Na początku ośmnastego wieku,
to jest w epoce wypadków, które zamierzyliśmy skreślić, Paryż wiele
stracił z dawnéj swojéj świetności i znaczenia. Ludwik nie mógł
darować stolicy, że gdy był jeszcze dzieckiem, podczas burzliwych
dni Frondy, odrzuciła go od swego łona, a ponieważ z równą
przyjemnością mścił się na rzeczach jak na ludziach, stworzył
Wersal - tego ulubieńca bez zasługi, jak go wówczas nazywano, ażeby
pozbawiając stary Luwr swojéj królewskiéj obecności, ukarać go za
dawne przewinienie.
Z tego powodu Wersal od dnia, w którym Ludwik XIV przeniósł doń
swoję rezydencyją, stał się świetnym punktem królestwa; pochodnią,
przy któréj płomieniu opalały skrzydła wszystkie złocone motylki
dworu Ludwika XIV. Ten wszakże potężny blask zjednoczony nad
Wersalem, zostawiał w cieniu resztę królestwa; - i dla tegoto
podczas siedemdziesięcio trzech letniego panowania Ludwika XIV,
historyja Wersalu, jest prawie historyją całéj Francyi, a na jej
kartach napotykamy same wielkie imiona; - zaś co do téj dzielnéj i
walecznéj szlachty prowincyjonalnéj, która niegdyś stanowiła siłę
monarchii, która z Dugueschn'em wypędziła Czarnego księcia z
Gujenny, a z Joanną d'Arc króla Henryka VI z Francyi, ta szlachta
już nie istniała, a raczéj oddalona od środkowego punktu działań,
nie dawała znaku życia.
Żałujemy, że nie możem wybrać naszego bohatéra z pośród tych
świetnych dworaków, otaczających bez ustanku króla, uważnych na
każde jego skinienie, niepokojących się każdém zmarszczeniem brwi,
uszczęśliwionych uśmiechem; - lecz nadejdzie może chwila, że
porzucimy wraz z nim jego rodzinny zakątek i wstąpimy w to
promieniste koło, otaczające zawsze rezydencyją królewską.
Tymczasem zaś, prosimy czytelnika, aby opuścił Wersal, w
którym zresztą obecność pani de Maintenon czyni od niejakiego czasu
pobyt dosyć nudnym, i udał się z nami o 58 mil od Paryża, na lewy
brzeg Loary, w okolice miasta Loches, na piękną dolinę, położoną
między rzekami Indrą i Cher, którą przerzynają gaje, majestatycznie
nazywane lasami, i stawy, którym dają okazałe miano jezior.
Ta okolica była prawdziwém gniazdem szlachty, gdzie
wegetowali potomkowie wszystkich tych wielkich rodzin, które
uciskane najprzód przez Ludwika XI, następnie pozbawione zostały
przedniejszych głów swoich zarządów Ryszeliego; dzięki przeto
zrujnowanym zamkom, skonfiskowanym majątkom, ograniczonym
przywilejom, wszyscy ci dzielni wieśniacy, szlachetni jak
Charlemagne, byli biédni jak Gauthier, bez-grosza. Niegdyś
rozbijając po drogach pod Filipem Augustem i Ludwikiem IX, byli
wodzami partyzantów, pod Filipem Pięknym i Karolem V; kapitanami
pod Franciszkiem I i Henrykiem II; nakoniec chorążemi lub
sierżantami w wojskach Henryka IV i Ludwika XIII; wreszcie, nie
mając sposobności nawet w ostatnich szeregach wojska dobyć starych
szpad swoich przodków, których złocenia rdza potrochu zatarła,
zostali tém czém są w epoce niniejszéj powieści; - potomkami
najszlachetniejszych, najdawniejszych i najbogatszych rodzin
Francyi.
W istocie, jak rzekliśmy, znakomitsza szlachta zbliżyła się
po trochu do Wersalu i stara Turenija z przepysznemi swojemi
zamkami, emigrowała z ciałami i majątkami w okolice Chartres i
Maintenon.
Loches, ulegając powszechnemu upadkowi, przestało być
królewskiém miastem okoliczni ziemianie, zamieszkując kraj bogaty,
spokojny lecz zapomniany, zaczynali czuć stopniowo nad swojemi
głowami rozpościerający się całun smętności.
Dla tego téż szlachta, powodowana obrażoną miłością własną,
w poruszeniu powszechnéj oppozycyi, nie przestawała nadawać rzeczom
nieobecnym nazwisk, które je przypomniały; ich dom zawsze nazywał
się zamkiem, mur zewnętrzny wałem, a błotnisty strumyk, w którym
żerowały stada kaczek, fossami; był i dziedziniec honorowy,
stanowiący jedyne podwórze domu; była sala broni, zwykle owocarnia
lub mleczarnia; wreszcie kaplica, którą był zazwyczaj kościołek
najbliższej wsi, oddalonéj na godzinę drogi.
Jednakże wszystkie te osady szlacheckie byłyby gniazdami
szczęścia, gdyby ich mieszkańcy nie czuli się poniżonemi, uznając
się za nieszczęśliwych. Prawda, że ich próżność była pokryta
nieukontentowaniem; że zbyt biedni, ażeby mogli udać się do
Wersalu, mówili głośno, że co chwila czyniono im zapomogi, które
odrzucali. Ponieważ zaś wszyscy jedno utrzymywali, zmuszeni byli
udawać, że sobie wzajemnie wierzą. Rozumie się, że cała ta mała
oppozycyja nie przekraczała granic prowincyi, i od pięćdziesięciu
lub sześćdziesięciu lat jak trwała, przechodząc od ojca do syna,
nie doszła nigdy do uszu króla.
Zresztą, w tym małym zakątku ziemi, tworzącym część
prowincyi, którą nazywają ogrodem Francyi, szlachcic uchodził za
bogatego, mając dwa tysiące talarów dochodu; to téż nie wielu
dosięgało téj upragnionej liczby. Ogól szlachty posiadał średnio od
dwóch tysięcy pięciuset do trzech tysięcy liwrów dochodu, a
niektórzy zmuszeni przestawać na stu piędziesięciu lub dwustu
pistolach na rok, znajdowali jeszcze sposób, pomimo tak szczupłej
fortunki, nie pokazywać się zbyt niekorzystnie z rodzinami,
niekiedy licznemi, na zgromadzeniach okolicznéj szlachty.
Wprawdzie, wszyscy ci panowie, a raczej ich przodkowie,
posiadali niegdyś prawa i swobody nader rozciągłe, które potrosze
zaczynały tracić swoję moc, co nie przeszkadzało im, gdy
przypadkiem odczytywali swoje przywileje i okurzali pargaminy,
uczuwać ztąd niejaką dumę. Dla tego pewien zagrodnik barona Agenora
Palameda d'Anguilhem, przestraszył się nie pomału dnia jednego, gdy
jego pan i senior tupając nogami podczas polowania na wilka,
odezwał się w te słowa:
"Baronowie d'Anguilhem, mają przywilejem XIII wieku nadane
prawo, raz w rok na polowaniu, rozgrzać swoje nogi w wnętrznościach
jednego z swych wassali otworzonych przez ich krajczego."
Rozumie się jednak, że ani godny szlachcic, ani żaden z jego
przodków, nie czuł nigdy takiego zimna, aby potrzebował uciec się
do tak osobliwego środka.
Ponieważ wymówiliśmy nazwisko barona d'Anguilhem,
korzystajmy z sposobności i powiedzmy, kto on był i czém był.
Baron Agenor Palamed d'Anguilhem był jednym z tych
możnowładnych właścicieli, których wyliczyliśmy majątki i
przywileje: zamieszkiwał zamek w niższéj części doliny, posiadał
sześćdziesiąt owiec i sześć krów, sprzedawał na rok za dwieście
liwrów wełny, zbierał za trzysta liwrów konopi, razem pięćset
liwrów, które wsapaniale oddawał pani baronowéj d'Anguilhem na jéj
wydatki toaletowe i wychowanie syna.
Pani baronowa Kornelija Atenais d'Anguilhem miała tylko
sześć sukien, - lecz te były wszystkie, jeżeli nie
najwytworniejszéj elegancyi, to przynajmniéj rzadkiéj piękności.
Jedna sięgała epoki jéj zamężcia; druga urodzenia syna, którego
nazywano baronetem przez grzeczność, chociaż miał tylko prawo do
tytułu kawalera, którym my go będziemy mianowali, nie mając żadnego
powodu pochlebiania mu. Co do czterech innych sukien baronowéj, te
pochodziły nie z tak odległéj epoki i były nieco w nowszym guście,
chociaż także pamiętały z jaki dziesiątek lat.
Baronet, a raczej kawaler Roger Tankred d'Anguilhem,
domniemany sukcessor dóbr d'Anguilhem, de la Pintade i de la
Guérite, to jest sześćdziesięciu morgów ziemi, dwudziestu morgów
lasu, i ogrodu zasadzonego kapustą, rozpoczynał piętnasty rok
życia. Był to wysoki, ładny chłopak, posiadający na dziesięć mil na
około reputacyją zawołanego Strzelca i nieustraszonego jeźdźca; -
gdyż na dwudziestu bekasów, zabijał ich zwykle dziewiętnastu, a
najnarowistszy koń musiał uledz sile jego dłoni i kolan. Od pięciu
lat wieku, to jest epoki, w któréj baron Agenor dał mu małą szpadkę
w rękę, nie było dnia, ażeby choć przez godzinę nie ćwiczył się w
robieniu bronią z swoim ojcem, jednym z najtwardszych rębaczy z
okolicy; - chociaż dzięki swojéj reputacyi, nie miał nigdy
sposobności dobyć szpady na serio; tym sposobem, od lekcyi do
lekcyi, mała szpadka zamieniła się w długi rapir, noga słaba w
sprężynę stalową, ręka nabrała niepospolitéj siły, i owe dziecko
mogło przez dzień cały stać w obronnéj postawie, nie doświadczając
żadnego znużenia.
Oprócz tych nabytych korzyści, kawaler posiadaj jako dary
przyrodzone, piękne, jasne włosy, wzrost wynoszący pięć stóp, pięć
cali, który obiecywał nie zatrzymać się na tak pięknéj drodze;
dwoje oczu niebieskich, z spojrzeniem otwartém i jasném, dwa
tłuste, rumiane policzki, na których zaczynał wyrastać lekki
meszek, i nogę doskonale utoczoną. Dla tego wszystkie żony
okolicznych właścicieli, korzystając z wolności jaką im nadawał
młody wiek kawalera, nazywały go prawie zawsze albo pięknym
Rogerem, albo pięknym Tankredem, stosownie do tego, jak ich
romansowy umysł uczuwał sympatyją do zdobywcy Sycylii lub kochanka
Kloryndy.
Opisawszy tedy powierzchowność i fizyczne zalety kawalera,
poznajmy go z wewnętrznéj, to jest moralnéj strony.
Ta cześć tak ważna wychowania mężczyzny, przeznaczonego do
utrzymania i uświetnienia nazwiska d'Anguilhem, była, od czasu jak
Bóg dał im syna, główném zajęciem barona i baronowéj. Pani
d'Anguilhem dawała dziecku piérwsze lekcyje czytania, pisania i
rachunków. Proboszcz wsi sąsiedniej nauczył go deklinacyi i
konjugacyi, lecz na tém ograniczały się jego wiadomości, i
przyznawał z szczerością, która więcej przynosiła zaszczytu jego
charakterowi niż nauce, że nie był w stanie więcéj udzielić swojemu
uczniowi. Baron i baronowa byli tedy w wielkim kłopocie jak
prowadzić daléj wychowanie syna, z którym oboje nie chcieli się
rozłączać tak wcześnie, gdy dowiedzieli się, że niejaki ksiądz
Dubuquoi ukończywszy edukacyją jednego z najbogatszych dziedziców z
Lochss, pragnął znaléść innego ucznia. Tego samego szukali
baronostwo d'Anguilhem. Zasięgnięto jak najdokładniejszych
wiadomości, które wypadły wszystkie na korzyść professora, i w
skutek których ksiądz Dubuquoi zainstalowany został w zamku, z
pensyją sto pięćdziesiąt liwrów rocznie, stołem, i szumnym tytułem
nauczyciela pana kawalera d'Anguilhem.
Teraz powiédzmy kilka słów o zamku zamieszkiwanym przez
osoby przez nas opisane, a z których jedna, nie będziemy taili
dłużéj przed czytelnikami, przeznaczona jest na głównego bohatera
téj historyi. Domyśla się zapewne czytelnik, że chcemy mówić o tym,
którego damy zwykły były nazywać
pięknym Tankredem albo
pięknym Rógerem.
Zamek ów nie był, ściśle mówiąc, zamkiem, chociaż téż nie
był i domem. Byłto budynek trzymający środek pomiędzy temi dwoma
rodzajami budowli, i obejmował ośm pokoi na dole, Te pokoje byty:
mleczarnia zaszczycona nazwiskiem sali jadalnéj, salon ozdobiony
trzema staremi portretami, które trudno było rozeznać, i jednym
nowszym wyobrażającym oficera marynarki królewskiéj, w mundurze
kapitana okrętu. Będziemy jeszcze mówili o tym portrecie. Była sala
broni, ozdobiona pięciu staremi zbrojami, a w któréj zwykle
zgromadzała się rodzina; nakoniec cztery pokoje sypialne. Kuchnia i
przyległe jéj części położone w suterenach, oraz piwnice znajdujące
się pod kuchnią, rozciągały się pod całym domem; wreszcie, w jednym
z czterech narożników budynku, sterczała wieża, dwanaście metrów
wysoka, którą nazywano la Guérite. Pan baron Agenor d'Anguilhem
sypiał w téj wieży, i na niéj to mianowicie opierał pretensyją
nadawania swojemu mieszkaniu okazałego tytułu zamku.
Zamek ten nie należał do najbogatszych w okolicy. Baron
d'Anguilhem pobierał od osadników należących do jego posiadłości
summę tysiąc dwieście liwrów: ponieważ zaś na prowincyi dochody
każdego są wszystkim wiadome, trzeba było albo uchodzić za
niemajętnego obywatela, albo kłamać.
Baron kłamał tedy: utrzymywał, że posiada sto luidorów
dochodu z kassy wojennéj, i drugie sto z prywatnej szkatuły króla.
Nie śmiemy zaręczyć, ażeby sam to rozgłaszał, jednak nie zaprzeczał
nigdy, jeżeli kto odezwał się w tym przedmiocie. Nikt wszakże nie
wierzył w owe dwieście luidorów dochodu, chociaż na pozór wszyscy
byli innego przekonania, i kawaler Roger Tankred nie uchodził w
okolicy za nader świetną partyją.
To zresztą, jak się łatwo domyśleć, nie obchodziło
bynajmniéj młodzieńca; był zdrów, wysoki, silny; w braku swoich,
wszystkie cudze konie do niego należały; polowanie miał przepyszne,
gdyż w skutek wzajemnego układu pomiędzy całą tą poczciwą szlachtą,
każdy z nich zbyt ścieśniony, ażeby mógł poprzestać na swoich
gruntach, miał wolność polowania na wszystkich posiadłościach;
tłómaczył biegle
Korneljusza Neposa, a nie czując żadnych potrzeb, nie
spostrzegł jeszcze, że był ubogi.
W istocie, czegóż mu brakowało? Miał guwernera, którego
uważał jako niepotrzebny zbytek. Powracając z polowania, znajdował
zawsze, dzięki macierzyńskiej troskliwości baronowéj, smaczny i
obfity obiad, którego resztki psu oddawał. Po jedzeniu, czekało go
wygodne łóżko, w którém mógł, gdyby mu się podobało, spać przez
dwanaście godzin. To wszystko, każdy przyzna, nie mogło się nazywać
niedostatkiem.
Gdy Roger Tankred oddalał się z zamku, czy to konno, czy
pieszo, czy z fuzyją na ramieniu, czy pod rękę z księdzem Dubuquoi,
wieśniacy pracujący w polu kłaniali mu się, a młodzież okoliczna
witała się z nim uściśnieniem ręki. Czegóż więcéj pragnąć może
serce proste i umysł filozofa.
Gdy przyjmowano gości w zamku, Roger Tankred brał się do
roboty, ani mniéj ani więcéj jak dwoje służących stanowiący całą
czeladź domową. On czyścił staroświeckie srebra z herbami
familijnemi, on pomagał baronowéj przy pieczeniu ciast, które na
wzór dawnych kasztelanek, nie wahała się gnieść własnemi rękami.
Nadto, ponieważ był równie zręcznym jak mocnym, podejmował się
czyszczenia kilku sztuk porcelany japońskiéj, zachowanych od trzech
pokoleń jak relikwije. Gdy już goście przybyli, Roger Tankred kładł
nową suknię, która zawsze miała najmniéj, dwa lub trzy lata,
pogładził grzebieniem swoje piękne włosy, wijące się z natury, i
podawał rękę damom.
Baron i baronowa dumali nieraz nad przyszłością tego
ukochanego syna i roztrząsali wszystkie karyjery, jakie były przed
nim otwarte. Ojciec radził zawód wojskowy; lecz baronowa robiła
uwagę, że musiałby chyba zagrzebać imię d'Anguilhem'ów w ostatnich
szeregach wojska, nie mając dostatecznego majątku na zakupienie
pułku. Mógłby miéć miejsce wypadek wyjątkowy, że król usunie tę
przeszkodę, nadając patent pułkownika i przydając doń sto tysięcy
talarów gratyfikacyi; lecz król Ludwik XIV, tyle już podobnych
uczynił podarunków, że oświadczył się w niemożności czynienia ich
nadal tak często; a nie miał téż żadnego powodu dotrzymania na
korzyść kawalera Rogera Tankreda tego mądrego postanowienia. Tak
przekonywała baronowa swojego męża, gdy naprowadził rozmowę na ten
przedmiot. Co zaś nią istotnie powodowało, to obawa, ażeby ostatni
z Anguilhem'ów nie otrzymał, jak bardzo łatwo trafić się mogło,
cięcia halabardą we Flandryi, lub postrzału z muszkietu nad
brzegami Renu, co zniszczyłoby wszystkie jéj nadzieje, nie licząc
rany zadanej jéj macierzyńskiemu sercu.
Baron napomykał wówczas o dobrym jakim urzędzie skarbowym.
Był to w owéj epoce zawód, w który szlachcic mógł wstąpić bez
poniżenia się. Lecz zkąd wziąć ten urząd, którego kupno kosztowało
dwa razy tyle co pułk, bo pułk przynosił tylko właścicielowi
zaszczyty i niebezpieczeństwa, gdy tymczasem z urzędu płynęły
piękne i dobre luidory? Trzeba było przeto wyrzec się i tego zawodu
pozostawionego ulubieńcom pani de Maintenon, ojca Lachaise i p. du
Maine; tém bardziej, że zacny baron jako szlachcic prowincyjonalny,
nienawidził szczerze starą i jezuitę. Nie było więc nadziei z téj
strony, i sama baronowa, jakkolwiek radaby była widzieć swojego
ukochanego syna zajmującego miejsce, któreby nie narażało dni jego
na niebezpieczeństwo, zmuszoną była przyznać ze smutkiem, że
szaleństwem byłoby tworzyć podobne zamiary.
Baron powracał przeto do ulubionéj swojéj myśli, którą
kołysał się w chwilach rozmyślań, to jest ujrzenia swojego syna
oficerem marynarki. Marynarka była pięknym i szlachetnym zawodem, i
ze wszech miar godnym szlachcica. Ludwik XIV, uczynił Francyją
mocarstwem morskiém, które zaczynało rywalizować z Angliją i
Hollandyją, temi dwiema władczyniami morza, które nie raz udało mu
się osłabić jednę za pomocą drugiéj, gdy tymczasem sam wzrastał w
potęgę kosztem obudwu; lecz w tym zwłaszcza punkcie baron napotykał
w swojéj żonie nader żywą oppozycyją. Jeżeli obawiała się dla
swojego syna zawodu żołnierskiego, tém bardziej obawiać się musiała
widzieć go marynarzem, zmuszonym codziennie walczyć nie tylko
przeciwko ludziom, ale i przeciw igraszkom żywiołów; jeden raz
tylko, wkrótce po ich pobraniu się, baronostwo zwiedzili port
morski.
Było to w Brescie; zapragnęli użyć przejażdżki morskiéj,
lecz zaledwie wypłynęli na środek zatoki, powstał wicher tak
gwałtowny, że barka, w któréj znajdowali się, ze sto razy o mało co
nie zatonęła, i cudem prawie dostali się do portu. Od tego czasu,
pani d'Anguilhem, która jakkolwiek wieśniaczka, miała nerwy równie
drażliwe jakby była paryżanką, nie mogła słuchać o morzu; widziała
bez ustanku przy świetle błyskawic i huku piorunów, swojego
biednego kawalera miotanego wiatrem, zagrożonego przez bałwany,
które co chwila gotowe były pochłonąć go; tak, że skoro tylko
baron, po tysiącznych przygotowaniach, dotykał tego przedmiotu,
baronowa zaczynała wydawać głośne krzyki, i zapytywała mgża, czy
chciał, w nagrodę przykładnego jéj od tylu lat z nim pożycia,
przyprawić ją o śmierć.
Wtedy baron, wyborny człowiek w głębi duszy, wzdychał
głęboko, mówiąc:
- Baronowo, baronowo, nie jesteś godną imienia Kornelii,
które nosisz!
Na co ona odpowiadała:
- Nie żyjemy wczasach Greków, mości panie, i ja nie jestem
Rzymianką.
W istocie, poczciwa kobieta była tylko dobrą, tkliwą,
wyborną matką, co mniéj może waży w oczach filozofów, lecz co
milszém jest zapewnie Bogu. Pozostawano przeto w wiecznéj
niepewności względem przyszłego powołania kawalera Rogera Tankreda,
któremu tymczasem udzielano jak można najlepszego wychowania,
chociaż nie spodziewano się zrobić z niego na przyszłość nic
innego, jak szlachcica prowincyjonalnego z cztérystu talarami
dochodu, jak był jego ojciec. Była to smutna ostateczność.
Jednak, na tym pochmurnym horyzoncie, błyszczała nieznacznie
mała gwiazda, która rzucała niekiedy na dom d'Anguilhem przelotnym
promieniem swojego znikomego światła. Tą opiekuńczą konstellacyją
było dziedzictwo, jeżeli nie prawdopobne, to przynajmniéj
przypuszczalne po wice-hrabi de Bouzenois, krewnym barona,
kapitanie fregaty, prawdziwym wilku morskim, który odbył wszystkie
wyprawy pod Janem Bart.
Jego to wyobrażał ów portret, który błyszczał w salonie
pomiędzy staremi portretami familijnemi.
Niekiedy mówiono w zamku o téj znakomitości współczesnéj,
która przydała swój blask do znakomitości przeszłowiecznych, lecz
mówiono o niéj z szczególną ostrożnością. Bo téż w istocie majątek
ów był tak znaczny, nadzieja osiągnięcia onego, tak wątłą, że plany
budowane na niéj, uważano jako zamki na lodzie, jako istne
marzenia; nie śmiano więc myśleć na serio o tém dziedzictwie, i
słusznie; lecz przy sposobności mówiono z niejaką dumą: mamy
krewnego w Wersalu, pana de Bouzenois, kapitana okrętu
królewskiego. Potem przydawano wskazując na obraz: Oto jego portret
w wielkim uniformie.
Ów to portret i powinowactwo z wicehrabią, wzbudziło chęć w
baronie d'Anguilhem uczynienia syna marynarzem.
- Koniec końcem, - mawiał do siebie, - wice-hrabia de
Bouzenois, jest moim stryjecznym bratem; jestem nawet jedynym
krewnym jakiego posiada, i objąłbym spadek po nim, gdyby umarł bez
testamentu; gdybym go przeto prosił o protekcyją dla kawalera
Rogera Tankreda, nie mógłby mi jéj odmówić: a protekcyja kapitana
fregaty może otworzyć karyjerę w marynarce mojemu synowi, i kto wié
do czego kawaler mógłby dojść.
Barona utwierdzało jeszcze w tych planach tajemnicze życie
wice-hrabiego de Bouzenois. Najdziwaczniejsze wieści krążyły o
źródle tego olbrzymiego majątku, który zaślepiał całą rodzinę.
Jednak, śród tych opowiadań, było kilka szczegółów, które wydawały
się prawdopodobnemi, i oto one:
Wice-hrabia de Bouzenois, udał się na pierwszą wyprawę mając
lat szesnaście, na francuzkiéj fregacie
Thétis. Nabył najprzód sławy w bitwach z Anglikami i
Hollendrami; następnie, podczas drugiej wojny z Flandryją, uzbroił
swoim kosztem bryg Rekin, na którym dał się we znaki okrętom
kompanii angielskiej płynącym z Chandernagor i okrętom kompanii
holenderskiéj płynącym z Batawii, za co, oprócz znakomitego udziału
w zdobyczy, otrzymał stopień kapitana fregaty na téj samej
Thétis, na któréj rozpoczął swój zawód. Nakoniec po
podpisaniu traktatu Nimégue, pan wice-hrabia de Bouzenois, w
nagrodę swoich usług, został mianowany rządcą małéj osady, jaką
Francuzi posiadali wówczas na brzegach Malabaru.
Znanym jest wszystkim zwyczaj kobiét owych okolic. Zwyczaj
ów, który dzięki filantropizmowi Anglików, zaczyna wychodzić z
używania, zwyczaj ów był wtenczas w całéj swojéj sile. Chcemy mówić
o obrzędzie palenia wdów indyjskich. Było tedy zdarzenie, że umarł
jeden z najbogatszych i najpotężniejszych wodzów malabarskich, i że
stosownie do zwyczaju, żona jego, nie mająca jeszcze dwudziestu lat
i nadzwyczajnie piękna, oświadczyła niezmienną chęć spalenia się na
jego grobie.
Pan de Bouzenois, który wówczas miał zaledwie trzydzieści
pięć lat, a tém samém był jeszcze młotdy; p. de Bouzenois,
przystojny, odważny, a co większa rządca osady; p. de Bouzenois,
mówimy, dowiedział się o tym zamiarze. Ponieważ za życia męża, były
kapitan fregaty
Thétis, spoglądał nieraz okiem amatora na tę, która dziś
była wdową, postanowił, gdyby się dało, nie dopuścić ofiary, i w
tym celu udał się do domu zmarłego, gdzie znalazł wdowę ubierającą
się w najpiękniejsze suknie, oblewającą się najprzyjemniejszemi
wonnościami, słowem przystrajającą się na śmierć, jak gdyby na
jakie święto. Wyłożył wówczas pięknéj Malabarce przedmiot swojego
przybycia, przedstawił jéj, że było zbrodnią rozstawać się
dobrowolnie z życiem, przypomniał, że była wprzód matką niż wdową,
i że jéj życie potrzebniejsze było żyjącemu synowi niż mężowi
umarłemu, słowem był naprzemian zalotny, czuły, wymowny,
patetyczny, lecz wszystko napróżno. Ofiara przyznawała, że żal jéj
było żegnać się tak młodo z życiem, które zaledwie poznała; lecz
nie mniéj przeto trwała w swojém postanowieniu, chociaż w jéj
uporze przebijało się nie tyle miłości śmierci jak raczéj obawy
żyjących; przysięgała wreszcie na Wisznu, Shiwę i Brahmę, że byłaby
shańbioną na zawsze, gdyby miała słabość postąpić wbrew panującemu
zwyczajowi; słowem widoczném było, że biedna wdowa nie z
wewnętrznego pociągu pragnęła stać się pastwą płomieni, lecz dla
tego, że to było rzeczą przyjętą, zwyczajem, modą wreszcie, a w
każdym kraju kobiéta pragnie stosować się do mody.
Wice-hrabia przeto postanowił co ma czynić. Dozwolił czynić
wszelkie przygotowania, tak jak gdyby ceremonija miała miéć
miejsce; następnie, w chwili gdy piękna wdowa żegnała się z swoją
rodziną, dobył szpady, dał znak dwudziestu żołnierzom, których
ustawił naokoło stołu, pod pozorem dodania świetności widowisku; i,
podczas gdy połowa szczupłego oddziału rozrzucała słomę, szczapy
drzewa i inne materyjały palne, z drugą połową porwał młodą wdowę i
uprowadził do swojéj rezydencyi.
Po tym postępku, nie wiemy jakiego rozumowania wice-hrabia
de Bonzenois użył dla uspokojenia piękności malabarskiéj.
Lecz co pewna, to że nazajutrz nie tylko wyrzekła się stosu,
lecz nawet zdawała się zadowoloną, że przeszkodzono spełnieniu
ofiary.
W rok potém, p. de Bouzenois zaślubił wdowę, i oboje
uczynili sobie, jak mówiono, wzajemny zapis dóbr na przeżycie.
Ponieważ zaś Indyjanka wkrótce umarła, przeto p. wice-brabia de
Bouzenois dzięki, rupiom pięknéj nieboszczki przyłączonym do
własnych piastrów, stał się posiadaczem olbrzymiego majątku.
Teraz zaś, w razie gdyby wice-hrabia de Bouzenois umarł bez
testamentu, cały ten majątek spadłby na d'Anguilhem'ów, jego
najbliższych krewnych, gdyż według wszelkiego prawdopodobieństwa,
syn Indyjanki otrzymał swoję część po zamążciu swojéj matki.
Jednak te widoki były zbyt wątpliwe, aby wpływać mogły na
obranie przyszłego zawodu dla kawalera Rogera Tankreda.
Jedynie tylko, podczas długich wieczorów zimowych, gdy
zgromadzeni około szerokiego komina, sąsiedzi zamku d'Anguilhem,
rozmawiali, już u jednego, już to u drugiego, o czynach swoich
przodków lub krewnych, p. de Chémillé, którego stryjeczny dziadek
był pułkownikiem, opowiadał o bitwach na otwartém polu; p. de
Birgaron, kuzyn córki chrzestnej Vauban'a, o oblężeniach; p.
Gantry, którego szwagier byt pisarzem przy magazynie soli, mówił o
finansach, a ksiądz Dubuquoi o sprawach kościelnych.
Co do barona Agenora d'Anguilhem, ten dzięki swojemu
pokrewieństwu z wicehrabią de Bouzenois, przedstawiał w swéj osobie
marynarkę. Tym więc sposobem, czyny bohaterskie i miłosne kapitana
fregaty, rzucały jakikolwiek blask na jego krewnych w Loches:
prawda, że chwała nie jest udziałem zbyt wiele przynoszącym, ale w
braku czego innego, i ona ma swoję wartość.