4
Gdy Sylvia weszła do stodoły, otulił ją znajomy zapach mokrego siana i skóry siodeł. Wdusiła przycisk obok drzwi, ale światło się nie zapaliło - najwyraźniej huragan doprowadził do awarii prądu.
Stodoła dzieliła się na główną część, siodlarnię, kilka boksów i magazynek. Ponadto z tyłu stał rząd żłobów, by konie miały do nich swobodny dostęp z tylnego padoku, gdy Mason wołał je na posiłek. Jednakże nawet w ciemnościach było oczywiste, że zwierząt tu nie ma.
Sylvia zdjęła latarkę z półki, poświeciła i od razu zauważyła, że w żłobach leży nietknięta pasza. "Weź głęboki oddech", napomniała samą siebie, starając się nie panikować. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić - gdy do żłobów sypano paszę, konie przybiegały w te pędy! Coś było bardzo nie w porządku.
Wyszła ze stodoły tyłem i wytężyła oczy, świdrując wzrokiem ciemność. Padok - odrębna zagroda, w której trzymali z Masonem swoje konie - był pusty.
- Jastrząbko?! - krzyknęła, licząc na to, że w odpowiedzi usłyszy coś więcej niż tylko jednostajny szum deszczu. A jeśli pod jej nieobecność ośrodek sprzedał konie? Albo Jastrząbkę spotkało coś złego?
Nagle rozległo się rżenie i Sylvia uśmiechnęła się szeroko.
Przez ulewę mknął ku niej znajomy kształt. Kopyta uderzały z impetem o rozmiękłą ziemię, odciskając w niej głębokie ślady. Klacz parskała rozszerzonymi nozdrzami, jej ciemnobrązowa sierść lśniła.
- Tu jesteś, moja dziewczynko! - Sylvia poklepała Jastrząbkę po łopatce, gdy ta podbiegła do stodoły, cicho rżąc. - Och, ja też za tobą tęskniłam. - Objęła konia za szyję i uścisnęła go mocno, po czym wprowadziła do środka i podała mu jabłko. Gdy klacz chrupała przysmak, Sylvia przeszła do siodlarni, by zajrzeć do torby. - Oby były suche - wymamrotała pod nosem, rozpinając plastikowy woreczek strunowy, do którego schowała książki.
Przekartkowała piękne, kolorowe ilustracje Podręcznego przewodnika po ptakach, szczęśliwa, że kartki nie zamokły i się nie posklejały. Następnie drżącymi rękami sprawdziła stare, postrzępione wydania kolejnych książek: Podręcznego przewodnika po skałach, Podręcznego przewodnika po pogodzie i klimacie i jeszcze kilku innych. Uff - wszystkie ocalały. Na koniec otworzyła notatnik, w którym szkicowała i opisywała przeróżne ptaki, ssaki i inne zwierzęta, na jakie natknęła się w ostatnich latach.
Nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy dokładnie zaczęła prowadzić notatnik, ale miała dziesięć lat, kiedy rozpoznała pierwszy gatunek ptaka i zanotowała informacje na jego temat. Wspomnienie odżyło w jej głowie, jakby to się działo wczoraj: wspaniały puchacz wirginijski, przelatujący nisko nad polem o poranku, gdy karmiła konie. Tylko Sylvia wstała dość wcześnie, by go zobaczyć, a większość dzieciaków z Highground nie wierzyła później w jej opowieść. A może było im po prostu wszystko jedno? Zawsze uważały, że jest inna - bo miała fioła na punkcie ptaków i koni i nigdzie się nie wybierała. Czy rzeczywiście tak było...? Cóż, widok sowy mknącej bezszelestnie przez mgłę rozpalił ogień w jej duszy. Od tamtej pory uwielbiała ptaki.
Upewniwszy się, że jej przewodniki są suche, zamknęła je z powrotem w woreczku strunowym i schowała do torby, którą przewiesiła przez ramię.
Na szczęście w siodlarni wisiały na haczykach uzdy, siodła i inne wyposażenie jeździeckie, dokładnie tam, gdzie zostawiła wszystko przed pięcioma tygodniami. Bez trudu znalazła swoje rękawiczki i kask. Ponieważ głowę zaprzątał jej tylko jeden cel - odnaleźć pozostałe konie - przebrała się i osiodłała Jastrząbkę w kilka chwil. Właśnie miała się wspiąć na siodło, gdy dostrzegła w mroku dwa zbliżające się cienie.
- Sylvio, co ty tutaj robisz? - rozległ się głos należący do Masona.
Wszedł do stodoły, prowadząc za uzdę swojego wielkiego czarnego konia, Goliata. Jego długi płaszcz przeciwdeszczowy ociekał wodą.
Mason był wysokim czarnym mężczyzną o surowej aparycji, który nauczył Sylvię wszystkiego, co dziewczyna wiedziała o koniach. Twarz miał pomarszczoną od słońca, włosy przyprószone siwizną, a jego spracowane i naznaczone odciskami dłonie wyglądały tak, jakby zawsze ściskały wodze.
Sylvia przez cały ubiegły dzień ćwiczyła w głowie tę rozmowę, ale gdy przyszło co do czego, nie była w stanie sklecić ani jednego zdania.
- Przez ten deszcz... Myślałam, że burza... To znaczy, że rzeka może... Gdzie się podziały nasze konie?
- Skąd się tu wzięłaś? Nic ci nie jest? - Mason zignorował jej bełkot i obszedł ją dookoła, jakby szukał na jej ciele ran.
- Nie, j-ja... - znów się zająknęła. - Na wzgórzu jest całe stado żurawi kanadyjskich, a rzeki się świe...
- W kółko do mnie wydzwaniają! - wszedł jej w słowo, najwyraźniej zupełnie niezainteresowany opowieścią o niecodziennych fenomenach. - Pracownicy opieki społecznej, Glowermanowie, a nawet policja stanowa. Wszyscy się zastanawiają, co się z tobą dzieje! Jak ty w ogóle... Kto cię tutaj przywiózł?
Sylvia poczuła, że jej żołądek zaciska się w supeł. Dopiero teraz dotarło do niej, ile narobiła kłopotów.
- Sama tu przyjechałam - wymamrotała skruszona.
Mason wybałuszył oczy.
- Chyba sobie żartujesz. Nie zauważyłaś, że mamy huragan?
- Zostawiłam Glowermanom wiadomość, że to nie z ich winy uciekam - próbowała się tłumaczyć, ale mężczyzna nie zamierzał tego słuchać.
Kręcąc głową, wyciągnął telefon i wybrał numer ze szczytu listy kontaktów.
- To ja - odezwał się poufałym, ale poważnym tonem, rozmawiając zapewne z panią Solomon, pracownicą opieki społecznej, którą z powodu Sylvii poznał aż nazbyt dobrze. - Tak, znalazłem ją... Nie, nic jej nie jest. Jasne, daj im znać. Rozumiem. Widzimy się rano. Idę się rozejrzeć nad rzeką.
Chowając komórkę z powrotem do kieszeni, spojrzał na Sylvię surowym, ale zatroskanym wzrokiem.
- Pani Solomon to złoty człowiek, Sylvio. Robi dla ciebie wszystko, co w jej mocy. Wiesz o tym? Ale ty też musisz podejść do tego poważnie.
- Jestem bardzo poważna - stwierdziła stanowczo dziewczyna.
- Potrzebujesz domu.
- Ale ja już mam dom! - odburknęła.
Zmarszczył brwi, bo nie podobała mu się jej opryskliwość.
- Mam na myśli prawdziwy dom, a nie Highground. - Mówiąc to, zdjął z półki reflektor i przypiął go do siodła, po czym założył suchą parę rękawiczek.
- Gdzie się podziały konie? - powtórzyła Sylvia. - Błagam, powiedz, że nic im się nie stało.
- Co tym razem było nie tak z domem, do którego cię wysłali? - udał, że nie usłyszał pytania, i sięgnął do szafki po gruby zwój sznura.
- Za dużo było tam... No, tego...
- Za dużo czego? - dociekał.
- Betonu - przypomniała sobie właściwe słowo.
- Miasto nie jest takie straszne - burknął. - Mogłabyś chociaż spróbować.
- Spróbowałam.
Tak naprawdę przerabiali to już wielokrotnie. Gdy poprzednio uciekła z domu zastępczego, Mason szukał jej z panią Solomon przez całą noc, a o poranku okazało się, że spała w stodole, zwinięta w kłębek w boksie Jastrząbki. Wcześniej zaś natknęli się na nią pośrodku łąki - zasnęła w trawie, gdzie otoczyły ją konie, jakby jej strzegły.
Konie były jej przyjaciółmi, braćmi i siostrami, jedyną rodziną, jaką miała.
- Przepraszam - odezwała się po chwili i powiedziała to szczerze. Zdawała sobie sprawę, że tym razem naprawdę narozrabiała. - Przez ten huragan okropnie martwiłam się o nasze zwierzęta, no i chciałam... - urwała.
- Co chciałaś? - Mason spojrzał w jej stronę.
- Być z tobą - burknęła.
- Przestań pleść bzdury - ofuknął ją, odwracając się w stronę konia, żeby zasłonić twarz, i dociągnął popręg. - Co się stało z telefonem, który ci dałem? Próbowałem się do ciebie dodzwonić.
Sylvia wolałaby nie poruszać tego tematu, ale teraz pozostało jej tylko przełknąć ślinę i wyznać Masonowi prawdę.
- Wyłączyłam go. Trzy dni temu.
- Dlaczego?
- Jakoś tak.
- To nie jest odpowiedź. - Wpatrywał się w nią z góry niczym krogulec w kurę ze zwichniętym skrzydłem.
- Dzieciaki ze szkoły pisały do mnie wiadomości. - Starała się zachować spokój, ale czuła, że zaraz straci panowanie nad sobą.
- Jakie wiadomości? - dopytywał Mason.
- A czy to ważne? - Cofnęła się o krok. Spaliłaby się ze wstydu, gdyby zobaczył te rysunki: ptaki pobazgrane niecenzuralnymi słowami i obscenicznymi kształtami.
- Daj mi ten telefon - zażądał Mason, wyciągając rękę.
O Boże! Naprawdę wpadła w szpony jastrzębia - i wiedziała, że już się z nich nie wyrwie. Zrezygnowana wyjęła komórkę z kieszeni i oddała ją Masonowi.
Kiedy jednak próbował włączyć urządzenie, na podłogę wyciekła z obudowy strużka wody.
Widząc, że telefon prawdopodobnie do niczego się nie nadaje, Sylvia cicho wypuściła powietrze z płuc.
Na twarz mężczyzny wypłynął krzywy, ironiczny uśmieszek, a jego wzrok przeniósł się na dziewczynę.
- Zgaduję, że tym razem tu przypłynęłaś. To coś nowego, nawet jak na ciebie.
- To prawda, psze pana. - Sylvia bardzo starała się nie roześmiać.
- No dobrze, porozmawiamy o tym jutro. - Znów zrobił poważną minę. - Teraz mamy pilniejsze sprawy na głowie.
- Konie nie wróciły na wieczorny posiłek - wypaliła Sylvia.
- Zgadza się. Sprawdziłem wszystkie górne i środkowe pastwiska, ale nie ma po nich śladu. Coś je musiało zagonić nad rzekę.
Wyprowadził Goliata w deszcz, po czym, podciągnąwszy się na siodło, zerknął przez ramię na swoją podopieczną.
- No, na co czekasz? Wskakuj na konia. Przyda mi się twoja pomoc, trzeba będzie ściągnąć tutaj nasze stadko.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki