Symfonia ciszy - Natasza Socha

Kup ebooka

39.90 zł
33.53 zł (33,48 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Wcze­sna jesień otu­lała mia­sto sza­ro­ścią, kiedy Mar­cel prze­kra­czał bramę cmen­ta­rza. Liście, które opa­dły z gałęzi, utwo­rzyły coś w rodzaju kolo­ro­wego dywanu, po któ­rym teraz szedł. Wiatr tań­czył z ich drżą­cymi kra­wę­dziami, a drobne kro­ple desz­czu coraz bar­dziej roz­mięk­czały zie­mię.

Czarny płaszcz Mar­cela był ciemną plamą na tle żółto-zie­lo­nego kobierca. Z każ­dym kolej­nym kro­kiem cień cmen­ta­rza roz­cią­gał się także na jego duszę. Pogrzeb Ani był dla niego ostat­nim aktem dra­matu, któ­rego nie chciał dzie­lić z tłu­mem pła­czą­cych ludzi, pocią­ga­ją­cych nosami i ocie­ra­ją­cych oczy. On wybrał samot­ność, bo nie miał ochoty na zbio­rowe poże­gna­nie.

Celowo podał fał­szywą datę pogrzebu, chcąc uciec przed cie­kaw­skimi spoj­rze­niami i nie­mym współ­czu­ciem. Chciał być sam, do końca. A teraz, kiedy wra­cał do pustego miesz­ka­nia, otu­lony jedy­nie bólem i wspo­mnie­niami, miał świa­do­mość, że zmie­niło się wszystko.

Mar­ce­lowi trudno było to, co czuł, nazwać jed­nym sło­wem. To był wir emo­cji ście­ra­ją­cych się w nim i tań­czą­cych niczym te liście uno­szone jesien­nym wia­trem. Smu­tek i żal prze­sią­kały każdą cząstkę jego ist­nie­nia. Z tęsk­notą mie­szał się ból, jakby ktoś ciął jego ciało ostrym nożem, pozo­sta­wia­jąc rany, któ­rych nie potra­fił wygoić.

Odno­sił wra­że­nie, że z każdą chwilą, z każ­dym kolej­nym kro­kiem robi się coraz ciem­niej, bar­dziej szaro i ponuro. Czy gdyby się cof­nął, świa­tło powró­ci­łoby cho­ciaż na chwilę?

Par­sk­nął ner­wo­wym śmie­chem.

Ani nie było, nie było zatem też świa­tła.

W żało­bie tkwi potworna bez­sil­ność - uczu­cie, że nawet naj­usil­niej­sze sta­ra­nia nie zdo­łają cof­nąć czasu, nie napra­wią błę­dów, nie przy­wrócą nikomu życia.

Gazeta z fał­szywą datą pogrzebu tkwiła w jego dło­niach jak kamień, sym­bo­li­zu­jąc ilu­zję, jaką stwo­rzył, by choć na chwilę oszu­kać świat. Ludzie przyjdą tutaj jutro, ale prze­cież pogrzeb już się odbył.

I dobrze.

Nie potrze­bo­wał żad­nego współ­czu­cia.

Wpa­tru­jąc się w świa­tło ulicz­nej latarni, Mar­cel zasta­na­wiał się, czy jesz­cze kie­dyś zdoła się uśmiech­nąć. Czy gdzieś tli się iskra nadziei gotowa roz­bły­snąć nieco moc­niej? Czy zdoła odna­leźć sie­bie w tej nowej, nie­spo­dzie­wa­nej rze­czy­wi­sto­ści? Kiedy mówisz "my", czu­jesz się pew­niej. Jesteś z kimś, jeste­ście we dwójkę.

Kiedy mówisz "ja", wiesz, że jesteś sam.

Znowu.

Spa­da­jące co chwila liście były tak cho­ler­nie meta­fo­ryczne, że aż zaklął pod nosem. Jasne, że odczu­wał upływ czasu, choć jed­no­cze­śnie miał wra­że­nie, że zama­rza w melan­cho­lij­nej wiecz­no­ści. Część niego stała i patrzyła na tę drugą połowę, która była nie­ru­choma, sztywna i na wpół mar­twa. Jaki jest sens wra­ca­nia do domu? Jaki jest sens kupo­wa­nia cze­goś do jedze­nia i pró­bo­wa­nia ugo­to­wać choćby zwy­kłą zupę? Druga część Mar­cela była jed­nak głodna i odczu­wała par­szywy ziąb. To musiała być ta wkur­wia­jąca chęć życia, którą podobno ma w sobie każdy czło­wiek.

Niebo zmie­niało co chwila barwy, co było nie­pod­wa­żal­nym dowo­dem na to, że czas pły­nie dalej, choć dla niego świat sta­nął w miej­scu.

Przed nim szła dziew­czynka, trzy­ma­jąc mamę za rękę. Nagle odwró­ciła się i poka­zała mu język. Zaśmiała się też, jakby zro­biła coś zabaw­nego.

- Pro­po­nuję sku­pić się na wycho­wy­wa­niu dziecka, zamiast gapić się w komórkę - rzu­cił matce dziecka, mija­jąc ją szyb­kim kro­kiem.

- Osza­lał pan? - krzyk­nęła za nim zdu­miona kobieta.

Dobra, pora wra­cać do domu.

Myślał, że będzie nie­czuły na deszcz, że zigno­ruje ziąb i wiatr. Jego ciało jed­nak było naj­wy­raź­niej bar­dzo kapry­śne.

Pół godziny póź­niej otwo­rzył drzwi do pustego miesz­ka­nia, ale nie włą­czył świa­tła. Na sto­liku w przed­po­koju leżała jesz­cze jedna gazeta z ogło­sze­niem z nie­praw­dziwą datą pogrzebu. Poczuł jakąś dziwną satys­fak­cję, że nabrał tyle osób. Ciemne puste miesz­ka­nie odbi­jało jego wnę­trze - ponurą, zwię­dłą duszę. To miej­sce, kie­dyś pełne śmie­chu i rado­snych chwil, teraz zda­wało się pozba­wione sensu.

Liście opa­dłe na para­pet okna tań­czyły swo­jego melan­cho­lij­nego walca, a Mar­cel zro­zu­miał, że rów­nież dla niego nade­szła pora na taniec ze wspo­mnie­niami. Na razie jed­nak musiał się napić.

*

Pierw­szego poranka po pogrze­bie Ani obu­dził się z uczu­ciem lęku. Pró­bo­wał nie otwie­rać oczu, nie chcąc dopu­ścić do ude­rze­nia kolej­nej fali bólu i żalu, które od śmierci żony zale­wały go tuż po prze­bu­dze­niu. Ciało jed­nak go nie słu­chało, nie chciało pozo­stać w bez­piecz­nym śnie, gdzie jesz­cze mogłoby się zatra­cić w ilu­zji.

Pod­świa­do­mie cze­kał, aż poczuje rękę swo­jej żony na koł­drze, usły­szy, jak prze­wraca się w pościeli i mru­czy pod nosem, że "pośpi jesz­cze minutkę". Wsłu­chi­wał się w ciszę, która w końcu aż zaczęła mu w gło­wie huczeć.

Wście­kły otwo­rzył oczy. Świa­tło poranka wypeł­niało pokój, rzu­ca­jąc blade refleksy po ścia­nach i two­rząc z nich dziwne obrazy, ale patrzył na nie z obo­jęt­no­ścią. Ania zawsze pró­bo­wała sobie wyobra­żać, co przed­sta­wiały. Postaci zwie­rząt, ludzi, cza­sem przed­mioty.

Ale Ani nie ma, a on nie chciał się w to bawić sam.

Kiedy wstał z łóżka, poczuł się jak postać z innego wymiaru, jakby jego ciało funk­cjo­no­wało auto­ma­tycz­nie, podą­ża­jąc za rutyną, któ­rej już nie było.

Cho­dząc po pustym miesz­ka­niu, wstrzy­my­wał oddech, jakby bał się zakłó­cić ciszę, w któ­rej prze­by­wał. Nie­które dźwięki wyda­wały się teraz zbyt gło­śne - skrzy­pie­nie pod­łogi, tyka­nie zegara. Otwar­cie lodówki przy­po­mi­nało mu, że świat kręci się dalej, cho­ciaż było to bar­dzo nie­spra­wie­dliwe. Ilu ludzi wła­śnie w tym momen­cie szy­kuje śnia­da­nie? Sma­ruje chleb masłem, nasta­wia wodę na her­batę, kroi ser i wsy­puje płatki do miski?

Ze zło­ścią zatrza­snął drzwi lodówki.

Ow­szem, był głodny, i to go strasz­nie wku­rzało.

Usiadł na krze­śle przy kuchen­nym stole i wpa­try­wał się w miej­sce, gdzie zawsze sie­działa Ania. W dło­niach bez­rad­nie obra­cał pusty kubek. Zapa­rze­nie her­baty wydało mu się bez­sen­sowne, głu­pie i nie­po­trzebne.

Myśli znowu zaczęły krą­żyć mu po gło­wie, ale były cha­otyczne, nie­po­skła­dane, nie­upo­rząd­ko­wane. Co dalej? Kiedy wró­cić do pracy? Co z rze­czami Ani? Czy napił­bym się kawy? Dla­czego ten cho­lerny wiatr tak świsz­cze za oknem? Co dalej? Co dalej? Co dalej?

Znowu rzu­cił spoj­rze­nie na puste krze­sło przy stole i nagle cisnął kub­kiem o ścianę. Prze­rwał ciszę, ale tylko na moment. Za chwilę znowu wró­ciła i brzmiała jak gro­mada nie­wy­po­wie­dzia­nych słów, jak sym­fo­nia, któ­rej ni­gdy nie skoń­czy.

Bo nie ma dla kogo.

*

Kiedy Mar­cel był młody, czyli jakiś tydzień przed tym, kiedy umarła Ania, wyda­wało mu się, że nie powinno bać się śmierci. Że o wiele gor­sze jest bez­sen­sowne, nudne życie, takie, w któ­rym nic się nie dzieje, a czło­wiek tylko egzy­stuje, prze­żywa kolejne dni, mie­siące i lata, ale tak naprawdę sam nie wie po co. Czę­sto z Anią roz­ma­wiali o tym, jak wiel­kim wro­giem każ­dego czło­wieka jest lęk przed zro­bie­niem cze­goś innego w życiu, przed sko­kiem na głę­boką wodę, spró­bo­wa­niem cze­goś nowego. Strach przed opi­nią innych ludzi, przed tym, co powie­dzą, co pomy­ślą, jak bar­dzo będą wyty­kać pal­cami. I wła­śnie dla­tego oni robili całe mnó­stwo głu­pich rze­czy, bo to wła­śnie w nich odnaj­dy­wali praw­dziwy sens ist­nie­nia.

A śmierć? Śmierć jest tylko chwilą, a potem i tak robi się wszystko jedno. Teraz wcale nie był tego taki pewien. Bo ta chwila trwała już sie­dem dni, co ozna­czało sto sześć­dzie­siąt osiem godzin, czyli ponad dzie­sięć tysięcy minut. A to z całą pew­no­ścią nie był jesz­cze koniec. Mar­cel odno­sił wra­że­nie, że już ni­gdy nie poczuje się lepiej. I że to całe pie­prze­nie o tym, że czas leczy rany, jest być może chwy­tli­wym hasłem rekla­mo­wym w porad­ni­kach o wycho­dze­niu z depre­sji, ale tak naprawdę nie­wiele ma wspól­nego z rze­czy­wi­sto­ścią. Jeżeli czło­wiek czuje się jak ostat­nie gówno we wto­rek, środę, a potem w pią­tek i kolejny wto­rek, to z dużym praw­do­po­do­bień­stwem będzie się tak czuł przez następne tygo­dnie, a nawet mie­siące. Poza tym Mar­cel wcale nie chciał tego zmie­niać, bo niby dla kogo? Dla samego sie­bie? Tyle że on miał w dupie sie­bie i swoje samo­po­czu­cie. Tęsk­nił za swoją żoną, za jej uśmie­chem, za wspól­nymi spa­ce­rami, za głu­pimi pomy­słami, które tak czę­sto wpa­dały im do głowy.

Jak choćby ten, żeby zamknąć oczy i na chy­bił tra­fił ude­rzyć pal­cem w mapę, a potem poje­chać w to miej­sce, które się przy­pad­kowo wybrało. Dzięki temu odwie­dzili mnó­stwo dzi­wacz­nych miej­sco­wo­ści, wsi i mia­ste­czek w całej Pol­sce, o któ­rych wcze­śniej ni­gdy nawet nie sły­szeli. Tokar­nia, Wdzy­dze Kiszew­skie, Cho­cho­łów, Arka­dia. Mógł to robić nie­mal w każdy week­end, Ania prze­cież też...

O, albo ten pomysł, żeby dać ogło­sze­nie na Insta­gra­mie, że zapra­szają na kola­cję parę, która ma tak samo na imię jak oni - Mar­cel i Anna. Pew­nie było wię­cej takich osób, ale zgło­sili się tylko jedni i fak­tycz­nie przy­je­chali do nich aż z Kra­kowa. Dziwne to było spo­tka­nie, bo prze­cież w ogóle się nie znali, nic o sobie nie wie­dzieli, nie mieli poję­cia, czy to w ogóle wypali, a jed­nak wyszło cał­kiem zabaw­nie. Anka powie­działa mu wtedy, że to był jeden z bar­dziej odje­cha­nych wie­czo­rów w jej życiu. Roz­mowa z nie­zna­jo­mymi, któ­rych wpu­ściło się do wła­snego domu. Zapro­po­no­wała mu nawet, żeby czę­ściej orga­ni­zo­wali takie akcje, ale jakoś nie pod­jął tematu.

Pew­nie dla­tego, że to głów­nie Ania uwiel­biała spon­ta­niczne przy­gody i ni­gdy nie szu­kała dziury w całym. Ta druga Ania, ta z Kra­kowa, była bar­dziej sztywna, cho­ciaż pró­bo­wała nad­ra­biać miną. Z kolei jej facet, Mar­cel, cały czas upew­niał się, czy nie są nagry­wani i czy potem nie obej­rzą tej kola­cji na jakimś story w socia­lach.

- Nie - śmiała się Ania. - Po pro­stu lubimy głu­pie pomy­sły i cza­sami je reali­zu­jemy. I dobrze wie­dzieć, że są ludzie, któ­rzy myślą podob­nie do nas.

Trudno było oce­nić, czy ten drugi Mar­cel i ta druga Anna rów­nież kochali głu­pie pomy­sły. Być może bar­dziej liczyli na to, że za tą kola­cją stoi coś wię­cej i że dzięki temu staną się popu­larni albo coś wygrają. Ale to i tak był miły wie­czór, cho­ciaż drugi raz już go nie powtó­rzyli.

- Prze­cież było faj­nie! - upie­rała się.

Mar­cel jed­nak pokrę­cił głową.

- Tak, ale raz wystar­czy. Poza tym naj­bar­dziej lubię spę­dzać czas tylko z tobą - wymru­czał jej do ucha.

Ania była wtedy ubrana w bor­dową sukienkę z takim uro­czym pęk­nię­ciem przy dekol­cie. Kiedy się nachy­lała, można było zoba­czyć, jaki miała sta­nik. Mar­cel zawsze uwa­żał, że było to nie­zwy­kle sek­sowne.

Czy ta sukienka jesz­cze wisi w sza­fie? - zanie­po­koił się nagle.

Kiedy prze­glą­dał ostat­nio ubra­nia swo­jej żony, jakoś nie rzu­ciło mu się w oczy nic bor­do­wego. Zerwał się i pobiegł do sypialni. Gwał­tow­nym kro­kiem wszedł do gar­de­roby i zaczął prze­trzą­sać wie­szaki.

Kurwa, prze­cież nie mogła się zgu­bić!

Jest.

Uf...

Była scho­wana pod czarną mary­narką. Zdjął teraz sukienkę i deli­kat­nie poło­żył ją na łóżku. To był chyba jedwab, albo szy­fon, nie pamię­tał dokład­nie. Bar­dzo przy­jemny w dotyku mate­riał, z sze­roką fal­baną na dole i dwoma kie­szon­kami po bokach. Ania wypa­trzyła ją w jakimś second han­dzie i sama nie mogła wyjść z podziwu, że coś tak cudow­nego zaplą­tało się w skle­pie z uży­wa­nymi ciu­chami.

- I dla­tego kocham takie miej­sca - śmiała się ura­do­wana. - Wcho­dzisz do środka, marsz­czysz nos, bo pach­nie tu molami i kurzem, a potem buszu­jesz w tych wszyst­kich ubra­niach, z któ­rych więk­szość tak naprawdę do niczego się nie nadaje, i nagle bach!, odnaj­du­jesz praw­dziwe cacko. Wyobra­żasz sobie takie sklepy w Paryżu albo Lon­dy­nie? Tam dopiero czło­wiek czuje się jak w raju! Poje­dziemy kie­dyś?

- Nie cier­pię tłu­mów - odpo­wie­dział ze śmie­chem. - Ty wiesz, że w ubie­głym roku Paryż odwie­dziło pra­wie dzie­więt­na­ście milio­nów tury­stów z całego świata? Był trze­cim naj­czę­ściej odwie­dza­nym mia­stem świata po Bang­koku i Lon­dy­nie zresztą. Hor­ror! - Aż się wzdry­gnął.

Uśmiech­nął się do tych wspo­mnień, a potem poło­żył obok bor­do­wej sukienki. Zamknął oczy i wyobra­ził sobie, że obok niego leży Ania. Po omacku poszu­kał pęk­nię­cia przy dekol­cie i czule je pogła­skał, a potem zsu­nął rękę w dół i wło­żył do małej kie­szonki. Nagle jego palce natknęły się na coś chłod­nego i meta­lo­wego. Otwo­rzył oczy i ku swo­jemu zdzi­wie­niu wyjął złoty łań­cu­szek z docze­pio­nym do niego ser­dusz­kiem. Nie pamię­tał tej biżu­te­rii u swo­jej żony. Ania co prawda chęt­nie nosiła róż­nego rodzaju bły­skotki, ale nie przy­po­mi­nał sobie, żeby kie­dy­kol­wiek widział ten łań­cu­szek. Obró­cił w dłoni złote ser­duszko i wtedy jego wzrok przy­kuły maleń­kie litery wygra­we­ro­wane na rewer­sie zawieszki.

"A + K".

Patrzył na nie ze zdu­mie­niem, kom­plet­nie nic nie rozu­mie­jąc.

Co ozna­cza "A + K"?

Nawet jeżeli "A" to Ania, to co ozna­cza litera "K"? Może żona ten łań­cu­szek też kupiła w second han­dzie? Albo dostała go od kogoś i nie zwró­ciła uwagi, że z tyłu znaj­do­wał się gra­we­ru­nek.

Mar­cel poczuł, że serce dudni mu jak osza­lałe, zupeł­nie jakby się cze­goś bał.

- Bzdura. - Ude­rzył się dło­nią w czoło. - To tylko głupi naszyj­nik, któ­rego ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łem.

Chciał go z powro­tem umie­ścić w kie­szonce i odwie­sić ubra­nie, ale osta­tecz­nie roz­my­ślił się i wsu­nął łań­cu­szek do kie­szeni wła­snych spodni.

Sukienka osu­nęła się miękko na pod­łogę, ale Mar­cel nawet tego nie zauwa­żył.

"A + K".

Kurwa, czy to serce mogłoby prze­stać tak dud­nić?

Rozdział 2

Prze­bu­dził się nagle, mając wra­że­nie, że ktoś krzyk­nął mu do ucha.

Zerwał się i usiadł w wygnie­cio­nej pościeli, pró­bu­jąc sobie przy­po­mnieć, czy to był tylko sam krzyk, czy padło może jed­nak jakieś słowo.

- Kurwa - wyszep­tał. - Moż­liwe, że wariuję.

Wstał nie­mal bez­gło­śnie i otwo­rzył na oścież drzwi gar­de­roby. Włą­czył świa­tło i popa­trzył w kie­runku ubrań Ani. Poczuł potrzebę, by zacząć szu­kać. Sam nie wie­dział czego, ale musiał zna­leźć coś, co przy­nie­sie mu odpo­wiedź na kilka pytań, choć praw­do­po­dob­nie spo­tę­guje cier­pie­nie.

Czuł, jak pul­sują mu skro­nie, kiedy doty­kał ubrań, które nosiła jego żona. Strzępy wspo­mnień tkwiły w każ­dym szwie, w każ­dej kie­szonce, fal­bance czy guziku, ale jed­no­cze­śnie zni­kały, gdy tylko palce prze­jeż­dżały po tka­ni­nie. Pró­bo­wał zna­leźć coś, co roz­wieje jego podej­rze­nia. Albo je potwier­dzi.

Kiedy wpa­try­wał się w poszcze­gólne ubra­nia, zaczęły go nawie­dzać wizje - wizje, któ­rych nie chciał ujrzeć, a jed­nak coś go do nich cią­gnęło. Czy jego dom, który wyda­wał się twier­dzą ich miło­ści, był tylko fasadą? W poszu­ki­wa­niu cze­goś, co być może ist­niało tylko w jego umy­śle, wycią­gał ciu­chy po kolei, wąchał je, oglą­dał, doty­kał ich, wtu­lał w nie twarz. A jeśli poja­wią się kolejne pyta­nia?

Każdy haft, każdy guzik wyda­wał mu się dowo­dem zni­ka­ją­cego wspól­nego świata. Mar­cel czuł, że traci kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią, a jed­no­cze­śnie zda­wał sobie sprawę, że to, co odkryje, może go znisz­czyć. W sypial­nia­nej gar­de­ro­bie, wśród wspo­mnień, pró­bo­wał zro­zu­mieć coś, co jed­no­cze­śnie chciałby zatrzeć w pamięci.

Nagle, zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nie dla samego sie­bie, ude­rzył pię­ścią w ścianę i aż zawył z bólu. Na kłyk­ciach poja­wiły się otar­cia i drobne kro­pelki krwi. To go na tyle ocu­ciło, że potrzą­snął głową, a potem wybiegł z gar­de­roby i zatrza­snął za sobą drzwi.

- Chyba mi kom­plet­nie odwa­liło - mruk­nął pod nosem, a potem nalał sobie szklankę wódki i wypił ją jed­nym hau­stem.

Następ­nego dnia pró­bo­wał nie wra­cać myślami do tego, co wyda­rzyło się poprzed­niej nocy. Zresztą nie bar­dzo miał na to czas.

Wie­dział, że prę­dzej czy póź­niej rodzina Ani roz­prawi się z nim za to, że ich oszu­kał w spra­wie pogrzebu. Przez kilka pierw­szych dni nie musiał z nimi roz­ma­wiać, bo nie odbie­rał tele­fo­nów i uda­wał, że nie ma go w domu. Teraz jed­nak przy­szła pora wytłu­ma­czyć się ze swo­jego kłam­stwa. Być może uda­łoby mu się dłu­żej uni­kać kon­fron­ta­cji, gdyby nie to, że nie­opatrz­nie otwo­rzył drzwi, za któ­rymi stała ciotka Anki - Kry­styna.

- Cześć - powie­działa, spo­glą­da­jąc na niego bez szcze­gól­nej wyro­zu­mia­ło­ści, a potem wpa­ko­wała się do miesz­ka­nia.

Kry­styna była młod­szą sio­strą matki Ani, zde­cy­do­wa­nie tą bar­dziej wyszcze­kaną, prze­bo­jową i kom­plet­nie nie­przej­mu­jącą się tym, co myślą o niej inni ludzie. Cho­dziła zawsze w wygnie­cio­nych i podar­tych dżin­sach i Mar­cel podej­rze­wał, że pew­nie w czymś podob­nym poja­wiła się rów­nież na pogrze­bie.

Pogrze­bie, któ­rego nie było.

- Przy­szłam, bo chyba nikt inny nie ma odwagi - zaczęła bez żad­nego wstępu, odgar­nia­jąc z czoła opa­da­jące włosy pofar­bo­wane na pla­ty­nowy blond. - Wszy­scy oczy­wi­ście rozu­mieją, przez co prze­cho­dzisz, zresztą nam też nie jest łatwo, bo każdy z nas kochał Anię. Ale, do kurwy nędzy, odmó­wić nam prawa do pogrzebu?

Mar­cel zauwa­żył, że odru­chowo zaci­snęła pię­ści.

Wzru­szył ramio­nami. Tak naprawdę w ogóle go to nie obcho­dziło. Ania nale­żała do niego i tylko on chciał być w tym dniu obecny. To było ich poże­gna­nie, a nie krew­nych, zna­jo­mych, przy­ja­ciół, rodziny bliż­szej i dal­szej, i Bóg wie jesz­cze kogo.

- Po pro­stu pomy­li­łem daty - skła­mał bez­czel­nie.

Kry­styna poki­wała głową.

- Jasne. A z nieba zamiast desz­czu pada wła­śnie lemo­niada.

- Co? - nie zro­zu­miał Mar­cel.

- Pstro. Dokład­nie taka sama bzdura jak ta, którą pró­bu­jesz mi sprze­dać.

- Chcia­łem być z nią sam - wydu­sił w końcu.

Kry­styna par­sk­nęła.

- A nie przy­szło ci do głowy, że może my też chcie­li­śmy tam być? Po pro­stu być, dla niej, dla sie­bie, bo była czę­ścią naszego życia.

- Poda­ro­wa­łaś jej kie­dyś złoty łań­cu­szek z ser­dusz­kiem? - zapy­tał nagle Mar­cel, co spo­wo­do­wało, że Kry­styna wytrzesz­czyła oczy, jakby zoba­czyła go po raz pierw­szy w życiu.

- Co to za debilna zmiana tematu? Nie pró­buj mnie zaga­dać, bo dobrze wiesz, że nie po to tu przy­szłam.

- Nie zaga­duję, chciał­bym tylko wie­dzieć.

- Dawa­łam Ani różne pre­zenty, a cza­sem sama wygrze­by­wała mi coś z szafy. Nie przy­po­mi­nam sobie jed­nak, żeby prze­wi­nął się gdzieś złoty łań­cu­szek z ser­dusz­kiem, cho­ciaż to dość mało ory­gi­nalna rzecz, więc kto wie.

- Czyli mogłaś coś takiego mieć u sie­bie? - dopy­ty­wał się Mar­cel.

- Jasna dupa, nie mam poję­cia. Może mia­łam, może nie, nie wiem. Zresztą, tak jak już mówi­łam, nie po to tu przy­szłam.

- I co chcesz usły­szeć? - wku­rzył się nagle Mar­cel. - Że nie chcia­łem, żeby­ście tam byli? No nie chcia­łem. Ten ostatni raz w życiu pra­gną­łem mieć ją tylko dla sie­bie. Nie potrze­bo­wa­łem tłumu, kwia­tów, zni­czy, jęków, pła­czu, szlo­cha­nia i całego tego teatrzyku.

- Jesteś pie­przo­nym ego­istą. Nie przy­szło ci do głowy, że być może nam też było to potrzebne, by móc poże­gnać się w ten spo­sób z uko­chaną osobą i zacząć prze­ży­wać żałobę? Nie pomy­śla­łeś o tym, prawda? Pew­nie, że nie, bo co cię obcho­dzą inni ludzie.

- No wła­śnie - zgo­dził się z nią. - Nic. Zresztą teraz też mnie to nie obcho­dzi. A wiesz, co mnie wku­rza naj­bar­dziej? To całe pie­prze­nie, że trzeba pięk­nie żyć, że trzeba mieć marze­nia i do nich dążyć. Tyle że rze­czy­wi­stość ma głę­boko w dupie nasze plany. Przy­cho­dzi taki dzień, kiedy wsta­jesz rano i nie masz zie­lo­nego poję­cia, że wła­śnie po raz ostatni wysi­ka­łeś się w łazience. Albo wypi­łeś kawę. Bo nagle cię nie ma - roz­ło­żył ręce - tak jak nie ma Ani.

Kry­styna przy­gry­zła dolną wargę.

- Myślisz, że ja to rozu­miem? Też nie wiem, dla­czego los upa­trzył sobie wła­śnie ją. Dla­czego nie sku­sił się na jakie­goś pijaka, gwał­ci­ciela albo cho­ciaż na taką starą babę jak ja. Nie powi­nien jej zabie­rać, ale to zro­bił. Co jed­nak w żaden spo­sób cię nie uspra­wie­dli­wia.

- Jest w waszej rodzi­nie ktoś, kogo imię zaczyna się na literę "K"? - zapy­tał znowu kom­plet­nie od rze­czy Mar­cel.

Kry­styna wybuch­nęła śmie­chem.

- Wyobraź sobie, że tak. "K" jak Kry­styna. Cze­kaj, cze­kaj, to ja mam tak na imię! - Popu­kała się w czoło.

Mar­cel odwró­cił się do niej ple­cami. Bez sensu, że o to pytał, ale słowa same cisnęły mu się na usta. Z jed­nej strony nawet rozu­miał Kry­stynę i to, że jest na niego wście­kła, z dru­giej było mu to kom­plet­nie obo­jętne. Ania była jego żoną. Miło­ścią jego życia i miał prawo zro­bić to, co zro­bił. Nawet jeżeli wszy­scy go za to men­tal­nie zlin­czo­wali i za karę pla­no­wali wię­cej nie zapro­sić na żadne uro­dziny. Cudow­nie. Wła­śnie o to mu cho­dziło.

- Co z Tyrio­nem? - spy­tała nagle Kry­styna. - Mogę go zabrać.

- Mowy nie ma. - Mar­cel aż się wzdry­gnął. - Poda­ro­wa­łem go Ani i będę się nim zaj­mo­wał. Na pewno by tego chciała.

- Na pewno chcia­łaby, żeby kró­lik prze­żył - mruk­nęła Kry­styna. - Przy­po­mi­nam ci zatem, że od czasu do czasu trzeba dać mu coś do żar­cia, a także sprząt­nąć mu klatkę. Zresztą może takie zaję­cia dobrze ci zro­bią. Potrze­bu­jesz cze­goś? - zmie­niła nagle ton.

Mar­cel szybko pokrę­cił prze­cząco głową.

- Nie. Ode­zwę się w razie czego.

- Czyli nie zawra­cać ci dupy? Posta­ram się. Ale nie mogę obie­cać.

- Bo? - zdzi­wił się. - To Ania była twoją sio­strze­nicą, a ja tylko jej mężem. Ni­gdy mnie spe­cjal­nie nie lubi­łaś.

- To nie ma żad­nego zna­cze­nia. Jesteś osobą, którą Ania kochała, i to nie pozwala mi cał­ko­wi­cie wyma­zać cię z mojego życia. A zatem moż­liwe, że od czasu do czasu będziesz miał ze mną do czy­nie­nia. A teraz odpo­wiem ci raz jesz­cze na twoje dziwne pyta­nia: nie przy­po­mi­nam sobie, żebym kie­dy­kol­wiek poda­ro­wała mojej sio­strze­nicy złoty łań­cu­szek z ser­dusz­kiem, a jedyną osobą, która nosi imię na literę "K", jestem ja. Nie wiem, do czego jest ci to potrzebne, ale mam nadzieję, że cho­ciaż tro­chę pomo­głam.

*

Dobrze jest pro­wa­dzić wła­sną firmę, nawet małą. Nie trzeba wtedy ubie­gać się o urlop, pro­sić obcych ludzi o zro­zu­mie­nie i poda­ro­wa­nie paru dni na ogar­nię­cie się. Zresztą nikt nie mógłby prze­wi­dzieć, ile czasu zaj­muje doj­ście do sie­bie po czymś takim.

Mar­cel miał wspól­nika Adama, który na szczę­ście o nic nie pytał, nie pró­bo­wał na siłę pocie­szać i nie uży­wał zwrotu "wszystko będzie dobrze". Zamiast tego powie­dział Mar­celowi, żeby niczym się nie przej­mo­wał i wziął tyle wol­nego, ile potrze­buje.

Razem pro­wa­dzili nie­wielką firmę zaj­mu­jącą się pisa­niem wnio­sków pro­jek­to­wych. Środki unijne, fun­du­sze ochrony śro­do­wi­ska, granty badaw­cze i kul­tu­ralne, a nawet ochrona zabyt­ków. Szybko prze­ko­nali się, jak wiele osób na­dal nie ma poję­cia, że na różne rze­czy, które robią, mogą dostać dofi­nan­so­wa­nie. Co wię­cej, ich klienci nie mieli rów­nież poję­cia, jak ugryźć te wszyst­kie for­mal­no­ści i zdą­żyć z papie­ro­lo­gią w ter­mi­nie. I od tego byli wła­śnie Adam i Mar­cel.

Po wyj­ściu Kry­styny poczuł się jesz­cze gorzej. Mógł cho­ciaż jej powie­dzieć o praw­dzi­wej dacie pogrzebu. Ania lubiła swoją ciotkę i to z nią spę­dzała naj­wię­cej czasu. Wię­cej nawet niż z matką, która była uro­dzoną hipo­chon­dryczką i wiecz­nie narze­kała na swoje słabe zdro­wie, zszar­gane nerwy i cięż­kie życie wdowy, którą nota­bene była od dwu­dzie­stu lat.

- Tyrion, zosta­jesz ze mną - obwie­ścił teraz kró­li­kowi, który wła­śnie się obu­dził i wysta­wił nos ze swo­jego domku zro­bio­nego ze sta­rej, dużej donicy.

W zasa­dzie był zado­wo­lony, że nie oddał zwie­rzątka ciotce Ani. Przy­naj­mniej miał się do kogo ode­zwać i czym zająć. Tro­chę tym zaję­ciem pró­bo­wał oszu­kać samego sie­bie, bo tak naprawdę miał ochotę zro­bić coś zupeł­nie innego, ale nie chciał dać sobie przy­zwo­le­nia na powrót do gar­de­roby. Aby o tym nie myśleć, nale­żało sku­pić się na czymś innym. Dla­tego wyjął ostroż­nie Tyriona z klatki, posta­wił go na pod­ło­dze i oznaj­mił zwie­rza­kowi, że wyczy­ści mu lokum. Kró­lik spoj­rzał na niego ze zro­zu­mie­niem, wsko­czył na kanapę, a następ­nie poki­cał w stronę podu­szek i wygod­nie się na nich umo­ścił. Do tej pory Tyrio­nem zaj­mo­wała się Ania i może wła­śnie dla­tego Mar­cel zapra­gnął to prze­jąć. Robić coś, co będzie mu ją przy­po­mi­nało.

Wyrzu­cił brudne tro­ciny i siano, wymył wszystko dokład­nie, napeł­nił miseczki jedze­niem, a pla­sti­kowy pojem­nik wodą.

- Cie­kawe, czy do cie­bie cokol­wiek dociera. Czy zda­jesz sobie sprawę, że Ani już nie ma i że teraz jesteś zdany tylko na mnie? - zer­k­nął pyta­jąco na kró­lika, który wła­śnie zosta­wił na kana­pie kilka czar­nych bob­ków, zupeł­nie się tym nie przej­mu­jąc.

Mar­cel tylko wes­tchnął, a potem wło­żył zwie­rzątko do świeżo wysprzą­ta­nej klatki i zasta­no­wił się, co jesz­cze mógłby zro­bić. Może opróż­nić lodówkę? Wyjąć z niej wszystko, spraw­dzić, czy coś jest prze­ter­mi­no­wane, zająć się czysz­cze­niem pó­łek albo segre­ga­cją? Sery osobno, wędlina osobno, warzywa i owoce do dol­nych szu­flad. Tyle że tak naprawdę wcale nie miał na to ochoty. Poza tym musiałby pójść na zakupy, a tego też nie chciało mu się robić. Musiałby poje­chać do super­mar­ketu, bo w miej­sco­wym skle­piku zaraz zaczę­łyby się lamenty i żale, że został sam, że pani Ani już nie ma i że Bóg nie jest spra­wie­dliwy.

O tej cesze Stwórcy dowie­dział się aku­rat z pierw­szej ręki.

A może mógłby prze­sta­wić meble? Coś zmie­nić?

Miał świa­do­mość, że to też nie zadziała.

- Dobra, tylko rzucę okiem - powie­dział do sie­bie samego, jakby pró­bu­jąc się w ten spo­sób uspra­wie­dli­wić.

Otwo­rzył drzwi do małego pokoju, który był ich wspól­nym biu­rem, cho­ciaż to Ania z niego naj­czę­ściej korzy­stała. Wcze­śniej pra­co­wała dla dużej agen­cji mar­ke­tin­go­wej, ale po reduk­cji posta­no­wiła spró­bo­wać wła­snej dzia­łal­no­ści. W fir­mie została na pół etatu, a w ramach pozo­sta­łego czasu wymy­śliła, że zacznie wpro­wa­dzać małe firmy do social mediów, tym bar­dziej że sporo wła­ści­cieli mini­przed­się­biorstw naj­zwy­czaj­niej nie miało czasu na wrzu­ca­nie postów na Face­bo­oka czy Insta­gram. Co wię­cej, czę­sto też nie mieli na to pomy­słów. Ania doszła do wnio­sku, że będzie to robiła za nich, a dodat­kowo zarzą­dzała rekla­mami na Face­bo­oku i Google Ads, co przy­no­siło jej cał­kiem nie­złe dochody. Świet­nie orien­to­wała się w tych tema­tach, a funk­cjo­no­wa­nie algo­ryt­mów mediów spo­łecz­no­ścio­wych miała w małym palcu. Pla­no­wała nawet stwo­rze­nie kur­sów z tej dzie­dziny, tyle że... nie zdą­żyła.

Mar­cel usiadł na popie­la­tym fotelu i poło­żył obie ręce na bia­łym biurku, które wybie­rali razem mniej wię­cej rok temu. Po pra­wej stro­nie znaj­do­wały się szu­flady, a po lewej zamy­kana szafka. Szu­flady dało się otwo­rzyć, szafki nie­stety nie, a Mar­cel nie miał zie­lo­nego poję­cia, gdzie znaj­duje się do niej klu­czyk. Zaczął ner­wowo prze­szu­ki­wać wszyst­kie pojem­niki, pudełka, kar­tony, jed­nak bez­sku­tecz­nie. W szu­fla­dach rów­nież nie zna­lazł niczego poza kil­koma sta­rymi note­sami i arty­ku­łami biu­ro­wymi. Pano­wał tu porzą­dek, bo Ania zawsze lubiła ukła­dać rze­czy, żeby mieć wszystko pod ręką. Spi­na­cze leżały koło pine­zek, te z kolei koło kolo­ro­wych kar­te­czek, a obok zszy­wacz, dziur­kacz i dwie tubki nie­tknię­tego jesz­cze kleju. W dwóch dol­nych szu­fla­dach znaj­do­wał się papier do dru­karki, a w pierw­szej od góry naj­róż­niej­sze kable, power­bank i kilka pen­drive'ów. Mar­cel czuł rosnące zde­ner­wo­wa­nie, dla­tego na moment zamknął oczy, wziął kilka głę­bo­kich wde­chów, a następ­nie posta­no­wił prze­szu­kać każdy cen­ty­metr kwa­dra­towy biura, żeby zna­leźć klu­czyk do szafki. Po godzi­nie dotarło do niego, że jest nie tylko spo­cony, ale i dziw­nie wście­kły. Zupeł­nie jakby od tego miało wszystko zale­żeć. Wie­dział, że mógłby otwo­rzyć szafkę nożem albo śru­bo­krę­tem, jed­nak z jakie­goś powodu nie chciał tego robić. Wolał zna­leźć ten cho­lerny klu­czyk i dobrać się do zawar­to­ści, jak należy.

- A może Ania nosiła go w torebce? - zasta­no­wił się na głos, ale nie­mal natych­miast wzru­szył ramio­nami. Po co ktoś miałby nosić przy sobie coś takiego?

No chyba że chciałby coś ukryć.

Mar­cel poszedł do kuchni, nalał wody do szklanki i wypił ją dusz­kiem. A potem jesz­cze jedną. Wie­dział, że nie powi­nien tego robić, ale miesz­kał sam, więc nie musiał się przed nikim tłu­ma­czyć. Wycią­gnął z szu­flady śru­bo­kręt, a potem wró­cił do biura i z całym impe­tem ude­rzył w zamek szafki. Puścił natych­miast.

Wewnątrz znaj­do­wało się tylko jedno pudełko. A wła­ści­wie papie­rowy kar­ton, biały z odbi­ciem wzoru gałą­zek drzewka oliw­nego. Ostroż­nie go wyjął, a potem zaniósł do sypialni i poło­żył na łóżku, tak jak wcze­śniej zro­bił to z bor­dową sukienką. Usiadł na pościeli i skrzy­żo­wał nogi. Uchy­lił powoli wieko, jakby oba­wiał się, że wypu­ści z pudełka złe duchy. Wewnątrz znaj­do­wało się sporo bibe­lo­tów, któ­rych wcze­śniej nie widział, ale nie wydały mu się one szcze­gól­nie istotne. Dwa minia­tu­rowe domki z cera­miki, gli­niany pta­szek, który po nala­niu wody wyda­wał dźwięki, kiedy się w niego dmu­chało, bran­so­letka z kolo­ro­wych cukier­ków, maść maje­ran­kowa do nacie­ra­nia, któ­rej Ania chyba ni­gdy nie sto­so­wała, a także mała cze­ko­ladka zawi­nięta w biały papier z nadru­kiem zdję­cia. W zasa­dzie nie było tu nic cie­ka­wego, dla­tego tym bar­dziej dzi­wił się, że Ania trzy­mała to w zamknię­ciu, pod klu­czem, zupeł­nie jakby chciała te wszyst­kie rze­czy przed kimś scho­wać. A skoro fak­tycz­nie tak było, to dla niej musiały mieć zna­cze­nie.

Tylko jakie?

Mar­cel brał każdy z tych przed­mio­tów po kolei do ręki, pró­bu­jąc usta­lić, co mogło być w nim istot­nego. I wtedy jego wzrok raz jesz­cze przy­kuła nie­wielka cze­ko­ladka. Przyj­rzał się jej uważ­nie i poczuł, że robi mu się sucho w ustach. Czy na tym wydru­ko­wa­nym na papierku zdję­ciu jest Ania? Trudno było jed­no­znacz­nie stwier­dzić, bo kobieta z foto­gra­fii stała tyłem, tyle że miała na sobie cha­rak­te­ry­styczny zie­lony płaszcz, który Ania kupiła w ubie­głym roku. Kobieta patrzyła na morze, jed­no­cze­śnie trzy­ma­jąc za rękę jakie­goś męż­czy­znę, który rów­nież stał tyłem. Jedno było pewne - to nie był Mar­cel.

- Chyba mam para­noję - powie­dział na głos, wpa­tru­jąc się tak inten­syw­nie w zdję­cie, jakby ocze­ki­wał, że kobieta znaj­du­jąca się na nim nagle się odwróci i pokaże swoją twarz.

Czy to mogła być jego żona, czy to ktoś bar­dzo do niej podobny? Podej­rze­nia, które miał, wyda­wały mu się absur­dalne, ale jed­no­cze­śnie nie dawały mu spo­koju. Podob­nie jak łań­cu­szek ze zło­tym ser­dusz­kiem. Co te przed­mioty ozna­czały? Czym były dla Ani, że tak pie­czo­ło­wi­cie je ukry­wała? Czy powi­nien z kimś na ten temat poroz­ma­wiać? Tylko z kim? Nawet jeżeli Ania miała jakieś tajem­nice i zwie­rzyła się z nich Kry­sty­nie, to ciotka z pew­no­ścią nic mu nie zdra­dzi. Podob­nie zresztą jak przy­ja­ciółka Ani, Ewa. Kobiety mają to do sie­bie, że w takich sytu­acjach zawsze trzy­mają sztamę, bez względu na wszystko. Poza tym o co miałby je zapy­tać? Czy Ania sto­so­wała kie­dyś maść maje­ran­kową? Czy kupo­wała lub zama­wiała cze­ko­ladki z wła­snym zdję­ciem? A co miały zna­czyć te dwa domki z cera­miki? Tak naprawdę to mogły być zwy­kłe bibe­loty, nie­ma­jące żad­nego głęb­szego zna­cze­nia, a Ania wrzu­ciła je do tego pudełka, bo z jakie­goś powodu jej się podo­bały.

Jęk­nął.

Sam zda­wał sobie sprawę z tego, że to nie brzmi prze­ko­nu­jąco. Nie miał jed­nak pomy­słu, co dalej zro­bić z tym zna­le­zi­skiem. Pogrze­bać - razem ze swoją żoną - i wię­cej do tego nie wra­cać czy pró­bo­wać się cze­goś dowie­dzieć? Pyta­nie tylko: czego?

Pod­niósł głowę i zmru­żył oczy. Jeżeli nawet coś podej­rze­wał, to odpo­wiedź mógł zna­leźć tylko w jed­nym miej­scu. W komórce Ani. Tyle że nie miał zie­lo­nego poję­cia, gdzie urzą­dze­nie jest. Kiedy po wypadku oddali mu jej rze­czy, byłam tam tylko torebka i siatka z zaku­pami. Ani w jed­nej, ani w dru­giej nie zna­lazł tele­fonu swo­jej żony, ale wtedy nie zwró­cił na to uwagi. Czy to moż­liwe, że smart­fon został w aucie? Może wpadł gdzieś pod sie­dze­nie i dla­tego nikt go nie zna­lazł? Samo­chód cią­gle stał na poli­cyj­nym par­kingu, cho­ciaż był już po inspek­cji. Mar­cel wie­dział, że musi tam poje­chać i jesz­cze raz wszystko dokład­nie prze­szu­kać. I w końcu ode­brać auto albo przy­naj­mniej zle­cić jego odho­lo­wa­nie.

Musiał też zna­leźć tele­fon Ani. Znał PIN, bo ni­gdy nie mieli przed sobą tajem­nic. Tłu­ma­czył sobie, że to dla niego ważne, że być może znaj­dzie tam ich wspólne zdję­cia, któ­rych wcze­śniej nie widział, albo jakąś wia­do­mość, którą mu zosta­wiła, zanim wje­chała w nią cię­ża­rówka. Dosko­nale jed­nak wie­dział, że się oszu­kuje. I że będzie szu­kał cze­goś zupeł­nie innego.

Rozdział 3

Od pogrzebu Ani minęły trzy tygo­dnie, pod­czas któ­rych wyda­rzyło się znacz­nie wię­cej, niż Mar­cel by chciał. Coraz czę­ściej odno­sił wra­że­nie, że udaje mu się ukła­dać kawałki jakie­goś obrazka, cho­ciaż nie­ko­niecz­nie miał ochotę zoba­czyć efekt koń­cowy. Albo może raczej - bał się tego, co wtedy ujrzy. A jed­nak kor­ciło go, żeby dopa­so­wać wszyst­kie czę­ści ukła­danki, i zło­ścił się, kiedy napo­ty­kał prze­szkody. Takie jak roz­mowa z Ewą. Albo zagu­biony tele­fon jego żony.

Wie­dział, że musi zacząć porząd­ko­wać nie­które sprawy, bo nawet jeżeli cier­piał, to jesz­cze nie ozna­czało, że świat rozu­miał jego cier­pie­nie i był wystar­cza­jąco empa­tyczny. Osta­tecz­nie śmierć wyda­rza się co sekundę. Albo jesz­cze czę­ściej. Dla­tego musiał w końcu ode­brać samo­chód z poli­cyj­nego par­kingu, uiścić wszyst­kie należne opłaty, a potem pod­pi­sać zgodę na sprze­daż tego, co zostało z auta, po któ­rego wrak jakimś cudem zgło­sił się han­dlarz. Tele­fonu nie musiał szu­kać, oka­zało się, że został już wcze­śniej zna­le­ziony, na tyl­nym sie­dze­niu, i zabez­pie­czony w prze­cho­walni. Mar­cel z drże­niem rąk odbie­rał pla­sti­kową torbę, w któ­rej znaj­do­wało się jesz­cze kilka rze­czy Ani. Gumka do wło­sów, jedna ręka­wiczka, krem do rąk i wła­śnie tele­fon.

Nie pamię­tał, jak wró­cił do domu, wie­dział tylko, że chce zna­leźć się w nim jak naj­szyb­ciej, żeby włą­czyć komórkę i raz jesz­cze prze­czy­tać ostat­nie wia­do­mo­ści. To było tro­chę tak, jakby ktoś dał mu szansę na kon­takt z Anią, nawet jeżeli tylko za sprawą nagrań gło­so­wych czy ese­me­sów. Kiedy wszedł do miesz­ka­nia, nawet nie zdjął kurtki, tylko od razu poszedł do kuchni, usiadł przy stole i drżą­cymi rękoma wycią­gnął z torby smart­fon.

Wbił PIN, ale ten nie zadzia­łał.

Mar­cel zmarsz­czył czoło, zasta­na­wia­jąc się, czy nie popeł­nił jakie­goś błędu. Pomy­ślał, że może coś źle naci­snął, dla­tego spró­bo­wał raz jesz­cze, ale komórka ponow­nie odrzu­ciła cztery wybrane cyfry. Data ich pierw­szego spo­tka­nia - siódmy stycz­nia.

"0701".

Tego PIN-u Ania uży­wała od zawsze i ni­gdy nie wspo­mi­nała o tym, że pla­nuje jego zmianę.

- Dobra, może po pro­stu robię to zbyt ner­wowo - powie­dział na głos i bar­dzo ostroż­nie wystu­kał raz jesz­cze: 0701.

Nie mógł uwie­rzyć, kiedy komórka poin­for­mo­wała go o blo­ka­dzie. Bru­tal­nie dotarł do niego fakt, że żona fak­tycz­nie zmie­niła kod dostępu. Nie rozu­miał tylko, kiedy to zro­biła i dla­czego mu o tym nie powie­działa. Może zde­cy­do­wała się na to krótko przed wyjaz­dem i po pro­stu nie zdą­żyła? Może uznała, że poprzedni był zbyt łatwy dla postron­nych osób, i posta­no­wiła nie ryzy­ko­wać? Osta­tecz­nie ludzie kumu­lo­wali w komór­kach całe swoje życie. Karty płat­ni­cze, zdję­cia, któ­rymi nie­ko­niecz­nie chcie­liby się chwa­lić przed całym świa­tem, zapi­sane PIN-y do kart i całe mnó­stwo innych tajem­nic. Kie­dyś to wszystko miało się w gło­wie, dzi­siaj do tego słu­żył tele­fon. Nic dziw­nego, że chciała go chro­nić tak, żeby nikt nie mógł dostać się do pry­wat­nych danych.

Wie­dział, że pró­buje w ten spo­sób uspo­koić samego sie­bie, i to go naj­bar­dziej roz­zło­ściło. Zdjął w końcu kurtkę, rzu­cił ją na pod­łogę i zaczął ner­wowo stu­kać pal­cami o blat stołu.

- To jakiś absurd. Zamiast zająć się czymś poży­tecz­nym, zaczy­nam budo­wać teo­rie spi­skowe, które tak naprawdę nie mają żad­nego sensu. Chyba do reszty mnie popier­do­liło.

Chwilę póź­niej chwy­cił za tele­fon i wybrał numer do Ewy, przy­ja­ciółki Ani. Pomy­ślał, że ma dobry pre­tekst. Prze­prosi ją za to, że podał błędną datę pogrzebu, wyja­śni, że nie umiał się wtedy ina­czej zacho­wać.

- Ewa? - Odchrząk­nął, kiedy głos po dru­giej stro­nie ode­zwał się już po pierw­szym sygnale.

- To ty - stwier­dziła chłod­nym gło­sem.

- Słu­chaj, bar­dzo cię prze­pra­szam. Chcia­łem wcze­śniej zadzwo­nić, ale wierz mi, że nie byłem w sta­nie. Czy mogli­by­śmy się spo­tkać? - wyrzu­cił z sie­bie na jed­nym odde­chu, mocno zaci­ska­jąc pię­ści, jakby bał się odmowy.

- Po co? - odpa­ro­wała natych­miast Ewa. - Skoro nie chcia­łeś nikogo widzieć na pogrze­bie, to nie rozu­miem, skąd nagle ta potrzeba. Ani już nie ma - dodała jesz­cze, zupeł­nie jakby nie zda­wał sobie z tego sprawy.

Naj­chęt­niej kazałby jej się zamknąć, ale czuł, że musi się opa­no­wać.

- Ewa, raz jesz­cze cię prze­pra­szam, chciał­bym to zro­bić też oso­bi­ście. Pozwól mi się wytłu­ma­czyć, spo­tkajmy się, choćby tylko na pół godziny. - Nie lubił żebrać o uwagę, ale nie miał wyj­ścia.

- Mam godzinę prze­rwy, jeżeli chcesz, to wpad­nij do Tek­stury na Prusa - rzu­ciła i natych­miast się roz­łą­czyła.

Mar­cel zanu­rzył dło­nie we wło­sach i wes­tchnął. Naj­chęt­niej w ogóle z nikim by się nie spo­ty­kał i uni­kał jakich­kol­wiek roz­mów, ale wie­dział, że te sprawy nie dadzą mu spo­koju. Czuł się jak myśliwy, który rusza na polo­wa­nie, cho­ciaż nie wie, jak ono się zakoń­czy. Czy zdo­bę­dzie to, o co mu cho­dziło, czy będzie musiał obejść się sma­kiem?

Tek­stura oka­zała się nie­wielką kawiar­nią na Jeży­cach. Ni­gdy wcze­śniej tu nie był, ale z tego, co się orien­to­wał, Ania chęt­nie odwie­dzała to miej­sce, wła­śnie z Ewą. Być może dla­tego, że przy­ja­ciółka żony nie­da­leko stąd pra­co­wała. Kiedy wszedł do środka, Ewa już cze­kała. Ski­nęła w jego kie­runku i wska­zała miej­sce przy stole.

- Zjesz coś? - spy­tała.

Pokrę­cił prze­cząco głową.

- A ja popro­szę pla­cek dyniowy z kapu­stą i dak­ty­lami - zło­żyła zamó­wie­nie u mło­dego chło­paka, który do nich pod­szedł.

- To ja wezmę kawę - zde­cy­do­wał się Mar­cel. - Czarna, bez cukru.

- No to słu­cham, co masz mi do powie­dze­nia. - Ewa spoj­rzała na niego twar­dym wzro­kiem.

Była ładną kobietą, z dużymi zie­lo­nymi oczami i drob­nym noskiem, który wyglą­dał jak dokle­jony. Rude włosy upi­nała wysoko, odsła­nia­jąc długą szyję. Ubie­rała się w męskie gar­ni­tury, do któ­rych zawsze dobie­rała buty na wyso­kim obca­sie. Dwa lata temu się roz­wio­dła i od tam­tego czasu nie­mal bez prze­rwy bie­gała na randki. Ania i on śmiali się z niej, że Ewa jest nume­rem jeden poznań­skiego Tin­dera i ma naj­wię­cej polu­bień.

Wie­dział, że kobieta na­dal jest na niego wście­kła i że ciężko będzie ją prze­ko­nać, by mu odpu­ściła.

- Sorry, po pro­stu chcia­łem być z nią sam. Nie umiem tego pro­ściej wytłu­ma­czyć. Nie wyobra­ża­łem sobie sie­bie przyj­mu­ją­cego jakie­kol­wiek kon­do­len­cje, słowa pocie­sze­nia albo, nie daj Boże, pokle­py­wa­nia, że "jakoś to będzie".

Wzru­szyła ramio­nami.

- Nawet jeśli cię rozu­miem, to teraz wyobraź sobie, jak się czuli ci wszy­scy ludzie, któ­rzy przy­szli na cmen­tarz, gdy się oka­zało, że pogrzeb odbył się dzień wcze­śniej. To było tak idio­tyczne, że nawet śmieszne. Patrzy­li­śmy na sie­bie, kom­plet­nie nic nie rozu­mie­jąc i pró­bu­jąc ner­wowo usta­lić, czy to my cze­goś nie pomy­li­li­śmy. Szybko jed­nak dotarło do nas, kto za tym wszyst­kim stoi. I ciesz się, że to był pogrzeb, jak­kol­wiek to zabrzmi, bo tylko współ­czu­cie powstrzy­mało nas przed tym, żeby ci powie­dzieć, co o tobie myślimy.

Mar­cel spu­ścił głowę. Wie­dział, że postą­pił źle, ale w dal­szym ciągu nie odczu­wał z tego powodu wyrzu­tów sumie­nia. Czło­wiek ma prawo do prze­ży­wa­nia takich chwil w spo­sób, jaki mu pasuje, i nikomu nic do tego. A jeżeli tak bar­dzo zale­żało im na poże­gna­niu z Anią, to chyba nie ma zna­cze­nia, w jaki dzień to zro­bili. Potrze­bo­wali do tego patrzeć, jak trumna z jej cia­łem jest umiesz­czana w tej cho­ler­nej czar­nej dziu­rze? Naprawdę to było dla nich aż takie istotne? Chyba waż­niej­szy jest sam fakt, że tam byli i w ten spo­sób oddali cześć jej pamięci. Kogo obcho­dzi, czy to był wto­rek, środa, pią­tek czy jesz­cze inny dzień tygo­dnia?

Nie powie­dział na głos tego, co pomy­ślał, ale Ewa dosko­nale wie­działa, co działo się w jego gło­wie.

- Na­dal uwa­żasz, że mia­łeś rację, prawda? To po co w ogóle tu przy­sze­dłeś?

- Bo chcia­łem prze­pro­sić, przy­naj­mniej cie­bie i ciotkę Kry­stynę. Reszta mi wisi - przy­znał szcze­rze.

Ewa par­sk­nęła śmie­chem.

- Jesteś pie­przo­nym ego­istą, wiesz? Rozu­miem, że dotknęła cię tra­ge­dia, ale nas rów­nież.

- Ania była moją żoną - powie­dział Mar­cel przez zęby. - Naj­bliż­szą mi osobą. Nie jeste­ście w sta­nie tego zro­zu­mieć, to nie­moż­liwe.

Ewa upiła łyk kawy i odchy­liła się na krze­śle.

- Jeżeli to wszystko, to chyba możemy się poże­gnać. Myślę, że chcia­ła­bym zjeść lunch już bez two­jego towa­rzy­stwa. Mam chyba prawo prze­żyć go tak, jak chcę, prawda? - dodała iro­nicz­nie.

Mar­cel prze­łknął ślinę.

- Muszę cię o coś zapy­tać. Nawet jeżeli uznasz mnie za idiotę. Czy Ania miała przede mną jakieś tajem­nice? - wypa­lił w końcu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki