Prolog
1
Gracz przesunął piona na szachownicy. Uniósł głowę i popatrzył na
mistrza. Na chwilę ręka ugrzęzła mu w kieszeni. W końcu niezdarnym
ruchem wyszarpnął chusteczkę i otarł nią wysokie czoło. Rozluźnił
krawat, choć w sali nie było przesadnie gorąco. Jabłko Adama poruszyło
się i wróciło na swoje miejsce. Tłumek obserwatorów zafalował, a potem
zastygł w oczekiwaniu na ruch gwiazdy wieczoru. Szachista, który
siedział przy stoliku obok, przelotnie spojrzał na partię sąsiada,
prychnął z niesmakiem i z powrotem wsparł brodę na dłoniach.
Miguel Najdorf spojrzał na przeciwnika, potem na szachownicę i znów na
rywala. Cicho chrząknął. Podczas symultany zawsze trafi się jakiś
dziwak. W ogóle szachy przyciągają oryginałów, pomyleńców i regularnych
wariatów. Dziesiątki lat praktyki sprawiły, że bezbłędnie ich
rozpoznawał. Na szczęście ten był nieco nerwowym, ale niegroźnym
amatorem. Nie potrafił grać i po trzecim ruchu miał w zasadzie przegraną
pozycję. Takie sytuacje jednak bardzo rzadko się zdarzały.
Arcymistrz przestawił gońca. Zrobił ruch gwałtowniej, niż miał w zwyczaju. Podszedł do kolejnej szachownicy.
Dzień wcześniej przyleciał z Moskwy. W Memoriale Alechina zagrał dość
przeciętnie. Był jednym z najlepszych graczy na świecie, a zajął dopiero
szóste miejsce w turnieju, który okazał się kolejnym triumfem sowieckiej
szkoły szachów. A także -?co do tego nikt nie miał wątpliwości -
kolektywnej gry arcymistrzów ze wschodu, którzy tę sztukę opanowali do
perfekcji. Na domiar złego wmieszał się we wszystko jeszcze jeden
Jugosłowianin. Wieczorem Ił-14 długo kołował, jakby nie mógł się
zdecydować, czy warto wypuścić pasażerów. Organizatorom pobytu w Warszawie powiedział, że przyjazd do Polski, pierwszy od wybuchu wojny,
przyprawia go o drżenie serca. Była to prawda. Na lotnisko wysłali po
niego kierowcę. Z trudem wykrztusił kilka zdań, chociaż po polsku, mimo
lat spędzonych w Argentynie, wciąż mówił bezbłędnie i bez obcego
akcentu. Każdy wziąłby go za Warszawiaka z krwi i kości. Teraz bał się,
że nagle zapomni języka w gębie i nie odpowie na najprostsze pytanie.
Samochód co chwila podskakiwał na wyboistej drodze, a on udawał, że śpi.
Nie miał pojęcia, co go w tej Warszawie spotka.
Przy śniadaniu usłyszał, że w tym roku sowieckich flag jest mniej, a i obchody Święta Rewolucji jakby skromniejsze. I żadnych portretów
Stalina. "Gomulka" i "Wieslaw", kaleczone i wymawiane z "l" w środku,
powtarzały się przy kilku stolikach. Któryś z gości, widocznie chcąc się
popisać, wymówił karkołomne słowo "październik". W pierwszym odruchu
chciał do niego podejść i go poprawić. Jakaś hiszpańska rodzina z podziwem mówiła o Budapeszcie. Podczas turnieju w Moskwie próbował
wypytywać o węgierską rewolucję, ale sowieccy towarzysze unikali tego
tematu jak ognia. Szczurowaty Francuzik wymądrzał się w sprawie Kanału
Sueskiego, chwalił wyśmienitą kawę i zjawiskowe nogi recepcjonistki.
Tylko na chwilę wyszedł z hotelu. Tam, skąd przyjechał, było jednak
zimniej. Nie bardzo wiedział, dokąd iść. Ruszył po prostu w prawo. Minął
wizytki i Mickiewicza. Z pomnikiem było coś nie tak, zapamiętał go
inaczej. Przystanął przy Kolumnie Zygmunta i popatrzył na ruiny zamku. A potem, znad trasy W-Z, dumy i wizytówki odrodzonej stolicy, na kościół
za rzeką. O ile to w ogóle był Święty Florian, bo ten nie miał żadnej
wieży. Jakby go wykastrowali. Przed wojną mieszkał na Pradze i widywał
ten kościół codziennie. Pomyślał, że jest w Warszawie znanej mu od
dziecka, a zarazem w kompletnie obcym mu miejscu. Nagle poczuł się jak
turysta, który pierwszy raz odwiedza jakiś kraj. Wrócił do pokoju
przybity tą myślą.
Po obiedzie udzielił wywiadu dla "Expressu Wieczornego". Był już w lepszej formie, a pierwszy szok minął. Przywyknę, powiedział do siebie
przy goleniu. Nie jestem tchórzem. Człowiek do wszystkiego może się
przyzwyczaić i ze wszystkim oswoić. Spryskał twarz i szyję wodą
kolońską. Przecież wcale nie jest tak źle. I to miasto jednak żyje. O wpół do siódmej znów podstawili samochód, chociaż upierał się, że drogę
z Bristolu na Foksal pokona pieszo.
Trochę się obawiał tej symultany. Nie chodziło o wynik, o ten był
spokojny. Zdziwiłby się bardzo, gdyby przegrał chociaż jedną partię. To
przecież bułka z masłem, jeśli porównać ją z grą "na ślepo" z czterdziestoma przeciwnikami. Wtedy, podczas wojny, gdy skończył w Rosario, ledwo żył. A teraz najtrudniejszym rywalem mogły się okazać
emocje. Po raz pierwszy po wojnie zapewne zobaczy wiele znajomych
twarzy. Coś mu się przypomni, skojarzy i gotów się roztkliwić.
I rzeczywiście. Przy pierwszym stoliku siedział prawnik, którego
doskonale pamiętał. Fanatyk szachów. Przed wojną potrząsał kruczoczarną
czupryną, a teraz był siwiuteńki jak gołąb. Albo ten w beżowej marynarce
i bordowym fularze we wściekłe wzorki. Miał jedną rękę, a dawniej obie.
Właściwie co człowiek, to wspomnienia. A mimo to trzymał się dzielnie.
Po drugim kółku całkiem oswoił się z sytuacją. Gra zaczynała mu sprawiać
przyjemność.
Dobrze nastroiła go powitalna przemowa. Wymieniano jego osiągnięcia, ale
było także zaskakująco dużo polityki. Wyrecytowane zdania o lekcji,
jakiej udzieliła światu wielka rewolucja w tysiąc dziewięćset
siedemnastym. Ale i słowa o tym, jak ostatni październik odrodził
społeczeństwo i na nowo wyznaczył polską drogę do socjalizmu. Najdorf
patrzył po zebranych i widział na twarzach, nawet tych najbardziej
doświadczo-nych i sceptycznych, przynajmniej cień entuzjazmu.
A potem przystąpiono do gry.
* * *
Tego wieczora jeszcze jeden mężczyzna na ulicy Foksal starał się
zapanować nad emocjami. Stał na rogu z Gałczyńskiego i wpatrywał się w jasno oświetlone okna na pierwszym piętrze. Przewiesił przez ramię
parasol, zapalił kolejnego papierosa i spojrzał na zegarek. Była siódma
trzydzieści. A więc tamten zaraz powinien tu przybyć. Latarnie na Foksal
rzucały słabe światło, ale to mu nie przeszkadzało. Z pewnych względów
tak było nawet lepiej.
Pierwszy raz rozejrzał się uważniej. Był pewien, że ze starej Warszawy
nie pozostał tu kamień na kamieniu, tymczasem ulica, którą pamiętał
sprzed wojny, ocalała prawie nienaruszona. Niemcy zniszczyli tylko dwie
kamienice, a to tyle co nic. Jak dwa zęby wybite w poważnej bójce.
Gdzieś tutaj, na tej ulicy, zastrzelono ministra Pierackiego. Swoją
drogą był to świetny pretekst, żeby stworzyć Berezę. Taki obozik
koncentracyjny na skromną sanacyjną skalę. Skrzywił się, przez głowę
przemknęły ponure obrazy, ale zaraz wypogodniał. Chwila. No jasne. W kamienicy, w której okna się wpatrywał, tuż przed wojną znajdowała się
Café Bodo. Był tam wiosną, krótko po otwarciu. Podjechał taksówką, co
nie było dla niego normą. Zjawił się w interesach, tak można to
określić, a obsługiwał go jakiś zdeklasowany aktor, któremu się nie
powiodło na scenie. Na szczęście za wszystko płacił wtedy klient. A kawałek dalej, w kierunku przejścia na Smolną, jakieś gimnazjum było.
Bezskutecznie próbował przypomnieć sobie nazwisko patrona. Otrząsnął
się. Dobra. Wystarczy. Nie przybył tutaj dla wspomnień. Spojrzał na
zegarek i pokręcił głową.
Zaczął padać śnieg. Najpierw nieśmiało, ale po chwili już całkiem mocno.
Duże, lepkie płatki, których zaraz nie będzie. Mężczyzna otworzył
parasol. Dobrze, że zabrał wełniany płaszcz. Przed wyjazdem nie pomyślał
o szaliku i teraz tego żałował. W Londynie było jednak cieplej. Na
głowie miał Stetsona z wysoką koroną i prostym rondem. Niby nic
specjalnego, lecz zwrócił uwagę, że na ulicy ludzie oglądają się za nim.
Wprawdzie przyleciał tylko na kilka dni, ale może trzeba pomyśleć o zmianie ubrania. Nie powinien rzucać się w oczy. A teraz, przestępując z nogi na nogę na skrzyżowaniu dwóch ulic, z pewnością to robił. Co powie,
jeśli napotka go milicyjny patrol? Że czeka na kobietę. Nie, uściślił w myślach. Czeka na córkę. Tak będzie wiarygodniej. W dodatku będzie mógł
liczyć na wyrozumiałość, a nawet pewną dozę współczucia.
Spojrzał na zegarek, tym razem ze złością. Dlaczego się na to zgodził?
Tamten, zgodnie z planem, zadzwonił do hotelu o piątej. Umówili się za
dwadzieścia ósma.
-?Nie wcześniej? Dlaczego tak? -?zapytał przez telefon.
-?Na Foksal jest dziś symultana szachowa. -?Głos rozmówcy zdradzał
ekscytację. -?I to z kim! Sam mistrz Najdorf przyleciał do Warszawy. Mój
ustosunkowany kolega wyprosił dla mnie zaproszenie. Łatwo nie było.
Jestem opętany przez szachy.
To zaskakujące wyznanie rozbroiło go.
Nazwisko szachisty zaś wyzwoliło wspomnienia. Przedwojenne włóczęgi po
klubach. Transatlantyk. I jeszcze całkiem niedawne spotkanie w Buenos.
Co miał zrobić? Nie zachował się, jak zawodowiec powinien, i przystał na
prośbę wielbiciela szachów. Szczególnie na taką. Kiedyś przecież sam nie
był wolny od tej namiętności. Tak więc tamten wykona kilka posunięć,
uściśnie rękę wielkiego Miguela i stawi się w umówionym miejscu. Potem
gdzieś usiądą. Po drodze z hotelu wypatrzył Mazovię na Ordynackiej.
Kawiarnia była otwarta, kilka stolików zajętych, ale nie było za gęsto.
Miejsce w sam raz na rozmowę, jaką mieli odbyć. Hotelowe wnętrza nie
były zbyt pewne, nie ufał im, ulica także nie.
Tyle że tamten nie przychodził. Zapewne siedział pochylony nad
szachownicą, zastanawiając się nad kolejnym ruchem, i czas stanął w miejscu. Diabli nadali teraz tego Najdorfa. Cholerny świat.
* * *
Trzydzieści stolików ustawiono w podkowę. Na każdym znajdowała się
szachownica. Zza pleców graczy wystawały głowy ciekawskich. Jakiś
mężczyzna, wsparty o kolumnę, chyba nawet drzemał. W sali robiło się
coraz cieplej. Ktoś szepnął o padającym śniegu i na chwilę odwróciło to
uwagę od rozgrywek. Głowy kibiców skierowały się w stronę okien.
Niewiele głośniejsze syknięcie natychmiast przywołało wszystkich do
porządku.
Ręka łysiejącego dyletanta drżała. A ruch, który wykonał, był równie
głupi i ekscentryczny jak kilka poprzednich. W dodatku był
bałaganiarzem: postawił pionka niechlujnie, na przecięciu białego i czarnego pola, zamiast, jak należy, na środku. Rozbiegane oczy próbowały
skupić się na Najdorfie.
-?Ba... bardzo przepraszam -?wyszeptał. -?Mu... muszę już iść.
Najdorf spojrzał na niego zdziwiony.
-?Źle się pan czuje? -?zapytał cicho. -?Może potrzebna panu pomoc? Na
pewno jest tu ktoś...
-?Nie, to nic... -?przerwał mu tamten. -?Nic takiego -?dodał i wstał od
szachownicy.
Podali sobie ręce. Wśród widzów rozległ się szmer. Nikt nie spodziewał
się tak szybkiego zakończenia pierwszej partii.
Mistrz chciał ruszyć dalej, ale mężczyzna nie zwalniał chwytu. Dłoń miał
wilgotną od potu.
-?Proszę... Bardzo proszę to zapamiętać -?szepnął.
-?Ale co?
-?Po prostu niech pan pamięta.
Dopiero teraz puścił rękę arcymistrza i pospiesznie ruszył do wyjścia.
* * *
Przestało sypać i nareszcie mógł złożyć parasol. Minął go zdezelowany
samochód z szachownicą na boku i pojechał w głąb ulicy Foksal. Radziecka
Pobieda. Nigdy wcześniej nie widział takiego auta. W Anglii w końcu
takich nie było. Przed przyjazdem nie przygotowywał się na to, co może
go spotkać na ulicach. Zresztą nie było na to czasu. Miał udawać
emigranta, bardziej już Anglika niż Polaka, który po raz pierwszy po
wojnie przyjeżdża do Warszawy. Widzi bohaterskie miasto dźwigające się z ruin, czasem się dziwi, ale głównie zachwyca tempem i rozmachem
odbudowy.
Nie podobali mu się ci dwaj młodzi ludzie, którzy od dłuższej chwili
gapili się na niego. Podobni byli jak bracia. Na głowach nosili
oprychówki, takie jakie pamiętał jeszcze z dawnych czasów. Z szarością
ubrań kontrastowały kolorowe szaliki. Ruszyli zawadiackim krokiem.
-?Przepraszamy, ma pan ogień? -?zapytał ten niższy.
Kiwnął głową. Oparł parasol o ścianę. Na wszelki wypadek lepiej mieć
wolne ręce. Sięgnął do kieszeni i poczuł chłód zapalniczki. Ale miał tam
także pudełko zapałek, które ktoś zostawił w hotelu. Wyciągnął je i podał chłopakowi. Gdyby był uprzejmy, sam zapaliłby zapałkę. Tamten
przesłoniłby jego dłonie swoimi, a tak naprawdę przytrzymał je, żeby
jego kompan mógł dopełnić reszty. Kapelusz na twarz. Kopniak albo cios w głowę. I byłby załatwiony.
Miałby za swoje. Gdy wychodził z hotelu, recepcjonista zapytał, czy
zawołać taksówkę. Z Hotelu Warszawa na Foksal było kilka minut na
piechotę. Odmówił. Portier otaksował go wzrokiem, jakby chciał w ten
sposób ostrzec, że wieczorna włóczęga po mieście, szczególnie w takim
stroju, nie kończy się dobrze. Nie powiedział jednak nic. Tak jakby
lojalność wobec miasta i panujących w nim zwyczajów wzięła górę nad
bezpieczeństwem gościa. Postanowił uszanować reakcję recepcjonisty i gdy
wychodził, dotknął ronda kapelusza.
Teraz patrzył tym dwóm w oczy. Z nadzieją, że spojrzenie jest
wystarczająco zdecydowane, żeby odpuścili.
-?Możecie je zatrzymać -?powiedział.
Bez słowa zapalili i spojrzeli po sobie. Ocenili sytuację, skinęli
głowami w podzięce i poszli Gałczyńskiego z rękami wsuniętymi w kieszenie kurtek. Zapałki to zawsze jakaś zdobycz. Nikt nie wygrał, nikt
nie przegrał. Ale dla tych dwóch wieczorna żegluga przez miasto dopiero
się zaczynała.
Z kamienicy wyszedł mężczyzna. Nie, to nie ten. Nawet nie spojrzał w jego stronę. Wyjął papierosy i także zapalił. Stanął na chodniku, zrobił
kilka kroków w lewo, potem w prawo. Zerknął na niebo. Strzepnął jakiś
paproch albo popiół z ubrania. Z budynku wychynął ktoś jeszcze. Poprawił
kapelusz na głowie i ruszył w prawo. Palacz zrobił w tył zwrot i wszedł
do bramy.
* * *
Pierwszy raz podczas symultany Najdorf namyślał się nad ruchem. Trwało
to kilka sekund dłużej niż w przypadku pierwszych posunięć, które w zasadzie grał od ręki. Wpatrywały się w niego bezczelne i pewne swego
oczy nastolatka. Gdy zaczynali, chłopak wyszczerzył w uśmiechu nierówne
zęby. Kiedyś też był takim pewnym siebie chłopakiem. Najdorf zdecydował
się na bicie skoczkiem. To powinno poskromić młodzieńczą fantazję i ustawić przebieg gry.
Uniósł figurę i wtedy rozległ się krzyk.
Szachista zadrżał. Nie on jeden. Oczy wszystkich, szachistów i kibiców,
zwróciły się w stronę drzwi. Krzyk się powtórzył. Dobiegał gdzieś z dołu. I był teraz bardziej przeciągły. W tym alarmującym zawodzeniu była
oczywista, wyczuwalna dla wszystkich groza. Kilka osób, tych najbliżej
drzwi, natychmiast wybiegło z sali. Inni chwilę później ruszyli za nimi.
Gracze poderwali się od stolików. Figury spadały z szachownic i turlały
się po jasnej posadzce. Najdorf odstawił skoczka i także ruszył w stronę
drzwi.
Na salę wbiegł jeden z organizatorów symultany, czerwony na twarzy i z przekrzywionymi okularami.
-?Bardzo proszę, aby wszyscy zostali na swoich miejscach! -?powiedział
drżącym głosem.
Ale było już za późno. Wszyscy szturmowali wyjście, a Najdorf był między
nimi. Organizator bezradnie rozłożył ręce, próbując zatrzymać
uczestników gry. Tak jak inni Najdorf zbiegł po schodach. Pojedyncze
słowa, szeptane gorączkowo, układały się w jakąś niedorzeczną całość.
"Zabili". "Ciało". "W toalecie". "To ten archiwista". Arcymistrz
popchnął kogoś, a ktoś jego. Siwa czupryna mecenasa wyróżniała się w morzu głów. Chłopak, który jeszcze przed chwilą tak butnie patrzył,
teraz zanosił się płaczem. Przy wejściu do budynku stał zwalisty portier
i tarasował drzwi. Najdorf przecisnął się wreszcie do miejsca, gdzie
najwyraźniej coś się wydarzyło. Kilku ponurych mężczyzn zagrodziło mu
drogę. Zapytał, co się stało, ale żaden nie odpowiedział.
Zaskrzypiały drzwi prowadzące do toalet. Stał w nich mężczyzna mniej
więcej w wieku arcymistrza i wycierał ręce kraciastą chusteczką.
-?Dużo widziałem, ale nigdy czegoś takiego. -?Pokręcił głową. -
Pogotowie w drodze?
Ktoś przytaknął.
-?A milicja? -?dopytywał mężczyzna. -?Tu głównie milicja jest teraz
potrzebna.
Zanim zamknęły się drzwi, Najdorf zdążył zobaczyć nogawki spodni i dwa
brązowe pantofle leżące koło stóp.
* * *
Była za dziesięć ósma i solidnie już zmarzł. Zastanawiał się, jakich
słów użyje na powitanie, gdy tamten wreszcie się zjawi. Wtedy zdarzyło
się coś nieoczekiwanego. Wydało mu się, że słyszy krzyk. Poprawił
kapelusz. Przez moment sądził, że się przesłyszał. Krzyk się powtórzył.
Dobiegał gdzieś z naprzeciwka. Zmarszczył brwi. Czyżby dobiegał stamtąd?
W jasno oświetlonym oknie na górze coś się poruszyło, a wkrótce
tańczących cieni było więcej. Co tam się dzieje? Skąd ten nagły ruch?
Przecież tam tylko grają w szachy. Z kamienicy wybiegł człowiek i pognał
w stronę Smolnej. Po chwili wypadło kilku innych, grupką, żywo o czymś
rozprawiając. I jeszcze dwie podobnie zaaferowane osoby.
Za cztery ósma. Gdzie jest tamten? Teraz już nikt z kamienicy nie
wybiegał i nie wychodził. Usłyszał jęk nadjeżdżającej karetki. Zaraz za
nią gnał milicyjny gazik, a niedługo potem pojawiła się Warszawa na
sygnale. Sytuacja zaczęła się komplikować. Na pustej dotąd ulicy nagle
zrobiło się zbiegowisko. W oknach wystawali ciekawscy. Pięć po ósmej
podjechał jeszcze jeden samochód. Skoda nie miała żadnych oznaczeń.
Milicjanci, którzy obstawiali teren i nie pozwalali zbyt blisko podejść
gapiom, bez słowa rozstąpili się przed blondynem w czarnym płaszczu.
Gość w Stetsonie podszedł do mężczyzny, który ćmił papierosa. Zapytał,
co się stało.
-?Trup. -?Usłyszał rzeczową odpowiedź. -?Mówią, że ciało tam znaleźli.
Przez chwilę stał bez ruchu. A potem w jego głowie rozległ się dzwonek
alarmowy. To nie było prozaiczne spóźnienie. Do zaplanowanego spotkania
już nie dojdzie. Rzucił jeszcze okiem na milicyjne samochody, po czym
odwrócił się i stukając parasolem o bruk, poszedł w kierunku
Prudentialu. Kwadrans później w hotelowej kawiarni pił drugą
pięćdziesiątkę dobrze zmrożonej czystej, nerwowo pocierał brodę i patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem.
2
Ci dwaj, grubawy konus i tyczkowaty rudzielec, byli pod lekkim gazem.
Obaj w butach na słoninie, z okazale nastroszonymi mandolinami, w spodniach zawadiacko kończących się przed kostką. Mówili o potańcówce,
niezbyt chyba udanej, bo kociaki, do których zaczęli się przystawiać,
nie okazały się szczególnie chętne. Popołudnie skończyło się dla nich
porażką, więc teraz rzucali słowami po dwa pięćdziesiąt i taksowali
pasażerów ponurym wzrokiem. On także lubił przyglądać się podróżnym. Na
podstawie gestów, zachowania i ubioru odgadywał, czym się zajmują.
Zupełnie jak Sherlock Holmes, który z niepozornego śladu na mankiecie
był w stanie wydedukować czyjeś życie. A na tych dwóch należało uważać.
Zdecydowanie nie byli w humorze i szukali rewanżu. Konduktor też
widział, że coś się święci. Skulił się na siedzeniu, a najchętniej
zapadłby się pod podłogę, gdy w powietrzu wisiała draka.
Szefem był jednak ten trzeci. Milczący blondyn z szarymi, zimnymi
oczami. W rozpiętej modnej kurtce, krawacie ze skaczącymi małpami i gibkimi Murzynkami. Ręką przyczesywał wypomadowane włosy, które kończyły
się meksykańską plerezą. I gdy tamci dwaj pajacowali, on wyraźnie szukał
ofiary. Obrzucił Henryka Nowaka obojętnym spojrzeniem, a potem przeniósł
wzrok na kogoś innego.
Stoósemka jechała Czerniakowską. Henryk Nowak odwrócił głowę i zapatrzył
się na miasto otoczone ciemnością. Jeszcze trzy przystanki i wysiądzie.
W szybie migotała twarz blondyna. Tydzień temu był świadkiem autobusowej
awantury i kolejna była mu niepotrzebna. A na pewno nie dziś, gdy miał
zupełnie inne plany na wieczór.
Przed tygodniem to była szybka akcja w stodwójce na Grochowie. Wpadło
czterech, kogoś potrącili, zaczęła się rozróba, podniesione głosy, w jednej ręce błysnął nóż, druga trzymała klucz francuski, szamotanina,
krzyki, rejwach i chwilę później było po wszystkim. Błyskiem się
uwinęli. Jakiś mężczyzna zwijał się na podłodze, biadoląc, że go okradli
i pocięli, krew mieszała się z błotem, ktoś próbował mu pomóc, ale
większość podróżnych wybiegła na przystanek. Tamci rozpłynęli się w powietrzu. O czym wtedy myślał? O tym, co zwykle. Że żyje w mieście, w którym przez cały czas trzeba mieć otwarte oczy. Nigdy nie był
przesadnie odważny, chociaż tchórzem nikt by go nie nazwał. Wyróżniały
go spostrzegawczość i ostrożność. Umiejętność oceny sytuacji i chłodna
kalkulacja ryzyka i szans. Wtedy, na Grochowie, przypomniał mu się film.
Miasto bezprawia. Lubił ten western. I tytuł mu się podobał. Widział
go chyba w czterdziestym ósmym. Był pełen podziwu dla Wyatta Earpa,
który rozprawił się z bandą Clantonów. Swoją drogą ciekawe, czy szeryf z Tombstone tak samo dałby sobie radę na warszawskiej ulicy? Później
amerykańskich westernów już nie grali. Niedawno gdzieś usłyszał, że
znowu będą w kinach, i postanowił, że wybierze się na jakiś. Nawet
konikom zapłaci, jeśli zajdzie potrzeba.
Henryk Nowak wiedział jedno: to nie on będzie dziś ofiarą. Miał na sobie
szary płaszcz cerowany na rękawach, znoszone spodnie i poplamiony
wojskowy plecak. Na książkę, którą zabrał, nikt, a już na pewno żaden z tych trzech, się nie połasi, ale mały zestaw do majsterkowania to już
inna sprawa. W kieszeniach płaszcza trzymał robocze rękawiczki. A także
francuską latarkę, niedużą, ale bardzo dobrą. Tak czy siak, wyglądał
nędznie i nikt nie dałby za niego złamanego grosza.
W ciągu czterdziestoletniego życia Henryk Nowak nauczył się trudnej
sztuki nierzucania się w oczy. Wyglądał przeciętnie. Nawet nazwisko miał
pospolite. Tak czy owak... Niektórzy z niego dworowali, ale miał to
gdzieś. Nawet pokryte szarą politurą biurko, przy którym siedział w pracy, tworzyło z nim nierozłączną całość. Henryk Nowak był
przezroczysty. Ta umiejętność ratowała mu skórę w latach szkolnych,
podczas wojny ocaliła życie, pomogła też w okresie błędów i wypaczeń,
jak teraz elegancko nazywano minione czasy. I to w zasadzie wystarczało,
żeby przetrwać, a do tego jako tako radzić sobie w życiu.
Autobus zwalniał, dojeżdżał do przystanku. Konduktor niechętnie poprawił
się na swoim miejscu. Blondyn z meksykańską plerezą skinął głową. Ruch
był bardzo dyskretny, ale tamci dwaj od razu go dostrzegli. Dwa ciała,
lekko zwiotczałe od alkoholu, nagle nabrały sprężystości. Wysiedli we
trzech. Ale nie byli sami. Szli za mężczyzną, który przed nimi opuścił
stoósemkę. Otulonym eleganckim płaszczem, ze skórzaną teczką i w całkiem
szykownych butach. Ulica była pusta. Tyle Henryk zdążył zauważyć, nim
autobus ruszył odrobinę szybciej niż zwykle. Konduktor wyprostował się i odetchnął z ulgą. Spojrzeniem porozumiał się z Nowakiem. Ciekawe, czy
zostawią tamtemu przynajmniej buty. I czy w ogóle przeżyje. Czy było im
żal tego mężczyzny? Nie bardzo. Takie jest życie. I trzeba w nim na
siebie uważać. Ucięli sobie z konduktorem pogawędkę bez słów, a potem
zwrócili głowy w przeciwne strony.
Wysiadł przy Łazienkowskiej i chłód wstrząsnął jego ramionami.
Przystanął, zapalił papierosa i rozejrzał się uważnie. Nikt nie
nadchodził od Torwaru, gdzie działało lodowisko. Zmrużył oczy. Kilka
metrów dalej coś leżało. Podszedł i podniósł kraciastą oprychówkę
wyłożoną gazetami. Uśmiechnął się. Uznał to za dobrą wróżbę, ale
postanowił zostawić czapkę na chodniku. Niech się przyda komuś innemu. Z megafonów rozlegał się skoczny walczyk umilający czas łyżwiarzom. Z zajezdni trolejbusów dobiegł dźwięk dzwonka. Popatrzył na stadion Legii.
Rok temu Kempny strzelił Gdańskowi trzy bramki, a on widział to na
własne oczy. Nie był przesadnie zagorzałym kibicem, ale ten mecz
zwyczajnie wypadało zobaczyć. Śpiewom i pijaństwu na mieście nie było
wtedy końca, ale to nie był jego styl. Po kieliszek sięgał tylko wtedy,
gdy już nie można było odmówić. Jednak dziś, gdy wróci na Grochów,
strzeli sobie lufkę. A jeśli znajdzie to, czego zamierzał szukać, to...
Sam jeszcze nie wiedział, co wtedy zrobi. Z pewnością czeka go bezsenna
noc. Może zajmie się wtedy rozwiązywaniem krzyżówek, byle dotrwać do
rana. Potem zadzwoni do pewnego człowieka i odbierze zasłużoną nagrodę.
Poprawił pasek plecaka i ruszył w stronę ruin. Podczas powstania w Kościele Matki Boskiej Częstochowskiej znajdował się szpital polowy.
Niemieckie samoloty zrównały go z ziemią, grzebiąc rannych pod tonami
cegieł. Po wojnie odgruzowano szczątki, ale szczęśliwie nikt wtedy nie
natrafił na nic więcej. Ruiny kościoła zostawiono samym sobie, w mieście
było do załatwienia wiele ważniejszych spraw. Wyjął z kieszeni
rękawiczki i latarkę. Stanął na stopniach portalu i niczym wytrawny
taternik wytyczał drogę w dół. Był tu kilkakrotnie w ciągu dnia i oglądał miejsce, więc wiedział, że musi być bardzo ostrożny. Sporządził
prowizoryczną mapę i miał ją teraz ze sobą. Jeden nierozważny ruch i może zniknąć w tych piekielnych czeluściach najeżonych zbrojeniem. Wolał
nie wyobrażać sobie, jak wyglądałoby jego ciało przebite zardzewiałymi
prętami.
Teren był rozległy, ale wiedział, gdzie powinien szukać. Wojna jeszcze
się nie skończyła, gdy pierwszy raz przyjechał do Warszawy. Cała rodzina
zginęła i nauczył się żyć samotnie. Zatrudnił się przy sprzedaży opału i niemal od razu znalazł w labiryncie ruin, wypalonych kamienic i zapadłych stropów, pod którymi jakimś cudem ocalały dębowe posadzki,
solidne drzwi ze zdobionymi klamkami z mosiądzu i pogruchotane antyki.
Wynosił drewno na własnych plecach, a skutki zaczął odczuwać, gdy miał
czterdziestkę na karku. Nie tykał jedynie kościołów, bo co boskie, to do
Najwyższego należy. Wrota Pańskie to także rzecz święta. Pośród ruin
natrafiał na ciała; cuchnęły i rozlewały mu się w rękach. Nauczył się
sprawnie je przeszukiwać, wydobywać portfele i kosztowności. Ze
zgliszczy wynosił to, co mogło mieć jakąś wartość, a prawie wszystko
było wtedy w cenie. Z kilku zmiażdżonych szczęk wydłubał złote zęby.
Przeszedł prawdziwą szkołę życia. Czy był dumny ze swojej przeszłości?
Nie pochwalał jej ani nie potępiał. Człowiek musi mieć na chleb, a jemu
akurat to się trafiło. Od dziecka pasjonowały go łamigłówki i do
poszukiwań w ruinach tak właśnie podchodził: eskapady po trupim mieście
miały w sobie coś z awanturniczej przygody, ale dla niego były jeszcze
jednym zadaniem, które należało rozwiązać.
Przedmiot, którego szukał, nie był duży. Ot, zwykła kanka na mleko,
zrobiona z grubej blachy, pewnie ocynkowana, oby z solidnym zamknięciem,
a najlepiej z uszczelką. Bo wtedy woda nie dostaje się do środka i nie
rozpuszcza atramentu, a tak było w przypadku tych źle zabezpieczonych
skrzynek, które znaleźli zaraz po wojnie. Jedna niepozorna bańka na
mleko zapewni mu dostatnie życie. Przynajmniej taką obietnicę złożył mu
człowiek, dla którego pracował. Poważni ludzie zaś dotrzymują umów. A on? Co wtedy zrobi? Być może rzuci robotę, oczywiście nie od razu, żeby
nie budziło to podejrzeń. Nie cierpiał swojej pracy i mozolnego
oznaczania produktów, których i tak nigdy nie było w sklepach.
Uśmiechnął się na myśl o tych wszystkich naiwniakach, którzy szukali
kanki na Muranowie. Niech sobie to parszywe getto jeszcze raz rozkopią.
Kolega z klubu miał dobry pomysł, chociaż rzucił go półżartem. I wtedy
Henryka Nowaka olśniło. Oczywiście! To, co najistotniejsze, ukryto po
aryjskiej stronie. Reszta sprowadzała się do wyboru właściwego miejsca.
Wreszcie je znalazł. Uznał, że poszukiwania rozpocznie przy dobrze
ukrytych drzwiach, które prowadzą do przeciwlotniczego schronu. O tym
tajnym wejściu dowiedział się przypadkiem. Zaznaczył je na swojej mapce
jako pierwsze miejsce do sprawdzenia.
Powiał wiatr, a z Torwaru niósł się coraz modniejszy rock and roll.
Wszystkie siksy teraz za tym szaleją. Henryk Nowak położył rękawiczki i latarkę na skruszonej cegle i wyjął z plecaka książkę. Była to Wyspa
skarbów Roberta Louisa Stevensona. Traktował tę powieść jak talizman i dlatego ją wziął. Historia o Długim Johnie Silverze -?piracie z drewnianą nogą -?rozpaliła jego wyobraźnię, gdy był chłopcem i chciał
być najdzielniejszym z dzielnych. Od tamtego czasu wiele razy zmieniał
miejsce pobytu, a wysłużony egzemplarz wędrował z nim. Wprawdzie dawno
już zrezygnował z bohaterskich rojeń, ale sentyment pozostał. Pogładził
okładkę. Przekartkował książkę, wyjął mapę i wsunął ją do kieszeni
płaszcza. Powieść schował do plecaka.
Nagle poczuł się nieswojo. W pierwszej chwili nie zrozumiał, co wywołało
w nim niepokój. Zaraz jednak uświadomił sobie, że nie jest tu sam.
Usłyszał chrobot. To nic takiego. Jakiś bezdomny pies albo kot krążył
nocą po tych ruinach.
Coś zachrzęściło. Nie. To było ludzkie chrząknięcie. Ktoś tu był.
-?Jest tu kto?! -?zawołał Nowak.
Odpowiedziała mu cisza. A potem rozległ się kolejny chrzęst.
Ktoś tu jest, pomyślał. Obserwuje mnie i wie, czego szukam.
-?Czy to... Czy to pan? -?zapytał niepewnie.
Powinien sięgnąć po latarkę, ale nie zrobił tego. Coś podpowiadało mu,
aby stąd uciekał, i to jak najszybciej, lecz mrowienie w nogach
uniemożliwiło mu ruch. Przemógł się wreszcie. Z plecakiem przewieszonym
przez ramię wykonał niezdarny skok, po czym obrócił się na luźnej cegle.
Poczuł ból w kostce i krzyknął.
Stracił równowagę. Gwałtownie zamachał rękami, ale było już za późno.
Na Torwarze spoceni łyżwiarze kręcili piruety w rytm rock and rolla.
Spadając, w ostatnim przebłysku świadomości pomyślał o dwóch
najbliższych mu osobach: Długim Johnie Silverze i Wyatcie Earpie.
Stalowe pręty czaiły się na dole.
Część pierwsza -?debiut
3
Długo nie mógł zasnąć. Obudził się o ósmej i półprzytomnie rozejrzał po
hotelowym pokoju. Łupało mu w skroniach. Wziął prysznic, a potem, dłużej
niż zwykle, przypatrywał się twarzy w lustrze. Robił to ostatnio z narastającą niechęcią. Siwy zarost przesłaniał pamiątkę po spotkaniu z endecką bojówką w dwudziestym drugim, gdy wybrano Narutowicza na
prezydenta. Kto to jeszcze pamiętał? Kogo to obchodziło? Przeczesał
lekko już przerzedzone włosy w kolorze kawy z mlekiem i doprowadził je
do jakiego takiego ładu. Druga blizna znaczyła prawą brew i wczoraj
wieczorem przesłaniał ją kapelusz. Przypomniał sobie dwóch narwanych
łebków w oprychówkach. Ciekaw był, jak by zareagowali, gdyby ją
zobaczyli. Zapewne zyskałby tym w ich oczach. Przejechał palcem po
najdłuższej szramie, zwykle ukrytej pod kołnierzykiem koszuli i krawatem. Z upływem lat polubił tę chropowatość skóry. Blizna ciągnęła
się przez całą szyję. Wtedy, gdy w argentyńskim burdelu zaatakowało go
dwóch alfonsów, uratował go jakiś cud. Wory pod oczami wydały mu się
pełniejsze i coraz bardziej sine.
Ile mu pozostało? Niedawno złapał się na tym, że zadaje sobie pytanie,
które nigdy wcześniej nie przyszło mu na myśl. Rok temu był znowu w Ameryce Południowej i to miał być jego łabędzi śpiew. Wykonał ostatnie
zadanie i raz na zawsze pożegnał się z przeszłością. Nagle poczuł ulgę.
Koniec. Resztę życia miało wypełnić przestawianie książek, wycenianie,
kupowanie i sprzedaż woluminów. Codziennie półgodzinny, z jednymi
światłami po drodze, spacer z domu do niewielkiego antykwariatu na
przedmieściach Londynu, czasami Guinness w pobliskim pubie, może mecz
piłkarski. Pewnego dnia jakiś bibliofil otworzy drzwi i znajdzie go
martwego, przyprószonego kurzem z opasłych tomów. Nie miał psa ani
żadnego innego zwierzęcia, a krzykliwych rodaków, którzy osiedli w Anglii i szermowali bogoojczyźnianym patriotyzmem, szczerze nie
cierpiał. Niech sobie roją o powrocie na białym koniu, ale bez niego. Na
jego pogrzebie nikt nie zapłacze. Albo nikt na niego nie przyjdzie. Nie
spisał ostatniej woli, ale być może nadszedł moment, żeby o tym
pomyśleć.
Kolejny raz się okazało, że życie przynosi niespodzianki, i znalazł się
w Warszawie. Przynajmniej kilku ludzi znów bardzo na niego liczyło, ale
dziś nieprzyjemnie się zdziwią. Telegram, który do nich wyśle, zapewne
wywoła poruszenie. Być może nawet panikę. Jednak najpierw musi się
upewnić, że przeczucia go nie zawodzą. Hotelowy telefon milczał i utwierdzało go to w przekonaniu, że wczoraj na Foksal stało się
najgorsze.
Z walizki wyjął książkę. Przeczytał już to grubawe powieścidło, i to
nawet z pewną przyjemnością, ale to okładka przykuwała jego uwagę. Twarz
pogrążona w ciemnościach, z których wydobywają się tylko oczy. A wokół
porozrzucane nazwiska bohaterów, trochę jak szyfrogramy, trochę jak
fragmenty labiryntu, trochę jak anonim składany ze szczątków gazet.
Tytuł i nazwisko autora, które nic mu nie mówiło, wyróżniono na żółtym
tle. Wnikliwe oko dostrzegłoby, że niektóre numery stron otoczone były
delikatnym ołówkowym obrysem. Przekartkował powieść, zapamiętał
kombinację liczb i położył książkę przy krawędzi stolika.
Śniadanie zjadł samotnie, przesłonięty płachtami gazety. Dziś
niespecjalnie go obchodziły rozmowy towarzystwa obok. Przebiegał
wzrokiem szpalty w poszukiwaniu tej jednej jedynej wiadomości i oczywiście nigdzie jej nie znalazł. Może było już za późno, żeby posłać
ją do druku. A może z jakichś innych powodów przemilczano fakt, że coś
zdarzyło się wczoraj podczas symultany z szachowym arcymistrzem.
Powinien trochę poczekać. O tej godzinie na Foksal mogła jeszcze krążyć
milicja, nie było powodu, żeby rzucać się w oczy. Po śniadaniu w pustoszejącej hotelowej restauracji wypił kolejne dwie kawy, wypalił
kilka papierosów, a w "Życiu Warszawy" przestudiował wszystkie nekrologi
i artykuł o tym, że likwidują sklepy z żółtymi firankami. Z kontekstu
zorientował się, że chodzi o miejsca, w których partyjni notable i wysocy rangą funkcjonariusze zaopatrywali się w dobra niedostępne dla
klasy robotniczej. Autor nie krył satysfakcji i domagał się ograniczenia
innych przywilejów władzy. W "Trybunie" znalazł sążnisty artykuł o potrzebie ocieplenia relacji między partią i Kościołem. Uwolnienie
prymasa było pierwszym krokiem do tego, kolejnym miało być przywrócenie
lekcji religii w szkołach. Zaczął czytać jakieś passusy o pożytkach
płynących z wolności słowa, ale to już go znudziło. Przypomniał sobie,
co usłyszał w Anglii od Polaka, który zaglądał do antykwariatu. Rozmówca
przekonywał go z entuzjazmem, że komunizm w Polsce się kończy. Spojrzał
wtedy na tamtego jak na narwanego naiwniaka. Stalin i Bierut nie żyli,
ale stworzony przez nich system wydawał się mu długowiecznym potworem.
Około południa wyszedł z hotelu. Wcześniej zapytał recepcjonistę o popołudniówkę. Tylko "Express Wieczorny", usłyszał. Najlepiej
ustosunkowany i poinformowany w mieście. Tyle że gazetę czasem trudno
zdobyć. Ciemne, ciężkie chmury wisiały nad miastem, a budynki tonęły w szarzyźnie. Usłyszał stukot końskich kopyt, a po chwili klakson
samochodu. Ktoś przed nim zakasłał i wysmarkał się na chodnik. Przed
wojną tutaj, na Placu Napoleona znajdował się gmach Poczty Głównej.
Teraz w tym miejscu ziała dziura, ale nowy urząd pocztowy znalazł w pobliżu hotelu. Przez szybę przyjrzał się surowemu wnętrzu i ruszył
trasą, którą pokonał poprzedniego wieczora.
Dotarł na ulicę Foksal i nieco się zdziwił. Nic nie wskazywało na to,
żeby dzień wcześniej zdarzyło się tu coś dramatycznego. Stanął w tym
samym miejscu, na skrzyżowaniu z Gałczyńskiego, i oceniał sytuację.
Zgniótł niedopałek butem. Rozejrzał się raz jeszcze i uznał, że może
podjąć próbę.
Wszedł do kamienicy. Wnętrze było zaskakująco przytulne. Pastelowe
kolory sprawiały, że ani słoniowata kolumna, ani ciężkie żyrandole, ani
szerokie schody nie przytłaczały rozmiarem. Ścianę ocieplały gobeliny z arabeskami. Spojrzał na swoje buty. Po kilkuminutowym spacerze pokryły
się pyłem.
Portier siedzący za masywnym biurkiem z brązowego drewna przyglądał mu
się uważnie. Byli w podobnym wieku i uznał, że to dobry znak. Dwaj
mężczyźni, doświadczeni i znający życie, szybciej się dogadają.
Elegancko przystrzyżony wąsik drgał nad górną wargą portiera. Poza nimi
w holu nie było nikogo.
-?To straszne, co stało się wczoraj... Pan Henryk... Kto by pomyślał...
Znał tylko imię i nazwisko. I miejsce pracy. Archiwum Polskiego Radia.
Nawet nie wiedział, jak ten człowiek wyglądał.
Portier wstał. Dopiero teraz okazało się, że jest wysoki i dobrze
zbudowany. Marynarka napięła się na ramionach. Niebieskie oczy wyceniły
ubranie i ogólnie całą postać przybysza przynajmniej na tyle, żeby nie
pokazać od razu drzwi.
-?Pan Henryk, a może nie Henryk, kto to wie? -?powiedział śpiewnym
barytonem. -?Może Józef, jeden albo drugi? -?Przez chwilę mierzyli się
wzrokiem, a potem portier uznał, że może wykonać ostrożny ruch. -?Ale że
zdarzyło się nieszczęście, to pewne.
Przelotnie spojrzał na banknot, który pojawił się na blacie.
-?Może "Anielka" coś panu podpowie? -?Stuknął grubym palcem w portret
kobiety w białej chuście, który zdobił dwadzieścia złotych. -?Bo ja na
pewno nie.
Wydawał się urażony. Gdy pojawił się banknot o znacznie wyższym
nominale, zaświeciły mu się oczy.
-?Jak jest "tatuś", to można żyć. To znaczy... pan Henryk rzeczywiście nie
żyje.
Ruchem zręcznego magika schował banknoty do kieszeni.
-?Znał go pan dobrze?
Portier wzruszył ramionami.
-?Jak wszystkich, którzy przychodzili tu na szachy. -?Wziął głęboki
wdech, który sprawił, że można było usłyszeć trzask szwów w marynarce. -
Tych szachistów dzielę na takich, którzy przychodzą tu na okrągło i czasami. A potem na pijących i takich, którzy nie piją. Więc pan Henryk
przychodził czasami. Bywały tygodnie, że w ogóle się nie pojawiał. I nie
pił -?dopowiedział z trudno skrywanym niesmakiem.
-?Widzi pan... Ja nie znałem go za dobrze. Mieliśmy się spotkać w interesach, specjalnie przyjechałem, i...
-?A skąd pan przyjechał?
-?Z zagranicy. -?Uznał, że taka informacja wystarczy. Wzmianka o Londynie mogłaby zasznurować usta portierowi.
-?Cichy ten pan Henryk był, raczej nieśmiały. Tylko raz widziałem, jak
coś wyprowadziło go z równowagi. -?Mężczyzna uśmiechnął się na
wspomnienie. -?To było wtedy, gdy ktoś pomylił jego nazwisko. I zamiast
Motyką nazwał go Martyką.
-?To ten komunistyczny dziennikarz, co go zastrzelili?
Swego czasu nawet w Londynie było o tym głośno.
-?Panie, jaki tam dziennikarz?! -?obruszył się portier. -?Drań, jakich
mało. Do dziś pamiętam ten głos. "Tu Fala 49, tu Fala 49. Włączamy się"
-?przedrzeźniał. -?A potem jeszcze ten pogrzeb na Placu Teatralnym,
gdzie spędzili niewinnych ludzi. Jeśli Bierut był komunistą, to ten... -
Bezradnie rozłożył ręce. -?No więc pan Henryk wtedy spurpurowiał i zaczął krzyczeć. Myśleliśmy, że nam tu zejdzie. Wiem, co mówię, bo
widziałem. Szklankę wody mu podałem, żeby się uspokoił.
-?A znał go ktoś lepiej?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
-?On chyba samotny był... O życiu rodzinnym nie słyszałem. Praca, szachy,
zdaje się, że jakieś łamigłówki rozwiązywał... Śmiał się nawet, że stare
dziady z harcerzami i klubami dla młodzieży współpracują i krzyżówki dla
nich układają. Z mecenasem Rutem niech pan porozmawia. Julian Rute -
uściślił, przybierając oficjalny ton.
Nazwisko było mu znane. Przez głowę przemknęło mgliste wspomnienie.
-?Ten przychodzi tu regularnie, chociaż nie ma stałych dni. Zawsze po
południu. I czasami pije. Ale jak znów zaczął wykładać na uniwersytecie,
to tylko kapkę. -?Portierowi twarz pojaśniała. -?Niedawno z panem
Henrykiem grali tu całą noc. Kiedy to było? Ze dwa miesiące temu. A potem jeszcze cały dzień. Mecenas kazał tylko jedzenie i trunki donosić.
Pamiętam, że zajrzał do nich ten modny fotograf... Nazwisko mi teraz
wyleciało... Ten, co zdjęcia ruinom robi i wystawę miał tu obok... Zdaje
się, że z mecenasem w brydża też grywali, ale to już nie tutaj. Tak. -
Pokiwał głową. -?Najlepiej będzie z nim pomówić.
-?A wczoraj? Właściwie co się stało?
Wąsik drgnął i barczysty mężczyzna rozejrzał się na boki.
-?Tutaj... Musi się pan przesunąć, bo stamtąd nie widać... Zza mojego
biurka też nie. Tam -?wyciągnął rękę -?w toalecie... Może gdybym był tu
wczoraj, to mógłbym coś...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki