Syberia, inny świat - Zdzisław Brałkowski

Reflow text when sidebars are open.
Oczekiwano nas już na lotnisku. Na szczęście obyło się bez tradycyjnych "misiów", znanych z telewizji. Przywitaliśmy się, przedstawiliśmy nawzajem, wymieniliśmy kilka grzecznościowych zwrotów. Przeszedłem szybko do najważniejszego - gdzie będziemy mieszkać i w jakim charakterze pracować. Okazało się, że będziemy zakwaterowani w odległości kilkunastu kilometrów od miasta. Mieliśmy pracować w jednym z ich sowchozów - państwowych gospodarstwach rolnych, u nas zwanych pegeerami.
Zebrałem moją grupę i udaliśmy się do oczekującego już autobusu. Kilka kilometrów za miastem asfalt szosy skończył się i dalej jechaliśmy już po zwykłej gruntowej drodze. Od razu za nami podniósł się ogromny tuman kurzu. Wszystko było wyschnięte, upał utrzymywał się u nich już od dłuższego czasu.
W krótkim czasie dojechaliśmy na miejsce. Wysiadłem i rozejrzałem się po miejscu, gdzie mieliśmy spędzić cały lipiec. Jeszcze tego samego dnia obszedłem osadę. Nie było dużo do zwiedzania. Nic ciekawego ani niezwykłego. Centrum sowchozu okazało się całkiem podobne do naszych ówczesnych pegeerów. Niedaleko stał budynek dyrekcji i administracji. Dalej warsztaty i magazyny sowchozu. Wzdłuż zwykłej piaskowej drogi, spełniającej rolę głównej ulicy osady oraz przy kilku odchodzących od niej krótkich uliczkach stały budynki wielorodzinne. Pewnie mieszkali w niej pracownicy gospodarstwa. Były też domki jednorodzinne oraz parę starych, drewnianych chałupek. Sto metrów od nas stał parterowy budynek stołówki, sklep typu "1001 drobiazgów plus mydło i powidło", przychodnia zdrowia i apteka. Do tego duży piętrowy Dom Kultury. Obok na placyku pomnik. Zdziwiłem się. Spodziewałem się pomnika Lenina, ale nie. Na zwykłym, prostym postumencie przymocowane były tablice z nazwiskami kilkunastu poległych żołnierzy z tej miejscowości, w czasie ich Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Tak u nich jest nazywana druga wojna światowa.
Osada w niczym nie różniła się od naszych tego typu pegeerowskich wiejskich osiedli. Natomiast budynek, w którym mieliśmy mieszkać, to było dla nas niemiłe zaskoczenie. W miejscu, gdzie wysiedliśmy z autobusu, stało rzędem po obu stronach drogi kilka parterowych budynków. "Budynki" to niewłaściwe słowo. Były to zwykłe, nieotynkowane baraki z białej cegły. Zbudowane byle jak, z wypaczonymi oknami zamykanymi na zwykłe haczyki. W każdym były kilkuosobowe sale sypialne, łącznie dla pięćdziesięciu do stu osób. Był też pokój biurowy. Jak się dowiedziałem, zbudowano je po wojnie w czasie "chruszczowowskiego zagospodarowywania celiny" (stepowych ugorów), na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych.
Weszliśmy do środka baraku oddanego nam na kwaterę. Wewnątrz zastaliśmy warunki typowo spartańskie - w każdym pokoju była stara szafa, drewniany stół i krzesła. Pod ścianami stało po kilka łóżek metalowych, podobnych do naszych szpitalnych, na nich pościel. Uniosłem jedną - łóżka jednak różniły się od naszych. Nie miały sprężyn ani materacy, tylko zwykłe deski oraz cienki siennik. W oknach brak było firanek i zasłon, nawet nie były zasłonięte gazetami, tak jak widziałem to w Brześciu. W parterowych barakach, z nisko umieszczonymi oknami! Każdy obcy przechodzący drogą mógł swobodnie do pokojów zaglądać.
No to wdepnęliśmy. Spodziewałem się skromnych warunków, ale nie aż takich. Szybko moja wiedza została uzupełniona - były to "letnie kwatery" dla sezonowych pracowników. Nie z ogłoszenia, ale z obowiązku. W sowchozach brakowało maszyn. Stałych pracowników było też niewielu. W całej obłasti (podobnie i w innych obwodach na Syberii) odczuwano ogromny brak ludzi potrzebnych przy żniwach oraz przy pieleniu upraw warzyw i zbieraniu plonów. Obowiązywał więc nakaz pracy obowiązujący nie tylko mieszkańców wsi, ale i miast. W okresie krótkiego lata wszystkie zakłady pracy, fabryki, instytucje, urzędy i nawet uczelnie wyższe musiały "według grafiku" wysyłać do pracy na wsi zorganizowane grupy pracowników. Kulała wtedy produkcja i praca w zakładach, ale to było nieważne. Ważna była coroczna "akcja żniwa".
Wysłani do sowchozów "sezonowi pracownicy" mieszkali właśnie w tych barakach, pracowali od dwóch tygodni do miesiąca. Nakaz pracy obowiązywał również studentów (to akurat było stosowane i u nas w czasach gomułkowskich, dla studentów przed rozpoczęciem pierwszego roku nauki. Inny był tylko cel - nie wynikał z braku siły roboczej na wsi, tylko z założeń ideologicznych - aby polscy studenci nabrali "szacunku dla ciężkiej fizycznej pracy"). Zaskoczony zostałem jeszcze jedną informacją. Obowiązkiem pracy na wsi byli objęci również uczniowie, już od dwunastego roku życia. Najmłodsi mieli jeden przywilej - zamiast po osiem, pracowali tylko po sześć godzin dziennie.
Po otrząśnięciu się z lekkiego szoku spowodowanego widokiem warunków zamieszkania i informacją o obowiązującym na Syberii nakazie pracy przeszedłem do rzeczy mnie interesujących:
- Co będziemy u was robili? W jakim charakterze będziemy pracowali? U nas, przed wyjazdem, nikt nie mógł mi tego powiedzieć.
- Jak wszyscy. Będziecie pracowali w polu. Jutro rano zaczynacie. Dzisiaj jeszcze odpoczywajcie.
- Gdzie są łazienki i toalety? Nie widzę ich w budynku.
- W budynku?! Są na zewnątrz, z boku.
W pośpiechu wyciągnęliśmy z bagaży ręczniki i przybory kosmetyczne. Upał był niesamowity, byliśmy zgrzani i przepoceni. Każdy chciał jak najszybciej skorzystać z prysznica, odświeżyć się. Jednak na widok "łazienek" stanęliśmy jak wryci. Nie było żadnego oddzielnego budynku. Toaletami okazały się być dwie sławojki, zbite byle jak z nieoheblowanych desek, ze szparami między nimi na grubość palca. Tylko drzwi były nieprzejrzyste. Pewnie szpary zostawiono, aby zapewnić naturalną wentylację. Niestety, przez nie uderzył nas w nosy zapach "perfumerii" tak intensywny, że aż zatykało. Trudno było w pobliżu wytrzymać. Ale kto miał mus... nie było rady. Prozaiczne potrzeby były ważniejsze od powonienia. Zaraz ustawiły się dwie oddzielne kolejki do "toalet". Dziwnie tylko "będący w potrzebie" stali oddaleni od sławojek o dobre kilka metrów. Pewnie dla zapewnienia intymności miejsca pierwszym szczęśliwcom.
Nie lepiej przedstawiała się łazienka. Koedukacyjna, bo jedna. Jedyne, co było w niej dobrego, to nieograniczona ilość świeżego powietrza, z racji braku jakichkolwiek ścian i dachu. Formę kranów spełniała zawieszona metr nad ziemią pozioma rura wodociągowa, z otworami od dołu. W nich były umieszczone metalowe zatyczki. Umywalką zaś było stojące pod rurą metalowe koryto. Trzeba było podnieść dłonią metalową zatyczkę; woda spływała tak długo, jak długo zatyczka była podniesiona. Nawet pomysłowe, zwłaszcza pod względem oszczędności użycia wody. Prysznic był jeszcze bardziej pomysłowy, do tego w stu procentach ekologiczny - na wysokim rusztowaniu zainstalowano wielką, na oko czterystulitrową beczkę. Pod nią wkręcony był kawałek rury z sitkiem prysznica na końcu. W czasie gorącego letniego dnia słońce nagrzewało wodę w beczce. Po powrocie z pracy można było już korzystać z prysznica i ciepłej wody. Prawda, jakie to pomysłowe i oszczędne w zużyciu energii? Tylko czy starczy wody w beczce dla moich trzydziestu podopiecznych?
Wrażenia z obejrzenia naszego obejścia nie były zbyt zachęcające, delikatnie rzecz nazywając. Nie musiałem patrzeć na miny dziewcząt i chłopców. Sam miałem podobną. Znaleźliśmy się kilka tysięcy kilometrów od domu, nie wiem jeszcze nawet, czy i jaką będę miał możliwość kontaktu telefonicznego. Przedstawiciele naszych gospodarzy nawet byli uczynni, ale już wiedziałem, że będą problemy. Po prostu byliśmy z innych światów.
Nie było jednak rady. Trzeba było zadomowić się w takich warunkach, jakie przygotowali nam gospodarze. Porozdzielałem młodzież i tłumaczkę po pokojach. Sam miałem dla siebie biuro z jednym łóżkiem do spania. Zabrałem się do rozpakowywania swoich rzeczy, kiedy usłyszałem przeraźliwe krzyki i piski dziewcząt na zewnątrz. Rzuciłem trzymane w ręku rzeczy i wybiegłem z baraku. Co się stało?!
Zobaczyłem uciekające postaci. Roztrzęsione dziewczęta bezładnie zaczęły opowiadać. Dwie z nich korzystały ze sławojek, a kilka innych stało przed nimi, karnie czekając na swoją kolejkę. Zobaczyły, że z tyłu podkradło się kilku dzieciaków, którzy zaczęli podpatrywać przez szczeliny w deskach ubikacji. Dlatego narobiły wrzasku.
Resztę już sam widziałem. Pobiegłem do przedstawiciela gospodarzy, siedzącego niewzruszenie w moim pokoju. Zdziwił się moimi pretensjami:
- E tam. To nie miejscowi. To ci z baraków obok.
- Jacy z baraków obok?
- Uczniowie ze szkoły z miasta. Rebiata, mają od dwunastu do czternastu lat. Jest ich setka w dwóch barakach. Już mówiłem, u nas wszyscy w lato pracują. Dowiedzieli się, że aż z Polszy przyjechaliście, to chcieli zobaczyć. Normalnie, ciekawscy, jak to chłopcy.
- Ciekawscy? Nie mnie oglądali, tylko moje dziewczyny podglądali.
- To na wsi normalne. Dorastają, to i podglądają. Do tego dziewczyny nie miejscowe, więc co się dziwić? Powiem ich komendantowi, ale lepiej sami uważajcie. Nie upilnujemy przecież wszystkich.
Skorzystałem z rady. Poinstruowałem moje dziewczyny, aby "za potrzebą" chodziły z naszymi chłopakami jako obstawą. Mieli pilnować i odpędzać wyrostków.
Wreszcie mieliśmy chwilę spokoju. Rozpakowałem się. Potem z grupką chętnych obeszliśmy osadę. Wieczorem powrócił Rosjanin przydzielony do nas na pierwszy dzień, i zaprowadził na stołówkę. Czas był już na kolację.
Przywitaliśmy się z kucharkami. Co też nam podadzą? Jakie smakołyki przygotowali na pierwszy dzień dla gości z dalekiej Europy? Czekało nas kolejne zaskoczenie. Które to już dzisiejszego dnia? Na stołach przykrytych ceratą stała herbata, leżał chleb, na talerzach jakaś kasza na gorąco. Usiedliśmy. Wziąłem pierwszą łyżkę do ust. Jaki to smak? Żaden. Nie do określenia. Ani na słodko, ani na ostro. Po prostu mdłe. Wszyscy patrzyli na mnie. Musiałem dać przykład. Spróbowałem przełknąć, bohatersko walcząc z chęcią odłożenia łyżki. Jakoś się udało. Resztę kaszy dosoliłem, posmakowałem. Wreszcie stała się znośniejsza, bardziej jadalna. W milczeniu zjadłem resztę, zachęcająco uśmiechając się do pozostałych.
Mój przykład na niewiele się zdał. Większość, po spróbowaniu, odłożyła łyżki i kolację przesiedziała z kwaśnymi minami. Wytłumaczyłem zdziwionym kucharkom, że jesteśmy zmęczeni po podróży, więc i jeść się nie chce. Do tego musimy przywyknąć do miejscowego jedzenia. Na szczęście po kolacji otrzymaliśmy po porcji ciasta. To już było dobre. Nikt się nie ociągał i w minutę ciasto spałaszowaliśmy do ostatniej okruszynki.
Podziękowaliśmy i wróciliśmy po kolacji do siebie. Okazało się, że niejadki były takimi tylko na stołówce. Powyciągali niezjedzony w podróży prowiant. Mamusie zaopatrzyły ich dobrze, jakby przewidując początkowe kłopoty. Tylko co będzie później, kiedy zapasy się skończą? Ale to pewnie tylko pierwszy raz kucharki nie trafiły w nasze gusta. Przecież to pierwszy posiłek, nie znają jeszcze naszych smaków.
Zmęczenie i pierwsze wrażenia dały w końcu o sobie znać. Powoli wszyscy pokładli się spać. Sam posiedziałem jeszcze chwilę, zapisałem kilka najważniejszych spraw do załatwienia na jutro. Rano miałem umówione pierwsze spotkanie z dyrektorem sowchozu. Szybko skończyłem i też się położyłem. Na dzisiaj miałem już dosyć wrażeń. Mimo bardzo twardego łóżka szybko usnąłem w swoim pokoju.
Rano, po przebudzeniu, czułem na ciele twardość desek, na których spałem. Siennik niewiele pomógł. Gimnastyka i zimna woda w umywalni dobudziła mnie jednak szybko. "Syberiadę" czas było zacząć. Ledwie się doprowadziłem do porządku, przyszedł ich człowiek i zaprowadził do dyrektora sowchozu. Dyrektor okazał się w rozmowie nawet sympatycznym człowiekiem. Chłop po studiach rolniczych, można było z nim normalnie rozmawiać. W przeciwieństwie do większości jego pracowników, jak zdążyłem się już trochę zorientować.
Pierwsze, co chciałem załatwić, to sprawy bytowe mojej grupy. Opowiedziałem o pustych niezasłoniętych oknach, sławojkach na podwórzu, beczce pełniącej rolę prysznica i poidle... znaczy umywalce:
- Można z tym coś zrobić, poprawić? Przecież mamy koniec dwudziestego wieku, dawno jesteśmy po wojnie. Gdybym miał tylko chłopaków. Są jednak dziewczyny, one mają inne potrzeby.
Rozłożył rozbrajająco ręce:
- Wy macie swoje problemy, ja swoje. Też dostałem dopiero niedawno polecenie z góry do wykonania. Miałem was przyjąć, zakwaterować i zapewnić pracę. Nie dostałem jednak żadnych dodatkowych środków. I tak macie lepsze warunki niż nasza młodzież, bo zamiast ośmiu będziecie pracować tylko po siedem godzin. Całą godzinę krócej, a zapłata taka sama. Nawet poleciłem, abyście dzisiaj pracowali tylko sześć. Zawozić was będzie w pole samochód. Wprawicie się.
- Będzie nam trudno w tych warunkach. Mam aż trzydzieści osób i jeszcze moją zastępczynię, tłumaczkę. Potrzebuję też połączenia telefonicznego z moimi przełożonymi w kraju.
- Telefon do waszego pokoju już podłączają. W razie potrzeby będziecie zamawiali rozmowę u mojej telefonistki, a ona w centrali międzynarodowej w Nowosybirsku. Czasem trzeba długo czekać na połączenie, jak linie są obciążone. To aż Europa i zagranica. Dotąd nie mieliśmy takich potrzeb.
Żebym mógł przewidzieć, choć w minimalnej skali, co oznaczać będzie te "tylko sześć godzin pracy". Dobrze, że obiecał, iż co będzie mógł nam pomóc we własnym zakresie, to pomoże. Niestety, sprawy lepszych warunków bytowania dla nas nie udało mi się załatwić.
Wróciłem do baraku, przekazałem, czego się dowiedziałem. Niedługo mieliśmy pojechać po raz pierwszy do pracy. Poleciłem przebrać się w swoje ubrania robocze i zebrać się na placyku przed wejściem. Długo nie czekaliśmy, kiedy podjechał transport. Był to zwykły samochód ciężarowy z nabudowaną blaszaną skrzynią do przewozu pracowników. Bardzo podobny do znanych ówcześnie u nas "osinobusów", wożących robotników fizycznych na budowy i do fabryk. Wszyscy weszli do budy, ja przywitałem się z kierowcą i usiadłem obok niego. Okazało się, że nie jest Rosjaninem, tylko Niemcem z pochodzenia. Rodzice pochodzili znad Wołgi, ale on urodził się już na Syberii.
W drodze mieliśmy dość czasu na rozmowę. Zaintrygowało mnie, skąd w środku Syberii znalazł się Niemiec. "Hans" (tak go nazwałem, chociaż przedstawił się jako Iwan, typowo rosyjskim imieniem) okazał się wesołym i miłym facetem. Był chętny do rozmowy i opowiedział historię swojej rodziny i przodków. W XIX wieku car sprowadził na stepy nadwołżańskie Niemców, aby zagospodarowali te prawie niezamieszkałe ziemie. Pobudowali się, założyli gospodarstwa, zbudowali sioła i wsie. Kiedy w czasie wojny, w lecie 1942 roku hitlerowskie wojska posuwały się w kierunku Stalingradu, wszyscy nadwołżańscy Niemcy zostali na rozkaz Stalina przymusowo przesiedleni na Syberię i do Kazachstanu. Kilkaset tysięcy ludzi. Podobny los spotkał też wiele narodów kaukaskich i Tatarów z Krymu. W ten sposób jego rodzice znaleźli się na Syberii. On sam urodził się po wojnie już tutaj. Rodzice dali mu na imię Iwan; o niemieckim imieniu w tamtych powojennych czasach nie było nawet mowy. Miał siostrę, która po wielu latach starań uzyskała zgodę na wyjazd i już mieszkała w Niemczech Zachodnich. Hans też złożył podanie o wyjazd i czekał na pozwolenie. Na razie jednak pracował w sowchozie jako kierowca.
Jechaliśmy pół godziny polnymi drogami. Za nami wzbijaliśmy potężny obłok kurzu. Było bardzo gorąco i sucho, na niebie nie było widać nawet najmniejszej chmurki. Dobrze, że w kankach wieźliśmy herbatę i wodę do picia. Odczuwalnie temperatura była dużo wyższa niż u nas w Polsce. Jak wyjaśnił Hans, takie gorące i bardzo suche, bezchmurne lata - to u nich normalne. Tyle że lato trwa bardzo krótko, właściwie tylko lipiec jest tym miesiącem. Za to zima jest bardzo długa, sucha i sroga. Czterdzieści stopni na minusie zdarza się często i utrzymuje się przez wiele dni. Czasami temperatura potrafi spaść i do pięćdziesięciu stopni.
Aż gwizdnąłem. Przecież to południe, a nie północ Syberii. Wystarczy spojrzeć na mapę. Jednak jesteśmy w środku ogromnego kontynentu, a więc i taki jest tu klimat - kontynentalny, z suchymi i gorącymi latami oraz podobnie suchymi, za to mroźnymi zimami.
W dalszej rozmowie uzupełniłem wiadomości o życiu tutejszych Sybiraków. Okazało się, że większość mięsa i prawie wszystkie owoce przywożą z południowych republik kraju. Dlatego żywność jest u nich bardzo droga i otrzymywane dwukrotnie wyższe zarobki nie wyrównują różnicy. Nawet kur nie trzymają, bo nie wytrzymują mrozów. Z konieczności jajka też przywożą z południa. Na moje zapytanie, dlaczego w takim razie nie dogrzewają budynków ferm kurzych, Hans spojrzał na mnie zdziwiony:
- Jak to, dogrzewać? U nas nawet krowy i byki mało gdzie trzymane są w oborach. Chodzą cały rok po polu.
- A w zimie gdzie je trzymacie?
- Przecież mówię. Chodzą po polu i tam je karmimy. Tylko na czas dojenia wpędzamy do obory. Trudno doić na takim mrozie.
- I wytrzymują?!
- Część pada. Ale większość krów wytrzymuje. Słabe padają, silne dają silne potomstwo.
No tak. Teoria ewolucji Darwina stosowana w praktyce, selekcja naturalna prawie bez ingerencji człowieka. Czym mnie tu jeszcze zaskoczą?
- Aha. Mam jeszcze jedno pytanie. Możesz mi powiedzieć, dlaczego rodzice dali ci rosyjskie imię? Nazwisko masz przecież typowo niemieckie.
- Wojna. Mama i tata mieli niemieckie imiona, przed wojną nie przeszkadzały. Ale po niej lepiej było nie ryzykować. Nazwiska nie zmieniali, ale imiona bezpieczniej było rosyjskie nadawać. I tak stałem się z imienia Rosjaninem, z nazwiska i narodowości pozostałem Niemcem.
Tak rozmawiając, dojechaliśmy wreszcie na miejsce naszej pierwszej pracy. Wysiedliśmy, rozejrzałem się. Wokół była pustka, nie było widać żadnego budynku. Tylko w miejscu, gdzie wysiedliśmy, rosło kilka samotnych drzew. Przed nami widzieliśmy tylko morze jakichś chwastów i dzikich roślin, wysokich na prawie metr. W którą stronę się obróciłem, widziałem po horyzont tylko te chwasty, przez środek których ciągnęła się piaskowa droga, którą przyjechaliśmy.
Po co nas przywieziono na te nieużytki? Gdzie te pole, na którym mieliśmy pracować?
Dziewiąta rano, a słońce praży już jak w południe. Pracownica sowchozu, która z nami przyjechała, tłumaczy, co mamy robić:
- Eta łuk. Trzeba pole wypielić z chwastów.
- Szto eta łuk? (Tłumaczkę przezornie zostawiłem w osadzie. Jeden kłopot mniej).
- Łuk eta łuk (bardzo logiczne wytłumaczenie. "Koń jaki jest, każdy widzi").
- Pakażi etot łuk.
Wzruszyła ramionami i schyliła się. Rozgarnęła chaszcze chwastów, pogrzebała w ziemi i wyciągnęła coś małego.
- Wot eta łuk.
Przypatrzyłem się roślince. Malutka łodyga, mała główka. Przecież to nasza swojska cebula! Ichni łuk to nasza cebula. Mamy wypielić pole cebuli z chwastów.
Spojrzałem jeszcze raz przed siebie. Pole ciągnęło się hen daleko, co najmniej na kilometr, wszerz miało z pół kilometra. Końca nawet nie było widać, zagon ginął za niewielkim wzgórzem. Oto syberyjskie miary - sto gram to nie wódka, sto rubli to nie pieniądz, sto wiorst to nie odległość. Widocznie i w uprawach rolnych stosowali podobne miary. Nie było żadnego porównania do naszych polskich zagonów. To tak jakby porównywać mrówkę do słonia. Podobnie nieporównywalne były syberyjskie chwasty i cebula - warzywko ledwie widoczne, wystaje z ziemi na pięć do dziesięciu centymetrów. Zielsko natomiast wysokie od pół metra do metra. Chwyciłem na próbę jeden z chwastów - poczułem w dłoni twardy, suchy i ostry badyl, mocno zakorzeniony w wysuszonej glebie. Prawdziwa ekologiczna uprawa. Od razu widać, że nie używali środków chwastobójczych.
Spytałem się sowchoźniczki:
- Gdzie są rękawice robocze?
- Szto? Kakije raboczije pierczatki?
- Robocze rękawice. Przecież mamy pielić te chwasty.
- No macie pielić. Po co wam rękawice?
- Do pielenia, przecież mówię. Jak, gołymi rękoma mamy pielić?
Dopiero zrozumiała. Aż oniemiała i krzyknęła:
- Wot, Paljaki! Burżuje! W rękawicach chcą wyrywać! Kto to widział?! Do tamtego miejsca, gdzie ten wbity palik, wasza norma na dziś.
Odwróciła się na pięcie, machnęła ręką na kierowcę i wsiadła do szoferki. Hans wsiadł z drugiej strony, zapalił silnik i tyle ich widzieliśmy. W kilka sekund zasłonił ich wzbity kołami samochodu tuman kurzu. Zostaliśmy sami, samiuteńcy. Ja i trzydziestu "burżujów". A nad nami jedyny nieodłączny towarzysz, słońce.