Sykomora. Ubi arma sonant. Tom III Trylogii - Wiesław Mandryka-Bukowiński


Reflow text when sidebars are open.
Władysławowo, do którego zmierzał pułkownik Wincent Opara, to nadmorska miejscowość położona nad Morzem Bałtyckim. Dokładniej mówiąc - patrząc na mapę Polski - leżąca u podstawy Zatoki Puckiej i Półwyspu Hel. Historycznie w XII i XIV wieku odnotowano tu miejscowość rybacką o ła-cińskiej nazwie Vela Ves - to jest po staropolsku Wielka Wieś. Ponadto obok wsie pomocnicze Cet-niewo (obecnie mieści się tu Olimpijski Ośrodek Sportowy) i Poczernino.
Wincent wsłuchiwał się w dalszy ciąg informacji turystycznej o okolicy odtwarzanej ze smartfona. Nie spieszył się. I tak na tej trasie nie mógł liczyć na płynną jazdę samochodem. Zazwyczaj były tu korki. Również i dziś ruch był spowolniony.
Za czasów Króla polskiego Władysława IV w roku 1638 sejm elekcyjny zadecydował, by wzmocnić militarnie Puck poprzez wybudowanie portu floty wojennej. Król nakazał wystawić nad morzem dwa forty: Władysławów i Kazimierzów. Następnie w bliskiej odległości od fortu powstał port notowany na kartach historii już w latach 1635 i 1636 jako Władysławowo.
W czasach ponownego odzyskiwania niepodległości po 120 latach zaborów Polski przez Prusy, Rosję i Austrię 11 lutego 1920 roku po zaślubinach Polski z morzem generał Józef Haller przybył do Wiel-kiej Wsi. Stąd odbył rejs kutrem po Bałtyku. Jeden z jego przybocznych oficerów - ppłk Henryk Ba-giński postanowił kupić w tym miejscu 20 ha ziemi, nadając nowej osadzie nazwę Hallerowo.
15 czerwca 1927 roku wybudowano w niej przystanek kolei "Hallerowo". Wprawdzie został on zam-knięty po niespełna dwóch latach istnienia, jednak 15 maja 1929 oddano tu do użytku stację "Wielka Wieś - Hallerowo". Obecnie nosi nazwę Władysławowo.
- Przyjemnie coś wiedzieć, zanim przekroczy się rogatki miasta... Pouczające, pouczające - pomyślał.
Kwatera, którą wynajął, mieściła się w niedużym rodzinnym domku ze spadzistym dachem na dwie strony. Typowa zabudowa dla tych terenów z lat przedwojennych. Wcześniej mieszkała w nim rodzina rybacka. Ojciec z żoną i trzema synami. Kiedy podczas jednego ze sztormów podczas samotnej wyprawy ojciec nie powrócił do domu, a wszelki słuch po nim zaginął, matka zakazała synom uprawiać ten zawód. Z wielkim trudem i wysiłkiem doprowadziła do tego, by ukończyli szkoły i poszli na stu-dia. Jeden został inżynierem ds. budowy okrętów. Mieszkał w Gdańsku. Najmłodszy wyjechał i po ukończeniu studiów w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa w Warszawie został leśnikiem w Puszczy Nadnoteckiej. Trzeci, to jest średni, został nauczycielem historii w tutejszym liceum i zamieszkał na ojcowiźnie. Gdy matka zmarła wraz z żoną wynajmował pokoje na poddaszu dla przyjezdnych. Dorabiali sobie do nie za wysokiej pensji i emerytury. Nie byli już młodzi. Kobieta prowadziła dla gości również kuchnię i wydawała na zamówienie trzy posiłki dziennie. Przyjezdni mogli zawsze liczyć na śniadania i kolacje. Wielu i tak jadało obiady gdzieś na tak zwanym mieście. To znaczy na wybrzeżu i w jego okolicach. Traktowali dom jako przystań i plac do parkowania samo-chodów w miejscu po części strzeżonym. Do morza od progu domu mogło być co najwyżej osiemset metrów, idąc ścieżką wśród rzadkich krzewów kosodrzewiny i trawiastych wydm trudno było się pomylić. Do okien docierał szum regularnie rozbijających się o brzeg fal. W powietrzu zapach jodu. Niesiony wiatrem znad morza owiewał nozdrza. Tak mu się przynajmniej wydawało. O tej porze roku Bałtyk był dobrze widoczny z poddasza domu, w którym mieszkał. Zachwycał zmiennością przybiera-nych form. Od flauty poczynając a na rozwydrzonych, groźnych, wysokich falach podczas sztormów kończąc. Pokoje wyposażone w satysfakcjonującym standardzie drugiej dziesiątki lat dwudziestych dwudziestego pierwszego wieku. Zresztą przy tylu atrakcjach na wybrzeżu, samo zamieszkiwanie sprowadzało się głównie do nocowania i konsumowania jajek na trzy różne sposoby, białego sera, plasterka wędliny i miodu na śniadanie oraz bigosu lub porcji dorsza, względnie kerguleny na kolację. Do tego podawany był pachnący wiejski bochen chrupiącego chleba, kawa i herbata do wyboru. Większość z gości stanowili miłośnicy pływania na desce surfingowej i/lub kiteboardingu.
Do wypożyczalni było niespełna kilometr. Wincent już wczoraj zamówił deskę z żaglem. Odpowiedni indywidualny kombinezon z pianki zabrał z plecakiem ze sobą. Trapez, kamizelkę, deskę i żagiel w tej wypożyczalni były zawsze dobrej jakości. Wiedział, że może na nich polegać. Pan Kleparski, to stryj mistrzyni świata w widnsurfingu. Oferował tylko rzeczy godne zaufania uznanych światowych marek.
Płytka i ciepła Zatoka Pucka należała nie tylko do jednych z lepszych miejsc do uprawiania windsur-fingu w Europie, lecz także była najlepszym miejscem do nauki tego sportu w Polsce. Łatwość szko-lenia i pływania polegała na istniejących tam sprzyjających warunkach. To znaczy stosunkowo bez-piecznej głębokości akwenu i ciepłej wodzie. Jednocześnie za sprawą róży wiatrów miejsce to jest również niezwykle ekscytujące. Na polach namiotowych, campingach i w pensjonatach po całodnio-wym pływaniu panuje w tym uroczym zakątku atmosfera niczym wyjęta z australijskich wiosek sur-ferów.
- Zaczyna trochę wiać - zauważył jakiś młody chłopak kładąc swój dowód tożsamości na blacie przed panem Kleparskim.
Wszyscy chcący wypożyczyć deskę lub kiteboarding traktowali to jako coś najzwyczajniej w świecie normalnego. Wiedzieli, że nic zdrożnego z nim nie zrobi. Nikt tu o RODO nie myślał. Właściciel przestrzegał jednak reguł zabezpieczenia i ochrony danych osobowych. Na ścianie wisiała oprawiona w szkło specjalne deklaracja firmy w tym względzie. Dowody odbiorą przy powrocie płacąc jedno-cześnie za wypożyczenie. Transakcja polegała na kontrolowanym zaufaniu stron do siebie. Nikt nie robił z tego problemu. Najczęściej dobrze już znali pana Ryszarda.
- Spokojnie, jeszcze kwadrans, a powieje tak, że dobrze trzeba się będzie trzymać trapezu - z uśmie-chem na ustach odparł pan Rysiek.
- Kto następny? - dodał
- Ich bin es. ... To znaczy ja - powiedział ktoś po niemiecku przechodząc na tyle, na ile umiał na język polski.
- Proszę bardzo, co chciałby Pan wypożyczyć?
- Ja powiem, przetłumaczę! Chcemy wypożyczyć dwie deski, jedna dla mnie do windsurfingu, a dla mojego partnera kiteboarding. Oczywiście z osprzętem - powiedziała młoda kobieta.
Wyglądała na studentkę. On mógł być od niej starszy co najmniej o lat pięć lub sześć.
Najwyraźniej jej imponował.
- Bardzo proszę. Krzysiu podaj dwa zestawy. Jeden surfing, drugi kiteboard.
- Robi się szefie! - odparł pomocnik Kleparskiego.
- Gut? ... Dobre? - zapytał Niemiec.
- Jasne. Co ma być nie gut! Pewnie, że dobre! Natuerlich gut, naturamente perfecto.
- Szef ma tylko sprzęt najlepszych marek i godny zaufania - wsparł pracodawcę Krzysztof.
- Sie brauchen keine Bedenken zu haben, keine Bange. Ich miete es jedes Jahr hier und niemals ist damit was schief gegangen - Nie musicie Państwo mieć żadnych obaw i bać się. Pożyczam tu sprzęt co roku i nigdy nie było, by poszło coś nie tak - potwierdzał jakość wypożyczanych desek i osprzętu Wincent. Odezwał się po niemiecku.
- O ja? Danke. Dann, nehmen wir es mit, Agnes - O tak? Dzięki. W takim razie bierzemy ze sobą, Agnieszko - trochę uspokojony odpowiedział cudzoziemiec.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
- Gotowy na podróż w nieznane? - Filip uścisnął dłoń Winka na przywitanie. Wydawał się być w doskonałym nastroju.
Była ósma trzydzieści rano. Zza gałęzi starych drzew na podwórzec zamczyska co raz mocniej przebi-jały się promienie majowego słońca. Chłodny wiatr od jezior sprawiał jednak, że na koszulkę z krót-kim rękawem było jeszcze odrobinę za wcześnie. Może później w południe.
- Ma się rozumieć! Silny, zwarty i gotowy... - zażartował odpowiadając koledze w żargonie polityków przedwojennej sanacji.
- Dobrze, że wziąłeś kurtkę. Delikatnie mówiąc trochę dzisiaj piździ... - Wincent z troską o przyjacie-la dosadnie komentował pogodę.
- Nie ma obawy. Mam grubą skórę. Za dwie, trzy godziny będzie dużo cieplej. Na wszelki wypadek zabrałem coś na rozgrzewkę... - odparł z uśmiechem Filip.
- Wędka, podbierak, robaki...?
- To także. Jak zwarci i gotowi - to zwarci i gotowi. Bez wtopy. Wszystko musi sztymować... ciągnął dalej "repatriant"z Zachodu.
- Nicht wahr Herr Kranc? - Winek skontrował go żartobliwie po niemiecku.
- Genau! That's correct! - Filip nie pozostawał mu dłużny.
- A ty sam? Cornelia z nami nie jedzie?
- Wczoraj nie zdążyłem cię o to zapytać. Dziś z kolei ona ...
- ... chciała dłużej pospać? - przerwał koledze.
- Hmm... myślę, że tak można to ująć - odparł.
- O.K. prześlij jej ode mnie SMS-a z pozdrowieniami i, że zaraz po porannych rybach, o ile ma ochotę, zapraszamy ją na wspólny trip po Mazurach. Będzie okazja do poznania się. Co ty na to?
- ... Pomysł wart poważnego rozważenia...
- Tylko? - Winek dopytywał z uśmiechem na twarzy.
- Nie, nic... odparł z wahaniem
- No, chyba nie jesteś zazdrosny...?
- Nie żartuj! - Filip roześmiał mu się w twarz.
- Pożeglujemy, potem zawiniemy do jakiejś portu, wyjdziemy na ląd, może coś ciekawego zobaczymy, zjemy świeżą rybkę z grilla...
- Portu? Jakiego portu? Duże słowo.... Prędzej pomosty i przystanie. Mimo wszystko przekonałeś mnie.
- To na co czekasz? Wysyłaj. Kobiety do pewnych rzeczy lubią się wcześniej przygotować...
- Tak, tak. Wiem, Vicenzo. Makijaż, pedicure, stosowne ciuszki, fryzura etc. i tak dalsze, itp.
- To dlatego mężczyźni pochodzą z Marsa, a kobiety z Venus...
- Winek, tylko nie próbuj wchodzić w buty licealnego belfra...
Do przystani w Rynie od zamku wystarczyło zejść kilkadziesiąt kroków uliczkami w dół.
Tam wypożyczyli jacht. Piękny i dość dużych rozmiarów. Na wszelki wypadek - w domyśle flauty lub innych niespodziewanych przypadków - z tyłu zamontowany miał silnik. Najwyraźniej właściciel był bardzo zapobiegliwym. A może po prostu dobrze dbającym o geschaeft. Chciał, by interes najmu le-piej mu się kręcił. By nie było przestojów. Podobno gros czasu spędzał na Lazurowym Wybrzeżu. Gdzieś nieopodal Marsylii.... Zresztą pewne znaki na to wskazywały. Na kadłubie łodzi na granatowo starannie wymalowana była nazwa "Laguna". Według Winka to typ Antilla 24 z kabiną. Oczywiście przeważały kolory bieli. Takielunek we fragmentach był granatowy. Listwy w srebrze metalizowanym. Mógł się podobać. I owszem miało to znaczenie. Człowiek winien czuć związek z miejscem, w któ-rym mieszka, ma pracować, spędzać wolne chwile, tęsknić, kochać, marzyć... a na koniec żegnać się i odchodzić. Dziś nabierało to dodatkowego znaczenia.
- Jak widzę, to masz chrapkę na Lagunę...? - zapytał Filip kiwając głową.
- Ma się rozumieć. No wiesz, gdyby miała to być łódź tylko dla takich dwóch szyprów jak my to by wystarczył Twister 800N. Jako, że dołączyć ma do nas Cornelia, to weźmiemy Lagunę.
- Dobrze to o tobie świadczy... koleś.
- Dzięki. Oprócz funkcjonalności od strony technicznej nie wolno nam zapominać o poczuciu estetyki i piękna.
- Nie mów? - Filip trochę ironizował. W sumie i jemu jacht się podobał.
- One towarzyszą nam na co dzień. To my mamy dokonywać wyborów. Czy otaczać się rzeczami i produktami pretensjonalnym, brzydkimi, nie wartymi spojrzenia, czy ...? Niby są to szczegóły... - odpowiadał Winek.
- ... ale kobiety przywiązują do tego wagę - przerwał mu Filip.
- Tak. Zresztą, wbrew pozorom dla nas przedstawicieli rodu męskich krokodyli ma to również znaczenie. Tyle, że dociera później. Gdzieś z głębi podświadomości. Tam zostaje zapamiętane. Potem wypływa na powierzchnię i ...
- I .. mów dalej, mów dalej? ... Zaraz wypływamy - Filip wsłuchując się odwiązywał cumę jachtu od przystani.
- ... i daje znać o sobie, zmienia postrzeganie świata. Gdy dodasz do tego melodię, artykulację i wymowę słów... Jej słów, mimikę twarzy, gesty, przez moment popatrzysz w oczy - to już wiesz...
Ostatnie zdanie wypowiedział przyciszonym głosem. Nie był pewien, czy Filip je usłyszał .
- Wskakuj! Odpływamy!
Tylko przez chwilę wypływali z portu na silniku. Zresztą wyjątkowo cichym - elektrycznym. Po około stu metrach od brzegu postawili żagle.
Ster Laguny ujął w ręce Wincent. W zasadzie na ten moment czekał. Od dawna o tym myślał. Jest w żeglowaniu coś, co daje człowiekowi wolność. Odpręża, wyzwala wewnątrz ukrytą moc. Dzięki niej można zmierzyć się z każdym ludzkim wyzwaniem. Ono pozwala obronić się przed chandrą, złym nastrojem, daje nadzieję, zaraża innych optymizmem. Warunek jest jeden. Wszelkie smutki i troski trzeba zostawić na brzegu...
- Jaką trasą płyniemy Kapitanie? - żartobliwym głosem zapytał Filip.
- Kurs Śniardwy! - odparł.
- Kurs Śniardwy! - powtórzył za Wincentem.
- Tak trzymać! - dodał.
- Tak trzymać! - Filip nie ustawał w potwierdzaniu komend kumpla trzymającego stery jachtu, które mu powierzył.
- Nic nie zapomniałeś ... od czasu, kiedy zdawaliśmy razem egzamin na sternika jachtowego.
- Tego się nie zapomina, Vincenzo. To zostaje na zawsze w pamięci.
- Potwierdzam, potwierdzam... Uważaj na głowę. Robimy skręt.
- Wiem, raczej na bom lecący mi na głowę ...
Po manewrze w lewo łódź nabrała wiatru w żagle. Lekko przechylona na bok pruła fale rozbryzgując wodę na boki. Pod sobą mieli zieloną toń Jeziora Ryńskiego. To w nim jak w lustrze przeglądało się teraz mazurskie słońce.
- W Rybicalu zawiniemy na wysepkę. Tam na godzinkę zarzucimy wędzidła. Może coś złowimy...
- Dobry pomysł. Naprzeciw wsi zatoka się zwęża, więc i ryb musi być w tym miejscu więcej - odparł wspierając zamiar Wincenta.
- Nie wypada przecież wrócić do domu z niczym ... - zaraz dodał.
- Hmm... Płocie, szczupaki, raki, węgorze... Będą? Dobrze. Nie? To trudno. Niech sobie żyją.
Przez moment słyszeli tylko plusk fal rozbijanych dziobem łodzi.
- Jak to z niczym? A chwile szczęścia na spotkaniu z kochanką naturą...?! - zareagował z opóźnieniem Wincent
- Nie wiem jak ty to robisz ja od dwóch godzin nie złowiłem nic - skarżył się Filip.
- Bo widzisz, ja młodziaki z powrotem wypuszczam do wody, oddaje je rodzicom, a o Tobie ryby jeszcze nic nie wiedzą. Nie ufają ci. Może się ciebie boją. Powiedz, szepnijże im jakieś czułe słowo... odparł Vicenzo.
- Hi, hi.... - Wincent uśmiechnął się do siebie. Na drewnianej podłodze jachtu leżały dwa dorodne szczupaki, złowione przed chwilą przez przybysza z Warszawy.
- Czyżby zwykła zazdrość? Grzeszne uczucie ... - pomyślał przez moment.
- Czułe słówka to ja mówię Corneli wieczorem, gdy idziemy do łóżka.. - zareagował niezbyt zadowo-lony z dotychczasowych wyników swojego wędkowania i reakcji Winka.
- Najwyraźniej za rzadko...
- Jak za rzadko? - zniecierpliwionym tonem kontynuował Filip.
- Za rzadko to robisz! Nie wystarczy mówienie czułych słówek tylko wieczorem. Trzeba i rano, i w południe, a tym bardziej wieczorem.
- Hmmm ... - mruknął do Wincenta.
- Znam to - dwa razy po trzy razy i nad ranem jeszcze raz...- ciągle nie był z siebie zadowolony.
- Każdy ma swoją metodę. Najważniejsze, stary, to nie słówka a czyny ...- dodał wypinając pierś jak do orderu przybierając jednocześnie pozę macho.
- Okay, Okay. Ale spróbuj. Od czegoś trzeba zacząć, gdy nic nie idzie...- przekonywał go Wincent.
- Winek, daj spokój. Czy ty naprawdę wierzysz w jakieś cuda?! Jeszcze trochę, a sam złowisz złotą rybkę. I wszystko rzekomo dzięki wypowiadaniu czarodziejskich zaklęć.. - wyzłośliwiał się.
- Co ci szkodzi, powiedz! - nalegał Wincent.
- A niby co miałbym powiedzieć, wyszeptać...?
- Mów tak, tylko nie za głośno...
Tego dnia partnerka Filipa była niedysponowana - tak przynajmniej określał to eufemistycznie.
Wcześniej wymieniali się SMS-ami.
- Trudna rada - ze zrozumieniem odpowiedział koledze.
- Zresztą rozumiem ją. Z planowanego krótkiego rejsu wyszła nam cała morska eskapada. Przypłynęliśmy co najmniej 3 godziny później, niż obiecywaliśmy.
- No tak, ale nie wróciliśmy z pustymi rękoma. Zobacz ile złowiłem dzięki twoim czarodziejskim zaklęciom - Filip wskazywał głową na wędkarski urobek, jakby chciał się usprawiedliwiać przed partnerką.
- Kobiety nie lubią, gdy nie dotrzymujemy słowa. Trochę mieliśmy boczny wiatr i ciągle oddalało nas od brzegu... próbował żartować Winek.
- Hm... pewnie odczuję to dziś na własnej skórze...
- Dasz sobie radę. Jakoś to wytłumaczysz. Przeproś ją również w moim imieniu - dodawał mu otuchy.
- Tak, w końcu jutro też jest dzień... - zakończył filozoficznie Filip.
- Cornelia, Cornelia Wittenstein von Brauchitz - uśmiechnęła się podając następnego dnia Winkowi dłoń na powitanie.
Dochodziła godzina dziewiąta rano. Stali przed zamkiem. Tuż przy parkingu, gdzie Wincent zapar-kował infiniti.
- Wincent. Wincent Opara, z domu Łukoński - odparł z uśmiechem na twarzy.
- Czy Filip już Pani mówił, że nawet najbardziej udana eskapada kilku facetów w nieznane nie może równać się i nieść ze sobą tyle przyjemności, co podróż w towarzystwie jednej pięknej kobiety?
- Dziękuję. Nie musi pan się usprawiedliwiać. Wczoraj to było wczoraj, a dziś jest dziś. Zdążyłam wybaczyć. Przede mną zatem duże wyzwania... Czy aby je spełnię? - zareagowała dość pojednawczo.
- Uważaj, to wilk w owczej skórze... Nie ufaj mu - Filip przyłączył się do rozmowy żartując.
- Przecież obronisz mnie, ty mój mazurski tygrysie ...
- Z tym wilkiem to duża przesada, jestem co najwyżej udomowionym wilczurem. W każdym razie byłem... Bardzo się cieszę, że spędzimy razem dzisiejszy dzień. Aby wycieczka się udała starać się muszą obydwie strony, także my - wyrażał skruchę za wczorajszy samotny, męski rejs "Laguną".
- A tak a propos, proponuję mówić sobie na ty?
- Bardzo proszę. Myślę, że tak będzie najwygodniej - odparła.
- W takim razie zapraszam, proszę wsiadać, drzwi zamykać...- powiedział ośmielony otwierając drzwiczki samochodu przed Cornelią.
- Ty otworzysz sobie sam - zwrócił się do kolegi.
- Jasne! Don't care about me.
- Kierunek? - dziś to on zapytał Filipa o marszrutę, jako gospodarza i tutejszego.
- Zacznijmy od safari na Mazurach...
- Hmm brzmi interesująco - Cornelia zareagowała po chwili namysłu.
- To w Kadzidłowie, tuż przy Ruciane-Nida. Ciekawe miejsce.
- A potem? - dopytywał Wincent
- Potem popłyniemy na wyspę Kormoranów na Jeziorze Dobskim.
- Jestem za! Czyli przesiadamy się z czterech kółek na jeden pokład parostatku - komentował Wincent.
- To znaczy tam wypożyczymy łódź i podpłyniemy do brzegów - dodał.
- Popieram. Zdecydowanie popieram! - Cornelia głośno wyrażała opinię biorąc udział we wspólnym planowaniu wycieczki. Zupełnie jakby puszczała w niepamięć wczorajsze faux pas Filipa i Wincenta. Może już wiedziała, że stare męskie przyjaźnie potrzebują więcej czasu na roztrząsanie wspomnień z przeszłości.
- A na koniec?
- Na koniec do Gierłoży. Wolfschanze. ... Jednak to jeszcze nie wszystko.
- Jak to? Kwatera Hitlera to nie koniec? Nie za dużo jak na jeden dzień? - zapytała ze zdziwieniem.
- Nie. Potem pojedziemy do Aris, to jest do Orzysza, tam chciałem Wam jeszcze coś pokazać?
- Czyżbyś szykował nam w Buenos Aris jakąś niespodziankę? - kolejne pytanie z przekąsem stawiał Wincent.
- Gdy czekasz na suprise nie dopytuj o szczegóły. Z pewnością na koniec dnia wypijemy szampana... - Filip pozostawał tajemniczym.
- O.K. Nie mów wszystkiego. Po dniu pełnym wrażeń dobry szampiter nie jest zły. Tylko nie zapomnij go wcześniej schłodzić.
- W to nie musisz wątpić. Gość w dom, szampana do kieliszków!
- ... lub ... rodzina się powiększa - nie byłby sobą, gdyby czegoś nie skomentował po swojemu.
- Wiecie kto założył park dzikich zwierząt w Kadzidłowie? - zapytał Filip.
- Pewnie jakiś absolwent SGGW i AR, wydział zoologii i miłośnik zwierząt zarazem! - odpowiedział Wincent.
- A, ty Cornelio, co myślisz?
- Myślę, że albo facet kochający zwierzęta albo kochający pieniądze. Na tym przecież zawsze można zrobić interes - odparła po chwili zastanowienia.
- Mówisz racjonalnie. Zresztą jak ktoś umie to na wszystkim zrobi biznes - zareagował Filip.
- To fakt, jedno drugiego nie wyklucza - wsparł ją Winek.
- Założycielem parku rzeczywiście jest absolwent wyższej szkoły rolniczej i miłośnik zwierząt, dr. Antoni Krzywaniecki. Założył ten park dla ratowania niektórych wymierających gatunków zwierząt.
- Jakich na przykład?
- Przyjedziemy, zobaczysz. Wymienię tylko kilka, by zaspokoić twoją ciekawość. Tarpany, wilki skandynawskie, daniele - ciągnął opowieść Filip.
- A rysie? Zobaczymy rysie? - zagadnął Wincent.
- Tak, rysie także. Wiem, że masz w domu mejnkuna...
- Nazywa się Chrobryś ...- pułkownik z miejsca wymienił imię swojego pupila.
- To prawda, meinkuny i rysie mają chyba coś ze sobą wspólnego. A na pewno są do siebie podobne.
- Oprócz ogona! Oprócz ogona mój drogi. Chrobryś ma piękną, długą kitę i łapy jak ryś! Pyściunio to wypisz wymaluj owczarka. Takie spojrzenie wiernego poczciwca. Choć dusza kociego indywidualisty. Więcej, urwipołcia! - wychwalał Winek.
- To będziesz miał okazję porównać - rzeczowo dodawała Cornelia.
- Pan Antoni to dobry człowiek. Przyjmuje zranione i chore osobniki. Leczy je, podchowuje i jeśli możliwe po kwarantannie z powrotem wypuszcza na wolność. Tylko nie dające się już przystosować do samodzielnej egzystencji pozostawia w parku, gdzie dożywają żywota...
- Ten sposób podejścia do zwierząt bardzo mi się podoba - podsumował Winek.
- Już dojeżdżamy... Jeszcze kilka kilometrów tą leśną drogą i jesteśmy na miejscu - Filip informował jako najbardziej obeznany w tych stronach.
- Są też orły, żubry, łosie, jelenie, pawie, bociany i wiele innych przedstawicieli zwierzęcego stworzenia.... - wyostrzał sobie i współuczestnikom podróży co raz większy apetyt na ich zobaczenie.
- "A jeleni jest? - Tak. - To poproszę dwóch" - Winek wspomniał na szkolnego kolegą lubiącego żartować w ten sposób.
Na przystani oczekiwał ich właściciel łodzi. Wyglądał na drobnego lokalnego biznesmena.
- Jezioro Dobskie jest rezerwatem przyrody. Obowiązuje strefa ciszy. To znaczy nie mogą tam wpływać łodzie motorowe ani skutery wodne. Leży w pobliżu Giżycka i przynależy do kompleksu jednego z największych jezior Polski - Mamry. Powierzchnia jeziora Dobskiego wynosi 18 km2 a maksymalna głębokość to 22,5m. Daje Państwu do dyspozycji swój najlepszy jacht. Nazwałem go Kormoran - opowiadał.
- Z całym szacunkiem, ale jak na taki komplement to ta łajba nie zasługuje - po krótkim oglądzie Wincent odniósł się w myślach do tego stwierdzenia. Na głos zaś zapytał:
- Jak najlepiej dopłynąć w to miejsce?
- Większość brzegów Wyspy Kormoranów jest bardzo niegościnna. W niektórych miejscach są płycizny i podwodne skałki. Trzeba uważać, by je ominąć. Najbezpieczniej zacumować w zatoczce zwanej Kątem Rajcocha. Zobaczycie ją tuż za Cyplem Dziewiszewskim. To taki naturalny port dla żeglarzy. Właściwa przystań żeglarska znajduje się zaś w Radziejach - odpowiadał jakby chciał podkreślić swoją znajomość tutejszych okolic i wzbudzić większy szacunek. Wyglądało na to, że Cornelia wpadła mu w oko.
- Znam to miejsce. Trafimy - dodawał Filip.
- No, to ruszamy - zareagowała podekscytowana partnerka Filipa.
- Po drapieżnych i kopytnych czas na wodne ptaki - odreagowywała uprzednią wizytę w parku dzikich zwierząt w Kadzidłowie.
- Dziękujemy panu i do zobaczenia. Mam nadzieję za niedługo - Winek podał rękę właścicielowi jachtu.
- Jak to się mówi po żeglarsku ...? - zapytała.
- Stopy wody pod kilem! - odparł Filip.
- A nawet dwie...! Cumy rzuć! - głośno zawołał Winek.
- Musimy uważać na podwodne skałki...? Czy to coś groźnego? - zapytała.
- Los Titanica, raczej nam nie grozi - żartował sobie Filip.
- Uwaga! Wciągnąć brzuchy, chować głowy, keep smiling! Robimy zwrot... - zawołał Wincent.
- O.K. teraz nabierzemy trochę prędkości - dodawał, gdy płynęli zygzakiem w stronę właściwej wyspy.
- W sumie na jeziorze są 4 wyspy - jako tutejszy objaśniał Filip.
- Niezłe tempo - zachwalała Cornelia komplementując sternika.
Jej blond włosy połyskiwały w słońcu układając się na wietrze podobnie do linii fal rozpruwanych ostrym dziobem łodzi. Okrągłe piersi wydawały się jeszcze bardziej kształtne pod nie do końca za-piętą bluzką.
- Tylko ci teraz zrobić zdjęcie - zachwalał Winek.
- Dlaczego? - zapytała udając, że nie bardzo rozumie.
Nie byłaby kobietą, gdyby nie lubiła przeglądać się w męskim spojrzeniu.
- Po prostu.... Niech ci Filip powie... A raczej niech zrobi jakąś fotkę.
- Nawet kilka - Filip ocknął się wyjmując dłoń z opływającej jacht wody.
Po kilku ujęciach schował aparat do nieprzemakalnej części plecaka i powiedział:
- Vincenzo, zmiana warty! Przejmuję stery. Jeszcze kilkaset metrów i jesteśmy u brzegów wyspy!
- Prowadź maestro, prowadź. Ty przecież znasz te wody najlepiej. Ja z Warszawy, nie tutejszy...
Winek oddał mu stery i usiadł po przeciwnej stronie burty.
Cornelia spojrzała na jednego i drugiego. Jak na dwóch zawodników biorących udział w olimpijskich regatach. Nie dało się ukryć, że lubi takie sytuacje. Rodzaj zabawy, a może zawodów o wieniec lauro-wy zwycięzcy.
- Uwaga! Robimy zwrot! Pochylić głowy! - zawołał Filip.
- O.K. Jesteśmy na kursie! Załoga, wszystko w porządku?
- W jak najlepszym kapitanie! - odkrzyknął Winek spoglądając również na Corni - Tak trzymać!
Łódź dość mocno przechyliła się na bok i z dużą prędkością zbliżała do wyspy. Na wszelki wypadek mocniej pochwycili uchwyty na burcie, by nie wpaść do wody. Wiatr wzmógł się jeszcze bardziej, gdy wypłynęli zza cypla.
- Filip, nie szarżuj - zawołała Cornelia.
- Hej, kumpelo! Nic nie musisz udowadniać. Wiemy, że jesteś dobry w te klocki. Żeglarzem z patentem, z licencją ...! - Wincent dodał głośniej, gdy poczuł jak po przechyle pewna część spodni poniżej pasa zanurza mu się co raz bardziej w wodzie.
- Licencją na.... - po cichu zaczął sobie dworować.
Filip spojrzał z ukosa i jak zadziorny nastolatek nie odpuszczał. Przypominało to trochę jazdę na ro-werze z górki bez trzymanki i hamulców, gdzie tuż za zakrętem była meta.
- Twoja wola, jak chcesz, wariacie... I tak cię nie powstrzymam - tym razem Winek mruknął do sie-bie pod nosem już na poważnie nie będąc pewnym finału tej zabawy.
- Mówiłeś coś? - odkrzyknęła Cornelia.
- Nie, nic! - odparł z niewinną miną.
Nagle pod nogami, pod podłogą łodzi coś zaskrzypiało, zachrupotało. Sprawiło, że jacht w ciągu kilku sekund wytracił prędkość i gwałtownie skręcił o kilkadziesiąt stopni w odwrotnym kierunku. Dopro-wadzając do całkowitego przechyłu i wyłożenia łodzi żaglem na taflę jeziora. Potężna siła odśrodkowa wyrzuciła Cornelię za burtę. Ostatkiem sił mięśni ramion Wincent podtrzymywał się mocowania na burcie. Widząc wpadającą do wody partnerkę Filipa bez wahania skoczył za nią. Trzymanie się uch-wytu i tak już nie miało sensu. O tej porze roku temperatura wody nie zachęcała do kąpieli. Cóż do-piero bez przygotowania nieoczekiwany pełny kontakt z wodą. Nawet, jeśli w tych pierwszych dniach maja nad powierzchnią świeciło piękne słońce. Trochę trwało zanim zlokalizował Cornelię pod lus-trem jeziora. Rękoma i nogami próbowała wypłynąć na powierzchnię. Ubrana w długie jeansy i luźną bluzkę omotała się w korzenie i łodygi przybrzeżnych oczeretów i trzcin. Zauważył to. W tej chwili każda sekunda była na wagę złota. Przyspieszył. Podpływając wyjął z kabury paska ostrą finkę i błys-kawicznie je poprzecinał. Potem wypchnął kobietę ku powierzchni. Chciał, by jak najszybciej zaczerpnęła powietrza i nie wpadła w panikę.
Zresztą tylko na to czekał i jemu powoli brakowało tchu. Gdy był już powyżej linii, która wyznaczała granicę życia i śmierci, usłyszał łapczywe pokasływanie Cornelli. Zdecydowanym ruchem pochwycił ją za ramiona przechylając na plecy i zaczął holować. Płynął ku unoszącemu się jeszcze na wodzie jachtowi. Po kilku chwilach byli przy burcie Kormorana.
- Trzymaj! Rzucam koło, złap dobrze. Wciągam was... - wołał Filip
- O.K. Trzymam. Wciągaj!
Winek pomógł wepchnąć Cornelię na przechyloną i nie podtopioną burtę.
- Żyjesz? - zapytał Filip
- Yhy...yhy - kiwała głową, drżąc, kaszląc i wypluwając wodorosty z ust.
- Wszystko z Państwem porządku? - nieoczekiwanie zapytał ktoś z podpływającej z pomocą innej łodzi.
- Tak. Myślę, że wyszliśmy z tego cało - odparł Winek wdychając i wydychając rytmicznie powietrze.
Chciał wyrównać oddech. W końcu nie miał osiemnastu lat. Filip w tym czasie zajęty był Cornelią.
- To dobrze.
- Czy moglibyście Panowie popłynąć do przystani w Radziejach... i poprosić o jakąś pomoc techniczną.
- Niech pan powtórzy! - zawołał ktoś z jednostki.
- Chcielibyśmy, by wypompowali wodę, sprawdzili stopień uszkodzenia i i pomogli nam postawić żagle do pionu?
- To da się zrobić. Wszystko, co trzeba mamy na pokładzie.
Wincent dopiero teraz zauważył, że ma do czynienia z łodzią techniczną WOPR.
- Obserwowaliśmy Państwa jacht. Mknął ku wyspie jak latający Holender po kilku szklankach Heine-kena!
- To raczej adrenalina.... Przy całym pechu mamy szczęście - odparł Wincent przechylając głowę na bok i wyrzucając z uszu resztki wody utrudniającej mu dobre słyszenie i komunikację.
- Co z Cornelią? - zwrócił się do przyjaciela.
- Będę żyła! Nie wiem jeszcze jak długo i czy szczęśliwie. ...Ale będę żyła - odparła unosząc się na łokciach.
- W takim razie prosimy przejdźcie Państwo na nasz pokład. Osuszymy, podamy ciepłą herbatę i okryjemy kocami. Potem albo popłyniemy ku przystani, albo spróbujemy pomóc na miejscu. W międzyczasie zobaczymy co z jachtem...
- Bardzo rzeczowa propozycja - w imieniu wszystkich uczestników rejsu odpowiedział Wincent.
- Kormorany, żurawie, derkacze perkozy dwuczube, mewy srebrzyste, czarne rybitwy, gągoły, kureczki nakrapiane, krzyżówki i czernice muszą zatem poczekać - przekonywał ratownik z WOPR.
- Szkoda... Wszystko na to wskazuje! - dość obojętnie potwierdzał Winek.
- Co teraz? - zapytała Cornelia, gdy z powrotem zdawali łódkę właścicielowi na przystani.
- Ciągle rządna przygód? - zapytał Wincent.
- Nie łatwo mnie przestraszyć... - odparła.
- To mnie cieszy... - zareagował z uznaniem.
- Cornelia ma silny charakter - wtrącił się Filip.
Próbował komplementem ratować twarz. Niechwalebny manewr łodzią jak najszybciej włożyć do szuflady zapomnienia.
- Z tego co słyszałem uprzednio - do Wolfschanze, do lasu w Gierłoży koło Kętrzyna - odpowiedzi udzielił Winek.
Wolfschanze to kompleks ukrytego centrum dowodzenia Hitlera w Prusach Wschodnich wybudowany na czas realizacji planu Barbarossa, tj. ataku Niemiec na Rosję. Swoją wyjątkową rolę pełnił w latach 1941 - 1944. Zespół budynków i bunkrów o murach posiadających często grubość 8 metrów, zagłę-bionych na kilkanaście metrów w ziemi. Dobrze zamaskowanych. Pokrytych tynkiem imitującym mchy i porosty. Z betonowymi misami na dachach, w których umieszczono ukorzenione drzewa i krzewy. Wszystko w otoczeniu naturalnego lasu tak, by z lotu ptaka były nie do wykrycia. Pomiędzy budowlami rozpięte były wojskowe maskownice. Wisiały na na drutach ze stali Całość wyposażona w nienaganną infrastrukturę wodną, kanalizacyjną i grzewczą do codziennego użytkowania. Także przys-tosowany do ewentualnej nagłej ucieczki i/lub przeżycia w warunkach jak na owe czasy ekstremal-nych. Kompleks wyjątkowo dobrze strzeżony. Chroniło go kilkuset żołnierzy służby bezpieczeństwa i gwardii przybocznej Hitlera. Nie mówiąc o najbliższych jednostkach wojskowych gotowych w ciągu kilku minut dotrzeć w obszar zagrożenia, otoczyć i przystąpić do natychmiastowej obrony Wilczego Szańca.
- Nieźle tu się okopali... - zagaił Winek.
- Musieli - odpowiedział Filip.
- Jak to musieli? - spytała Cornelia
- Przygotowywali atak na Rosję. Polska była już pokonana - odparł Filip z nie do końca określoną intonacją i barwą w głosie. Trudno było określić, czy były to wyrazy współczucia, czy może innych emocji....
- Dodaj Norwegia, Francja także... - uzupełniał kolegę.
- Tak, Norwegia, Francja również - to dni triumfu Niemiec... hitlerowskich Niemiec - dodawał Kranc zaraz łagodząc swą wypowiedź jakby z gruntu chciał odrzucić podejrzenia o niezrozumienie lub ukrywane sympatie do nazizmu.
- Może byłoby im lepiej tego niedźwiedzia nie ruszać... - wtrącił Winek.
- Wówczas byli u szczytu potęgi i chwały, a ten niedźwiedź wydawał się być bezzębny - relacjono-wał dalej Filip.
- Chwały? U kogo ...? Z pewnością nie u Polaków, nie u Żydów! Chyba tylko wśród swoich, bei den Landsleuten. Zresztą. Nie do końca potęgi. Göring ze swoją Luftwaffe przegrywał już bitwę o Anglię, a do Moskwy zabrakło im później około 200 kilometrów.
- Przegrał, bo był głupi. Niepotrzebnie atakował Londyn. Zamiast bombardować lotniska i stacje radarowe wyspiarzy. Tak. Owszem. Zabrakło tych 200 kilometrów.
- Hmm ... zatem przyznajesz rację? - dopytywał Winek
Filip nie zwracał na kolegę uwagi i ciągnął dalej.
- Według generałów Wehrmachtu, Hitler nieopatrznie podarował je Stalinowi wspólnie dzieląc z nim po 17 września 1939r. Polskę na pół ... Inaczej byłoby po ptokach. A ten kat zza murów Kremla musiałby ogrzewać swoje brudne łapska przy ognisku gdzieś daleko na Syberii... - odparł Filip marsz-cząc brwi.
- Wart Pac pałaca. Kto za dużo chce zjeść naraz może się udławić... - puentował Winek.
Kranc popatrzył na kumpla. Nie powiedział jednak nic.
- Filip, podwaliny finansowe pod to nazistowskie państwo stworzyli Hjalmar Schacht i John Foster Dulles. Obydwaj uznani już wówczas ekonomiści. Zagarnięcie zaś Austrii a potem wkroczenie do Czech wzmocniło fundamenty przemysłowe.
- Trudno zaprzeczyć - Filip tylko odburknął pod nosem.
- Wszystko to pozwoliło Hitlerowi zbudować machinę militarną. Tak potężną, że mogła rzucić wówczas wyzwanie całemu światu.
A jak to było z zamachem Staufenberga na Hitlera? - zapytała przysłuchując się rozmowie Cornelia.
- Nie wiem jak ty patrzysz na to Winek, ja uważam go za bohatera. Cały zaś zamach za jedną z ostatnich prób i szans nawiązania - bez jednostronnej i bezwarunkowej kapitulacji Niemiec - pokojowych negocjacji z Zachodem.
- Czy ja wiem? Na pewno do takich przekonań mogłaby skłaniać fabuła filmu z Tomem Cruis'em. Niemcy latem 1944 nie byli jednak w sytuacji gwarantującej im zwycięstwo...- odparł Winek.
- Ale...? - Filip starał się dowiedzieć, co kryło się za sceptycyzmem warszawiaka.
- Ale... Patrząc z punktu widzenia Polaka, tzn. okupowanej Polski, Staufenberg nie byłby generałem Andersem mającym wjechać do Warszawy na białym koniu...
- Co za Anders na białym koniu? - wtrąciła Cornerlia
- To taka polska legenda o zwycięzcy spod Monte Cassino, który miałby powrócić do komunistycznej Polski i wyzwolić kraj od Sowietów po 1945 roku - objaśniał Filip.
- Myślę, że nawet przy udanej próbie zamachu Polska nie wróciłaby do swych granic z lat trzydziestych, sprzed wojny. Co najwyżej mogłaby pozostać państwem kadłubowym, wasalem całkowicie zależnym od wielkich Niemiec. Pod rządami pruskich generałów i kapitału z Zagłębia Ruhry, Bawarii, Westfalii. Czy w losie pogardzanych "Untermenschen" zmieniłoby się coś na lepsze?
- A nie? - zapytał Filip
- Pewnie w miarę upływu czasu tylko takie tyci tyci, takie małe nic! Oficjalnie przestalibyśmy może być niewolnikami. Awansowalibyśmy na miano tubylców kraju nad Wartą i Wisłą podbitych przez kandydujące do rangi mocarstwa światowego wielkie Niemcy. Nadal jednak przeznaczonych do wyzysku, eksploatacji i ciężkiej pracy za psi grosz. Tylko nazwa Niemiec uległaby zmianie z III Rzeszy na das Deutsche Demokratische Grossbundesreich.
- Nie przesadzaj ...
- Tania siła robocza, jakieś granty, mgławe obietnice na poprawę losu i paciorki gliniane na szyję musiałyby nam wystarczyć. Jakiś radny, lub wójt rzekomo wybrany w nowych demokratycznych wyborach. O samostanowieniu i własnych rządach w Warszawie nadal nie mogłoby być jednak mowy!
- Surowa ocena... - dość niechętnie skomentował Filip.
- Cóż chcesz...? dla Niemców pułkownik jest bohaterem narodowym. Dla nas nie! Zacytuję ci wypowiedź niemieckiego dziennikarza, Josefa Poffe: "...Stauffenberg jest dla Niemców tym, czym dla Amerykanów jest połączenie Jeffersona, Lincolna, macierzyństwa i szarlotki na ciepło".
- Tak mówił? Hi, hi ...Trochę mnie to zaskakuje. Przyznać muszę, że ma poczucie humoru ten skryba.
- Czyli raczej byś go bronił? - zapytał Wincent
- Nie, nie dziennikarza! Stauffenberga - dodał, by uniknąć nieporozumienia.
- A ty nie? Przecież wychwalał go polski prezydent podczas swojej niedawnej wizyty w Niemczech.
- Jaki prezydent? Kiedy to było?
- Kodelnicki... Stanisław ...
- A Bredzisław...? To było lata świetlne temu. Dla mnie nie był prezydentem Polski. Nie umiał odróżnić "ó" od "u" i zamiast nadziei pisał "nadzieji"! Co najmniej z tego powodu, oczywiście - z ironią w głosie referował mu Winek.
- Tak pamiętam tę krytykę medialną w Polsce z jego wpisem do księgi kondolencyjnej Ambasady Japonii po katastrofie w Fukushimie w 2011r. - przyznawał Filip.
- Jeśli chodzi o Stauffenberga. Owszem, czyn odważny! Facet z przysłowiowymi jajami... Szkoda tylko, że wcześniej bez protestu zaakceptował ustawy norymberskie i nie sprzeciwiał się eksterminacji Słowian - kontynuował swą wypowiedź Wincent.
- Jak to nie? - oponował Filip - Pochodził ze szlachetnej rodziny. Graf von Stauffenberg.
- Nie myl szlachetnego pochodzenia ze szlachetnymi czynami, kolego.
Wiesz może co pisał w listach do swojej żony Niny we wrześniu 1939 roku?
- Aż tak dalece się nie wgłębiałem... - odparł Filip
- No tak, zapomniałem. Świat zbudowany jest dziś na kulturze obrazkowej. Mali więcej czytają o wielkich, a wielcy czytają tylko o sobie samych. To zacytuję ci z pamięci co pisał wówczas ten szlachetnie urodzony Claus Schenk von Stauffenberg: "Die Bevölkerung ist ein unglaublicher Pöbel, sehr viele Juden und sehr viel Mischvolk. Ein Volk, welches sich nur unter der Knute wohlfühlt. Die Tausenden von Gefangenen werden unserer Landwirtschaft recht gut tun. In Deutschland sind sie sicher gut zu gebrauchen, arbeitsam, willig und genügsam." - Claus Schenk Graf von Stauffenberg über Polen, September 1939.
- Wow... - zareagował Filip machając dłonią jakby chciał powiedzieć: "Przesadzasz" lub "Wisi mi to dziś kalafiorem" ...
- Może jednak przetłumaczę na polski, jeśli pozwolisz: "Ludność (tu) to niesłychany motłoch, tak wielu Żydów i mieszańców. To lud, który czuje się dobrze tylko pod batem. Tysiące jeńców wojennych posłuży nam dobrze w pracach rolnych".
- Winek, daj spokój. To była wojna!
- W takim razie, jak myślisz czego mogliby spodziewać się po Stauffenbergu Polacy, gdyby dogadał się on i jemu podobni z Aliantami...?
- Mieliby dużo lepiej niż pod faszystowskim butem! - odparował Kranc.
- Ach tak? To byłby wybór między dżumą a cholerą. W punkcie 8-mym jego założeń programowych na negocjacje z Aliantami miało być przejęcie w granicę państwa niemieckiego takich polskich ziem jak Wielkopolski z Poznaniem, Górnego Śląska w całości, Pomorza Gdańskiego. Inaczej mówiąc żądanie potwierdzenia granic Niemiec na wschodzie z 1914 roku. Zupełnie tak, jakby państwa polskiego wcześniej i zrodzonego później po 1918 na nowo nie było i miało w ogóle nie być.
- Przecież Niemcy zostały skrzywdzone w Traktacie Wersalskim... stąd takie nakreślenie starych granic - przekonywał Filip
- Tak, tak starych granic. A granice Polski sprzed rozbiorów w 1795r. Czy one nie były wpierw "starsze"?! Oto właśnie Adolf rozpętał II Wojnę Światową.
- Hmm.... Trudno się z tobą rozmawia. Poza tym, gdybyście skorzystali z oferty Hitlera i poszli w 1939r. z nami na Sowietów wojna potoczyłaby się zupełnie inaczej. I dla nas i dla Was - mruknął Filip.
- Hmm... - Winek nie chciał rozwijać w tym momencie tego wątku.
- Wiesz, Niemcy. Nie mówię, że ty.... Niemcom wydaje się, że jeden, czy kilku sprawiedliwych z Sodomy odkupi grzechy i winy całego narodu za zbrodnie dokonane podczas całej wojny. Nie, kochany. To tak nie funkcjonuje. To nie jest proste równanie dwa minus dwa równa się zero. Na to trzeba lat i czynów odkupienia... Dowodów pozytywnego działania, nie pięknych słówek i poklepywania po ramieniu.
- Niemcy już dostatecznie dużo spłacili... odkupili. Pomagamy Afryce, wspomagamy Grecję ... - bronił się repatriant z Zachodu.
- Filip. Nie jestem przekonany, że Grecy bardzo się z tej pomocy cieszą... Problem ciągle powraca. Gewissensforschung und Ehrlichkeit der Absicht. Habgier und Hochmut. Edelmut im Handeln und Respekt gegenüber anderen. Macht und ihre böse Tochter Gewalt.
Winek natychmiast przełożył to na język polski.
- Rachunek sumienia i szczerość intencji. Żądza posiadania i wyniosłość. Szlachetność w działaniu i szacunek dla innych. Potęga władzy i jej zła córka przemoc. Oto dlaczego ta kwatera tu powstała i dlaczego Niemcy mają takie trudności ze swoją przeszłością... Co najgorsze, że cyklicznie je mają.
- To już polityka, pułkowniku - z przekąsem odparł Kranc.
- Tak przyjacielu, chcesz krótkiego przykładu? Już mówię Nordstream 2. Przeklęta rura! Niemcy są za duże na Europę, a za małe, by rządzić światem! Dążenie do wielkości i sprawowania władzy nad innymi to przyczyna większości wojen. Polityka i jej zbrojne ramię - media to zaś co najmniej dwa sposoby na mieszanie ludziom w głowach i sprawowanie władzy. Na końcu tego łańcuszka jest zwykły człowiek, a przed nim staje cała armia!
- Co najmniej...co najmniej dwa sposoby? Znasz jeszcze inne ...? - dopytywał mrugając okiem do Cornelii jakby chciał wykazać swoją wyższość w dyskusji i ośmieszyć kolegę.
Pułkownik to zauważył.
- Stosujesz sofizmat rozszerzenia... 10 zasad logiki, pamiętasz? - odparł Wincent.
- Co
- Sofizmat rozszerzania - Nie będziesz wyolbrzymiał albo przeinaczał tezydyskutanta, aby ułatwić sobie dyskusję... o ad personam nie wspominając.
- Przecież tylko zapytałem - bronił się Filip.
- Jasne ... mimika, gesty, gra ciała - taka nic nieznacząca zbroja rycerza na turnieju fair play w obecności dam i królowej dworu. Si, maestro. Podsumowując - generalnie to money...po naszemu "piniądz"! - odparł Wincent.
- No dobra chłopaki. Dajcie spokój. Już późne popołudnie. Co teraz? - zapytała.
- Zawiozę was w jedno ciekawe miejsce. To całkiem niedaleko stąd. Ten, kto tym obiektem zawiaduje to mój kumpel ze szkoły. Zadzwonię do niego i powiem, by na nas poczekał.- odpowiedziała Filip.
- Zdajemy się na ciebie - dopowiedział Winek
Odczekali chwilę. Mieszkaniec Rynu do kogoś dzwonił.
- Hallo, Heini...? Tak to ja Filip. Będziemy u ciebie za około godzinę. Poczekaj na nas...
- I, co na to Heini, Heinrich, czytaj Henio? - spytał nie rezygnując z lekkiej drwiny tym razem puł-kownik.
- W porządku, będzie czekał.
- O.K. Zatem w drogę!
Droga, jaką wybrali wiodła dość krętą malowniczą trasą wśród lasów i jezior wklejonych jak pędzlem Wyczółkowskiego lub Gersona pomiędzy niewysokie wzgórza porośnięte różnokolorowymi koronami drzew. One zaś pokryte były zielonymi łąkami lub polami uprawnymi ubrane w różnobarwne kłosy zbóż. Niektóre leżały odłogiem. Nie wszystkim tutejszym gospodarzom opłacało się je uprawiać. Wystarczyło zaorać i zapewnić tzw. gotowość do uprawy, by móc pobierać unijne dotacje. Wszędzie w Europie obfitość plonów, nadwyżki w produkcji żywności. Czy zasiadając za bogato zastawionym sto-łem jej mieszkańcy zdawali sobie sprawę z tego, że w Afryce setki tysięcy ludzi nie dojadało, cierpia-ło i/lub umierało w tym samym czasie z głodu...?
- Daj spokój Wincent. Nie jesteś w stanie uzdrowić i zbawić całego świata ... - przerwał samobiczo-wanie myślami.
- Przecież pomagasz, wpłacasz na Caritas, wrzucasz do puszek przed kościołem, oddajesz wcześniej używaną, lecz dobrą jeszcze odzież....Popatrz, ciesz się, że jesteś, że nic ci nie dolega. Póki co możesz chodzić, pływać, żeglować, kierować samochodem, jechać rowerem będąc sytym wśród całego piękna Boskiej natury. Możesz śpiewać, możesz kochać...
- Reszta należy do bogatszych i jajogłowych tego świata. Odpowiedzialność proporcjonalna do zajmowanego stanowiska i pełnionych funkcji. Nawet jeśli wydaje im się, że mogą wszystko...
Przez dłuższą chwilę spoglądał przez szybę okna .
- A może każdy z nas powinien razem i z osobna zrobić, dokonać czegoś więcej...?
- Już dojeżdżamy. Po lewej jezioro Kraksztyn, po prawej Drugin. Jeszcze tylko ten fragment polną drogą... - przerwał Filip.
- Do twarzy im w tych promieniach słońca ... - zażartowała Cornelia jakby chciała je uosobić.
- Poczekaj, zatrzymaj się - odparł ni stąd ni zowąd Winek.
- Tak w szczerym polu? - zdziwiła się odrywając wzrok od mieniących się w słońcu tafli jezior.
- Widzicie to małe wzniesienie?
- Jasne. I co z tego? - zapytał Filip
- Czy mi się zdaję... widzę tam krzyż. ... i dalej kolejny... i jeszcze jeden... - wołał Opara wyglądając z okna.
- Tam jest stary cmentarz - odpowiedział Kranc.
- Leżą tam lokalsi. Głównie sprzed wojny. Dziś chowają mieszkańców już gdzie indziej.
- Chciałbym zobaczyć, obejrzeć.... Chodźmy tam - zawyrokował warszawiak.
- Winek, niedługo zrobi się ciemno ... - Cornelia nie była za bardzo szczęśliwa z tego pomysłu.
- Nie bój się. Tylko na chwilę. Zdążymy przed zachodem słońca... - Winek dodawał jej odwagi i za-chęcał.
- No dobra. Skoro tak bardzo chcesz...
- Nie powiem, że mnie tam ciągnie - wspierał Cornelię Filip.
- Nie? Za wszelką cenę mnie również nie! Na to mamy wszyscy jeszcze czas...mam przynajmniej taką nadzieję. - uśmiechnął się.
- Chodźmy. Spotkanie z duchami nie musi być tak całkiem bez sensu... - dodał.
- Czyżby miały przemówić? - Cornelia spojrzała Winkowi w oczy.
- Kto to wie? Werden sehen... - zobaczymy - odparł.
Wzniesienie porośnięte było wysokimi na półtora metra chwastami, pikującymi w niebo jałowcami, tujami i cyprysami. U jego podstawy niskie stalowe ogrodzenie, w części pomalowane na czarno, w innej ciągle zardzewiałe. Wydawało się, że teren za nim położony to strefa czyjejś własności. O ile o kwestii posiadania czegokolwiek na własność można by było w tym przypadku jeszcze mówić.
- Uważaj, puszczam - powiedział Winek zwalniając za sobą z uchwytu gałązkę cyprysa. Nie chciał urazić w oczy idącej za nim Cornelii.
- O.K. trzymam. Dziękuję.
- Patrzcie tu stoi jakiś znicz ... już wypalony. Zostało tylko szkło, przykryte w połowie liśćmi. Grób jakby zapadnięty. Uwaga - odezwała się do chłopaków.
- Napisy w większości po niemiecku - komentował w myślach Wincent.
- Tam także - potwierdzał Filip.
- Ktoś tu jednak przychodzi, odwiedza zmarłych... - wnioskował.
- Za wielu to ich tu przed nami nie było - dopowiedział.
- Wszystko zarośnięte.
- Pamięć ludzka jest tak długa, jak długo żyją dzieci, wnuki, może jeszcze prawnuki. Później wszystko porasta mchem... mchem zapomnienia - westchnęła Cornelia.
- Chyba, że pozostawili po sobie coś, więcej niż urnę z popiołem. Coś nieprzemijalnego...
- Jak długo mamy tu jeszcze błądzić? Jeszcze chwila i będzie ciemno. - dodała.
- Tylko na szczyt wzniesienia... Zobacz, tędy prowadzi jakaś ścieżka. - odparł Winek.
- O.K. Potem wracamy - Filip stawał w obronie partnerki.
- Ma się rozumieć nie będziemy tu przecież nocowali... jeszcze dwa kroki i już jesteśmy.
- Brrrr - Cornelia wzdrygała się przed dalszym spacerowaniem po cmentarzu. Przez moment prze-szedł ją dreszcz. Nie, by należała do osób bojaźliwych... Jednak nie było to przyjemne uczucie.
- I dokąd zaprowadziła nas ta ścieżka...? Ten grób jest jej zwieńczeniem. Jesteśmy chyba na końcu naszej cmentarnej wędrówki. Zobaczmy kto tu jest pochowany...i wracamy - uspakajał Wincent
- Nic nie widać prawie cały zarośnięty trawą i krzakami ...- komentowała.
- Przyświecę latarką - zaoferował się Filip.
- Jakieś trzy znicze ... Jeden na wpół stłuczony - relacjonował dalej.
- Tu, wyżej. Przyświeć na napis! - Opara wskazał ręką.
- ....Michał Kajka urodzony 27 września 1858, zmarły 22 września 1940, poeta - odczytywał po chwili.
- Nie powiem, panteon artysty to to nie jest! - komentował na gorąco.
- Rzeczywiście nie jest... - potwierdzała po niemiecku Cornelia.
- Jednak leży wśród swoich - zaoponował Filip.
- To ważne. Chodźmy. Wracamy. Na dole czeka na nas Heniek... - ciągnął dalej.
- Chwilkę, zmówmy chociaż krótką modlitwę. Jeżeli przebywają w czyśćcu - ona im się przyda. Tam pewnie niepojęta tęsknota... Nie wolno pozostawiać ich w niepamięci. Inaczej inni zapomną kiedyś o nas - podsumował Wincent.
Przeżegnał się i szeptem zaczął mówić "Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie..."
Potem wszyscy zeszli na dół. Po chwili byli już przy samochodzie.
- Cała na przód. Mam nadzieję, że Henio nie stracił cierpliwości - powiedział Kranc.
Budynek, przed bramą którego stanęli niczym się nie wyróżniał. Stał wśród innych do niego podob-nych w szeregu jako ostatni. Tuż przed kościołem wzdłuż wiejskiej drogi. Droga była wyłożona równo ubitą kamienną kostką. Poniżej jak czarna dziura w przestworzach mieniła się toń jeziora Kraksztyn.
- Dobrze, że w oknach jeszcze światła... znaczny, że jeszcze tam ktoś jest - z ulgą odezwał się Filip.
- Czyżbyś miał dość spotkań z duchami? - zażartowała Cornelia
- I owszem jak na jeden wieczór wystarczy - odparł.
- Zaraz, to nie jest zwykły dom... Przy drzwiach napisane jest muzeum... Muzeum Mikołaja Kajki.
Wincent w zwolnionym tempie odczytywał nieduży szyld na ścianie.
- Tak, tu chciałem was na koniec przyprowadzić - informował z westchnieniem Filip.
- Przed wojną wieś nosiła nazwę Ogrodtken - dodał zwracając się ku Cornelii jakby chciał wrócić w części do swoich rodzinnych korzeni.
- To przedmieścia Orzysza, Aris - poprawił się.
- Dobry wieczór ... słyszę, że Państwo dotarli. Czekaliśmy od wczesnego popołudnia - naprzeciw wychodziła jakaś kobieta. Stanęła w bramie na podwórzu. Oświetlał ją słup światła lampy. Była ele-mentem przydomowego systemu antywłamaniowego. Kobieta miała długie blond włosy, spięte z tyłu czarną spinką. Więcej niż średniego wzrostu, dobrze zbudowana. Dość szerokie biodra, wąska talia i wydatne piersi. Na nogach jeansy. Powyżej luźna biała bluzka, u góry we fragmentach z koronki. Na-szyjnik z ametystów odbijał światło lampy na niebiesko. Podwinięte do góry mankiety spodni świad-czyły z jednej strony o fantazji kobiety, z drugiej zaś o jej praktycznym zmyśle doboru stroju do pogody. Ciągle było dość ciepło. Ukazywały nad kostkami początek szczupłych łydek nóg. Na stopach za-wiązane białymi sznurówkami sportowe obuwie. Miał wrażenie, że połyskują w części złotą poświatą lakieru. Nie był jednak tego pewien. Było już po zmroku.
- Pan Kranc, prawda...?
- Tak, Filip Kranc. Bardzo mi miło. To moja partnerka Cornelia i przyjaciel, Wincent z Warszawy.
- Nazywam się Małgorzata Bortnowska. Henryk uprzedzał mnie, że Państwo lada moment przyjadą.
- Dobry wieczór - przywitała się podając rękę każdemu z osobna.
- Jestem zastępczynią Henryka Jeżewskiego, kierownika muzeum... powiedziała wyjaśniając.
- Prosił, bym go godnie zastąpiła. Nie mógł dłużej czekać. Żona w dziewiątym miesiącu ciąży... Wiecie Państwo nagle musiał wyjechać...
- O.K.... Jasne, dobrze rozumiemy. Sprawa wagi państwowej - Wincent uśmiechnął się do kobiety. Kogoś mu przypominała.
- Ma się rozumieć. Zadzwonię do niego jutro - potwierdzał Filip.
- Znamy się tyle lat...
- Dziękujemy, że zechciała Pani na nas poczekać - ze swej strony dodał Winek.
- Zapraszam. Zatem zapraszam Państwa do środka... - kobieta wskazała ręką na wyłożoną ceramicz-nymi płytkami ścieżkę prowadzącą do tylnego wejścia muzeum. Drzwi frontowe były o tej porze już zamknięte.
- Jeszcze raz dobry, wieczór und Willkommen bei Michał Kajka zu Hause - wypowiadała grzecznoś-ciowe formuły uchylając drzwi gościom. Była nieco spięta. Wincent zauważył, że lekko drżały jej dłonie.
- Dobrze, że zrozumiałem ... - szepnął do siebie.
- Witamy w domu Michała Kajki - poprawiła się mówiąc po polsku jakby dosłyszała jego aluzję.
W rzeczywistości znał niemiecki. Chciał jednak, aby Pani Małgorzata, jeśli już - mówiła równolegle w dwóch językach. Przynajmniej w pierwszych zdaniach prezentacji po polsku dla nich oraz dla Corne-lii po niemiecku. Tak dla zasady. W końcu są w Polsce. Tu się mówi po polsku. Man spricht Polnisch hier. Do czasu, gdy jej nie powie, że nie musi. Był już wieczór. To, że wkrótce zamierzał zwolnić ją z tego obowiązku było oczywiste. Przecież przez grzeczność czekała tak długo na ich spóźniony przy-jazd. Rozumiał to i doceniał.
- Skąd ja ją znam? - powtórzył. Myśl ta nie dawała mu spokoju.
- Sporo zdjęć na ścianach... - zauważyła Cornelia.
- Tak ukazują poetę i jego rodzinę w różnych sytuacjach życiowych. Pochodzą głównie z lat trzydziestych.
- Słyszałem, że odwiedził go Melchior Wańkowicz? - zapytał Winek
- Tak, to było w 1935 roku. Ale przyjęła go tylko żona. Nie znalazł czasu dla przybysza z Polski. Dodajmy w owych czasach znamienitego gościa z Polski. Traf chciał, że siedział wtedy na krokwi dachu domu w budowie - objaśniała przewodniczka.
- Podobno przyjechał najnowszej klasy luksusowym autem, w angielskiej tweedowej marynarce, podkolanówkach, bryczesach i świeżo wypastowanych pantoflach.
- Krótko mówiąc olał Wańkowicza? - zapytał Filip z lekkim uśmieszkiem na ustach.
- Był aż tak zajęty? - dociekał Wincent
- Hmm Był z zawodu cieślą i dekarzem... myślę, że nie do końca, nie do końca był aż tak zajęty - odparła.
Spojrzała na gości i ciągnęła dalej.
- W tych czasach przybysze z Polski nie byli tu mile widziani. Kajka był inwigilowany przez członków tajnej policji i NSDAP, do której zresztą nie chciał się zapisać. Dla dobra swojego i rodziny unikał kontaktów z Polakami. Wcześniej 1930 roku władze niemieckie odmówiły mu wyjazdu do Polski. A w roku wizyty Wańkowicza sytuacja Mazurów w Prusach Wschodnich wcale nie ulegała poprawie... Raczej pogorszeniu. Tym bardziej tych, którzy pisali w języku polskim.
- To Kajka był Mazurem, nie Niemcem? - zapytała zdziwiona Cornelia.
- Widzi Pani to dość trudne do wyjaśnienia. Trzeba by było dokładnie zapoznać się z jego życiorysem i twórczością. Poznać bliżej jego osobowość - pani Małgorzata objaśniała ze spokojem.
- Zresztą mogę zacytować coś z pamięci na ten temat. Nabrała oddechu i zaczęła mówić:
" Abym mógł rozpoznać ją i żebym uwierzył
Błyskawica rzeźbi twarz w brązowym powietrzu
Ale bym się nie zląkł jej, że nazbyt wyraźna
Na początek to nie twarz tylko gruba maska
Ale bym nie lękał się, że nie ujrzę w całej
Fantastycznie groźnej i absolutnej krasie
Dano przecież pewną mi, skrytą wiedzę senną:
Wszakże burza dalej trwa, więc ujrzę na pewno"
- Czy wiersz nie nosi tytułu "Twarz"? - zapytał Winek.
- A ty skąd taki mądry? - pokpiwał Filip.
- Dokładnie tak - odparła ze zdziwieniem, że ktoś może znać ten tytuł. W końcu Kajka nie był ani Kochanowskim, ani Mickiewiczem, Słowackim, czy Szekspirem. Był raczej zwykłym poetą ludowym.
- W gablotach rękopisy... Czy to oryginały? - zapytał Winek
- Właśnie rzuciłem okiem na ten wiersz w gablocie - dodał.
Uśmiechnęła się. Lubiła ludzi słuchających innych i bystrych zarazem.
- Niestety nie. Te akurat to kopie. Część uratowanych w 1945 rękopisów poety znajduje się w Stacji Naukowej Polskiego Towarzystwa Historycznego w Olsztynie. Inna część zaś w dziale rękopisów Biblioteki PAN w Krakowie. Tu w oryginale przechowujemy tylko kilka z nich. Te najbardziej znane.
- Kto to był Kajka, kim on był? - zapytała Cornelia co raz bardziej zaciekawiona postacią.
- Urodził się 27 września 1858 w Skomacku Wielkim. Był najstarszym synem małżeństwa Frycza i Justyny z Zawadzkich. Pochodził z prostej rodziny bogatszych chłopów. W roku 1883 zamieszkał w tym domu wraz żoną w Ogrodnikach. Z Wilhelminą z Karasiów mieli dziesięcioro dzieci.
- To dopiero mocarz? - tym razem zażartowała Cornelia.
- Co ty?! Po prostu wtedy nie było telewizji i nie stosowano prezerwatyw...! - szepnął jej do ucha Filip.
- Niestety przeżyło tylko dwóch synów. Gustaw zamieszkał z nimi w Ogrodnikach. Adolf przeniósł się do Orzysza -- kontynuowała opowiadanie kustosz.
- Musiało to odcisnąć się piętnem na jego życiu - wtrącił Winek.
- I owszem. Stał się nieufny i zamknął w sobie. Wtedy do głosu co raz częściej dochodziła poezja. I to w tym całym nieszczęściu jest zjawiskiem dla artysty i późniejszych odbiorców jego sztuki czymś pozytywnym.
- Od kiedy zaczął pisać? - spytała Cornelia.
- W zasadzie już od 17 roku życia. Pisał mazurskie, tj. lokalne humoreski, pieśni religijne w duchu luterańskim, publikował wierszem teksty społeczne w ostródzkim "Mazurze" i w "Nowinach Śląskich". Potem jego wiersze ukazywały się w "Mazurskim Przyjacielu Ludu", "Gazecie Olsztyńskiej".
- Czy pisał po polsku, tylko po polsku? - oglądając fotografie na ścianie zagadnął Filip.
- Tak, tylko w języku polskim. Ot proszę mały cytat:
"O, cna przeszłości,
Gdy pomnę na cię,
Na me młodości
W rodzinnej chacie,
Na matkę moję,
Co mię pieściła,
Jak dziecię swoje
Modlić uczyła.
Ojciec do tego
Pilnie pracował
I dnia każdego
O mię zorgował."
Możemy tu mówić o gwarze ludności polskiej, przybyłej z Kurpiów i Mazowsza na tereny Prus Wschodnich przed kilkoma wiekami. Przyjeżdżali w poszukiwaniu pracy i chleba. Do języka tu używanego wtrącali zapożyczenia z niemieckiego - objaśniała dalej.
- Skąd my to znamy? Saksy... - zauważył z satysfakcją Filip.
- Fakt ... raczej roboty ... - pomyślał Wincent.
- Czy on musi w kółko podkreślać wyższość niemieckich Świąt Bożego Narodzenia nad polskimi Świetami Wielkiej Nocy... Tak jest, to znaczy od czasu, gdy upadła I Rzeczpospolita, gdy byliśmy regionalną potęgą - skonstatował po cichu Wincent.
- Jeśli chodzi o jego poglądy na ówczesną sytuację w Niemczech to sprzeciwiał się hitleryzmowi i wielokrotnie opowiadał za podtrzymaniem języka polskiego wśród Mazurów w Prusach Wschodnich. W ostatnich latach życia wiele utworów ogłaszał z tego powodu anonimowo.
- I jak potoczyły się dalsze koleje jego życia? - zapytała Cornelia.
- We wrześniu 1940 roku, w wieku 82 lat zmarł w swoim domu w Ogrodnikach. Jego najstarszy syn zginął w Gdańsku w 1945. Okoliczności jego śmierci nie są do końca znane. Po wojnie pozostała przy życiu synowa poety mieszkała tu jeszcze do 1966 roku. W tymże roku przekazała cały majątek na rzecz polskiego skarbu państwa i zdecydowała się wyjechać z całą rodziną do Niemiec.
- Nie czuła się tu dobrze ...? - spytała Cornelia.
- Jak mogła czuć się w Polsce dobrze w szczytowym okresie władzy Gomułki! - skomentował krótko Wincent.
- Tak to wyglądało. Po liście polskich biskupów do niemieckich ze słowami "Wybaczamy i prosimy o wybaczenie" cały aparat propagandowy komunistycznego państwa polskiego rzucił się do gardła wszystkim autochtonom. Nieważne, czy poczuwali się do swoiście rozumianych polskich korzeni, czy też spoglądali z rosnącym zainteresowaniem przez miedzę za Odrę. Tam miał czekać na nich gospodarczy raj. Poniekąd zgodnie z prawdą. W porównaniu do szarości i siermiężności dnia codziennego w "socjalistycznej" Polsce - objaśniała kustosz.
- Zatem jak to było z tą rodziną ... polska? niemiecka? - szukał odpowiedzi Filip.
- Losy tej rodziny, jak wielu rodzin z pogranicza były i są pogmatwane - odparła.
- To znaczy, że gdyby dziś ktoś zapytał Michała Kajkę czy jest Polakiem to odpowiedziałby "Jain"?
- wtrącił Wincent.
- Hmm ... - Pani Małgorzata uśmiechnęła się i dopowiedziała:
- Jain! Tak myślę. Michał Kajka nie był ani Niemcem, ani nie był Polakiem. Był człowiekiem z Ma-zur.
- Był "lokalsem" - spuentował po swojemu Filip.
- Szkoda tylko, że leży gdzieś tam na wzgórzu sam, w takim zapomnieniu ... szepnął Winek.
Gdy przekraczali próg drzwi muzeum Wincent zwrócił uwagę na słowa wypisane dużymi literami na ścianie jednej z izb domu poety:
"Czego chcesz od nas Panie ...?"
- Zabierzemy Panią do miasta. Niech Pani zamknie muzeum. O tej porze nie zostawię koleżanki Heinricha w opuszczonym domu na pustkowiu....Proszę niech Pani nie oponuje i powie tak - nalegał Filip.
- Bitte, wir haben noch einen freien Platz im Wagen. Sie koennen hier nicht bleiben. Es ist so spaet Abend - popierała partnera Cornelia.
- O.K. w takim razie, skorzystam. Proszę zaczekać - włączę alarm i już do Państwa idę - odpowie-działa z wyraźną ulgą w głosie. Do miasta miałaby pieszo około 3 kilometrów.
- Wincent chyba nie masz nic przeciwko? - spytał dla formalności.
- Skądże! ... Cała przyjemność po naszej stronie. Bitte einsteigen, Türe schliessen. Aha noch was: gute Laune ist zum Mitnehmen! Aha, jeszcze coś, prosimy o zabranie ze sobą dobrego humoru!
- Wszyscy gotowi? So, auf die Plätze, fertig, los! - Na miejsca, gotowi, start! - powiedział wciskając pedał gazu.
Buenos, lub Los Aris - jak sobie dworował Winek - inaczej Orzyszowi, z pewnością brakuje wiele do kalifornijskiej metropolii. Miasto ma w sobie jednak pewien urok. Przede wszystkim to bliskość jeziora Orzyskiego, jego bajkowe zatoczki, porośnięte trzcinami i zielonymi olchami nabrzeża. Plaża nieopodal centrum miasta, przystań żeglarska oraz bogate w faunę i florę okoliczne lasy. Dzięki olej-kom eterycznym starodrzewia dają rozkosz nozdrzom i wytchnienie płucom zmęczonemu, przyjezd-nemu mieszczuchowi.
- Czujecie? - zapytał otwierając szybę na oścież.
- Winek, nie przezięb nam Pani Małgosi - odezwał się Filip.
- A co niby mielibyśmy czuć? - z tajemniczym uśmiechem dodała Cornelia.
- Matkę naturę. Zapach leśnego igliwia i mchu, mokrego tataraku i krzewów kwitnącego jaśminu ... - odparł.
- Nie da się zaprzeczyć, wystarczy głębiej nabrać powietrza - wsparła Wincenta kustosz muzeum.
- Najwidoczniej, dawno nie byłem w Warszawie i nie widzę, to jest, nie jest mi dane poczuć różnicy skomentował Kranc.
- A propos, nie jest Pani za zimno, nie wieje do tyłu? - Winek przerwał chwilowy zachwyt nad tutejszymi zaletami klimatu.
- Nie, jest w porzo, znaczy w porządku - odpowiedziała
- Na wszelki wypadek przymknę trochę szybę - odparł.
- Nie chciałbym, by musiała Pani sięgać po medykamenty. Na najbliższy tydzień zapowiadają fantastyczną pogodę, lepiej korzystać z darów przyrody i słońca niż leżeć przeziębionym w łóżku.
- Mówmy sobie na Ty... - poprawiła go.
- Jasne, w każdym razie przymknąłem okno.
Sprawiło jej przyjemność, że ktoś, kogo jeszcze przed godziną nie znała, wykazuje troskę o jej zdro-wie i dobre samopoczucie.
- Winek, coś mi się wydaje, że trochę postoimy ... - zauważył Filip.
- Nie da się zaprzeczyć - odparł warszawiak wychylając znad kierownicy głowę do przodu.
- Co się dzieje? - zapytał Cornelia
- Szlaban, opuszczają szlaban... za chwilę przejedzie tędy pociąg - odpowiedział Kranc.
- Czy tu jeżdżą jeszcze pociągi pasażerskie? - spytał Wincent.
- Od dawna już nie jeżdżą. Podobno się nie opłaca. PKP za poprzednich rządów zrezygnowało z większości prowincjonalnych kursów na różnych kierunkach - objaśniał Filip.
- To co tu u diaska o tej porze może jechać? - zapytał kolegę z lekkim zdziwieniem.
- Jakaś zjawa? ... Hmmm, chyba się domyślam - Wincent dodał po chwili namysłu.
- Może jakiś Gespenst...duch? - zaśmiała się Cornelia.
Było już ciemno. Tylko nieliczne lampy wzdłuż torów oświetlały tę część miasta. Za nimi droga z Og-rodnik, przed nimi droga do centrum i do domu, w którym mieszkali Filip z Cornelią.
- Nie, coś mi się wydaje, że to coś bardziej realnego...Słyszycie ten ciężki stukot kół wagonów i lokomotywy?
- Skąd zatem taki hałas, gdy jeszcze nic nie widać, a na burzę lub wojnę mimo wszystko się nie zapowia da? - zapytała Cornelia.
- Der Kuckuck weisst. Kto to wie, nigdy nie wiadomo. Aris, to w końcu miasto z tradycjami żołnierskimi... - zareagował Filip jakby chciał na końcu postawić znak zapytania.
- Tak. Nie zaprzeczam. Teraz i przed wojną - Małgorzata skinęła głową.
- Dajcie spokój... a i Królewiec, tj. Koenigsberg lub jak mówią Ruskie Kaliningrad stąd niedaleko. Dalsze słowa są zbyteczne - odrzekł Winek. Domyślał się, skąd ten dobiegający hałas.
- Oh, widać kontury, wjeżdżają na stację... - ze swej strony komentował Kranc.
Oczy wszystkich zwróciły się ku wjeżdżającej na pobliską stację lokomotywie i ciągniętym przez nią wagonom. Były to platformy transportowe o dużym gabarycie. Maszynista z wyczuciem wciskał pe-dały hamulców. Zdawał sobie sprawę jak cenny przewozi ładunek. Miał stanąć dokładnie w miejscu wyznaczonym przez zawiadowcę stacji. Rozlegał się głośny pisk kół a na tory leciały świecące iskry.
- Winek, patrz! To chyba jakieś transportery opancerzone - zawołał Filip.
- To Amis - Amerykanie. Z tego co się orientuję, to bojowe wozy piechoty Bradley - odpowiedział żargonem wojskowym Wincent. Rozpoznanie takiego sprzętu nie stanowiło dla niego problemu.
- A te za nimi, tam kolejnych sześć platform? - dopytywał po chwili ponownie.
- To samobieżne haubice Paladin - objaśniał pułkownik.
- Ja cię przepraszam! ... A te olbrzymy? - ciekawości Kranca nie było końca.
- To z kolei czołgi. M1A2 Abrams. Obecnie jedne z najlepszych na wiecie. Sprawdzone na polu walki w Iraku - odparł gość z Warszawy.
- Choć o naszym nowym polskim prototypie nie mógłbym zapomnieć... - pomyślał.
- Dobry jesteś! - powiedział z uznaniem Filip.
- A po co oni tu przyjeżdżają? - niewinnym głosem kobiety nieobeznanej w tematyce wojskowej za-pytała Cornelia.
- Nie wiesz? Rosjanie przeprowadzają kolejne manewry tuż za granicami Polski. Tym razem wraz Białorusią maję ćwiczyć tzw. obronę przed anonimowym wrogiem z Zachodu. Ten wróg o nazwie Wnieszolandia zamierza zająć dużą część terytorium Rosji i Białorusi. Rosjanie chcą przejść do kontrofensywy i uderzyć w odwecie na kraje NATO. Niewykluczony jest przy tym kontratak nuklearny.
- Na kogo? - dopytywała.
- Można się domyślać, na kogo! W pierwszej linii na Warszawę! Przecież tuż za miedzą, a ci Polacy tacy ciągle niesforni, nieusłuchani, "słowiańskie sprzedawczyki Amerykanom"... - objaśniał z nutką ironii w głosie Wincent.
- Czy rzeczywiście Zachód chce napadać na Rosję? - spytała Małgosia całkiem na poważnie.
- Z tego co wiem - nie. Z ostatnich wydarzeń na Wschodzie Ukrainy to raczej Rosjanie byli stroną agresywną. Zajęli Krym, a "zielone ludziki" nadal okupują Donbas - odparł Opara.
- Aha... to znaczy "gołąbki pokoju, obrońcy uciśnionych" ćwiczą "obronę konieczną" - z sarkazmem komentowała kustosz muzeum.
- Kiedyś już to przeżywaliśmy... Wystarczy zapoznać się z historią rosyjskiej propagandy z czasów wojny polsko-bolszewickiej, z 17 września 1939 i później, tyrady Chruszczowa, Breżniewa, Gromyki w reakcji na "imperialistyczne" plany dozbrojenia Europy. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku np. w Pershingi. Potem innych przywódców Kremla na pomysły gwiezdnych wojen Reagana. Pamiętacie?
- Jak przez mgłę. Chyba jesteśmy za młodzi.... - uśmiechnęła się Małgosia.
- Ah... Pershingi, Pershingi... tak, coś słyszałam na ten temat od ojca - reagowała Cornelia.
- Ciągle ten sam scenariusz.... zbroję się, bo muszę... - od siebie dodał Filip.
- Jak mówił Wałęsa "nie chcem, ale muszem". Czytaj - si vis pacem parabellum - odparł Winek.
- Skąd oni przyjeżdżają? - zaciekawiła się Cornelia.
- Z USA. Oczywiście w tym momencie to przegrupowanie małej części wojsk amerykańskich stacjonujących u Was w Niemczech na tereny obecnie bardziej zagrożone wschodniej flanki sojuszu. To znaczy do Polski i krajów bałtyckich - odpowiadał rzeczowo pułkownik.
- Czasem na argument siły, trzeba odpowiedzieć tym samym. Zwłaszcza, gdy "jedno Monachium" mamy już za sobą, a drugiego nie chcemy! - dodał.
- Do diaska. Czy zawsze będziemy musieli wybierać między tym, jak być "zgrillowanym" lub ugotowanym na twardo i czy restauracja, w której serwują to pierwsze danie, nie może znajdować się w jakimś innym zakątku kuli ziemskiej? - szepnął do siebie mając w myślach ostatnio przeczytaną książkę polskiego autora pt. "Pakt Ribbentrop - Beck". Autorską analizę alternatywną fragmentu wydarzeń historycznych Polski i Niemiec sprzed kilkudziesięciu lat.
- To zależy w głównej mierze od samych Polaków... Zawsze trzeba się dobrze zastanowić nad tym, z kim lepiej trzymać sztamę - skomentował Filip.
Jakby czytał w myślach Winka. Dotychczas milczał. Tylko, czy czytał po polsku, czy po niemiecku?
- Całkiem ładnie mieszkacie - skomplementowała Małgorzata siadając wygodnie w fotelu.
Pokój gościnny mieszkania Filipa i Cornelii choć nie za duży był całkiem gustownie urządzony.
- Coś do picia? - zagadnął gospodarz.
- Sok pomarańczowy ... jeśli jesteś tak miły - odparła.
- Dodam trochę Campari... O.K.? - zapytał.
- No dobrze, ale takie małe tyci, tyci... chcę wrócić do domu o własnych siłach - poprosiła.
- Zawsze możesz u nas przenocować ... - zaoferował się w imieniu swoim i partnerki.
- Cornelio, a ty? - Przecież wiesz co lubię... - zareagowała.
- Tak, wiem - odpowiedział kiwając głową.
- A ty wilku morski, to co "drzewiej bywało"? - skierował pytanie do Winka
- Poczekam. Sprawdzę, czy pamiętasz ...? - uśmiechnął się.
Filip podszedł do barku i zaczął przygotowywać drinki. Dla Cornelii białe Martini, dla Wincenta Chi-vas z trzema kostkami lodu.
- Zapowiada się miły wieczór. Cieszę się, że przystałaś na zaproszenie i zgodziłaś się wpaść do nich na chwilkę - Winek zwrócił się do Małgorzaty dziękując w imieniu swoim i gospodarzy.
- Wyglądacie na normalnych. Jak na razie objawów zboczenia i ukrytej agresji wśród zgromadzonych nie zauważyłam... Zresztą Filip jest przyjacielem Henryka, a do Henryka mam pełne zaufanie - odpowiedziała Małgosia.
- Pozory mogą czasem mylić ... - Winek uśmiechnął się zmieniając wyraz twarzy z poczciwca na twarz przypominającą wyrachowanego lekarza, głównego sprawcy zbrodni w filmie "Snowman" według powieści Noesbo.
Powiedział to modulując przy tym głos i zmieniając ton, by być bardziej dramatycznym.
- O rety, może jednak źle oceniłam sytuację? - zapytała mocniej wciskając się w fotel i zaglądając mu filuternie w oczy.
Nie dostrzegł w jej oczach strachu. Raczej chęć uczestniczenia w słownej zabawie i żartobliwej grze. Może coś więcej...
- Myślę, że prawidłowo - Opara wrócił do swojego naturalnego sposobu bycia i wyrażania się.
- W takim razie zostanę, choć o mało nie zamierzałam już wychodzić - odparła.
- A dokąd to? - wtrącił się gospodarz domu.
- Dlaczego miałabyś już nas opuszczać - dodał.
- Nie nic, Wincent próbował napędzić mi stracha.
- Winek, co ty? Rycerz w mundurze polskiego oficera? Nie wierzę... Czymże to moja droga?
- Żartuję. Chciał powiedzieć, że kobiety nie mogą ufać wszystkim mężczyznom.
- Hmm... - w ogólności ma rację. Jeśli chodzi o nas dwóch nie musisz niczego się obawiać. Jesteś pod dobrą opieką - zapewniał podając jej szklaneczkę z Campari orange.
- Cornelio, zapraszamy... - zawołał.
- Już do was idę - usłyszeli głos dochodzący z kuchni.
Po chwili była w pokoju gościnnym.
- Überraschung! Niespodzianka! - zakrzyknęła po niemiecku.
- Filip przygotował drinki, a ja chciałabym, byście posmakowali mojej niespodzianki... - objaśniała niosąc na dużym, szklanym talerzu produkt swoich kulinarnych umiejętności.
- Wow, wygląda wspaniale... - pochwaliła Pani na Ogrodtken.
- Doprawdy, toż to cudo! Pewnie palce lizać...- zawyrokował Winek.
- Nazywa się Schwarzwälder Kirschentorte - powiedziała.
- I nie tylko Wincent i nie tylko ...- Filip uśmiechnął się robiąc umyślnie głupiego zeza. Jak to będzie po polsku ...? - wspomagał zaraz partnerkę, by pozornie zatrzeć ślady zamierzonej sprośnej wypo-wiedzi.
- Myślę, że szwarcwalcki tort wiśniowy - podpowiadała Małgorzata machając karcąco widelczykiem w strone Filipa.
- A ja myślę, że to coś, to znaczy dzieło, to jest coś dużo więcej. To zapowiedź uczty bogów... w której dziś będziemy mieli okazję uczestniczyć - komplementował Wincent.
- Oh, tak. Bez wątpienia... - kosztując potwierdzała z miejsca Małgosia - ... dasz przepis?
- Danke za uznanie. Dziękuję. Jasne, że ci przekażę... Sama dostałam od babci. Jeszcze jako nastolatka.
- No, no... nie powiem, rozpływa się w ustach - przytakiwał gość z Warszawy.
- Cieszę się, że wam smakuje - odpowiadała wyraźnie zadowolona partnerka Filipa.
- Zatem, proponuje wznieść toast za wyjątkowe gościnne przyjęcie gospodarzy... a zwłaszcza wyborny deser Pani domu.
"Na zdrowie", "Niech nam żyją i dobrze się mają" - w słowa zamieniał życzenia Wincent.
Jego śladem poszła Małgosia.
- Dziękujemy, dziękujemy. Bardzo jesteście mili. Ale skoro już jesteśmy przy życzeniach, to pozwolicie, że oddzielnie wzniosę toast za moją kochaną Cornelię.
- Jak najbardziej zasłużenie, mów, wesprzemy cię - odniósł się do tej propozycji pułkownik Opara.
- Otóż chcę wznieść toast za Cornelię, bo jak wszystkie znaki na Ziemi i w Niebie wskazują ... na chwilę wstrzymał głos, by podkreślić wagę swoich słów.
- ... za siedem miesięcy zostaniemy rodzicami..
Tylko na ułamek sekundy zapanowało milczenie.
- To znakomita wiadomość kochani - głośno powiedziała młoda Orzyszanka podchodząc do Cornelii i
Filipa całując obydwoje w policzki i winszując z tej okazji wszystkiego najlepszego.
- Cornelio, Filip - Wincent uścisnął dłoń partnerki Filipa i skopiował ucałowania koleżanki.
Podchodząc do kolegi powiedział z uznaniem.
- No, stary gratuluję. To jest to, co nadaje sens naszemu życiu...
- Po staropolsku powiem tak: Vivat Król ... niech żyje młody Król... lub Królowa! - uśmiechnął się z nieukrywaną radością w głosie.
- Zauważyliście, że miasto jakoś ożyło? - zagadnął Filip przełykając porcję tortu.
- Kiedyś wieczorową porą to były tu pustki. Młodzież w większości wyjechała z miasta. Starsi siedzieli w domach przed telewizorem. Nudy na pudy. Przynajmniej do momentu, gdy nie zaczął się sezon żeglarski i nie ściągnęli wczasowicze - dodał.
- Dziś jest inaczej. Z Orzysza powoli wyrasta nam Los Aris ... - żartując potwierdzała Małgosia.
- Wszystko dzięki Amerykanom... - Wincent zatrzymał głos w pół słowa.
- Tak, z pewnością. Dzięki nim. Z tego co widzę przygotowania trwają już od kilku miesięcy. Ożyły ulice, sklepy, centra handlowe, przystanie jachtowe, no i oczywiście bary... W końcu poza służbą gdzieś trzeba spędzać czas wolny - wyjaśniała kustosz muzeum Michała Kajki.
- A z tymi... no wiesz ... sprawami? - przyciskał Filip.
- Jakimi sprawami? - ze zdziwieniem dopytywała Małgorzata Bortnowska
- Aha.... Rozumiem. A skąd ja mam wiedzieć?! To bar pod "Dolarem" już im nie wystarczy - żachnęła się.
- Czy ty myślisz, że samo piwo i dobra pizza to jest to, co jest w stanie zaspokoić wszystkie apetyty mężczyzny? Tak, a propos Amis wożą zazwyczaj ze sobą dodatkową kompanię... - dworował sobie dalej Kranc.
- To zależy od wielkości oddziału - skomentował mrugając okiem pułkownik.
- Jeszcze są tu za krótko? - dodał w tej samej żartobliwej konwencji.
- Muszą ocenić sytuację. Może będzie potrzebna cała damska drużyna ... W każdym razie zastosują wypracowane od lat procedury... - z bagażem swoich niemieckich, i nie tylko, doświadczeń reagował Filip
- Przecież, tyle tu pięknych Orzyszanek... - umacniał ego mieszkańców Orzysza Winek.
- Mówisz, że zawsze można się zakochać bez względu na miejsce zakwaterowania? - dodał nie ustę-pując pola Filipowi.
Drinki zaczynały działać.
- I wy nazywanie to zakochaniem? Faceci, w kółko o tym samym. Czy wy rozróżniacie seks od miłości? - wtrąciła się Cornelia.
- Oni tylko robią z siebie takich macho... - wsparła ją Małgosia.
- W kwestii uczuć, to facet nie musi być mocniejszym od kobiety - przyjął bardziej konsyliacyjną postawę Filip.
Tym razem Wincent milczał. Ogarnął tylko panią kustosz dość długim niewymownym spojrzeniem...
Po krótkiej chwili zapytał:
- A propos, czy wiecie kiedy kobieta jest najsłabsza?
- Nieee, powiedz żołnierzu - odparła zaciekawiona Małgorzata.
- Wtedy, gdy jest zakochana - odpowiedział.
- Jak to? Czyżby? ... A najsilniejsza? - włączyła się do rozmowy Cornelia.
- Zresztą może to i prawda - dodała po zastanowieniu.
- Hmm, ... skoro tak bardzo chcecie wiedzieć... - przedłużał odpowiedź Wincent.
- Mów, mów ...
- Ja wiem! - zgłosiła się do odpowiedzi kustosz muzeum.
- No, czekamy. Nie każ nam czekać - nalegał Filip.
- Wtedy, gdy czuje się kochana ... - odpowiadając Małgosia z akcentem wypowiedziała słowo "czuje się".
Zaraz po tym jej policzki przybrały kolor różu. Na szczęście przy nastrojowo przytłumionym świetle nie było tego widać. Winek spojrzał na panią kustosz kiwając głową z uznaniem. Szybko odwrócił spojrzenie. O ile wyraz twarzy, zmarszczki na czole, wokół ust i oczu, mimika, gesty są zapisem his-torii myśli homo sapiens, słowa zaś narzędziem ich przekazu, o tyle oczy mówią o stanie duszy. O emocjach i myślach w danym momencie. A ich ślady dotyczą również znajdziemy również z przeszłości. Nie chciał się odkrywać, czy zmuszać kogoś do ich odkrycia, robić nadziei. Ani sobie ani młodej mieszkance Orzysza. Na dziś chciał być wolnym. Przynajmniej takie miał plany.
W pokoju rozległo się nastrojowe Smooty's Roda Stewarta.
- Zapraszamy na parkiet. Cornie, pozwolisz - Filip ujął dłoń Cornelii i ruszyli do tańca.
- Czy ja również mogę prosić ... - Winek zwrócił się do Małgosi przywdziewając na twarz jeden ze swoich najbardziej tajemniczych i uwodzicielskich zarazem, męskich uśmiechów.
- Tak, proszę. Nie wiem tylko, czy nie ... czy nie...? - odparła.
- Tańczenia się nie zapomina, ono tkwi w nas. Wystarczy chwila i sobie przypominamy - dodawał jej odwagi.
Nikt z tańczących nie musiał się jednak wstydzić ani pobierać dodatkowych lekcji. Szło im wybornie. Tańczyli i podśpiewywali razem co najmniej do wczesnego rana tylko na chwilę przerywając na maczanie ust w kieliszkach do szampana.
- Ciągle się zastanawiam skąd ja Panią, to jest skąd ja cię znam...? - Wincent przerwał na moment ich obopólną fascynację tańcem.
- Jak przez mgłę ... rozpoznaję figurę, głos... - kontynuował.
- No pomyśl oficerze... - sama zdawała się już wcześniej wiedzieć. Tylko to ukrywała.
- Daj mi jeszcze chwilkę - zmarszczył brwi i zaglądał do plików komputera swojej pamięci.
- Wiem... - zawołał.
- Półwysep ... przystań na Półwyspie Ryńskim... po przyjeździe wskakiwałem do wody, a ty przestrzegałaś mnie przed głębią w tym miejscu... - objaśniał.
- Myślę, że mogę ci przyznać punkt ... - uśmiechnęła się.
- Tylko jeden?
- Na razie tylko jeden - odparła.
- O.K. Ostrzegam, mogę na tym nie poprzestać. A więc bingo? - powiedział po żołniersku.
- Owszem, właściwa odpowiedź - oceniła.
Mocniej ją uścisnął i przybliżył do siebie. Z głośnika szło "Blue moon".
Promienie słońca z siłą późnego poranka padały na twarz i powieki Wincenta. Czuł ich gorąco i narastające oślepiające światło. Bardzo powoli otwierał jedno oko, potem z dużym wysiłkiem drugie. Odwrócił się i przekręcił na inny bok. Nie chciał dłużej poddawać się cierpieniu.
- Jeszcze troszkę poleżę... zaraz wstaję - wyszeptał.
W momencie, gdy na skutek zaczerpniętego głębiej powietrza usłyszał chrapnięcie przypominające mu głos niejakiego, bliżej mu znanego pułkownika Opary, dość szybkim ruchem uniósł z poduszki głowę do góry.
- Patrycja nie lubiła, gdy chrapię - pomyślał.
Otworzył szerzej oczy. Przed nim leżała młoda kobieta. Jedna z rąk ułożona wzdłuż ciała. Druga tuż przy głowie spoczywała na mocno wgniecionej poduszce. Włosy jakby rozwiane przykrywały lewy policzek i ramię. Na ramieniu mały tatuaż z tulipanem i łodyżką. Poniżej nagie piersi zdobne dookoła szerokimi brodawkami i wzniesionymi sutkami. Na obrzeżach wyraźnie zaznaczone ślady pierwszej opalenizny.
- Mamma mia... - poczuł jak pewna część ciała samowolnie nabrzmiewa i unosi się mu do góry. Od pępka w dół kobietę przykrywał fragment kołdry. Było dość gorąco. Z twarzy emanował błogi spokój. Długie rzęsy zdobiły powieki. Jej nozdrza nabierały, to znów wydmuchiwały powietrze. Kąciki ust spięte po obu stronach delikatnym uśmiechem. Zdawało mu się - z zadowolenia.
- Musi coś przyjemnego śnić ci się, dziewczyno - zareagował.
Odkrył kołdrę. Był nagusieńki.
- Nie masz czasem wyrzutów sumienia, stary? A czy nad ranem miałem robić za miejskiego włóczęgę, clochard'a? - usprawiedliwiając się przez chwilę zbierał myśli zawiązane o tej porze dnia jeszcze w supełek.
- Małgosiu... Małgorzatko .... Małgośka - wsparł się na łokciu i delikatnie, z lubością wsunął się w nią ponownie...
Samochód stojący przy jednej z posesji na Placu Wilsona miał otwarty bagażnik. Była sobota wczes-nym rankiem pierwszego tygodnia maja. Mężczyzna w dżinsach i niebieskiej koszuli w paski kończył ładowanie ostatnich pakunków. Na pierwszy rzut oka mógł mieć około czterdziestu lat. Podwinięte rękawy wskazywały, że przygotowania do podróży jeszcze trwają. Pochylał się i prostował wrzucając przedmioty do komory bagażnika czarnego infiniti. Właściwie nie zabierał ze sobą zbyt wiele. Jedną podręczną walizkę. Marynarkę. Przewiesił ją na wieszaku z tyłu przedniego siedzenia kierowcy. Dwie pary spodni, pulower, kilka koszulek polo, parę butów na podeszwie skórzanej, trampki, piżamę i bie-liznę na zmianę. W końcu wyjeżdżał tylko na tydzień. Nie zapomniał również o piance do surfingu.
- Woda w Bałtyku o tej porze roku nie należy do najcieplejszych. Kolokwialnie mówiąc... - wspom-niał.
Uśmiechnął się przy tym na wpadające mu do głowy słowo "kolokwialnie" - nadużywane ostatnio w mediach i wśród znajomych.
- You see, jakie to zaraźliwe... przylepia się jak guma do żucia do podniebienia nie chcąc zejść z czubka języka?! Poprawniej brzmiałoby: "w istocie", "obrazowo" mówiąc". Ale, czy ja zawsze muszę być poprawnym?
OK, gdy mu się spodoba - zostanie dłużej. Od dziś jest wolny. Ma trzydzieści dni urlopu. Wolny jak ptak niesiony wiosennymi prądami powietrza z południa na północ. Świadomość, że one lecą do miejsc, w których mają rozpocząć nowe lęgi, dodawała i jemu chęci do życia. W dal odsuwała niemiłe wspomnienia z niedawnej przeszłości. Nie chciał wracać do rozstania z żoną. Po raz pierwszy od wie-lu dni sama myśl o wyjeździe na urlop napawała go radością. Do niedawna żył tylko pracą. Jechał do Rynu. Potem miał przenieść się do Władysławowa nad Zatokę Pucką. Kto wie może pobyt nad jezio-rami i morzem będzie zapowiedzią dni lepszych, jaskółką bardziej szczęśliwych. Ostatnio miał wra-żenie, że ono go opuściło...
- Wracam, niedługo przecież wracam ... - pomyślał jakby chciał się usprawiedliwiać.
Przełożył plecak z karimatą w sam róg bagażnika. Nie, by ukryć w nim wzruszenie. Nie raz przecież wyjeżdżał. Z tą różnicą, że tym razem nie zostawiał tu nikogo. Synowie we Francji, u matki. Wyjeż-dżał raczej ze względów pragmatycznych, by oderwać się od teraźniejszości.
Zatrzasnął tylną klapę bagażnika, sprawdził mocowania deski surfingowej do relingów dachu samo-chodu. Ostatni raz spojrzał w okna domu, wsiadł do środka i przekręcił kluczykiem stacyjkę silnika.
Warszawa o tej porze dnia wydawała się miastem pogrążonym w półśnie. Przecież był sobotni pora-nek. Od poniedziałku do piątku i w weekendy od południa do późnego wieczora zazwyczaj tętniła życiem. Duży ruch uliczny samochodów większości światowych marek. Wielu przechodniów w róż-nym wieku podążających swoimi ścieżkami w sobie tylko znanym celu. Wchodzących i wychodzą-cych do i ze stacji metra. Coraz liczniejsze grono charakterystycznie ubranych rowerzystów, osób uprawiających jogging - mogło to tylko potwierdzać. Miasto z ciekawą architektonicznie zabudową. Nawet, jeśli niektórzy przyznają czasem, że mogłoby być z tym lepiej...
- Owszem, gdyby nie wojna i ten typ. Czysty Aryjczyk z wąsikiem! - natychmiast ripostował.
- Tu przecież nie pozostał kamień na kamieniu! - dodawał.
Jemu się podoba taka jaką jest. Z zabytkami, które pozostały. Odbudowana na nowo. Z dość licznymi terenami zieleni wtopionymi w jej śródmiejski krajobraz. Szklanymi wieżowcami, galeriami, nowymi osiedlami pokrytymi elewacją z piaskowca lub kamienia - wszystko to go zachwycało i pociągało zarazem. Jako warszawiak był ze swojego rodzinnego miasta dumny. Szczególnie tu, w tej dzielnicy, od lat zwanej oficerskim Żoliborzem, czuł się najlepiej. Wszędzie miał blisko. Tu mieszkał Generał
Sosabowski, Dowódca polskiej Samodzielnej Brygady Spadochronowej spod Arnhem, Generał Nil-Fieldorf, Dowódca Kedywu AK. Nieopodal wolno płynące wody Wisły dodające miastu splendoru i majestatu. Nadrzeczne bulwary, kafejki, restauracje, plaże od strony Saskiej Kępy. Odmładzające jej wizerunek jak uśmiech dojrzałej kobiecie. Zdawały się zapraszać do środka. Po latach obcego pano-wania i dominacji Warszawa odzyskiwała swoją tożsamość. Tylko sobie właściwy styl. Ukazywała światu własną duszę. Niepowtarzalną. Zawsze tęskniącą za wolnością, lubiącą przeglądać się w jej świetle jak w lustrze. Dla wrogów może i niepokorną. Dla przyjaciół otwartą i szczodrą.
- Pięć minut po godzinie ósmej. A oto pogoda. Na dziś zachmurzenie małe z możliwością niewielkich opadów na wschodzie kraju. Temperatura 22 stopnie Celsjusza na zachodzie i południu, do 20 stopni w centrum i 19 stopni Celsjusza na północy i wschodzie Polski. Ciśnienie tysiąc hektopaskali i rośnie. Życzymy Państwu miłego weekendu i dużo słońca.
- Dzięki, thanks a lot. To dobra zapowiedź jak na początek urlopu - pomyślał wsłuchując się w dalszy ciąg porannej audycji radiowej.
Leciał Rod Stewart i "Some guys have all the luck". Lubił jego piosenki i choć trochę się podstarzał a chrypka powoli zdawała się mu bardziej przeszkadzać niż być jego atutem - to go cenił. Za talent, styl, odwagę, wytrwałe dążenie do celu w tym, co robił. Oczywiście za szereg muzycznych hitów, któ-rych lubił słuchać i przy których się wcześniej bawił. Nawet, jeżeli dla młodszego pokolenia Szkot mógł się już wydawać oldboyem.
- Owszem "Some guys have all the luck"... some ... - powtórzył.
- Daj spokój! Nie warto oglądać się w tył. Nigdy, gdy przeszłość niszczy, nie buduje, przybija, rozczarowuje! Czasem trzeba coś przeciąć, postawić kropkę, zamknąć pewien rozdział po to, by móc rozpocząć na nowo, nie ulegać złudzeniom, nie tworzyć iluzji, uchylić furtkę nadziei.
- Czy jednak nie jest to oznaką słabości? - bił się z myślami.
Na chwilę zatrzymał samochód na czerwonych światłach. Kilka osób wracało z nocnej eskapady de-likatnie mówiąc mocno spóźnionych do łóżka. Machali do niego chorągiewkami i prosili o uchylenie okna. W ich zachowaniu nie dostrzegał agresji. Znał się na ludziach. Nie chciał rozpoczynać tak pięk-nie zapowiadającego się dnia od odmowy czegokolwiek i komukolwiek. Zwłaszcza, gdy czyniły to młode kobiety ze spontanicznym uśmiechem na ustach. Uchylił nieznacznie okno.
- Prosimy niech Pan nas poprze! Precz z Kaczyzmem! Kaczyński pod sąd! Żądamy wolnych mediów, przyjęcia uchodźców i pigułek dzień po!
Odwzajemnił uśmiech. Bez słowa przymknął okno. Powoli wciskał pedał gazu. Ulotka zawisła przy-ciśnięta w połowie na szybie. Napotkane postaci oddalały się w lusterku jak w końcówkach filmów Hitchcocka. Wymachiwały rękoma krzycząc i manifestując swoje niezadowolenie. Po kilkuset met-rach zatrzymał się. Zdjął kartkę zadrukowanego papieru i wyrzucił ją do pobliskiego kosza...
- Nie chodzę utartymi ścieżkami - powiedział pod nosem.
- Któż by chciał chodzić utartymi ścieżkami? Człowiek zadowolony z siebie, drobnomieszczanin, bojący się świata, ludzi, zamknięty w sobie. Egoista, konformista, zastraszony przez silniejszych, nie mający własnego zdania, stadnie myślący, cierpiący na brak testosteronu. A może zwykły tchórz lub leń....?
- Jak sobie to wyobrażasz?
- Very po prostu, ganz einfach, Voila qui est simple - odpowiadał sam sobie.
- O.K. ... Gdyby tylko chciało być takie very simple... i nie było nieustanną gimnastyką charakteru.
- Od młodości szedłem własną drogą. Miłość, wolność, odpowiedzialność, wierność zasadom. Wszystko razem przyprawione odrobiną szaleństwa. To przecież azymuty mające wyznaczać postępowanie homo sapiens, o ile sam siebie i swoje otoczenie nie skazuje na egzystencjalny bezsens trwania i/lub życia w obłudzie i zakłamaniu.
Droga na Mazury wiodła przez kilka pomniejszych miast Kurpi i Podlasia. Dzięki trasie szybkiego ruchu właściwie ich nie widział. Co najwyżej elewacje domów, zarysy rynków, kształty wież kościelnych. Przed nimi fragmenty pól przedzielonych miedzami. Zielonych łąk, o tej porze roku usłanych dywanem żółtych mleczy.
- "'Tak mi się tylko wymsknęło' - żenujące wypowiedzi niemieckiego komisarza Woertingera ..."
Dość nieoczekiwanie radio przerwało nadawanie programu muzycznego.
- O Chińczykach mówi "żółtki" i obraża Walonów. Wszystkie tłumaczenia jednak nie pomagają. Takich werbalnych potknięć komisarz odnotował bowiem w swojej karierze już zbyt wiele. Do nich z pewnością należały pogardliwe wypowiedzi na temat kobiet i małżeństw gejowskich...
- Zadziera nosa! Rasista, nie przepadam za kochającymi inaczej, ale i homofob? Czyżby wąsy były znowu w modzie? Chyba, że to zwyczajne niemieckie poczucie humoru? Ciężkie jak buty clowna z zelówkami z ołowiu - skrzywił się z niesmakiem.
- Warto przypomnieć, że prawie 40 lat temu komisarz wygłosił kontrowersyjną wypowiedź nad grobem wcześniejszego premiera Badenii Wirtembergii biorąc poniekąd w obronę nazistowską przeszłość byłego sędziego Kriegsmarine z czasów II wojny światowej" - mimo woli wsłuchiwał się w kolejne informacje płynące z radiowego eteru o znanym polityku zza między.
- Hmm...to już nie typowe niemieckie poczucie humoru. To raczej wychodząca spod skóry arogancja. Kto wie może drzemiąca gdzieś w głębi serca aryjska buta, plan na nową narrację historii... - sko-mentował bez zachwytu.
- Ciekaw jestem jak zareagują na te epitety Chińczycy?
Domyślał się, że w swojej wielotysięcznej historii takich rzeczy nie wymazują z pamięci. Wspomniał na kodeks mistrza Sun Tzu sprzed 2500 lat i całkowicie pragmatyczny ogląd świata przez wynalazców prochu. Zresztą tak charakterystyczny do dziś. Był pewien, że choć daleko od Europy to w sprzyjają-cych dla siebie okolicznościach o tym sobie przypomną. Tak, czy inaczej - nie pozwolą zapomnieć.
Dojazd do miasta urozmaicony był wzniesieniami zalesionymi przez różne gatunki drzew. Głównie iglastych. Wzniesienia to pozostałość po epoce polodowcowej. Tak zwane moreny czołowe. Zza jed-nej ze ścian lasu wyłaniała się panorama położonego nad jeziorem Rynu. Na wzgórzu stał zamek. Stąd widać było również fragment kamienic starego rynku. Ich jasne ściany i czerwone dachówki lśniły w promieniach słońca. Zupełnie jak w jednej ze scen filmu reklamującego Polskę dla turystów zza gra-nicy. Nad masztami zacumowanych na przystani jachtów niestrudzenie przelatywały w tę i z pow-rotem wrzaskliwe mewy. W wyobraźni słyszał ich pisk już w tym miejscu. W czasach szkolnych był tu na obozie harcerskim. Po kilkutygodniowym kursie uzyskał patent żeglarza. Dokładnie pamiętał te szalone dni, nieprzespane noce. Pływanie po wodach okolicznych jezior. Złamany maszt na moście w Mikołajkach. Wysokie i strome brzegi Bełdan oraz sam egzamin. Nagle nadciągnęły chmury. Zerwał się porywisty wiatr. Jak w czarną godzinę pękło mocowanie wanty z lewej strony burty. Do brzegu dopłynęli na pagajach. Ścigały ich pierwsze grzmoty, towarzyszyły błyskawice. Nie było co strugać bohatera. Na początku robili sobie z tego tak zwane "jaja". Ktoś dla zabawy krzyknął: "Nadchodzi biały szkwał..." Po stu metrach wiosłowania "śmichy" ustały. W końcu niespełna szesnaście lat u progu życia usprawiedliwiać mogło wiele. Przedtem zdążyli wykonać kilka manewrów pod żaglami. Egzamin został zaliczony. Szanowne grono komisji egzaminacyjnej oceniło wykonanie wyznaczonych zadań pozytywnie. Z techniki i umiejętności żeglowania oraz za wykazanie rozsądku, opanowania i rozwagi - jak orzeczono na dyplomie.
- Aha... Na początku obozu musieliśmy wypić podany przez drużynowego wyjątkowy coctail. Miks-turę o smaku zmiksowanego mydła, mleka i śmietany. Wszystko popieprzone i posypane sproszkowa-ną dodatkowo sporą porcją chilli - przywoływał tamte dni w pamięci.
Na zakończenie zepchnięto ich w harcerskich mundurach z pomostu do wody. Tak wyglądał chrzest wodniaka. Tego nie da się zapomnieć. W pierwszej chwili zaskoczeni, gniewni i źli chichotali później ze wszystkiego susząc bluzy, spodnie i spódnice przy ognisku. O tym co było pod spodniami i spód-nicami nie dociekając.
"Hej sokoły...", "Płonie ognisko i szumią knieje...".
- I jeszcze coś. - To brzmiało tak ... - szukał w pamięci.
"Dziś w telewizji nie wystąpi zespół Novi,
Bo cały program poświęcony Leniowi.
A ty maszeruj, maszeruj głośno krzycz,
Niech żyje nam Wołodia Ilicz..."
Jak na owe czasy socrealizmu brzmiało dość odważnie. Było przepojone sarkazmem i ironią. Wyk-rzyczanym młodzieńczym oskarżeniem wobec przywódcy rewolucji bolszewickiej i jego bastardów o całe zło tego świata. Przede wszystkim jednak oskarżeniem o sytuację i położenie, w jakim znalazł się kraj nad Wisłą po konferencji w Jałcie i Poczdamie. Z zajęć fakultatywnych z historii, opowiadań w domu i lektury drugiego obiegu w głowach rodził się bunt. Już wtedy nie utożsamiali się z tym, co ota-czało ich dookoła, co miało być wzorcem moralnym i kulturowym na przyszłość.
W każdym razie wydawało się, że ów sarkazm w słowach wykrzyczanej piosenki dla wszystkich doo-koła był ewidentny i zrozumiały. Zwłaszcza, gdy na koniec w formie refrenu wybrzmiewało:
"... A ty maszeruj, maszeruj głośno krzycz,
Niech żyje nam Wołodia Ilicz..."
a oni na całe gardło dośpiewywali:
"Granica na Uralu granicą przyjaźni polsko-chińskiej..."
Wybrzmiewało głośno, jednoznacznie ... z pewnością bardzo głośno. Może nawet na granicy prawa do korzystania z wolności lub jej utraty! I tylko Wszechmocny sprawiał, że słyszeli to wówczas w więk-szości jedynie ptasi mieszkańcy ryńskiego cypla...
- To musiało być tu. Na sto procent! To ten półwysep!
Powoli,wąwozem zjeżdżał w dół. Chciał uniknąć uszkodzeń samochodu od wystających po bokach dużych kamieni.
- Wejdę tylko na pomost... Do diaska, wykąpię się, jak za dawnych lat!
Wspomnienia z przeszłości, zapach trzcin, tataraku, szum wody wzmagały podniecenie.
- Proszę Pana, niech Pan uważa! W tym miejscu jest głębia na kilka metrów - zawołała nagle jakaś kobieta. Na pierwszy rzut oka mogła mięć około trzydziestu pięć lat.
Jej spięte ku górze włosy odsłaniały szyję i ramiona. Trochę schowana za drzewami opalała się w dwuczęściowym kostiumie na leżaku. Zresztą do końca nie był tego pewien. Czy wcześniej również? Dopiero teraz ją zauważył. Odruchowo przykryła biodra i piersi ręcznikiem.
- Znam to miejsce... - odkrzyknął i uśmiechnął się. - Ale, dziękuję.
Dla zasady zmoczył ręce i tułów wodą po czym z energią triatlonisty wskoczył między fale do jezio-ra. Mocnymi ruchami ramion szybko oddalał się od brzegu.
Pokój w hotelu zamkowym przypominał wyglądem celę krzyżackiego rycerza. Był dość surowy w wystroju. Na biało pomalowane ściany. Proste, niewyszukane meble. Standardowe wyposażenie - łazienka z prysznicem, wc, aparat telefoniczny i rtv. Po bliższym oglądzie cela jednak z dostępem do wifi i programów satelitarnych. Do tego uginająca się z lekka i skrzypiąca drewniana podłoga. Co wy-różniało go poza kolorowym obrazkiem na ścianie - to widok z okna. Z wysokości drugiego piętra rozpościerała się wyjątkowa panorama miasta. Otaczające je bliżej lub dalej położone jeziora zapiera-ły dech w piersiach.
- Pocztówkowo - pomyślał.
- W tym względzie niewiele zmieniło się pewnie od czasów komtura. Zwłaszcza, gdy wspomnieć na wystrój sali rycerskiej na parterze. Dziś jest tam restauracja. Ustawienie stołów i zawieszone na ścianach flagi krzyżackich rycerzy siłą rzeczy kierowały myśli ku tamtym czasom...
Z rozważań wyrwał go dźwięk telefonu.
- Dzień dobry... Hi, tu Filip... - wybrzmiało trochę z angielska.
- Kto? - spytał dla potwierdzenia. Zamknął okno. Hałas od ulicy sprawił przez chwilę, że nie dosły-szał.
- To ja, Filip, Filip Kranc. Jestem przy recepcji.
- Ach to ty! Przed chwilą wszedłem do pokoju. Właśnie się rozpakowuję - odparł z nieukrywanym zadowoleniem.
- Zarezerwowałem na swoje nazwisko stolik. Powołaj się na mnie. W międzyczasie zamów sobie coś do picia. Potem, jeśli masz ochotę, zapraszam na obiad. Co ty na to?
- Hmm... Jestem za. Zejdź na dół.
- W "porzo"... Daj mi chwilkę.
Po kwadransie był już przy recepcji.
- Filip, szmat czasu. Stary wilku... - podchodząc uścisnął mu mocno dłoń na przywitanie.
- Oh, tak... powiedz... ile, ile to już lat?
- Myślę, niech zgadnę... dwanaście ... Nie! trzynaście, to już trzynaście lat, Filip.
- Nie do wiary...
- Siadaj, siadaj. Kelner, proszę jeszcze dwa razy to samo... - wskazał przy tym na prawie już pustą szklaneczkę po Ballantines.
- Winek, zdawałoby się "13" to liczba pechowa. A ja się cieszę. Cieszę się, że cię widzę. Cieszę się, że wróciłem.
- Nawet nie wiesz jaką ty sprawiłeś mi niespodziankę. To znaczy... już wtedy, gdy zadzwoniłem do ciebie z Warszawy. Powiedziałeś, że na stałe wróciłeś do Polski i mieszkasz na Mazurach.
- Tak, tak się złożyło. Chciałem i musiałem. To jest ... musiałem. Nie! ... Chciałem i musiałem.
- To w końcu jak, Filip? Chciałeś, czy musiałeś?
- Jak to w życiu. Trochę tak, trochę tak.
Nie nalegał. Spokojnie odczekał na dalszy ciąg przerwanej opowieści.
- Cheers - wzniósł szklaneczkę do góry.
- Cheers, przyjacielu.
- Miałem dość Ameryki. Swoje przeżyłem, swoje zarobiłem i oto jestem - wróciłem. Poza tym, poza tym - w zeszłym roku pożegnałem matkę... Zmarła w cierpieniach. Gdy tylko się dowiedziałem, że choruje zatrudniłem najlepszych lekarzy, wysyłałem ze Stanów i Niemiec najnowsze leki... Musiałem przyjechać. Musiałem. Nie mogłem inaczej. Tak tęskniłem. Cierpiałem ...
- Myślę, że mogę cię zrozumieć.
- Tak mnie tu coś ciągnęło. Raczej... ktoś i coś. Wróciłem. Od roku mieszkam w Rynie.
- Co z obywatelstwem?
- Mam podwójne. To znaczy prawie mam. Niemieckie i obiecano mi w Warszawie, że mogę odzyskać również polskie...
- Hmm ... OK. Zostawmy to.
- Zdążyłeś ...? - spojrzał na Filipa.
- Tak, zdążyłem. Zdążyłem się pożegnać. Trzymałem ją za rękę... Nie daliśmy rady. Na raczysko ciągle nie ma skutecznej metody.
Wincent nie kontynuował tego wątku. Na chwilę zamilkł. Pamiętał swoje rozstanie z ojcem. W ostat-nich dniach opiekowali się nim na zmianę z siostrą. Znał to uczucie. Nie chciał kolegi oceniać, czy przyjechał na czas, czy w ostatniej chwili. O różnych słyszał przypadkach. Wolał nie wnikać. Lepiej pozostawić to ostatecznemu wymiarowi sprawiedliwości. Nie nam osądzać do końca drugiego czło-wieka.
- To z ciebie niezły obieżyświat.. Dziesięć lat w Niemczech, potem trzynaście w Ameryce.
- Winek, nie wiem tylko, czy tak do końca jest czego zazdrościć - odparł.
- Och, yeah, yeah - jest czego! Poznaje się nowych ludzi, ich obyczaje, charaktery. Nie mówiąc o ...
- Masz na myśli nie mówiąc o "laskach"? - wtrącił wspominając ich dawne młodzieńcze kolegów rozmowy.
- ... Nie da się ukryć... odparł.
- O.K. żartuję - miałem na myśli "nie mówiąc o wcześniej nie znanych urokach przyrody" - Winek uśmiechnął się kontynuując wątek.
- Co dzień coś nowego, nowe wyzwania, jakaś przygoda... - mówił.
- Myślisz, że miałem na to wszystko czas? - Filip spojrzał na niego z grymasem na twarzy. - Ale teraz chcę wszystko zmienić. Chcę rozpisać swój nowy projekt na życie...
- A, co u Ciebie? Co u ciebie kumpel?
Tym razem zabrzmiało trochę z niemiecka. Zupełniej jak: Wie geht's Kumpel?
- Ojciec Filipa był autochtonem. Gdy tylko było to możliwe przesiedlili się do Niemiec. Z tego, co mówił mu wcześniej, matka niedługo potem wróciła do Polski. Mimo wszystko nie czuła się w Niem-czech najlepiej - wspominał.
- U mnie? Co ma być...? Nieciekawie. Od pół roku jestem singlem. Żonie dla szkolnej miłości przewróciło się głowie... - rzucił mu odważne spojrzenie. Jakby bał się śmieszności.
Nie trwało to jednak długo. Szybko odwrócił wzrok w kierunku kelnera. Nie lubił okazywać słabości
- Poproszę pana o jeszcze jedną filiżankę kawy...
- Jak to? Ty? To jest Patrycja ...
- Tak bywa przyjacielu. Czasem z zewnątrz wszystko wygląda w porządku, a psuje się powoli od środka. I gdy tego nie zauważysz w porę spada na Ciebie jak grom z jasnego nieba... - w oszczędnych słowach zaczął wyjaśniać.
- Wtedy na wszystko może być już za późno.
- Współczuję... - Filip obdarował go krótkim spojrzeniem.
- Musisz wiedzieć, że ja po raz trzeci chcę być żonaty. Dopiero teraz mam nadzieję czuć się szczęśliwym. Cornelia to wspaniała kobieta. Wiesz jak to jest. Kobieta po przejściach i mężczyzna z przeszłością... - próbował pocieszać kolegę.
- Myślę, że jestem w trakcie zdobywania wiedzy na ten temat ... nolens volens - Winek zmarszczył czoło.
Widać, tkwiło to w nim jak cierń. Jak cierń z ostrokrzewu lub akacjowego drzewa.
- ... Nie powiedziałbym, że jest to panegiryk na temat przysięgi o wierności małżeńskiej... Raczej, witaj w klubie, chcesz powiedzieć? - dodał nie do końca przekonany.
- Mniej więcej. Jasne każdego dotyka to inaczej. Jeden ma grubszą skórę, drugi nie. Czasem na drodze dobry lub zły los stawia ci drugiego człowieka. Wtedy albo masz szczęście albo ...- ... albo nie! Albo pogrążasz się w żalu, samotności. Popadasz w tak zwanego doła i masz pretensje do świata, że był dla ciebie tak niełaskawy, tak niesprawiedliwy...
- Miałem to samo, Winek. Spróbuj odnaleźć w sobie siłę, pozytywną energię. Jeżeli jesteś już po rachunku sumienia to nie roztrząsaj tego dłużej. Nie rozbieraj na czynniki pierwsze. Tego, co się stało nie odwrócisz. To się już nie odstanie. Wypocznij. Zacznij od nowa... - Filip podsuwał mu rady z doświadczeń życia faceta z przeszłością.
- ... i to dla jakiegoś żabojada. A w czym do kaduka był on lepszym ode mnie...!? - żal i złość nie da-wały w nim za wygraną.
- To, że ubrany był w garnitur wytapetowany banknotami Euro...?
Najchętniej to by jeszcze teraz sprał gębę Francuzowi.
Z filiżanki upił łyk kawy. W jednej chwili twarz całkowicie mu się odmieniła. Umiał panować nad sobą. Lekko uniósł brwi i odważnie spojrzał na kolegę.
- Właśnie po to tu przyjechałem, Filip. Właśnie po to tu jestem.