Sylo - D.J. MacHale

-
Proszę czekać

1

To był świetny dzień na mecz.

Albo na śmierć.

Nie żeby była jakaś zależność. Kiedy słyszysz termin "nagła śmierć1", zwykle nie spodziewasz się prawdziwego zgonu, czy to nagłego, czy nie. Tej nocy jednak nic nie było jak zwykle.

Właśnie tej nocy wszystko się zaczęło. To była noc śmierci. Noc pierwszej śmierci.

Siedziałem na końcu ławki rezerwowych, bardziej zainteresowany cheerleaderkami niż samą grą. Szczerze powiedziawszy, nie miałem wiele do roboty w drużynie. W reprezentacji Arbortown High nie było zbyt wielu pierwszaków, ale w szkole z liczbą uczniów niewiele ponad dwie setki, jeśli masz dwie nogi i dasz się od czasu do czasu sponiewierać chłopakom starszym, silniejszym i szybszym od ciebie - wchodzisz do drużyny. Nie jestem do końca pewien, dlaczego zgodziłem się przyjąć rolę kukły treningowej, ale lubiłem futbol i doszedłem do wniosku, że za jakiś czas to ja będę pomiatać pierwszakami. Chyba po prostu składałem na procent.

Moja główna rola jako biegacza drużyny polegała na bieganiu podczas otwarcia. Moim zadaniem było więc przyjęcie piłki i biegnięcie prosto przed siebie... a to czyniło mnie pierwszym celem całej ściany obrońców, których głównym zadaniem było zatrzymanie piłki razem z niosącym ją zawodnikiem, czyli mną. Paskudna rola, bez dwóch zdań, ale to oznaczało przy okazji, że schodziłem z boiska w najmniej ubłoconym stroju.

Moim drugim zadaniem było zastępowanie naszego starszego biegacza z pozycji tailback2, Marty'ego Wigginsa. Właśnie dlatego większość czasu spędzałem na ławce, przyglądając się cheerleaderkom. Marty był legendą. Uniwerki słynące ze swych zespołów futbolowych węszyły wokół niego już w drugiej klasie naszej szkoły. Taki był dobry.

Ale tego wieczoru był po prostu niesamowity.

Trybuny były pełne. W przypadku Arbortown High oznaczało to pewnie około pięciuset osób. Niezupełnie to samo co rozgrywki The Rose Bowl, ale emocje generowane przez Marty'ego były na podobnym poziomie. Cała widownia szalała, jak tylko dorwał w swe ręce piłkę. Był wtedy nie do zatrzymania. Biegł w kierunku graczy drużyny przeciwnej i rozrzucał ich jak pachołki w kręglach. Kiedy go unieruchamiali, co nie zdarzało się często, potrzebowali trzech graczy, żeby się nie wyrwał. Przypominało to trochę potyczkę zawodowców z dzieciakami z Pop Warner. Biegał po murawie przez prawie cały mecz, a do końca zostało już tylko kilka minut. Nagle podbiegł do ławki i usiadł, żeby nieco uspokoić oddech.

Siedział tak i dyszał, patrząc na boisko.

Pomyślałem sobie, że to już dla niego koniec meczu, więc wystawiłem do niego pięść do żółwika, mówiąc:

- Stary. Rządzisz.

Marty spojrzał na mnie... i poczułem, jak to spojrzenie mnie zamraża.

Jego oczy błyszczały furią i przez chwilę myślałem, że mi przywali. Gość był naładowany... tylko czym? Adrenaliną? Wściekłością? Obłąkaniem? Nie był w nastroju na żółwika. Prędzej na złamanie mi ręki. Siedziałem tam jak głupek z podniesioną do żółwika pięścią. Nie miałem odwagi dodać ani jednego słowa, obawiając się, że przywali mi kaskiem. Zamiast tego gość ścisnął moją rękę tak mocno, że następnego dnia miałem sińce.

- Co się dzieje? - zapytał szeptem między ciężkimi oddechami.

Powiedział to z niepokojącą mieszaniną strachu i niepewności, która wywołała u mnie wrażenie, że zupełnie nie miał pojęcia, co się działo wokół. Ani co się działo z nim samym.

- Eee... A o co pytasz dokładnie? - spytałem niepewnie.

- Wiggins! - warknął trener.

Marty zerwał się na równe nogi i odbiegł na boisko jak wystrzelony z katapulty.

Zostałem znowu na ławce, nie mając pojęcia, co się właściwie stało.

Gra została wznowiona, drużyna ustawiła się w linii. Marty dostał piłkę, przebił się po lewej i przebiegł przez przeciwników jakieś piętnaście jardów. Wszystko było w porządku. Marty grał jak trzeba. Zrzuciłem jego dziwne zachowanie na adrenalinę i podniecenie grą, po czym wróciłem do swojego równie ważnego zajęcia - oceny cheerleaderek.

Arbortown to niewielka mieścina, więc szkolny mecz był najlepszą rozrywką na jesienny, piątkowy wieczór. Tak właściwie to jedyną rozrywką. Rozglądając się po widowni, widziałem sporo znajomych twarzy, w tym mamę i tatę. Tata szeroko się do mnie uśmiechnął i wystawił kciuki. Mama była mniej entuzjastyczna. Nie podobał jej się pomysł mojego grania w futbol. Jej zmarszczone czoło sugerowało, że obawiała się, iż nawet na ławce rezerwowych mogę się nabawić jakiejś kontuzji.

Pomachałem im i odwróciłem wzrok w innym kierunku. W tłumie mignęła mi dziwna twarz. To była postać z dość długimi blond włosami w bluzie z kapturem. Koleś wyglądał jak typowy surfer z kilkudniowym zarostem i kolczykiem w jednym uchu. Wyróżniał się w tłumie fanów, bo jako jedyny nie kibicował. Zamiast tego notował coś zawzięcie w notesie. Uznałem, że może to łowca talentów. To mogło tłumaczyć, dlaczego Marty grał jak opętany. To mógł być dla niego występ gwarantujący stypendium.

- Szykować się! - rzucił trener, przechodząc obok. - Zaraz zdobędziemy kolejny punkt.

Oznaczało to ni mniej, ni więcej to, że wszyscy nieszczęśnicy tacy jak ja musieli się przygotować na nowe otwarcie. Byliśmy na linii dziesiątego jardu i zaraz mieliśmy za nią wejść. Do końca gry zostało dosłownie kilka sekund i nie mogłem zrozumieć, dlaczego trener nie wycofał Marty'ego, bo ten wyraźnie miał już dość. Może wiedział o łowcy talentów na widowni. A może po prostu nie ufał zastępcy Marty'ego - mnie.

Stałem tam z resztą drużyny i dopingowałem napastników do zdobycia punktu. Trochę głupio było wrzeszczeć o kolejny punkt, kiedy gra była skończona tak naprawdę już od połowy meczu. Co zrobić? To futbol.

Drużyna stanęła na linii, rozgrywający dał znak i przekazał piłkę. Marty złapał, nikogo to nie zaskoczyło, i pomknął w prawo. Obrona miała już dość. Nie chcieli mu wchodzić w drogę. Było kilka niezdecydowanych szturchnięć, które nawet go nie spowolniły w biegu do strefy końcowej.

Przyłożenie.

Widownia wybuchła radością, wiwaty nie ustawały, a zespół zaczął grać naszą pieśń zwycięstwa, Jericho. Cheerleaderki skakały dookoła i obejmowały się wzajemnie, jakbyśmy właśnie wygrali co najmniej mistrzostwa świata, podczas gdy tak naprawdę tylko dorzuciliśmy kolejny punkt do od dawna pewnego wyniku.

Marty dobiegł do końca boiska, zwrócił się w stronę trybun, wzniósł ręce w geście zwycięstwa...

...i padł martwy.

Oczywiście wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy. Widziałem tylko, jak Marty przewraca się na plecy. Na początku myślałem, że to jakiś nowy taniec zwycięstwa, przyłożenie na polu drużyny przeciwnej, ale własnego ciała, nie piłki. Nasi gracze skakali na siebie wzajemnie, przybijali sobie piątki i odbijali się klatami. Kiedy wreszcie oprzytomnieli na tyle, żeby zainteresować się głównym sprawcą tego zwycięstwa, pociągnęli go za ręce, żeby pomóc mu wstać... ale Marty nie zareagował.

Radość natychmiast zastąpiła obawa.

- Ej! - krzyczeli nasi kumple do ekipy za linią boczną. - Mamy wypadek!

Tłum ucichł momentalnie. Nagła zmiana z radosnych okrzyków na zupełną ciszę była niemal fizycznie odczuwalnym wstrząsem.

Trener wbiegł na boisko, machając na pozostałych zawodników, żeby się odsunęli. Szybko dołączył do niego medyk. Reszta naszej ofensywy zebrała się wokół i patrzyła z wyczekiwaniem, a lekarz uklęknął, żeby zbadać Marty'ego.

Nikt nie miał cienia wątpliwości, że naszemu gwiazdorowi stało się coś poważnego. Kiedy tak leżał na trawie, dwóch pielęgniarzy przybiegło z noszami.

Obejrzałem się na swoich rodziców. Mina ojca pasowała teraz do miny mamy. Wiedzieli, że stało się coś strasznego. Jak każdy zresztą. Kilka sekund później dało się już słyszeć narastający sygnał odległej syreny.

Nie wracałem wzrokiem do boiska, bo byłem zahipnotyzowany zbiorowym zaciekawieniem i przerażeniem jednocześnie malującymi się na twarzy każdej z osób na widowni. Wszystkie oczy były skierowane na linię końcową i na chłopaka, który leżał tam na plecach w bezruchu.

Tłum zrobił przejście dla ojca Marty'ego, który przedzierał się w kierunku boiska. Biedak miał się zaraz dowiedzieć, że jego syn zaraz po meczu swego życia oddał ostatnie tchnienie.

Wszyscy co do jednego obawiali się, że są właśnie świadkami czegoś strasznego. Czegoś, czego nigdy nie zapomną. Nikt się nie ruszał, kiedy tak czekali na wiadomość, która przecież nie mogła być dobra.

"Prawie nikt", poprawiłem się w myślach. Kiedy tak przyglądałem się trybunom, zauważyłem, że jednej osoby już tam nie ma. Nawet nie czekał na przyjazd karetki.

Koleś o wyglądzie surfera - ten z notesem - zniknął.

To była noc śmierci. Noc pierwszej śmierci.

A był to dopiero początek.

2

Musiałem się przejechać.

"Muszę się wyrwać" - takiego esemesa wysłałem do najlepszego kumpla, Quinna Carra. On zawsze rozumiał, o co chodzi. Quinn i ja mieliśmy taki zwyczaj, odkąd się poznaliśmy na początku szkoły średniej: kiedy któryś z nas nie mógł spać, wykradaliśmy się z domu z rowerami i spotykaliśmy się w dokach na końcu Main Street. Tam wsiadaliśmy na siodełka, włączaliśmy światła i ścigaliśmy się po drodze okrążającej Pemberwick Island, nasz dom. Zwykle jeździliśmy po północy, więc prawie nie było ruchu ulicznego, tym bardziej że kierowaliśmy się boczną trasą wzdłuż plaży jak najdalej od cywilizacji. To było dziesięć mil czystego szaleństwa, jako że ciemność wokół była nieprzenikniona poza bladym blaskiem naszych świateł, a żadne z nas nie przejmowało się zbytnio kwestiami bezpieczeństwa i nie zwalniało nawet na chwilę. Poważniejsza stłuczka mogłaby nas z tego wyleczyć, ale żaden z nas jakoś nie wyleciał z siodełka. Jak dotąd.

To Quinn wyskoczył z tym pomysłem. Mówił, że taka jazda spowoduje uwolnienie endorfin do krwiobiegu i wyśle do mózgu impuls elektryczny pomagający zmniejszyć stres i przywołać poczucie spokoju. Quinn zawsze miał pomysły tego typu. Moim zdaniem za dużo oglądał Discovery Channel i za dużo czytał Wikipedii. Ja wiedziałem tylko tyle, że te przejażdżki były świetnym sposobem na rozładowanie i rozpracowanie problemów... A tej nocy zdecydowanie miałem problem.

Nie mogłem przestać myśleć o Martym. Jak ktoś tak młody i w tak szczytowej formie mógł ot tak... umrzeć? Leżałem w łóżku kilka godzin po meczu, starając się odciągnąć umysł od nieustannego odtwarzania ostatnich chwil jego życia. Bezskutecznie. Sen nie nadchodził.

Narzuciłem sweter, złapałem kask i wyszedłem z mojego pokoju jedynym możliwym o tej porze wyjściem: przez okno. Moi rodzice nie byliby zadowoleni, gdyby się dowiedzieli, że w środku nocy śmigam po ulicach dookoła wyspy. Przeszedłem więc po dachu nad gankiem i po kolumnie ześlizgnąłem się na ziemię. Trzymałem rower w wolno stojącym garażu, żeby rodzice niczego nie usłyszeli. Robiłem to już tyle razy, że doprowadziłem całą akcję do cichej perfekcji. W mniej niż pięć minut od wysłania wiadomości do Quinna już pedałowałem w kierunku miasta.

Było już grubo po północy i całe Arbortown spało. Restauracje zamykały się o dziesiątej, a sklepy o wiele wcześniej. To było małe miasteczko dla turystów plażowiczów. Nie było tu nocnego życia. Pojechałem prosto do przystani, gdzie stał zadokowany prom kursujący na pięciomilowej trasie między wyspą Pemberwick a Portland w Maine. To była wielka krypa przewożąca nie tylko ludzi, ale też samochody osobowe i ciężarowe. W szczycie sezonu letniego człowiek oczom nie wierzył, jak olbrzymia liczba turystów i pojazdów wylewała się z tego potwora. To było prawie jak oglądanie rozładunku trupy cyrkowej. Pojęcia nie mam, jakim cudem przy takim obciążeniu to wszystko nie szło na dno. Quinn z pewnością wiedział. Pewnie wyczytał gdzieś w Wikipedii.

O tej porze na promie i nabrzeżu panowała cisza. Dopiero koło piątej odpalą silnik, żeby zacząć kursy na ląd. Postawiłem rower na początku mola i wyciągnąłem telefon, żeby sprawdzić, czy Quinn mi odpisał, kiedy...

- Co tak długo? - zapytał znajomy głos.

Odwróciłem się i zobaczyłem leżącego na ławce Quinna.

- Nie wierzę! - wykrzyknąłem. - Wysłałem ci wiadomość może z dziesięć minut temu.

Quinn usiadł, przeciągnął się i potarł twarz.

- Siedziałem tu od północy - odparł, ziewając.

- Ale... - zastanowiłem się przez chwilę i dokończyłem - wiedziałeś, że będę się chciał przejechać.

- Czasami moja bystrość mnie zadziwia.

- Słyszałeś, co się stało?

- Poważnie? - Quinn spojrzał na mnie z politowaniem. - Mieszkamy na wyspie, Tucker. Wieści niosą się tu szybciej niż wiatr. Poza tym byłem tam.

- Na meczu? Przecież ty nie znosisz futbolu.

- To prawda, ale nie mogłem przegapić twojego pierwszego meczu w reprezentacji szkoły. Nie żeby faktycznie było dużo ciebie do oglądania. Chociaż na ławce siedziałeś jak prawdziwy zawodowiec.

- Daj spokój. Większość zawodników w drużynie jest ode mnie starsza o trzy lata.

Quinn wybuchnął śmiechem.

- Wiem, wiem. To fajnie, że w ogóle jesteś w drużynie. Szaleństwo, ale fajne.

Quinn i ja nie mogliśmy się od siebie bardziej różnić. Pewnie właśnie dlatego tak dobrze się dogadywaliśmy. Był wysoki i tyczkowaty jak strach na wróble, a na głowie miał mopa kręconych blond włosów, które nieczęsto widywały grzebień. Nosił okulary w ciężkiej oprawce, które siedziały mocno na jego wielkim nosie, co sprawiało, że wyglądał, jakby ciągle chodził w halloweenowym przebraniu okulary z wielkim nosem. Ale do niego to nawet pasowało. Był bardzo bystry i cieszyło go, że wyróżnia się w tłumie. Ja z kolei byłem raczej typem niewidzialnego. Byłem o jakąś głowę niższy od Quinna, a moje brązowe włosy miałem krótko przystrzyżone. Nie uważam się za mózgowca, chociaż średnią w szkole wyciągałem na poziomie mocne pięć z minusem. Jak dla mnie wystarczy. Dla moich rodziców już niekoniecznie. Miałem dość słuchania tekstów w stylu: "Tuckerze Pierce, nie wykorzystujesz w pełni swojego potencjału". Skąd oni mogli wiedzieć, jaki mam potencjał? Skąd ktokolwiek mógł to wiedzieć? To był częsty powód nocnych wypraw.

Quinn wcisnął kask na swoje rozczochrane kudły i nałożył gogle na okulary. Wyglądał idiotycznie i miał to gdzieś.

- Jak myślisz, co się stało z Martym? - spytałem.

- Dowiemy się więcej jutro - odparł ze wzruszeniem ramion.

- A to dlaczego?

- Moi rodzice robią właśnie autopsję.

Cicha noc stała się jeszcze cichsza. Zupełnie wyleciało mi z głowy, że mama i tata Quinna pracowali w miejscowym szpitalu. Przed oczami stanęli mi państwo Carrowie przy pracy...

- No tak, jasne - powiedziałem cicho. - Dzięki za dorzucenie jeszcze tego obrazka.

- Ej, sam spytałeś. Jedźmy już.

Robiłem wszystko, żeby zostawić w tyle ponurą rzeczywistość, kiedy wsiedliśmy na siodełka, włączyliśmy światła i ruszyliśmy przed siebie. Podczas naszych dziesięciomilowych przejażdżek z Quinnem nie rozmawialiśmy za wiele. Celem było fizyczne i psychiczne zmęczenie. Utrzymanie dobrego tempa bez wpakowania się na jakąś hałdę piachu albo w dziurę wymagało pełnej koncentracji, a nawet chwilowa nieuwaga mogła prowadzić do bolesnej wywrotki... zwłaszcza przy prędkościach, z jakimi jeździliśmy. W nocy. Ze światełkami wyławiającymi z mroku jedynie skrawek asfaltu tuż przed naszym kołem. Kręta droga miała wiele spadków i zakrętów, co oznaczało, że musieliśmy być w pełni skoncentrowani na całej długości trasy albo wycieczka skończy się złamaniem otwartym.

Trasa wiodła wokół wyspy Pemberwick. Jechaliśmy w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara, co oznaczało, że ocean mieliśmy po prawej. Czteropasmówka nigdy nie zbliżała się do plaży na mniej niż sto jardów. Czasami od wody oddzielał nas las, innym razem mijaliśmy połacie piaszczystych urwisk porośniętych trawą morską, które dawały nam dobry widok na morze. Od czasu do czasu mijaliśmy jakiś ciemny dom, ale przez większość trasy jechaliśmy przez tereny niezabudowane, które nie zmieniały się od... Cóż, właściwie nigdy się nie zmieniały.

Księżyc w nowiu zwykle oznaczał wyprawę w całkowitych ciemnościach, ale tym razem niebo było tak czyste, że widać było prawie wszystkie gwiazdy. Śródmieście Portland mieściło się dobre pięć mil za wodą, więc nie było żadnych świateł, które mogłyby konkurować z nawet najmniejszymi gwiazdami na niebie. Wydawało mi się, że jest tak jasno, iż nawet przez chwilę rozważałem zgaszenie światła, doszedłem jednak do wniosku, że nadal potrzebuję go do zauważania nierówności drogi, więc skierowałem je na asfalt bezpośrednio przed kołem.

Niebawem cały byłem spocony, a oddech miałem szybki i ciężki. Dokładnie tego było mi trzeba. Czułem, jak napięcie znika. Nie wiem, czy to kwestia endorfin, czy potrzeby skupienia myśli na czymś tak prostym jak wysiłek i dziury w asfalcie, ale jazda działała. Quinn był geniuszem. Nie tylko dlatego, że wiedział, iż to zadziała, ale też dlatego, że wiedział, kiedy mi to potrzebne.

- Co to?! - zawołał do mnie.

- Co masz na myśli?

- Posłuchaj.

Słyszałem tylko chrzęst opon na asfalcie i chrobot łańcuchów.

- Nic nie słyszę - odpowiedziałem.

- Nie słyszysz? - zapytał zdziwiony. - Jakby muzyka.

Wsłuchałem się jeszcze raz... i usłyszałem. To był pojedynczy dźwięk, który niósł się z bryzą od wody. Ledwie słyszalny, ale jednak był. Nie brzmiał naturalnie jak wiatr wyjący między drzewami czy krzyk wieloryba. Był zbyt konkretny. Wysokość dźwięku zmieniała się, utrzymywała przez jakiś czas, po czym zmieniała ponownie. To nie była melodia, ale raczej seria nut jakby odgrywanych na niewidzialnym pianinie elektrycznym. Dźwięk pojawiał się i znikał, czasami głośny i wyraźny, innymi razy na granicy słyszalności.

- Co to? - spytałem. - Tu nie ma żadnych domów.

Zwolniliśmy i usiedliśmy na siodełkach.

- To nie brzmi jak dźwięki z jakiegoś domu - powiedział Quinn swoim analitycznym głosem. - Musi być w ruchu, bo go nie minęliśmy.

- Patrz! - krzyknąłem, wskazując na ocean.

Nad taflą wody coś było. Widziałem, jak poruszało się nad powierzchnią za urwiskiem. Było jak cień. Duży. Wjechaliśmy na podwyższenie i jechaliśmy wzdłuż przybrzeżnych wydm, które unosiły się i opadały. Na niskich odcinkach terenu widzieliśmy ten dziwny obiekt poruszający się na powierzchni wody. Kiedy teren się podnosił, traciliśmy go z oczu.

- Przyspiesz - nakazał Quinn i obydwaj mocniej nacisnęliśmy na pedały, żeby dogonić dziwny cień.

- Myślisz, że to wieloryb? - zapytałem, z trudem łapiąc oddech.

- To nie jest w wodzie, tylko na niej. Jak łódź.

- Łódź bez świateł pokładowych?

Obiekt był całkowicie czarny, wielkości małego samolotu. Jedynym powodem, dla którego nie chciałem uznać tego za zwykły cień, były te dziwne, jednonutowe dźwięki. Cienie takich nie wydają. Kiedy obiekt wyłaniał się zza urwiska, słyszeliśmy dziwny ton. Kiedy obiekt znikał za piachem, muzyka również przestawała do nas docierać. Niebezpieczne było ciągłe utrzymywanie prędkości, gdy się patrzyło jednym okiem na krawędź wydmy, a drugim na drogę.

- Ktoś jest na wydmie - rzucił Quinn.

W świetle gwiazd można było stwierdzić, że rzeczywiście ktoś jeszcze próbował dotrzymać tempa dziwnemu cieniowi. Był to jeździec na koniu jadący szczytem nasypu. Nie dało się z tej odległości stwierdzić, kto to był, bo dzieliło nas jakieś sto jardów. Kimkolwiek jednak był dżokej, musiał się znać na rzeczy, bo gnał przez naprawdę trudny teren.

Znów między wydmami pojawił się tajemniczy cień.

- To mógłby być jakiś nisko lecący samolot - zasugerował Quinn.

- Brak oświetlenia, odpada - odparłem. - Poza tym nie słychać też silników.

Jeździec na koniu minął pick-upa zaparkowanego na nasypie. Pick-upy nie były na Pemberwick rzadkością, ale nie na szczycie wydmy z dala od miasta... Na dodatku w środku nocy.

- Zatrzymało się - oznajmił Quinn.

Spojrzałem nieco do przodu na przerwę w wydmach i nie zauważyłem cienia. Jeździec musiał spostrzec to samo, bo zatrzymał konia, zawrócił i pognał w drugą stronę. Quinn i ja jednocześnie nacisnęliśmy hamulce. Choć nie widzieliśmy cienia, nadal go słyszeliśmy. Dźwięk stawał się coraz głośniejszy.

- Zwariuję od tego - powiedziałem. - Gdzie to wsiąkło?

Quinn nie musiał odpowiadać, bo cień pojawił się po chwili nad krawędzią trawiastego urwiska.

- To nie jest łódka - oświadczył oniemiały Quinn.

Cień ociężale podnosił się ku niebu, podczas gdy nuty zmieniały częstotliwość coraz szybciej, jakby ruch pionowy wymagał więcej energii. Spojrzałem na niebo w poszukiwaniu jakiegoś źródła światła, które mogłoby rzucać wielki, ruchomy cień. Poza gwiazdami niczego tam nie było.

Obiekt zdawał się pochłaniać światło, wyglądał bardziej na wyrwę w niebie niż na jakiś materialny przedmiot. Miał owalny kształt jak latająca płaszczka. Nie było sposobu na określenie wielkości czy odległości obiektu od brzegu, bo nie było niczego, co pomogłoby złapać perspektywę.

Staliśmy tam oparci na rowerach, patrząc na wznoszący się kształt, oniemiali.

Quinn określił nasze zdziwienie bardzo trafnie, pytając:

- Co to jest, do cholery?

Jasny promień światła pojawił się zupełnie niespodziewanie. Nie wiedzieliśmy, skąd padł oślepiający błysk ani czym był dokładnie. Był tym bardziej oślepiający, że wcześniej wypatrywaliśmy ciemnej plamy na nocnym niebie. Quinn i ja natychmiast unieśliśmy ręce, żeby zasłonić oczy, co okazało się dobrym odruchem, bo oślepiający błysk był zaledwie zapowiedzią.

Bum!

Cień eksplodował jak fajerwerki na obchodach Czwartego Lipca. Iskrzące cząstki wyleciały z samego środka czarnej dziury i rozpaliły niebo po horyzont, w jednej chwili zamieniając noc w dzień.

Koń na wydmie stanął dęba zaskoczony, jego sylwetka wypaliła mi się jako powidok. Nie wiedziałem, czy jeździec utrzymał się w siodle. Chwilę później sami zostaliśmy uderzeni falą ciepła i dźwięku, która zabrała nam grunt spod nóg. Poleciałem do tyłu z nogami zaplątanymi w ramę roweru i upadłem na tyłek. Udało mi się jednak nie zamknąć oczu. Gdybym miał kilka sekund na zastanowienie, pobiegłbym za jakąś osłonę, ale wszystko wydarzyło się zbyt szybko.

Jak wybuchający fajerwerk tysiące płonących cząsteczek wypełniło niebo. Wisiały tak przez chwilę, po czym opadły do oceanu. Kilka sekund później cała ta ognista burza dotknęła wody i zgasła, zabierając ze sobą całe światło. Nie minęło więcej niż piętnaście sekund. Znowu było ciemno. Cień zniknął. Dźwięki zniknęły. Nie widziałem nawet, czy jeździec i jego wierzchowiec nadal byli na wydmie. Jedynym śladem po tym, czego byliśmy świadkami, było dzwonienie w uszach.

Spojrzałem na Quinna. Wyglądał na tak wstrząśniętego, jak ja się czułem. Spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami przez te swoje okulary i gogle... po czym się uśmiechnął.

- To by było tyle - oznajmił, wzruszając ramionami.

W innych okolicznościach pewnie bym się uśmiał.

- To była najdłuższa noc mojego życia - zauważyłem przerażony.

- Jasne - odparł. - A to jeszcze nie koniec.

3

Niesamowite, ile zamieszania można wywołać naciśnięciem trzech przycisków na komórce: 9-1-1.

Spokojna cisza pustego wybrzeża znów została zakłócona przez oślepiające, białe światło i dźwięk tak głośny, że czułem, jak wibrują od niego zęby. Tym razem jednak wszystko dało się wytłumaczyć.

Śmigłowiec Straży Przybrzeżnej wisiał nisko nad wodą i przeczesywał ją reflektorem w poszukiwaniu... No właśnie: w poszukiwaniu czego? Sami nie wiedzieliśmy. Od strony Portland pędziła pełnym ciągiem łódź ratunkowa Straży Przybrzeżnej. Widziałem jej zbliżające się światła z odległości kilku mil. Na lądzie stały zaparkowane dwa jeepy z biura szeryfa migające błękitnymi światłami alarmowymi. Zwieńczeniem całego przedstawienia były następne dwa samochody, SUV-y należące do rodziców Quinna i moich.

Zaraz po eksplozji razem z Quinnem zastanawialiśmy się, co powinniśmy zrobić. Wezwanie służb porządkowych oznaczało wezwanie naszych rodziców i prawdopodobny koniec naszych nocnych wycieczek. Choć nie uśmiechało nam się stawać w obliczu ich gniewu, to jednak podjęcie decyzji nie zajęło nam długo. To było zbyt poważne, żeby to przemilczeć.

Dwadzieścia minut później nadjechały dwa jeepy z wyjącymi syrenami i migającymi błękitem światłami. Byłem pod wrażeniem, bo brałem pod uwagę to, że szeryf i jego zastępca musieli spać, kiedy otrzymali telefon. Na Pemberwick nie ma zbyt wiele działalności przestępczej. Ci goście musieli sobie radzić głównie z podpitymi turystami, którym do głowy wpadały jakieś głupie pomysły, i z dzieciakami, które ścigały się samochodami rodziców po wyspie.

Krótko po przyjeździe szeryfa pojawił się śmigłowiec Straży Przybrzeżnej, co oznaczało, że szeryf nie chciał załatwiać sprawy sam. Mądra decyzja. Miałem okazję spotkać szeryfa Laskę kilka razy i wydawał się w porządku, ale raczej nie robił wrażenia wykwalifikowanego pogromcy zbrodni. Miał nadwagę... No dobrze, był zwyczajnie gruby... Ale to nie miało wielkiego znaczenia, bo przecież i tak nie musiał gonić uciekających złodziei. Jedyne, co gonił, to uciekający groszek na talerzu.

Zastępca szeryfa Donald nie robił wcale lepszego wrażenia. Wyglądał, jakby tydzień temu zdał maturę. Był nieduży i chodził w ciasnym mundurze, co pewnie miało sprawiać wrażenie, że jest taki nabity. Wyglądał przez to, jakby nosił kostium z balu przebierańców, z którego już zdążył wyrosnąć. Nie jestem nawet pewien, czy Donald to jego imię, czy nazwisko. W każdym razie obydwaj byli dobrymi ludźmi, ale raczej nie urodzonymi detektywami. Dlatego ucieszyło mnie, że wezwali do pomocy Straż Przybrzeżną.

Kiedy tylko Laska i Donald dotarli do nas, natychmiast rozdzielili mnie i Quinna. Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, by się domyślić, że chcieli poznać nasze wersje wydarzeń i sprawdzić, czy się pokrywają. Laska zaczął przepytywać mnie, a Donald wziął na bok Quinna. Powiedziałem szeryfowi wszystko, przekazując tyle detali, ile tylko udało mi się zapamiętać. Padło tylko jedno trudne pytanie: spytał mnie, co robiliśmy o tej porze na rowerach. Na szczęście miałem na to dobrą odpowiedź: nie mogłem zasnąć, bo ciągle myślałem o tym, co się stało z Martym, więc wybraliśmy się na rowery, żeby się wyładować. To było tym lepsze, że było prawdą. Poza tym to, co się stało nad wodą, było dużo bardziej niepokojące niż pytanie, po co dwójka dzieciaków wybrała się na rowery w środku nocy.

Po zadaniu mi tych samych pytań po pięć razy Laska kazał mi na siebie czekać na tylnym siedzeniu jeepa i poszedł porozmawiać z zastępcą Donaldem. Quinn był z tyłu drugiego jeepa poza zasięgiem słuchu. Złapałem jego spojrzenie i zobaczyłem, że się uśmiecha. Palant. On się dobrze bawił.

Nasi rodzice przyjechali niewiele później, ale nie pozwolono im oddalać się od samochodów. Kiedy załadowali już nasze rowery, cała czwórka stała tam i rozmawiała. Wyglądali na... Zdenerwowanych? Wściekłych? Zatroskanych? Pewnie wszystko po trochu. W środku nocy dostali telefon z informacją, że ich pociechy były świadkami niewytłumaczalnego wybuchu po drugiej stronie wyspy. To musiało być zaskakujące. Ale czy ciekawiła ich sama eksplozja? Czy raczej to, że razem z Quinnem byliśmy na drugim końcu wyspy, a powinniśmy być w domu, w łóżku? Szanse były równe...

Nie spodziewałem się żebyśmy dostali jakąś poważną burę od rodziców. Obydwaj z Quinnem byliśmy przeważnie przykładnymi obywatelami. Więcej niż przeważnie, zawsze tacy byliśmy. Nasi rodzice nie powinni mieć nam za złe, że wybraliśmy się na nocną przejażdżkę; powinni cieszyć się, iż na co dzień jesteśmy raczej nudnymi dzieciakami.

Żyjąc na wyspie takiej jak Pemberwick, trudno jest znaleźć prawdziwych przyjaciół. Nie ma za dużego wyboru i miałem wielkie szczęście, że spotkałem Quinna. Wyspa znajduje się pięć mil od wybrzeży Maine. Jedyny sposób, żeby pokonać tę odległość w którąkolwiek stronę, to łódź lub mały samolot. Cała wyspa ma jakieś osiemdziesiąt pięć mil kwadratowych i po jednym mieście na obu końcach. Arbortown, w którym mieszkam, znajduje się na zachodnim wybrzeżu zwróconym w stronę lądu, a Memagog leżące po wschodniej stronie jest bramą na otwarte wody. Reszta wyspy to trawa, pola uprawne i plaże. Na północy jest oddzielna wyspa, Chinicook, na którą można się dostać tylko półmilowym mostem. Wydaje mi się, że w trakcie drugiej wojny światowej używali jej jako posterunku obserwacyjnego wypatrującego łodzi podwodnych, ale obecnie nie ma tam nic poza skarłowaciałymi krzewami i mewami. Południowa strona wyspy to głównie strome klify czerwonej gliny wiszącej nad morzem. To bardzo pocztówkowy widok, który przyciąga tu zasadniczo dwa rodzaje ludzi: tych, co żyją tu na stałe przez cały rok, oraz tych, którzy wpadają tu na lato. Quinn i ja jesteśmy w tej całorocznej grupie, choć żaden z nas nie urodził się na wyspie.

Rodzina Quinna przeniosła się z Filadelfii, kiedy jego rodzice postanowili zamienić pełne stresu i napięcia życie i pracę w miejskim szpitalu na bardziej wyluzowany tryb na wyspie.

Moja rodzina przeniosła się tu bardziej z potrzeby. Tata jako architekt przestrzeni przez lata zajmował się planowaniem zagospodarowania miasta w moim rodzinnym Greenwich, w Connecticut. Kiedy zaczął się kryzys, spadło zapotrzebowanie na jego usługi i zdecydował się przeprowadzić z nami na Pemberwick, żeby spróbować czegoś nowego. Skończyło się rozpoczęciem własnej działalności ogrodniczej. Może to nie najwspanialsza praca na planecie, ale zdecydowanie było na nią zapotrzebowanie, biorąc pod uwagę to, ilu ludzi tutaj chciało, żeby ich domki letniskowe wyglądały jak z folderu. I tak oto mój tata przeszedł z planowania kierunku rozwoju miasta do planowania rozwoju petunii.

Chociaż, mówiąc szczerze, przynosił do domu więcej trawy niż pieniędzy, to jednak chyba lubił mieszkanie w tej okolicy. Mama zresztą też. Była księgową pracującą jako freelancer dla wielu małych firm na wyspie. Często wspominała, jak dużo radości daje jej spotykanie się z nowymi ludźmi i pomaganie im w ich pracy. Z mojego punktu widzenia żadne z nich nie tęskniło za naszym poprzednim życiem, więc chyba wszystko było spoko... Tyle że nie ma nic spoko w tym, że ktoś taki jak mój tata tyle się napracował, żeby skończyć szkołę, zdobyć tytuł naukowy, przez długie lata robić karierę i zostać wyrzuconym na bruk z powodu jakichś cięć w budżecie. To nie było w porządku. Rodzice ciągle mi powtarzają, że muszę się uczyć, bo to dobry start do kariery i dobrego życia. Mój tata robił dokładnie to samo i wywalili go jak wyczerpaną baterię. Skoro jemu się to przytrafiło - facetowi, który robi wszystko tak jak trzeba - to mogło spotkać każdego.

Czasem się zastanawiam, jaki jest cel tego wszystkiego. Po co tyle się starać, żeby wejść na szczyt drabiny, skoro w każdej chwili ktoś może wyjąć z niej wszystkie szczeble? Albo się padnie martwym podczas gry w futbol... Może dlatego jakoś nie bardzo przykładam się w szkole. Wychodzę z założenia, że jak się pojawi problem, to sobie z nim poradzę, a tymczasem nie ma się co martwić na zapas. Dzięki temu nigdy nie będę miał poczucia, że zmarnowałem czas.

Quinn się z tym nie zgadza. Jemu ciągle zależy na zbieraniu punktów za kursy dodatkowe i budowanie swojego życiorysu, żeby dostać się do najlepszej szkoły i w przyszłości robić coś ważnego... cokolwiek by to miało być. To chyba właściwie jedyna rzecz, w której nie możemy się dogadać. Ale to nie szkodzi. Cokolwiek się stanie, będziemy się wspierać do końca.

Kiedy tak siedziałem w wozie szeryfa i przyglądałem się śmigłowcowi nad oceanem, nadjechał kolejny samochód. Jego światła waliły mi po oczach, więc nawet nie wiem dokładnie, co to było, ale wyglądało mi na pick-upa. Zatrzymał się jakieś trzydzieści jardów ode mnie. Gdy szeryf Laska podszedł się przywitać, kierowca wysiadł. Był starszym facetem w koszuli w kratę i dżinsach. Ponieważ był oświetlony od tyłu przez reflektory własnego wozu, nie rozpoznałem go, ale wyglądał na dobrze zbudowanego i wysokiego... Jak większość wyspiarzy. Porozmawiał z Laską, a kiedy dołączył do nich zastępca Donald, uścisnęli sobie ręce. Laska ich sobie przedstawił i zaczął iść w moją stronę. Po drodze machnął na Quinna i naszych rodziców, żeby też podeszli. Zebraliśmy się przy jeepie.

- Kto to był? - zapytałem, wskazując na faceta w kraciastej koszuli.

- Następny świadek - odparł Laska. - To był chyba gość, którego widzieliście na koniu, jak jeździł po skarpie. Zastępca Donald spisze jego zeznania.

- Czyli nic mu się nie stało? - spytałem. - Myśleliśmy, że eksplozja mogła go zranić.

- Wygląda na to, że nic mu nie jest - powiedział Laska. - No i jego historia zgadza się z waszą.

- No pewnie, że się zgadza! - wybuchnął Quinn. - Po co mielibyśmy cokolwiek zmyślać?

- Quinlan! - Spiorunowała go wzrokiem jego mama.

- No daj spokój, mamo - zaprotestował Quinn. - Maglowali nas, jakbyśmy chcieli wyciąć jakiś numer. Tak się traktuje ludzi, którzy wypełniają swój obywatelski obowiązek?

- Dość - przerwał tata Quinna.

- Wszystko jest w porządku, doktorze Carr - uspokajał Laska. - Rzeczywiście ich mocno przemaglowaliśmy.

- Widzisz? - Quinn się uniósł. - Po czyjej jesteś stronie, tato?

Doktor Carr przewrócił oczami. Przywykł już do tego, jak konfliktowy potrafił być Quinn.

Quinn szybko do mnie mrugnął. Dobrze wiedziałem, co robi. Spychał pozostałych do defensywy, żebyśmy nie musieli się bronić. Mowy nie było, by rozmowa zeszła na kwestię nieleżenia w łóżkach i wymykania się na nocne przejażdżki.

- Słuchaj - powiedział Laska spokojnie. - Sam musisz przyznać, że to niesamowita historia. Chyba nie spodziewasz się, że tak po prostu w to uwierzymy. Musimy zrobić swoje.

- Oczywiście rozumiem - przyznał Quinn. - Proszę kontynuować.

Musiałem się powstrzymywać od śmiechu. Może i Laska stanowił prawo w okolicy, ale to Quinn panował nad sytuacją.

- Straż Przybrzeżna prowadzi śledztwo - oznajmił Laska. - To ich jurysdykcja. Do tej pory nie zgłoszono brakujących łodzi ani samolotów.

- Nie wydaje mi się, żeby to była łódź albo samolot - rzucił Quinn.

- A co ci się wydaje? - indagował doktor Carr.

- To UFO - oświadczył Quinn.

Wywołał tylko zaskoczone westchnienia naszych rodziców i moje. Quinn nie wspominał o tym wcześniej.

- No co? - spytał Quinn obronnym głosem. - Nie mówię, że to przyleciało z Marsa. Ale latało i nie byliśmy w stanie stwierdzić, co to było. Nie wyglądało podobnie do żadnego samolotu, jaki w życiu widziałem. To chyba pasuje do definicji niezidentyfikowanego obiektu latającego, prawda?

Ciężko było spierać się z logiką Quinna.

- Cokolwiek to było - zaczął Laska - wierzymy waszym zeznaniom, że coś widzieliście. Podobnie jak Straż Przybrzeżna. Zamierzają zbadać sprawę i dowiedzieć się dokładnie, co to było. Jedźcie wszyscy do domów, damy wam znać, jak będziemy coś wiedzieć.

- A co z samochodem? - spytałem.

- Jakim samochodem? - odpowiedział pytaniem Laska.

- Na skarpie niedaleko stał zaparkowany pick-up. Mówiłem panu o nim.

- Właśnie - dołączył się Quinn. - Też mówiłem o nim Donkowi.

- Zastępcy Donaldowi - poprawił go Laska.

- Nieważne.

- Nie ma tam żadnego samochodu - oświadczył Laska. - Sprawdziliśmy to miejsce jako pierwsze.

Wymieniliśmy spojrzenia z Quinnem. Ze wszystkiego, co widzieliśmy tej nocy, samotny pick-up wydawał się chyba najmniej dziwny... aż do teraz. Czy coś się z nim stało, kiedy cień wybuchł? A może był jeszcze jeden świadek, który odjechał zaraz po fajerwerkach?

- Sprawdzimy to - dodał Laska. - Jedźcie do domów i dajcie nam pracować.

Mama Quinna objęła syna ramieniem. Wyglądała na zmęczoną. Jej mąż też. Prawie zapomniałem, że pracowali do późna. Przez głowę przemknęło mi pytanie, czy telefon od Laski dostali w trakcie autopsji Marty'ego. Szybko spróbowałem się pozbyć tego obrazu.

- Pracujemy jutro? - zapytał Quinn.

Spojrzałem na tatę, a ten zawyrokował:

- To zależy tylko od was, chłopaki.

Razem z Quinnem pomagaliśmy mu w soboty w jego pracy w ogrodach.

Wzruszyłem ramionami.

- To lepsze niż siedzenie bezczynnie.

Pożegnaliśmy się szybko i wsiedliśmy do swoich SUV-ów. Siedziałem z tyłu zupełnie rozbudzony i zastanawiałem się, czy będę mógł usnąć. Kiedykolwiek.

- Wszystko gra, Tucker? - spytała mama.

Wzruszyłem tylko ramionami.

- Szalona noc - rzucił tata.

- To niedopowiedzenie - odparłem.

- Wymknąłeś się w środku nocy na rower? - zapytała mama.

No i doszliśmy i do tego...

- Nie mogłem usnąć - odrzekłem krótko.

Nastała długa cisza. To pytanie otwierało dwa możliwe kierunki rozmowy, a ja nie bardzo chciałem kontynuować którykolwiek z nich.

- Czyli to było jak jakiś ruchomy cień? - Tata zaczął nowy wątek. - Potem to światło i wybuch? Jesteś pewien, że to był wybuch?

- Nie jestem pewien - przyznałem. - Nie miałem wielu okazji do doświadczania eksplozji w moim życiu poza tymi w filmach. Było oślepiające światło i głośny huk, a podmuch rzucił nas na ziemię. Jak dla mnie wygląda na wybuch.

Rodzice wymienili zmartwione spojrzenia.

- Może to jakieś ćwiczenia wojskowe - zastanawiał się tata. - Robią takie rzeczy bez żadnego ostrzeżenia.

- Może to jakiś nowy rodzaj broni - podjąłem. - Jakiś dron.

- Możliwe - powiedział tata z namysłem. - Jeśli tak jest, to z pewnością nie przeczytamy o tym w gazetach. Stawiam piątaka, że nigdy nie dowiemy się prawdy.

Mama nie zamierzała łatwo odpuścić. Nie w kwestii eksplozji i cienia, niestety, ale w kwestii mojego wypadu.

- Nie powinieneś wychodzić na rower o tak późnej porze - stwierdziła. - A gdyby coś ci się stało?

- Nie jestem już dzieckiem, mamo - obruszyłem się.

- Nieważne, ile masz lat, Tuckerze Piersie - odpowiedziała natychmiast. - Jazda na rowerze po ulicach w nocy jest niebezpieczna.

- Rozumiem. Nie jestem idiotą. Chodzi mi tylko o to, że mogłabyś czasem dla odmiany martwić się o coś innego niż to, iż coś mi się stanie.

Uśmiechnęła się do mnie przez ramię.

- Takie jest moje zadanie.

- I świetnie ci idzie, pozwolę sobie zauważyć.

Mama się uśmiechnęła. Tata też.

Doprawdy, takie właśnie było jej zadanie jako rodzica. Po tym, czego byłem świadkiem tej nocy, bardzo na to liczyłem. Chciałem, żeby rodzice zajęli się tymi wszystkimi rzeczami i sprawili, że problemy znikną. Nie chciałem rozwiązywać tego zagadkowego zjawiska, brać udziału w przesłuchaniach policyjnych i rozmawiać z tajemniczymi świadkami, a przede wszystkim nie chciałem mieć nic wspólnego ze śmiercią. Chciałem tylko jeździć po naszej małej wysepce, pograć trochę w futbol i pomagać tacie w kopaniu ogródków.

Pemberwick to niezwykłe miejsce - z rodzaju tych, które ludzie odwiedzają z wyboru, nawet jeśli mogliby pojechać gdziekolwiek indziej. Przyjeżdżają tu cieszyć się ciepłymi dniami i łagodną atmosferą, pływać w oceanie, jeść homary i patrzeć na trawy morskie kołyszące się na wietrze z zachodzącym w falach słońcem w tle. Dla większości ludzi to ucieczka od codzienności. Dla mnie to miejsce jest po prostu domem. Nie chciałem mieć nic wspólnego z niepokojącymi wydarzeniami, które mogłyby w jakikolwiek sposób wyrwać mnie z tego raju na ziemi.

Czy naprawdę chciałem zbyt wiele?