Dzień jesienny miał się ku
końcowi. Pomiędzy niebem a rozłogami brunatnych ról, wisiała mgła
drobnego deszczu. W mgle téj toczyły się turkoty i gwarzyły szepty
wiatrów, a u spodu jéj fale wielkiéj rzeki biły się z pluskiem o
wysokie brzegi.
Gdyby ktokolwiek, zawieszony na jednéj z chmur, ciężko
wlokących się pod brudno-białém niebem, spojrzał z góry na pas
przestrzeni, równoległy od jednego z brzegów rzeki, ujrzałby trzy
punkty różnych wielce rozmiarów, lecz na jednéj linii i w
niewielkiéj od siebie odległości zostające. Pierwszym i największym
z punktów tych było miasto, zajmujące sobą wielkie koło gruntu i
wybiegające po za to koło kilkunastu prostemi i krętemi odroślami.
Odrośle te wyglądały jak ramiona, wyciągane, przez olbrzyma ku
przestrzeni, po łup albo ratunek. Ujęte w gęstszą, niż gdzieindziéj
mgłę deszczu i wyziewów, niby w banię z brudnego szkła, miasto owo
wydzierać się zdawało w górę wieżami swych kościołów, a żalić się
przed samotnością pól lub z niéj naigrawać się mruganiem i
blaskiem, gęsto po ciemném tle rozsianych, ogników. Z szerokiego
koła tego, od wywijających się zeń ramion, od mrugających świateł,
nad strzeliste wieże, nad obejmującą to wszystko brudno-szklanną
banię, wzbijały się głuche, chaotyczne gwary, w których, gdyby
przez długą chwilę zatopiło się baczne ucho, usłyszałoby turkoty
kół, dźwięki muzyki, szczekania psów, uderzenia dzwonków, rubaszne
śmiechy, urwane wołania, wrzaski, szepty, szmery mnóstwa
śpieszących kroków, cały słowem wiecznobrzmiący akord zbiorowego
ludzkiego żywota. Gwary te buchały w niebo gorączką, lecz spodem
ich wiała nieznurtowana melancholia ludzkich przeznaczeń.
Drugim punktem był cmentarz, szeroko na wysokim a spadzistym
brzegu rzeki rozłożony, podobny w zmroku do gaju, napełnionego
tłumem postaci nieruchomych, niewyraźnych, szarych, albo śnieżnie
białych. I tu także ciszy zupełnéj nie było. Nie przerywały jéj
wprawdzie szepty wiatru w drzewach i pluski deszczu, bijącego o
grobowce, były to bowiem składowe jakby jéj części; lecz mącił ją
gwar, złożony z kilku głosów ludzkich i donośnego, choć ochrypłego
nieco, śpiewu, napełniający dom cmentarnego stróża. Dom ten,
przyrosły jakby do murowanego ogrodzenia cmentarza, był raczéj
murowaną chatą, niż domem. Nizki, zżółkły od wilgoci i zaniedbania,
z zapadłym dachem, posiadał on jedne drzwi i trzy okna. W dwu
oknach gorzało jaskrawe światło rozpalonych łuczyw; u jednego z
nich stała wązka ławka, wilgocią przesiąkła. Rozmowy i śpiewy,
napełniające cmentarną chatę, leciały z jednéj strony na groby, z
drugiéj - na błotniste i suchemi badylami sterczące grunta.
Punktem trzecim, o kilka stai od cmentarza oddalonym, lecz
coraz ku niemu zbliżającym się, była kobieta, powoli bardzo i z
ciężkością widoczną, postępująca nad stromym brzegiem rzeki. Zkąd
szła? Od dalekich jakichś krańców brunatnych pól tych, które słały
się aż pod stopy niedojrzanych prawie lasów, czarną nicią
odznaczających skłon nieba. Z najdalszéj głębi téj deszczowéj mgły,
która od krańca do krańca napełniała widnokrąg. Od punktu jakiegoś
niewiadomego, z którego wyrywały się wiatry te, które, uderzając w
jéj plecy, zdawały się wypędzać ją zkądciś, kędyś ją gnać, za coś
ją karcić. Szła sama, zupełnie. Ani przed nią, ani za nią, nie
widać było żadnéj żywéj duszy ludzkiej. Chwilami wiatr miotał
połami jéj odzienia, a gdy uciszyło się w powietrzu, stawała przy
drzewie albo krzaku przydrożnym, dla odpoczynku zapewne. Doszedłszy
do cmentarza, powoli i nieśmiało zbliżyła się ku domowi stróża i
usiadła na ławie, pod ścianą jego stojącéj. Czerwona smuga światła
ukośnie spływała na nią z okna. Odzież, okrywająca ją, nie była
bardzo ubogą, lecz na wskróś przejętą deszczem i gęsto oblepioną
błotem, po drodze zebraném. Na głowie i ramionach miała wielką
czarną chustkę, która i twarz jéj także zakrywała do połowy, tak,
że w migotliwém i skąpém oświetleniu ukazywało się tylko głęboko
śniade czoło jéj, włosami kruczéj czarności bezładnie zarzucone i
pod czołem tém gorejące wielkie czarne oczy. W ramionach trzymała,
a siadając na kolanach swych złożyła, duże jakieś zawinięcie,
kawałem baraniego kożucha okręcone.
Przez okna wylatywały wciąż urywki rozmów i śpiewów. Głos
jakiś męzki, lecz cienki i ochrypły, śpiewał.
- Od Boga zesłana,
Śmierci ty kochana,
Stań się twoje żniwo,
Będzie mnie na piwo!
Sposób odśpiewania cynicznéj strofki téj tém się odznaczał, że
dwa piérwsze jéj wiersze brzmiały skocznemi taktami krakowiaka, a
dwa ostatnie powlekły się przeciągłą i żałośliwą nutą,
przypominającą pieśni kościelne, znane pod nazwą Gorzkich żalów.
W odpowiedzi, odezwał się głos kobiécy krzykliwy i rozjątrzony. - Piwo! piwo! jemu tylko piwo w głowie! weselenie się!
radowanie się! chichotanie! śpiewanie! Będziesz ty miał na piwo,
jak cię ks. dziekan od
mogiłek odpędzi! Kijem cię wtedy pod kościół pognam!
Lokajem za młodu byłeś, kościelnym dziadem umrzesz!
- Ano! - ozwał się głos, który przed chwilą śpiewał piosnkę
do śmierci, - gdzie umrzeć, to umrzeć, byle wesoło przeżyć! czy na
schodach kościelnych, czy w złocistych pałacach, śmierć znajdzie
się i chwyci! Ja stróż cmentarny, tamten pan wielki; ja człek
prosty i tylko marnych prochów ludzkich pilnować umiem, tamten
uczonym jest i gwiazdy na niebie liczy, a wszyscyśmy równi w obec
Ojca naszego Wszechmogącego, który pochwalonym niech będzie na
wieki wieków, Amen!
- Amen, - z wyraźném przejęciem się powtórzyło chórem kilka
głosów a wnet potém dał się słyszeć wykrzyk cienkiego i chrapliwego
męzkiego głosu:
- Nastasiu! kiełbasy kawałeczek daj! no, daj kiełbasy! na
zakąskę po piwie kiedy poczęstunek, to już niech będzie
poczęstunek! kiedy bal, to bal!
- Nie trzeba, nie trzeba! niech pani Łukaszowa nie fatyguje
się! - ozwali się goście, a jeden z nich ciągnął:
- My tak sobie, na gawędkę tu przychodzim i dla okazania
grzeczności naszéj. Pana Łukasza słuchać lubo! jakby z książki
nabożnéj czytał!
Gospodyni, udobruchanym nieco, lecz zawsze grubym i
popędliwym głosem, z kąta izby, w którym szukała może żądanéj
kiełbasy, odrzekła:
- Ja tam poczciwym ludziom, co nam grzeczność okazują, nie
żałuję niczego. Kiedy jest, to niech sobie będzie. Już
on mnie do tego przyzwyczaił. Tylko strach pomyśleć, ot, o
starości! człek goły, jakby tylko co się urodził!
On, co zarobi, to przepije i przeweseli, a potém co?
żebrać przyjdzie?
Im więcéj mówiła, tém więcéj w głosie jéj brzmiało
rozjątrzenie, zmieszane z płaczliwością. Gliniane naczynie jakieś,
misa czy talerz, stuknęło o stół, na który stawiła go popędliwa
snać ręka, a cienki głos męzki przewlekle mówić zaczął:
- To nasze, co dziś, Nastasiu, to nasze, co dziś! Czas
ucieka, śmierć goni, wieczność czeka! Człowiecze, z matki
śmiertelnéj zrodzony, nie wiesz dnia, ani godziny swojéj. Dziś
jesteś, jutro cię nie będzie. W zimną ziemię cię włożą, piaskiem
oczy zasypią i czego nie widziałeś, to już i nie zobaczysz, a czego
nie zjadłeś, to już i nie zjesz, a czego nie uradowałeś się, to już
nie uradujesz się... Do królestwa niebieskiego droga daleka i przez
czyściec wiodąca.
I wnet potém ozwała się znowu piskliwa i chrapliwa śpiewka:
- Oj, głębokaż to mogiła,
W któréj leży ludzi siła;
Gdy w nią legniesz, grzeszny człecze,
Strawa z misy ci uciecze....
- Cha, cha, cha, cha, cha! piskliwym, lecz serdecznym chichotem
zakończył śpiewający, a zarażając się jakby wesołością jego,
zaśmieli się i inni. W wesołym chórze tym jeden tylko głos kobiécy
odzywał się gdérliwém i rozjątrzoném mruczeniem.
Czy kobiéta, siedząca na ławie, u zewnętrznéj ściany domu,
słuchała tych rozmów, śpiewów i śmiechów, które przecież wyraźnie
do ucha jéj dochodziły, trudno było powiedzieć. W oprawie czarnéj
chusty, okrywającéj głowę jéj i ramiona, twarz jéj zostawała wciąż
nieruchomą. Błyszczącemi oczami swemi patrzała wciąż w jeden punkt
szaréj przestrzeni. W sztywnym wzroku jéj malowało się osłupienie,
sięgające stopnia bezmyślności. Z wystającego gzémsu dachu, pod
którym siedziała, spadały na odzież jéj gęste i grube krople
deszczu, lecz ona nie zdawała się ich czuć, ani spostrzegać, i nic
nie czyniła, aby się od nich uchronić. Parę razy podniosła się z
ławki, jakby do odéjścia, postała chwilę, z twarzą zwróconą ku
miastu, i siadła znowu.
W chacie cmentarnego stróża gwar, to wzmagał się, to
przycichał. Od czasu do czasu wybuchał zeń gruby, rozjątrzony głos
kobiécy, zdający się zapowiadać srogą kłótnię. Za każdym razem
jednak, cienki głos męzki przewlekle, i tonem monotonnie
odmawianego pacierza, recytować zaczynał o doczesności człowieka na
ziemi i o potrzebie użycia, dopóki czas, wszelkich uciech żywota, a
kończył śpiewem, którego piérwsze takty skoczne były i wesołe, a
ostatnie z żałośliwych pieśni kościelnych zapożyczone, a w których
figurowały nieodmiennie: śmierć i piwo, mogiła i misa. W obec
przemówień tych i przyśpiewek kłótliwy i rozjątrzony głos kobiécy
topił się w gniewne, lecz ciche i jakby zniechęcone, mruczenie.
Nakoniec, otworzyły się drzwi domostwa i biesiadnicy po
jednemu wychodzić z niego zaczęli. Byli to wszyscy ludzie prości i
grubijańscy w ubogiéj odzieży, ze zczerniałemi twarzami. Każdy z
nich, na progu jeszcze, wymawiał jakieś słowo uprzejmego pożegnania
i podziękowania za częstunek, każdy téż, mijając siedzącą u ściany
kobiétę, spoglądał na nią przez chwilę z obojętną ciekawością i
odchodził. Z za otwartych drzwi od sieni gospodarz wykrzyknął
jeszcze pożegnanie:
- A bywajcie tam zdrowi i żywi, bo wasze umieranie
człowiekowi i dziurawych butów nie przysporzy!
Tu na nótę krakowiaka zaśpiewał:
- Od Boga zesłana
Śmierci ty kochana....
Zatrzęś kostkami swojemi....
I dokończył monotonnym pacierzowym tonem.
- Nad pałacami złocistemi, nad kamienicami murowanemi, nad
szkatułami pełnemi, nad tymi, co nosy do góry zadzierają, a przed
tobą w proch padają, jak marne twory Pana Boga Wszechmogącego,
któremu niech będzie cześć i chwała na wieki wieków, Amen.
Gdy przekleństwo to, w dziwny sposób z modlitwą zmieszane,
milkło w głębi domostwa, na progu zjawiła się gruba i wysoka postać
kobieca. Obejrzała się dokoła i nagle krzyknęła.
- A toż co? Zgiń maro, przepadnij! Kto tu taki siedzi pod
ścianą?
Kobiéta, siedząca pod ścianą, zwróciła głowę ku mówiącéj i
zwolna powstając, z cicha i nieśmiało wymówiła;
- Przepraszam... to ja!...
- Kto ja? jakie ja? - brzmiał w progu głos gniewny, gruby i
kłótliwy. Włóczęgo jakaś? czy żebraczka? czy złodziejka może? Panie
Boże, odpuść! Po nocach włóczyć się i pod cudzemi oknami siadać...
Z pod ściany, cichy i nieśmiały głos odezwał się.
- Siadłam odpocząć...
- Odpocząć! jak odpocząć? co odpocząć? gdzie odpocząć? pod
naszemi oknami odpoczywać! Podsłuchiwać może i podpatrywać! Czy nie
Jeżewicz to czasem przysłał tu panią, żebyś nas szpiegowała i żeby
do ks. dziekana z językiem lecieć: u Łukasza piją! u Łukasza jedzą!
u Łukasza hulają! Idź, idź, zkąd przyszłaś, i gadaj coś widziała i
coś słyszała...
Kobiéta, całkiem teraz ukryta w cieniu, wymówiła:
- Przyszłam z daleka...
- Zdaleka! zdaleka! Od Jeżewicza, od wroga naszego od
szpiega naszego! z pod Fary! z kamiennego zaułku! zdaleka! zdaleka!
zkądże naprzykład?
W cieniu ozwał się szept:
- Ze wsi...
Tym razem kobiéta, stojąca w progu, nie odpowiedziała nic.
Nagle jakoś umilkła i wyciągnęła szyję w kierunku przybyłej, chcąc
snać śród cienia dostrzedz jéj rysy. Po chwili, ciszéj znacznie i
łagodniéj, niż wprzódy, wymówiła.
- Ze wsi... A zkądże? z jakiéj strony?
- Z Targowa, - odrzekła przybyła.
- Z Targowa? Nie znam. Nie wiem. Gdzież to jest?...
- Dziesięć mil ztąd... za temi wielkiemi lasami...
- Za lasami... - w zamyśleniu powtórzyła gospodyni domostwa
i dodała: dziesięć mil... no, no! kawał drogi! I cóż? piechotą
szłaś? długo? wieleż dni?
- Piechotą. Trzy dni. Nie mogę iść prędko...
- No, no! ze wsi... za lasami!... ze wsi! cóż, możebyś
lepiéj w chacie odpoczęła, jak tutaj! Z dachu leje się... cały boży
dzień deszcz padał. Możebyś przenocowała u nas. Noc ciemna...
ludzie ot zaraz spać pokładną się... jak pójdziesz do miasta, to
chyba na ulicy nocować będziesz... chodź do chaty...
Przybyła nie poruszyła się z miejsca. Milczała.
- No cóż - z powracającą niecierpliwością powtórzyła
gospodyni, - głucha jesteś, czy niema? Ja do niéj gadam jak do
człowieka, a ona jak słup... O Matko Boska! jakiż wicher zrywa się
na dworze! Chodź do chaty!
Przybyła, z większą jeszcze, jak wprzódy, nieśmiałością
szepnęła.
- Dziękuję pani... przenocowałabym... czemuż? zmęczona
jestem i... tak zimno. Ale... nie wiem... ja mam...
- Chodź do chaty! słyszysz! - stentorowym już głosem i
trzęsąc się od gniewu krzyknęła gospodyni. Noc taka, że psa z domu
nie wypędzić... a ona tu jeszcze: dziękuję! niewiem!... ceregiele,
fanaberye, głupstwa jakieś stroi! Jak nie pójdziesz mi zaraz, to
obiję, przepędzę i drzwi zarygluję! Idź i przepadaj! Cóż idziesz -
czy nie?
- Idę, idę, - szybko odrzekła przybyła i weszła do domostwa.
Gospodyni z gwałtownym stukiem zaryglowała drzwi od
podwórza.
Sporą izbę z dwoma niewielkiemi oknami, wklęsłemi głęboko w
mur i ujętemi w przegniłe i zczerniałe ramy, oświetlał płomyk
łuczyny, dopalającéj się i zwisającéj u szczeliny glinianego pieca.
Przy drgającém, czerwonawem światełku tém, sprzęty, napełniające
izbę, zlewały się w ciemną i bezładnie grupującą się masę. Były to
stoły grube i nieheblowane, drewniane zydle, koszlawe stołki,
cebry, niecki, garnki, grabarskie i ogrodnicze narzędzia. Przez
otwarte i nizkie drzwi ukazywała się druga malutka izdebka, z dwoma
szerokiemi tapczanami, służącemi za łóżka, i z długim szeregiem
świętych obrazów i obrazków zawieszonych na ścianie, a w
różnokolorowe i pozłacane ramki oprawionych. Przed jednym z obrazów
tych, po samym środku ściany zawieszonym, na mosiężnym łańcuszku
zwieszona, blado paliła się mała lampka. W pierwszéj od wejścia
izbie czuć było wilgoć, stęchliznę, duszne gorąco silnie
rozpalonego pieca, resztki swędu od jakiegoś smażonego mięsa i
cuchnący dym tytuniu najgorszego gatunku. Słychać téż tam było
przeciągłe chrapanie kogoś śpiącego. Na zydlu pod ścianą, z twarzą
ku sufitowi zwróconą i rękami zarzuconemi na głowę, spał suchy,
kościsty człowiek, w wyszarzanym spencerze, nie posiadającym
rękawów. Cienkie a długie ramiona jego okryte były rękawami grubéj,
szaréj koszuli.
- Masz tobie! - wchodząc do izby mruknęła gospodyni, - już i
śpi! tak to zawsze! najé się, napije, wygada się, wyśpiewa i
chrapie... a cała robota na moje ręce spada. Kto naczynie po nim i
po jego częstunkach pomyje? ja. Kto graty pozbiera, żeby w brudzie
nie marnowały się? ja. Kto drzewa z sieni na jutro nanosi? ja. Kto
Jeżewiczowi oczy wydrapie za jego przeklęte plotki i intrygi? ja.
Kto przed księdzem dziekanem wyjęczy i wypłacze, żeby nas ztąd nie
wypędzał? ja. Wszystko ja. A co mnie za to? ot dziura ta na teraz,
a na starość... kościelne schody i tyle! Żebym ja była lepiéj
światła dziennego nie zobaczyła... jeżeli kiedy żebraczką mam
być...
W ten sposób szeptem lub półgłosem gdérząc i żaląc się,
chodziła po izbie wielkiemi, ciężkiemi krokami, zbierała ze stołu i
przy piecu myła gliniane, ubogie naczynia, resztki jadła starannie
chowała, grubym fartuchem ścierała ze stołu okruchy chleba i
rozlane piwo. Nagle zwróciła się ku drzwiom.
- Cóż tak stoisz pod progiem, jak bałwan jaki! - zawołała.
Czemu nie siadasz? Czy może ława nasza za twarda, izba za ciasna...
Podejdź, siądź... i pogadaj po ludzku, a nie, to ruszaj sobie... Ja
tu martwych nie potrzebuję, mam już ich dosyć tam...
Rzuciła ręką w stronę cmentarza.
Przybyła zbliżyła się cicho, usiadła na zydelku pod piecem i
milcząc rozwijać zaczęła zawinięcie, które wciąż przedtém trzymała
w ramionach. Gospodyni stanęła na środku izby, jak wryta.
- Co to? - zawołała. Dziecko?
- Dziecko, - odpowiedziała przybyła.
- Czyjeż? twoje?
- Moje.
- Aha! rozpowińże to! udusić się może w takiém gorącu.
Dziecko zakwiliło zcicha.
- Wieleż to ma? - zapytała gospodyni.
- Ośm miesięcy.
- Z takiém maleństwem, w taką porę, w drogę wyprawiać się...
no! - O kilka kroków stojąc, bacznie przypatrywała się przybyłéj.
- Wdowa, co? mąż zmarł? - zapytała.
- Nie, - krótko brzmiała odpowiedź!
- Cóż? porzucił może łotrzysko jakiś?
- Nie, - ciszéj jeszcze odpowiedziała kobiéta.
- Nie i nie! cóż tedy? dla czegóż włóczysz się po świecie,
sama jedna i z dzieckiem?
Nagle umilkła i pytać przestała.
- Aha! - rzekła, jakby dowiedziała się już o wszystkiém.
- No, no, - zaczęła potém łagodnie. Cóż robić? cóż robić?
zdarza się różnie na świecie. Źle, bo źle. Wstyd i obraza boska!
ale kiedy stało się, to już się nie odstanie. Chrystus Pan nam
powiedział: kto z was bez grzechu, niech kamień rzuci!
We wspaniałomyślnéj przemowie téj było nieco szczeréj
pobłażliwości; daleko więcéj jednak wywołała ją ciekawość, bo małe
oczki jéj, zagłębione śród policzków pulchnych, lecz żółtą
bladością okrytych, dziwnie żywo błysnęły i zamigotały. Usiadła pod
piecem, obok przybyłéj.
- Biedna ty! - zaczęła, - któż ty taka? na panienkę jakby
wyglądasz? sukienka elegancka kiedyś była, tylko teraz poplamiona i
podarta, a i ten płaszczyk niczego... na chłody nie zdał się... ale
cienki... zgrabny, któżeś ty taka...
Przybyła uczuła się znać ujętą i ośmieloną przez okazywane
jéj współczucie. Czarne źrenice jéj, zatopione w malutkich, szarych
oczkach pytającéj, posiadały w téj chwili wyraz śmiertelnie
ranionéj łani.
- Sługą byłam, - odpowiedziała głośniéj, niż mówiła wprzódy,
- garderobianą u nieboszczki pani, matki młodego pana... dzieckiem
z chaty mię wzięli, lubili, robót uczyli, ładnie ubierali... dobrze
mi było.
Umilkła.
- Cóż daléj? co daléj? - natarczywie pytała gospodyni.
Przybyła, kołysząc w ramionach dziecię i nie spuszczając z
twarzy gospodyni cierpiącego wzroku swego, mówiła daléj:
- Kiedy nieboszczka pani umarła, byłam jeszcze cały rok przy
pannie Placydzie, krewnéj pana; ale jak panna Placyda za mąż
poszła, ot będzie już ze cztery lata temu, pan bratu memu dom
zbudował w lesie i leśnikiem go zrobił. Mieszkałam przy bracie:
pijak on i złośnik, bratowa prosta chłopka, ale pana lękali się i
dobrzy dla mnie byli...
- No to czegożeś od nich wyszła? Trzeba było w chacie
siedziéć i z braterstwem pracować.
Przybyła, po chwili milczenia, odpowiedziała.
- Wypędził.
- Kto wypędził?
- Brat.
- A za cóż on cię wypędził? leniuch pewnie jesteś, albo
złośnica!
- Nie, tylko się mu na nic nie zdałam. Żąć nie umiem, ani
ogrodów kopać, ani strawy gotować... przytém... ludzie mu za mnie
dojadali... i pan przestał przez palce patrzeć na to, że on drzewo
z pańskich lasów sprzedaje... Komisarz zapowiedział, że wypędzi go
ze służby, bo złodziejem jest i pijakiem... Wtedy on do mnie
przyczepił się: a ty taka i taka! co ja z ciebie za korzyść mam?
czego ty tu siedzisz mnie na karku i chleb zjadasz! Już to rok
minął od tego czasu... cierpiałam, znosiłam... ale raz, jak upił
się, to tak mnie wybił, że kaszlać zaczęłam i teraz jeszcze piersi
bolą i kaszlę... A bratowa mówi: idź ty od nas, bo on jeszcze
zabije cię kiedy po pijanemu i kryminał będzie... To i poszłam...
Gospodyni słuchała z uwagą.
- No, no, - rzekła, - coto się na tym świecie dzieje! Źleś
ty zrobiła, nie ma co! bardzo źle! ależ i braciszek, niech go! póki
korzystał, trzymał; jak korzyści nie miał, przepędził! No...
Zawahała się chwilę, lecz ciekawość przemogła wszystkie inne
względy.
- No, a... pan? - zapytała bardzo cicho i nad samem niemal
uchem przybyłej.
Pytanie to wywarło na znękaną kobiétę wpływ szczególny.
Wstrząsnęła się cała, jakby od elektrycznego uderzenia, z miejsca
się porwała, dziecko uśpione na ławie złożyła i chustę gwałtownym
ruchem z głowy i ramion zerwała.
- Ach! ach! ach! - krzyknęła, - żeby jemu każda godzina taka
gorzka była, jak całe moje życie! żeby on światłości boskiéj nigdy
nie oglądał! Niech jemu Pan Bóg krzywdy mojéj nie pamięta! niech
szczęście jego będzie takie wielkie, jak moja niedola! Niech jemu
własne dziecko nóż w serce zatopi! niech go Aniołowie Stróżowie
strzegą od mąk takich, jak moje! żeby jemu jednę godzinę tak gorzko
było, jak mnie będzie do śmierci!
Łzy potokiem lały się po rozognionéj jéj twarzy. Oczy jéj
gorzały, głos to wzdymał się namiętnie, to przebrzmiewał żalem,
połączonym z rzewnością.
Gospodyni wstrząsała głową, wpół z litością, wpół z
pośmiewiskiem.
- Waryatką jesteś, moja kochana, - ozwała się trochę już
gniewnie, - przeklinasz i winszujesz... nienawidzisz i lubisz...
sama nie wiesz co gadasz i koniec! Ale, jakże to tam było? hę!
Z wrytemi w ziemię oczami, przybyła odpowiedziała ponuro:
- Ożenił się.
Uspokoiła się nieco, siadła znowu na ławie i, kołysząc w
ramionach dziecko, zaczęła:
- Ot byłby może i nie ożenił się jeszcze; ale ludzie gadać
zaczęli, że on ma romans z jedną panną z sąsiedztwa. Ktoś mu to w
żywe oczy powiedział... Była podobno z tego powodu wielka
kłótnia... wyzwał na pojedynek tego, kto o téj pannie takie rzeczy
mówił... strzelali się... plotki zrobiły się z tego jeszcze
większe... raniony był w ramię i, jak tylko wyzdrowiał, oświadczył
się téj pannie i ożenił się... Panu Sienickiemu, który z nim w
wielkiéj przyjaźni żyje, powiedział: ja nie ścierpię, żeby
przezemnie kobiéta stracić miała honor i opinię... Stałam wtedy pod
oknem i podsłuchałam. On bo już taki jest, moja pani; dobrego serca
i strasznie honorowy... to i nie dziw, że za panną ujął się i
wynagrodził jéj krzywdę, przez złe języki ludzkie wyrządzoną...
Anastazya słuchała opowiadania tego ze szczególnym uśmiechem
na wydatnych i bladych wargach. Małe oczki jéj świeciły gniewną
ironią.
- No, a tenże? - zapytała. Czemuż tobie nie wynagrodził?
Przybyła ze zdziwieniem wpatrzyła się w nią.
- Toż to wcale co innego, rzekła. Tamta pani z panów,
śliczna jak obraz, po francuzku mówi i na fortepianie gra... czy
mnie z nią równać się?...
Nie było w słowach tych ani goryczy, ani szyderstwa. Mówiła
szczerze.
Anastazya zamyśliła się. Zmarszczki, okrywające wielkie,
blade jéj czoło, poruszały się i falowały, pod wpływem jakby ciężko
pracującéj myśli.
- Tak to tak, to prawda, - zwolna i po chwili mówić zaczęła.
Pani z panów... po francuzku mówi... co nam równać się do takich...
Jednakowoż, żeby mój Łukasz nie spał, a słuchał... on, widzisz,
leniwy jest i obżarty, nie opój broń Boże, bo piwo tylko pije, a
wódki do gęby nie bierze; ale, co obżarty, to obżarty, i tęgo sobie
leniwy... ale przytém rozumny bardzo, tak że aż ludzie schodzą się
słuchać jego gadania... toż żeby on nie spał teraz to ani chybi
powiedziałby: ja stróż cmentarny, tamten pan wielki, ja prosty
człek, tamten uczony i gwiazdy liczy... a wszyscyśmy równi w obec
Ojca naszego Wszechmogącego...
Chwilę milczały obie. Przybyła ozwała się piérwsza.
- Żeby mi tylko chłopca z rąk zbyć... jakkolwiek już dałabym
sobie rady... w służbę pójdę.
- Do miasta? - zapytała gospodyni.
- Do miasta, czy na wieś, jak się zdarzy... ale z dzieckiem
ciężko... nie weźmie nikt...
- A no! zostawcie chłopca u kogo na hodowanie, płacić za
niego będziecie, a sami służyć.
- U kogo zostawić? w mieście żywéj duszy nie znam.
Anastazya zamyśliła się.
- Ochrzczone to? - zapytała.
- A jakże! w targowskiéj parafii. Metrykę z sobą wzięłam, bo
ludzie mówili, że bez niéj nikt chłopca nie weźmie.
Zwróciła się do gospodyni i kolana jéj rękami objęła.
- Matko najmilsza, - zaczęła, - narajcie mi miejsce jakie,
dla dziecka chatę jaką, gdzieby je przytulili, a podhodowali choć
troszkę. Ja w służbę pójdę i całą choć pensyę oddawać będę, sobie
tylko na trzewiki i łachman jaki zostawiając... Narajcie dla
miłości boskiéj, zarekomendujcie, pomóżcie, bo sama sobie w
nieznajomem mieście rady nie dam!
Anastazya milczała długo.
- A no, - ozwała się z trochą wahania w głosie, niech może
chłopiec u nas zostanie... Dzieci nie mamy, we dwoje tu, w dziurze
téj mogilnéj jak wilki mieszkamy i bogactwa u nas nie ma, oj nie
ma! bo choć jaki taki grosz wpadnie czasem do chaty, to go mój wnet
przeje i przeweseli...
Przybyła pochwyciła jéj rękę i ucałowała ją gorąco. Długi
jednak kwadrans upłynął, zanim zawarły z sobą stanowczą umowę.
Anastazya wahała się. Chciała i nie chciała. Obiecywała i
odmawiała.
- Dobrzeby było, - mówiła, - mieć jaką taką pomoc dotego
nędznego naszego życia i czasem... śmiech dziecinny posłyszeć. My
bo tylko dzwony a śpiewy pogrzebowe, lamenty a płacze słyszym
ciągle i na mogiły patrzym... dla tego może Łukasz mój weselić się
tak lubi... niechby moją wesołością chłopiec ten był...
bezdzietnam.
Po chwili jednak, ostro wpatrując się w przybyłą,
zapytywała.
- A jeżeli nam nic dawać nie będziecie? pójdziecie kędyś na
skraj świata... goń wiatr w polu... my zaś jednéj gęby więcéj
karmić nie mamy za co, nie mamy, nie mamy...
Z ostrych i gniewnych błysków, które strzelały z oczów jéj,
gdy to mówiła, można było odgadnąć, jak bardzo byłaby rozgniewaną,
gdyby przyszło jéj dziecko to za darmo hodować.
Przybyła przyrzekała być słowną, przysięgała i w ręce ją
całowała.
Po długiéj rozmowie Anastazya wzięła w ramiona uśpione
dziecię i, przypatrując się mu, mówić zaczęła:
- Pan Bóg Wszechmogący, niech się stanie wola Jego święta,
szczęścia mi nie dał... Ze szlacheckiéj okolicy rodem jestem,
szlachcianką urodziłam się... i tęgą kiedyś dziewuchą byłam.
Starało się o mnie wielu, ale ot Łukasza umiłowałam... dla czego?
Bógże to wie! Za serce mię wziął mądrém swojém gadaniem i może tym
czarnym surdutem, który nosił na sobie, bo lokajem w sąsiednim
dworze był. Przeciw woli rodziców i familii całéj poszłam za niego,
a tu traf! i za nieposłuszeństwo kara boska na nas spadła. Miejsce
stracił... powędrowaliśmy do miasta. W mieście, jak w mieście...
on, to miał służbę, to nie miał, a żyć z grosza na bruku, ciężko.
Prałam tedy, maglowałam, do ciężkich robót wszelakich najmowałam
się, wodę nawet wiadrami nosiłam, jak się zdarzyło; zwyczajnie
kobiéta, bez domu ni łomu zostająca. Aż tu raz, zachorował... z
choroby wstał, ale służby już ani rusz! nie dostał. Panowie mówili,
że stary, mizerny, niepozorny i niezgrabny. Gdy bez służby został,
bywało z początku ani go w chacie utrzymać, ani do roboty jakiéj
napędzić... na lokajskim chlebie żreć tylko, a weselić się
przywykł, toż go i krótko trzymać zaczęłam... bez pardonu łajałam,
biłam, jak wypadało... do piłowania drzewa i kopania miejskich
ogrodów napędzałam i jakoś, z łaski boskiej! nie rozpił się
przynajmniéj, a uczciwym i rozumnym człekiem jak był, tak i
pozostał... Potém, zdarzyło się to ot miejsce, przy
mogiłkach. Chata, kawał ogrodu i jaki-taki grosz od tych,
co tu swoich mają, a mogił doglądać każą... Dwanaście lat już tu
siedzim, ale kto wié, czy długo siedziéć będziem! Źli ludzie
intrygują, a szczególniéj Jeżewicz ten, któremu te miejsce
pachnie... Ks. dziekan powiada, że to zgorszenie i nieprzystojność,
aby u cmentarnego stróża zgromadzenia jakieś bywały i gadania i
śmiechy. A mój bez tego ani rusz! jak tylko grosz jaki w kieszeni,
gości sprasza i częstuje... co ja mu zrobię! Już i sił nie mam
krzyczéć i bić i żal mi go... stérany! Jeżelić jednak nas ztąd
wypędzą, o Bożeż mój! prościuteńko pod kościół pójdziem. On stary,
cherlawy i do żadnéj pracy, a ja... pięćdziesiąt téż z górą lat mam
i ot... zmęczyłam się... Niby to nic tak przy umarłych żyć...
jednakowoż umarli żywych śmiercią zarażają... W obojgu nas zdrowia
nie ma, ani za grosz... ja niby gruba jestem i silna na oko, ale w
rękach i w nogach mocy żadnéj i w piersiach coś takiego, że czasem
ledwie dyszę...
Zadyszała się istotnie od długiego mówienia i długo milczéć
musiała, zanim odpoczęła nieco. Umiejętne oko rozpoznałoby
natychmiast, że była silnie astmatyczną. Zarazem jednak była ona i
gadatliwą. Odpocząwszy, więc mówiła daléj:
- I z charakteru nie byłam ja taka dawniéj, jak teraz. Złość
w duszę z biedą razem wstąpiła. Dawniéj bywało, żeby mi tam nie
wiem co, znoszę i milczę, a kiedy dobrze, to tak śmieję się i
wyśpiewuję, że aż z rodzicielskiéj chaty, na ogrody i pole chichoty
i pieśni moje lecą... Oj, ogrody i pola i lasy szumiące i potok ten
czysty, co po zielonéj łące płynie!... Wszak ci to cała młodość
moja tam pomiędzy niemi przeszła... starość przechodzi między
mogiłami!...
Małe, zapadłe jéj oczki zwilżyły się, policzki pulchne i
wydatne, lecz pozór chorobliwéj obrzękłości mające, zadrgały; nizko
na pierś głowę opuściła.
- Terazem taka zła, - mówiła znowu po chwili, - że w złości
gotowam człowieka zabić... Ot tak, co trzymam w ręku tém cisnę...
Jużem się i spowiadała z tego i codzień Pana Boga proszę, aby mi
cierpliwość i poprawę zesłał. Nie i nie. Coś we mnie wstąpiło i to
nie od razu. Wstępowało, wstępowało, aż i opanowało. A najmocniéj
nieczysty wtedy mnie trzyma, jak sobie wspomnę, co ze mną i z
Łukaszem będzie, kiedy nas ztąd wypędzą... Nie, już nam przyjdzie
ostatnie lata nasze pod kościołem przeżyć i gdzie, pod płotem
jakim, zamrzéć... Uf!
Zatrzęsła się cała i obydwoma rękami objąwszy głowę, z
któréj spadały w nieładzie siwiejące włosy, kołysała, przez chwilę,
w strony obie grubą postać swoję, luźnym wyszarzanym kaftanem
okrytą.
Nazajutrz, o wschodzie słońca, przybyłéj wczoraj kobiéty nie
było już w domostwie cmentarnego stróża. Ledwie zaświtało, wstała,
chwilę porozmawiała z Anastazyą i zostawiwszy jéj trochę piéniędzy,
a ręce jéj ucałowawszy, wybiegła. Była to kobiéta
dwudziestokilkoletnia, piękna, z cygańską cerą i namiętnemi,
czarnemi jak noc, oczami. Szła ku miastu, które budzić się już
zaczynało, nie tak jak wczoraj, z ciężkością i powoli, lecz szybko
i śmiało. Znać było, że spadł z niéj ciężar, któremu podołać nie
mogła, którego może dźwigać nie chciała. W wyrazie ust jéj, w
wyrazie oczu, utkwionych w mury miejskie, nie było już ani wstydu,
ani trwogi. Czoło jéj tylko, zorane nieco, zdradzało wielką jakąś
boleść przeżytą, a w głębinach serca jeszcze tlejącą. Lecz, nad
zgliszczami temi podniosły się widocznie nowe jakiéś nadzieje,
żądza życia, ciekawość przyszłości. W starannie oczyszczoném i
nawet gdzie-niegdzie barwistym łachmankiem jakimś upstrzoném
odzieniu, biegła raczéj, niż szła, aż wpadła w tę banię z brudnego
szkła, w któréj ciemna i ciężka, w fantastyczne kształty połamana
masa, będąca miastem, zaczynała rozwidniać się, gwarzyć, jęczyć
dzwonami swemi i połyskiwać oknami purpurowo i złocisto gorejącemi
we wschodzącem słońcu. Wpadła w banię tę i zniknęła, niby ziarnko
piasku, porwane ruchem klapsydry.
W téj saméj chwili, Łukasz, stróż cmentarny, po krótkiéj
rozmowie z żoną, zbliżył się do małego okna, oprawionego w
zczernione i zgniłe ramy, rozwinął zmięty arkusz papieru i nie bez
trudności wysylabizował.
"Roku 18... d. w parafialnym kościele targowskim,
ochrzczoném zostało dziecię płci męzkiéj, urodzone z Rozalii
Klinównéj, włościanki i niewiadomego ojca. Imię mu dano
Sylwester."