Symfonia śmierci - Jørgen Jæger

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Była noc z dzie­więt­na­stego na dwu­dzie­sty czerwca, za­czy­nała się cie­pła i po­zor­nie cał­kiem zwy­czajna środa w Fjel­l­ber­ghavn.

Dla Pera Hoffa, po­dob­nie jak dla więk­szo­ści pro­wa­dzą­cych dzia­łal­ność go­spo­dar­czą w tym ma­łym nad­mor­skim mia­steczku, na let­nie mie­siące przy­pa­dał szczyt se­zonu. Liczba miesz­kań­ców za­zwy­czaj się wtedy po­dwa­jała, a stru­mień za­moż­nych zgłod­nia­łych tu­ry­stów pły­nął z Borgu i in­nych oko­licz­nych miast do dom­ków let­ni­sko­wych po­ło­żo­nych przy słyn­nych na­brzeż­nych pro­me­na­dach Fjel­l­ber­ghavn. So­lidni stali miesz­kańcy otrzą­sali się z resz­tek le­ni­wego zi­mo­wego snu.

Per Hoff za­mknął swój uliczny ba­rek koło pół­nocy. Dzienny utarg, z któ­rego był bar­dziej niż za­do­wo­lony, za­niósł do noc­nego sejfu w Banku Oszczęd­no­ścio­wym, po­ło­żo­nym nieco da­lej przy tej sa­mej ulicy, i po­ma­sze­ro­wał nie­spełna czte­ry­sta me­trów do swo­jego nie­wiel­kiego pię­tro­wego drew­nia­nego domu sto­ją­cego przy Ha­vne­gata, nie­mal tuż przy rynku i por­cie. Po dłu­gim pra­co­wi­tym dniu Per czuł się zmę­czony i cie­szył się, że już nie­długo wsu­nie się pod koł­drę i bę­dzie mógł za­snąć. Aku­rat bar­dzo mu od­po­wia­dało, że tego dnia nie czeka na niego nikt spra­gniony to­wa­rzy­stwa, kto do­ma­gałby się jego uwagi. By­cie za­twar­dzia­łym ka­wa­le­rem miało zda­niem Pera swoje do­bre strony. Sa­mot­ność bez wąt­pie­nia na­le­żało za­pi­sać po stro­nie mi­nu­sów, po­dob­nie jak brak dziecka - ko­goś, kto po­dą­żyłby jego ścieżką i po­niósł da­lej jego geny - lecz wol­ność po stro­nie plu­sów była nie do prze­ce­nie­nia. Poza tym mi­łego to­wa­rzy­stwa do­trzy­my­wał mu Książę, naj­bar­dziej ku­dłaty w ca­łym Fjel­l­ber­ghavn kot rasy nor­we­ski le­śny, a przede wszyst­kim Qu­een, czu­purna i ga­da­tliwa pa­puga ro­zella kró­lew­ska, która rów­nież z nim miesz­kała, wno­sząc do domu mnó­stwo ży­cia wszyst­kimi wy­da­wa­nymi dźwię­kami. Ale zwie­rzęta ni­gdy ni­czego od niego nie żą­dały. Pa­pugę Per umie­ścił w sa­lo­nie, w du­żej klatce, za­pew­nia­ją­cej jej bez­pie­czeń­stwo przed umie­ją­cym się skra­dać czwo­ro­no­gim ko­legą, który trak­to­wał ją ra­czej wy­łącz­nie jako po­ten­cjalny po­si­łek. Książę na­to­miast cie­szył się wol­no­ścią, przy­cho­dził i wy­cho­dził, kiedy chciał, przez lu­karnę, okienko da­chowe, które za­wsze było uchy­lone. Per wra­cał do tej dwójki z przy­jem­no­ścią. Tłu­ma­czył so­bie, że part­ner mógłby być nie­zno­śny, skwa­szony, zły, na­to­miast ani Kró­lowa, ani Książę ni­gdy nie mie­wali złego hu­moru. Oba zwie­rzaki były po­godne i miłe, a Pera przyj­mo­wały ta­kim, jaki był, bez żad­nej kry­tyki.

Tym ra­zem, już od­wie­sza­jąc kurtkę w przed­sionku, Per wy­czuł, że coś jest nie tak. O tej po­rze Qu­een za­wsze spała z łeb­kiem wtu­lo­nym pod skrzy­dło, ale spra­gniona to­wa­rzy­stwa po ca­łym dłu­gim dniu w sa­mot­no­ści za­zwy­czaj się bu­dziła, kiedy pan domu na­resz­cie wra­cał. Na­tych­miast za­czy­nała swoje pełne na­dziei i wy­cze­ki­wa­nia ga­da­nie, któ­rego punk­tem kul­mi­na­cyj­nym było na ogół tak wierne na­śla­do­wa­nie dzwonka ko­mórki Pera, że na­wet on nie wy­chwy­ty­wał róż­nicy. Tej nocy jed­nak pa­no­wała ci­sza. Złe prze­czu­cia jesz­cze się na­si­liły, gdy Per otwo­rzył drzwi do sa­lonu. Na­wet w mroku do­strzegł, że klatka jest pu­sta.

Po­czuł na­pły­wa­jący lęk.

- Qu­een! - za­wo­łał. Sta­nął przy drzwiach, roz­glą­da­jąc się po po­koju. Pa­puga miała mocny dziób i już wcze­śniej uda­wało jej się wy­do­stać z klatki po otwar­ciu ma­łych drzwi­czek, ale Per za­bez­pie­czył je ha­czy­kami, które dało się zdjąć je­dy­nie z ze­wnątrz. Zro­bił to, wy­łącz­nie by ochro­nić pa­pugę przed Księ­ciem, w żad­nym in­nym celu, cho­ciaż kot zruj­no­wałby dom, byle tylko do­paść pa­pugę, gdyby la­tała swo­bod­nie.

Za­pa­lił świa­tło i nie­pew­nym kro­kiem pod­szedł do klatki, by spraw­dzić, czy ulu­bie­nica nie leży na dnie mar­twa albo chora. Ptaka jed­nak nie było, klatka oka­zała się pu­sta, a małe drzwiczki za­trza­śnięto. Per za­pa­trzył się w nie zdu­miony. Wszyst­kie ha­czyki były za­ło­żone jak na­leży, za­mo­co­wane od ze­wnątrz.

Ku­charz roz­glą­dał się da­lej, czu­jąc, że na czoło wy­stę­puje mu pot. To było po pro­stu nie­moż­liwe. W po­koju pa­no­wał po­rzą­dek, w ta­kim sta­nie zo­sta­wił go, wy­cho­dząc. Cho­ciaż... Czy tamto krze­sło nie zo­stało tro­chę prze­su­nięte? Per nie bar­dzo to pa­mię­tał i nie­pew­ność za­częła mu do­ku­czać jesz­cze bar­dziej. Prze­szedł do kuchni i za­pa­lił świa­tło. Tam nie za­uwa­żył nic nie­zwy­kłego. Wró­cił do przed­sionka i stam­tąd za­czął sys­te­ma­tycz­nie prze­szu­ki­wać ko­lejne po­miesz­cze­nia na par­te­rze, jed­no­cze­śnie spraw­dza­jąc wszyst­kie okna i drzwi w po­szu­ki­wa­niu śla­dów wła­ma­nia. Ni­czego ta­kiego jed­nak nie od­krył, nic też nie sły­szał, może oprócz in­ten­syw­nego pul­so­wa­nia wła­snej krwi w skro­niach.

W dro­dze na pię­tro na­gle sta­nął jak wryty. Przed nim, mniej wię­cej w po­ło­wie scho­dów, le­żało duże nie­bie­skie pióro. W chwili, gdy je pod­no­sił, do­strzegł jesz­cze jedno kilka stopni wy­żej. Czer­wone i znacz­nie mniej­sze. Skąd się tu wzięły? Per przy­glą­dał mu się sze­roko otwar­tymi ze zdzi­wie­nia oczami. Prze­cież Qu­een nie mo­gła wy­fru­nąć z za­mknię­tej klatki. Co się mo­gło stać?

Trzema su­sami po­ko­nał resztę scho­dów, ner­wowo wo­ła­jąc pa­pugę po imie­niu, ale nie do­cze­kał się żad­nej od­po­wie­dzi. Za­pa­lił świa­tło w wą­skim ciem­nym ko­ry­ta­rzu i na­tych­miast od­krył ko­lejne pióra roz­sy­pane na pod­ło­dze. Ostat­nie tuż przy drzwiach do jego sy­pialni. Pod­szedł tam, ze­brał się w so­bie i otwo­rzył drzwi.

We­wnątrz pa­no­wał pół­mrok. Za­cią­gnięte do po­łowy za­słony wpusz­czały do nie­du­żego po­koju je­dy­nie blade pa­sma noc­nego świa­tła, ale to wy­star­czyło, by do­strzegł czer­wone i nie­bie­skie pióra roz­sy­pane na po­duszce i na pod­ło­dze wo­kół łóżka. Z wa­ha­niem za­pa­lił górną lampę. I znie­ru­cho­miał. Nad wez­gło­wiem, nieco wy­żej na ścia­nie, zo­ba­czył swoją pa­pugę. Była pra­wie cał­ko­wi­cie osku­bana z piór i w pierw­szej chwili Pe­rowi wy­dało się, że usia­dła na ja­kiejś li­stwie czy czymś po­dob­nym. Ale gdy pod­szedł bli­żej, zro­zu­miał, jak bar­dzo się po­my­lił. Na gład­kiej ścia­nie nie było nic, na czym mógłby przy­siąść ptak. Do Pera stop­niowo do­cie­rała prawda. Stał jak spa­ra­li­żo­wany, jakby nie mógł uwie­rzyć wła­snym oczom, a pul­so­wa­nie w skro­niach za­częło przy­po­mi­nać grzmoty. Qu­een zo­stała przy­bita do ściany! Przy­trzy­my­wał ją wielki gwóźdź prze­cho­dzący przez pierś.

- Qu­een, ach, nie! - Hoff na­tych­miast się zo­rien­to­wał, że pa­puga nie żyje, za­to­czył się w stronę drzwi, po­tknął o próg, o mało się nie prze­wra­ca­jąc, ale zdo­łał się uchwy­cić fra­mugi i utrzy­mać na no­gach. Chwiej­nym kro­kiem ru­szył ko­ry­ta­rzem.

Jego nocny kosz­mar jed­nak jesz­cze się nie skoń­czył. Bie­gnąc z po­wro­tem, zer­k­nął na lu­karnę przy scho­dach, pry­watne wej­ście Księ­cia. Okienko nie było uchy­lone jak za­zwy­czaj, tylko cał­kiem otwarte. Hoff sta­nął jak wryty i przez kilka se­kund tylko pa­trzył, po czym z gło­śnym ję­kiem rzu­cił się ku scho­dom i pra­wie spadł z nich na par­ter. To na no­gach, to pod­pie­ra­jąc się rę­kami, wy­biegł z domu na ulicę. Nocną ci­szę na Ha­vne­gata roz­darł jego prze­ni­kliwy krzyk.

Cią­gle miał w oczach ob­raz przy­bi­tego do pa­ra­petu Księ­cia, z któ­rego do po­łowy zdarto skórę.

Roz­dział 2

Gmina Fjel­l­berg jest sto­sun­kowo nie­duża pod wzglę­dem liczby miesz­kań­ców. Leży wci­śnięta mię­dzy gminy znacz­nie więk­sze i lud­niej­sze. Mimo to za­li­cza się do naj­bo­gat­szych w kraju. Ze względu na długą li­nię brze­gową ma dużą flotę ry­backą, jest sie­dzibą licz­nych przed­się­biorstw ho­dowli ryb i prze­twórni, a poza tym cie­szy się po­pu­lar­no­ścią wśród tu­ry­stów. Po­nadto da­le­ko­wzroczni po­li­tycy swego czasu zde­cy­do­wali o wy­bu­do­wa­niu w Fjel­l­ber­ghavn, naj­więk­szej miej­sco­wo­ści w gmi­nie, Szpi­tala Uni­wer­sy­tec­kiego. Po re­or­ga­ni­za­cji okrę­gów służby zdro­wia w roku dwa ty­siące pierw­szym lecz­nica zmie­niła na­zwę na Szpi­tal we Fjel­l­bergu, lecz więk­szość lu­dzi z upo­rem wciąż na­zy­wała ją Szpi­ta­lem Uni­wer­sy­tec­kim.

Przez gminę le­ni­wymi za­ko­sami wiła się czte­ro­pa­smowa au­to­strada. Przy tym jej od­cinku znaj­do­wało się wiele pięk­nych miej­sco­wo­ści, ist­nych pe­re­łek, któ­rych jed­nak nie dało się zo­ba­czyć z okien sa­mo­chodu, a jedną z nich było Fjel­l­ber­ghavn. Mia­steczko le­żące po­ni­żej au­to­strady, osło­nięte od ha­łasu i cie­kaw­skich oczu, scho­dziło w stronę mo­rza i przy­brzeż­nych wysp. Jego za­bu­dowa w głów­nej mie­rze skła­dała się z ni­skich drew­nia­nych do­mów sto­ją­cych przy wą­skich ulicz­kach i wy­bru­ko­wa­nych pla­cach, sta­no­wiąc ma­low­ni­cze po­łą­cze­nie po­łu­dnio­wo­nor­we­skiej idylli ze sta­rym sty­lem ber­geń­skim. Mia­steczko prze­ci­nała pro­sta jak strzała Ho­ved­gata, czyli ulica Główna. To wła­śnie przy tej ulicy, która przed wy­bu­do­wa­niem au­to­strady sta­no­wiła główną ar­te­rię ko­mu­ni­ka­cyjną, stał ba­rek U Pera. Od Ho­ved­gata po jed­nej stro­nie od­cho­dziły dwie boczne ulice, bie­gnące pod górę w stronę szpi­tala i au­to­strady, a po dru­giej tylko jedna, stroma Ha­vne­gata, ulica Por­towa, pro­wa­dząca, jak wska­zy­wała jej na­zwa, do portu. Wła­śnie przy niej miesz­kał Hoff. Po tej stro­nie cią­gnęła się też za­bu­dowa let­ni­skowa z wi­do­kiem na skały oraz pa­smo przy­brzeż­nych wysp i szkie­rów, któ­rymi tak za­chwy­cali się urlo­po­wi­cze.

Urząd Len­smana Gminy Fjel­l­berg mie­ścił się w ostat­nim bu­dynku przy Ha­vne­gata, na rogu wy­cho­dzą­cym na tęt­niący ży­ciem ry­nek i port - na­prze­ciwko sta­rego domu Ku­cha­rza. Bu­dy­nek na­le­żał do sa­mego len­smana Olego Vika. Po­dob­nie jak dom Hoffa oraz więk­szość za­bu­do­wań w cen­trum był to po­ma­lo­wany na biało drew­niany dom w sta­rym stylu. Kilka lat wcze­śniej, po roz­wo­dzie i otrzy­ma­niu po­kaź­nego spadku po ojcu, len­sman sko­rzy­stał z oka­zji i ku­pił tę nie­ru­cho­mość, gdy wy­sta­wiono ją na sprze­daż. Na ostat­nim pię­trze urzą­dził so­bie duże przy­jemne miesz­ka­nie z ta­ra­sem na da­chu i wspa­nia­łym wi­do­kiem na port i przy­brzeżne wy­spy. Po­zo­stałą część domu wy­naj­mo­wał, mię­dzy in­nymi wła­snemu pra­co­dawcy.

W mia­steczku bu­dy­nek na­zy­wano po­tocz­nie Do­mem Len­smana. Ole Vik po­świę­cił ty­siące go­dzin na to, by wła­snymi rę­kami od­re­stau­ro­wać go we­dług daw­nych ry­sun­ków, i czuł, że zna każdą de­skę w tym po­nad­stu­let­nim domu. Po­ło­że­nie miesz­ka­nia, od­dzie­lo­nego za­le­d­wie o kilka scho­dów od biura, uwa­żał za ide­alne, bo dzięki temu mógł być do­stępny dla miesz­kań­ców i dbać o ich bez­pie­czeń­stwo przez całą dobę. I na­prawdę się to przy­dało w tę let­nią noc, gdy ci­szę na Ha­vne­gata roz­darł krzyk Ku­cha­rza, tak prze­raź­liwy, że włosy się zje­żyły tym, któ­rzy wciąż jesz­cze nie spali, na­pa­wa­jąc się cie­płem let­niej nocy. Ole, po­grą­żony w głę­bo­kim śnie, nie sły­szał nic, na­to­miast Birk, jego biało-czarny bor­der col­lie, który na swoim po­sła­niu w przed­po­koju spał na grzbie­cie z unie­sio­nymi wszyst­kimi czte­rema ła­pami, na­tych­miast się prze­bu­dził. Ze­rwał się i gło­śno szczek­nął.

Do tego, by obu­dzić Olego Vika, po­trzeba było jed­nak cze­goś wię­cej, len­sman bo­wiem po­tra­fił za­snąć jak ka­mień. Ale po trze­cim szczek­nię­ciu za­czął się wier­cić w łóżku i w końcu, po­mru­ku­jąc pod no­sem, otwo­rzył oczy. Se­kundę póź­niej roz­legł się dzwo­nek do drzwi.

Co się dzieje?! - to py­ta­nie prze­mknęło przez za­mro­czoną głowę Olego, kiedy sia­dał na łóżku i po omacku szu­kał włącz­nika świa­tła. Dzwo­nek roz­legł się znów, a Birk uja­dał już jak sza­lony.

- Do­brze, do­brze, do­syć już, Birk! - Len­sman wresz­cie się pod­niósł, ale dzwo­nie­nie do drzwi nie usta­wało. - Idę, idę! - syk­nął Ole, ma­new­ru­jąc pół­na­gim cia­łem do przed­po­koju, gdzie Birk przy drzwiach mer­dał ogo­nem, jakby chciał po­wie­dzieć: "Nie sły­szysz, że mamy go­ści, sze­fie? Po­spie­szże się!". - Do­bry pie­sek. - Ole się­gnął po słu­chawkę do­mo­fonu. - Tak?

- Tu Hoff. Hoff! Stało się coś strasz­nego! Niech pan mnie wpu­ści i się po­spie­szy! Szybko! - Do Olego do­tarł pi­skliwy mę­ski głos.

Len­sman usi­ło­wał wpra­wić w ruch za­spane zwoje mó­zgowe.

- Do dia­bła, jaki Hoff?

- Hoff, Per Hoff! Z barku U Pera! Prze­cież mnie pan zna!

- Aha, Ku­charz! Czło­wieku, przed­sta­wiaj się jak na­leży. - Z re­zy­gna­cją wci­snął przy­cisk otwie­ra­nia drzwi. - Niech pan przyj­dzie od razu do mnie do domu na ostat­nie pię­tro, a ja się przez ten czas ubiorę.

Ole od­wie­sił słu­chawkę i wró­cił do sy­pialni. W my­ślach ni­gdy nie na­zy­wał Pera Hoffa ina­czej niż Ku­cha­rzem, a już na pewno nie ko­ja­rzył jego na­zwi­ska. Ale to, że go do­brze znał, nie pod­le­gało dys­ku­sji. Ole był praw­do­po­dob­nie jed­nym z jego naj­lep­szych klien­tów. W każ­dym ra­zie co­dzien­nie za­glą­dał do jego baru na obiad, a przy­naj­mniej na hot doga czy ham­bur­gera.

Ścią­gnął nocną ko­szulę, która była na niego za cia­sna, i wło­żył pół­golf, rów­nież za cia­sny i bar­dziej pod­kre­śla­jący niż ukry­wa­jący jego tłu­ste ciało. Utrata kon­troli nad wagą drę­czyła go wła­ści­wie bar­dziej, niż chciał się do tego przy­znać. Na­wet te­raz, kiedy pró­bo­wał się po­spie­szyć, mózg zna­lazł czas na bły­ska­wiczną sa­mo­kry­tykę, gdy Ole przez mo­ment uj­rzał swój nagi tors, za­nim prze­sło­nił go swe­ter. Wy­glą­dał fa­tal­nie. Miał świa­do­mość, że już dawno po­wi­nien był za­re­zer­wo­wać go­dziny na si­łowni, a ku­ra­cję od­chu­dza­jącą za­cząć pięt­na­ście ki­lo­gra­mów temu. Tyle rze­czy po­wi­nien i mu­siał. Po­dobne my­śli po­ja­wiały się kon­se­kwent­nie przy oka­zjach ta­kich ja ta, lecz za­raz były spy­chane do pod­świa­do­mo­ści, gdzie splą­ty­wały się ze wszyst­kim in­nym, co przy­pra­wiało go o wy­rzuty su­mie­nia, a co upar­cie wy­pie­rał. Od czasu do czasu jed­nak przy­stę­po­wały do zma­so­wa­nego na­tar­cia ni­czym ar­mia Na­po­le­ona i ata­ko­wały jego świa­do­mość, co ob­ja­wiało się prze­sła­nia­ją­cym wszystko na­pa­do­wym gło­dem.

Te­raz także przed oczami na­tych­miast sta­nął mu ham­bur­ger z sa­łatką i dres­sin­giem. Świa­doma część jego mó­zgu oce­niła, że dzieje się tak, po­nie­waż na scho­dach jest nie kto inny, ale Ku­charz. Ole, bur­cząc pod no­sem, usiadł na łóżku i za­czął wkła­dać spodnie od dresu. Ze skar­pe­tek zre­zy­gno­wał, za dużo bo­wiem było wy­siłku ze schy­la­niem się i bły­ska­wicz­nym ich wcią­ga­niem, dla­tego po­spiesz­nie wsu­nął bose stopy w mo­ka­syny sto­jące pod łóż­kiem. Prze­cze­sał pal­cami gę­ste nie­sforne włosy, na próżno usi­łu­jąc choć tro­chę je przy­gła­dzić, i po­dob­nie po­stą­pił z brodą, z ta­kim sa­mym re­zul­ta­tem. W chwili gdy wsta­wał z łóżka, do­bie­gło go gło­śne pu­ka­nie. Birk znów za­czął szcze­kać.

- Już idę! - Ole po­truch­tał do przed­po­koju i ka­zał psu się po­ło­żyć.

Birk na­tych­miast go usłu­chał, a Ole otwo­rzył drzwi. Tru­pio­blady Per Hoff nie­mal wpadł do miesz­ka­nia. Z tru­dem ła­pał od­dech.

- Musi mi pan po­móc! Ktoś ich za­bił! Oboje! Za­szlach­to­wał! - Hoff kom­plet­nie stra­cił pa­no­wa­nie nad sobą, Ole więc mocno zła­pał go za ra­miona i przy­trzy­mał. Po­pa­trzył Ku­cha­rzowi w oczy.

- Kogo za­bił?

- Qu­een... Księ­cia... Oboje!

- A kim są Qu­een i Książę? - spy­tał len­sman dźwięcz­nym ba­sem.

Hoff cią­gle nie mógł zła­pać tchu.

- Moja... pa­puga... i... mój kot.

Ole tro­chę się roz­luź­nił.

- Chce pan po­wie­dzieć, że ktoś za­bił pań­ską pa­pugę i kota?

- Tak! Qu­een... ona jest... a Książę... Nie, nie dam rady.

Wi­dząc, że Hoff jest bli­ski za­ła­ma­nia, Ole de­li­kat­nie go ob­jął.

- Usiądźmy w sa­lo­nie - za­pro­po­no­wał. - Tam się tro­chę uspo­ko­imy. Obu nam się to przyda, i panu, i mnie.

Za­pro­wa­dził Pera do du­żego ja­snego sa­lonu i usa­dził w fo­telu. So­bie przy­su­nął krze­sło, usiadł bli­sko Ku­cha­rza i uważ­nie mu się przyj­rzał. Nie miał po­ję­cia, że ten gość jest łysy, a wy­ni­kało to oczy­wi­ście stąd, że wi­dy­wał go za­wsze w barku, a tam Per Hoff no­sił czapkę ku­char­ską. Te­raz wy­glą­dał cał­kiem ina­czej. I ktoś ewi­dent­nie wy­stra­szył go do sza­leń­stwa. Wła­śnie o to cho­dziło, a nie o za­bi­cie pa­pugi i kota.

- Pro­szę mi opo­wie­dzieć wszystko od po­czątku - po­wie­dział Ole życz­li­wie. - Od sa­mego po­czątku i tak spo­koj­nie, jak tylko pan jest w sta­nie. Je­śli mam panu po­móc, to pan musi naj­pierw po­móc mnie.

Do Hoffa w końcu do­tarły słowa len­smana. Rę­ka­wem otarł oczy, wy­pro­sto­wał się w fo­telu i spoj­rzał na Olego, uśmie­cha­jąc się prze­pra­sza­jąco. Po­tem wziął głę­boki od­dech i za­czął opo­wia­dać, cho­ciaż cią­gle się ją­kał i mó­wił nie­skład­nie.

Ole słu­chał go z uwagą i gnie­wem na­ra­sta­ją­cym w miarę, jak do­wia­dy­wał się o spo­so­bie, w jaki po­trak­to­wano Qu­een i Księ­cia. Per, za­koń­czyw­szy re­la­cję, spra­wiał wra­że­nie kom­plet­nie za­ła­ma­nego.

- Po­każe mi pan to? - spy­tał Ole, cho­ciaż wła­ści­wie znał już od­po­wiedź. Z oczu Hoffa biła pa­nika.

- U mnie w domu? Pan chce, że­bym tam... tam wró­cił?

- Oczy­wi­ście pod wa­run­kiem, że ma pan na to siłę.

- Nie, nie mam. Nie mogę. Nie dam rady. - Ku­charz ukrył twarz w dło­niach, ra­miona za­częły mu drżeć. - Kto mógł zro­bić coś ta­kiego? - wy­du­sił z sie­bie. - To prze­cież były tylko miłe, ufne zwie­rzęta. Co to za... Co za po­twór krąży po Fjel­l­ber­ghavn? - Pod­niósł głowę i z roz­pa­czą spoj­rzał na len­smana.

- Mia­łem za­miar za­dać to samo py­ta­nie - po­wie­dział Ole. - Bo mu­simy się tego do­wie­dzieć, prawda? Ma pan ko­goś na my­śli? Czy wśród pań­skich dal­szych albo bliż­szych zna­jo­mych jest ktoś, kto żywi do pana urazę, i mógł mieć mo­tyw, żeby coś ta­kiego zro­bić?

- Mo­tyw? - Per spoj­rzał na len­smana py­ta­jąco i za­czął po ci­chu roz­wa­żać: Czy Mar­kus mógł mieć mo­tyw, żeby zro­bić coś ta­kiego? Nie, to nie­moż­liwe. Mar­kus to uczciwy czło­wiek. Roar? Nie, on po pro­stu nie jest taki, cho­ciaż stale oka­zuje po­gardę. Ma­ria? No nie, na­prawdę, to nie wcho­dzi w grę. A Britt? Nie... Na czole Ku­cha­rza po­ja­wiły się głę­bo­kie zmarszczki się­ga­jące aż na ły­sinę.

- Z tego, co wiem, nie mam żad­nych wro­gów - oświad­czył. - Ani z ni­kim się nie po­kłó­ci­łem. Z ni­kim.

Znów za­sło­nił twarz rę­kami i wciąż cały drżał. Len­sman po­ło­żył mu dłoń na ra­mie­niu.

- Niech pan już wię­cej się nad tym nie za­sta­na­wia. I tak się do­wiemy, kto to zro­bił. - Spoj­rzał na ze­ga­rek i stwier­dził, że jest wpół do pierw­szej. - Po­pro­szę dy­żur­nego, żeby po­szedł na miej­sce zda­rze­nia - do­dał. - Czy drzwi do pań­skiego domu są za­mknięte na klucz?

- Nie. - Ku­charz po­krę­cił głową. - Wy­daje mi się... Nie je­stem pe­wien, ale mogą być otwarte na oścież. Bóg je­den wie... Ja po pro­stu... wy­bie­głem.

- Wo­bec tego trzeba się po­spie­szyć. Niech mi pan da kilka se­kund.

Ole pod­niósł się i cięż­kim kro­kiem po­ma­sze­ro­wał do sy­pialni, gdzie zo­stała jego ko­mórka. Za­dzwo­nił do sier­żant po­li­cji Ce­ci­lie Ho­pen, która tej nocy miała dy­żur do­mowy.

Kilka mi­nut póź­niej wró­cił.

- Sier­żant Ho­pen się tym zaj­mie. Obie­cuję panu, że sprawa jest w do­brych rę­kach. - Za­wa­hał się chwilę i prze­pra­sza­jąco spoj­rzał na Hoffa. - Cho­lera, chyba nie za­pro­po­no­wa­łem panu nic do pi­cia, prawda? Cóż ze mnie za go­spo­darz!

- Pan pew­nie też jest w szoku. - Ku­charz uśmiech­nął się nie­wy­raź­nie. - Ale ja i tak dzię­kuję, ni­czego nie chcę.

Ole usiadł z po­wro­tem.

- I co te­raz bę­dzie? - chciał wie­dzieć Per.

- Ce­ci­lie Ho­pen do­kona wstęp­nych oglę­dzin miej­sca zda­rze­nia i za­bez­pie­czy dom. Ju­tro rano przyjdą inni funk­cjo­na­riu­sze i zbiorą ślady.

- Z po­wodu pa­pugi i sta­rego ko­cura? - Hoff po­pa­trzył na len­smana z nie­do­wie­rza­niem.

- Nie. - Ole wy­trzy­mał jego spoj­rze­nie. - Z po­wodu gróźb w za­mia­rze wy­wo­ła­nia po­waż­nego lęku. Taki czyn jest wy­raź­nie zde­fi­nio­wany przez prawo.

- Aha. - Per drżącą dło­nią po­tarł twarz. - Ale po­tem sprawa zo­sta­nie umo­rzona... z po­wodu... braku do­wo­dów. - Za­śmiał się ochry­płym, nie­mal drwią­cym śmie­chem. - Mam cały stos pana stan­dar­do­wych pism po tych wszyst­kich wła­ma­niach do baru. Ni­gdy nie udaje wam się wy­kryć sprawcy.

Ole uśmiech­nął się roz­bra­ja­jąco.

- Bę­dziemy o tym dys­ku­to­wać te­raz? - spy­tał. - Mo­żemy, ale je­śli tak, to musi pan na to prze­zna­czyć całą noc.

Ku­charz po­krę­cił głową.

- Nie, nie, prze­cież wiem, ile pan ma na gło­wie, pa­nie Vik. Nie mia­łem nic złego na my­śli, je­stem tylko...

- ...może w szoku? - pod­su­nął len­sman. - Ma pan ku temu po­wody.

Przez chwilę ob­ser­wo­wał Pera Hoffa. Ku­charz był blady, twarz miał ścią­gniętą, ręce cią­gle mu drżały i wy­glą­dał okrop­nie.

- Pa­nie Hoff, prze­żył pan coś bar­dzo przy­krego - za­czął Ole ze współ­czu­ciem. - W mo­jej oce­nie po­trzebna panu pro­fe­sjo­nalna po­moc. Po roz­mo­wie z Ce­ci­lie Ho­pen po­zwo­li­łem so­bie za­dzwo­nić do szpi­tala, dy­żurny le­karz jest go­tów pana przy­jąć. Za­wiozę tam pana te­raz. Bez dys­ku­sji, do­brze?

- Psy­chia­tryczna in­ter­wen­cja kry­zy­sowa... - Ku­charz z re­zy­gna­cją po­krę­cił głową, a oczy znów mu zwil­got­niały. - Za­wsze uwa­ża­łem to za ja­kąś bzdurę.

- Niech pan pa­mięta, że do pań­skiego domu nie ma te­raz wstępu, bo był miej­scem prze­stęp­stwa - do­dał len­sman. - Gdzie więc by się pan po­dział?

Per Hoff uśmiech­nął się krzywo.

- No nie wiem...

- A więc do­brze. - Ole wstał. - Wo­bec tego sprawa jest prze­są­dzona. Ru­szamy.

Kilka mi­nut póź­niej już je­chali vo­lvem w górę Ha­vne­gata. Przy nu­me­rze czwar­tym, domu Hoffa, zo­ba­czyli, że Ce­ci­lie Ho­pen wła­śnie par­kuje drugi ze służ­bo­wych sa­mo­cho­dów. Ze­brała się wo­kół niego nie­wielka grupka cie­kaw­skich. Ku­charz miał ra­cję. Drzwi do domu były otwarte na oścież.

Ole od­sta­wił Pera Hoffa do szpi­tala, a stam­tąd od razu po­je­chał bez­po­śred­nio na Ha­vne­gata pod nu­mer czwarty i za­par­ko­wał vo­lvo za no­wiu­sień­kim sub­aru na­le­żą­cym do urzędu len­smana. Ce­ci­lie po­wi­tała go w drzwiach, jak za­wsze śliczna i za­dbana, ale blada. Naj­wy­raź­niej mocno na nią wpły­nęło to, co zo­ba­czyła.

Kiedy Ole do niej pod­szedł, za­ło­żyła ręce na piersi i wbiła w niego piwne oczy.

- Ole, to na­prawdę straszne! Kot... nie do uwie­rze­nia... ale...

- Wiem, jest ob­darty ze skóry. - Ole do­koń­czył za nią, krę­cąc przy tym głową. - Hoff mi wszystko opo­wie­dział. To rze­czy­wi­ście okropne. Zwłasz­cza, jak przy­pusz­czam, dla ta­kiej przy­ja­ciółki zwie­rząt jak ty.

Z oczu Ce­ci­lie strze­liły iskry.

- Wiesz, Ole, czuję taki sza­lony... gniew. - Ude­rzyła się w pierś. - Je­stem na­prawdę wście­kła.

- No to jest nas dwoje.

Ole opo­wie­dział jej o złym sta­nie psy­chicz­nym Pera Hoffa. Ce­ci­lie chciała to sko­men­to­wać, ale w tym mo­men­cie za­dzwo­niła jej ko­mórka. Spoj­rzała na wy­świe­tlacz, aby spraw­dzić, czy zna ten nu­mer, i ode­brała po­łą­cze­nie.

- Urząd Len­smana Gminy Fjel­l­berg. Przy te­le­fo­nie sier­żant po­li­cji Ho­pen - przed­sta­wiła się.

Ole ob­ser­wo­wał wy­raz jej twa­rzy, kiedy słu­chała swo­jego roz­mówcy. Wy­glą­dała na co­raz bar­dziej za­tro­skaną, za­koń­czyła sło­wami:

- Pro­szę za­cho­wać spo­kój, pani J?r­gen­sen. Bę­dziemy tam za kilka mi­nut.

Ole zro­zu­miał, że stało się coś po­waż­nego.

Ce­ci­lie scho­wała te­le­fon z po­wro­tem do kie­szeni.

- To Britt i Roar J?r­gen­se­no­wie, wła­ści­ciele domku let­ni­sko­wego przy Stran­dve­ien dwa­dzie­ścia - prze­ka­zała. - Stało się u nich coś strasz­nego w cza­sie, kiedy po­pły­nęli na ryby.

- Ale co?

Ce­ci­lie spoj­rzała na niego nie­pew­nie.

- Nie dało się tego zro­zu­mieć. Ko­bieta się bała i mó­wiła nie­skład­nie. Mu­szę tam na­tych­miast po­je­chać.

Za­mknęła drzwi wej­ściowe do domu Hoffa i za­bez­pie­czyła je, na­kle­ja­jąc na po­łać drzwi i fra­mugę pa­sek pa­pieru z pie­czę­cią po­li­cyjną.

- Jadę z tobą - oznaj­mił len­sman.

Ce­ci­lie się od­wró­ciła.

- To ja mam dy­żur, Ole, nie mu­sisz je­chać. Zajmę się tym sama, a ty idź spać.

- Tak jak po­wie­dzia­łem, jadę z tobą. - Z oczu Olego biło zde­cy­do­wa­nie. - Moż­liwe, że tego nie wiesz, ale na­zwi­sko pa­nień­skie Britt J?r­gen­sen to Hoff.

Ce­ci­lie po­pa­trzyła na szefa zdzi­wiona, ale za­raz za­częło jej się roz­ja­śniać w gło­wie.

- Chcesz po­wie­dzieć... że ona jest...

- Tak. - Ole z po­wagą po­twier­dził. - Britt J?r­gen­sen to sio­stra Ku­cha­rza.

Roz­dział 3

Stran­dve­ien bie­gła w po­bliżu, na te­re­nie przy­brzeż­nym. Na dział­kach w głębi tej ulicy stały głów­nie domki let­ni­skowe, na­to­miast na tych bli­żej rynku i portu - domy ca­ło­roczne. Sześć mie­sięcy wcze­śniej Ole i jego sztab pro­wa­dzili śledz­two w pa­skud­nej spra­wie za­bój­stwa przy Stran­dve­ien osiem, w po­sia­dło­ści, która aku­rat w tych dniach miała zo­stać sprze­dana za dzie­sięć mi­lio­nów ko­ron. Fjel­l­ber­ghavn można więc było na­zwać miej­sco­wo­ścią eks­klu­zywną.

Po pra­wej stro­nie w sza­rym świe­tle mię­dzy drze­wami i gę­stymi bu­ko­wymi ży­wo­pło­tami dało się chwi­lami do­strzec przy­brzeżne wy­spy. Przy nu­me­rze dwa­na­ście koń­czył się as­falt i ulica zmie­niała się w wą­ską żwi­rową drogę.

Auto pro­wa­dziła Ce­ci­lie. Bar­dzo spo­strze­gaw­cza, prędko zwró­ciła uwagę na bose stopy Olego. Nie mo­gła się po­wstrzy­mać i od czasu do czasu dys­kret­nie, ale z za­cie­ka­wie­niem na nie zer­kała.

Ole to za­uwa­żył i skwi­to­wał życz­li­wym, ale krót­kim uśmie­chem. Nie za­mie­rzał zdra­dzać prawdy i mó­wić o tym, że wszedł w wiek, w któ­rym do­się­gnię­cie do stóp łą­czyło się z pew­nymi trud­no­ściami. Ani też o tym, że kiedy się na­chy­lał, na przy­kład żeby za­wią­zać sznu­ro­wa­dła, co­raz czę­ściej przy­ła­py­wał się na roz­wa­ża­niu, czy nie mógłby zro­bić jesz­cze cze­goś w tej po­zy­cji, skoro już się do niej zmu­sił. Oczy­wi­ście miało to zwią­zek nie tylko z wie­kiem, lecz także z pew­nymi zmia­nami, któ­rym ule­gło jego ciało i któ­rym sam był wi­nien, na przy­kład przy­bie­ra­niem na wa­dze. I z za­nie­dby­wa­niem ćwi­czeń. Ale nie, z tego nie za­mie­rzał się zwie­rzać Ce­ci­lie, która nie miała na ciele ani jed­nego wa­łeczka tłusz­czu, była w świet­nej for­mie, z ła­two­ścią mo­gła zro­bić szpa­gat i z całą pew­no­ścią by­łaby w sta­nie do­słow­nie po­trak­to­wać po­wie­dze­nie "wziąć nogi za pas" i w ten spo­sób się po­ru­szać.

Ole nie od­ry­wał wzroku od drogi.

- Skup się na pro­wa­dze­niu - po­wie­dział tylko. - Mó­wi­łaś, że to nu­mer dwa­dzie­ścia?

- Tak, to już bli­sko. Chyba. - Znów spoj­rzała na jego stopy, ale ich nie sko­men­to­wała.

Ole po­wiódł wzro­kiem za jej spoj­rze­niem. Jego mo­ka­syny były już mocno zno­szone. Może nic dziw­nego, że Ce­ci­lie się im przy­glą­dała. Po­wi­nien pew­nie wró­cić do domu, żeby się prze­brać, ale prze­cież wy­da­rze­nia na­stą­piły jedno po dru­gim, a te­raz już było na to za późno.

Ce­ci­lie zwol­niła, wy­cią­gnęła szyję i się ro­zej­rzała.

- To musi być tu­taj - stwier­dziła, za­trzy­mu­jąc się koło ga­rażu, nie­mal wbu­do­wa­nego w bu­kowy ży­wo­płot w taki spo­sób, że wi­dać było tylko gra­na­tową bramę uchylną i zie­loną skrzynkę na li­sty.

- Za­cze­kaj chwi­leczkę, Ole.

Otwo­rzyła drzwi i wy­su­nęła się z auta mięk­kim, ko­cim ru­chem, a mo­ment póź­niej już stała przy skrzynce na li­sty i spraw­dzała, czy ozna­ko­wano ją na­zwi­skiem.

- Tak, to tu­taj! - za­wo­łała.

Ole też wy­siadł i już ra­zem we­szli przez furtkę z ku­tego że­laza, a po­tem ru­szyli wy­sy­paną żwi­rem ścieżką w dół ła­god­nego zbo­cza. Ich oczom uka­zał się duży nie­bie­ski bun­ga­low. Z od­dali do­bie­gał plusk fal.

- Ole, spójrz!

Za­uwa­żyli to jed­no­cze­śnie i gwał­tow­nie się za­trzy­mali. Całą ścianę domku za­ma­lo­wano ha­słami. Po oczach biły wiel­kie nie­zgrabne li­tery, ukła­da­jące się w na­pisy "ŚMIERĆ KA­NA­LIOM" i "NA­ZI­STOW­SKIE ŚWI­NIE" w oto­cze­niu swa­styk. Kiedy po­de­szli bli­żej, zo­ba­czyli, że okna wy­cho­dzące na ścieżkę są wy­bite.

Od strony mo­rza nad­szedł w ich stronę star­szy męż­czy­zna z gę­stymi szpa­ko­wa­tymi wło­sami i ostrą po­cią­głą twa­rzą. Znać było po nim ele­gan­cję, miał na so­bie gra­na­towy ble­zer i śnież­no­białe te­ni­sówki, a z roz­pię­cia ko­szuli wy­sta­wał sta­ran­nie za­wią­zany je­dwabny fu­lar.

- Dzięki Bogu, że przy­je­cha­li­ście tak szybko! - za­wo­łał, jesz­cze za­nim do nich do­szedł, wy­ma­chu­jąc przy tym rę­kami. - Je­ste­śmy... to jest... Nie mam słów. Moja żona... Niech to dia­bli, bar­dzo się tym prze­jęła.

Ole przy­wi­tał się z męż­czy­zną uści­skiem ręki.

- A gdzie ona jest?

Roar J?r­gen­sen, bo tak się przed­sta­wił, wska­zał kie­ru­nek ski­nie­niem głowy.

- Tam, na jach­cie.

- Sama?

J?r­gen­sen po­twier­dził.

- Kiedy zo­ba­czyła, co się stało, tak się wy­stra­szyła, że ucie­kła z po­wro­tem na jacht i za­mknęła się na klucz w ka­bi­nie. Od­ma­wia zej­ścia na ląd. - Z jego oczu biły lęk, gniew, a jed­no­cze­śnie zde­cy­do­wa­nie. - Ale mnie ci dra­nie nie zła­mią, tak ła­two im nie pój­dzie. Za... za dia­bła!

Roar J?r­gen­sen wy­ra­żał się ele­gancko, te­raz zaś ewi­dent­nie się­gnął po naj­moc­niej­sze prze­kleń­stwo ze swo­jego słow­nika.

Ole spoj­rzał na Ce­ci­lie.

- Idź tam i zaj­mij się tą pa­nią - po­le­cił. - Po­roz­ma­wiaj z nią na ło­dzi, skoro tam czuje się bez­piecz­nie.

Ce­ci­lie za­raz się od­da­liła, a Ole znów zwró­cił się do wła­ści­ciela domku:

- Za­nim sam to so­bie wszystko obej­rzę, chcę naj­pierw usły­szeć o tym od pana, pa­nie J?r­gen­sen. Niech pan mi ze szcze­gó­łami opo­wie, co się stało.

Usie­dli na ogro­do­wej ławce.

- Wy­bra­li­śmy się na dwu­dniową wy­cieczkę na­szą prin­cess - za­czął Roar J?r­gen­sen. - We dwoje z żoną. Przy tak pięk­nej po­go­dzie do­tar­li­śmy aż do la­tarni mor­skiej Terno, do­piero tam za­wró­ci­li­śmy z nie­złym po­ło­wem. Głów­nie ma­krele.

- I wró­ci­li­ście do­piero te­raz?

- Mniej wię­cej trzy kwa­dranse temu - od­po­wie­dział po na­my­śle J?r­gen­sen. - Tego... tego... okro­pień­stwa nie od­kry­li­śmy od razu. Naj­pierw spra­wi­li­śmy ryby na brzegu. Do­piero po do­tar­ciu do domu... na­szego let­niego domu... prze­ży­li­śmy szok.

- Po­nie­waż ktoś po­wy­bi­jał okna i wy­ma­lo­wał ha­sła na ścia­nie?

- Ow­szem. - J?r­gen­sen w roz­tar­gnie­niu moc­niej za­ci­snął fu­lar na szyi, a Ole za­czął się za­sta­na­wiać, czy w jego krę­gach taki strój jest zwy­czajny pod­czas wy­prawy na ryby. W każ­dym ra­zie on sam wy­glą­dem wy­raź­nie kon­tra­sto­wał z tym męż­czy­zną. Nie­do­brze. W to­wa­rzy­stwie wy­mu­ska­nego, do­stoj­nego star­szego pana czuł się jak ob­dar­tus. Wąt­pił jed­nak, by J?r­gen­sen zwró­cił na to uwagę. I miał ra­cję. Męż­czy­zna przy­naj­mniej nie dał tego po so­bie po­znać. Ole ob­ser­wo­wał go i do­szedł do wnio­sku, że ten fa­cet jest na to zbyt za­jęty sobą, i to nie z po­wodu tego, co za­szło, po pro­stu taki był, uwa­żał się za pę­pek świata i żył w prze­ko­na­niu, że może trak­to­wać zwy­kłych lu­dzi jak po­wie­trze, po­nie­waż jest bo­gaty. Ole lu­bił oce­niać lu­dzi, pró­bo­wać ich gdzieś umiej­sco­wić, a tu in­tu­icyj­nie wy­czuł chłodny po­wiew prze­szło­ści.

- Od razu na­tknę­li­śmy się na żółtą swa­stykę na­ma­lo­waną na środku wej­ścio­wych drzwi - cią­gnął J?r­gen­sen. - Zda­wała się świe­cić. - Po­krę­cił głową. - Już samo to było... de­pry­mu­ją­cym prze­ży­ciem.

- Nie wąt­pię - stwier­dził Ole.

- Po­tem od­kry­li­śmy po­wy­bi­jane okna i te ha­sła. A naj­gor­sze, że wcale nie je­ste­śmy na­zi­stami. Po­wie­dział­bym ra­czej, że wprost prze­ciw­nie. Pod tym wzglę­dem te świń­stwa to pu­dło, nie­celny strzał.

Ole po­ki­wał głową.

- Ta żółta farba, któ­rej użyto, na­le­żała do pana?

J?r­gen­sen za­prze­czył.

- Ro­ze­znał się pan już w wy­rzą­dzo­nych szko­dach?

- No cóż... - J?r­gen­sen z na­my­słem po­ki­wał głową. - Kilka wy­bi­tych okien, ze­wnętrzne ściany za­bru­dzone farbą. Ale naj­gor­sza jest ta ru­ina w środku. Ci wan­dale znisz­czyli na­sze rze­czy oso­bi­ste.

- To zna­czy, że we­szli też do środka, do domu?

- Ow­szem, i po­ka­zali, że mają twardą rękę, czy ra­czej młot. Ani moja żona, ani ja nie poj­mu­jemy dla­czego, ale więk­szość wy­po­sa­że­nia domu jest po­roz­bi­jana. Me­ble, sprzęty ku­chenne, ramy, ob­razy, inne dzieła sztuki... wszystko w ka­wał­kach. - J?r­gen­sen za­śmiał się z re­zy­gna­cją. - Cóż za agre­sja!

- Za chwilę będę chciał to obej­rzeć. Pro­szę mi po­wie­dzieć, pa­nie J?r­gen­sen, czy ma­cie ja­kieś zwie­rzęta do­mowe? Psa, kota, ptaszka...?

- Nie.

Ole w du­chu stwier­dził, że po­winni się z tego cie­szyć, a na głos z ostroż­nym uśmie­chem spy­tał:

- Wspo­mniał pan, że żonę bar­dzo to wy­trą­ciło z rów­no­wagi. Jak ona re­aguje? Stra­chem czy gnie­wem?

- Stra­chem, co do tego nie ma naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści. - J?r­gen­sen od­pę­dził ko­mara i uśmiech­nął się za­ci­śnię­tymi war­gami. - Nie­stety, nie jest tak za­har­to­wana jak ja.

- Więc pan tak mocno na to nie za­re­ago­wał?

- Nie. - J?r­gen­sen wzru­szył ra­mio­nami. - Je­stem wście­kły, ale nic poza tym. Po­wiem panu tak, len­sma­nie: to nie pierw­sza bu­rza w moim ży­ciu.

Wy­pro­sto­wał się, skrzy­żo­wał nogi w kost­kach i wy­gła­dził spodnie. Po­tem za­ło­żył ręce na piersi, spo­koj­nie się od­chy­lił i za­pa­trzył w ciemną po­wierzch­nię mo­rza, uno­sząc przy tym pod­bró­dek jak władca, który po­dzi­wia swoje kró­le­stwo.

- Mam do tego prag­ma­tyczne i dwo­ja­kie, a wręcz tro­ja­kie po­dej­ście - oświad­czył, nie pa­trząc na Olego. - Po pierw­sze, to kwe­stia czy­sto prak­tyczna. Trzeba ją uznać za sprawę ubez­pie­cze­niową, nic wię­cej. Ty­dzień czy dwa i wszystko bę­dzie wy­glą­dało jak przed­tem. Wszystko to rze­czy, które da się za­stą­pić. A w tym wy­padku zaj­mie się tym na­sze to­wa­rzy­stwo ubez­pie­cze­niowe.

Ole się uśmiech­nął.

- Więc nie od­biera pan tego jako groźby? Albo ostrze­że­nia?

- Ależ oczy­wi­ście. - J?r­gen­sen spoj­rzał na len­smana tak, jakby miał do czy­nie­nia z kom­plet­nym idiotą, i uniósł pa­lec wska­zu­jący. - Ale wi­dzi pan, Roar J?r­gen­sen nie tań­czy, jak mu za­grają. - Po­ru­szył się nie­spo­koj­nie. - Przejdźmy te­raz do punktu dru­giego, je­śli wolno mi do­koń­czyć. - Po­słał Olemu ko­lejne ostre spoj­rze­nie, za­nim znów skie­ro­wał wzrok na mo­rze.

- Wo­bec tego słu­cham.

- A za­tem ktoś po­zwo­lił so­bie na­zwać moją żonę i mnie... do dia­bła, brzy­dzę się tymi sło­wami, ale tak to zo­stało na­pi­sane, sam pan wi­dział... - skrzy­wił się i nie­mal wy­pluł te słowa - ...cho­ler­nymi na­zi­stow­skimi ka­na­liami.

- Na­zi­stow­skimi świ­niami - po­pra­wił go Ole ze swoim zwy­kłym za­mi­ło­wa­niem do do­kład­no­ści w szcze­gó­łach. - A obok było "śmierć ka­na­liom".

- To bez róż­nicy. - J?r­gen­se­nowi po­ciem­niały oczy. - Cho­dzi mi o to, że tego ro­dzaju szy­kan kom­plet­nie po­zba­wio­nych związku z rze­czy­wi­sto­ścią bez­względ­nie nie można to­le­ro­wać.

- Oczy­wi­ście. A punkt nu­mer trzy?

- Punkt trzy, no tak. - Na twa­rzy wła­ści­ciela znisz­czo­nego domku let­ni­sko­wego od­ma­lo­wał się wy­raz więk­szego zmar­twie­nia. - Cho­dzi o moją drogą Britt. - Spoj­rzał na len­smana. - To zna­czy o moją żonę.

- Ro­zu­miem.

- Jak już mó­wi­łem, te zda­rze­nia wzbu­dziły w niej wielki lęk. - Głos J?r­gen­sena na­gle się zmie­nił, stał się bar­dziej ochry­pły. - Wi­dzi pan, ja je­stem ze sta­rej szkoły i dla mnie jako męż­czy­zny od­po­wie­dzial­nego za ro­dzinę po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa żony jest naj­waż­niej­sze. Dla­tego uwa­żam za swój obo­wią­zek chro­nić ją przed tego ro­dzaju prze­ży­ciami, a w tym wy­padku się nie spraw­dzi­łem. - Ciężko po­krę­cił głową. - Pod tym wzglę­dem się ob­wi­niam, bo ko­muś musi cho­dzić o mnie. Chyba że to zwy­kli wan­dale, któ­rzy mogą za­ata­ko­wać za­wsze i wszę­dzie. - Wy­pro­sto­wał się, a jego twarz znów wy­ra­żała zde­cy­do­wa­nie. Z oczu biła siła woli. - Ocze­kuję, że pan i pań­scy lu­dzie po­święcą wszel­kie siły i środki, żeby schwy­tać szu­mo­winy, które są za to od­po­wie­dzialne - oświad­czył twardo. - Żą­dam tego!

Ole wy­trzy­mał jego spoj­rze­nie. Ten czło­wiek go draż­nił.

- Ma pan pełne prawo sta­wiać nam żą­da­nia, pa­nie J?r­gen­sen. Po­dob­nie jak wszy­scy inni miesz­kańcy Fjel­l­bergu - od­parł z de­li­kat­nym na­ci­skiem na ostat­nią część zda­nia, w du­chu mó­wiąc so­bie: "A więc jest tak, jak my­śla­łem". - Prze­cho­dząc do kon­kre­tów - po­wie­dział na głos. - Czy coś skra­dziono?

J?r­gen­sen roz­ło­żył ręce.

- Na­prawdę nie mam po­ję­cia. Tam się po pro­stu nie da wejść. Na ra­zie nie mia­łem czasu, żeby to spraw­dzić.

- Ro­zu­miem. - Ole się za­sta­no­wił. - Pro­szę mi po­wie­dzieć, pa­nie J?r­gen­sen, na­zwi­sko pa­nień­skie pań­skiej żony to Hoff, prawda?

- Ow­szem.

- Czy jest sio­strą Pera Hoffa?

- Tak. - J?r­gen­sen kiw­nął głową. - Czy to ma coś wspól­nego z tą sprawą?

- Nie­wy­klu­czone. On rów­nież miał tej nocy trau­ma­tyczne prze­ży­cia.

- Czyli szu­mo­winy były też u niego?

- Na to wy­gląda. - Ole w krót­kich sło­wach opo­wie­dział, co się stało.

J?r­gen­sen słu­chał w mil­cze­niu.

- Niech to dia­bli! - Po­krę­cił głową, w roz­tar­gnie­niu od­ga­nia­jąc rój ko­ma­rów ge­stem ary­sto­kraty. Po­tem wbił wzrok w Olego. - A więc Per tego nie wy­trzy­mał - uśmiech­nął się krzywo. - No tak, ża­den z niego męż­czy­zna, więc pew­nie nic dziw­nego.

Ole się wy­prę­żył.

- Ma pan na my­śli jego skłon­no­ści? Czy one mają ja­ki­kol­wiek zwią­zek ze sprawą? - Ole już czuł na­ra­sta­jącą wście­kłość.

J?r­gen­sen wzru­szył ra­mio­nami.

- Nie - od­parł twardo. - Po­wie­dzia­łem tylko, że ża­den z niego męż­czy­zna. Tacy jak on, po­dob­nie jak ko­biety, są po­zba­wieni na­szego mę­skiego po­dej­ścia do bru­tal­nego świata. Przez to są wraż­liwsi. - Uśmiech­nął się do Olego. - Może pan uwa­żać, co pan chce, ale tak wła­śnie jest. - Roz­luź­nił się nieco i znów skie­ro­wał wzrok na mo­rze. - Ale skoro już o tym mó­wimy - do­dał non­sza­lancko - nie ob­cho­dzi mnie, jaki jest Per pod tym wzglę­dem.

Ole przez chwilę mil­czał.

- Może więc pan, ewi­dent­nie ob­da­rzony taką silną mę­ską psy­chiką, po­może mu przez to przejść? - za­pro­po­no­wał w końcu.

Twarz J?r­gen­sena stę­żała.

- Oczy­wi­ście. Ale, do wszyst­kich dia­błów, Vik, to do­prawdy nie moje za­da­nie, tylko pań­skie! Od czego mamy po­li­cję? - Z oczu strze­lały mu bły­ska­wice. - To pan ma się tym za­jąć, i to już!

Ole po­sta­no­wił pu­ścić te słowa mimo uszu. Wda­wa­nie się w spór z czło­wie­kiem, który naj­wy­raź­niej przez całe lata był kró­lem swo­jego im­pe­rium, i tak by nic nie dało. Fa­cet miał zbyt skost­niałe po­dej­ście do świata. Ole chrząk­nął więc tylko za­kło­po­tany i po­wie­dział:

- Te dwie sprawy mogą mieć wspólny mia­now­nik, to zna­czy pań­ską żonę i jej brata. Dla po­li­cji na­tu­ralne za­tem bę­dzie szu­ka­nie ewen­tu­al­nych mo­ty­wów w ro­dzi­nie pań­skiej żony. Czy pań­scy te­ścio­wie żyją?

J?r­gen­sen po­krę­cił głową.

- Ale Britt ma sio­strę, jak pan być może wie.

Ole się za­sta­no­wił.

- Ma­rię, mam ra­cję?

- Ow­szem, Ma­rię Kahrs. Jest żoną Mar­kusa, szefa or­kie­stry, uwiel­bia­nego przez wszyst­kich en­tu­zja­stów mu­zyki ma­estra. - Uśmiech­nął się za­do­wo­lony, za­dzie­ra­jąc głowę. - To wspa­niały czło­wiek, który rze­czy­wi­ście coś w ży­ciu osią­gnął. Na­prawdę na­leży chy­lić czoła przed jego za­słu­gami dla or­kie­stry sym­fo­nicz­nej w Borgu. Stwo­rzył ją z ni­czego, a dzi­siaj to je­dyna or­kie­stra w re­gio­nie. Mar­kus to pod każ­dym wzglę­dem wielki ta­lent.

Ole po­ru­szył się nie­spo­koj­nie.

- Kahr­so­wie miesz­kają gdzieś we Fjel­l­bergu, prawda?

- Tak, w Eide­sun­dzie. Mają tam wspa­niałą po­sia­dłość... - J?r­gen­sen urwał, od­kryw­szy na­gle za­tro­ska­nie na twa­rzy len­smana. - Do li­cha, pan się boi, że u nich też mo­gło się coś stać?

- Nie ukry­wam, że przy­szło mi to do głowy.

Ole nie­spo­koj­nie spoj­rzał na ze­ga­rek. Było już pięć po pierw­szej, wy­cią­gnął więc szyję w stronę mo­rza, wy­pa­tru­jąc Ce­ci­lie. Miał dy­le­mat. Po­dróż do Eide­sundu za­ję­łaby trzy kwa­dranse, miej­sco­wość le­żała nie­mal tuż przy gra­nicy z Bor­giem. Czy po­wi­nien za­dzwo­nić i się upew­nić, że u pań­stwa Kahr­sów wszystko w po­rządku? Czy mógł to zro­bić o pierw­szej w nocy, ma­jąc do prze­ka­za­nia tak bul­wer­su­jącą wia­do­mość?

Te­le­fon ko­mór­kowy go uprze­dził. Wy­jąw­szy apa­rat z kie­szeni, zo­ba­czył na wy­świe­tla­czu nu­mer Ce­ci­lie.

- Tak, słu­cham...

- Ole - roz­legł się jej głos, w któ­rym len­sman wy­chwy­cił zde­ner­wo­wa­nie. - To ja­kaś epi­de­mia! Wła­śnie za­dzwo­nił do mnie bar­dzo wzbu­rzony męż­czy­zna, mó­wił tak nie­skład­nie, że mia­łam trud­no­ści z za­pi­sa­niem na­zwi­ska i ad­resu. Ale w końcu ja­koś mi się to udało. Za­cze­kaj chwilę. - Uci­chła na kilka se­kund. - Wy­szłam na po­kład, żeby nie nie­po­koić Britt J?r­gen­sen - ode­zwała się wresz­cie. - Już ci mó­wię... On dzwo­nił z Eide­sundu. Na­zywa się Mar­kus Kahrs.

Roz­dział 4

- Tego się oba­wia­łem. Co mó­wił?

- Zgło­sił usi­ło­wa­nie wła­ma­nia - od­parła Ce­ci­lie. - Ja­kaś za­ma­sko­wana osoba pró­bo­wała się we­drzeć do domu przez okno w piw­nicy. Po­nie­waż Kahrs jesz­cze nie po­ło­żył się spać, usły­szał ja­kiś ruch i udało mu się prze­gnać tego czło­wieka, cho­ciaż do­szło do gwał­tow­nych rę­ko­czy­nów. Wła­my­wacz uciekł czer­wo­nym sa­abem, a Kahrs na­wet zdą­żył za­no­to­wać nu­mer. Po­pro­si­łam ko­mendę po­li­cji w Borgu o wspar­cie i po­ścig, bo oni są bli­żej. Mają wsz­cząć po­szu­ki­wa­nia tego sa­mo­chodu.

- Zna­ko­mi­cie, Ce­ci­lie. Zo­stań tam. My obaj za­raz do cie­bie przyj­dziemy. - Roz­łą­czył się i z miną wy­ra­ża­jącą zde­cy­do­wa­nie od­wró­cił do Ro­ara J?r­gen­sena. - Pań­ski szwa­gier w Eide­sun­dzie uda­rem­nił temu czło­wie­kowi na­paść - oznaj­mił. - Je­żeli to oczy­wi­ście ta sama osoba.

- A co się stało?

Ole opo­wie­dział, co sam przed chwilą usły­szał.

- A te­raz chciał­bym po­roz­ma­wiać z pań­ską żoną i pa­nem, jed­no­cze­śnie - oświad­czył. - Zejdźmy na jacht.

Po­tężna prin­cess cu­mo­wała ty­łem mię­dzy dwiema od­no­gami pły­wa­ją­cego po­mo­stu. Prze­do­stali się z niego na rufę po­przez zin­te­gro­waną z jach­tem plat­formę ką­pie­lową i przez furtkę prze­szli da­lej na po­kład. Gdzieś ze środka do­cho­dził ci­chy war­kot ge­ne­ra­tora prądu.

Przez dużą szklaną ścianę Ole zo­ba­czył Ce­ci­lie i ko­bietę w śred­nim wieku w oświe­tlo­nym sa­lo­nie. Na­gle zdrę­twiał. Na po­kła­dzie przed szkla­nymi drzwiami stały buty Ce­ci­lie, rów­niutko usta­wione je­den przy dru­gim. On jed­nak wie­dział, że za nic na świe­cie nie wej­dzie tam boso. Ist­nieją ja­kieś gra­nice. Szybko ka­zał J?r­gen­se­nowi przy­pro­wa­dzić żonę.

Chwilę póź­niej stali już wszy­scy ra­zem w wil­got­nym noc­nym po­wie­trzu. Ole przed­sta­wił się i uści­snął dłoń Britt J?r­gen­sen. Była drobną za­dbaną ko­bietą około pięć­dzie­siątki, miała ładne rysy i sta­ra­nie uło­żone włosy. Wy­da­wała się skromna, wręcz po­zba­wiona pew­no­ści sie­bie.

- Moja ko­le­żanka i ja nie mo­żemy tu długo zo­stać - oznaj­mił len­sman. - Więc mu­szę się po­spie­szyć. Przed od­jaz­dem zer­k­niemy jesz­cze na szkody wy­rzą­dzone we­wnątrz. Na­stęp­nie dom zo­sta­nie opie­czę­to­wany do czasu, aż moi lu­dzie zja­wią się tu rano. Mogę pań­stwu od­dać do dys­po­zy­cji skrzy­dło go­ścinne w moim miesz­ka­niu przy Ha­vne­gata, chyba że wolą pań­stwo ja­kieś inne roz­wią­za­nie.

- Bar­dzo ła­ska­wie z pana strony, len­sma­nie, ale prze­no­cu­jemy na jach­cie - od­parł J?r­gen­sen, a wi­dząc lę­kliwe spoj­rze­nie żony, do­dał szybko: - Oczy­wi­ście nie tu­taj, o nie, za­ko­twi­czymy w ja­kiejś przy­tul­nej za­toczce na jed­nej z wy­se­pek. Czy tak bę­dzie do­brze, Bit­ten?

Britt J?r­gen­sen uśmiech­nęła się nie­pew­nie, ale po­tak­nęła.

Ole z za­do­wo­le­niem kiw­nął głową, cho­ciaż my­ślał swoje. Wo­bec żony ten czło­wiek był po­tulny jak kot. Cie­kawe, czy J?r­gen­sen na­prawdę jest taki, czy też tylko ta­kiego udaje? No cóż, je­śli to nie miało związku ze sprawą, to jego, Olego, nie po­winno to w ogóle ob­cho­dzić.

- Do­brze, może być i tak - po­wie­dział. - I jesz­cze jedno. Je­śli to pań­stwu w ni­czym nie prze­szko­dzi, to pro­szę, żeby sta­wili się pań­stwo na po­ste­ru­nek ju­tro, po­wiedzmy o je­de­na­stej. Chciał­bym, aby pań­stwo do tego czasu za­sta­no­wili się, kto ewen­tu­al­nie mógł to zro­bić. Za każ­dym dzia­ła­niem kryje się ja­kiś mo­tyw. Rów­nież za czy­nami, któ­rych skutki zo­ba­czy­li­śmy dzi­siej­szej nocy.

Po­sta­rał się jak naj­de­li­kat­niej opo­wie­dzieć pani J?r­gen­sen, co się stało u jej brata. Ko­bieta słu­chała wstrzą­śnięta.

Roar J?r­gen­sen ujął żonę za rękę.

- Jako przed­się­biorca zdo­ła­łem przez lata na­ro­bić so­bie wielu wro­gów - oznaj­mił z cie­niem dumy w gło­sie. - To ele­ment gry, w którą po­sta­no­wi­łem grać, i po pro­stu mu­szę to za­ak­cep­to­wać. Ale to, żeby ktoś chciał mnie zra­nić po­przez atak na ro­dzinę mo­jej żony, nie mie­ści mi się w gło­wie. - Od­wró­cił się do żony. - A to­bie?

- Ani tro­chę - od­parła i oczy jej zwil­got­niały. - W do­datku zro­bić coś ta­kiego Pe­rowi - do­dała gru­bym od łez gło­sem. - Prze­cież to taki do­bry chło­pak!

Ce­ci­lie i Ole za­trzy­mali się przy domku let­ni­sko­wym, jesz­cze raz oglą­da­jąc znisz­cze­nia na ze­wnątrz. Drzwi wej­ściowe były otwarte. Ole ostroż­nie wszedł po scho­dach i zaj­rzał do środka. Spró­bo­wał za­pa­lić świa­tło, ale nie było prądu.

- Jest za ciemno. Przy­nie­śmy la­tarki z sa­mo­chodu.

Ra­zem prze­szli wą­ską żwi­rową ścieżką i zna­leźli la­tarki w au­cie.

- Nie­zły dy­żur do­mowy - wes­tchnęła Ce­ci­lie.

- Rze­czy­wi­ście, nie­zła noc - do­dał Ole. - Każdy idiota musi zro­zu­mieć, że na­szą pracę na­leży uwa­żać za przy­wi­lej.

Oboje się ro­ze­śmiali. Ole za­mknął tylne drzwi sub­aru i sta­nął za­my­ślony.

- Mu­szę przy­znać, że mam pa­skudne prze­czu­cie, je­śli cho­dzi o Ma­rię i Mar­kusa Kahr­sów. Jak tylko się tu ze wszyst­kim upo­ramy, je­dziemy do Eide­sundu.

Ce­ci­lie zro­biła wiel­kie oczy.

- Te­raz, w nocy?

- Ow­szem, te­raz, w nocy.

- Ale po co mamy tam je­chać? Uwa­żasz, że po­li­cja z Borgu nie ma kon­troli nad sy­tu­acją?

- Nie ma. - Ole po­krę­cił głową. - Wpraw­dzie Borg to mia­sto le­d­wie dwu­dzie­sto­ty­sięczne, ale moż­li­wo­ści po­li­cji rów­nież tam są ogra­ni­czone. Na pewno nie ma do dys­po­zy­cji zbyt wielu pa­troli. Poza tym Eide­sund to nie ich re­jon, tylko nasz.

- No tak, ale Urząd Len­smana Gminy Fjel­l­berg pod­lega ko­men­dzie w Borgu - za­sta­no­wiła się Ce­ci­lie. - Okej, ro­zu­miem - przy­znała w końcu. - Nie na­leży mieć peł­nego za­ufa­nia do są­siada i tak da­lej.

- Mniej wię­cej. Cho­dzi o to, że czuję się... Nie bar­dzo wiem, jak to wy­ra­zić... bez­radny, bę­dąc tak da­leko, gdyby coś jesz­cze miało się wy­da­rzyć. I, tak jak mó­wi­łem, mam pa­skudne prze­czu­cia.

Spoj­rzała na niego z ukosa.

- Słynna in­tu­icja len­smana Vika?

Ole się ro­ze­śmiał.

- Weź też apa­rat fo­to­gra­ficzny - po­le­cił.

Za­częli na ze­wnątrz.

- Po­win­ni­śmy zna­leźć ja­kieś od­ci­ski bu­tów - stwier­dził Ole, wska­zu­jąc na ra­batę kwia­tową pod dłuż­szą ścianą, na któ­rej ja­śniały żółte li­tery moc­nych obelg. Za­pa­lił la­tarkę i ostroż­nie tam pod­szedł, oświe­tla­jąc zie­mię przed zro­bie­niem każ­dego ko­lej­nego kroku. Ce­ci­lie ru­szyła za nim.

Przy­kuc­nęli.

- Kwiaty są zdep­tane - stwier­dziła Ce­ci­lie. - Ale spójrz tu­taj, Ole!

- Zie­mia świeżo za­gra­biona, jakby przed chwilą od­szedł stąd ogrod­nik. A tam mamy wy­ja­śnie­nie. - Len­sman wska­zał wę­gieł domu, przy któ­rym le­żały rzu­cone na ra­batę gra­bie. - In­nymi słowy... to nie było dzia­ła­nie w afek­cie - do­dał. - Ślady usu­nięto w spo­sób pla­nowy. To in­te­re­su­jące, Ce­ci­lie. Zróbmy kilka zdjęć. Ni­gdy nie wia­domo, co nam się przyda. Użyj lampy bły­sko­wej.

Pod­czas gdy Ce­ci­lie fo­to­gra­fo­wała, Ole się­gnął do ściany i pal­cem wska­zu­ją­cym do­tknął żół­tej farby.

- Świeża - za­uwa­żył, pa­trząc na żółty ko­niu­szek palca. Po­wą­chał go. - Olejna - do­dał. - Ju­tro po­bie­rzemy próbki i prze­ka­żemy do ana­lizy.

- Może zna­leźli tę farbę tu, na te­re­nie po­sia­dło­ści? Na przy­kład w szo­pie na ło­dzie? Albo w ga­rażu?

- Nie, już py­ta­łem o to J?r­gen­sena.

- Za­tem przy­tar­gali ze sobą farbę i pę­dzel. - Ce­ci­lie wyj­rzała zza apa­ratu. - To ko­lejny ar­gu­ment świad­czący o za­pla­no­wa­nym dzia­ła­niu.

- Zde­cy­do­wa­nie. - Ole na­chy­lił się do ściany i po­świe­cił la­tarką. - Ale sprawcy tak tu na­świ­nili, że może po­peł­nili ja­kiś błąd. - Skie­ro­wał pro­mień świa­tła na fun­da­ment. - Mnó­stwo na nim żół­tych kro­pek, a tu skap­nęła duża kro­pla. I spójrz tu­taj. - Oświe­tlił kwiaty na ra­ba­cie. - Żółte kropki wi­dać też na li­ściach. Farba pry­skała.

- To ozna­cza, że mu­szą mieć farbę na ubra­niu. - Ce­ci­lie po­ki­wała głową. - A skoro tak, to rów­nież na sie­dze­niach sa­mo­chodu, me­blach i wielu in­nych rze­czach.

- Słusz­nie, ko­le­żanko. Na przy­kład na skó­rze i wło­sach.

Prze­rwał im dzwo­nek ko­mórki Ce­ci­lie. Ode­brała i przez chwilę słu­chała.

- W po­rządku - po­wie­działa. - Dzię­kuję za po­moc. Je­dziemy tam te­raz, przej­miemy sprawę. - Znów słu­chała. - Ro­zu­miem. Mo­żesz to wy­ja­śnić? - Kilka razy kiw­nęła głową. - Już wiem. Dzię­kuję.

Roz­łą­czyła się i scho­wała te­le­fon. Ole pa­trzył na nią wy­cze­ku­jąco.

- Pa­trol z Borgu - wy­ja­śniła Ce­ci­lie. - Byli już na miej­scu i roz­ma­wiali z Kahr­sami, któ­rzy są już spo­koj­niejsi. Kahrs po­wie­dział, że chcą iść spać i nie ży­czą so­bie już więk­szego za­mie­sza­nia.

- I?

- Po­pro­si­łam, żeby mi opi­sali drogę. Strasz­nie się na­mę­czyli, żeby tra­fić na miej­sce. W Eide­sun­dzie jest około czter­dzie­stu do­mów roz­rzu­co­nych po oko­licy bez nazw ulic.

- Prze­wi­du­jąca je­steś, Ce­ci­lie. - Ole uśmiech­nął się za­do­wo­lony. - I co?

- Po­wie­dzieli, że mają w Borgu spo­kojną noc, więc mo­żemy się z nimi kon­tak­to­wać, je­śli zaj­dzie taka po­trzeba.

- Do­brze. - Ole da­lej się roz­glą­dał, wielką dło­nią gła­dząc brodę. - Ce­ci­lie, tu­taj chyba się pod­damy - zde­cy­do­wał. - Skoro sprawcy za­tarli wszel­kie ewi­dentne ślady na ziemi, trzeba bę­dzie prze­pro­wa­dzić dro­bia­zgowe prze­szu­ka­nie, a do tego po­trzeba świa­tła dzien­nego, bo ina­czej w tym pół­mroku mo­żemy za­dep­tać ja­kieś od­ci­ski. Zaj­rzyjmy do środka.

Ce­ci­lie zro­biła jesz­cze parę zdjęć, po czym we­szli po nie­du­żych ka­mien­nych schod­kach i po­świe­cili w otwarte drzwi.

Uka­zał im się nie­wielki przed­po­kój wy­ło­żony bo­aze­rią po­ma­lo­waną na sza­ro­nie­bie­sko z li­stwami wy­koń­cze­nio­wymi i zdo­bie­niami sny­cer­skimi w ko­lo­rze bor­do­wym. Szafa i ko­moda le­żały prze­wró­cone na pod­łogę wśród mnó­stwa szkla­nych odłam­ków i roz­trza­ska­nego drewna. Da­lej przez otwarte drzwi do­strze­gli sa­lon i zo­ba­czyli, że tam rów­nież me­ble są bez­ład­nie po­przew­ra­cane.

Ce­ci­lie oświe­tliła pod­łogę tuż za drzwiami.

- To mi wy­gląda na od­cisk buta - stwier­dziła.

Ole do­łą­czył swoją la­tarkę.

- Bez wąt­pie­nia.

Wy­pro­sto­wał się i zga­sił la­tarkę.

- To może być ślad buta sprawcy albo J?r­gen­sena - po­wie­dział. - Nie mo­żemy tu wejść. Mu­simy za­bez­pie­czyć ślady po ko­lei, z ze­wnątrz i w środku, przy dzien­nym świe­tle. Przed od­jaz­dem zro­bimy kilka zdjęć, za­bez­pie­czymy to miej­sce i za­mkniemy. Mamy przed sobą da­leką drogę. No to dzia­łamy.

O trze­ciej mieli już za sobą pół go­dziny jazdy i do Eide­sund zo­stał im kwa­drans. Ce­ci­lie sie­działa za kie­row­nicą, len­sman zaś drze­mał na sie­dze­niu pa­sa­żera. Oboje byli zmę­czeni.

Te­le­fon ko­mór­kowy zo­stał umiesz­czony w uchwy­cie na de­sce roz­dziel­czej i pod­łą­czony do ze­stawu gło­śno­mó­wią­cego z moc­nym gło­śni­kiem i dwoma mi­kro­fo­nami, tak by oboje mo­gli uczest­ni­czyć w ewen­tu­al­nych roz­mo­wach.

Pięć po trze­ciej dzwo­nek te­le­fonu wy­rwał Ce­ci­lie z za­my­śle­nia, a Olego ze snu. Ce­ci­lie bły­ska­wicz­nie ode­brała.

- Słu­cham, Urząd Len­smana Gminy Fjel­l­berg.

W pierw­szej chwili nic nie było sły­chać, więc Ce­ci­lie na­sta­wiła uszu i po­wtó­rzyła, tym ra­zem nieco gło­śniej.

- Halo, tu len­sman we Fjel­l­bergu!

Roz­legł się jęk, a po­tem cienki prze­ra­żony głos ko­biety:

- Halo! Mówi... Ma­ria Kahrs. Mu­si­cie przy­je­chać. Przy­jeż­dżaj­cie na­tych­miast! Oni znów tu są! - Ko­bieta gło­śno za­szlo­chała. - Mój mąż... te­raz też tam zszedł... żeby ich po­wstrzy­mać. Usły­sza­łam... usły­sza­łam straszny ha­łas i okropny krzyk, a po­tem... po­tem zro­biło się zu­peł­nie ci­cho. To mój mąż tak krzy­czał. Ja to wiem... Wiem! Do­pa­dli go!

- Pani Kahrs, tu len­sman Ole Vik. Już do pań­stwa je­dziemy, po­win­ni­śmy być na miej­scu w ciągu pię­ciu mi­nut. Czy te osoby są te­raz w domu?

- Tak. Tłuką się na dole. - Na chwilę za­pa­dła ci­sza. - Ach, nie! Wcho­dzą po scho­dach! Ktoś idzie na górę! Ra­tunku!

Ole na­chy­lił się do mi­kro­fonu.

- Pani Kahrs, czy drzwi da się za­mknąć na klucz?

- Mar­kus to zro­bił, wy­cho­dząc. Ale oni pró­bują się tu do­stać! Ra­tunku! Po­mocy!

Usły­szeli w tle gło­śny ha­łas i od­głos pę­ka­ją­cego drewna, a krzyk Ma­rii Kahrs osią­gnął apo­geum.

Chwilę póź­niej w te­le­fo­nie roz­le­gły się trzy szyb­kie pik­nię­cia - sy­gnał za­ję­to­ści, a na­stęp­nie za­pa­no­wała głu­cha ci­sza.