Sycylia. Słońce, chaos i czerwone pomarańcze - Anna Dudar

Kup ebooka

59.99 zł
49.19 zł (52,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jak znalazłam się na Sycylii?

Sy­cy­lia fa­scy­no­wa­ła mnie od za­wsze. Jed­nak wcze­śniej ni­g­dy nie prze­szło­by mi przez myśl, że ten eg­zo­tycz­ny frag­ment Włoch będę mo­gła w przy­szło­ści na­zy­wać swo­im do­mem. W najśmiel­szych snach nie po­my­śla­ła­bym, że mo­gła­bym miesz­kać na sta­łe w jed­nym z naj­cie­plej­szych miejsc w Eu­ro­pie, gdzie sło­ńce świe­ci przez oko­ło 300 dni w roku. Czy to w ogó­le jest re­al­ne?! Mój umy­sł i wy­obra­źnia nie były w sta­nie po­jąć ta­kie­go sta­nu rze­czy, szcze­gól­nie że w Pol­sce pa­nu­je zu­pe­łnie od­wrot­na ten­den­cja - mamy za­le­d­wie 66 dni sło­necz­nych w roku. Nie­zbyt spra­wie­dli­wa sta­ty­sty­ka, praw­da? To jak ze­sta­wie­nie dwóch kom­plet­nie od­mien­nych świa­tów.

Podczas studiów we Florencji mijałam tę niesamowitą budowlę setki razy - jej widok nigdy mi nie spowszedniał

Dla­te­go Sy­cy­lia za­wsze ko­ja­rzy­ła mi się ra­czej z ty­po­wo wa­ka­cyj­ną de­sty­na­cją, gdzie je­dzie się na ty­dzień (mak­sy­mal­nie dwa) od­po­cząć, kąpać w mo­rzu i za­ja­dać na zmia­nę pysz­ne kre­mo­we lody lub ro­ga­li­ki wy­pe­łnio­ne po brze­gi kre­mem pi­sta­cjo­wym, a po­tem wra­ca się do sza­rej (i to do­słow­nie po tej sy­cy­lij­skiej eks­plo­zji ko­lo­rów) rze­czy­wi­sto­ści. Prze­cież co­dzien­no­ść zwy­kłych śmier­tel­ni­ków nie może wy­glądać tak jak tam! Poza tym Sy­cy­lia ucho­dzi za je­den z naj­bied­niej­szych re­gio­nów Włoch, więc cze­go mo­żna tam wła­ści­wie szu­kać na dłu­ższą metę?

Kiedy patrzę na Palermo z tej perspektywy, wybaczam temu miastu jego wszystkie wady i niedoskonałości

Przed po­je­cha­niem na Era­smu­sa do Flo­ren­cji, któ­ry w znacz­nym stop­niu uła­twił mi pod­ró­żo­wa­nie po Wło­szech, Sy­cy­lia po­zo­sta­wa­ła cały czas w stre­fie mo­ich ma­rzeń. Naj­bar­dziej na po­łud­nie by­łam w Rzy­mie. Na­wet moi ro­dzi­ce do­tar­li na tę naj­wi­ęk­szą wło­ską wy­spę przede mną i opo­wia­da­li mi z wy­pie­ka­mi na twa­rzy o tam­tej­szych je­dze­niu, lu­dziach i ba­jecz­nych kra­jo­bra­zach. Tak bar­dzo chcia­łam zo­ba­czyć na wła­sne oczy ten ma­gicz­ny świat!

Na Sycylii nawiązywanie znajomości przychodzi bez żadnego wysiłku - wystarczy wyjść z domu.

Wszyst­ko zmie­ni­ło się, kie­dy po­zna­łam An­ge­li­kę. To ona pierw­sza za­ra­zi­ła mnie mi­ło­ścią do Sy­cy­lii. An­gie (bo tak ją na­zy­wa­my) była wte­dy w zwi­ąz­ku z Sy­cy­lij­czy­kiem z Pa­ler­mo, do któ­re­go la­ta­ła re­gu­lar­nie z Pizy. Mo­żna po­wie­dzieć, że ze względu na nie­go wi­ęk­szą część Era­smu­sa spędzi­ła na Sy­cy­lii, za­miast w sto­li­cy To­ska­nii, do któ­rej przy­je­cha­ła na wy­mia­nę. Kie­dy oznaj­mi­ła mi i dwój­ce in­nych przy­ja­ciół z Pol­ski, że leci do Pa­ler­mo na ma­jów­kę, a ceny bi­le­tów w dwie stro­ny wy­no­szą oko­ło 40 euro, nie trze­ba było nas do ni­cze­go dłu­żej prze­ko­ny­wać. Pod ko­niec kwiet­nia 2016 we Flo­ren­cji po­go­da była da­le­ka od za­chwy­tów, a wszy­scy nasi zna­jo­mi z To­ska­nii zgod­nie po­twier­dza­li, że to naj­zim­niej­sza wio­sna od lat. Dla­te­go kie­dy wy­lądo­wa­li­śmy na Sy­cy­lii i opusz­cza­jąc po­kład po scho­dach do­sta­wio­nych do ma­szy­ny, po­czu­łam na cie­le cie­pły wie­trzyk, a na po­licz­kach in­ten­syw­ne pro­mie­nie sło­ńca, zro­zu­mia­łam, że zna­la­złam się w wy­jąt­ko­wym miej­scu. Mimo że za­czął się do­pie­ro maj, na Sy­cy­lii trwa­ło już lato, a my mo­gli­śmy na­resz­cie zrzu­cić z sie­bie ci­ężar płasz­czy i kur­tek, ra­do­śnie pa­ra­du­jąc po uli­cach w let­nich ciu­chach.

Trzy dni w Pa­ler­mo, wzbo­ga­co­ne o obo­wi­ąz­ko­we dla tu­ry­stów od­wie­dza­jących pierw­szy raz Sy­cy­lię wy­ciecz­ki do Mon­del­lo i Ce­fa­l?, mi­nęły bły­ska­wicz­nie. Było in­ten­syw­nie i eks­cy­tu­jąco. Ja, któ­ra wcze­śniej stro­ni­łam od wszel­kich sło­dy­czy, co­dzien­nie za­ja­da­łam się pysz­ny­mi can­no­li z ri­cot­tą, któ­rych per­fek­cyj­ny smak do­słow­nie zwa­lił mnie z nóg. Do­zna­wa­łam też szo­ku za ka­żdym ra­zem, kie­dy na ga­blo­cie wy­pe­łnio­nej sy­cy­lij­ski­mi sło­dy­cza­mi, wi­dzia­łam ogrom­ny wy­bór de­se­rów na ba­zie po­zio­mek, któ­re za­li­cza­ją się do mo­ich ab­so­lut­nie ulu­bio­nych owo­ców. Pro­blem z nimi w Pol­sce jest taki, że niby ka­żdy je zna, ale kie­dy spy­tasz się, gdzie je do­stać, to nikt nic nie wie na ten te­mat. Ile­kroć py­ta­łam się o nie na jed­nym z pol­skich tar­go­wisk, to oka­zy­wa­ło się, że jest aku­rat ide­al­nie przed se­zo­nem na nie albo aku­rat już po. Jed­nym sło­wem - nie­spe­łnio­na mi­ło­ść, po­nie­waż wła­ści­wie ni­g­dy nie mam oka­zji na­cie­szyć się nimi w na­szym kra­ju. Na Sy­cy­lii oka­za­ły się po­wszech­nie do­stęp­ne.

Dru­gą rze­czą jaka mnie za­sko­czy­ła na Sy­cy­lii, to byli lu­dzie. Gło­śni, otwar­ci, eks­pre­syj­ni i bar­dzo ser­decz­ni. Wy­da­wa­ło­by się, że są to epi­te­ty opi­su­jące wi­ęk­szo­ść Wło­chów, ale to nie jest praw­da. Wy­obra­źcie so­bie, że miesz­ka­jąc przez pięć mie­si­ęcy we Flo­ren­cji, nie na­wi­ąza­łam tam żad­nej przy­ja­źni (a na­praw­dę nie mam pro­ble­mu z po­zna­wa­niem no­wych osób), a je­dy­ne bli­ższe re­la­cje, ja­kie uda­ło mi się tam zbu­do­wać, nie były z Wło­cha­mi, tyl­ko z prze­by­wa­jącą tam Mek­sy­kan­ką i lo­kal­nym sprze­daw­cą skó­rza­nych wy­ro­bów, z po­cho­dze­nia Egip­cja­ni­nem. Na Sy­cy­lii mia­łam wra­że­nie, że na­wi­ązy­wa­nie zna­jo­mo­ści, na­wet ta­kich po­wierz­chow­nych, ale bar­dzo przy­ja­ciel­skich, przy­cho­dzi kom­plet­nie bez żad­ne­go wy­si­łku - wy­star­czy wy­jść z domu. Na­wet je­śli dzie­li nas ba­rie­ra języ­ko­wa, to Sy­cy­lij­czy­cy znaj­dą spo­sób i przede wszyst­kim chęć, żeby się z nami ja­koś sko­mu­ni­ko­wać - cho­ćby na migi! Na pew­no też nie zo­sta­wią nas na pa­stwę losu, kie­dy wi­dzą, że mamy ja­kiś pro­blem lub cze­goś szu­ka­my. Sami wyj­dą do nas z ini­cja­ty­wą, je­śli za­uwa­żą, że wy­gląda­my na za­gu­bio­nych.

No i trze­cia rzecz, któ­ra utkwi­ła mi w pa­mi­ęci po pierw­szym po­by­cie na Sy­cy­lii - sza­lo­ne ży­cie noc­ne. Wcze­śniej nie zda­wa­łam so­bie spra­wy z tego, że ist­nie­ją ta­kie miej­sca na świe­cie, gdzie nie­dzie­la wie­czór nie jest po­wo­dem do me­lan­cho­lii, a ba­wić się mo­żna w ka­żdy dzień ty­go­dnia, bez względu na porę roku czy tem­pe­ra­tu­rę na ze­wnątrz. Ca­ło­noc­na im­pre­za na słyn­nej Vuc­ci­rii i funk­cjo­nu­jącym jesz­cze wte­dy Piaz­za del Gar­raf­fel­lo była jed­nym z naj­bar­dziej sza­lo­nych do­świad­czeń w moim ży­ciu. Tam nie mia­ło zna­cze­nia, ile masz lat, jaki masz ko­lor skó­ry czy po­glądy po­li­tycz­ne - wszyst­kim przy­świe­cał je­den wspól­ny cel - do­bra za­ba­wa. Kie­dyś my­śla­łam, że je­dy­nym spo­so­bem, aby spo­tkać tak dużą gru­pę im­pre­zu­jących lu­dzi na ze­wnątrz, jest uda­nie się na przy­kład na ju­we­na­lia, któ­re od­by­wa­ją się raz do roku. Oka­za­ło się, że w Pa­ler­mo ta­kie ju­we­na­lia w wer­sji mini mają miej­sce co­dzien­nie wie­czo­rem! Na środ­ku pla­cu wy­pe­łnio­ne­go tłu­mem lu­dzi stał DJ. Na bal­ko­nie jed­ne­go z bu­dyn­ków, znaj­du­jące­go się wo­kół pla­cu, z bu­tel­ką wina w ręku i w rytm ener­gicz­nej mu­zy­ki ta­ńczy­ła pani w wie­ku 70 lat, ba­wi­ąc się z całą resz­tą w naj­lep­sze. Tuż obok niej na ścia­nie jed­nej z pra­wie roz­pa­da­jących się ka­mie­nic dum­nie wid­niał wiel­ki na­pis "Du­rex". Brzmi jak ar­ma­ge­don? Wi­taj­cie na Sy­cy­lii! To miej­sce, gdzie jed­na sprzecz­no­ść goni dru­gą w na­praw­dę za­wrot­nym tem­pie.

Przez te trzy dni Sy­cy­lia do­star­czy­ła mi całe spek­trum wra­żeń i po­my­śla­łam so­bie, że to miej­sce ide­al­nie od­wzo­ro­wu­je moją cha­otycz­ną oso­bo­wo­ść i chcia­ła­bym tam jesz­cze kie­dyś wró­cić tu na dłu­żej. Bar­dzo wy­ra­źnie pa­mi­ętam ostat­nie chwi­le na lot­ni­sku w Pa­ler­mo i uśmie­cha­jące się do mnie in­try­gu­jące sło­necz­ko z ce­ra­mi­ki - zu­pe­łnie tak, jak­by swo­im ta­jem­ni­czym spoj­rze­niem chcia­ło dać mi do zro­zu­mie­nia: "jesz­cze się zo­ba­czy­my".

Po obro­nie ma­gi­ster­ki do­rwa­ła mnie pro­za ży­cia i ru­ty­na. Pra­ca na eta­cie jako spe­cja­li­sta ds. mar­ke­tin­gu, po­wta­rzal­no­ść, wszyst­kie dni ta­kie same. Funk­cjo­no­wa­nie od week­en­du do week­en­du, od urlo­pu do urlo­pu i ży­cie prze­cie­ka­jące przez pal­ce. Do­oko­ła same roz­mo­wy o kre­dy­tach, or­ga­ni­za­cji ślu­bu, tru­dach ży­cia do­ro­słe­go, re­mon­tach, za­kła­da­niu ro­dzi­ny, bu­do­wa­niu domu i by­ciu po­wa­żnym czło­wie­kiem. I te py­ta­nia od in­nych: co da­lej? Wiesz już? Gdzie będziesz żyć na sta­łe? Kie­dy dzie­ci? Ja­kie masz kon­kret­ne pla­ny za­wo­do­we? Gdzie wi­dzisz sie­bie za 10 lat? Spró­buj nie wie­dzieć!

Sycylijskie słoneczko z ceramiki

Kie­dy stu­diu­jesz, masz ta­ry­fę ulgo­wą. In­nych in­te­re­su­je tyl­ko, czy zda­łaś se­sję i może czy wy­bra­łeś już te­mat li­cen­cja­tu/ma­gi­ster­ki. Po­tem za­czy­na­ją się scho­dy i spo­łe­cze­ństwo na­kła­da na mło­dych lu­dzi pre­sję, któ­rą na­praw­dę ci­ężko udźwi­gnąć. Wi­ęk­szo­ść więc nie za­sta­na­wia się, cze­go na­praw­dę chce od ży­cia, tyl­ko pró­bu­je spe­łniać ocze­ki­wa­nia in­nych, po­dej­mu­jąc de­cy­zje po­dob­ne do ko­le­gów i ko­le­ża­nek w tym sa­mym wie­ku. Ja mia­łam 25 lat i nie czu­łam się jesz­cze men­tal­nie sta­ra, wbrew temu, co cały świat pró­bo­wał mi wmó­wić. Od za­wsze też wie­dzia­łam, że pra­ca od 9:00 do 17:00 nie jest dla mnie, ale mu­sia­łam się o tym prze­ko­nać na wła­snej skó­rze. Poza tym wte­dy nie mia­łam in­nej opcji - mu­sia­łam prze­cież za coś żyć. Jed­nak po tym, jak na­bra­łam tro­chę za­wo­do­we­go do­świad­cze­nia, za­częłam szu­kać ja­kie­jś dro­gi ewa­ku­acji. Wte­dy jesz­cze pra­ca zdal­na w wi­ęk­szo­ści za­wo­dów była w stre­fie ma­rzeń, a ja tak bar­dzo chcia­łam wy­rwać się z przy­tła­cza­jącej mnie rze­czy­wi­sto­ści! Co­dzien­nie my­śla­mi prze­no­si­łam się do eg­zo­tycz­nych miejsc, gdzie ka­żde­go dnia świe­ci sło­ńce, a lu­dzie za­miast ci­ągle na­rze­kać, wie­czo­ra­mi bez­tro­sko spędza­ją czas, ro­bi­ąc coś przy­jem­ne­go. I jak wi­dać, war­to ma­rzyć, bo wszech­świat ewi­dent­nie wy­słu­chał mo­ich pró­śb.

Klimatyczne uliczki Palermo

Kie­dy w stycz­niu 2019, w so­bot­ni wie­czór bez­my­śl­nie scrol­lo­wa­łam ta­bli­cę na Fa­ce­bo­oku, przed mo­imi ocza­mi na­gle po­ja­wił się post z za­py­ta­niem: "Czy był już ktoś z Was na Era­smu­sie dla przed­si­ębior­ców?". Za­in­try­go­wa­na wpi­sa­łam w Go­ogle, żeby spraw­dzić, co to jest, i... oka­za­ło się, że to pro­gram wprost stwo­rzo­ny dla mnie! W ra­mach nie­go mo­żna wy­je­chać na sze­ść mie­si­ęcy za gra­ni­cę, żeby uczyć się u do­świad­czo­ne­go przed­si­ębior­cy, jak roz­wi­jać swój biz­nes, któ­ry pla­nu­je się otwo­rzyć w przy­szło­ści. Moim po­my­słem było ofe­ro­wa­nie wła­snych usług mar­ke­tin­go­wych i pra­ca jako fre­elan­cer, żeby zy­skać w ży­ciu wi­ęcej wol­no­ści oraz mieć wi­ęcej cza­su na pod­ró­że. Nie czu­łam się jed­nak wy­star­cza­jąco na si­łach, żeby rzu­cić pra­cę i od razu za­cząć to ro­bić, więc udział w tym pro­gra­mie wy­da­wał się być ide­al­nym mo­stem do nie­za­le­żno­ści. Za­apli­ko­wa­łam, na­pi­sa­łam biz­nes plan i do­sta­łam się. Tyl­ko gdzie je­chać? Pierw­szym po­my­słem był Me­dio­lan - w ko­ńcu to wło­skie mia­sto naj­bar­dziej ko­ja­rzy się z przed­si­ębior­czo­ścią. Po­tem jed­nak zo­ba­czy­łam ceny po­ko­jów na wy­na­jem, pod­li­czy­łam so­bie kosz­ty ży­cia i szyb­ko zre­zy­gno­wa­łam z tego po­my­słu.

W mi­ędzy­cza­sie ode­zwał się do mnie wła­ści­ciel agen­cji mar­ke­tin­go­wej z Flo­ren­cji, ale nie by­łam prze­ko­na­na do tego, czy chcę miesz­kać zno­wu w tym sa­mym mie­ście. Aż pew­ne­go dnia do­sta­łam e-mail od dzien­ni­kar­ki i wła­ści­ciel­ki agen­cji re­kla­mo­wej z... Ka­ta­nii! By­łam w szo­ku. Po pierw­sze - Sy­cy­lia kom­plet­nie nie ko­ja­rzy­ła mi się z ja­ki­mi­kol­wiek biz­ne­so­wy­mi przed­si­ęw­zi­ęcia­mi, a po dru­gie - to nie­mo­żli­we, że mo­gła­bym miesz­kać przez sze­ść mie­si­ęcy w miej­scu, gdzie moja co­dzien­no­ść mo­gła­by w pe­wien spo­sób wy­glądać jak wiecz­ne wa­ka­cje. Po trze­cie - Ka­ta­nia? Wie­dzia­łam tyl­ko, że to mia­sto leży pod naj­wi­ęk­szym ak­tyw­nym wul­ka­nem w Eu­ro­pie i nie ma w In­ter­ne­cie zbyt do­brej sła­wy. Lu­dzie pi­sa­li, że miej­sce jest brzyd­kie, nie­bez­piecz­ne, brud­ne i za­raz po przy­lo­cie na­le­ży z nie­go ucie­kać.

Postanowiłam zaryzykować. Od tamtej pory moje życie kompletnie się zmieniło.

By­łam roz­dar­ta w środ­ku. Ka­ta­nia by­ła­by moją prze­pust­ką do ży­cia w raju, ale czy będę się tam do­brze czu­ła? Nie spa­łam po no­cach, ci­ągle roz­wa­ża­jąc plu­sy i mi­nu­sy prze­pro­wadz­ki. W ko­ńcu skon­tak­to­wa­łam się z dziew­czy­na­mi, któ­re były na Era­smu­sie w Ka­ta­nii i wte­dy na­stąpił mo­ment prze­ło­mo­wy. Wszyst­kie były za­chwy­co­ne po­by­tem na Sy­cy­lii i ocza­ro­wa­ne Ka­ta­nią. Po­sta­no­wi­łam za­ry­zy­ko­wać. W środ­ku czu­łam, że pod­jęłam do­brą de­cy­zję, a moja in­tu­icja ni­g­dy się nie myli. I od tam­tej pory... moje ży­cie kom­plet­nie się zmie­ni­ło. Choć od za­wsze ko­cha­łam Wło­chy, to Sy­cy­lia sta­ła się moją naj­wi­ęk­szą pa­sją. Te­ma­ty z nią zwi­ąza­ne opa­no­wa­ły pro­wa­dzo­ne­go prze­ze mnie od kil­ku lat blo­ga i In­sta­gram. Wy­da­łam sa­mo­dziel­nie ku­li­nar­ne prze­wod­ni­ki po wschod­niej i za­chod­niej części Sy­cy­lii, otwo­rzy­ło się przede mną wie­le no­wych drzwi. Śmia­ło mogę po­wie­dzieć, że Sy­cy­lia zmie­ni­ła moje ży­cie. Skąd za­tem bio­rą się tak skraj­ne opi­nie na jej te­mat?

Mu­si­cie zro­zu­mieć, że Sy­cy­lia jest jak do­bra sztu­ka te­atral­na. Kie­dyś Ma­rek Ko­śció­łek, wspa­nia­ły ak­tor, re­ży­ser i za­ło­ży­ciel Te­atru Krzyk, po­wie­dział mi, że przed­sta­wie­nie jest do­bre nie wte­dy, kie­dy je­steś nim za­chwy­co­ny, tyl­ko wte­dy. gdy wzbu­dzi w To­bie ja­kieś emo­cje. Nie ma zna­cze­nia, czy są po­zy­tyw­ne, czy ne­ga­tyw­ne. Li­czy się to, że po za­ko­ńcze­niu, zo­sta­wi Cię ono z ja­ki­miś prze­my­śle­nia­mi. Taka jest wła­śnie Sy­cy­lia - za­szo­ku­je Cię, za­uro­czy, obu­rzy. Jed­no jest pew­ne - nie po­zo­sta­niesz wo­bec niej obo­jęt­ny.

Marzamemi

W tej ksi­ążce po­ka­żę Wam, jak wy­gląda Sy­cy­lia mo­imi ocza­mi. Może moje opo­wie­ści po­zwo­lą Wam się w niej za­ko­chać, a może po pro­stu spra­wią, że sta­nie­cie się dla niej tro­chę bar­dziej wy­ro­zu­mia­li. Miesz­ka­łam rok w Ka­ta­nii, 3 mie­si­ące w Pa­ler­mo, a od kil­ku lat wra­cam na Sy­cy­lię re­gu­lar­nie kil­ka razy w roku. Przez ten czas ze­bra­łam cały wór spo­strze­żeń, do­świad­czeń i cie­ka­wych hi­sto­rii. Mam na­dzie­ję, że będzie­cie się do­brze ba­wić! Żeby zro­zu­mieć dla­cze­go Sy­cy­lia jest jaka jest, naj­pierw war­to za­głębić się w skom­pli­ko­wa­ną hi­sto­rię tej wy­spy.

Wyspa

Jak zwiedzać Sycylię?

Przede wszyst­kim - bez po­śpie­chu. Jest on ca­łko­wi­cie nie­wska­za­ny. Po­śpiech może sku­tecz­nie po­krzy­żo­wać Wa­sze pla­ny lub je ca­łko­wi­cie zruj­no­wać. Ostat­ni bus może wca­le nie przy­je­chać, a au­to­bus miej­ski spó­źnić się 40 mi­nut. Naj­lep­sza re­stau­ra­cja w mie­ście, do któ­rej szli­ście na pie­cho­tę trzy ki­lo­me­try, może na­gle oka­zać się za­mkni­ęta, mimo że Go­ogle ewi­dent­nie po­ka­zu­je co in­ne­go. A Wam je­dy­nie po­zo­sta­nie po­ca­ło­wać klam­kę, po­nie­waż do drzwi przy­le­pio­na jest duża kar­tecz­ka in­for­mu­jąca o tym, że wła­ści­ciel lo­ka­lu wła­śnie udał się na dwu­ty­go­dnio­we fe­rie. W szczy­cie se­zo­nu. Tak po pro­stu. Na pew­no będzie na tym strat­ny fi­nan­so­wo. Ale prze­cież są wa­żniej­sze rze­czy w ży­ciu niż pie­ni­ądze. Od­po­czy­nek to rzecz świ­ęta i Sy­cy­lij­czy­cy do­sko­na­le o tym wie­dzą, sta­wia­jąc go po­nad spra­wa­mi ma­te­rial­ny­mi. A Wa­sza zło­ść i iry­ta­cja nie­wie­le zmie­nią. Le­piej się do­sto­so­wać, przy­mknąć oko i sko­czyć na espres­so do baru lub po­my­śleć, jak w inny spo­sób wy­ko­rzy­stać zy­ska­ny czas.

Sy­cy­lia uczy cier­pli­wo­ści i po­ka­zu­je, że nie wszyst­ko musi iść za­wsze zgod­nie z pla­nem. A to nie musi ozna­czać, że coś przez to stra­ci­my. Wręcz prze­ciw­nie. Żeby od­kryć to, co naj­pi­ęk­niej­sze w tym re­gio­nie, trze­ba zwol­nić, z uwa­gą i cie­ka­wo­ścią ob­ser­wo­wać pa­nu­jące tam oto­cze­nie i skraj­no­ści. Bez oce­nia­nia. Bez po­rów­ny­wa­nia.

Sycylię należy zwiedzać bez pośpiechu.

Wy­spa jest jak je­den mały kon­ty­nent, w któ­rym li­sta miejsc do zo­ba­cze­nia i do­świad­cze­nia ni­g­dy się nie ko­ńczy. I choć może nas ku­sić, żeby od­ha­czyć wszyst­kie naj­wa­żniej­sze za­byt­ki pod­czas ty­go­dnio­we­go urlo­pu, to nie na tym po­le­ga zwie­dza­nie Sy­cy­lii. Ją trze­ba chło­nąć wszyst­ki­mi zmy­sła­mi. Ob­ser­wo­wać lu­dzi, na­tu­rę i zwy­cza­je. Zbo­czyć z ty­po­wo tu­ry­stycz­ne­go szla­ku. Pod­je­chać do mniej zna­ne­go mia­stecz­ka i za­chwy­cić się zwy­kłą co­dzien­no­ścią. Zje­ść top­nie­jące w mgnie­niu oka su­per słod­kie lody w bu­łce, wpa­tru­jąc się w zle­wa­jący się ze sobą błękit nie­ba i mo­rza, lub do­łączyć do po­cho­du miesz­ka­ńców z oka­zji świ­ęta lo­kal­ne­go pa­tro­na, ob­ser­wu­jąc tra­dy­cje, któ­rych zna­cze­nie nie za­ta­rło się, mimo upły­wu wie­lu wie­ków. Bo nie­wie­le jest ta­kich tu­ry­stycz­nych kie­run­ków, któ­re aż w tak du­żym stop­niu po­tra­fią za­sko­czyć swo­ją au­ten­tycz­no­ścią, po­zwa­la­jąc "ob­cym" pod­glądać fa­scy­nu­jącą rze­czy­wi­sto­ść, a cza­sem na­wet stać się jej częścią.

Sycylia - to jeszcze Europa czy już Afryka?

Ile razy mówi się o tym, że nie po­win­no się oce­niać po po­zo­rach? Sy­cy­lii nie da się w pe­łni po­czuć i zro­zu­mieć bez od­po­wied­nie­go kon­tek­stu. Je­śli ktoś przy­je­żdża na wy­spę i je­dy­nym, co wi­dzi i za­pa­mi­ęta, są śmie­ci, to zna­czy, że nie od­ro­bił wa­żne­go za­da­nia do­mo­we­go przed przy­jaz­dem lub po­wi­nien tro­chę po­pra­co­wać nad swo­ją wra­żli­wo­ścią i do­strze­ga­niem cze­goś wi­ęcej poza tym, co rzu­ca się od razu w oczy, bo jest inne niż u nas. Mnie za­wsze szo­ku­je to, jak skraj­ne opi­nie wy­wo­łu­je Sy­cy­lia w ró­żnych oso­bach i jak do­kład­nie te same miej­sca mogą być po­strze­ga­ne w zu­pe­łnie inny spo­sób.

Tętniąca życiem Katania

Sy­cy­lia jest pi­ęk­na, ale nie w ta­kim oczy­wi­stym ro­zu­mie­niu. To pi­ęk­no jest nie­raz scho­wa­ne pod ogrom­ną war­stwą bru­du, cha­osu, czar­ne­go pyłu wul­ka­nicz­ne­go i ni­g­dy nie­usta­jące­go (w du­żych mia­stach) dźwi­ęku klak­so­nów. Je­śli cie­ka­wo­ść za­pro­wa­dzi nas nie­co głębiej, to do­strze­że­my nie­zwy­kłe świ­ęta, folk­lor, pysz­ne i nie­dro­gie je­dze­nie wy­so­kiej ja­ko­ści, spek­ta­ku­lar­ną na­tu­rę i życz­li­wo­ść miesz­ka­ńców. To od nas za­le­ży, czy wi­dzi­my szklan­kę do po­ło­wy pe­łną, czy pu­stą. Po­dob­nie jest z Sy­cy­lią i z wy­bo­rem ró­żnych jej aspek­tów, na któ­rych się sku­pi­my.

Wie­lu tu­ry­stów przy­je­żdża na wy­spę ze swo­imi kon­kret­ny­mi ocze­ki­wa­nia­mi. Ma­jąc w gło­wie same pi­ęk­ne ka­dry z fil­mów i se­ria­li, do­zna­ją po­tem bo­le­sne­go zde­rze­nia z rze­czy­wi­sto­ścią, kie­dy wi­dzą, że nie jest tak ide­al­nie, jak so­bie wy­obra­ża­li. Albo po­rów­nu­ją Sy­cy­lię z To­ska­nią czy in­ny­mi bar­dziej ko­mer­cyj­ny­mi miej­sca­mi we Wło­szech, któ­re są cu­dow­ne, czy­ste, ale często nie­ste­ty mniej au­ten­tycz­ne. Bo spa­ce­ru­jąc po uro­kli­wych ulicz­kach Asy­żu czy Mon­te­pul­cia­no, jak często sły­szy­cie język wło­ski? Czy nie jest tak, że wi­ęk­szo­ść ko­mu­ni­ka­tów do­sto­so­wa­nych jest do licz­nych tu­ry­stów z Ame­ry­ki, któ­rych gło­śne roz­mo­wy sły­chać znacz­nie częściej niż wło­ski gwar? No wła­śnie...

"Instagramowa" Isola Bella w Taorminie

Sy­cy­lia ni­g­dy nie będzie uda­wać ko­goś, kim nie jest, tyl­ko po to, żeby Wam za­im­po­no­wać. Oczy­wi­ście, znaj­du­je się tam kil­ka bar­dziej "In­sta frien­dly" miast, ta­kich jak Tao­r­mi­na czy Ce­fa­l?, któ­re bu­dzą same "ochy i achy", oraz są po­twier­dze­niem wszyst­kich ty­po­wych sko­ja­rzeń z wło­skim la do­lce vita, ale są to ra­czej wy­jąt­ki.

Kie­dy pó­łnoc­ne re­gio­ny Włoch gra­ni­czą z ta­ki­mi kra­ja­mi, jak Fran­cja czy Szwaj­ca­ria, co oczy­wi­ście w du­żym stop­niu wpły­wa na ich kul­tu­rę i zwy­cza­je, Sy­cy­lia jest po­ło­żo­na nie­ca­łe 200 km od... Afry­ki! Sko­ro Me­dio­lan i Pa­ler­mo dzie­li po­nad 1500 km (czy­li mniej wi­ęcej tyle samo co War­sza­wę i Me­dio­lan!), jak mo­że­my ocze­ki­wać, że pó­łnoc i po­łud­nie Włoch będą do sie­bie po­dob­ne?

Sycylia - wyspa europejska czy już bardziej afrykańska?

Nie da się więc na Sy­cy­lię na­ło­żyć ja­kie­jś kon­kret­nej ety­kie­ty i jed­no­znacz­nie okre­ślić, czy jest bar­dziej eu­ro­pej­ska, czy afry­ka­ńska. Z jed­nej stro­ny, jest częścią Włoch i Unii Eu­ro­pej­skiej, a jej miesz­ka­ńcy mó­wią głów­nie po wło­sku. Z dru­giej stro­ny, to jed­na z naj­wi­ęk­szych wysp Mo­rza Śró­dziem­ne­go, któ­ra leży w po­bli­żu wy­brze­ży Tu­ne­zji i Li­bii, co su­ge­ru­je sil­ne wpły­wy afry­ka­ńskie. Jak­by tego było mało, Sy­cy­lia na prze­strze­ni wie­ków była pod rząda­mi ró­żnych na­cji, w tym m.in. Gre­ków, Rzy­mian, Bi­zan­tyj­czy­ków, Ara­bów i Nor­ma­nów, co w wiel­kim stop­niu wpły­nęło na jej roz­wój i cha­rak­ter.

Mo­żna więc stwier­dzić, że Sy­cy­lia jest uni­ka­to­wym i je­dy­nym w swo­im ro­dza­ju two­rem, łączącym w so­bie ele­men­ty i tra­dy­cje wie­lu ró­żnych kul­tur. Dla­te­go wy­stępu­jące na jej te­re­nie kuch­nia, sztu­ka, ar­chi­tek­tu­ra czy zwy­cza­je tak bar­dzo ró­żnią się od tych, któ­re spo­ty­ka­my w po­zo­sta­łych częściach Włoch.

Przed przy­jaz­dem do kra­iny sło­ńca, war­to za­po­znać się z hi­sto­rią tej wy­spy, żeby le­piej zro­zu­mieć pa­nu­jącą tam rze­czy­wi­sto­ść i tak dużą ró­żno­rod­no­ść re­gio­nu. Bo przy odro­bi­nie uwa­żno­ści, licz­ne śla­dy przy­by­szów z prze­szło­ści znaj­dzie­cie pra­wie na ka­żdym kro­ku!

Łyk historii z opuncją w tle

Nie będę wcho­dzić w naj­drob­niej­sze szcze­gó­ły do­ty­czące hi­sto­rii Sy­cy­lii, po­nie­waż nie czu­ję się spe­cja­list­ką w tym te­ma­cie, ale chcia­ła­bym, że­by­ście po­zna­li cho­ciaż jej ogól­ny za­rys. Uwa­żam, że jest to klucz do zro­zu­mie­nia sy­cy­lij­skiej kul­tu­ry.

Dla­cze­go Sy­cy­lia była tak chęt­nie pod­bi­ja­na przez inne na­ro­dy? Przede wszyst­kim ze względu na stra­te­gicz­ne po­ło­że­nie. Wy­spa ta znaj­do­wa­ła się w sa­mym środ­ku Mo­rza Śró­dziem­ne­go, mi­ędzy Eu­ro­pą, Afry­ką i Azją, na prze­ci­ęciu wa­żnych szla­ków han­dlo­wych. Była więc nie­zwy­kle atrak­cyj­na dla kup­ców i han­dla­rzy z ca­łe­go świa­ta.

Ścieżka Saracenów jest pełna dzikich opuncji i zapierających dech w piersiach widoków na Etnę

Po dru­gie, na Sy­cy­lii pa­nu­je ła­god­ny kli­mat, a jej te­re­ny bo­ga­te są w uro­dzaj­ne zie­mie, ide­al­ne do upra­wy zbóż i wi­no­ro­śli. Ist­nie­je na­wet pew­na le­gen­da mó­wi­ąca o tym, że kie­dyś Tur­cy przy­wie­źli ze sobą na Sy­cy­lię opun­cję fi­go­wą (il fico d'In­dia), któ­rą uwa­ża­li za tru­jącą, żeby znisz­czyć chrze­ści­ja­ński sy­cy­lij­ski lud. W rze­czy­wi­sto­ści ro­śli­na ta tak do­sko­na­le przy­jęła się na lo­kal­nych ży­znych zie­miach, że za­częła wy­da­wać słod­kie owo­ce, któ­re oka­za­ły się nie tyl­ko prze­pysz­ne, ale ma­jące też mnó­stwo wła­ści­wo­ści zdro­wot­nych i odżyw­czych. Co cie­ka­we, Wło­chy znaj­du­ją się w czo­łów­ce pro­du­cen­tów opun­cji fi­go­wej na świe­cie (z re­gio­nem Sy­cy­lia na cze­le), a spa­ce­ru­jąc po dzi­kich sy­cy­lij­skich dró­żkach, znaj­dzie­cie tę ro­śli­nę nie­ma­lże wszędzie. Skąd tak na­praw­dę po­cho­dząca z Mek­sy­ku opun­cja wzi­ęła się na wy­spie? Sama jej na­zwa jest dość my­ląca, po­nie­waż su­ge­ro­wa­ła­by, że owoc ten po­cho­dzi z In­dii (fico d'In­dia). Ro­śli­na ta zo­sta­ła spro­wa­dzo­na do Eu­ro­py z Ame­ry­ki Środ­ko­wej w XVI w. przez hisz­pa­ńskich ko­lo­ni­za­to­rów, któ­rzy my­śle­li wte­dy, że od­kry­li In­die. A jako że Sy­cy­lia przez pe­wien okres znaj­do­wa­ła się rów­nież pod pa­no­wa­niem Hisz­pa­nów, to wła­śnie dzi­ęki nim ta ro­śli­na do­ta­rła na wy­spę.

Sycylia zaskakuje swoim pięknem.

Sko­ro je­ste­śmy przy opun­cjach, to mu­szę Wam zdra­dzić jed­no nie­sa­mo­wi­te miej­sce z nimi w roli głów­nej. Jak będzie­cie w oko­li­cach Tao­r­mi­ny, nie mo­że­cie go prze­ga­pić! Na­zy­wa się Ście­żka Sa­ra­ce­nów (Sentiero dei Saraceni) i jest to starożytna dróżka prowadząca z Taorminy do Castelmoli. W trakcie tej mało wymagającej trasy trwającej około 40 minut zobaczycie jedne z najpiękniejszych widoków w Waszym życiu.

Ci­ężko mi zli­czyć, ile już do­kład­nie razy by­łam na Sy­cy­lii, ale w mar­cu 2023 zno­wu spędzi­łam po­nad mie­si­ąc w Ka­ta­nii. Wy­spa i tym ra­zem mnie nie za­wio­dła - jak zwy­kle do­star­czy­ła mi mnó­stwo wzru­szeń i emo­cji. Pod ko­niec mo­je­go po­by­tu wy­da­wa­ło mi się, że już nie ma rze­czy, któ­ra mo­gła­by mnie po­ru­szyć do głębi, tyle do­świad­czy­łam przez ten mie­si­ąc. No i pu­dło! Kil­ka dni przed po­wro­tem do Pol­ski wy­bra­łam się na Ście­żkę Sa­ra­ce­nów ra­zem Po­lką miesz­ka­jącą na Sy­cy­lii, po­zna­ną jesz­cze tego sa­me­go dnia. Sta­wia­jąc ka­żdy ko­lej­ny krok, wy­mie­nia­ły­śmy się za­chwy­ta­mi nad kra­jo­bra­za­mi, któ­re uka­zy­wa­ły się przed na­szy­mi ocza­mi. Mimo że ja i ona zna­ły­śmy już Sy­cy­lię do­sko­na­le, do­szły­śmy do wnio­sku, że ta wy­spa ni­g­dy nie prze­sta­je za­ska­ki­wać swo­im pi­ęk­nem. Cza­sem wy­da­je Ci się, że wi­dzia­łeś już wszyst­ko, prze­mie­rzy­łeś Sy­cy­lię wzdłuż i wszerz. A po­tem idziesz po raz pierw­szy kręty­mi dró­żka­mi sta­ro­żyt­nej ście­żki po­śród dzi­kich opun­cji fi­go­wych, z ka­żde­go rogu spo­gląda na Cie­bie ma­je­sta­tycz­na Etna, z od­da­li wi­dać fa­lu­jące mo­rze, a nie­bo o za­cho­dzie sło­ńca na­bie­ra co­raz bar­dziej in­ten­syw­nych ró­żo­wo-po­ma­ra­ńczo­wych barw i... nie mo­żesz uwie­rzyć, że to wszyst­ko ist­nie­je na­praw­dę. To mó­głby być spo­koj­nie opis sce­ny ja­kie­goś su­per­ro­man­tycz­ne­go wło­skie­go fil­mu, a jest po pro­stu uryw­kiem zwy­kłe­go spa­ce­ru po Sy­cy­lii.

Różowa oaza, czyli Fenicjanie na Sycylii

Jako pierw­si na Sy­cy­lii po­ja­wi­li się Fe­ni­cja­nie - sta­ro­żyt­ny lud po­cho­dzący z ob­sza­ru dzi­siej­sze­go Li­ba­nu i Sy­rii, któ­ry szyb­ko do­strze­gł w niej po­ten­cjał han­dlo­wy i mo­żli­wo­ści eks­plo­ata­cji su­row­ców na­tu­ral­nych. Żywe śla­dy po ich obec­no­ści znaj­dzie­my na­wet te­raz! Na­le­ży ich szu­kać w za­chod­niej części Sy­cy­lii, gdzie Fe­ni­cja­nie za­ło­ży­li swo­je pierw­sze osa­dy w XVIII w. p.n.e. Jed­ną z pierw­szych była Mo­zia (Mo­thia), czy­li mia­sto zlo­ka­li­zo­wa­ne na ma­łej wy­sep­ce w oko­li­cy Mar­sa­li, gdzie mo­żna obec­nie zo­ba­czyć wie­le zna­le­zisk ar­che­olo­gicz­nych. To wa­żne miej­sce dla wszyst­kich, któ­rzy fa­scy­nu­ją się prze­szło­ścią!

Ręcznie zbierana sól w okolicach Marsali układana jest w wielkie kopce

Ka­żdy z lu­dów przy­by­łych na wy­spę wzbo­ga­cał ją o ja­kieś nowe zwy­cza­je. Nie mo­gło być ina­czej w tym przy­pad­ku! Tym, co mnie kie­dyś przy­ci­ągnęło w te re­jo­ny, było... pod­pa­trzo­ne w In­ter­ne­cie zdjęcie akwe­nu z ba­jecz­nie ró­żo­wą wodą! Ta sy­tu­acja zbie­gła się z in­nym wy­da­rze­niem. Pew­ne­go razu by­łam na lek­cji go­to­wa­nia u sy­cy­lij­skiej non­ny, od któ­rej usły­sza­łam o ma­gicz­nym za­kąt­ku w za­chod­niej części Sy­cy­lii, gdzie wci­ąż...

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej

Prolog

"Co­kol­wiek będziesz w ży­ciu ro­bił - ko­chaj to tak, jak ko­cha­łeś kino... kie­dy by­łeś chłop­cem".

Al­fre­do do Toto - Ci­ne­ma Pa­ra­di­so

O tym, że Wło­si z po­łu­dnio­wej części Ita­lii są inni, sły­sza­łam od za­wsze. Ale o praw­dzi­wo­ści tego stwier­dze­nia prze­ko­na­łam się do­pie­ro w 2017 r. na wy­je­ździe in­te­gra­cyj­nym z pra­cy w Apu­lii.

Kie­dy ostat­nie­go dnia uda­li­śmy się na kil­ku­ki­lo­me­tro­wy spa­cer po oko­licz­nych wio­skach, któ­re­go ce­lem mia­ła być ko­la­cja w jed­nej z lo­kal­nych piz­ze­rii, po dro­dze za­ma­rzy­ło nam się zje­ść coś bar­dzo orze­źwia­jące­go. Le­d­wo po­wie­dzie­li­śmy na głos o swo­ich pra­gnie­niach, a na­gle na środ­ku dro­gi uj­rze­li­śmy duże auto, któ­re­go ba­ga­żnik był otwar­ty i wy­pe­łnio­ny po brze­gi so­czy­sty­mi ar­bu­za­mi i me­lo­na­mi. W pierw­szej chwi­li po­my­śle­li­śmy, że to ja­kaś fa­ta­mor­ga­na, ale nie... Wte­dy jesz­cze nie wie­dzia­łam, że taki nie­ty­po­wy spo­sób sprze­da­ży owo­ców i wa­rzyw na po­łud­niu Włoch to chleb po­wsze­dni i w ni­kim nie wzbu­dza żad­ne­go za­sko­cze­nia.

Za chwi­lę obok auta po­ja­wił się star­szy pan i uprzej­mie za­py­tał, co po­dać. Po­pro­si­li­śmy o jed­ne­go ar­bu­za. Spy­tał się, czy na miej­scu, czy na wy­nos. Za­sko­czy­ło mnie to py­ta­nie, ale po­wie­dzia­łam, że na miej­scu, po­nie­waż chcie­li­śmy skon­su­mo­wać tego pysz­ne­go ar­bu­za jak naj­szyb­ciej. Nie do ko­ńca ro­zu­mie­li­śmy, co się kry­je pod stwier­dze­niem "na miej­scu". Jed­nak za chwi­lę wszyst­ko sta­ło się ja­sne. Naj­pierw miły pan przy­nió­sł pro­wi­zo­rycz­ny sto­lik, na któ­rym za­czął kro­ić ar­bu­za. Po­tem przy­nió­sł dru­gi i po­kro­ił na nim me­lo­ny. Na­stęp­nie znik­nął na chwi­lę w domu i wró­cił z pi­ęcio­ma krze­sła­mi dla nas. Nie zdąży­ło mi­nąć pięć mi­nut, a my już sie­dzie­li­śmy po­środ­ku dro­gi w bły­ska­wicz­nie skon­stru­owa­nym przez tego pana "ba­rze". Ale to nie był ko­niec przy­jem­no­ści. Za chwi­lę wró­cił z dwie­ma wiel­ki­mi pacz­ka­mi lo­kal­nych se­rów. Na­stęp­nie przy­nió­sł cia­sto i świe­żo zło­wio­ne ryby, że­by­śmy je so­bie usma­ży­li na ko­la­cję.

Nasz umy­sł nie mógł po­jąć tego, co się dzie­je. Chy­ba nikt z nas wcze­śniej w swo­im ży­ciu nie do­świad­czył tyle bez­in­te­re­sow­nej życz­li­wo­ści w tak krót­kim cza­sie od kom­plet­nie ob­cej oso­by. Za­żar­to­wa­li­śmy so­bie, że jesz­cze tyl­ko bra­ku­je wina. Wino jako dość mi­ędzy­na­ro­do­we sło­wo zo­sta­ło na­tych­miast zro­zu­mia­ne przez na­sze­go przy­ja­cie­la i po chwi­li wró­cił z bu­tel­ką i pi­ęcio­ma ku­becz­ka­mi. Po­tem do­sia­dł się do nas i za­czął opo­wia­dać o swo­im ży­ciu, z dumą po­ka­zy­wać zdjęcia swo­ich có­rek. Na­gle wy­brał nu­mer do jed­nej z nich i przy­sta­wił mi słu­chaw­kę do ucha. Będąc w lek­kim szo­ku, nie bar­dzo wie­dzia­łam, co mam mó­wić, więc po­wie­dzia­łam jej tyl­ko, że ma bar­dzo mi­łe­go tatę. On ka­zał mi ją do­dać do kon­tak­tów na What­sAp­pie, wy­słać na­sze wspól­ne zdjęcie i oznaj­mił, że je­śli kie­dy­kol­wiek będzie­my po­trze­bo­wać noc­le­gu w Tu­ry­nie, mamy się do niej ode­zwać. Mie­li­śmy wra­że­nie, że w nie­ca­łe pół go­dzi­ny sta­li­śmy się człon­kiem ro­dzi­ny tego pana. Wte­dy jesz­cze nie wie­dzia­łam, że ta­kie sy­tu­acje na po­łud­niu Włoch są dość po­wszech­ne. Ale to nie był ko­niec mi­łych nie­spo­dzia­nek i ma­gicz­nych zda­rzeń tego po­po­łud­nia.

Kil­ka go­dzin pó­źniej wra­ca­li­śmy na pie­cho­tę z piz­ze­rii. Na­gle do­ta­rł do nas dźwi­ęk wspa­nia­łej roc­ko­wej mu­zy­ki na żywo. Kon­cert w nie­dzie­lę w ta­kiej ma­łej wio­sce, gdzie po se­zo­nie nic się nie dzie­je? Bar­dzo nas ten fakt za­in­try­go­wał. Po­sta­no­wi­li­śmy spraw­dzić, co to za wy­da­rze­nie. Dźwi­ęki do­bie­ga­ły z ko­ńca gaju oliw­ne­go, któ­ry wy­glądał na te­ren pry­wat­ny, ale bra­ma do nie­go była lek­ko uchy­lo­na. Cie­ka­wo­ść była sil­niej­sza - po­sta­no­wi­li­śmy przez nią prze­jść. Do­szli­śmy do skra­ju dró­żki, a na jej ko­ńcu uka­za­ła się nam pi­ęk­na wil­la z ogro­dem, a w nim... mała sce­na, gdzie od­by­wał się pry­wat­ny kon­cert dla dość licz­nej wło­skiej ro­dzi­ny, któ­ra ska­cząc i śpie­wa­jąc, ba­wi­ła się w naj­lep­sze. Sta­nęli­śmy przed pło­tem po­se­sji, żeby chwi­lę po­słu­chać mu­zy­ki, bo gra­li na­praw­dę świet­nie, ale na­gle człon­ko­wie wło­skiej ro­dzi­ny za­uwa­ży­li na­szą obec­no­ść. Za­częli nam się przy­glądać ze zdzi­wie­niem i za­in­te­re­so­wa­niem - w po­bli­żu kil­ku ki­lo­me­trów nie było ni­ko­go oprócz nas i nich. Zro­zu­mie­li, że to dźwi­ęki świet­nej mu­zy­ki przy­ci­ągnęły nas w to miej­sce. Chwi­la kon­ster­na­cji: pa­trzy­li­śmy na nich, oni na nas, my na nich, oni na nas i na­gle... sta­ło się coś nie­sa­mo­wi­te­go! Za­pra­sza­jącym ge­stem po­ka­za­li, że­by­śmy do nich do­łączy­li. Nie wie­dzie­li­śmy za bar­dzo, co ro­bić, po­nie­waż głu­pio było nam tak się wpra­szać na czy­jąś uro­czy­sto­ść. Ale oni, wi­dząc na­sze nie­zde­cy­do­wa­nie, jesz­cze bar­dziej ocho­czo za­częli do nas ma­chać, do­da­jąc nam w ten spo­sób od­wa­gi. We­szli­śmy i nie­śmia­ło usie­dli­śmy mi­ędzy nimi. Wło­si naj­pierw nam się tro­chę przy­gląda­li, ale po­tem za­ak­cep­to­wa­li fakt, że po pro­stu je­ste­śmy ra­zem z nimi i po chwi­li na­sza obec­no­ść nie wzbu­dza­ła już wi­ęk­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia. Wszy­scy za­częli się za­cho­wy­wać bar­dzo na­tu­ral­nie, nie zwra­ca­jąc na nas wi­ęk­szej uwa­gi - zu­pe­łnie tak, jak­by­śmy zna­li się od daw­na.

Bagażnik wypełniony po brzegi świeżymi arbuzami i melonami (należący do bohatera historii z Apulii)

Prowizoryczny "bar" skonstruowany w niecałe 5 minut przez sprzedawcę owoców na środku ulicy

Po pew­nym cza­sie, za­ga­dał do nas je­den z człon­ków ro­dzi­ny i wy­tłu­ma­czył, że to uro­dzi­ny "Fa­bio", a na sce­nie gra jego ulu­bio­ny ze­spół. Po­tem spy­tał, czy mamy ocho­tę na­pić się piwa. Nie chcie­li­śmy nad­uży­wać go­ścin­no­ści, ale już po paru se­kun­dach ka­żdy z nas trzy­mał bu­tel­kę Pe­ro­ni w ręku. Gdy­by­śmy chcie­li wi­ęcej - mie­li­śmy mó­wić. Świ­ęto­wa­nie za­pla­no­wa­li na parę dni, więc przy­go­to­wa­li od­po­wied­nie za­pa­sy.

Włosi żyjący na południu kraju czerpią z życia pełnymi garściami i stawiają relacje z innymi na pierwszym miejscu.

Rok pó­źniej le­cia­łam z przy­ja­ció­łką do Ne­apo­lu. Oka­za­ło się, że do­kład­nie w tym sa­mym cza­sie od­by­wał się tam Na­po­li Piz­za Vil­la­ge - fe­sti­wal piz­zy. Co roku bo­wiem na dzie­si­ęć dni czerw­ca nad­mor­ska pro­me­na­da via Ca­rac­cio­lo z za­pie­ra­jącym dech w pier­siach wi­do­kiem na We­zu­wiusz za­mie­nia się w naj­wi­ęk­szą piz­ze­rię na świe­cie. Stwier­dzi­łam, że sko­ro będę w Ne­apo­lu w ta­kim nie­zwy­kłym dla ka­żde­go mi­ło­śni­ka piz­zy i wło­skiej kuch­ni mo­men­cie, to chcia­ła­bym ze­brać ja­kiś su­per cie­ka­wy ma­te­riał na blo­ga, któ­ry ist­niał nie­ca­łe dwa lata i do­pie­ro po­ma­łu się roz­kręcał. Wpa­dłam więc na sza­lo­ny po­my­sł - ode­zwę się do Gina Sor­bil­la, jed­ne­go z naj­słyn­niej­szych piz­za­io­li we Wło­szech, i za­pro­po­nu­ję mu spo­tka­nie. We­szłam na jego pro­fil na In­sta­gra­mie, któ­ry ob­ser­wo­wa­ło po­nad 200 tys. fa­nów i ma­jąc pe­łną świa­do­mo­ść tego, jak mało jest praw­do­po­dob­ne to, że zo­ba­czy moją wia­do­mo­ść, na­pi­sa­łam do nie­go. Przed­sta­wi­łam moją mi­ło­ść do piz­zy i wło­skiej kul­tu­ry, po­de­sła­łam link do blo­ga oraz spy­ta­łam się, czy by­ła­by mo­żli­wo­ść spo­tkać się z nim w jego re­stau­ra­cji. Ku mo­je­mu wiel­kie­mu zdzi­wie­niu już po kil­ku go­dzi­nach do­sta­łam od­po­wie­dź: va bene, czy­li "w po­rząd­ku". Gino od razu po­dał mi też swój nu­mer te­le­fo­nu, żeby uła­twić nam ko­mu­ni­ka­cję. Przy­znam się szcze­rze, że kom­plet­nie nie spo­dzie­wa­łam się ta­kie­go ob­ro­tu spra­wy.

Po przy­je­ździe do Ne­apo­lu przy­szły­śmy do jego re­stau­ra­cji o umó­wio­nej po­rze, ale oka­za­ło się, że Gina tam nie ma - bie­rze udział w na­gra­niach do pro­gra­mu dla wło­skiej te­le­wi­zji Rai w Rzy­mie. Na miej­scu był jego brat Toto i ra­zem z ob­słu­gą bar­dzo zmar­twi­li się, że na­sze spo­tka­nie nie do­szło do skut­ku. Po­wie­dzie­li, że prze­ka­żą Gi­no­wi in­for­ma­cję o tym, że by­łam w piz­ze­rii. Nie­co roz­cza­ro­wa­na opu­ści­łam re­stau­ra­cję i wraz z moją przy­ja­ció­łką Mar­tą uda­ły­śmy się w kie­run­ku dziel­ni­cy Mer­gel­li­na, gdzie od­by­wał się Fe­sti­wal Piz­zy. Do­ta­rły­śmy na miej­sce ide­al­nie na za­chód sło­ńca. Usia­dły­śmy na ska­łkach i po­dzi­wia­ły­śmy cu­dow­ne ró­żo­wo-fio­le­to­we nie­bo otu­la­jące ma­je­sta­tycz­ny We­zu­wiusz. Cały ten wi­dok jak z pocz­tów­ki zre­kom­pen­so­wał mi tro­chę mój wcze­śniej­szy za­wód. Na­gle usły­sza­łam dźwi­ęk po­wia­do­mie­nia na In­sta­gra­mie - wia­do­mo­ść od Gina. Na­pi­sał, że wra­ca z Rzy­mu i że­bym po­da­ła mu swój nu­mer te­le­fo­nu. Po mo­jej od­po­wie­dzi, chwi­lę pó­źniej za­dzwo­nił mój te­le­fon. Ode­bra­łam, a tam bez­tro­skie Ciao, come stai? (Cze­ść, jak się masz?), na któ­re od­po­wie­dzia­łam Bene (do­brze), choć by­łam lek­ko prze­ra­żo­na tą spon­ta­nicz­ną roz­mo­wą w języ­ku wło­skim. Gino po­in­for­mo­wał mnie, że będzie wie­czo­rem na Na­po­li Piz­za Vil­la­ge i ma na­dzie­ję, że tam się spo­tka­my. Spy­tał się, w ile osób będzie­my i rzu­cił a pre­sto! (do zo­ba­cze­nia wkrót­ce!).

Oko­ło 22:00 ra­zem z moją przy­ja­ció­łką Mar­tą we­szły­śmy na te­ren fe­sti­wa­lu i za­częły­śmy szu­kać sto­iska Gina. Oka­za­ło się, że ma dwa punk­ty w ró­żnych miej­scach i nie mo­gły­śmy go zna­le­źć, po­nie­waż prze­by­wał aku­rat na tym dal­szym. Kie­dy tak błądzi­ły­śmy wśród tłu­mu lu­dzi, on pierw­szy mnie wy­pa­trzył i za­wo­łał. My­śla­łam, że za­dam mu kil­ka py­tań, zro­bi­my so­bie zdjęcie i na tym ko­niec. Ale Gino przy­wi­tał się z nami, a po­tem za­pro­sił do sto­łu, przy któ­rym sie­dział ra­zem z przy­ja­ció­łmi. Tego się nie spo­dzie­wa­łam! Za­czął nas po ko­lei przed­sta­wiać - naj­pierw mnie jako blo­ger­kę z Pol­ski (a na In­sta­gra­mie mia­łam le­d­wo 2 ty­si­ące ob­ser­wu­jących), a po­tem już jako swo­ją przy­ja­ció­łkę. Wszy­scy jego przy­ja­cie­le byli dla nas nie­sa­mo­wi­cie życz­li­wi i szcze­rze za­in­te­re­so­wa­ni, kim je­ste­śmy, skąd po­cho­dzi­my, co tu ro­bi­my.

Gino był nie­wąt­pli­wie gwiaz­dą wie­czo­ru - co chwi­la ktoś wo­łał go do zdjęcia albo wy­wia­du, ale on mimo zmęcze­nia wy­ra­źnie ma­lu­jące­go się na jego twa­rzy, był dla nas wszyst­kich nie­sa­mo­wi­cie miły. Spy­tał się, na jaką piz­zę mamy ocho­tę i cze­go się na­pi­je­my, a po chwi­li sam nas ob­słu­żył, przy­no­sząc kub­ki, ta­le­rzy­ki, a po­tem prze­pysz­ną piz­zę. Na­stęp­nie oznaj­mił, że mogę go py­tać, o co tyl­ko chcę, i z chęcią mi po­mo­że w stwo­rze­niu cie­ka­wych ma­te­ria­łów dla mo­ich czy­tel­ni­ków.

Cudowne spotkanie z mistrzem pizzy neapolitańskiej - Ginem Sorbillem na festiwalu pizzy w Neapolu (Napoli Pizza Village)

By­łam ogrom­nie za­sko­czo­na życz­li­wo­ścią, jaką ob­da­rzy­li nas Gino i jego przy­ja­cie­le. Mimo że gdy przy­szli­śmy na wy­da­rze­nie, by­li­śmy kom­plet­nie ob­cy­mi dla sie­bie lu­dźmi, to wy­cho­dząc z nie­go, mia­łam wra­że­nie, że zy­ska­ły­śmy no­wych przy­ja­ciół - tak cie­pło i ser­decz­nie nas wszy­scy przy­jęli.

Po­ma­łu za­czy­na­łam ro­zu­mieć, o co cho­dzi w po­łu­dnio­wych Wło­szech, tak często kry­ty­ko­wa­nych przez in­ter­nau­tów za cha­os, śmie­ci i brak or­ga­ni­za­cji. Cho­dzi o lu­dzi, któ­rzy czer­pią z ży­cia pe­łny­mi ga­rścia­mi i cały czas sta­wia­ją re­la­cje z in­ny­mi na pierw­szym miej­scu. I o au­ten­tycz­ną at­mos­fe­rę. Po­łu­dnio­wych Wło­szech nie ogląda się i nie oce­nia przez pry­zmat tego, co wi­dzą oczy w ra­cjo­nal­ny spo­sób. Tę część kra­ju trze­ba po­czuć wszyst­ki­mi zmy­sła­mi.