego głosu mi­mo­wol­nie prze­ły­kam ślinę, ale za­cho­wuję zimną krew i po­woli od­wra­cam się do syna bossa jed­nego z naj­po­tęż­niej­szych arab­skich kla­nów dzia­ła­ją­cych na te­re­nie za­chod­niego Ber­lina.

Je­stem przy­go­to­wany na to spo­tka­nie. Wie­dzia­łem, że prę­dzej czy póź­niej do niego doj­dzie. W prze­szło­ści łą­czyła mnie z Ami­rem przy­jaźń, a przy­naj­mniej obaj tak wtedy są­dzi­li­śmy. Kiedy mia­łem pa­rę­na­ście lat, dał­bym się za niego po­kroić, ale te­raz... Gdy tylko za­my­kam oczy, śnię o jego śmierci. Niech zdy­cha. On i cała jego ro­dzina.

- Jaka szkoda, że w ogóle pana nie ko­ja­rzę. - Lu­struję go obo­jęt­nym spoj­rze­niem.

Wy­do­ro­ślał. Nie jest już kum­plem z po­dwórka, który pra­gnie się wy­rwać spod wła­dzy ojca i roz­po­cząć nie­za­leżne ży­cie. Stał się młod­szą ko­pią La­tifa, czyli do­kład­nie tym, czego tak usil­nie pró­bo­wał unik­nąć.

Moż­liwe, że gdyby na­sza hi­sto­ria po­to­czyła się ina­czej, miał­bym dla niego li­tość. Jed­nak wbrew wszyst­kiemu, co nas kie­dyś łą­czyło, czuję wy­łącz­nie nie­na­wiść.

- Naj­wyż­szy czas, by to zmie­nić - od­po­wiada. - Amir Sha­rif.

Spo­glą­dam na jego wy­cią­gniętą do mnie dłoń i ce­lowo prze­dłu­żam ten mo­ment, by po­zba­wić go choć odro­biny pew­no­ści sie­bie. Kiedy od­chrzą­kuje, sy­gna­li­zu­jąc tym gra­nicę wy­cze­ki­wa­nia, od­pusz­czam i uno­szę ką­cik ust, po czym wi­tam się z nim sil­nym uści­skiem dłoni.

- Seth Schwarz - przed­sta­wiam się, pa­trząc męż­czyź­nie pro­sto w oczy.

Po­dej­rze­wam, że oj­ciec wy­słał go na prze­szpiegi. Głowa klanu nie może so­bie po­zwo­lić na brak wie­dzy, szcze­gól­nie je­śli cho­dzi o wpły­wo­wych lu­dzi. Za­łożę się, że moje dzia­ła­nia nie uszły jego uwa­dze. Pra­co­wa­łem dla tego czło­wieka kilka lat, dzięki czemu zdo­by­łem mnó­stwo nie­zwy­kle przy­dat­nych in­for­ma­cji. Znam jego ma­rze­nia, wiem, do czego dąży. W za­ka­mar­kach mo­jej pa­mięci tkwią wszyst­kie cenne kon­takty.

- Sły­sza­łem, że po­ja­wi­łeś się zni­kąd i chcesz prze­jąć cały Ber­lin - oświad­cza cham­skim to­nem, jakby z nas dwóch to on był górą.

- Nie przy­po­mi­nam so­bie, że­by­śmy byli na "ty" - ga­szę go chłodno i w tym mo­men­cie do­strze­gam ją, a wszyst­kie chwile, kiedy się łu­dzi­łem, że szczę­śliwe za­koń­cze­nie jed­nak jest mi pi­sane, tra­fiają we mnie ze zdwo­joną siłą i na parę se­kund od­bie­rają mi dech w piersi.

Obok Amira staje Cass. Jej nie­gdyś dłu­gie włosy są ścięte do ra­mion i za­tknięte za uszy. Czarne ko­smyki zo­stały uło­żone w de­li­katne fale, ale ja wiem, że nor­mal­nie są pro­ste jak druty. Owalna twarz o ślicz­nie za­ry­so­wa­nych ko­ściach po­licz­ko­wych, pełne usta i te dia­bel­sko uwo­dzi­ciel­skie oczy w kształ­cie mig­da­łów - prawe brą­zowe, lewe błę­kitne. Lekko za­darty nos od za­wsze do­da­wał jej uro­dzie bun­tow­ni­czego cha­rak­teru. Smu­kłą szyję ozda­bia złoty wi­sio­rek. Wą­ska, ciem­no­zie­lona wie­czo­rowa suk­nia o wy­ra­fi­no­wa­nym kroju ide­al­nie pod­kre­śla sek­sowne kształty.

Bez­wied­nie przy­gry­zam dolną wargę i mo­men­tal­nie karcę się w du­chu za ten gest. Ro­bi­łem to wtedy, ro­bię i te­raz. Ża­ło­sne.

Ko­bieta uśmie­cha się do mnie, bio­rąc Amira pod ra­mię. Nie ma bla­dego po­ję­cia, na kogo wła­śnie pa­trzy. Jest nie­świa­doma tego, co ze mną robi. Na­wet po tylu la­tach.

- Po­zwoli pan, że przed­sta­wię moją to­wa­rzyszkę - od­zywa się Sha­rif, pod­czas gdy ja nie spusz­czam z bru­netki oczu.

- Ju­liette Mayer. - Cass go wy­prze­dza, po­da­jąc fał­szywe imię i na­zwi­sko. W su­mie się nie dzi­wię, że skła­mała.

Gdy wy­ciąga do mnie rękę, pew­nie ści­skam jej dłoń, przy czym rę­kawy ubra­nia de­li­kat­nie mi się pod­cią­gają, od­sła­nia­jąc małą bli­znę na prze­gu­bie. Niby nic ta­kiego i wcze­śniej na­wet o tym nie po­my­śla­łem, jed­nak w mo­men­cie, gdy czuję na so­bie in­ten­sywny wzrok Amira, wiem, że wzbu­dzi­łem w nim po­dej­rze­nia, któ­rych tak ła­two nie stłu­mię.

Sta­ram się nie tra­cić opa­no­wa­nia i nie wy­cho­dzić z roli. Nie je­stem je­dy­nym czło­wie­kiem z tego typu skazą. Po­pra­wiam spo­koj­nie man­kiet ko­szuli, by za­kryć ślad wy­pa­lony pa­pie­ro­sem.

- Ber­lin mu­siał się panu bar­dzo spodo­bać, skoro po­sta­no­wił pan zo­stać tu­taj na dłu­żej - przy­pusz­cza Cass.

- To mia­sto ma nie­sa­mo­witą ener­gię - mó­wię zgod­nie z prawdą.

- Ma pan ra­cję - zga­dza się Cass, a Amir zerka na nią ukrad­kiem, ob­li­zu­jąc wargi. - Trudno do­kład­nie okre­ślić, co spra­wia, że jest tak wy­jąt­kowe. Jed­no­cze­śnie hi­sto­ryczne i po­stę­powe, szorst­kie i ma­low­ni­cze. To roz­le­gły wie­lo­kul­tu­rowy kon­glo­me­rat z pra­wie czte­rema mi­lio­nami miesz­kań­ców. Cza­sami my­ślę, że wspa­niale by­łoby się wy­rwać z Eu­ropy i za­miesz­kać w ja­kimś przy­tul­nym, cie­płym miej­scu, ale... sama nie wiem. Pan zwie­dził już pew­nie cały świat?

- Można zjeź­dzić go wzdłuż i wszerz, a na­dal nie zo­ba­czyć zu­peł­nie ni­czego - stwier­dzam, bacz­nie ob­ser­wu­jąc jej re­ak­cję.

Otwiera usta, by coś po­wie­dzieć, jed­nak Amir ją uprze­dza:

- Po­cho­dzi pan z Ber­lina?

To jedno py­ta­nie mówi wię­cej niż ty­siąc słów. Te­raz je­stem już prze­ko­nany, że do­strzegł bli­znę na mo­jej ręce, a try­biki pod jego czaszką za­częły pra­co­wać na naj­wyż­szych ob­ro­tach.

- Skąd ten po­mysł? - od­bi­jam, nie da­jąc mu od­po­wie­dzi.

- In­stynkt. - Wzru­sza ra­mio­nami.

Kiedy pod­cho­dzi do nas kel­ner, bie­rzemy po lampce szam­pana i upi­jamy po łyku mu­su­ją­cego wina. Amir obej­muje Cass w pa­sie, jakby tym ge­stem chciał pod­kre­ślić, że ko­bieta na­leży do niego. Bru­netka nie pro­te­stuje, choć do­strze­gam w jej dwu­ko­lo­ro­wych oczach dziwny błysk.

- Nie będę od­bie­rał panu przy­jem­no­ści od­kry­wa­nia mo­ich se­kre­tów. Wtedy to nie by­łaby żadna za­bawa - mó­wię, po czym osu­szam szkło i sta­wiam pu­sty kie­li­szek na tacy mi­ja­ją­cego nas chło­paka z ob­sługi.

- Pla­nuje pan zo­stać tu­taj na dłu­żej? - Nie­wzru­szony Sha­rif za­daje ko­lejne py­ta­nie.

- Za­leży od sy­tu­acji.

- Pan wy­ba­czy wścib­skość, ale jedna sprawa nie daje mi spo­koju. W ja­kim celu wy­ku­pił pan bu­dynki miesz­kalne w Neu­kölln?

- Bo mo­głem - do­gry­zam mu, co ewi­dent­nie nie spo­tyka się z apro­batą męż­czy­zny.

Wy­pija szam­pana do dna i rów­nież od­sta­wia lampkę. Sta­ram się nie błą­dzić spoj­rze­niem do miej­sca, gdzie trzyma drugą łapę. Choć nie po­wi­nie­nem, czuję oso­bliwą po­trzebę ode­pchnię­cia go od Cass. Przez mo­ment do­pusz­czam do sie­bie na­wet na­miastkę po­czu­cia winy, jed­nak bły­ska­wicz­nie ją tłam­szę.

Ta ko­bieta także jest czę­ścią mo­jego planu. Zro­biła coś, czego nie je­stem w sta­nie jej wy­ba­czyć. Mógł­bym omi­jać ją z da­leka, dać szansę na nowe ży­cie, ale je­śli na­dal pra­cuje dla klanu, ozna­cza to, że nie po­szła po ro­zum do głowy. Sama się prosi, by po­czuć smak mo­jego gniewu. Na ho­ry­zon­cie za­ma­ja­czyły nowe opcje, z któ­rych grze­chem by­łoby nie sko­rzy­stać.

- Li­czę, że za­bawi pan u nas dłu­żej - wtrąca nie­spo­dzie­wa­nie bru­netka. - Ber­lin ma w so­bie wiele do od­kry­cia.

- Nie wąt­pię - zga­dzam się i pa­trzę, jak uma­lo­wane czer­wie­nią wargi Cass do­ty­kają szkła. Prze­chyla kie­li­szek, a mu­su­jący płyn znika w ku­szą­cych ustach.

Ma ra­cję. Wciąż po­znaję czę­ści mia­sta, o któ­rych nie mia­łem po­ję­cia, i chcę wię­cej. Tu­tej­szy kli­mat wręcz uza­leż­nia. Do tego do­cho­dzi ten drugi świat - ukryty, pe­łen bólu i fru­stra­cji. Świat, gdzie nie każdy jest w sta­nie prze­trwać. Ja za­czą­łem go po­zna­wać zbyt wcze­śnie, co spra­wiło, że cał­ko­wi­cie nim na­siąk­ną­łem.

Mój po­cząt­kowy plan nie za­kła­dał obu­dze­nia się z mi­liar­dami na kon­cie, które będę póź­niej suk­ce­syw­nie po­mna­żał. Je­den in­cy­dent zmie­nił wszystko. Wy­szar­pał ze mnie du­szę i ode­brał na­dzieję, a w za­mian na­kar­mił żą­dzą ze­msty. Ka­zał za­po­mnieć o tym, co do­bre, bo tylko tym spo­so­bem by­łem w sta­nie skon­cen­tro­wać się na ro­sną­cym we mnie gnie­wie.

Za­wsze cią­gnęło mnie do kło­po­tów. Zde­cy­do­wa­nie więk­sza część mo­jej oso­bo­wo­ści jest w chuj po­pa­prana i prze­sy­cona po­trzebą nisz­cze­nia. Pra­gnie za­nu­rzyć się w nie­ła­dzie i już ni­gdy nie wy­pły­nąć na po­wierzch­nię. Nie na darmo przy­bra­łem ta­kie, a nie inne imię. Seth - bóg burz, pu­styń, ciem­no­ści i cha­osu.

- Wi­tam sza­now­nego pana. Mi­chael Ro­ning, przed­sta­wi­ciel firmy Gold In­ve­st­ments. - Śred­niego wzro­stu męż­czy­zna z pod­krę­co­nym szpa­ko­wa­tym wą­sem kła­dzie mi dłoń na ra­mie­niu, praw­do­po­dob­nie nie zda­jąc so­bie sprawy, że je­stem o włos od zła­ma­nia mu nosa.

Nie­na­wi­dzę, gdy ktoś mnie do­tyka bez mo­jej wy­raź­nej zgody. Nie je­stem pie­przo­nym pu­dlem, któ­rego można po­dra­pać za uchem, nie do­sta­jąc za to po mor­dzie.

Za­ci­skam zęby i od­su­wam się o krok, ob­rzu­ca­jąc ele­gan­cika zło­wro­gim spoj­rze­niem. Prze­kaz jest tak ewi­dentny, że ten na­tych­miast go ro­zu­mie i szybko za­biera łapę.

- Pana po­ja­wie­nie się w Ber­li­nie wy­wo­łało nie­małe za­mie­sza­nie - stwier­dza Ro­ning, igno­ru­jąc to­wa­rzy­szącą mi dwójkę. Przy­pusz­czam, że nie ma po­ję­cia, kim jest Amir.

Syn głowy klanu Sha­rif nie pa­suje do tego miej­sca i wąt­pię, by otrzy­mał za­pro­sze­nie. Po­dej­rze­wam, że do­stał się na otwar­cie ho­telu dzięki kon­tak­tom ta­tu­sia.

- Wła­śnie taki był mój cel - oświad­czam bez ogró­dek.

- Ostat­nio dużo się mówi o kryp­to­wa­lu­tach, je­stem nie­zmier­nie cie­kawy, co pan o tym są­dzi.

- Nie wąt­pię, że jest pan cie­kawy. - Uśmie­cham się do niego sztucz­nie, do­sko­nale świa­domy, jak ku­rew­sko go tym wku­rzam.

- Z tego, co zdą­ży­łem za­uwa­żyć, pan Schwarz ak­tu­al­nie in­te­re­suje się ryn­kiem nie­ru­cho­mo­ści - wtrąca się Amir, który nie ma zie­lo­nego po­ję­cia, co ple­cie, ale pró­buje stwa­rzać po­zory obe­zna­nego.

- Ry­nek nie­ru­cho­mo­ści po­trafi być ka­pry­śny - pod­ła­puje Ro­ning.

Przez chwilę roz­ma­wiamy o ak­tu­al­nych ra­tin­gach ak­cji, ob­li­ga­cji, su­row­ców i wa­lut. Oma­wiamy trendy, pro­gno­zo­wa­nie zmian cen i prze­cho­dzimy do dys­ku­sji na te­mat po­ten­cjal­nych zmian dłu­go­fa­lo­wych.

Amir co ja­kiś czas przy­ta­kuje, ale jest na tyle by­stry, by trzy­mać gębę na kłódkę. Cas­sie przy­słu­chuje się nam z za­cie­ka­wie­niem, co do któ­rego nie je­stem w sta­nie prze­są­dzić, czy jest au­ten­tyczne, czy uda­wane. Już gdy zo­ba­czy­łem tę dziew­czynę po raz pierw­szy, nie umia­łem od­czy­tać jej praw­dzi­wych za­mia­rów, a przy­naj­mniej nie w stu pro­cen­tach. Jest jedną z nie­licz­nych osób, któ­rych nie mogę do końca roz­gryźć.

Mi­jają mi­nuty, a do na­szej grupy do­łą­cza wię­cej cie­kaw­skich. Od­po­wia­dam na ich py­ta­nia wy­mi­ja­jąco, nie zdra­dza­jąc przy tym o so­bie prak­tycz­nie ni­czego. Je­stem do­bry w tę grę. Umie­jęt­nie wy­cią­gam przy­datne in­for­ma­cje, czy­tam mię­dzy wier­szami i in­stynk­tow­nie pro­wo­kuję, kiedy wy­czu­wam ważny te­mat. Nie tracę czuj­no­ści. Na­wet gdy mó­wię, ob­ser­wuję zgro­ma­dzo­nych wo­kół mnie lu­dzi, jed­nak nie za­my­kam się wy­łącz­nie na nich.

Je­śli znasz swo­jego wroga, o wiele ła­twiej od­nieść suk­ces. Wkra­cza­jąc na nową ścieżkę, z góry za­kła­dam, że każdy chce pod­ło­żyć mi nogę. Uśmie­cha­jące się do mnie sępy tylko cze­kają, aż się po­tknę. Im wię­cej masz kasy, tym mniej - przy­ja­ciół. Na­uczy­łem się, że to ja je­stem naj­waż­niej­szą in­we­sty­cją. Dzięki wie­rze w sie­bie, chłod­nej kal­ku­la­cji i słu­cha­niu in­tu­icji roz­wi­ną­łem ka­rierę i osią­gną­łem bo­gac­two.

Jed­nym uchem słu­cham roz­wa­żań o naj­now­szej tech­no­lo­gii i in­no­wa­cjach mo­gą­cych wpły­nąć na różne sek­tory go­spo­darki, dru­gim pró­buję wy­ła­pać słowa Amira, który wła­śnie szep­cze coś do swo­jej to­wa­rzyszki. Po mi­nie Cass śmiem wnio­sko­wać, że prze­kaz mło­dego Sha­rifa nie bar­dzo jej się spodo­bał.

Ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, ob­ser­wuję ją wni­kli­wie, ale z ostroż­no­ścią. Za­uwa­żam, że spina się za każ­dym ra­zem, gdy Amir jej do­tyka. Uśmiech­nięta zgrywa wy­lu­zo­waną i po­zwala mu na tę bli­skość, ale nie jest w sta­nie ukryć re­ak­cji swo­jego ciała. Za­sta­na­wiam się, dla­czego w tym sie­dzi. Co nią kie­ro­wało, że przy­szła na tę im­prezę?

W mo­jej gło­wie świta pewna opcja, jed­nak za­nim włą­czę ją do swo­jego planu, mu­szę po­znać wię­cej szcze­gó­łów.

Po wy­kwint­nej ko­la­cji zo­sta­jemy za­pro­szeni na ta­ras wi­do­kowy. Mi­go­czące lampki roz­ja­śniają pod­łogę z ciem­nego drewna. Wzdłuż ba­lu­strady stoją kwia­towe aran­ża­cje. Niebo jest już cał­ko­wi­cie ciemne, ale ty­siące świa­teł na bu­dyn­kach, mo­stach i uli­cach spra­wiają, że mia­sto błysz­czy ni­czym kon­ste­la­cja naj­ja­śniej­szych gwiazd. W od­dali wi­dać Bramę Bran­den­bur­ską.

Na nie­wiel­kiej sce­nie stoi odziana w długą czarną suk­nię skrzy­paczka. Gra z za­mknię­tymi oczami, wczu­wa­jąc się w ula­tu­jącą spod smyczka mu­zykę. Kie­dyś po­zwo­lił­bym so­bie za­to­nąć w tych me­lan­cho­lij­nych dźwię­kach, ode­rwać od rze­czy­wi­sto­ści i na mo­ment ukryć się przed ca­łym świa­tem.

Ucie­kam od dal­szych dys­ku­sji biz­ne­so­wych i sunę wprost ku ba­rierce. Spo­glą­dam w dół na ru­chliwe ulice i cze­kam. Je­stem prze­ko­nany, że Sha­rif tak ła­two nie od­pu­ści. Cie­kawi mnie, na ile so­bie dzi­siej­szego wie­czoru po­zwoli.

- Z góry wszystko wy­gląda tak pięk­nie. - Od razu roz­po­znaję głos Cas­sie.

Po­de­szła do mnie sama. Amir stoi w bez­piecz­nej od­le­gło­ści, ale ką­tem oka wi­dzę, że nie spusz­cza z nas wzroku. Nie na­leży do dys­kret­nych.

- Nic nie jest ta­kie, na ja­kie wy­gląda - stwier­dzam, przez chwilę sku­pia­jąc całą uwagę wy­łącz­nie na bru­netce.

- A na kogo ja panu wy­glą­dam? - Prze­chyla głowę w bok, gdy z za­cie­ka­wie­niem czeka na od­po­wiedź.

- Mam być uprzejmy czy szczery?

Na jej ślicz­nej twa­rzy po­ja­wia się cień uśmie­chu.

- Szczery... za­wsze - oświad­cza zde­cy­do­wa­nym to­nem, za­kła­da­jąc za ucho ciemne ko­smyki.

- Wy­gląda pani na nie­szczę­śliwą, choć więk­szość osób tu­taj spra­wia wra­że­nie, że w ogóle tego nie do­strzega.

- Dla­czego pan tak uważa?

- Wy­star­czy Seth - oznaj­miam i opie­ram się ty­łem o ba­lu­stradę.

- Ju­liett. I wcale nie je­stem nie­szczę­śliwa.

- Czyli jed­nak mia­łem być uprzejmy - od­pie­ram, na co uśmiech roz­świe­tla twarz Cass.

Marsz­czy nos, a w ką­ci­kach jej oczu po­ja­wiają się de­li­katne zmarszczki. Po tylu fał­szy­wych uśmie­chach bez pro­blemu roz­po­znaję te praw­dziwe.

- Twój part­ner też wy­gląda na nie­szczę­śli­wego. - Z lek­kim roz­ba­wie­niem zer­kam w stronę na­bur­mu­szo­nego Amira.

- To nie jest mój part­ner, a przy­naj­mniej nie w ta­kim sen­sie. Nie je­ste­śmy ra­zem - zdra­dza, ła­piąc ha­czyk.

- On o tym wie?

- Jakby to ująć... Nie wpi­suję się w jego normę - oznaj­mia dy­plo­ma­tycz­nie.

Mi­mo­wol­nie przy­po­mi­nam so­bie frag­ment z prze­szło­ści, ale nie po­zwa­lam ob­ra­zom w mo­jej gło­wie trwać zbyt długo. Od­ci­nam się, bły­ska­wicz­nie wra­cam do tu i te­raz.

- Za­tańcz ze mną. - Nie py­tam, przez co za­bie­ram ko­bie­cie moż­li­wość od­mowy.

Wy­cią­gam ku niej rękę i wiem, że za­raz spełni moje po­le­ce­nie. Pra­gnie się do­wie­dzieć o mnie cze­goś wię­cej. Nie tylko ze względu na Amira. Do­strze­gam to w spo­so­bie, w jaki na mnie pa­trzy. Po­cią­gam ją, je­stem tego pe­wien.

Czuje się za­sko­czona, pełna wa­ha­nia i wi­dzę, jak usil­nie po­wstrzy­muje chęć spoj­rze­nia na mło­dego Sha­rifa. Brak jej pew­no­ści, czy może po­zwo­lić so­bie na ten ruch. A co za tym idzie, Amir ma nad nią pew­nego ro­dzaju kon­trolę. Py­ta­nie, jak dużą i gdzie jest gra­nica, któ­rej Cass nie prze­kro­czy.

Fi­nal­nie bru­netka ła­pie moją dłoń, więc pro­wa­dzę ją na śro­dek ta­rasu. Do­łą­czamy do ko­ły­szą­cych się w rytm mu­zyki par. Bez wa­ha­nia obej­muję ko­bietę w ta­lii, czuję słodki, zmy­słowy za­pach per­fum. Prze­su­wam pal­cami po je­dwa­bi­stym ma­te­riale sukni i de­cy­duję się za­ry­zy­ko­wać: gła­dzę kciu­kiem miękką skórę jej nad­garstka. Pa­trzy mi w oczy, ale nie po­trafi ukryć skrę­po­wa­nia. I wresz­cie pęka. Naj­pierw spusz­cza wzrok, a póź­niej, niby przy­pad­kiem, zerka na swo­jego to­wa­rzy­sza, prze­łyka ślinę i wraca spoj­rze­niem do mnie.

- Czym się zaj­mu­jesz? - py­tam, by od­cią­gnąć jej uwagę od Amira.

- Wszyst­kim po tro­chu.

- I to "wszystko po tro­chu" spra­wia ci przy­jem­ność? - drążę, pro­wa­dząc ją w po­wol­nym tańcu.

- Cza­sami tak.

- Już wiem, dla­czego wy­glą­dasz na nie­szczę­śliwą - mó­wię, po czym ob­ra­cam ją tak, by nie mo­gła pa­trzeć na Sha­rifa.

- Oświeć mnie - za­chęca.

- Zdra­dzę ci pe­wien se­kret: ży­cie jest zbyt krót­kie, by ro­bić rze­czy, na które nie mamy ochoty. - Ce­lowo wy­po­wia­dam te słowa ci­szej, nie­znacz­nie się do niej po­chy­la­jąc, a przy tym ła­pię kon­takt wzro­kowy z Ami­rem.

Arab strzela pal­cami, w ten spo­sób zdra­dza mi, że go to zde­ner­wo­wało. Bę­dzie się chciał upew­nić, że je­stem tym, kim my­śli, że je­stem, i praw­do­po­dob­nie wy­ko­rzy­sta do tego Cass. Mógłby na­słać na mnie swo­ich lu­dzi, byłby do tego zdolny. Jed­nak klanu Sha­ri­fów nie in­te­re­suje moja śmierć. Na­wet wtedy, gdy się upew­nią co do mo­jej toż­sa­mo­ści, nie wy­ślą ni­kogo, by po­słał mi kulkę pro­sto w łeb. Do­sko­nale to ro­zu­miem. Za­pra­gną od­wetu w po­staci gru­bej forsy i cier­pie­nia. Mo­jego cier­pie­nia, rzecz ja­sna.

- Chcesz mi przez to po­wie­dzieć, że to, czym ty się zaj­mu­jesz, jest speł­nie­niem two­ich ma­rzeń? - pyta Cass.

- Tak i nie.

- Sta­rasz się grać ta­jem­ni­czego?

- Wy­cho­dzi mi? - Nie daję się po­dejść i cią­gnę na­szą kon­wer­sa­cję, nie za­po­mi­na­jąc o ob­ser­wo­wa­niu Amira.

- My­ślę, że je­steś do­bry w tym, co ro­bisz, i do­sko­nale zda­jesz so­bie z tego sprawę. Uwa­żam też, że Seth Schwarz, któ­rego po­ka­zu­jesz światu, jest je­dy­nie czę­ścią cie­bie.

Nie po­twier­dzam ani nie oba­lam jej teo­rii. Skrzy­paczka roz­po­czyna ko­lejny utwór. My na­dal tań­czymy do spo­koj­nej mu­zyki.

Ukry­wa­nie praw­dzi­wych in­ten­cji jest jedną z mo­ich waż­niej­szych umie­jęt­no­ści. Pil­nuję tego na każ­dym kroku. Długo ćwi­czy­łem, by po­zbyć się daw­nych na­wy­ków i prze­obra­zić w sza­sta­ją­cego kasą aro­ganc­kiego dupka. A ona mówi mi coś ta­kiego na na­szym pierw­szym spo­tka­niu.

- Wiesz, co ja my­ślę? - zwra­cam się do niej.

- Mam wiele ta­len­tów, ale w my­ślach jesz­cze nie umiem czy­tać, i szcze­rze mó­wiąc, nie je­stem pewna, czy w ogóle bym chciała. Cza­sami le­piej nie wie­dzieć, co sie­dzi w gło­wach in­nych.

- Roz­sąd­nie.

- Mimo to ośmielę się za­py­tać: co my­ślisz?

Za­nim od­po­wia­dam, za­krę­cam nią w tańcu. Pod wpły­wem tego ru­chu he­ba­nowe ko­smyki się uno­szą, by chwilę póź­niej za­wi­ro­wać ra­zem z ko­bietą i opaść na jej smu­kłe ra­miona. Cass znów pre­zen­tuje piękny uśmiech. Coś mi mówi, że nie ro­biła tego od bar­dzo dawna.

- Nie pa­su­jesz do tego miej­sca - za­czy­nam. - Gdy­bym miał zga­dy­wać, po­wie­dział­bym, że nie po­winno cię tu­taj być. Co wię­cej, wcale nie chcia­łaś się tu­taj po­ja­wiać, ale te­raz sama już nie wiesz, czy chcesz tu być, czy nie.

- Od­ważne słowa. - Mruga dwa razy, a jej gę­ste, dłu­gie rzęsy rzu­cają trze­po­tliwy cień na za­ró­żo­wione po­liczki.

- Nie na­leżę do tchó­rzy.

- Nie­zwy­kle ła­two po­my­lić od­wagę z głu­potą.

- Ra­cja - zga­dzam się na­tych­miast. - Sztuka tkwi w tym, żeby inni mieli cię za głupca, pod­czas kiedy ty znasz prawdę.

Wy­raz jej twa­rzy ulega zmia­nie. Tym jed­nym stwier­dze­niem wpra­wi­łem ją w zdez­o­rien­to­wa­nie i da­łem po­wód do roz­wa­żań. Pionki usta­wione, pierw­szy ruch wy­ko­nany, te­raz ich ko­lej.

- Dzię­kuję za ta­niec. - Gdy mu­zyka cich­nie, wy­pusz­czam Cass z ob­jęć.

I tak spę­dzi­łem z nią za dużo czasu - wy­star­cza­jąco, by Amir miał o czym my­śleć. Pora się wy­co­fać i cier­pli­wie za­cze­kać na po­su­nię­cie klanu. Każdy szcze­gół ma zna­cze­nie. Na­wet je­den, na po­zór nic nie­zna­czący gest może po­pchnąć tę par­tię w zu­peł­nie inną stronę.

- Miło było cię po­znać - mówi ko­bieta, ale nie ru­sza się z miej­sca. Pa­trzy na mnie tym nie­sa­mo­wi­tym wzro­kiem, peł­nym prze­ję­cia, a za­ra­zem nie­obec­nym.

- Do po­zna­nia jesz­cze da­leka droga. Li­czę, że kiedy po­znasz mnie na­prawdę, po­wtó­rzysz, że było miło - że­gnam się z nią, po czym zer­kam na Sha­rifa i po­sy­łam mu krzywy uśmiech. - Albo i nie - koń­czę, mam­ro­cząc te słowa pod no­sem, i od­da­lam się od Cass.

Rozdział 2

Cassie

Stoję w rogu wiel­kiego, oto­czo­nego sta­lową kratą ringu. Włosy za­plo­tłam w cia­sne do­bie­rane war­ko­cze, żeby prze­ciw­niczka nie miała moż­li­wo­ści za nie zła­pać. Godna walka wy­klu­cza tego typu za­grywki, ale w klatce wszyst­kie chwyty są do­zwo­lone, a sie­dzące w za­wod­ni­kach be­stie czę­sto wy­my­kają się spod kon­troli, gdy za­pra­gną do­słow­nie roz­szar­pać ry­wala na ka­wałki.

W ustach mam ochra­niacz na zęby. Co prawda ka­wa­łek pla­stiku nie jest gwa­ran­cją ich za­cho­wa­nia, ale lep­sze to niż nic. Od­kąd jedna la­ska wy­biła mi je­dynkę, ni­gdy o nim nie za­po­mi­nam. Z tym ubyt­kiem wy­glą­da­łam jak dzie­ciak w cza­sie wy­pa­da­nia mle­cza­ków, na szczę­ście Amir za­dbał o ten szcze­gół i w pry­wat­nym ga­bi­ne­cie den­ty­stycz­nym za­fun­do­wał mi nowy uśmiech.

Z nie­wzru­szoną miną przy­glą­dam się mo­jej ry­walce. Ko­ja­rzę sukę. Na wła­sne oczy wi­dzia­łam, jak od­gry­zła po­cząt­ku­ją­cej dziew­czy­nie ucho, by chwilę póź­niej obi­jać ją tak długo, aż ta stra­ciła przy­tom­ność, spły­wa­jąc krwią. Ksywka "Slau­gh­ter"1 nie wzięła się zni­kąd.

Nie mia­łam oka­zji wal­czyć z nią wcze­śniej. Obie je­ste­śmy do­brymi za­wod­nicz­kami i da­jemy wi­dzom wy­śmie­nite show, któ­rego tak cho­ro­bli­wie pra­gną. Wsa­dze­nie nas do jed­nej klatki ozna­cza, że w naj­opty­mi­stycz­niej­szym sce­na­riu­szu któ­raś zo­sta­nie kon­tu­zjo­wana i na pe­wien czas wy­klu­czona z roz­gry­wek.

Prze­no­szę spoj­rze­nie na sie­dzą­cego w pierw­szym rzę­dzie Amira. Wło­żył ide­al­nie skro­jony gar­ni­tur, który ni chuja nie pa­suje do tego śmier­dzą­cego śmier­cią i wil­go­cią miej­sca. Ciemne włosy i broda męż­czy­zny jak zwy­kle zo­stały per­fek­cyj­nie wy­sty­li­zo­wane. Od­kąd prze­jął pro­wa­dze­nie in­te­re­sów na ber­liń­skich uli­cach oraz roz­wi­ja­jące się pręż­nie nie­le­galne walki, bar­dzo się zmie­nił. Jego ro­dzina od lat trudni się han­dlem nar­ko­ty­kami i le­kami, nie wspo­mi­na­jąc już o na­pa­dach, kra­dzie­żach i wy­mu­sze­niach. Głową klanu na­dal jest La­tif, jed­nak prę­dzej czy póź­niej odda cał­ko­witą wła­dzę w ręce syna. Kiedy do tego doj­dzie, oba­wiam się, że stracę go bez­pow­rot­nie. Już te­raz przy­po­mina zimną, za­pro­gra­mo­waną przez głowę klanu ma­szynę.

Po jego obu stro­nach stoją żoł­nie­rze. Są uzbro­jeni i w każ­dej chwili go­towi ode­przeć ewen­tu­alny atak. La­tif na­lega, by syn za­wsze miał przy so­bie ochronę, jed­nak w Ami­rze na­dal zo­stała odro­bina zbun­to­wa­nego chło­paka, któ­rego tak lu­bi­łam. By­wają chwile, kiedy czu­jemy się w swoim to­wa­rzy­stwie jak daw­niej, gdy mie­li­śmy po kil­ka­na­ście lat. Nie­stety co­raz czę­ściej wi­dzę w tym czło­wieku ko­goś zu­peł­nie in­nego. Jakby po­win­ność wo­bec ro­dziny po­woli wy­sy­sała z niego em­pa­tię i kształ­to­wała go na po­zba­wio­nego serca po­twora.

Kiedy na­sze spoj­rze­nia się krzy­żują, do­strze­gam sub­telny ruch ką­cika jego ust. Gdy za­czy­na­łam wal­czyć w klatce, prze­ko­ny­wał, że wcale nie mu­szę tego ro­bić, prze­cież on o mnie za­dba. Te­raz nie sły­szę już tych za­pew­nień. Wcho­dząc na ring, wiem, że Amir tego wła­śnie chce. Zgod­nie ze wska­za­niami ojca do­pil­no­wał, bym prze­szła szko­le­nie, aż sta­łam się bez­względną za­wod­niczką. Nie ma skru­pu­łów, by wy­ko­rzy­sty­wać moje umie­jęt­no­ści i to, że je­stem ko­bietą. Dla niego mój wy­gląd jest ide­al­nym ka­mu­fla­żem, a ja - bro­nią, za któ­rej spust może w każ­dej chwili po­cią­gnąć.

Wra­cam uwagą do ko­biety w ringu. Jest ode mnie niż­sza, ma więk­szą masę mię­śniową. Przy­pusz­czam, że jest sil­niej­sza, ale za to nie taka szybka i zwinna jak ja. Naj­le­piej za­ła­twić ją od razu albo cze­kać, aż się zmę­czy, i do­piero wtedy za­ata­ko­wać.

Slau­gh­ter mie­rzy mnie lo­do­wa­tym wzro­kiem. Ko­cham ten mo­ment, gdy spo­glą­dam głę­boko w oczy ry­walki, prze­bi­jam się do jej du­szy i od­naj­duję strach. Mimo że za­wsze pró­bują go ukryć. Mimo że zgry­wają twarde, nie­ustę­pliwe suki.

Wy­daje mi się, że ru­do­włosa ni­gdy nie wi­działa mnie w ak­cji. Moż­liwe, że do­tarły do niej po­gło­ski o mo­ich wy­stę­pach, ale co in­nego o czymś sły­szeć, a co in­nego to zo­ba­czyć. Oso­bi­ście za­wsze sta­ram się przyj­rzeć swoim prze­ciw­ni­kom, o ile zo­staję wcze­śniej po­wia­do­miona, z kim przyj­dzie mi się zmie­rzyć. Zwy­kle do­staję cynk, ale bywa, że do­piero wkra­cza­jąc do klatki, wi­dzę, kto w niej na mnie czeka.

Klub nocny Horns na­leży do klanu Sha­ri­fów i nie­rzadko jest miej­scem waż­nych spo­tkań. Al­ko­hol, nar­ko­tyki, dziwki i do­bra mu­zyka są ide­al­nym wa­bi­kiem. Wta­jem­ni­czeni znają na­to­miast drugą stronę lo­kalu. Pod­czas kiedy na par­kie­cie sza­leje upo­jony tłum, kilka me­trów ni­żej roz­grywa się uczta dla tych łak­ną­cych roz­lewu krwi.

Amir trzyma w gar­ści ten pod­ziemny świat. Czer­pie duże ko­rzy­ści z za­kła­dów, a raz w mie­siącu or­ga­ni­zuje walkę, która do­pusz­cza uży­cie broni, co czę­sto koń­czy się ostrą jatką, a na­wet śmier­cią. Sta­ram się za dużo o tym nie my­śleć. Gdy­bym ule­gła pre­sji su­mie­nia, nie prze­trwa­ła­bym w tym świe­cie ani se­kundy.

Sę­dzia daje sy­gnał do walki, po czym wy­cho­dzi z klatki i zo­sta­wia mnie sam na sam z na­rwaną dzi­ku­ską. Staję w roz­kroku, ugi­nam ko­lana, głowę cho­wam za gardą za­ci­śnię­tych pię­ści. Nad­garstki, kciuki i śród­rę­cza mam okle­jone spe­cjalną ta­śmą. Brak rę­ka­wic stwa­rza ry­zyko groź­nych ura­zów, czę­sto śmier­tel­nych, ale tu­taj wła­śnie o to cho­dzi. Wi­dzów nie kręcą tech­nika i kunszt, dużo bar­dziej pod­nie­cają ich try­ska­jąca krew, ła­miące się ko­ści i ucho­dzące z prze­gra­nych ży­cia.

Ta walka nie bę­dzie miała nic wspól­nego ze spor­tem. Punkty nie grają żad­nej roli. Masz za­dać ból, spra­wić, by prze­ciw­nik krwa­wił. Wi­dow­nia nie czeka na piękny po­kaz, tylko prze­peł­nioną ję­kami bólu ma­sa­krę.

Ruda nie grze­szy cier­pli­wo­ścią i rzuca się na mnie od razu po za­mknię­ciu klatki. Bez pro­blemu wy­ko­nuję pierw­szy unik. Je­stem sku­piona, a mój umysł czy­sty. Nie do­pusz­czam do sie­bie żad­nych bodź­ców, li­czy się wy­łącz­nie wy­grana. Wy­ci­szam krzyki i iry­tu­jące gwizdy. Zo­sta­jemy tylko ja i moja prze­ciw­niczka.

Ko­bieta na­ciera. Czuję bi­jące z niej de­ter­mi­na­cję i wście­kłość. Nie znam jej, ale mam wra­że­nie, że dzia­łam na nią jak czer­wona płachta na byka. Trzy­mam się de­fen­sywy, z ła­two­ścią prze­wi­duję ru­chy ry­walki. Je­stem pewna sie­bie i swo­ich umie­jęt­no­ści. Wiem, do czego dążę oraz czego mu­szę uni­kać, by wyjść z tego spo­tka­nia zwy­cię­sko. Tań­czę na ringu, czym zmu­szam ru­do­włosą do więk­szego wy­siłku. Niech się zmę­czy.

Slau­gh­ter nie od­pusz­cza i ata­kuje z im­pe­tem, jed­nak dzięki wy­ćwi­czo­nemu re­flek­sowi i gib­ko­ści nie ob­ry­wam ani razu. Z cza­sem ru­chy prze­ciw­niczki tracą na in­ten­syw­no­ści. Ciosy są spo­wol­nione, a twarz ko­biety ob­lewa pot. Walki w pod­zie­miach nie mają rund. Brak przerw po­trafi szybko wy­koń­czyć mniej wy­trzy­ma­łych. Tu­taj po pro­stu wcho­dzisz do klatki i na­pier­da­lasz tak długo, aż twój ry­wal pad­nie na glebę.

Pro­wo­kuję ru­do­włosą opusz­cze­niem ra­mie­nia, a kiedy ta chce mnie ude­rzyć w od­kryty bok, znów jej umy­kam. War­czy, zi­ry­to­wana moim za­cho­wa­niem, a ob­ser­wu­jący nas wi­dzo­wie za­czy­nają gło­śno bu­czeć. To dla mnie znak, by prze­stać się prze­ko­ma­rzać.

Ry­walka po­now­nie ata­kuje, tym ra­zem kop­nię­ciem z pół­ob­rotu skie­ro­wa­nym pro­sto w moją twarz. Płyn­nym, szyb­kim ru­chem schy­lam się i na­tych­miast pro­stuję tuż za jej ple­cami. Biorę za­mach, by - gdy tylko ko­bieta od­wróci się do mnie - ude­rzyć ją pię­ścią w po­li­czek, ale zo­staję za­blo­ko­wana. Nie spo­dzie­wa­łam się tego. Zdzira ma w so­bie nie­zmie­rzone po­kłady ener­gii, jed­nak tego star­cia nie wy­gra. Amir po­sta­wił na mnie sporą sumkę, wściek­nie się, je­śli to spar­tolę.

Zo­staję za­lana falą pa­da­ją­cych na moje przed­ra­miona cio­sów. Sta­wiam krok w tył i ko­rzy­sta­jąc z po­wsta­łego dy­stansu, ko­pię w od­sło­nięty brzuch prze­ciw­niczki, li­cząc, że tra­fię w wą­trobę. Slau­gh­ter traci rów­no­wagę, ale nie lą­duje na ma­cie.

Kiedy znowu na­ciera, de­cy­duję się na coś bar­dziej wi­do­wi­sko­wego. Ob­ra­cam się do niej ple­cami, co na pierw­szy rzut oka wy­gląda, jak­bym chciała uciec, ale mój plan jest inny. Z roz­biegu od­bi­jam się nogą od jed­nej ze ścian klatki i z pół­ob­rotu ko­pię rudą w oko­licę mostka. Pada z gło­śnym hu­kiem, a pu­blika do­ce­nia po­kaz grom­kimi bra­wami. Nie zwle­kam, sia­dam na za­wod­niczce okra­kiem i wy­mie­rzam ciosy w jej twarz. Suka unosi gwał­tow­nie bio­dra. Mimo wi­docz­nej utraty sił na­dal ma krzepę.

Wy­star­cza chwila za­wa­ha­nia, żeby prze­wró­ciła mnie na plecy i po­trak­to­wała pię­ściami. Czuję w ustach me­ta­licz­no­słodki smak, któ­remu to­wa­rzy­szy pie­kący ból.

Zbie­ram się w so­bie i blo­kuję ko­lejny cios, na­stęp­nie za­ci­skam ra­miona wo­kół szyi ry­walki i prze­rzu­cam ją na ło­patki. Ciężki tre­ning walki w par­te­rze nie po­szedł na marne.

Bły­ska­wicz­nie wsta­jemy i przy­bie­ramy po­zy­cję do dal­szego star­cia. Z nosa ru­dej ciek­nie krew, a lewe oko za­czyna puch­nąć, co utrud­nia jej wi­dze­nie. Bez wąt­pie­nia je­stem w lep­szym sta­nie niż ona, jed­nak nie mogę dłu­żej się ba­wić. Mu­szę ją za­ła­twić, za­nim po­peł­nię ja­kiś głupi błąd i ta szmata mnie do­pad­nie. Ma parę w ła­pach i gdyby do­brze wy­ce­lo­wała, to spo­tka­nie skoń­czy­łoby się moim no­kau­tem.

Slau­gh­ter po­ka­zuje mnie pię­ścią, po czym prze­suwa pal­cem po szyi. Wi­dow­nia ry­czy, żą­da­jąc roz­lewu krwi. Nie ma sprawy, my­ślę i cze­kam, aż ry­walka się do mnie zbliży. Kiedy to robi, le­wym sier­po­wym zbi­jam jej gardę, a kop­nię­ciem ude­rzam w szczękę.

Czer­wień try­ska z ust ko­biety, która pada bez­wład­nie na matę. Tłum wrzesz­czy, że­bym ją do­biła. Jesz­cze ni­gdy nie za­bi­łam i nie­ważne, jak bar­dzo za­do­wo­li­łoby to wi­dzów, nie po­su­wam się do tego i tym ra­zem. Pod­cho­dzę do pół­przy­tom­nej Slau­gh­ter i pa­trząc pro­sto w jej le­dwo uchy­lone oczy, wy­mie­rzam osta­teczny cios, czym cał­ko­wi­cie ją uniesz­ko­dli­wiam.

W pod­zie­miach nie ma le­ka­rza, a od­po­wie­dzial­ność za wal­czą­cych po­no­szą albo oni sami, albo ich opie­ku­no­wie.

Sę­dzia ogła­sza moje zwy­cię­stwo, a ja na mo­ment się wy­łą­czam. Chcę po pro­stu stąd wyjść, zrzu­cić z sie­bie za­krwa­wione ciu­chy i za­nu­rzyć się po sam czu­bek nosa w wan­nie peł­nej wody.

Po walce, gdy ad­re­na­lina opada, zwy­kle je­stem wy­czer­pana i po­trze­buję czasu na od­po­czy­nek. Za­li­czam ką­piel i opa­truję rany, a po­tem pa­dam na łóżko i śpię aż do po­łu­dnia. Nie opusz­czam miesz­ka­nia, z ni­kim nie roz­ma­wiam, na­wet z moją współ­lo­ka­torką, która orien­tuje się w sy­tu­acji bar­dziej, niż po­winna, i przy po­waż­niej­szych ura­zach składa mnie do kupy. Daję so­bie dwa dni, by na­ła­do­wać ba­te­rie. Póź­niej znów wkro­czę do ot­chłani jako ma­rio­netka Amira - po­słuszny kun­del do wy­ko­ny­wa­nia naj­gor­szych i nie­mo­ral­nych zle­ceń. Tak to już jest. Je­śli nie chcesz, by ber­liń­skie dia­bły cię za­rżnęły, mu­sisz do nich do­łą­czyć.

Znów mam ten sam kosz­mar. Za­czy­nam tra­cić na­dzieję, że to się kie­dy­kol­wiek skoń­czy. Bu­dzę się ze snu zdy­szana i mo­kra od potu. Przez chwilę leżę bez ru­chu z wa­lą­cym ser­cem, spa­ra­li­żo­wana stra­chem. Na­dal sły­szę trzask pę­ka­ją­cych de­sek, czuję swąd pa­lą­cego się ciała, wi­dzę po­że­ra­jący wszystko ogień. A póź­niej na­staje chaos. Z nieba spada śnieg. Lą­duje wprost na mo­jej twa­rzy. Zli­zuję z ust biały puch, po­nie­waż wiem, że po­może mi się znie­czu­lić. Jak przez mgłę wi­dzę mi­ja­jące mnie sa­mo­chody. Pisk opon jest ogłu­sza­jący. Huk, krzyk, wszystko wi­ruje. I w końcu na­staje ci­sza. Pier­do­lona mar­twa ci­sza.

Prze­cie­ram oczy i pró­buję się po­zbie­rać. Wstaję z łóżka i na mięk­kich no­gach pod­cho­dzę do ko­mody. Otwie­ram górną szu­fladę, prze­su­wam na bok bie­li­znę, po czym się­gam po pła­ską ka­setkę, w któ­rej ukry­łam swoje naj­więk­sze skarby. Wyj­muję z niej jego fo­to­gra­fię. Przez chwilę pa­trzę w błę­kitne oczy, a ob­razy w mo­jej gło­wie prze­la­tują cią­gle od nowa, nie da­jąc mi spo­koju.

Zda­niem Amira po­win­nam się od­ciąć i wy­ma­zać tamte zda­rze­nia z pa­mięci. Ale ja wcale tego nie chcę, pra­gnę pie­lę­gno­wać każdą se­kundę.

Na opusz­kach dwóch pal­ców skła­dam po­ca­łu­nek, na­stęp­nie do­ty­kam zdję­cia, by chwilę póź­niej znów je scho­wać.

Do­pro­wa­dzam się do po­rządku i idę na mia­sto za­ła­twić parę spraw dla klanu. Nie jest to szczyt mo­ich ma­rzeń, ale jak­kol­wiek na to pa­trzeć, nie mam wiel­kiego wy­boru. La­tif kreuje się na czło­wieka ho­noru, po­sia­da­ją­cego wła­sny kom­pas mo­ralny. Wy­pra­co­wał we­wnętrzny sys­tem wy­miaru spra­wie­dli­wo­ści dla człon­ków swo­jej wiel­kiej ro­dziny. Błędy są za­wsze ka­rane. W naj­lep­szym wy­padku do­sta­jesz po mor­dzie, w naj­gor­szym - zgi­niesz w mę­czar­niach i po­cią­gniesz za sobą wszyst­kich bli­skich.

Gdy za­war­łam zna­jo­mość z Ami­rem, nie mia­łam po­ję­cia, kim jest jego oj­ciec. W gor­szych chwi­lach za­czy­nam ża­ło­wać swo­ich na­sto­let­nich de­cy­zji, ale póź­niej przy­po­mi­nam so­bie wszyst­kie te do­bre mo­menty i po­zby­wam się roz­te­rek.

Ostat­nia walka nie na­le­żała do naj­trud­niej­szych, co nie ozna­cza, że wy­szłam z niej bez szwanku. Do­ku­czają mi drobne stłu­cze­nia i roz­cięta warga, ale na szczę­ście tego typu urazy szybko się goją. Do ty­go­dnia nie po­winno być po nich śladu. Ko­lejne star­cie do­piero w przy­szłym mie­siącu, więc mogę tro­chę ode­tchnąć. Boję się my­śleć, jak bym skoń­czyła, gdyby za­brano mi moż­li­wość udziału w wal­kach. Klatka jest dla mnie pew­nego ro­dzaju te­ra­pią. Wcho­dzę i daję upust wście­kło­ści. Po­peł­ni­łam w ży­ciu wiele błę­dów. Nie­które stały się mo­imi oso­bi­stymi kosz­ma­rami.

Wie­czo­rem za­my­kam się w swoim po­koju. Nie umiem się wy­ci­szyć. W po­nie­dzia­łek czeka mnie spo­tka­nie z Ami­rem. Czuję, że cze­goś ode mnie chce. Mam twardy ty­łek, ale to nie ozna­cza, że zniosę każdy cios. Przy­wal wy­star­cza­jąco mocno, a upadnę.

- Cas­sie, rusz się, za­bie­ram cię do klubu. - Do­cho­dzi mnie głos mo­jej współ­lo­ka­torki.

Rok star­sza niż ja Leni jest po­łożną i ubó­stwia swój za­wód. Mo­głaby go­dzi­nami ga­dać o tym, jak bar­dzo ko­cha pra­co­wać z ko­bie­tami, być po­wier­niczką i źró­dłem in­for­ma­cji pod­czas jed­nego z naj­waż­niej­szych wy­da­rzeń w ich ży­ciu. Przez jej nie­wia­ry­god­nie ob­ra­zowe opisy po­rodu śmiem wąt­pić, że kie­dy­kol­wiek ze­chcę zo­stać matką. Zresztą, co ja pier­dolę? Ja i dzieci to de­fi­ni­cja ab­surdu. Moja obecna sy­tu­acja jest to­tal­nie po­rą­bana i prę­dzej pod­cię­ła­bym so­bie żyły, niż spro­wa­dziła coś tak kru­chego i nie­win­nego na świat.

- Halo! Ży­jesz tam? - Leni puka do drzwi mo­jej sa­motni, więc nie­chęt­nie zwle­kam się z łóżka, by prze­krę­cić klu­czyk i wyjść na ko­ry­tarz.

- Mam inne plany - oświad­czam, opie­ra­jąc się o po­ma­lo­waną na se­le­dy­nowy ko­lor ścianę. Wy­bór Leni, nie mój.

- Niech zgadnę: za­ba­ry­ka­du­jesz się w po­koju i bę­dziesz nad sobą uża­lać aż do bia­łego rana. - Szcze­rzy bie­lu­sień­kie zęby, lu­stru­jąc mnie spoj­rze­niem od góry do dołu.

- Lep­sze to niż uga­nia­nie się za fa­ce­tami, po­budka w cu­dzym łóżku i kac gi­gant - kontr­uję.

- Oj tam, oj tam, już nie bądź taka święta.

- Nie je­stem - spro­sto­wuję sar­ka­stycz­nym to­nem.

- No to zbie­raj się wresz­cie, wci­śnij dup­sko w ja­kąś sek­sowną kieckę, zrób ma­ki­jaż i wy­pad z tej budy. Mam wolne do końca ty­go­dnia. Poza tym po­trze­bu­jemy tego.

- My? - py­tam z nie­do­wie­rza­niem.

- Wy­bacz bez­po­śred­niość, ale kiedy ostatni raz ktoś cię po­rząd­nie prze­le­ciał? - wy­pala, jed­nak ja za do­brze znam jej nie­wy­pa­rzony ję­zyk, by zro­biło to na mnie ja­kie­kol­wiek wra­że­nie.

- Mam cał­kiem sprawne ręce. - Na pod­kre­śle­nie tych słów uno­szę dłoń i po­ru­szam te­atral­nie pal­cami. - Je­śli nie wie­rzysz, mogę ci po­ka­zać parę sztu­czek. - Mru­gam do niej, opusz­cza­jąc ra­mię.

- Nie ze mną te nu­mery. - Gra twar­dzielkę, krzy­żuje ra­miona na piersi, ale wy­gląda przy tym jak roz­ka­pry­szona smar­kula. - Kto cię opa­truje, gdy przy­cho­dzisz po pół­nocy z po­obi­janą gębą?

- Ty - przy­znaję z gło­śnym wes­tchnie­niem.

- Kto trzyma gębę na kłódkę, choć po­wi­nien już dawno po­wia­do­mić gliny? - kon­ty­nu­uje nie­ubła­ga­nie.

- Ty, ale...

- Nie ma żad­nego "ale". Daję ci do­kład­nie go­dzinę na do­pro­wa­dze­nie się do po­rządku, póź­niej wy­cho­dzimy. Prze­stań przej­mo­wać się tym ro­bią­cym ci z ży­cia pie­kło dup­kiem i za­cznij my­śleć o so­bie! - pod­nosi głos, marsz­cząc ide­al­nie wy­kon­tu­ro­wane brwi.

Mil­czę, co pew­nie bie­rze za zgodę, bo kiwa głową i znika w ła­zience.

Ma tro­chę ra­cji. Amir nie jest tym męż­czy­zną, któ­rym był daw­niej. Ni­gdy nie po­sta­wiłby się ojcu i nie zhań­bił ho­noru ro­dziny. Kiedy La­tif wy­brał mu na­rze­czoną, na­wet przez chwilę nie pro­te­sto­wał. Wy­glą­dał wręcz na szczę­śli­wego, a za­py­tany o przy­szłą mał­żonkę mó­wił, że dzięki temu związ­kowi kon­flikt z kla­nem Ha­ri­rich wresz­cie zo­sta­nie za­że­gnany, a Sha­ri­fo­wie zy­skają moc­nego so­jusz­nika.

Pa­mię­tam, że kiedy go po­zna­łam, był wul­ka­nem ener­gii. Ma­rzył o ka­rie­rze ra­pera. Pra­gnął się od­ciąć od szem­ra­nych in­te­re­sów ro­dziny i sa­memu wy­brać drogę, po któ­rej bę­dzie kro­czył. Choć nie był moją pierw­szą wielką mi­ło­ścią, po­czu­łam do niego coś zna­czą­cego. Łu­dzi­łam się, że to wy­star­czy, ale czas zwe­ry­fi­ko­wał na­iwne ma­rze­nia i ude­rzył w nas bru­talną rze­czy­wi­sto­ścią.

Amir jest żo­naty od pra­wie dwóch lat. Wiem, że nie ko­cha Dża­mili i na­dal po­suwa inne ko­biety. Z roku na rok staje się co­raz zim­niej­szy. Chło­pak, któ­rego tak bar­dzo ce­ni­łam, znika bez­pow­rot­nie. Stra­ci­łam już jed­nego z nich, a nie­długo zo­stanę cał­kiem sama.

Może to do­bry po­mysł, żeby wyjść z miesz­ka­nia i dać się po­nieść w to­wa­rzy­stwie drin­ków i gło­śnej mu­zyki? Może wła­śnie tego te­raz po­trze­buję? Mam za dużo na gło­wie, a z tego, co twier­dzi Amir, wy­nika, że to do­piero po­czą­tek. Im­preza z oka­zji otwar­cia ho­telu, a ra­czej to, co się na niej wy­da­rzyło, była ist­nym sza­leń­stwem. Mie­li­śmy z Sha­ri­fem ob­ser­wo­wać Schwa­rza, wy­ba­dać sy­tu­ację i zo­ba­czyć, z kim mamy do czy­nie­nia. Nie spo­dzie­wa­łam się, że mi­liar­der ze­chce z nami roz­ma­wiać, a jed­nak za­mie­ni­li­śmy wię­cej niż jedno zda­nie, a póź­niej, na ta­ra­sie...

Uchy­lam okno, by wpu­ścić do po­koju świeże po­wie­trze. Coś w tym męż­czyź­nie nie­zwy­kle mnie in­try­guje. Ota­cza­jąca go aura ta­jem­ni­czo­ści zdaje się przy­cią­gać ni­czym silny ma­gnes. Pod­czas roz­mowy z nim od­nio­słam wra­że­nie, że każde słowo ma skru­pu­lat­nie prze­my­ślane. Gdy po­de­szłam do niego drugi raz, wi­dzia­łam oso­bliwy błysk w bursz­ty­no­wych oczach. Przy­po­mi­nał my­śli­wego czy­ha­ją­cego na ofiarę. A ja, jak na­iwna, cie­kaw­ska sa­renka, po­de­szłam mu pod samą lufę. Za­sta­na­wiam się, ile czasu mi­nie, za­nim strzeli mi w łeb.

Ścią­gam luźny dres i szpe­ram w sza­fie w po­szu­ki­wa­niu od­po­wied­niego ubra­nia. Wy­bie­ram krótką czarną su­kienkę z od­sło­nię­tymi ple­cami. Wy­glą­dam w niej sek­sow­nie, ale nie wy­zy­wa­jąco. Lu­bię po­ka­zy­wać nogi, na­wet wtedy, gdy po­kry­wają je si­niaki.

W ła­zience ro­bię szybki ma­ki­jaż, za­bie­ram naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy i ra­zem z Leni wy­cho­dzimy się za­ba­wić.

Kiedy przy­ja­ciółka mó­wiła o pój­ściu do klubu, są­dzi­łam, że wy­bie­rze któ­rąś z na­szych sta­łych miej­scó­wek. Lo­kal, któ­rego próg wła­śnie prze­kro­czy­ły­śmy, nie na­leży do Sha­ri­fów, więc moje zmy­sły au­to­ma­tycz­nie się wy­ostrzają.

Wej­ście jest ob­sta­wione przez dwóch bar­czy­stych ochro­nia­rzy. Trudno stwier­dzić, ja­kie mają kry­te­ria se­lek­cji, po­nie­waż osoby przez nich od­rzu­cane cał­ko­wi­cie się od sie­bie róż­nią. Kiedy nad­cho­dzi moja i Leni ko­lej, ogo­leni na łyso bo­dy­gu­ar­dzi ska­nują nas ukry­tym za ciem­nymi oku­la­rami wzro­kiem, po czym ski­nie­niem głów dają znać, że­by­śmy we­szły do środka.

- Miał ra­cję - oznaj­mia przy­ja­ciółka, a ja się za­sta­na­wiam, kogo ma na my­śli i o co tak wła­ści­wie cho­dzi.

W szatni ścią­gam skó­rzaną kurtkę, na­stęp­nie pa­trzę wni­kli­wie na ni­ską blon­dynkę i cze­kam na wy­ja­śnie­nie jej stwier­dze­nia.

- Wczo­raj, pod­czas drogi po­wrot­nej do domu, po­zna­łam faj­nego ko­le­sia - za­czyna, gdy od­daje płaszcz szat­nia­rzowi. - Je­cha­li­śmy ra­zem me­trem, a póź­niej ja­koś tak wy­szło, że da­łam się mu za­pro­sić na kawę. Opo­wie­dział mi o no­wym za­je­bi­stym klu­bie i za­py­tał, czy chcę ob­czaić tę miej­scówkę. Zgo­dzi­łam się, bo zro­bił na mnie se­rio do­bre wra­że­nie. Po­wie­dział, że nie bę­dziemy miały pro­blemu z wej­ściem.

- Leni - wy­ma­wiam jej imię, jakby było ostrze­że­niem - skąd wie­dział, że przyj­dziesz ze mną?

- Wiesz, jak to jest. - Za­czyna ge­sty­ku­lo­wać, co wska­zuje na jej zde­ner­wo­wa­nie. - On zdra­dził mi tro­chę o so­bie, ja się od­wdzię­czy­łam. Od słowa do słowa te­mat zszedł na­gle na cie­bie. Nie prze­pa­dam za cho­dze­niem po mie­ście sa­mej, a ile już razy mi po­wta­rza­łaś, że je­śli pla­nuję się z kimś umó­wić, mu­szę tego go­ścia spraw­dzić? Ja nie je­stem tak spo­strze­gaw­cza jak ty. Przed­sta­wię was so­bie, a przy oka­zji się za­ba­wimy. Świet­nie, nie?

- Try­skam szczę­ściem - mó­wię po­zba­wio­nym emo­cji gło­sem.

Za­wsze je­stem nad wy­raz ostrożna, szcze­gól­nie je­śli cho­dzi o nowe zna­jo­mo­ści. Ży­cie na­uczyło mnie, by wszę­dzie szu­kać pod­stępu.

Po­now­nie sku­piam uwagę na przy­ja­ciółce, ale do­ciera do mnie je­dy­nie ostatni frag­ment tego, co mówi:

- ...więc stwier­dzi­łam, że co nam szko­dzi. Przy­je­dziemy, spraw­dzimy, a jak nie bę­dzie nam się po­do­bać, opu­ścimy lo­kal.

- Chodźmy już. - Igno­ruję nie­przy­jemne uczu­cie w żo­łądku i ru­szam w stronę wy­ście­ła­nych ak­sa­mi­tem drzwi.

Dud­niąca za nimi mu­zyka jest inna niż ta, do któ­rej przy­wy­kłam w klu­bach noc­nych. Ostra, dra­pieżna, po­cią­ga­jąca. Wkra­czamy na główną salę. Za­cho­wuję czuj­ność, uważ­nie omia­tam wzro­kiem po­miesz­cze­nie. Wzdłuż ścian ulo­ko­wane są dwa bary, przy któ­rych im­pre­zo­wi­cze za­ma­wiają drinki. W głębi wi­dzę po­de­sty z klat­kami, we­wnątrz nich wije się kilka po­nęt­nych ko­bie­cych i mę­skich ciał. La­se­rowe świa­tła zmie­niają ko­lor w mo­men­cie moc­niej­szych ak­cen­tów mu­zycz­nych. Cały klub zdaje się pul­so­wać, jakby był ży­wym or­ga­ni­zmem.

- On tu jest? - py­tam Leni, gdy to­ru­jemy so­bie przej­ście przez tań­czący tłum.

- Po­wie­dział, że bę­dzie na mnie cze­kał przy ba­rze. Je­śli się nie znaj­dziemy, mam do niego na­pi­sać albo za­dzwo­nić.

- Da­łaś ob­cemu fa­ce­towi swój nu­mer? - nie­do­wie­rzam, choć prze­cież to dla niej ty­powe.

- A jak ina­czej miałby się ze mną skon­tak­to­wać? - Rzuca mi krót­kie, ale wy­mowne spoj­rze­nie; naj­wy­raź­niej nie wi­dzi w swoim za­cho­wa­niu ni­czego od­bie­ga­ją­cego od normy.

- Wiesz, do kogo na­leży ten klub? - drążę, gdy do­cie­ramy do pod­świe­tlo­nej czer­wo­nym świa­tłem lady.

Przy­ja­ciółka wzru­sza ra­mio­nami, a kiedy pod­cho­dzi do nas ubrany w białą ko­szulę i czarną muszkę bar­man, za­ma­wia dwa piwa.

- Amir nie bę­dzie za­chwy­cony, że szla­jam się po ob­cych...

- Chrza­nić go! - nie daje mi do­koń­czyć zda­nia i przy­biera bo­jową po­stawę. - Trak­tuje cię jak chłopca na po­syłki. Je­steś na każde jego ski­nie­nie.

Mil­czę, po­nie­waż nie mogę so­bie po­zwo­lić na roz­ma­wia­nie o Sha­ri­fie w miej­scu pu­blicz­nym. Wcale nie po­win­nam o nim ga­dać, ale gdy­bym trzy­mała się twardo tej za­sady, już dawno po­stra­da­ła­bym zmy­sły. Spo­śród mo­ich zna­jo­mych Leni jest je­dyną osobą spoza pół­światka. Za­nim za­miesz­ka­łam z nią pod jed­nym da­chem, upew­ni­łam się, że ko­bieta nie ma nic wspól­nego z gli­nia­rzami. Od lat sie­dzę w ba­gnie ze świa­do­mo­ścią tego, że wy­star­czy je­den nie­roz­sądny ruch, bym zo­stała wcią­gnięta.

Opróż­niam ku­fel, a Leni pi­sze do fa­ceta, któ­rego imię wy­le­ciało mi z głowy se­kundę po tym, jak je usły­sza­łam. Nie mija dużo czasu, gdy męż­czy­zna do nas do­łą­cza. Blon­dynka przed­sta­wia nas so­bie i za­czy­namy luźną gadkę. Umie­jęt­nie wpla­tam w roz­mowę py­ta­nia, dzięki któ­rym mo­gła­bym uspo­koić nerwy. Bez po­śpie­chu wy­cią­gam, skąd po­cho­dzi nowy obiekt po­żą­da­nia mo­jej przy­ja­ciółki, w ja­kim to­wa­rzy­stwie się ob­raca i co lubi.

Za­zwy­czaj po­tra­fię roz­po­znać kłam­stwo, jed­nak nie je­stem nie­omylna i zdaję so­bie sprawę, że mnie rów­nież może coś umknąć.

Po wy­pi­ciu dru­giego piwa daję się na­mó­wić Leni na ta­niec. Z po­czątku je­stem spięta i nie umiem wy­łą­czyć my­śli, ale dwie pio­senki póź­niej od­pusz­czam i wresz­cie za­czy­nam się do­brze ba­wić. Mocne brzmie­nia al­ter­na­tyw­nego me­talu wpro­wa­dzają mnie w oso­bliwy stan nie­waż­ko­ści. Mrużę oczy i daję się po­nieść. For­sa­ken Da­vida Dra­imana zdaje się prze­ni­kać wprost do mo­ich żył. Pły­nie ra­zem z krwią, aż opa­no­wuje każdą ko­mórkę ciała.

Uno­szę ręce, za­ha­czam nimi o roz­pusz­czone włosy. Ko­ły­szę bio­drami i cie­szę się tą chwilą za­po­mnie­nia.

Pod­czas na­stęp­nego utworu wspo­mnie­nia oży­wają. Nie prze­staję tań­czyć, wsłu­chu­jąc się w słowa pio­senki. Znam ten ka­wa­łek na pa­mięć, mimo że ostatni raz pusz­cza­łam go lata temu. Tor­tu­ruję się ob­ra­zami z prze­szło­ści. After Dark Mr.Kitty dudni mi w uszach, od­bija echem od ścian mo­jego umy­słu, by osta­tecz­nie do­trzeć pro­sto do serca.

My­śli ko­tłują się w gło­wie, nie mo­gąc dojść do po­ro­zu­mie­nia. Czyżby DJ ce­lowo się nade mną pa­stwił? Wie, przez co prze­szłam i z kim ko­ja­rzy mi się ta prze­klęta pio­senka?

Za­ci­skam zęby z taką mocą, że za­czyna mi drżeć szczęka. Da­lej się ka­tuję, prze­cież na to za­słu­ży­łam. Wi­dzę jego błę­kitne oczy. Na końcu ję­zyka mam słowa, któ­rych ni­gdy nie wy­po­wie­dzia­łam. Te, któ­rych on już ni­gdy nie usły­szy.

Czuję, jak po po­licz­kach spły­wają mi łzy. Wście­kam się, po­nie­waż nie­zwy­kle rzadko oka­zuję emo­cje. Ale ta jedna pio­senka...

Tłu­ma­czę so­bie, że to zwy­czajny przy­pa­dek, nic nie­zna­czący zbieg oko­licz­no­ści. Nikt tu­taj nie wie o tym chło­paku. Nikt nie ma po­ję­cia, co się wtedy wy­da­rzyło i jak bar­dzo mnie to zła­mało.

Po­spiesz­nie wy­cie­ram słone strużki z twa­rzy, sta­ra­jąc się zro­bić to tak, by tań­cząca obok Leni ni­czego nie za­uwa­żyła. Trzy­mam się do­brej my­śli, że wo­do­od­porny tusz nie spły­nął mi z rzęs i nie zo­sta­wił wi­docz­nych śla­dów mo­jej chwi­lo­wej sła­bo­ści. Mam ochotę na­pić się cze­goś moc­niej­szego i wiem, że je­śli błę­kit jego tę­czó­wek nie znik­nie wkrótce z mo­jej głowy, będę za­le­wać go al­ko­ho­lem, do­póki nie prze­sta­nie bo­leć.

Na szczę­ście czasy wcią­ga­nia koksu z de­ski klo­ze­to­wej są już za mną i choć cho­ler­nie mnie kusi, by się­gnąć po jedną z to­re­be­czek Sha­rifa, wy­sy­pać biały pro­szek i ko­rzy­sta­jąc z karty kre­dy­to­wej, ufor­mo­wać dwie grube kre­ski, nie ro­bię tego.

On nie­na­wi­dził nar­ko­ty­ków. Gdyby wie­dział, kim się sta­łam, splu­nąłby mi pro­sto w twarz. Ale ja nie mo­głam się oprzeć. By­łam taka słaba i pew­nie gdyby nie Amir, skoń­czy­ła­bym za­ćpana w ja­kimś ro­wie.

Utwór się koń­czy, a ja cią­gle je­stem ro­ze­dr­gana. Jedna część mnie pra­gnie po­gnać do baru i wy­chlać całą flaszkę czy­stej, druga - ta roz­sąd­niej­sza - każe mi wyjść z klubu, za­wieźć ty­łek do miesz­ka­nia i wy­ła­do­wać całą fru­stra­cję na worku bok­ser­skim za­wie­szo­nym w moim po­koju.

Prze­cze­suję mo­kre od potu włosy. Otwie­ram sze­rzej oczy i wi­dzę, jak do Leni pod­cho­dzi sza­tyn, przez któ­rego się tu­taj dzi­siaj zna­la­zły­śmy. Mówi coś do niej, ale gło­śna mu­zyka za­głu­sza słowa i nic do mnie nie do­ciera. Co­kol­wiek to było, roz­śmie­sza przy­ja­ciółkę. Dziew­czyna ob­raca się przo­dem do męż­czy­zny, za­rzuca mu ręce na szyję i za­czyna z nim tań­czyć.

Jest do­ro­sła i praw­do­po­dob­nie wie, co robi, ale mimo to bar­dzo się o nią mar­twię. Jako je­dy­naczka ni­gdy nie mia­łam ro­dzeń­stwa, któ­rym mo­gła­bym się za­opie­ko­wać. Leni jest dla mnie jak sio­stra. Dużo jej za­wdzię­czam. Nie wy­ba­czy­ła­bym so­bie, gdyby tę ko­bietę spo­tkało coś złego. Sta­ram się ją chro­nić przed ciemną stroną mo­jego ży­cia, jed­nak nie za­wsze jest to moż­liwe. Wbrew za­pew­nie­niom przy­ja­ciółki, że ze wszyst­kim so­bie po­ra­dzi, czę­sto czuję strach i wy­rzuty su­mie­nia. Beze mnie by­łoby jej ła­twiej.

Tań­czę jesz­cze przez chwilę, ob­ser­wu­jąc sza­tyna. Wy­daje się w po­rządku. Nie jest na­chalny, nie ob­ła­pia Leni przy każ­dej moż­li­wej oka­zji. Ży­czę przy­ja­ciółce jak naj­le­piej. Mam rów­nież świa­do­mość, że zło czai się prak­tycz­nie wszę­dzie. Na po­zór nie­winna osoba może się oka­zać se­ryj­nym mor­dercą. Przy­stojny i kul­tu­ralny fa­cet - zwy­rod­nia­łym gwał­ci­cie­lem. A śliczna nie­po­zorna dziew­czyna - byłą ćpunką, di­lerką i wal­czącą w klatce be­stią.

- Leni, ko­cha­nie! - Trójka wy­pin­dżo­nych la­sek ota­cza moją przy­ja­ciółkę.

Ko­biety za­czy­nają ga­dać jak na­jęte, po czym cią­gną blon­dynkę i jej part­nera w stronę baru. Mu­szę przy­znać, że ich na­głe po­ja­wie­nie się jest mi na rękę. At­mos­fera tego miej­sca wpływa na mnie w bar­dzo oso­bliwy spo­sób i nie wiem, jak prze­trwa­ła­bym tu­taj kilka ko­lej­nych go­dzin.

Leni ma­cha do mnie, ski­nie­niem głowy ko­mu­ni­ku­jąc, bym do nich do­łą­czyła. Ro­bię do­brą minę do złej gry i speł­niam prośbę. Wi­tam się, ale nie po­daję imie­nia. Za to szybko wy­cho­dzi, że przy­była ekipa uczęsz­czała do tej sa­mej szkoły co moja przy­ja­ciółka. Jak same przy­znały, znają się od wie­ków i swego czasu ostro ra­zem im­pre­zo­wały.

Dwie ko­lejki sho­tów póź­niej męż­czy­zna, z któ­rym tu je­ste­śmy, idzie na ze­wnątrz, by za­pa­lić, a dziew­czyny udają się do ubi­ka­cji. Ści­skam ra­mię Leni i pro­szę, by zo­stała ze mną, po­nie­waż mu­szę za­mie­nić z nią dwa zda­nia.

- Bę­dziesz zła, je­śli wyjdę wcze­śniej? - py­tam, gdy je­ste­śmy już same.

- Źle się czu­jesz? - W jej gło­sie sły­chać nie­po­kój. - Mó­wi­łaś, że nie obe­rwa­łaś mocno. Wie­dzia­łam, że po­win­nam cię obej­rzeć, za­nim...

- Nic mi nie jest - wtrą­cam i uśmie­chem pró­buję po­de­przeć to stwier­dze­nie. - Będę wam tylko za­wa­dzać. Poza tym chyba prze­ce­ni­łam siły. Oczy same mi się za­my­kają. Nie zo­sta­wi­ła­bym cię tylko w to­wa­rzy­stwie ja­kie­goś ob­cego typa, ale...

- On ma na imię Alex i jest se­rio spoko.

- Le­piej dla niego, żeby taki wła­śnie był, w prze­ciw­nym ra­zie obe­tnę mu jaja - mó­wię śmier­tel­nie po­waż­nym to­nem.

Leni pod­su­mo­wuje moją re­ak­cję prze­wró­ce­niem oczu. Cza­sami wy­daje się taka na­iwna. Ale może to dla­tego, że nie prze­szła przez to, co ja. I do­brze. Nie za­słu­żyła na po­dobne gówno.

- Dasz so­bie radę? - Pa­trzę na nią bacz­nie.

- Obie­cuję, że będę grzeczna i nie wsko­czę dziś Ale­xowi do łóżka... Ale nie mogę ci przy­siąc, że to nie wy­da­rzy się w póź­niej­szym cza­sie.

- Co ja z tobą mam. - Roz­ma­so­wuję spiętą szyję i pro­stuję plecy.

- Nie­po­trzeb­nie cię tu­taj wy­cią­ga­łam, co? Na­prawdę wy­glą­dasz na zmę­czoną - po­waż­nieje.

- Jakby coś było nie tak, dzwoń, okej? Włą­czę dźwięk w ko­mórce.

- Nie pa­ni­kuj tak. Za­nim cię po­zna­łam, pa­łę­ta­łam się po Ber­li­nie sa­miu­sieńka i ni­gdy nic złego mnie nie spo­tkało.

- Ale te­raz mnie znasz i wła­śnie dla­tego mu­sisz uwa­żać na sie­bie jesz­cze bar­dziej - mó­wię szcze­rze.

- Bę­dziemy w kon­tak­cie. Spły­waj już. Wy­ślę ci wia­do­mość, kiedy wyj­dziemy z klubu.

Przy­ta­kuję, daję jej ca­łusa w po­li­czek i opusz­czam lo­kal.

Wra­cam me­trem. Przy ulicy, na któ­rej znaj­duje się mój blok, zo­staję za­cze­piona przez ja­kie­goś bez­dom­nego. Mam wra­że­nie, że los się dziś na mnie uwziął. Ze ści­śnię­tym do bólu żo­łąd­kiem daję nie­zna­jo­memu dwa bank­noty i szyb­kim kro­kiem wpa­ro­wuję na klatkę scho­dową. Wbie­gam na trze­cie pię­tro, ze zło­ścią ścią­gam z sie­bie ciu­chy i biorę go­rący prysz­nic, by kilka mi­nut póź­niej znów się spo­cić, ude­rza­jąc w bok­ser­ski wo­rek.

1 Slau­gh­ter (z ang.) - rzeź­nik

Rozdział 3

Seth

Dec­ker spi­sał się na me­dal. Przy­wlókł do klubu nie tylko Leni Brach, ale także mój cel. Cie­kawe, czy Amir wie, gdzie ak­tu­al­nie jest jego pod­opieczna. Jak bar­dzo byłby roz­cza­ro­wany, gdy­bym po­de­słał mu kilka zdjęć Cass tań­czą­cej w moim lo­kalu?

Opie­ram się o ba­rierkę, w ręce trzy­mam szklankę z bur­szty­no­wym pły­nem. Upi­jam łyk i roz­ko­szuję się in­ten­syw­nym aro­ma­tem szkoc­kiej whi­sky.

Stoję na an­tre­soli, gdzie zwy­czajni go­ście nie mają wstępu. Mam stąd ide­alny wi­dok na główną część lo­kalu. Ob­ser­wuję sie­dzące przy ba­rze ko­biety, cze­ka­jąc na od­po­wiedni mo­ment, by wy­ko­nać ko­lejny ruch. Cas­sie wy­gląda nie­sa­mo­wi­cie sek­sow­nie. Nic dziw­nego, że przy­ciąga wzrok więk­szo­ści fa­ce­tów, a na­wet kilku ko­biet. Sie­dzi obok swo­jej współ­lo­ka­torki i po­woli są­czy piwo. Mój czło­wiek po­ja­wia się nie­długo po­tem. Jest dys­kretny, lo­jalny i do­bry w swoim fa­chu. Po­trafi okrę­cić so­bie ofiarę wo­kół palca w za­le­d­wie kilka go­dzin.

Roz­ma­wiają w trójkę. Dzięki pod­słu­chowi, który ma przy so­bie Elias, śle­dzę prze­bieg ich kon­wer­sa­cji. Mu­zyka jest gło­śna, ale nie mu­szę znać każ­dego słowa, by wy­su­nąć od­po­wied­nie wnio­ski. Wy­star­czy mi kon­tekst.

Cass za­lewa Dec­kera py­ta­niami. Jest czujna i po­dejrz­liwa, jed­nak wąt­pię, by się do­my­śliła prawdy. Amir ra­czej nie po­dzie­lił się z nią po­dej­rze­niami, o ile rze­czy­wi­ście do­strzegł moją bli­znę i po­łą­czył ją ze swoim daw­nym przy­ja­cie­lem. Młody Sha­rif nie po­stę­puje po­chop­nie. Poza tym nie może so­bie po­zwo­lić na sa­mo­wolkę. Jest wy­łącz­nie ma­rio­netką w rę­kach ta­tu­sia. Póki La­tif nie za­twier­dzi jego dzia­łań, bę­dzie miał zwią­zane ręce. Już nie­długo wy­bie­rze je­den z na­pi­sa­nych przeze mnie sce­na­riu­szy. Py­ta­nie który.

Ko­biety wstają i do­łą­czają do tań­czą­cego tłumu. Dzięki ostrej se­lek­cji w lo­kalu nie jest cia­sno. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach Cass nie zo­sta­łaby wpusz­czona. Ma zbyt duże po­wią­za­nia z kla­nem. Mia­łem kilka dni, by się do­wie­dzieć o niej cze­goś przy­dat­nego. In­for­ma­cje, na które tra­fi­łem, ani tro­chę mi się nie spodo­bały. Spo­dzie­wa­łem się po niej cze­goś wię­cej.

Usy­tu­owany na­prze­ciwko DJ zerka w moim kie­runku z każdą koń­czącą się pio­senką. Wcze­śniej zo­stał po­wia­do­miony, że kiedy uniosę rękę, ma pu­ścić wy­brany przeze mnie utwór. Stra­te­gia ma­łych kro­ków jest znacz­nie bar­dziej po­cią­ga­jąca niż gło­śne jed­no­ra­zowe pier­dol­nię­cie. Chcę się upa­jać po­wol­nym cier­pie­niem Sha­ri­fów. Będę wo­kół nich krą­żył, za­da­wał ty­siące cięć, a kiedy wresz­cie znu­dzi mnie ich mę­czar­nia, wy­ko­nam osta­teczne pchnię­cie i po­ślę klan do pia­chu.

Cass za­czyna tań­czyć. Przy­glą­dam się jej ru­chom, upi­ja­jąc mały łyk whi­sky. Moje dawne "ja" pra­gnie dojść do głosu, prze­jąć kon­trolę nad cia­łem i po­biec do tej ko­biety, wy­ja­wić jej wszyst­kie se­krety. Na­iwny, słaby gno­jek. Na­wet po tylu od­nie­sio­nych ra­nach nie prze­stał ży­wić na­dziei. Dla­tego go za­bi­łem. A przy­naj­mniej pró­bo­wa­łem. Je­stem aż za­nadto świa­domy, że cząstka Vik­tora na­dal się chowa w za­ka­marku mo­jej pod­świa­do­mo­ści.

Od­sta­wiam pu­sty krysz­tał na sto­lik. Koń­cem ję­zyka zwil­żam wargi i z pre­me­dy­ta­cją uno­szę prawą rękę, by chwilę póź­niej usły­szeć zna­jome nuty After Dark.

Uśmie­cham się bez­wied­nie, gdy wi­dzę, jak Cass nie­ru­cho­mieje na kilka se­kund. Jest zbyt da­leko, bym zdo­łał do­strzec wy­raz jej twa­rzy. Mogę go so­bie je­dy­nie wy­obra­zić, ale to za mało.

Po­cie­ram kciu­kiem miej­sce, gdzie roz­ża­rzony pa­pie­ros zo­sta­wił ślad. Już dawno prze­sta­łem się za­sta­na­wiać, co by było gdyby... Ta droga pro­wa­dziła do­ni­kąd i nie przy­nio­słaby mi żad­nych ko­rzy­ści. Ze­msta jest dużo bar­dziej po­cią­ga­jąca.

Wo­dzę spoj­rze­niem za bru­netką. Siada przy ba­rze, w to­wa­rzy­stwie Brach, Dec­kera i trzech nowo przy­by­łych dziew­czyn. Nie­długo po­tem opusz­cza lo­kal, a ja ku­rew­sko ża­łuję, że nie mogę po­je­chać za nią i za­trzy­mać się w miej­scu, gdzie za­pła­ci­łem bez­dom­nemu, by za­ło­żył oku­lary z pęk­niętą so­czewką oraz czarną bluzę z sze­ro­kim kap­tu­rem. A po­tem przy­glą­dać się re­ak­cji ko­biety, gdy zo­sta­nie przez niego za­cze­piona. Wresz­cie zo­ba­czy, jak to jest, kiedy ktoś igra z tobą i two­imi uczu­ciami.

Noc mija szybko. Bu­dzę się punk­tu­al­nie o dzie­wią­tej, a go­dzinę póź­niej wy­cho­dzę po­bie­gać. Jest zbyt spo­koj­nie. Wiem, że to ci­sza przed bu­rzą. Czarne chmury nie­długo przy­sło­nią słońce i po­czę­stują nas żrą­cym desz­czem. Moż­liwe, że nie prze­trwam tej rzezi, jed­nak to nie jest istotne. Naj­waż­niej­sze, że do­stanę swoją ze­mstę.

Bie­gnąc, tracę po­czu­cie czasu. Nie in­te­re­suje mnie po­ko­na­nie dzie­się­ciu czy trzy­dzie­stu ki­lo­me­trów. Ni­gdy nie cho­dzi o kon­kretny dy­stans. Po pro­stu wy­cho­dzę na świeże po­wie­trze i prze­mie­rzam metr za me­trem tak długo, jak chcę.

Od­kąd po­now­nie po­ja­wi­łem się w Ber­li­nie, za­wsze mam przy so­bie broń. Mu­szę być przy­go­to­wany na każdą moż­li­wość. W ka­bu­rze przy pa­sie tkwi glock. Nie­ustanne no­sze­nie pi­sto­letu nie jest wy­godne, ale pod­nosi po­ziom bez­pie­czeń­stwa, więc idę na ten kom­pro­mis. Ciężko tre­no­wa­łem, by w ra­zie po­trzeby móc wy­ka­ra­skać się z kło­po­tów.

La­tif jest by­stry. Trzyma syna na krót­kiej smy­czy i nie po­zwoli so­bie na głu­pie błędy. Bę­dzie dzia­łał ostroż­nie. Moi lu­dzie po­wia­do­mili mnie, że już za­czął ko­pać. Nada­rem­nie szuka in­for­ma­cji na mój te­mat. Znaj­dzie tylko to, co chcę, żeby zna­lazł, i do­kład­nie wtedy, kiedy bę­dzie mi to na rękę.

Zer­kam na za­pięty wo­kół nad­garstka smar­twatch. Za nie­spełna dwie go­dziny mam się spo­tkać z Fin­nem, człon­kiem Red Jac­kals. Znie­na­wi­dzony przez Sha­ri­fów gang mo­to­cy­klowy jest jed­nym z sil­niej­szych pion­ków na roz­ło­żo­nej przeze mnie sza­chow­nicy. Sza­kale są wro­gami mo­jego wroga, jed­nak nie za­kła­dam, że z tego po­wodu wi­dzą we mnie przy­ja­ciela. Ni­komu nie ufam w stu pro­cen­tach. Na­wet naj­bliż­sza osoba może pew­nego dnia wbić mi nóż w plecy.

Horst, przy­wódca Red Jac­kals, nie po­trze­bo­wał dużo czasu, by po­łą­czyć fakty i do­strzec oka­zję do za­ro­bie­nia forsy. Dwa dni po tym, jak po­ja­wi­łem się w mie­ście, za­czął pod­jeż­dżać pod mój apar­ta­ment z całą zgrają mo­to­cy­kli­stów. Gło­śnym ry­kiem sil­ni­ków da­wał mi znać o swo­jej obec­no­ści, na­stęp­nie zni­kał. Ro­bił to tak długo, aż nie prze­kro­czy­łem progu na­le­żą­cego do niego baru i nie za­pro­po­no­wa­łem współ­pracy.

Sza­kale są pie­przo­nymi ra­si­stami. Do swo­ich sze­re­gów przyj­mują wy­łącz­nie bia­łych. Nie było ła­two zdo­być ich za­ufa­nie. Włą­cze­nie no­wego kan­dy­data od­bywa się tylko za po­le­ce­niem członka gangu. Osoby, które kie­dy­kol­wiek miały kon­takt ze służ­bami bez­pie­czeń­stwa, nie są ak­cep­to­wane. No­wi­cjusz prze­cho­dzi próbny okres, pod­czas któ­rego jest ob­ser­wo­wany. Do­piero gdy grupa uzna, że na to za­słu­żył, przy­znaje mu prawo no­sze­nia na­szywki gangu i zna­kuje go ta­tu­ażem - dwiema ósem­kami.

Finn działa w Red Jac­kals od pra­wie dwu­dzie­stu lat, ale tak na­prawdę ko­leś na­leży do mnie i wy­star­czyłby je­den roz­kaz, by roz­wa­lił pre­zy­den­towi Sza­kali łeb. Mię­dzy in­nymi dzięki niemu mo­to­cy­kli­ści wzięli pro­po­zy­cję Vik­tora sprzed pół de­kady na po­waż­nie. Gdyby nie ten fa­cet, cały mój plan po­szedłby się wtedy je­bać.

Pot spływa mi po skro­niach, więc wy­cie­ram go przed­ra­mie­niem. Ani na mo­ment się nie za­trzy­muję. Nad­miar ener­gii mógłby mnie po­pchnąć w nie­cie­kawe strony, a tego wo­lał­bym unik­nąć.

Wy­prze­dzam spa­ce­ru­ją­cych lu­dzi. Z po­wodu do­brej po­gody jest cał­kiem tłoczno. Bie­gnę wzdłuż wody, a póź­niej wkra­czam na Re­ichen­ber­ger Strasse i kie­ruję się ku Gör­lit­zer Park.

Gdy w mo­ich my­ślach po­ja­wia się twarz Cass, przy­spie­szam i za­ci­skam dło­nie w pię­ści. Mu­szę się wy­zbyć sła­bo­ści. Uci­szyć Vik­tora raz na za­wsze i na do­bre wejść w rolę Se­tha. Nie je­stem dłu­żej na­iw­nym na­sto­lat­kiem trzy­ma­ją­cym ję­zyk za zę­bami i od­zy­wa­ją­cym się tylko wtedy, gdy ktoś go o coś za­pyta. Mam głos i je­śli ze­chcę, będę krzy­czał, aż mój wrzask po­roz­rywa in­nym bę­benki.

Mię­śnie pieką z wy­siłku. Czuję, że moje ciało ma już dość, więc zwal­niam i prze­cho­dzę do spa­ceru. Za­sy­cha mi w gar­dle. Za­trzy­muję się przy wy­so­kim, za­pusz­czo­nym bloku, wy­cią­gam z ple­caka bu­telkę wody i biorę kilka ły­ków. Opie­ram się o ozdo­biony graf­fiti mur. Ła­pię od­dech, lu­stru­jąc oko­licę czuj­nym wzro­kiem.

Przy prze­peł­nio­nym ko­szu na śmieci ciem­no­skóry na­sto­la­tek po­daje ja­kiejś dziew­czy­nie paczkę z bia­łym prosz­kiem, jed­no­cze­śnie od­biera od blon­dyny forsę. Kilka me­trów da­lej par­kuje czarny mer­ce­des, z któ­rego wy­siada grupa męż­czyzn. Ich po­stawa ja­sno daje do zro­zu­mie­nia, że z nimi się nie za­dziera. Wy­mie­niają po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia, na­stęp­nie wcho­dzą do nowo otwar­tego pubu. Od­li­czam do dzie­się­ciu, za­nim sły­szę do­bie­ga­jący z lo­kalu trzask.

Nie ru­szam się z miej­sca. To nie moja sprawa, że wła­ści­ciel knajpy nie zna tu­tej­szych re­guł, które ewi­dent­nie wła­śnie zo­stają mu przed­sta­wione. Sha­ri­fo­wie mają się za nie­ty­kal­nych. Z roku na rok są co­raz śmielsi i bar­dziej za­chłanni. Arab­skie klany spra­wują wła­dzę nad ca­łymi dziel­ni­cami wielu miast. W sa­mym Ber­li­nie strze­la­niny mają miej­sce nie­mal re­gu­lar­nie. W mie­ście i oko­li­cach działa dwa­dzie­ścia kla­no­wych gan­gów gro­ma­dzą­cych około dzie­się­ciu ty­sięcy żoł­nie­rzy.

Po­pra­wiam czapkę z dasz­kiem. Na­cią­gam ją moc­niej, by cień padł na oczy. Wąt­pię, by ktoś mnie roz­po­znał, ale prze­zorny za­wsze ubez­pie­czony.

Drzwi pubu otwie­rają się gwał­tow­nie, a na ze­wnątrz wy­cho­dzą za­do­wo­leni Ara­bo­wie. Jak gdyby ni­gdy nic zaj­mują miej­sca w wy­pa­sio­nym naj­now­szym mo­delu mer­ce­desa i od­jeż­dżają, ma­jąc w głę­bo­kim po­wa­ża­niu, czy ko­leś, któ­remu przed chwilą praw­do­po­dob­nie obili mordę, we­zwie gliny.

W chwili gdy z bloku wy­cho­dzi ja­kiś dzie­ciak, blo­kuję stopą drzwi. Wbie­gam po scho­dach na naj­wyż­sze pię­tro i staję przed miesz­ka­niem nu­mer trzy­dzie­ści sie­dem. Pu­kam dwa razy, po czym sły­szę czy­jeś kroki. Otwiera mi ja­sno­włosy męż­czy­zna z długą brodą. Prze­suwa po mo­jej syl­wetce spoj­rze­niem, za­cią­ga­jąc się trzy­ma­nym w pal­cach pa­pie­ro­sem, na­stęp­nie scho­dzi na bok i wpusz­cza mnie do środka.

W mil­cze­niu prze­cho­dzę przez hol, kie­ru­jąc się do ostat­niego po­koju. Na znisz­czo­nej pod­ło­dze wa­lają się pu­ste bu­telki i puszki. Śmier­dzi faj­kami, stę­chli­zną i czymś, o czym na­wet nie chcę my­śleć. Krzy­wię się, pró­buję nie do­pu­ścić do sie­bie wspo­mnień, ale one są jak ta­ran. Bez py­ta­nia roz­gasz­czają się w mo­jej gło­wie i sieją za­męt.

Po­py­cham uchy­lone drzwi i wkra­czam do praw­do­po­dob­nie naj­czyst­szego po­miesz­cze­nia w tej me­li­nie. Na mój wi­dok Finn wstaje z fo­tela i wita się ski­nie­niem głowy. Wska­zuje miej­sce na­prze­ciwko sie­bie, a kiedy je zaj­muję, za­czyna mó­wić:

- Nasi prze­jęli to­war. Horst jest za­do­wo­lony. Było ostro, ale ni­kogo nie stra­ci­li­śmy. Za­łożę się, że stary Sha­rif jest nie­źle wkur­wiony.

- Też byś był na jego miej­scu. Ob­ser­wu­je­cie Ka­dira?

- Znamy jego plan dnia - po­twier­dza, wy­cią­ga­jąc z kie­szeni dżin­so­wej ka­mi­zelki paczkę fa­jek. - Za­pa­lisz?

Kręcę głową i opie­ram łok­cie o blat biurka, po­chy­lam się do Finna. Ten wkłada so­bie pa­pie­rosa mię­dzy wą­skie wargi i pró­buje wy­krze­sać ogień po­kie­re­szo­waną za­pal­niczką.

Uno­szę brew, cier­pli­wie pa­trząc, aż wresz­cie udaje mu się za­cią­gnąć ni­ko­ty­no­wym dy­mem.

- Pod­rzuć­cie mu trzy kilo do sa­mo­chodu, naj­le­piej póź­nym wie­czo­rem - po­le­cam. - Nie spusz­czaj­cie go z oka. Kiedy rano wpa­kuje dup­sko do wozu, po­je­dzie­cie za nim. W mo­men­cie gdy bę­dzie mi­jał park, ktoś za­wia­domi psy, że pier­do­lony bru­das wcią­gnął do swo­jego auta dzie­ciaka.

Finn jest moim czło­wie­kiem, ale to nie zmie­nia jego po­krę­co­nych po­glą­dów, dzięki któ­rym wpa­so­wał się ide­al­nie w struk­tury gangu. Gram jed­nego z nich i daję mu to, czego pra­gnie, tym spo­so­bem wzmac­niam nasz kon­takt.

- Dzie­ciaka? - dziwi się i do­piero po chwili za­czyna ro­zu­mieć, do czego dążę. - Wtedy szyb­ciej za­re­agują - od­ga­duje.

- Do­pil­nuj, by te­le­fon wy­ko­nała ko­bieta. Bę­dzie au­ten­tycz­niej. Trzy­maj­cie się w bez­piecz­nej od­le­gło­ści. Kiedy gli­nia­rze prze­szu­kają auto Ka­dira i znajdą w ba­gaż­niku to­war, który i tak prze­cież na­leży do klanu, będą mieli wy­star­cza­jący do­wód, by wsa­dzić gnoja za kratki. Może nie do­sta­nie dzie­się­ciu lat, Sha­ri­fo­wie zdo­byli zbyt wiel­kie wpływy i zna­jo­mo­ści, ale tro­chę się na­poci, za­nim od­zy­ska wol­ność.

Je­śli wszystko pój­dzie po mo­jej my­śli, brat La­tifa trafi do po­li­cyj­nego aresztu, a za­bez­pie­czony to­war do la­bo­ra­to­rium. Po ze­bra­niu ma­te­riału do­wo­do­wego akta sprawy po­wę­drują do pro­ku­ra­tora. Ten po za­po­zna­niu się z nimi po­wi­nien skie­ro­wać wnio­sek do sądu. Wąt­pię, że Ka­dir do­sta­nie spra­wie­dliwy wy­rok, ale ucie­szą mnie na­wet dwa mie­siące.

Aresz­to­wa­nie tak wy­soko sto­ją­cej w kla­nie osoby rzuci na Sha­ri­fów ne­ga­tywne świa­tło. Zrani ich, po­każe, że nie są nie­ty­kalni. Na pe­wien czas za­bie­rze im także czło­wieka, który od­po­wiada za część waż­nych trans­ak­cji i dys­try­bu­cję nar­ko­ty­ków.

- Po­wia­do­mić cię o po­stę­pach? - pyta Finn, strze­pu­jąc po­piół do prze­peł­nio­nej po­piel­niczki.

- My­ślę, że wie­ści o aresz­to­wa­niu Ka­dira same do mnie przyjdą, ale tak, gdy bę­dzie po wszyst­kim, skon­tak­tuj się z nu­meru na kartę.

- Co z tą du­peczką? Da­lej mamy ją śle­dzić?

- Ze­bra­li­ście wy­star­cza­jąco dużo in­for­ma­cji. Od­tąd sam się nią zajmę.