Symfonia w bieli - Adriana Lisboa

-
Proszę czekać
Motyl, zabronione kamieniołomy

Zostało jeszcze trochę czasu do jej przyjazdu.

Duszne letnie popołudnie odklejało się od drogi pod postacią kurzu i prężyło w powietrzu. Wszystko było spokojne albo niemal spokojne i miękkie, napuchnięte snem. Mężczyzna o szeroko otwartych oczach (i przejrzystych, niepospolicie jasnych) udawał, że skupia się na drodze. Jednak jego oczy krążyły po innych miejscach, snuły się wewnątrz niego i odgrzebywały skorupy pamięci jak dziecko zbierające muszelki na plaży. Raz po raz wkradała się teraźniejszość, narzucała się i on myślał w następnej pracy użyję ziemi. Wtedy jednak brązowy i wyschnięty, i zakurzony świat znowu się kurczył i widział dziewiczą biel, dziewczynę ubraną na biało, przywodzącą na myśl obraz Whistlera.

Tomás pamiętał ją. Miłość. Gdzie się podziała?

Miłość była jak blada blizna pozostała na ścianie po obrazie usuniętym po latach wiszenia w tym samym miejscu. Miłość tworzyła niejasną wyrwę w jego duszy, w przejrzystości jego oczu, w postarzałym obrazie jego istnienia. Kiedyś miłość krzyknęła w jego wnętrzu, rozpaliła jego trzewia. Kiedyś. Nawet wspomnienie nie było oczywiste, było poszarpane, kawałki szkieletu prehistorycznego monstrum, zakopane i zachowane w wyniku działania przypadku, niemożliwe do ponownego złożenia.

Trzydzieści lat później. Dwieście milionów lat później.

Pies spał u stóp Tomasa i śnił bez wspomnień o ubranej na biało dziewczynie.

Od czasu do czasu skamlał. W pewnej chwili uniósł znienacka czarno-biały łeb i zaczął gryźć łapę, starając się pochwycić pchłę. Perliczki Jorginy, kucharki, powtarzały w kółko do-piachu, do-piachu, czego ona słuchała, nie słysząc. Popołudnie nudne i sfatygowane jak kawał starej gumy, jak łysa opona. Skamielina, dwieście milionów lat.

Bugenwille kwitły jak dzikie, niemal agresywnie, nieeleganckie gałęzie bezceremonialnie się narzucały, a ciernie przeczyły delikatności kwiatów. Te bugenwille były tam na długo przed przyjazdem Tomasa. Kto wie, może pozostaną, kiedy on, w ten czy inny sposób, już odejdzie.

Pies bez imienia ani właściciela, który zwyczajnie wybrał sobie ten dom i uważał za swoje resztki jedzenia wykładane przez kucharkę dwa razy dziennie na gazecie koło sadzawki, skończył operację eksmisji pchły i ponownie zagłębił się w swoje tajemnicze sny.

Jak sny niemowląt. Tomás często zadawał sobie pytanie o to, jakież to sny mogą się roić noworodkowi. Czy ma wspomnienia z macicy i śni płynne i czerwone obrazy? Przez moment fantazjował, że dziecko śni chwilę swojego poczęcia, jakby było jej świadkiem, jakby towarzyszyło krok po kroku - uważny obserwator - fazom własnego rozwoju, gąszczowi komórek, któremu naukowcy nadali zgoła niepoetyckie nazwy morula, blastula, gastrula (czy to naprawdę to?), embrion, płód. Że od samego początku, od zapłodnionego jaja, potrafi niemal świadomie, emocjonalnie identyfikować niczym informację genetyczną: swoją matkę.

Swojego ojca.

Czy tak jest? Nie można mieć pewności.

Jasne oczy Tomasa czasem stają się wilgotne, pewien nawyk towarzyszył mu od dzieciństwa, miał manię niemrugania najdłużej jak się da, w okrutnym zakładzie z samym sobą, który zawsze wygrywał i nieuchronnie przegrywał.

Kończył, łzawiąc. Zatem w duszny i suchy dzień Tomás wypuścił z oczu dwie srebrne strużki, których nikt nie zauważył, ani pies, ani kucharka Jorgina. Czy w tych łzach skrywały się słowa? Czy to łzy poza słowami, poza światem, poza sennym popołudniem i upalnym latem, które palcami grzebało w jego ranach, w tym schronieniu?

Nie był szczęśliwym człowiekiem. Ani nieszczęśliwym. Czuł się wyważony, i za to zapłacił cenę, którą uważał za sprawiedliwą, i otrzymywał odsetki-dywidendy-indeksację. Porzucił różne terytoria. Zrezygnował z marzeń o imperium. Królował zaledwie samemu sobie i nad tą zupełnie nieważną chatą, zapomnianą pośród pól, i nad polnymi drogami spowitymi pyłem w porze suchej i będącymi rzekami błota w porze deszczowej, zwykle nie przechadzały się po nich ambicje. Kiedy tam zamieszkał (ale nie z tego powodu), miał pewność: koniec marzeń. A teraz myślał o tym, żeby użyć ziemi do przyszłego dzieła, do przyszłego obrazu, ziemia i farba? Jego myśli były tak błahe. Tak nieistotne. Jak smuga perfum pozostawiona w powietrzu przez kobietę.

Na bardzo dalekim niebie niemal bezszelestnie przeleciał samolot, wysoko, w pobliżu nie ma lotniska, na pewno leciał na Gale?o albo na Santos Dumont, do stolicy. Jorgina, kucharka, która straciła większość zębów i teraz z dumą obnosiła się z bardzo białym uzębieniem, milcząco podeszła do Tomasa i postawiła filiżankę parującej kawy, ładnie pachnącej, na stoliku z kutej stali, na werandzie. Nie była to kobieta gadatliwa, tak naprawdę nie lubiła słów. Uważała, nie zastanawiając się nad tym, że są zdradliwe jak zwierz wodzący oczami za swoją ofiarą i niemal zawsze niesprawiedliwe. Spojrzała na zegarek i wydała nic nieznaczące westchnienie. Później wróciła do domu i do kuchni, gdzie dymiła fasola, ryż, pieczone mięso. Z daleka Tomás wypatrzył nowego pick-upa Iltona Xaviera, toczącego się w pośpiechu po drodze, wzniecającego tumany kurzu. Wszystkie te dyskretne ruchy były jakby oznakami oddechu uśpionego ciała, tylko tyle, i nawet nie muskały popołudnia.

Kawa była bardzo słodka, zbyt słodka, ale Tomás nauczył się lubić ją właśnie taką, bo ludzie tutaj taką pijali, oszczędność kawy, zbytek na cukrze. Pies, któremu przeszkadzały owady, zwinnie uniósł głowę i jednym kłapnięciem pochwycił gza w locie. Tomás bez zainteresowania zaczął przyglądać się własnym nogom wychodzącym z nogawek bermudów. Na skórze nosił znaki tego miejsca bez asfaltu i betonu jak tatuaże: mnóstwo śladów ukąszeń moskitów, kleszczy, gzów i innych żyjątek, niewielką bliznę na lewej łydce, z której na pogotowiu w Jabuticabais wyciągnięto larwę muchówki. Rzeczy, które gromadził przez ostatnie lata, odkąd tutaj zamieszkał. Tak blisko i tak daleko od tej dziewczyny w bieli. Tuż przy jego stopach pracowita ścieżka mrówek kreśliła żywy rowek w ziemi.

Ani szczęśliwy, ani nieszczęśliwy. Człowiek pragnący jedynie tej odrobiny ciszy, tego łzawienia bez powodu i ze wszystkich powodów. Pomieszanie samego siebie z kurzem, który nowy pick-up Iltona Xaviera zostawiał za sobą jak myśl.

W niewielkim pokoju o podłodze ze schodzonego czerwonego betonu stały stłoczone obrazy, po które Cândido przyjedzie w weekend, obrazy o bezpretensjonalnych intencjach i rozmiarach, sprzedawane po sto reali za sztukę i przeznaczone do ozdabiania mieszkań klasy średniej z interioru, gabinetów lekarskich, skromnych kancelarii adwokackich. Notariusz z Jabuticabais kupił dwa, według Cândida. Jeden wisiał w kancelarii, a drugi został ofiarowany siostrzenicy w prezencie ślubnym. Od czasu do czasu ktoś zamawiał obraz, wtedy cena się podwajała, Cândido był zadowolony, ale humor Tomasa nie zmieniał się zanadto, ciągle był jednakowy niczym to suche popołudnie.

Na malowanych pejzażach niemal zawsze była droga prowadząca donikąd. Ginęła za drzewami albo za zakrętem, albo za wzgórzem. A w prawym dolnym rogu znajdował się ten niemy podpis, którym oznaczał swoje obrazy, bo klienci tego od niego wymagali. Kiedyś, w wieku dwudziestu lat, Tomás odmawiał zanieczyszczania swoich prac podpisem burzącym całą kompozycję jak człowiek kaszlący podczas koncertu, jak światła w sali projekcyjnej zapalane przed końcem filmu. Teraz robił to, czego życzyli sobie klienci, a w oczach tych klientów podpis dodawał obrazowi autentyczności, podnosił jego status. Nawet podpis nieznanego malarza. Nie można się bez niego obejść. W porządku. Wszystko jedno. Wypisywał swoje imię czarną farbą, pismem ucznia szkoły podstawowej.

Pewnego razu jedna klientka opowiedziała moja siostrzenica pojechała do Europy. Była w Paryżu. I przywiozła mi stamtąd wielką reprodukcję fotografii, czarno-białej fotografii mężczyzny i kobiety całujących się na środku ulicy. Nigdy w życiu nie powieszę tego u siebie. Pańskie obrazy tak. Pańskie pejzaże, takie śliczne, a przede wszystkim to są obrazy olejne, mają swoją wartość.

Tomás pomyślał o mistrzowskiej fotografii Roberta Doisneau i uśmiechnął się, i zapalił papierosa, i spirala dymu zawładnęła przestrzenią niczym zaklinany wąż. Na chwilę utworzyła w powietrzu kobiecą postać, która zaraz się rozpłynęła. Zmęczony długim snem pies podniósł się, podrapał za uchem tylną łapą i zapomniał o tej łapie zawieszonej w powietrzu na dokładnie tyle cennego czasu, przez ile wpatrywał się w dal, w coś, co umykało człowiekowi. Odwrócił głowę i zobaczył za sobą otwarte drzwi, i miał psie przeczucie, do którego uśmiechnął się psim uśmiechem, tak delikatnym, że niedostrzegalnym. Następnie położył się o dwa metry dalej, gdzie trawa była wyższa i przez to być może chłodniejsza.

Dla Tomasa nie działo się nic nowego. Słów było niewiele, co wynikało z faktu, że większość czasu dzielił z kucharką, która nie lubiła pogaduszek i porozumiewała się uśmiechami i monosylabami, albo nie było ich wcale. Zaledwie raz na jakiś czas jechał do Jabuticabais, najbliższego miasta, na bardziej niż skromne zakupy. Poza tym zdarzały się tylko odwiedziny jego przyjaciółki Clarice. I odwiedziny u Clarice. Które służyły potwierdzeniu prawdy: nie działo się nic nowego. Trasa została pokonana i Tomás mógł teraz usiąść w cieniu, naprzeciw linii mety będącej jednocześnie linią startu, jak gdyby w ogóle się nie ruszył albo jakby zakreślił wielkie koło, 360 stopni. Została mu zatem jedynie obserwacja prędkości obrotu planety i nieuchwytnego następowania po sobie pór roku. Towarzystwo Clarice wpasowywało się w tę rzeczywistość w sposób naturalny, bezwiednie, bez puszenia się. Nie tworząc dysonansów wymagających odpowiedzi, cichej jak cała reszta. Jeśli spirala dymu rzeźbiła kobiecą postać, ta postać nie przypominała Clarice, zdecydowanie nie. A jednak, Tomás musiał to przyznać, być może jeszcze przywoływał tę drugą, mimo wszystko. Tę, którą miał ponownie spotkać następnego dnia.

Kobietę, którą pamięć zawsze ubierała w biel i w młodość.

Wiele lat wcześniej ta kobieta w bieli była po prostu Marią In?s. I dopiero co zasadziła drzewo pieniędzy w towarzystwie dalekiego kuzyna, który jeszcze był zaledwie Jo? o Miguelem. Dwoje kuzynów o podwójnych imionach - to było wszystko, co mieli ze sobą wspólnego.

Jeszcze nie kiełkuje, poskarżył się Jo?o Miguel, a Maria In?s wzruszyła tylko ramionami i powiedziała naprawdę strasznie jesteś niecierpliwy. Myślisz, że to tak działa? Że człowiek zasadzi nasionko, a ono od razu kiełkuje? Musisz czekać bardzo długo.

Jak długo?

Zależy. Dni, tygodnie.

Aż tyle?

Ona nie odpowiedziała. Przygładziła ziemię niemal z matczyną czułością, potem powiodła wzrokiem za motylem przelatującym nad malutką łączką aż do kamieniołomów i śmiało rzucającym się w otchłań.

Słuchaj no, nic nie mów mojemu ojcu, że tu byliśmy, to zabronione, powiedziała Maria In?s.

Zabronione?

Tak. On zabronił, bo to bardzo niebezpieczne.

Jo?o Miguela obleciał strach, ale jednocześnie było dla niego oczywiste, że drzewo pieniędzy, które właśnie zasadził z kuzynką, musi znajdować się w tajemnym miejscu. Trudno dostępnym. W miejscu zabronionym. Przez godzinę dzieci szły w górę wzgórza, mijając pastwisko i mały lasek na szczycie (jak resztki włosów na niemal doszczętnie łysej głowie), wystawiając się na kleszcze, aż do granic wielkich kamieniołomów, gdzie rodziny jaszczurek leżały znieruchomiałe w słońcu.

Ze szczytu, wychyleni ponad najwyższą skałą, mogli dojrzeć cały świat, albo przynajmniej to, co Marii In?s wydawało się całym światem, nakreślonym jej dziewięcioletnią głową.

Po jednej stronie rzeka, kawałek złocistego sznureczka, zwierzęta na pastwisku niczym miniaturki, dom i zagroda jak kolorowe zabaweczki z plastiku. A po drugiej stronie cisza i pustka podkreślone gwałtowną otchłanią: w dole, w domostwie opuszczonej Fazendy Tabebuj, kręciły się duchy, okrągłe ślimaki bardzo powoli kreśliły wzory na śpiących ścianach, a na dachu rosły soczyste rośliny. Farba na oknach powoli się łuszczyła, wszystko się starzało i z dnia na dzień stawało coraz bardziej tajemnicze. Bardziej bolesne. Jak inne rzeczywistości, które Maria In?s niebawem miała tak dobrze poznać.

Opowiadałam ci już o Fazendzie Tabebuj? zapytała Jo?o Miguela, a on skłamał, mówiąc nie, bo chciał jeszcze raz usłyszeć historię linczu.

Ona opowiedziała: mówią, że właściciel oszalał, bo przyłapał żonę z innym, wiesz, jak to jest. Poszedł do kuchni, złapał za nóż. Zdaje się, że był pijany, nie wiem, czy ktoś zrobiłby coś takiego, gdyby nie był pijany. Może był wariatem. Złapał za nóż i zabił żonę, swoją własną żonę! Wyobrażasz sobie? Pchnął ją siedemnaście razy. Kochankowi udało się uciec, wezwał policję, faceta aresztowano.

Maria In?s zrobiła przerwę, posmakowała ciszy na czubku języka i poczuła jej słodko-kwaśny smak, jak cukierków tamaryndowych. Potem mówiła dalej, kompetentna opowiadaczka historii, snując opowieść o tym, jak malutka społeczność Jabuticabais wściekła się, wzniosła się niczym fala, napadła na posterunek i zlinczowała zabójcę na środku ulicy, kijami i kamieniami, a później ogniem. Jego córka, zgorzkniała córka, która odziedziczyła te ziemie, musiała dojrzeć przed czasem, jak owoce w szklarni. Miała na imię Lindaflor, mała i dzielna Lindaflor, która w okolicy jest przywoływana jak mit. Niektórzy mówili, że była złotowłosa jak aniołek, inni zaklinali się, że miała włosy w kolorze żywego ognia i bardzo białą cerę albo że była śniada jak Indianka, o włosach grubych i gładkich. Czasem była skryta jak matka, a czasem porywcza jak ojciec, czasem była delikatna, a czasem szalona. Informacje na temat jej obecnego miejsca zamieszkania też były bardzo różne. Miała być u wujostwa we Friburgo. Z kuzynami w Rio de Janeiro. Miała się wyprowadzić za granicę, do Niemiec, gdzie poszła na służbę u pewnego małżeństwa muzyków, niemieckiego pianisty i brazylijskiej wiolonczelistki (nikt nie potrafiłby powiedzieć, skąd wzięła się ta hipoteza tyleż fantastyczna, ile nieprawdopodobna). Maria In?s nie była w stanie wyjaśnić tego u rodziców, bo - rzecz jasna - ta sprawa również była zabroniona.

Rzeczy zabronione nęciły ją w takim samym stopniu, w jakim osaczały Clarice, jej starszą siostrę, która niebawem miała skończyć trzynaście lat i była posłuszna jak wytresowany piesek, bo nie zbliżała się do wielkich kamieniołomów ani nie zadawała pytań na temat tragedii w Fazendzie Tabebuj. Rzeczy zabronionych.

Chcesz wiedzieć, co zrobię ze swoją częścią pieniędzy, zapytała Maria In?s kuzyna, odnosząc się do drzewa pieniędzy, w dniu, kiedy stanę się dorosła i będę miała pełno owoców-monet? Pojadę w podróż, powiedziała. Statkiem, do Europy.

W odpowiedzi Jo?o Miguela było pozorne oderwanie się, ale głęboki smutek sprawił, że spuścił oczy. Powiedział mój ojciec dużo podróżuje. Do Europy, statkiem i samolotem.

Zasadzenie drzewa pieniędzy, z monetą jako nasieniem, było pomysłem Marii In?s, naturalnie - pomysłowej Marii In?s, śmiałej, ciekawskiej. Spojrzała na kuzyna ze szczerym współczuciem. Kiedy Jo?o Miguel wspominał ojca i stawał się zachmurzony jak deszczowy poniedziałek, nachodziło ją to pragnienie chronienia go, biednego, porzuconego kuzyna, wzięcia go na ręce. Wiele podróżował, jego ojciec. Do Europy, do swoich rodzinnych Włoch. Samolotem. Z kochanką. Podczas gdy małżonka marniała zamknięta w szpitalu dla psychicznie chorych. Rzecz jasna wiedza o tych sprawach była w stu procentach zabroniona, ale Maria In?s miała swoje sposoby, żeby podsłuchać rozmowy dorosłych. Do Europy. Z kochanką. A jedyny syn pozostawał zapomniany przez trzy miesiące wakacji w gospodarstwie kuzynów, w interiorze stanu.

Biedny Jo?o Miguel, powiedziała Maria In?s, a jej słowa składały się w jednej trzeciej ze szczerości, w jednej trzeciej z ironii i w jednej trzeciej z obojętności. Delikatnie przesunęła palcami po nadgarstku, który jej kuzyn i mąż stłukł sobie, grając w tenisa, trzydzieści pięć lat po tym przedawnym i zapleśniałym niedzielnym poranku, kiedy to daleko stąd wspięli się na szczyt wzgórza i zbliżyli się do starych zakazanych kamieniołomów, żeby przyglądać się kiełkowaniu drzewa pieniędzy.

Po pieszczocie, delikatnej jak dotyk skrzydła owada, Maria In?s znowu włożyła okulary do czytania i bez zainteresowania zanurzyła się w gazecie. Powiedziała, że niedzielne wydania pełne są głupot i nigdy nie poruszają ważnych spraw. A Jo?o Miguel zauważył, że takie jest właśnie założenie, niedzielne wydania dla niedzielnych czytelników.

Maria In?s dalej przewracała strony, zatrzymywała się to tu, to tam, choć nie czuła się właściwie niedzielną czytelniczką. Przerzuciła chudy magazyn zapełniony plotkami o amerykańskich aktorach i aktorkach oraz bezpretensjonalnymi poradami na temat mody i makijażu. Wywiad. Ogłoszenie na temat reformy służby zdrowia. Nudny i pospolity felieton. Przerwała, żeby dopić ostatni łyk kawy, mocnej i gorzkiej jak we Włoszech. Nauczyła się tak bardzo lubić kawę podczas licznych podróży. Odstawiła białą filiżankę na biały spodek stojący na stoliku o szklanym blacie i o marmurowych nogach. Włoskim.

Było zbyt gorąco i poranek miał barwę niewzbudzającego zaufania błękitu. Intensywnego, ale porowatego, z nieskończonością przerw, skaz, niedopatrzeń. Nazbyt intensywny, jak błękit obrazu olejnego, jak sztuczny błękit powstały na palecie artysty - albo w słowach artysty.

Na ulicach Rio de Janeiro kobiety grube i bez kompleksów obnosiły się z niesamowicie krótkimi spodenkami, z których wystawały uda pokryte cellulitem, i koszulkami na ramiączkach, długimi i krótkimi, odsłaniającymi pulchne ramiona i brzuchy, a nad nimi kołysały się piersi jędrne albo sflaczałe. Kobiety bardzo dystyngowane, o cienkich brwiach, chodziły po trotuarach z ramiączkami staników odsłoniętymi przez dekolty bluzek. Na czole, na skroniach i na ustach wysmarowanych czerwoną szminką tysiące kropel potu opierało się batystowym chusteczkom. Mężczyźni ściągali koszulki, żeby pokazać zasiedziałe i zbyt opalone brzuchy. Zresztą wszyscy byli za bardzo opaleni, twarze jak pomidory, żałosne białe paski po ramiączkach kostiumów kąpielowych ozdabiały plecy, skóra po zbyt silnym słońcu schodziła płatami jak papier, usta nabrzmiałe jak dojrzałe owoce.

Upał panował wszędzie i na nic zdawało się poszukiwanie fałszywego poczucia ulgi w oceanie, bo słońce paliło nawet wtedy, gdy zimna słona woda kazała sądzić, że daje jakąś ulgę. Przeciwnie, sól wzmagała oparzenia skóry. Skwar był w piasku, na chodnikach, w witrynach sklepów, w asfalcie, w drzewach, wszędzie, w powietrzu, w ścianach, w psach o otwartych pyskach i ociekających jęzorach, w papajach leżących na stole, odbity jako dodatkowy odcień w zdradliwym błękicie nieba.

W wielkim salonie Marii In?s i Jo?o Miguela Azzopardich znajdował się jednak środek uśmierzający pod postacią klimatyzacji-o-dwudziestu-trzech-tysiącach-BTU. Mieszkanie na Alto Leblon było akwarium i w jego schłodzonych wodach unosiły się tajemnicze rybki, wiele rybek oczywistych, ale więcej nienazwanych.

Dekoratorka zasugerowała te wszystkie biele. Białą kanapę, białe ściany, białe fotele. Białe idee i białe nieprawdy. Dużo białego marmuru. Trochę polerowanej stali, jak ta obu krzeseł. Trochę drewna agonandry na półki. Bezkresny, aseptyczny świat fantazji. Pieniądze, które kupiły to wszystko, nie rosły na drzewie zasadzonym trzydzieści pięć lat wcześniej w okolicy zabronionych kamieniołomów. Pochodziły z interesów vecchio Azzopardiego, Azzopardiego ojca, tak naturalnie kontynuowanych przez Azzopardiego syna, Jo?o Miguela. W tym roku, jak we wszystkie inne, vecchio będzie przyjmował gości w willi w swojej rodzinnej Toskanii, gdzie się przeniósł po przejściu na emeryturę w wieku siedemdziesięciu lat. Pełen witalności i gotowy pić chianti, i mieć coraz to młodsze narzeczone.

Samolot Jo?o Miguela wylatywał nocą. Najpierw miał się przesiąść w Cortina d'Ampezzo.

Eduarda zdecydowała się towarzyszyć matce w jakże innej podróży, podróży do miejsca, gdzie odwiedzi ciocię Clarice, w interiorze stanu, dokąd turyści przenigdy nie kierują swoich kroków. I gdzie wiele tajemnic oddycha w świetle dnia, czego miała się dowiedzieć.

Zgodnie z protokołem Maria In?s odprowadziła Jo?o Miguela. Ze swoim długim ciałem, którego niedoskonałości znakomicie maskowała dobrze dobranymi ubraniami, z twarzą, która nauczyła się uśmiechać w odpowiedni sposób, ze swoją obecnością wyperfumowaną i konkretną, nigdy przytłaczającą, nigdy niedostrzegalną, rzeczami będącymi jak gramatyka nowego języka przyswojonego z taką biegłością, że niemal gasił wspomnienie języka pierwotnego.

Skrywały się w niej jednak jeszcze emocje, które można było wyrazić jedynie przy zastosowaniu dawnego słownictwa, jej nieokrzesanego słownictwa niegrzecznej dziewczyny. Dziewczyny, która uwielbiała łamać zasady, więc w końcu zdecydowała się wybrać wieś zamiast willi papy Azzopardiego. Swoje życie zamiast jego życia. Również swoje własne tajemnice. Swoje własne dobrowolne zesłanie. Swoje bagno, gdzie być może krążą jeszcze pokiereszowane potwory, mimo upływu wielu lat.

Złożyła gazetę na cztery równe części, ściągnęła okulary do czytania. I wydała dyspozycje, żeby Jo? o Miguel zrobił sobie okład z lodu i zażył środek przeciwzapalny.

Wszedł do sprzedaży nowy lek, który nie drażni żołądka.

Jo?o Miguel odpowiedział milczeniem, tylko machnął ręką. Zupełnie nie uważał opinii medycznych Marii In?s za wiarygodne, mimo jej dyplomu. Ona o tym wiedziała, więc wzruszyła ramionami i powiedziała jeśli będzie bardzo bolało, wezwij Vargasa. On jest specjalistą. Telefon jest w moim notesie.

Wstała i powoli przeszła przez salon.

Idę się wykąpać, powiedziała, zostawiając za sobą zapach perfum, czując pod stopami chłód posadzki.

Łazienka nie była chłodzona, więc tam można było się pocić. Maria In?s spojrzała na ogród ozdobny w miniaturze, rosnący po drugiej stronie kabiny. Miniaturowy ogródek w łazience. Z roślinami o skórzastych liściach, obsypanymi drobniutkimi kwiatkami. Gdyby Eduarda była jeszcze dzieckiem, mogłaby się tam bawić lalkami. Swoimi Barbie. Ale Eduarda była już niemal dorosła, a poza tym anty-Barbie. Lalki ze Słonecznego patrolu, mówiła. Jak kiedyś będę miała córkę, będę jej dawać lalki z gałganków do zabawy (kiedy była piętnasto-, szesnastolatką, mogło się to przerodzić w całe płomienne przemówienie o odrzuceniu kulturowego imperializmu Stanów Zjednoczonych i całej reszcie).

Maria In?s zaczęła się rozbierać przed lustrem. Automatycznie. Nie miała żadnego zamiaru przyglądać się własnej nagości, tak znajomej. Jej ciało było całkowicie zaakceptowane. Do ściągnięcia koszulki potrzebowała jednego ruchu i znowu stanęła twarzą w twarz z tą wewnętrzną i oklepaną prawdą, jej ciało w niczym nie przypominało Barbie ani innych powszechnie uznanych piękności, klasycznych krzywizn w kategoriach sprzedawalności, tymczasowo ostatecznych. Jej biodra były nieco za szerokie, a brzuch daleki od tego, żeby uznać go za płaski jak deska. Piersi dziewczynki, które wykarmiły córkę, dalej były piersiami dziewczynki, małe i delikatne. Przechowywała bliznę po ciężkim ataku wyrostka robaczkowego zoperowanego przed pięcioma laty. Po ściągnięciu majtek można było jeszcze dostrzec ślad po cesarce, tę małą bliznę, krzywą i różową, o około dziesięciu centymetrach długości.

Otworzyła szafkę i wyciągnęła niebieską tubkę: Lancôme, Paris. Gommage pur. Gelée exfoliante. Activation et lissage (Exfoliating gel. Stimulation - smoothness). Soin du corps. Vitalité. Douceur. Nie wiedziała dokładnie, skąd to się wzięło, ale ładnie pachniało i miało przyjemną konsystencję, nieco szorstką, delikatnie szorstką. I było niebieskie, jej gelée exfoliante, o błękicie tak zdradliwym jak ten grudniowego nieba, ciążącego nad Rio de Janeiro nieomal jak przekleństwo.

Ciemne, lekko skośne oczy Marii In?s spotkały się i powieliły w lustrze. Podeszła nieco bliżej do odbicia i pęsetą wyrwała włosy odstające z brwi, oryginalnie grubych, ale obecnie znakomicie wymodelowanych. Pomyślała o Jo? o Miguelu i jego stłuczonym nadgarstku, później spróbowała zapomnieć o nich obojgu. Nie jest dobrze nierozwagą wątpliwości odwiedzać decyzje podjęte tak dawno temu. Jo?o Miguel wydawał się spokojny, Maria In?s wydawała się spokojna. Lata nakładały osady i wygładzały śmiałość. Maria In?s nie czuła już bólu, gdy pewnie chwytała włos pęsetą i wyrywała go z korzeniem, jej skóra się przyzwyczaiła.

Zanurzyła małe stopy w wannie, najpierw prawą, potem lewą, odwrócone narodziny - brakowało kleszczy, którymi została wyrwana z łona matki. Przypływ wzbierał, aż dotarł jej do szyi, a woda była przyjemnie neutralna. Chłodna, co także było dobre, bo w tej łazience, w tym mieście, o tej porze roku można było się pocić. Bardzo. Nagi kark oparł się o krawędź. Maria In?s zamknęła oczy i odetchnęła głęboko, i przez chwilę wierzyła, że być może się uda.

Teraz Clarice nie miała już siniaków, ale same blizny. Wypalone na skórze sekrety. Bez zainteresowania obserwowała nowego pick-upa, którego Ilton Xavier (jej Ilton Xavier) kupił przed kilkoma tygodniami i który toczył się po drodze, zostawiając za sobą chmurę kurzu jak myśl - wątpliwość, resztkę pytania zapomnianego w przeszłości. Clarice poznała piekło, ale w końcu oswoiła czas i utraciła strach. Oczywiście, że Ilton Xavier przestał być jej już dawno temu, ale niektóre przyzwyczajenia trwały, jak ten zaimek dzierżawczy, którego używała nieświadomie, mój Ilton Xavier. Nie był to poważny błąd.

Wychylała się przez okno w salonie, patrząc, jak życie upływa w to nieruchome popołudnie - tę wiedzę nabyła, kończąc czterdzieści osiem lat, które właśnie miała (o cztery więcej niż jej siostra Maria In?s): czas jest nieruchomy, to istoty przemijają. Zanotowała to w zeszycie, tytułem wyznania, nie zaprzątając sobie szczególnie głowy tym, że zapiski w notesikach są, albo przynajmniej były, domeną jej siostry. To bez znaczenia. Po tylu latach i po wszystkich historiach trwających dłużej niż dekady i wieki sprawy były bardzo względne. Bez silnej przynależności, jak w przypadku Iltona Xaviera. Nawet same zapiski w zeszycikach były w gruncie rzeczy głupawe.

Czterdzieści osiem. I grube blizny na nagich nadgarstkach. Clarice przesunęła oczami po pustych polach (nie było tego tak wiele), dawniej należących do jej ojca Afonsa Olimpia, a które ona sprzedała bez żalu, zachowując jedynie tę wysepkę z domem i obejściem, gdzie mieszkała. Widziała dawny dom kolonów, gdzie teraz Tomás, dawny kochanek jej siostry, mieszkał i malował wyzbyte ambicji obrazy - pejzaże pozbawione jakiejkolwiek iskry. Martwe martwe natury.

Abstrakcje bez sensu i bez pragnienia wydobycia tego sensu. Matowe obrazy. Tomás zdawał się poszukiwać mierności z tą samą zaciętością, z jaką dziesięciolecia temu gnał za wyższym talentem przeznaczonym do odkrycia przez ludzkość. Odwrócił wszystko do góry nogami, żeby zdołać przeżyć utratę kobiety. I brak tego, co ona wypruła z niego i zabrała ze sobą.

Ta kobieta to, rzecz jasna, Maria In?s. W historii równoległej.

Clarice zobaczyła też płoty porośnięte jemiołą i inne, trochę dalej, świeżo pomalowane na biało, dobrze utrzymane. Widziała woły stojące na pastwisku, niemal wszystkie zebrane w cieniu ogromnego mangowca, bez pośpiechu mielące szczękami i przeganiające muchy ogonami. Potem odwróciła się plecami do okna i zobaczyła jej fotografię, Otacilii, swojej matki (która nie zostawiła jej genetycznej schedy morskiego lazuru).

Któregoś dnia zapomnienie. Któregoś dnia przyszłość.

Któregoś dnia śmierć. Clarice znowu poczuła czubkami kciuków swoje bliźniacze blizny, po jednej na każdym nadgarstku. I uśmiechnęła się, bezwiednie i smutno, uśmiechem bez tajemnic, na myśl, że w zasadzie przeżyła samą siebie.

Na palcu serdecznym lewej ręki nie było obrączki. Tej, na której kiedyś, bardzo dawno, wygrawerowano imiona Ilton Xavier, została sprzedana kilka lat temu. Sprzedana i wciągnięta nosem w formie kokainy. Rany po nożu introligatorskim były głębokie, zostawiły grube blizny, zwykle Clarice chowała je pod bransoletkami i paskiem zegarka, w tych rzadkich chwilach, kiedy pojawiała się publicznie. W tej chwili nie było to konieczne, była też boso, miała na sobie starą bluzę Hering, białą, szeroką, długą i wybrudzoną gliną, a grube włosy związała w rozpadający się kok. To była Clarice bez udawania.

Tak samo jak meble w salonie przetrwały tyle ataków czasu - czas jest nieruchomy, to istoty (i przedmioty, i słowa) przemijają. Tapicerka w kolorze musztardowym wielkiego rozkładanego fotela była poprzecierana w kilku miejscach, dokładnie tak jak pamięć Clarice, która krążyła po okresie, kiedy siadywała w tym fotelu po obiedzie, w sercu gorącego i suchego popołudnia, i zasypiała bez strachu. Kiedy w jej życiu jeszcze pulsowały szczere nadzieje, zanim to wszystko nastąpiło. Przed niemym kominkiem leżały polana, pomiędzy którymi małe pajączki tkały swoje pajęczyny. Pogrzebacz całkowicie pokrył się rdzą. Dywan był wypłowiały, ale czysty. I jedynie portret Otacilii nieco pożółkł. Portret, który umywał ręce wobec historii. Ciągle wisiał na tym samym gwoździu i Clarice nie przychodziło do głowy, że mogłaby go ściągnąć, nie przychodził jej do głowy żaden sposób zachowania nakierowany bezpośrednio na pamięć matki, nie miała prawa, bo Otacília była jej niemal obca. Na stole pośrodku leżał egzemplarz Śmierci w Wenecji Thomasa Manna. Lektura zdecydowanie zabroniona przez Otacilię i Afonsa Olimpia, profanująca teraz to, co jeszcze mogło tam pozostać z ich woli. Jakby poprawiając to uchybienie, oratorium ciągle otwierało swoje lekkie drewniane drzwiczki i jeszcze zawierało obrazek Matki Boskiej z Dzieciątkiem na ręku. W wazoniku ze steatytu (kupionym w Ouro Preto, w Minas Gerais, skąd pochodził Afonso Olímpio) stały suche, kolorowe kwiatki, mające pospolity zapach rzeczy bez znaczenia.

Trzy z czterech pokojów zamilkły i stały zamknięte. Były zaledwie możliwościami albo niemal możliwościami, były wszystkim tym, czym nie były i nigdy się nie staną. Raz w tygodniu otwierano okna i światło słońca rysowało podłogę w niewinnej pieszczocie. Trzy pokoje były zamiatane i przecierane na mokro, meble smarowane olejem, jaszczurki i pająki chowały się w szparach, w oczekiwaniu, aż skończy się ruch. I ruch kończył się, bez wątpienia.

Ostatnim pokojem był ten, który zajmowała Clarice, ten sam, który zajmowała przed wiecznością i z którego nigdy nie zdołała uciec. Dlaczego tego nie przyznać? Teraz, kiedy ich rodzice byli zaledwie imionami wypisanymi na grobach na małym cmentarzu w Jabuticabais i kiedy większość ziemi została sprzedana, i kiedy ciepławy powiew opuszczenia opanował wszystkie szczeliny w budynkach obejścia - pusta zagroda, spichlerze puste, zbiorniki, garaż traktora, zepsuty silnik traktora i jego zardzewiała karoseria - teraz Clarice mogła przyznać, że nigdy nie zrobiła żadnego kroku. Pokonanie strachu nie było synonimem ruchu (odwagi ruchu albo naturalności ruchu). Było raczej jak biała kartka, na której nie chce się zapisać żadne słowo.

Pogrzebała popołudnie długim westchnieniem, któremu towarzyszyły pierwsze nietoperze, latające i gwiżdżące pomiędzy drzewami. Przerwała w połowie myśl, która zaczynała przekształcać się w pragnienie i proponowała jej butelkę wina do kolacji - nie miała alkoholu, a poza tym było bardzo gorąco. Oczywiście było bardzo gorąco, dlatego miała zamiar przygotować kanapkę z zimnym kotletem i kilkoma plasterkami pomidora, i liściem sałaty, a potem udawać, że czyta Śmierć w Wenecji, podczas gdy elektrostatyka przepełniała powietrze posmakiem preludium deszczu. W wielkich kamieniołomach na szczycie najbliższego wzgórza późny motyl rozłożył wielokolorowe skrzydła i rzucił się w otchłań.

Śmierć w Wenecji była książką zabronioną. Przez nią - Otacilię. Clarice musiała odczekać tyle czasu, żeby w końcu móc towarzyszyć Gustavowi von Aschenbachowi zostawiającemu swą rezydencję przy Prinzregentenstrasse w Monachium, żeby wyjść na spacer w pierwszych dniach maja roku, którego dokładnie, nie podano (19... zaraz w pierwszej linijce). Tyle czasu: całe życie. Przez całe życie próbowała zadowolić Otacilię, żeby zasłużyć na jej matczyną miłość, której w końcu nigdy nie zaznała. Jako dziecko pilnie jej słuchała i szanowała ją. Zdarzało się nawet, że pragnęła posiąść umiejętność czytania w sercach i umysłach, żeby wyprzedzić Otacilię, wyprzedzić jej pragnienia i oczekiwania. Ale wyglądało na to, że nic nie jest w stanie ucieszyć Otacilii, wydawało się, że nic jej nie mobilizuje, ani zawzięte przystosowywanie się Clarice, ani żywa niesubordynacja Marii In?s, ani pozornie poprawna uczynność Afonsa Olimpia z tym jego przejrzystym s akcentu z Minas Gerais oraz zapachem dymu, który pochłaniał w milczeniu, popołudniami. Kilka lat wystarczyło, żeby przyciemnić Otacilię, żeby zachmurzyć jej oczy w kolorze morskiej wody i zapłodnić je burzą, żeby uczynić ją podobną do zimnego i bezsennego poranka. Jej humor ciemniał z każdym dniem i Clarice nie znajdowała sposobu, żeby przestać się czuć przynajmniej choć trochę winna. Była pewna, że mama jej nie kocha. Może dlatego, że ona coś zrobiła? Coś bardzo złego i godnego potępienia, czego nawet nie pamięta? W swoich pierwszych latach życia, a może nawet miesiącach? To oczywiste, że te domysły pojawiły się bardzo wcześnie. W czasach, kiedy to, co oczywiste, jeszcze nie było oczywiste i czaiło się w ukryciu za drzwiami jak drapieżnik. Zanim, na długo zanim to wszystko się wydarzyło.

Clarice odłożyła książkę, którą udawała, że czyta. Nie zadała sobie trudu, żeby zaznaczyć stronę, bo musiała zacząć czytać wszystko od początku, znowu Gustav von Aschenbach na Prinzregentenstrasse (w 19...). Uniosła wzrok na fotografię Otacilii w sukni panny młodej i dostrzegła malutkiego mola, który się tam wlókł, nieobecny.

Teraz nie było już reprodukcji obrazu Whistlera w żadnej spośród niewielu książek Tomasa. Dziewczyna w bieli - albo: Symfonia w bieli nr 1. Poezja wzroku. Pośród tylu wałęsań się po opłotkach życia było oczywiste, że dobra materialne zostaną porzucone to tu, to tam, jak kawałki martwej skóry. Pozostałą niewielką resztę Tomás sprzedał, żeby kupić ten nieśmiały kawałek ziemi, gdzie smutna chatka prosiła o wybaczenie, że istnieje, gdzie perliczki powtarzały swój refren, gdzie Jorgina, kucharka, gotowała zbyt lurowatą i za słodką kawę, gdzie pies bez imienia i bez właściciela śnił swoje nieuchwytne sny i pochłaniał jedzenie zawsze tak, jakby był ledwo żywy z głodu, a później miał wzdęty brzuch. Książki znikły niemal wszystkie, wraz z większością ambicji. Teraz Tomás chciał jedynie życia płynnego jak rzeka bez wodospadów.

Czekał. Tak jak Clarice, będąca jego sąsiadką, której dom mógł dostrzec przed sobą w świetle zmierzchu, pomiędzy sosnami i pięćdziesięcioletnimi eukaliptusami. Nadchodząca noc mogła się okazać najdłuższą w historii.

Wyglądało na to, że pies już zakończył swój dzień i powlókł się na pół pijany, żeby dalej spać na dywanie w salonie. Na styczniowym niebie zaczynał się wyłaniać nieprzeliczony gąszcz gwiazd. Można je było odróżnić na porowatym pasie Drogi Mlecznej, falujące w nocy tak innej od miejskiej, w której bledły i były przyćmiewane innymi światłami. Może jednak w końcu nie będzie padać, chociaż popołudnie odeszło pełne nadziei. Z kuchni dochodziły do Tomasa dźwięki i zapach smażeniny. Przed jego nogami żywy-martwy motyl rzucał się beznadziejnie, podczas gdy żałobny kondukt wygłodniałych czarnych mrówek wlókł go po ziemi wraz z resztą jego życia.

Na jakich drogach rozwidlały się przeznaczenia? Ileż fantazji utkanych dbale z filigranów zostało porzuconych? Ile niespodzianek puchło jak cienie za każdym postawionym krokiem?

W wieku jego odległych dwudziestu lat wszystko było całkiem inne. A tymczasem być może poprawniej byłoby powiedzieć, że czas już był brzemienny we wszystkie późniejsze wydarzenia. Pewnego dnia policjanci wpadli do malutkiego mieszkania we Flamengo, które rodzice Tomasa kupili zaledwie dwa miesiące wcześniej. W poszukiwaniu wywrotowych książek. Nie było ich już, zostały podarte i, zgodnie ze zwyczajem, wrzucone do latryny. Pewnej przerażającej nocy Tomás zobaczył, jak samolot wzbija się w powietrze i wywozi jego rodziców na wygnanie. Pewnego poranka Tomás obudził się i zdał sobie sprawę, że ma dwadzieścia lat i że jest sam. Sam, w każdym znaczeniu tego słowa. Odległego poranka. Miał dwadzieścia lat i przynajmniej ze dwadzieścia wyborów przed sobą, dlatego uśmiechnął się, ujrzawszy tę dziewczynę na balkonie w kamienicy naprzeciwko. Była ubrana na biało i miała rozpuszczone włosy, jakby była cudem. Długie włosy, grube i ciemne, bardzo falujące. Nie mogła być inna: Dziewczyna w bieli. Symfonia w bieli Whistlera. Poezja obrazu.

Tomás miał ambitne szkicowniki porozrzucane po mieszkaniu we Flamengo, które teraz zajmował sam. Malował coraz większe płótna. Powietrze przesycał zapach farby, oleju i akryli. Na stole o czterech miejscach walały się ołówki, węgiel, pastele, słoiczki z gwaszem i tuszem, pędzle. Wcześniej było to miejsce zarówno codziennych posiłków, jak napuszonych i płomiennych tajnych zebrań Partii. Ojciec Tomasa był dziennikarzem. Jego mama studentką prawa i przewodniczącą zrzeszenia studentów Papieskiego Uniwersytetu Katolickiego. Mieli pseudonimy ze Starego Testamentu, ona była Estera, a on Salomon.

W snach Tomasa pojawiała się cała seria muzeów, których nigdy nie odwiedził, i ekskluzywnych galerii sztuki, i biennale, i wystaw, panoram, retrospektyw, po których jego zdrowa ciekawość, dziecięca, z zachwytem by spacerowała. Jednakże talent Tomasa kręcił się w kółko, skołowany, niezbyt produktywny albo produktywny dla innych, w sposób chaotyczny i niestały. Jakby możliwości miały przedstawić się wszystkie za jednym razem i jakby chwila obecna była ostatnią. Jednocześnie jakby żadne przynaglenie nie mogło zostać narzucone snowi niedzielnego poranka albo intensywnemu paleniu słońca na jego skórze. Bez granicy, porządku czy kontynentu, talent Tomasa rozprzestrzeniał się i nierzadko gubił się albo obijał po kątach mieszkania jak owad zagubiony w ciemności. Chwile dyscypliny zdawały się ograniczać do niewielu prywatnych lekcji, których udzielał, by nie musieć poszukiwać pracy (którą zresztą trudno byłoby mu znaleźć, bo był persona non grata, z powodu rodziców).

Niemal zupełnie przypadkiem odkrył dziewczynę z kamienicy naprzeciwko. Wystarczyło na nią spojrzeć, żeby zaraz pomyśleć o obrazie Whistlera, malarza, który często łączył kolor i muzykę w tytułach swoich dzieł. Nokturn w czerni i złocie, Nokturn w błękicie i zieleni, Harmonia we fiolecie i żółci, Symfonia w bieli. Patrząc na nią, patrząc na tę dziewczynę, Tomás od razu pomyślał o zrobieniu płótna d'apr?s Whistler, inspirując się jego Symfonią w bieli. Nie przyszło mu jednak do głowy, że w wieku dwudziestu lat nie był jeszcze w stanie odseparować sztuki od miłości, miłości od namiętności. Był skazany na zakochanie się bez pamięci w dziewczynie w bieli.

Następne dziesięciolecia wyjawiły mu wszystkie jego żałosne pomyłki. Teraz nie miał już żadnej książki, w której mógłby znaleźć reprodukcję tego obrazu Whistlera. W której mógłby go zobaczyć i wskrzesić to samo żałosne poczucie niemocy. Powiedział za mało słów, za mało zrobił, ale to wszystko, tak jak Whistler i jak przyszli bohaterowie, udawało, że pogrążyło się w zapomnieniu.

Teraz Tomás pamiętał, mimo że jego pamięć była wyświechtana i można było patrzeć przez nią jak przez bardzo zużytą ścierkę. I nie mógł nie pamiętać. Nadchodząca noc miała cechy intensywnej ciszy zwiastującej burzę. Najdłuższa noc w historii. Wcześniej, w wieku dwudziestu lat, Tomás upijał się rumem z coca-colą i spał przez dziesięć, dwanaście godzin z rzędu. Dzisiaj musiał się skonfrontować z bezsennością.

Clarice też czekała, choć z innych powodów. Minęła dziewiąta, kiedy włożyła dżinsy pod szeroką bluzę, brudną od gliny, włożyła klapki i weszła w niemal kompletną ciemność drogi prowadzącej do domu Tomasa.

Wiele lat wcześniej dom, w którym teraz mieszkał, stanowił część majątku Afonsa Olimpia i Otacilii: dom kolonów, surowy, poza tym zbyt mało ważny, żeby zasługiwać na estetyczną uwagę, ze ślepą kuchnią i werandą z tą samą czerwoną betonową podłogą co w malutkim salonie, w jedynym pokoju i w kuchni. Ta ostatnia, jeśli porównać ją z resztą, była wcześniej pomieszczeniem, w którym spożywano posiłki, przyjmowano gości, odganiano zimowy chłód przy piecu. Kiedyś, kiedy nie było elektryczności, ale świeczki i lampy, w których płomieniach ginęły owady. Dzisiaj żarówki cyklopy wisiały nagie u sufitu, bez pretensjonalnej ozdoby żyrandoli i abażurów, z wystawionymi na widok publiczny kablami jak wnętrzności zwisające z betonu.

Nie jesteś zajęty? zapytała Clarice, popychając drzwi, które zawsze były zaledwie przymknięte.

Przestała udawać przed Tomasem i dlatego jej nadgarstki z bliznami, jak również wąskie usta, poważne, były widoczne, bez wstydu. Kilka kosmyków kręconych włosów spływało na uszy z ledwo trzymającego się koka. Nie miała kolczyków. Jej skóra nie była, nigdy nie była, blada jak skóra Marii In?s, nawet jeśli miesiącami nie wychodziła na słońce.

Nie malujesz? powtórzyła pytanie, mimo wcześniejszego zaprzeczenia Tomasa.

Nie dzisiaj, powiedział, i ona zrozumiała. Trochę nieśmiało zapytała nie masz nic do picia? Piwa albo choćby wódki?

Myślałem, że przestałaś, odpowiedział, chociaż w jego głosie nie było krytyki.

To prawda, przestałam. Ale dzisiaj, sam rozumiesz.

Tomás przytaknął głową, ale odpowiedział, że nie, od dawna nie był w mieście na zakupach i ostatnią butelkę brazylijskiej wódki, tej, po której nie bolała głowa następnego dnia, dopił dzień wcześniej.

Clarice trąciła nogą krawędź dywanu i powiedziała to szkoda.

Mogę dać ci kawy albo możemy zebrać kilka pomarańczy i zrobić sok.

Sok pomarańczowy z wódką, to by było ekstra, powiedziała Clarice, uśmiechając się. High life. Przypomina mi to imprezy sprzed wielu lat.

Słaba żarówka usiłowała oświetlić werandę. Wszystko inne na zewnątrz domu spowijała ciemność, ale Tomás i Clarice byli przyzwyczajeni do ciemności. Pies towarzyszył im do drzwi. Jego nieskończone lenistwo nie pozwoliło mu iść dalej, ominąć klatki królików i prowizorycznego kurnika przykrytego strzechą, przebiec kilku stopni wyciosanych w ziemi i podbiec do małego sadu, gdzie rosły drzewa pomarańczowe, cytrynowiec, mapigia, papaja i niezawodne gujawy. Zatopione w nocy drzewa były jak wielkie na wpół uśpione duchy, kołyszące się w magicznym ruchu, który być może został wywołany słabym wiatrem, a może rodził się w ich wnętrzu. Kto to może wiedzieć? Prawdopodobnie drzewa miały własną wolę, a może noc przydawała im jakichś specjalnych zdolności. Pośród konarów roiły się robaczki świętojańskie, a daleko za nimi niezliczone gwiazdy. (W którymś miejscu jakiś ojciec może pokaże spadające gwiazdy dziecku, zobacz, Marku. Zobacz, Flávio. Może).

Clarice i Tomás zebrali cztery dojrzałe pomarańcze. Kiedy ona była zaledwie nieśmiałą i posłuszną dziewczynką, przed Rio de Janeiro, przed Iltonem Xavierem, przed bliznami na nadgarstkach, kiedy ten dom kolonów nawet nie śnił o Tomasie, Clarice i jej siostra wspinały się na gujawy, żeby napychać sobie brzuchy dojrzałymi owocami, którymi często też obżerały się robaki.

Wyobraziłaś już sobie, ile człowiek niechcący zjadł robaków? zagadnęła Maria In?s któregoś dnia. Clarice skrzywiła się z obrzydzenia i gwałtownie odrzuciła tę sugestię: zawsze uważamy.

Nigdy dość uwagi. Założę się, że na pewno już połknęłyśmy mnóstwo robaków gujawy. Już to sobie wyobraziłaś, Clarice? Kawałek robaka, głowę, tyłek, taki miękki i biały.

Maria In?s znajdowała niezdrową przyjemność we wszystkim, co mogło ją obrzydzać, szokować, przerażać, odrzucać. Kiedy kuzyn Jo?o Miguel przyjeżdżał na wakacje, ona zawsze witała go z ropuchą albo żukiem w rękach, ale to był chyba jej sposób na wyrażanie miłości, bo tak naprawdę opiekowała się też kuzynem Jo?o Miguelem i mimo że była młodsza, chroniła go przed wszystkim i wszystkimi z tą swoją niemal arogancką odwagą.

Clarice nic nie wiedziała o obrazie Whistlera. Nawet go nie znała. Starała się poczuć smak wódki, gdy piła sok pomarańczowy, siedząc na podłodze w salonie Tomasa, oparta plecami o dwuosobową kanapę, którą Cândido uratował kilka lat wcześniej, bo już wtedy była zbyt stara.

Mając na myśli Cândida, Clarice zapytała jak się miewa ten typ, co kupuje twoje obrazy, właściciel galerii?

Dalej interesuje się twoimi pracami, odpowiedział Tomás i głową wskazał kobiecy tułów wyrzeźbiony w marmurze przez Clarice, który samodzielnie zajmował półkę wiszącą na ścianie. Nie miał nóg ani rąk, ani głowy. Ciało chyliło się na bok, lekko do tyłu, ramiona były otwarte. Ta niekompletna kobieta wyciągała nieistniejące ramiona, żeby przygarnąć, co? Jaki dar? Jaką karę? Na nierównej skórze, celowo surowej, znać było jeszcze ślady dłuta. Jakby to małe dzieło miało być niedokończone. Albo dwuznaczne. Pół rzeźba, pół bezkształtna skała. W połowie kobieta, w połowie przeczucie. W połowie rzeczywista, w połowie nierealna. Gdyby miała oczy, być może płynęłyby z nich łzy. Ponieważ ich nie miała, łzy emanowały z całego ciała jak zapach albo duch. Cała rzeźba niemal płakała. Może to był autoportret, który ocierając się o niewidzialne, przywodził na myśl niebezpieczeństwo.

Clarice spoważniała i spojrzała na własne nogi, teraz bose: małe, niezadbane. Pomyślała: nogi dawnej Marii In?s. Dzisiaj bez wątpienia jej siostra miała stopy wysmarowane kremem, paznokcie zrobione, jedwabne skarpetki i drogie modne buty kupione w butikach Leblon, kto wie, może w butikach Florencji. Odciski, nie ma mowy. Ale to też było bez znaczenia, było to tylko kolejne uprzedzenie. Clarice beznamiętnie przyjrzała się rzeźbie, którą ofiarowała Tomasowi w prezencie. I powiedziała chyba chwilowo nie chcę się z nikim wiązać.

W sumie żadne z nich w ogóle o tym nie myślało. Główną sprawą była ona, Maria In?s.

Zawsze ona, ciążąca znacznie bardziej jako nieobecna. Teraz, kiedy miała przyjechać, pojawić się tu nazajutrz, stawała się swego rodzaju przesadą, przesadą samej siebie. Być może zadziwiała, bo skoro miała pojawić się osobiście, miała zstąpić z otchłani idei, groziło jej niebezpieczeństwo demitologizacji. Albo naprawdę miało zaboleć. Rozmowa Clarice i Tomasa krążyła wokół tematu Marii In?s, ona zawsze znajdowała się w odległości jednego, najwyżej dwóch prostych skojarzeń, ale nigdy jej nie nazwali imieniem. Było to oczywiste niczym strach, ale oddalało się jak prawda.

Ciąg dalszy w wersji pełnej