1
Sylas siedział przy stole do pisania. Nie mógł pogodzić się z tym, co się stało. Przepełniony żalem, miał poczucie klęski. Zdawało mu się, że jego marzenia zostały obrócone wniwecz. Zacisnął pięści, usiłując powstrzymać w ten sposób drżenie dłoni. Nawet nie próbował zamieszać atramentu i pisać; wiedział, że zmarnowałby tylko fragment papirusu. Wziął głęboki oddech; nie był jednak w stanie się uspokoić.
- Boże, dlaczego zawsze do tego dochodzi?! - jęknął, opierając się na łokciach i chowając twarz w dłoniach. Przed jego oczami rozgrywały się wciąż na nowo makabryczne sceny.
Wrzeszcząca żona Piotra. Cierpiący Piotr, który wołał do niej z miejsca, gdzie został przywiązany: "Pamiętaj o Panu! Pamiętaj o Panu!". I rzymska tłuszcza, kpiąca z potężnego galilejskiego rybaka. Sylas aż jęknął.
Panie! - myślał. Nawet gdybym był niewidomy, usłyszałbym na tej arenie gniew szatana, który uwziął się na ludzi. Ta żądza krwi, ta dzika radość z jej rozlewu! Szatan morduje ludzi, a oni mu w tym pomagają!
Teraz Sylasem wstrząsnęło wspomnienie ukrzyżowania Chrystusa. Podówczas Sylas powątpiewał, czy Jezus był Mesjaszem; jednak niezależnie od tego odrzucało go okrucieństwo ludzi, którzy tak cieszyli się ze śmierci przedstawiciela własnego narodu. Jak mogli tak bardzo nienawidzić jednego spośród siebie, stać pod krzyżem, na którym wisiał, i kpić z niego. Parskali pogardliwym śmiechem, wołając: "Innych wybawiał, siebie nie może wybawić!".
Sylas starał się spojrzeć na to wszystko z perspektywy innego, przyszłego świata. Tak jak Szczepan, kiedy członkowie Wysokiej Rady ukamienowali go za bramą Jerozolimy.
Jednak Sylas widział tylko ludzkie przywary i triumf zła.
Jestem zmęczony, Panie! - westchnął w duchu. Mam dość tego życia; budzi we mnie obrzydzenie. Wszyscy Twoi apostołowie, oprócz Jana, ponieśli męczeńską śmierć. Czy pozostał jeszcze ktokolwiek inny, kto widział Twoje oblicze?
Zabierz mnie, Panie, do Siebie, błagam Cię... Nie zostawiaj mnie tutaj, pośród tych okropnych ludzi. Chcę powrócić do Ciebie.
A potem przycisnął drżące dłonie do uszu i, czując pieczenie w oczach, szepnął na głos: - Przebacz mi, Panie, przebacz! Boję się. Przyznaję - jestem przerażony... Nie boję się śmierci, ale umierania...! - Nawet w tej chwili budziły się w jego pamięci wrzaski z Watykanu, wzgórza, na którym stał cyrk Nerona.
Kiedy żona Piotra leżała już martwa, apostoł opuścił spojrzenie, wybuchając płaczem.
Tymczasem tłum zobaczył, że przynoszą krzyż.
"Tak! - wołali podekscytowani ludzie. - Ukrzyżować go! Na krzyż z nim!".
"Nie jestem godzien umrzeć tak samo, jak mój Pan! - zawołał donośnym głosem Piotr. - Nie jestem godzien!".
"Tchórz! - szydzili Rzymianie. - Błaga o życie!".
Podziwiali odwagę, ale nie umieli dostrzec jej w człowieku, którego przed sobą widzieli. Obrzucali go wyzwiskami i domagali się dalszych tortur:
"Wbić go na pal!".
"Spalić go żywcem!".
"Nakarmić nim lwy!".
Krzepki rybak porzucił brzegi Jeziora Galilejskiego, aby zarzucać sieć Bożej miłości na ludzi, aby ocalić ludzkie masy przed śmiercią w odmętach grzechu. Lecz ludzie płynęli z szatańskim prądem. Piotr nie prosił o lżejszą śmierć, tylko o inną niż ta, jaką umarł jego ukochany Pan.
Apostoł nigdy nie zapomniał o tym, jak zawiódł Jezusa; mówił o tym często Sylasowi: "Pan powiedział, że trzykrotnie się Go wyprę, zanim zapieje kur - i dokładnie tak się stało".
Kiedy Rzymianie przybili Piotra do krzyża, Sylas zwiesił głowę. Nie był w stanie na to patrzeć.
Czy zdradziłem go tak samo jak on - Ciebie, Panie? - myślał. Czy zawiodłem go, kiedy był w potrzebie? Podniósł wzrok i zobaczył, jak setnik nachyla się nad Piotrem i nasłuchuje; potem wyprostował się, postał chwilę i wydał rozkaz dwóm żołnierzom, którzy dźwignęli krzyż, mocując do niego liny. Ciało Piotra wiło się z bólu, nie wydał jednak z siebie nawet jednego dźwięku. Wówczas oddział żołnierzy zaczął obracać krzyż do góry nogami. Tłum na trybunach umilkł. Zaś Piotr zawołał donośnym głosem: "Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią!".
Powtórzył słowa Pana. Do oczu Sylasa napłynęły łzy.
Musiał zebrać w sobie wszystkie siły, żeby wytrwać na miejscu. Stał po arkadą górnego poziomu cyrku, nie mogąc oderwać oczu od cierpiącego Piotra.
"Módl się, Sylasie, kiedy stanę w obliczu śmierci - poprosił go wcześniej Piotr, parę tygodni przed tym, kiedy go pojmano. - Módl się, abym pozostał wierny aż do końca".
Sylas modlił się żarliwie, przerażony i zbolały z powodu tego, co się działo: "Panie, jeśli kiedyś spotka to i mnie, pozwól, abym wytrwał i wierzył aż do końca, tak jak Piotr. Niech nie wyprę się tego, co wiem! Jesteś drogą, prawdą i życiem. Daj, o Panie, swojemu ukochanemu słudze Piotrowi siłę, by trwał z całych sił w wierze. Pozwól mu, żeby Cię zobaczył, jak Szczepan! Napełnij go radością z powodu rychłego przybycia do Ciebie. Przemów do niego w tej chwili, Panie! Proszę Cię, powiedz mu słowa, na które wszyscy z takim utęsknieniem czekamy: "Dobrze się spisałeś, sługo dobry i wierny". Albowiem Twój sługa Piotr był Ci wierny. Błagam Cię, Boże, niech to będzie ostatnia egzekucja, jakiej jestem świadkiem!".
Ostatniej nocy Sylas obudził się nagle, w przekonaniu, że słyszy głos Pawła, dyktującego kolejny list. Zerwał się i usiadł na posłaniu, pełen ulgi i radości. "Pawle!" - krzyknął. Sen był tak wyrazisty, że dopiero po chwili Sylas zrozumiał, że to nieprawda. Poczuł się okropnie, jak gdyby ktoś wymierzył mu cios w brzuch. Przecież Paweł został zabity!...
Sylas położył dłonie na stole.
- Ty jesteś zmartwychwstaniem i życiem - powiedział, aby utwierdzić się w tym przekonaniu. - Zmartwychwstaniem - powtórzył. Jak to mówił Jan, kiedy ostatni raz widzieli się w Efezie? "Każdy, kto wierzy w Jezusa, będzie miał...". Nie. Inaczej: "Każdy, kto wierzy w Syna Bożego, ma życie wieczne". Przypominały się także Sylasowi wciąż na nowo słowa Pawła: "Chrystus bowiem umarł za nas, jako za grzeszników, w oznaczonym czasie, gdyśmy byli bezsilni". I jeszcze słowa Jana: "Miłujcie się wzajemnie...".
Nagle zza okna doleciał czyjś okrzyk. Sylas zesztywniał. Przyszli po mnie?!... - zastanawiał się. Czy i ja zostanę teraz uwięziony, wychłostany, a potem poddany torturom? Czy jeśli spróbuję uniknąć cierpienia, mówiąc, że jestem obywatelem rzymskim, to będę tchórzem? Naprawdę jestem obywatelem rzymskim; lecz gardzę całym tym imperium. Nie mogę pogodzić się z myślą, że jestem jego cząstką, choćby tylko w tym aspekcie, że jestem obywatelem. Och, Panie!... Kiedyś byłem silny. Byłem. Ale już nie jestem...
"Ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny" - tak powiedział niegdyś Paweł. Sylas złapał się za głowę.
- Ty, przyjacielu, tak... - mruknął. - Ale nie ja...
Nie był już w stanie myśleć rozsądnie, tkwiąc w Rzymie, pośród zgiełku ludzkich głosów i stóp, pośród nawoływania przekupniów. Tłumów, wiecznie nienasyconego motłochu, który deptał mu po piętach.
Muszę się stąd wydostać! - pomyślał. Muszę uciec z tego miasta!
Podniósł się i zaczął zbierać przybory do pisania, a potem rzeczy osobiste.
Zwoje! - pomyślał. Muszę ocalić zwoje!
Z bijącym mocno sercem wyszedł z dusznej izdebki.
Właściciel domu spostrzegł go od razu, kiedy tylko Sylas znalazł się za drzwiami. Czyżby obserwował jego ruchy?
- Hej, ty! - zawołał. Przeszedł przez wąską uliczkę. - Odchodzisz?
- Załatwiłem już sprawy, które miałem tu do załatwienia.
- Nie wyglądasz najlepiej. Może powinieneś zostać jeszcze parę dni?
Sylas zerknął na gospodarza. Było jasne, że ten człowiek zupełnie nie martwi się o jego zdrowie. Chodziło mu tylko o pieniądze. Więcej by zarobił.
Sylas miał wrażenie, że gwar ludzkich głosów dookoła niego narasta. Twarze mijających go osób przywodziły mu na myśl wilki. Potomkowie Romulusa i Remusa... - myślał o wypełniających ulice ludziach. Ogarnął spojrzeniem kłębiący się wokół tłum - rozmawiających, krzyczących, śmiejących się, kłócących mieszkańców miasta. W tej dzielnicy mieszkała biedota - stłoczone, głodne masy, którym brakowało nie tylko jedzenia. Unosiła się wokoło nich aura niezadowolenia; przeklinali się nawzajem z byle powodu. Emocje tych ludzi władze kanalizowały za pomocą krwawych igrzysk. Odwracały ich uwagę od myślenia o niedożywieniu i innych niedostatkach.
Sylas popatrzył w oczy właścicielowi domu. Paweł w tym momencie przemówiłby słowami życia wiecznego. Powiedziałby temu człowiekowi o Jezusie.
- Co? - ponaglił właściciel, marszcząc brwi.
Niech zginie - pomyślał Sylas. Czemu mam rzucać swoje perły przed tego wieprza?
- Może i mam gorączkę?... - odpowiedział. - Parę tygodni temu byłem w wiosce, gdzie mnóstwo osób chorowało. - Tak rzeczywiście było - myślał. - Przecież nie powiem mu: "Trzy dni temu byłem w cyrku i patrzyłem na śmierć dwojga spośród moich najbliższych przyjaciół. Mam ochotę uciec jak najdalej od tego ohydnego miasta. Gdyby cała ludność Rzymu została wessana do piekła, stanąłbym na otwartej przestrzeni i dziękował donośnym głosem Bogu za jej zniszczenie!".
Tak jak się spodziewał, właściciel domu cofnął się na wszelki wypadek i rzucił: - Gorączka? Rzeczywiście, powinieneś odejść.
- Rzeczywiście, powinienem - powtórzył Sylas, uśmiechając się ironicznie. - W wąskich uliczkach zarazy rozprzestrzeniają się szybko, czyż nie tak? - A szczególnie plaga grzechu - skomentował w myślach własne słowa. - Zapłaciłem za tydzień, prawda?
- Nie pamiętam... - odpowiedział gospodarz, pobladłszy.
- Spodziewałem się, że nie będziesz pamiętał - zakończył Sylas, po czym zarzucił swój bagaż na plecy i odszedł.
Po kilkudniowym marszu Sylas dotarł do Puteoli. Nie miał już takiej kondycji jak dawniej - ani takiego zapału.
Udał się do portu i zaczął przechadzać się po położonym przy nim targu. Dokąd popłynąć, Panie? - zastanawiał się. Semafory pokazywały, że do brzegu przybijają statki; to były statki z ziarnem, prawdopodobnie z Egiptu. Koło Sylasa przeszła grupa robotników portowych, którzy mieli rozładować worki z ziarnem i przenieść je w miejsca, gdzie będą ważone. W oddali stały na kotwicy inne statki; te obsługiwały łodzie, które przewoziły towary pomiędzy nimi a lądem. Z całego rzymskiego imperium przywożono rozmaite towary, które były następnie sprzedawane na targach w stolicy. Zboże, bydło, wino i wełnę z Sycylii, konie z Hiszpanii, niewolników z Brytanii i Germanii, marmur z Grecji, kolorowe kobierce z Mezopotamii. W porcie Sylas nie zwracał swoją osobą uwagi, a jednocześnie mógł znaleźć to, czego teraz potrzebował.
Otaczała go mieszanina zapachów, od której lekko kręciło mu się w głowie: słone, morskie powietrze, woń zwierzęcych odchodów, aromaty przypraw, wina, wreszcie lekki odór ludzkiego potu... Nad głową Sylasa skrzeczały kłębiące się mewy - obok wysypywano na wózek złowione ryby. Zatrudnieni przez kupców ludzie zachęcali donośnymi głosami do nabycia różnych towarów, beczały owce w zagrodach, warczały dzikie psy z Brytanii, pozamykane w klatkach. Na platformach stali nadzy niewolnicy z dalekich krain, pocąc się w słońcu, podczas gdy targowano się o nich. Jeden szarpał krępujące go więzy - zabierano właśnie towarzyszącą mu kobietę i dziecko. Wołał coś w nieznanym Sylasowi języku, lecz nietrudno było zrozumieć przyczynę jego cierpienia. Kobieta rozpaczała głośno. Jej lament przeszedł w histeryczne krzyki, kiedy wyrwano jej z rąk dziecko. Chciała je odebrać, jednak odciągnięto ją gdzie indziej. Przerażone dziecko wyło, wysuwając rączki ku matce.
Sylas patrzył na to ze ściśniętym gardłem; w końcu odwrócił się. Nie sposób było zniwelować niesprawiedliwości i cierpienia, jakie panowały wokół niego. Były wszędzie, aż robiło mu się duszno na samą myśl. Nasiona grzechu zostały zasiane już przed wiekami, w rajskim ogrodzie. Od tego czasu grzech zdążył zapuścić korzenie i rozrosnąć się. Zepsucie i niegodziwość szerzyły się wśród ludzi. Zatruty owoc grzechu nie przynosił im nic dobrego, jedynie śmierć.
Późnym popołudniem dostrzegł znajomy symbol wyryty w słupie podtrzymującym dach budy z owocami. Na widok beczek pełnych oliwek, koszy granatów, daktyli, fig i orzechów, Sylas poczuł burczenie w brzuchu. Ostatni raz jadł dwa dni wcześniej - w Trzech Gospodach.
- Wiesz, że to najlepsze daktyle w całym imperium - zachwalał sprzedawca owoców.
- A ty wiesz, że nie mogę zapłacić za nie tak wysokiej ceny - targowała się jego klientka.
Żadne z nich nie krzyczało ani nie wypowiadało złośliwości. Kobieta zaoferowała inną cenę, sprzedawca opuścił swoją. Pokręciła głową i podwyższyła nieco własną propozycję. Właściciel straganu roześmiał się i podał kolejną. Dobili wreszcie targu i sprzedawca zważył garść suszonych daktyli. Zawinął je w podany przez klientkę kawałek płótna i przyjął zapłatę.
- Oliwek? Daktyli? - odezwał się zachęcająco do Sylasa.
Sylas pokręcił tylko głową; wydał już na chleb ostatni pieniążek, jaki miał. Popatrzył za to na wyryty w słupie symbol. Czy umieścił go w tym miejscu uśmiechający się do niego handlarz? W końcu mężczyzna przyjrzał się Sylasowi uważnie i powiedział:
- Chyba cię znam... Czy nie?
- Nigdy się nie poznaliśmy - zaprzeczył Sylas.
- Wyglądasz znajomo.
Sylasowi zabiło mocno serce. Zastanawiał się, czy nie odwrócić się i nie odejść, jednak nie miał dokąd pójść.
- Jestem przyjacielem Teofila - powiedział, zdobywając się na odwagę.
- Ach! - Mężczyzna uśmiechnął się szeroko. - Co u niego?
- Niedobrze... - mruknął Sylas, cofając się o krok. Być może popełnił błąd, nawiązując rozmowę z tym straganiarzem?
Ten rozejrzał się ostrożnie, pokiwał na niego palcem i szepnął: - Nazywasz się Sylas, prawda?
Sylas zbladł.
- Nie trwóż się, przyjacielu - uspokoił sprzedawca owoców. - Słuchałem kiedyś, jak głosiłeś Dobrą Nowinę, w Koryncie. Kilka lat temu - pięć czy sześć. Wyglądasz na zmęczonego... Czy jesteś głodny?
Sylas nie był w stanie odpowiedzieć.
Jego rozmówca nabrał w dłonie trochę daktyli i fig, i dał je Sylasowi.
- Idź na koniec tej uliczki, skręć w lewo i idź dalej ulicą aż do końca - poradził. - Będzie wiła się jak wąż, a potem dotrzesz do celu. Miniesz dwie fontanny i zaraz potem skręć w pierwszą uliczkę w prawo. Zapukaj do drzwi trzeciego domu i poproś Epaneta.
Sylas nie był pewien, czy czegoś nie zapomni; nie chciał błąkać się po Puteoli przez całą noc...
- Kto mnie przysyła? - spytał.
- Wybacz; cieszę się, że cię poznałem, i przez to zapomniałem się przedstawić. - Straganiarz roześmiał się. - Jestem Urban. - Nachylił się i szepnął ponuro: - Dobrze, że się pojawiłeś. Modliliśmy się ostatnio dużo...
Sylas widział, że rozmówca wiąże z jego przybyciem poważne nadzieje.
- Piotr został zabity - powiadomił.
- Słyszeliśmy... - mruknął Urban, kiwając głową.
- Jakim sposobem? Minęło bardzo niewiele czasu.
- Złe wiadomości rozchodzą się szybko. Przedwczoraj przybył nasz brat Patrobas. Nie mógł znaleźć cię w katakumbach...
Sylas dobrze znał Patrobasa.
- Obawiałem się, że mogę być śledzony, i że zostaną pojmani inni - wyjaśnił.
- A my obawialiśmy się, że zostałeś aresztowany. - Urban ścisnął dłonie Sylasa. - Bóg wysłuchał naszych modlitw. Nic ci się nie stało. Nie spodziewaliśmy się, że Pan pobłogosławi nas także twoją obecnością.
"Pobłogosławi"? Sylas dziwił się użytemu przez Urbana sformułowaniu. Ten człowiek widział go wcześniej tylko raz. Czyżbym był rozpoznawalny jako pisarz Piotra? - zastanawiał się. Czy mogą rozpoznać mnie także nasi wrogowie?... Panie, czy cała nasza praca zostanie zniweczona pośród rozlewu krwi? - spytał w myślach.
- Nie niepokój się, przyjacielu - odezwał się znowu cicho Urban, nachylając się. - Puteoli to ruchliwe miasto portowe. Wszyscy troszczą się o swoje interesy handlowe, i o niewiele więcej. Przybywa tu mnóstwo ludzi, a potem opuszczają nas. - Powtórzył powoli, którędy powinien iść Sylas. - Sam bym cię zaprowadził, ale nie mogę zostawić towarów; nie ufam innym handlarzom. Sami złodzieje. I ja byłem niegdyś złodziejem... - Urban roześmiał się jeszcze raz, klepnął Sylasa w ramię i zakończył: - Idź. Zobaczymy się później. - Popatrzył na przechodzące obok kobiety i zawołał do nich: - Chodźcie tu i zobaczcie, jakie dobre oliwki sprzedaję! Najlepsze w całym imperium!
Urban nie kłamał. Starczyły dwa daktyle i figa, żeby Sylasowi przestało burczeć w brzuchu; owoce były lepsze od wszystkiego, co miał okazję jeść w Rzymie. Schował resztę owoców do przytroczonego do paska woreczka.
Dzień był gorący, po plecach Sylasa spływał pot. Za targiem zaczynała się ulica. Sylas poprawił ułożenie pakunku ze zwojami. Nosił już większe ciężary, jednak zapisane zwoje zdawały mu się z każdą chwilą ciążyć coraz bardziej.
Zapukał do drzwi, i po chwili otworzył mu etiopski sługa. Z nieodgadnioną miną obejrzał zakurzonego Sylasa od stóp do głów, zwracając uwagę na jego sandały.
- Szukam domu Epaneta - odezwał się Sylas.
- To tutaj. Kogo zapowiedzieć mojemu panu?
- Jestem przyjacielem Teofila.
Etiopczyk otworzył drzwi szerzej.
- Mam na imię Makombo - przedstawił się. - Wejdź. - Starannie zamknął drzwi za plecami Sylasa. - Zaczekaj tutaj. - Odbiegł do wnętrza domu.
Był to dom bogatego człowieka. Ściany ozdabiały freski, w różne strony biegły korytarze o sklepieniach wspartych na kolumnach. Widać było patio, na środku którego znajdowała się marmurowa rzeźba kobiety; z trzymanego przez nią dzbana wypływała woda. Na jej widok Sylas uświadomił sobie, jak silne odczuwa pragnienie. Przełknął. Miał ochotę zrzucić worek z pleców i usiąść.
Rozległy się kroki. Od strony patio nadszedł wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna o krótkich, siwych włosach i wyrazistych rysach.
- Jestem Epanet - przedstawił się.
- Przysłał mnie tu Urban - odpowiedział Sylas.
- Który Urban?
Sylas nie zdziwił się, że gospodarz jest ostrożny.
- Ten, który handluje na agorze. - Sylas wyciągnął z woreczka garść okazałych daktyli.
- Ach, tak - odpowiedział Epanet. - "Najlepsze daktyle i figi w całym imperium" - zacytował ze śmiechem. - Witam w moim domu. - Uniósł ręce w powitalnym geście.
Sylas przywitał się, choć nie czuł się równie radosny jak gospodarz.
- Chodź - zachęcił Epanet. Wydał jakieś polecenie Makombo, a potem poprowadził Sylasa przez dziedziniec do innej części domu. W dużym pomieszczeniu siedziało kilkoro ludzi. Sylas rozpoznał jednego z mężczyzn - Patrobasa.
- Sylas! - zawołał Patrobas, zrywając się. Uściskał Sylasa, uśmiechając się szeroko. - Baliśmy się, że cię straciliśmy! - powiedział. Cofnął się i trzymając mocno dłoń na ramieniu Sylasa, obwieścił pozostałym: - Bóg wysłuchał naszych modlitw!
Zebrani otoczyli Sylasa, witali go z wielką serdecznością. Jego niepokój ustał. Pod wrażeniem chwili Sylas zgarbił się, zwiesił głowę i zapłakał.
Pozostali zamilkli na chwilę, a potem zaczęli mówić jeden przez drugiego:
- Podajcie mu trochę wina.
- Jesteś wyczerpany!
- Usiądź i zjedz coś.
- Makombo, postaw przed nim tacę.
Patrobas zmarszczył brwi i podprowadził Sylasa do stołu.
- Spocznij, proszę - powiedział.
Ktoś sięgnął po bagaż Sylasa, ale on złapał go tylko mocniej.
- Nie! - krzyknął.
- Jesteś tu bezpieczny - uspokoił Epanet. - Mój dom jest twoim domem.
- Muszę strzec tych zwojów!... - wyjaśnił Sylas, zawstydzony.
- Odłóż pakunek koło siebie. Nikt nie dotknie go bez twojego pozwolenia - powiedział Patrobas.
Sylas usiadł. Rzeczywiście czuł się wyczerpany. Rozejrzał się po twarzach otaczających go ludzi - na wszystkich malowały się miłość i współczucie. Jedna z kobiet patrzyła na niego ze szczególną troską, miała łzy w oczach. Sylas poczuł się głęboko wzruszony.
- Listy... - szepnął, odkładając pakunek. - To są kopie listów, które Paweł posłał do Koryntian. I kopie listów Piotra... - Głos mu się załamał. Sylas ukrył twarz w dłoniach. Próbował się opanować, ale nie zdołał. Łkał, aż drżały mu ramiona.
Ktoś ścisnął go za ramię. Jego towarzysze zaczęli płakać razem z nim. Ich przepełnione miłością serca także były poruszone; nie wstydzili się łez.
- Nasz przyjaciel jest teraz razem z Panem - pocieszył smutnym głosem Patrobas.
- Tak. Teraz już nikt nie zrobi krzywdy ani jemu, ani jego żonie - dodał ktoś inny.
- Stoją w tej chwili przy Panu.
Ja też chciałbym stać przy Panu! - miał ochotę zawołać Sylas. Tak ogromnie pragnął znowu zobaczyć oblicze Jezusa! Aby zakończył się już czas próby, strach i wątpliwości, które atakowały Sylasa w najmniej oczekiwanych chwilach. Przegrywam wewnętrzną walkę, Panie - poskarżył się w duchu.
- Musimy z całych sił trzymać się tej myśli - poradził ktoś. - Wszak wiemy, że naprawdę tak jest.
Sylasowi przypomniały się słowa, które Paweł wypowiedział - tak dawno temu! - gdy siedzieli we dwóch w pozbawionym światła lochu, zbolali z powodu otrzymanej chłosty.
"Trzymaj się mocno!" - odezwał się wtedy Paweł...
- Staram się! - jęknął na głos Sylas.
- Co on powiedział?
- Jezus umarł za nasze grzechy i trzeciego dnia zmartwychwstał... - wyszeptał Sylas. Oczyma wyobraźni widział jednak tylko Pana umierającego na krzyżu, ściętego Pawła, ukrzyżowanego Piotra... Przycisnął pięści do oczu.
- On jest chory... - ocenił ktoś.
- Ćśś...
- Sylasie - odezwał się ktoś inny, ściskając Sylasa mocno za nadgarstek. To był Epanet. Przed Sylasem znalazła się taca z jedzeniem. Epanet i Patrobas zaczęli zachęcać go, aby się posilił. Ujął więc w drżące dłonie chleb i przełamał go, mówiąc:
- "To jest Ciało moje". - Poszarpane kawałki chleba dygotały mu w rękach. - Czy ośmielę się je jeść? - zapytał retorycznie. Rozległy się pełne troski szepty.
Epanet nalał mu wina.
- Napij się - powiedział.
Sylas patrzył na ciemnoczerwony płyn, myśląc: "To jest moja Krew...". Znów przypomniał mu się Jezus na krzyżu. Z rany w boku, który jeden z żołnierzy przebił włócznią, wypływała krew i woda. A Piotr - Piotr został ukrzyżowany do góry nogami.
Sylas poczuł ból w piersi, jego serce zaczęło bić coraz szybciej i szybciej. Pociemniało mu przed oczami.
- Sylasie!
Usłyszał ryk rzymskiej tłuszczy, poczuł na sobie jej ręce.
Niech tak będzie, Panie! - pomyślał z rezygnacją. Jeśli umrę, przestanę cierpieć, i odpocznę. Panie, proszę Cię, pozwól mi odpocząć!
- Sylasie... - tym razem odezwała się kobieta. Z bliska. Poczuł na twarzy jej oddech. - Nie opuszczaj nas...
Nad nim i wokół niego rozlegały się głosy, a potem wszystko ucichło.