Rozdział 2
Gmina Fjellberg jest stosunkowo nieduża pod względem liczby mieszkańców. Leży wciśnięta między gminy znacznie większe i ludniejsze. Mimo to zalicza się do najbogatszych w kraju. Ze względu na długą linię brzegową ma dużą flotę rybacką, jest siedzibą licznych przedsiębiorstw hodowli ryb i przetwórni, a poza tym cieszy się popularnością wśród turystów. Ponadto dalekowzroczni politycy swego czasu zdecydowali o wybudowaniu w Fjellberghavn, największej miejscowości w gminie, Szpitala Uniwersyteckiego. Po reorganizacji okręgów służby zdrowia w roku dwa tysiące pierwszym lecznica zmieniła nazwę na Szpital we Fjellbergu, lecz większość ludzi z uporem wciąż nazywała ją Szpitalem Uniwersyteckim.
Przez gminę leniwymi zakosami wiła się czteropasmowa autostrada. Przy tym jej odcinku znajdowało się wiele pięknych miejscowości, istnych perełek, których jednak nie dało się zobaczyć z okien samochodu, a jedną z nich było Fjellberghavn. Miasteczko leżące poniżej autostrady, osłonięte od hałasu i ciekawskich oczu, schodziło w stronę morza i przybrzeżnych wysp. Jego zabudowa w głównej mierze składała się z niskich drewnianych domów stojących przy wąskich uliczkach i wybrukowanych placach, stanowiąc malownicze połączenie południowonorweskiej idylli ze starym stylem bergeńskim. Miasteczko przecinała prosta jak strzała Hovedgata, czyli ulica Główna. To właśnie przy tej ulicy, która przed wybudowaniem autostrady stanowiła główną arterię komunikacyjną, stał barek U Pera. Od Hovedgata po jednej stronie odchodziły dwie boczne ulice, biegnące pod górę w stronę szpitala i autostrady, a po drugiej tylko jedna, stroma Havnegata, ulica Portowa, prowadząca, jak wskazywała jej nazwa, do portu. Właśnie przy niej mieszkał Hoff. Po tej stronie ciągnęła się też zabudowa letniskowa z widokiem na skały oraz pasmo przybrzeżnych wysp i szkierów, którymi tak zachwycali się urlopowicze.
Urząd Lensmana Gminy Fjellberg mieścił się w ostatnim budynku przy Havnegata, na rogu wychodzącym na tętniący życiem rynek i port - naprzeciwko starego domu Kucharza. Budynek należał do samego lensmana Olego Vika. Podobnie jak dom Hoffa oraz większość zabudowań w centrum był to pomalowany na biało drewniany dom w starym stylu. Kilka lat wcześniej, po rozwodzie i otrzymaniu pokaźnego spadku po ojcu, lensman skorzystał z okazji i kupił tę nieruchomość, gdy wystawiono ją na sprzedaż. Na ostatnim piętrze urządził sobie duże przyjemne mieszkanie z tarasem na dachu i wspaniałym widokiem na port i przybrzeżne wyspy. Pozostałą część domu wynajmował, między innymi własnemu pracodawcy.
W miasteczku budynek nazywano potocznie Domem Lensmana. Ole Vik poświęcił tysiące godzin na to, by własnymi rękami odrestaurować go według dawnych rysunków, i czuł, że zna każdą deskę w tym ponadstuletnim domu. Położenie mieszkania, oddzielonego zaledwie o kilka schodów od biura, uważał za idealne, bo dzięki temu mógł być dostępny dla mieszkańców i dbać o ich bezpieczeństwo przez całą dobę. I naprawdę się to przydało w tę letnią noc, gdy ciszę na Havnegata rozdarł krzyk Kucharza, tak przeraźliwy, że włosy się zjeżyły tym, którzy wciąż jeszcze nie spali, napawając się ciepłem letniej nocy. Ole, pogrążony w głębokim śnie, nie słyszał nic, natomiast Birk, jego biało-czarny border collie, który na swoim posłaniu w przedpokoju spał na grzbiecie z uniesionymi wszystkimi czterema łapami, natychmiast się przebudził. Zerwał się i głośno szczeknął.
Do tego, by obudzić Olego Vika, potrzeba było jednak czegoś więcej, lensman bowiem potrafił zasnąć jak kamień. Ale po trzecim szczeknięciu zaczął się wiercić w łóżku i w końcu, pomrukując pod nosem, otworzył oczy. Sekundę później rozległ się dzwonek do drzwi.
Co się dzieje?! - to pytanie przemknęło przez zamroczoną głowę Olego, kiedy siadał na łóżku i po omacku szukał włącznika światła. Dzwonek rozległ się znów, a Birk ujadał już jak szalony.
- Dobrze, dobrze, dosyć już, Birk! - Lensman wreszcie się podniósł, ale dzwonienie do drzwi nie ustawało. - Idę, idę! - syknął Ole, manewrując półnagim ciałem do przedpokoju, gdzie Birk przy drzwiach merdał ogonem, jakby chciał powiedzieć: "Nie słyszysz, że mamy gości, szefie? Pospieszże się!". - Dobry piesek. - Ole sięgnął po słuchawkę domofonu. - Tak?
- Tu Hoff. Hoff! Stało się coś strasznego! Niech pan mnie wpuści i się pospieszy! Szybko! - Do Olego dotarł piskliwy męski głos.
Lensman usiłował wprawić w ruch zaspane zwoje mózgowe.
- Do diabła, jaki Hoff?
- Hoff, Per Hoff! Z barku U Pera! Przecież mnie pan zna!
- Aha, Kucharz! Człowieku, przedstawiaj się jak należy. - Z rezygnacją wcisnął przycisk otwierania drzwi. - Niech pan przyjdzie od razu do mnie do domu na ostatnie piętro, a ja się przez ten czas ubiorę.
Ole odwiesił słuchawkę i wrócił do sypialni. W myślach nigdy nie nazywał Pera Hoffa inaczej niż Kucharzem, a już na pewno nie kojarzył jego nazwiska. Ale to, że go dobrze znał, nie podlegało dyskusji. Ole był prawdopodobnie jednym z jego najlepszych klientów. W każdym razie codziennie zaglądał do jego baru na obiad, a przynajmniej na hot doga czy hamburgera.
Ściągnął nocną koszulę, która była na niego za ciasna, i włożył półgolf, również za ciasny i bardziej podkreślający niż ukrywający jego tłuste ciało. Utrata kontroli nad wagą dręczyła go właściwie bardziej, niż chciał się do tego przyznać. Nawet teraz, kiedy próbował się pospieszyć, mózg znalazł czas na błyskawiczną samokrytykę, gdy Ole przez moment ujrzał swój nagi tors, zanim przesłonił go sweter. Wyglądał fatalnie. Miał świadomość, że już dawno powinien był zarezerwować godziny na siłowni, a kurację odchudzającą zacząć piętnaście kilogramów temu. Tyle rzeczy powinien i musiał. Podobne myśli pojawiały się konsekwentnie przy okazjach takich ja ta, lecz zaraz były spychane do podświadomości, gdzie splątywały się ze wszystkim innym, co przyprawiało go o wyrzuty sumienia, a co uparcie wypierał. Od czasu do czasu jednak przystępowały do zmasowanego natarcia niczym armia Napoleona i atakowały jego świadomość, co objawiało się przesłaniającym wszystko napadowym głodem.
Teraz także przed oczami natychmiast stanął mu hamburger z sałatką i dressingiem. Świadoma część jego mózgu oceniła, że dzieje się tak, ponieważ na schodach jest nie kto inny, ale Kucharz. Ole, burcząc pod nosem, usiadł na łóżku i zaczął wkładać spodnie od dresu. Ze skarpetek zrezygnował, za dużo bowiem było wysiłku ze schylaniem się i błyskawicznym ich wciąganiem, dlatego pospiesznie wsunął bose stopy w mokasyny stojące pod łóżkiem. Przeczesał palcami gęste niesforne włosy, na próżno usiłując choć trochę je przygładzić, i podobnie postąpił z brodą, z takim samym rezultatem. W chwili gdy wstawał z łóżka, dobiegło go głośne pukanie. Birk znów zaczął szczekać.
- Już idę! - Ole potruchtał do przedpokoju i kazał psu się położyć.
Birk natychmiast go usłuchał, a Ole otworzył drzwi. Trupioblady Per Hoff niemal wpadł do mieszkania. Z trudem łapał oddech.
- Musi mi pan pomóc! Ktoś ich zabił! Oboje! Zaszlachtował! - Hoff kompletnie stracił panowanie nad sobą, Ole więc mocno złapał go za ramiona i przytrzymał. Popatrzył Kucharzowi w oczy.
- Kogo zabił?
- Queen... Księcia... Oboje!
- A kim są Queen i Książę? - spytał lensman dźwięcznym basem.
Hoff ciągle nie mógł złapać tchu.
- Moja... papuga... i... mój kot.
Ole trochę się rozluźnił.
- Chce pan powiedzieć, że ktoś zabił pańską papugę i kota?
- Tak! Queen... ona jest... a Książę... Nie, nie dam rady.
Widząc, że Hoff jest bliski załamania, Ole delikatnie go objął.
- Usiądźmy w salonie - zaproponował. - Tam się trochę uspokoimy. Obu nam się to przyda, i panu, i mnie.
Zaprowadził Pera do dużego jasnego salonu i usadził w fotelu. Sobie przysunął krzesło, usiadł blisko Kucharza i uważnie mu się przyjrzał. Nie miał pojęcia, że ten gość jest łysy, a wynikało to oczywiście stąd, że widywał go zawsze w barku, a tam Per Hoff nosił czapkę kucharską. Teraz wyglądał całkiem inaczej. I ktoś ewidentnie wystraszył go do szaleństwa. Właśnie o to chodziło, a nie o zabicie papugi i kota.
- Proszę mi opowiedzieć wszystko od początku - powiedział Ole życzliwie. - Od samego początku i tak spokojnie, jak tylko pan jest w stanie. Jeśli mam panu pomóc, to pan musi najpierw pomóc mnie.
Do Hoffa w końcu dotarły słowa lensmana. Rękawem otarł oczy, wyprostował się w fotelu i spojrzał na Olego, uśmiechając się przepraszająco. Potem wziął głęboki oddech i zaczął opowiadać, chociaż ciągle się jąkał i mówił nieskładnie.
Ole słuchał go z uwagą i gniewem narastającym w miarę, jak dowiadywał się o sposobie, w jaki potraktowano Queen i Księcia. Per, zakończywszy relację, sprawiał wrażenie kompletnie załamanego.
- Pokaże mi pan to? - spytał Ole, chociaż właściwie znał już odpowiedź. Z oczu Hoffa biła panika.
- U mnie w domu? Pan chce, żebym tam... tam wrócił?
- Oczywiście pod warunkiem, że ma pan na to siłę.
- Nie, nie mam. Nie mogę. Nie dam rady. - Kucharz ukrył twarz w dłoniach, ramiona zaczęły mu drżeć. - Kto mógł zrobić coś takiego? - wydusił z siebie. - To przecież były tylko miłe, ufne zwierzęta. Co to za... Co za potwór krąży po Fjellberghavn? - Podniósł głowę i z rozpaczą spojrzał na lensmana.
- Miałem zamiar zadać to samo pytanie - powiedział Ole. - Bo musimy się tego dowiedzieć, prawda? Ma pan kogoś na myśli? Czy wśród pańskich dalszych albo bliższych znajomych jest ktoś, kto żywi do pana urazę, i mógł mieć motyw, żeby coś takiego zrobić?
- Motyw? - Per spojrzał na lensmana pytająco i zaczął po cichu rozważać: Czy Markus mógł mieć motyw, żeby zrobić coś takiego? Nie, to niemożliwe. Markus to uczciwy człowiek. Roar? Nie, on po prostu nie jest taki, chociaż stale okazuje pogardę. Maria? No nie, naprawdę, to nie wchodzi w grę. A Britt? Nie... Na czole Kucharza pojawiły się głębokie zmarszczki sięgające aż na łysinę.
- Z tego, co wiem, nie mam żadnych wrogów - oświadczył. - Ani z nikim się nie pokłóciłem. Z nikim.
Znów zasłonił twarz rękami i wciąż cały drżał. Lensman położył mu dłoń na ramieniu.
- Niech pan już więcej się nad tym nie zastanawia. I tak się dowiemy, kto to zrobił. - Spojrzał na zegarek i stwierdził, że jest wpół do pierwszej. - Poproszę dyżurnego, żeby poszedł na miejsce zdarzenia - dodał. - Czy drzwi do pańskiego domu są zamknięte na klucz?
- Nie. - Kucharz pokręcił głową. - Wydaje mi się... Nie jestem pewien, ale mogą być otwarte na oścież. Bóg jeden wie... Ja po prostu... wybiegłem.
- Wobec tego trzeba się pospieszyć. Niech mi pan da kilka sekund.
Ole podniósł się i ciężkim krokiem pomaszerował do sypialni, gdzie została jego komórka. Zadzwonił do sierżant policji Cecilie Hopen, która tej nocy miała dyżur domowy.
Kilka minut później wrócił.
- Sierżant Hopen się tym zajmie. Obiecuję panu, że sprawa jest w dobrych rękach. - Zawahał się chwilę i przepraszająco spojrzał na Hoffa. - Cholera, chyba nie zaproponowałem panu nic do picia, prawda? Cóż ze mnie za gospodarz!
- Pan pewnie też jest w szoku. - Kucharz uśmiechnął się niewyraźnie. - Ale ja i tak dziękuję, niczego nie chcę.
Ole usiadł z powrotem.
- I co teraz będzie? - chciał wiedzieć Per.
- Cecilie Hopen dokona wstępnych oględzin miejsca zdarzenia i zabezpieczy dom. Jutro rano przyjdą inni funkcjonariusze i zbiorą ślady.
- Z powodu papugi i starego kocura? - Hoff popatrzył na lensmana z niedowierzaniem.
- Nie. - Ole wytrzymał jego spojrzenie. - Z powodu gróźb w zamiarze wywołania poważnego lęku. Taki czyn jest wyraźnie zdefiniowany przez prawo.
- Aha. - Per drżącą dłonią potarł twarz. - Ale potem sprawa zostanie umorzona... z powodu... braku dowodów. - Zaśmiał się ochrypłym, niemal drwiącym śmiechem. - Mam cały stos pana standardowych pism po tych wszystkich włamaniach do baru. Nigdy nie udaje wam się wykryć sprawcy.
Ole uśmiechnął się rozbrajająco.
- Będziemy o tym dyskutować teraz? - spytał. - Możemy, ale jeśli tak, to musi pan na to przeznaczyć całą noc.
Kucharz pokręcił głową.
- Nie, nie, przecież wiem, ile pan ma na głowie, panie Vik. Nie miałem nic złego na myśli, jestem tylko...
- ...może w szoku? - podsunął lensman. - Ma pan ku temu powody.
Przez chwilę obserwował Pera Hoffa. Kucharz był blady, twarz miał ściągniętą, ręce ciągle mu drżały i wyglądał okropnie.
- Panie Hoff, przeżył pan coś bardzo przykrego - zaczął Ole ze współczuciem. - W mojej ocenie potrzebna panu profesjonalna pomoc. Po rozmowie z Cecilie Hopen pozwoliłem sobie zadzwonić do szpitala, dyżurny lekarz jest gotów pana przyjąć. Zawiozę tam pana teraz. Bez dyskusji, dobrze?
- Psychiatryczna interwencja kryzysowa... - Kucharz z rezygnacją pokręcił głową, a oczy znów mu zwilgotniały. - Zawsze uważałem to za jakąś bzdurę.
- Niech pan pamięta, że do pańskiego domu nie ma teraz wstępu, bo był miejscem przestępstwa - dodał lensman. - Gdzie więc by się pan podział?
Per Hoff uśmiechnął się krzywo.
- No nie wiem...
- A więc dobrze. - Ole wstał. - Wobec tego sprawa jest przesądzona. Ruszamy.
Kilka minut później już jechali volvem w górę Havnegata. Przy numerze czwartym, domu Hoffa, zobaczyli, że Cecilie Hopen właśnie parkuje drugi ze służbowych samochodów. Zebrała się wokół niego niewielka grupka ciekawskich. Kucharz miał rację. Drzwi do domu były otwarte na oścież.
Ole odstawił Pera Hoffa do szpitala, a stamtąd od razu pojechał bezpośrednio na Havnegata pod numer czwarty i zaparkował volvo za nowiusieńkim subaru należącym do urzędu lensmana. Cecilie powitała go w drzwiach, jak zawsze śliczna i zadbana, ale blada. Najwyraźniej mocno na nią wpłynęło to, co zobaczyła.
Kiedy Ole do niej podszedł, założyła ręce na piersi i wbiła w niego piwne oczy.
- Ole, to naprawdę straszne! Kot... nie do uwierzenia... ale...
- Wiem, jest obdarty ze skóry. - Ole dokończył za nią, kręcąc przy tym głową. - Hoff mi wszystko opowiedział. To rzeczywiście okropne. Zwłaszcza, jak przypuszczam, dla takiej przyjaciółki zwierząt jak ty.
Z oczu Cecilie strzeliły iskry.
- Wiesz, Ole, czuję taki szalony... gniew. - Uderzyła się w pierś. - Jestem naprawdę wściekła.
- No to jest nas dwoje.
Ole opowiedział jej o złym stanie psychicznym Pera Hoffa. Cecilie chciała to skomentować, ale w tym momencie zadzwoniła jej komórka. Spojrzała na wyświetlacz, aby sprawdzić, czy zna ten numer, i odebrała połączenie.
- Urząd Lensmana Gminy Fjellberg. Przy telefonie sierżant policji Hopen - przedstawiła się.
Ole obserwował wyraz jej twarzy, kiedy słuchała swojego rozmówcy. Wyglądała na coraz bardziej zatroskaną, zakończyła słowami:
- Proszę zachować spokój, pani J?rgensen. Będziemy tam za kilka minut.
Ole zrozumiał, że stało się coś poważnego.
Cecilie schowała telefon z powrotem do kieszeni.
- To Britt i Roar J?rgensenowie, właściciele domku letniskowego przy Strandveien dwadzieścia - przekazała. - Stało się u nich coś strasznego w czasie, kiedy popłynęli na ryby.
- Ale co?
Cecilie spojrzała na niego niepewnie.
- Nie dało się tego zrozumieć. Kobieta się bała i mówiła nieskładnie. Muszę tam natychmiast pojechać.
Zamknęła drzwi wejściowe do domu Hoffa i zabezpieczyła je, naklejając na połać drzwi i framugę pasek papieru z pieczęcią policyjną.
- Jadę z tobą - oznajmił lensman.
Cecilie się odwróciła.
- To ja mam dyżur, Ole, nie musisz jechać. Zajmę się tym sama, a ty idź spać.
- Tak jak powiedziałem, jadę z tobą. - Z oczu Olego biło zdecydowanie. - Możliwe, że tego nie wiesz, ale nazwisko panieńskie Britt J?rgensen to Hoff.
Cecilie popatrzyła na szefa zdziwiona, ale zaraz zaczęło jej się rozjaśniać w głowie.
- Chcesz powiedzieć... że ona jest...
- Tak. - Ole z powagą potwierdził. - Britt J?rgensen to siostra Kucharza.