Świt przeklętej królowej - Amber V. Nicole

Kup ebooka

54.90 zł
45.57 zł (45,02 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W poprzednich...

Nie no, żartuję. Kiedyś Logan pokazał mi taki serial. Puszczali w nim śmieszne streszczenia poprzednich odcinków i cóż... nieważne.

Znasz to uczucie, gdy odpoczywasz po męczącym dniu? Gdy rozkładasz się na kanapie, myśląc, że życie nie może stać się lepsze? Nie? Tak, cóż, ja też nie. Myślałem, że doświadczyłem najgorszych rzeczy w dniu, gdy upadło Rashearim. Rozpadł się znany mi świat, a moja rodzina została rozbita. Myślałem, że gorzej być nie może, co nie? Xavier by mnie spoliczkował, gdybym powiedział to na głos, ale... człowieku, naprawdę tak myślałem.

Samkiel, nasz król i lojalny... Wiesz co? Nie mogę nawet powiedzieć "lojalny", bo skurczybyk zostawił nas dla... Wyprzedzam fakty. W każdym razie. Wydaje ci się, że znasz faceta, co nie? Bawiliśmy się razem, walczyliśmy ramię w ramię, a nawet pieprzyliśmy się w tym samym pokoju. Nie rób takiej miny. To konieczne, by po bitwie upuścić trochę pary, a my walczyliśmy w kilku jebanych wojnach. Gdy staniesz się tak zdesperowany, by sobie ulżyć, że nie obchodzi cię już, że twój przyjaciel siedzi na drugim końcu namiotu, wtedy pogadamy.

W każdym razie, spędziliśmy z Samkielem setki lat, zanim Rashearim upadło. Po tym się zmienił, ale okazałbym się kłamcą, gdybym powiedział, że nie zaczęło się to wcześniej. Wszystko ma swój początek w zmianie Unira. Szczerze, powinienem był bardziej skupić się na przyjaciołach. Na wszystkich.

Samkiel porzucił nas po zniszczeniu Rashearim. Zostawił nam rozkazy, byśmy zajęli się resztą światów, a następnie zniknął na wieki. Potem chuj nagle wraca z supergorącą - i to dosłownie, ona może wypalić ci twarz - dziewczyną.

Wszystko uległo zmianie wraz z pojawieniem się Dianny, i to serio wszystko. Ona nie tylko wycięła drogę destrukcji przez świat, by pomścić martwą siostrę, ale płonęła tak cholernie jasno, że ukazała sekrety pogrzebane w naszej rodzinie i w nas samych.

Xavier, Imogen i ja stacjonowaliśmy na pozostałościach Rashearim, zupełnie nieświadomi, że Samkiel nie tylko powrócił, ale też pracuje z naszym arcywrogiem Ig'Morruthen - wróć do gorącej dziewczyny powyżej. Okazało się, że szukali artefaktu. Ale wszystko się spieprzyło i Dianna straciła jedyną osobę, którą kochała. Potem, z powodu rozpaczy i smutku, próbowała nas wszystkich zabić. To nie żart. Ja całkiem dosłownie trzymałem własne flaki w rękach.

Samkiel - odwieczny bohater - zdołał przebić się przez tę jej szaloną skorupę. Nawet przerobił własny dom i ukrył ją tam, chroniąc przed radą. Te podejrzane skurwiele pragnęły jej głowy. Jasne, może i sypiałem z jedną z nich, by odwrócić uwagę od tego, co czułem do najlepszego przyjaciela, ale każdy ma problemy, co nie? W każdym razie, pozwól, że wrócę do tematu.

Dianna, mimo tego jak jest zaciekła i kochana - nie mówcie jej, że to powiedziałem - zdecydowanie nie pozostawała najgorszą osobą na świecie. Najwyraźniej jej stwórca, Kapizda - wybacz, długopis mi się obsunął - Kaden, miał większe plany, niż ktokolwiek z nas mógł podejrzewać i żadne z nas nie wiedziało, iż to nie on stał na ich czele.

Myślałem, że znam ból. Dzień, w którym Xavier przyznał, że się z kimś umawia, sprawił, że chciałem wydłubać sobie oczy, ale kiedy odkryłem, jak potwornie zostaliśmy zdradzeni, to mnie zdruzgotało. Stanięcie w obliczu rzeczywistości, że Vincent - uważałem go za cholerną rodzinę - pracował z Kadenem, spowodowało, że mój świat znów się zawalił. Ten gość kłamał, manipulował i zmienił moją rodzinę w idealnych, obojętnych, nieczułych żołnierzy.

Po raz kolejny pomyślałem, że to najgorsze, co mogło się stać, dopóki Kaden nie pomachał mi przed nosem Xavierem, by mnie zwabić. Zaoferowałem, że pójdę z własnej woli, że zrezygnuję nie tylko z fizycznej wolności, ale też wolności umysłu. Dołączę do nich, abyśmy mogli zostać razem, ale Kaden miał inne plany. Wszyscy okazaliśmy się na tyle głupi, by uwierzyć, że znamy wszystkie tajemnice skrywane przez bogów. Ale żadne z nas nie przygotowało się na to, by stawić czoła wszechpotężnym dzieciom, ukrytym przez Unira. Zamknięci przez wieki, zostali wreszcie uwolnieni, żądni krwi i zemsty.

Ta, dobrze słyszeliście. Papa Unir nie rozgrzewał się i pocił tylko po to, by zrobić jednego dzieciaka. O nie, nie. Miał ich troje. Troje dzieci, zdeterminowanych, żebyśmy wraz z Samkielem zapłacili za jego grzechy.

Aczkolwiek, technicznie rzecz biorąc, wciąż nie wiadomo, jak dokładnie zostali stworzeni. Nie pamiętam, by Unir wymykał się z pałacu z różnymi partnerami, tak jak robił to Samkiel. Słyszałem o jego amacie Zaysn. Uważałem ją za totalną twardzielkę. Potrafiła doprowadzić Unira do płaczu samym spojrzeniem. Wątpię, żeby pozwoliła na rozwój jakichś romansów, ale znów zbaczam z tematu. Dlaczego ludzie powierzają mi takie rzeczy?

Wiem, wiem, wszyscy się o mnie martwicie. Łapię. I, cóż, chyba musicie poczekać i zobaczyć, co się ze mną stanie. Ale mogę powiedzieć, że wszystko jest teraz inaczej. Zupełnie inaczej.

Założyłem, że wyjdziemy z każdej opresji. Byłem arogancki, tak. Walczyliśmy za to, co dobre i sprawiedliwe w świecie. Mimo to wszyscy strasznie zjebaliśmy. Nie tylko przegraliśmy, ale też znów straciliśmy nasz dom. Wciąż mam koszmary, w których obserwuję, jak pozostałości Rashearim płoną, patrzę na pobitego i przykutego do podłogi Samkiela. Teraz jego moc rozlewa się na niebie jako jedyna pozostałość po nim. Nismera włada światami, a my wszyscy zostaliśmy uwięzieni pod jej rządami. Myślałem, że doświadczyliśmy już tego, co najgorsze, ale się myliłem. Tak cholernie się myliłem.

Wiem, że Dianna wciąż gdzieś tam jest. Wiem, że pragnie zadośćuczynienia za śmierć Samkiela i część mnie miała nadzieję, że spali całe to gówno do zgliszczy. Jeśli muszę zginąć ognistą śmiercią z jej rąk... Mam tylko nadzieję, że odejdę z moim Xavim.

Cameron

1

CAMILLA

Biłam Vincenta po rękach i barkach, walcząc, gdy ciągnął mnie przez ten cholerny portal. Przejście zamknęło się za nami, a ten dźwięk przeszył powietrze. Mężczyzna mnie puścił i popchnął, a ja się potknęłam, lecz szybko złapałam równowagę. Odgarnęłam włosy z twarzy, a zanim się rozejrzałam, posłałam mu wściekłe spojrzenie. Nie przybyliśmy do kolejnego ziemnego lochu czy jaskini, ale do miasta światła. Zmrużyłam oczy. Mój wzrok próbował się przyzwyczaić do światła słonecznego, przebijającego się przez chmury.

Ludzie żyli dalej, rozmawiając i śmiejąc się, zupełnie niewzruszeni nagłym pojawieniem się żołnierzy. Przed nami rozciągała się metropolia pełna wysokich budynków zbudowanych z różnych jasnych kamieni. Zadaszenia, balkony, balustrady i dachy obsadzono mnóstwem kwiatów, co dodawało radosnych plam koloru. Czyste, jasne brukowane ulice wiły się pomiędzy wieżowcami, prowadząc do wielkiego placu. Małe latające stworzenia o dwóch parach skrzydeł szybowały na różowawym niebie, nawołując się nawzajem. Całe miasto wyglądało na spokojne i szczęśliwe, żyjące w harmonii. Jak na razie mogłam uwierzyć, że to raj. Ale wtedy u mojego boku pojawił się uzbrojony generał i przypomniałam sobie, że to nie raj. W najmniejszym stopniu.

- Zabierz ją do pałacu. Nismera potrzebuje nas wszystkich do konwergencji.

Odwróciłam głowę w stronę Vincenta i wysokiego, skrzydlatego, opierzonego generała obok. Nieznajomy warknął na mnie, zanim wzbił się w powietrze, a reszta z nas ruszyła naprzód, w ślad za zdrajcą.

Spacer, a raczej ciągnięcie, wydawało się trwać wieczność. Próbowałam zapamiętać każdą alejkę, każdy dołek w drodze i budynek, ponieważ zamierzałam znaleźć sposób, by się stąd wydostać. Znalazłabym kryjówkę i opuściłabym to cholerne miasto tak szybko, jak to tylko możliwe. Poczułam ucisk w gardle, zastanawiając się, dokąd bym poszła. Nie wiedziałam nic o tym królestwie ani tym świecie i nie miałam tu żadnych przyjaciół ani sojuszników.

Poślizgnęłam się, gdy lśniący bruk zmienił się w gładką, elegancką powierzchnię. Wzdrygnęłam się, gdy przed nami pojawiła się wielka, zapierająca dech w piersi twierdza. Pałac lśnił bielą w słońcu, perła wśród jasnych klejnotów. Musiałam mocno odchylić głowę, by zobaczyć szczyt. Włócznie, częściowo przysłonięte chmurami, przeszywały niebo. Każda kręta linia, kształt i okno szeptały o bogactwie, ale szept ten zmieniał się w krzyk przerażenia, kiedy już się wiedziało, co kryje się za tymi zdobnymi wrotami.

Vincent zacieśnił uścisk, wyrywając mnie z zamyślenia. Obróciłam głowę w jego stronę i dostrzegłam, że choć raz nie patrzył na mnie ze złością. Tak jak ja przyglądał się pałacowi. Wahał się, zauważyłam to po tym, jak zaciskał zęby. Mimo że był zakryty zbroją, zobaczyłam, że jego mięśnie drgają. Zerknął na mnie i uświadomił sobie, że odkrył więcej, niż zamierzał. Jego oczy znów stały się puste, a on pokręcił głową, zanim pchnął mnie naprzód.

- Ruszaj się. - Głos mężczyzny brzmiał szorstko, gniewnie, jakbym to ja nas zatrzymała. Generałowie, górujący nad nami, może i kupowali jego grę, ale ja widziałam pęknięcie w zbroi, za którą się tak dobrze ukrywał.

Vincent się bał.

2

VINCENT

TYDZIEŃ PÓŹNIEJ

Zsunąłem się z ogromnego łóżka, wyplątawszy z rozgrzebanej pościeli, po czym podniosłem spodnie i włożyłem je w chwili, gdy ktoś zakręcił wodę w łazience.

Para stygła i unosiła się wstęgami, próbując uciec bestii, którą dopiero co obmyła. Błądziłem wzrokiem, szukając czegoś, co mnie rozproszy, aż zatrzymałem się na muszli leżącej na rzeźbionej szafce.

Przechyliłem głowę.

- Zachowałaś ją?

- Tak, jest twoja, a raczej to wszystko, co zostało po podarowanej ci zbroi. Mówiłam, że za tobą tęskniłam, pupilku - wymruczała za mną Nismera, a kwiatowy zapach wybuchowych jagód pokrywał jej skórę.

To kolejna próba ukrycia zabójczej istoty kryjącej się pod tą powłoką. Może i nie miała rogów, łusek czy kłów, ale bestia stworzona ze światła wciąż pozostawała bestią.

Obserwowałem kątem oka, jak przeczesuje końcówki srebrzystych włosów palcami, oddzielając poskręcane kosmyki.

Pupilku. Zawsze zwracała się do mnie w ten sposób. Zastanawiałem się, czy naprawdę tak o mnie myślała, ale znałem odpowiedź. "Tęskniłam za tobą" to bardzo luźne stwierdzenie. Nismera nigdy nie kochała ani nie troszczyła się jak inni. Wykorzystywała to, co miała, a kiedy nie mogła już dłużej na kimś żerować, to się go pozbywała.

Odwróciłem się, gdy przeszła przez pokój. Śledziłem wzrokiem jej nagą, szczupłą, umięśnioną sylwetkę. Wzięła szaty z dużego, stojącego na szponiastych nogach fotela. Obserwowałem ją bez cienia pożądania czy tęsknoty, nie pragnąc jej tak jak eony temu. To, co robiłem z nią w tym pokoju, wywodziło się z instynktu przetrwania, poczucia obowiązku i być może wiary, że na to zasługiwałem. Może zasługiwałem na nią po zdradzie rodziny. Przełknąłem mdłości, odmawiając sobie pogrążenia się w obrzydzeniu, które czułem względem siebie.

- Co teraz się ze mną stanie?

Obróciła się, zapinając koszulę.

- Obejmiesz stanowisko, tak jakbyś nigdy nie odszedł. Najwyższy strażnik legionu Hectur zostanie zdegradowany. I tak tylko trzymał miejsce do czasu, aż pozbędziemy się Samkiela i Ręki.

Ręka. Sposób, w jaki to powiedziała, sprawił, że zabrzmiało to jak klątwa. Poczucie winy zżerało mnie od środka, powodując skręt wnętrzności. Przełknąłem dręczące mnie wątpliwości.

- To spowoduje oburzenie, jestem tego pewny.

Nismera się uśmiechnęła, podskoczyła i zakręciła biodrami, wciągając eleganckie, ciemne spodnie, po czym je zapięła i usiadła na łóżku. Wsunęła na stopy buty o stalowych obcasach i spojrzała mi w oczy.

- Nic takiego się nie wydarzy. Każdy, kto wyrazi sprzeciw, zostanie powieszony niczym nowa flaga na kamiennych murach otaczających to miasto. Będą powiewać wysoko, jako ostrzeżenie dla każdego, kto ośmieli mi się przeciwstawić.

Skinąłem głową, wiedząc, że mówi poważnie. Zapach gnijących ciał unosił się w powietrzu. Wyczułem go w chwili, gdy tylko zamknął się portal.

W mgnieniu oka wstała i znalazła się obok mnie. Przesunęła palcem po mojej brodzie, by z powrotem skierować mój wzrok na siebie. Zarzuciła na ramiona tę sławną pelerynę z trzema czaszkami. Ich puste oczy kpiły ze mnie nawet tutaj.

- Nie martw się, pupilku. Byłeś drugim Samkiela przez tak długi czas. Być może zapomniałeś, że twoje miejsce jest u mojego boku i zawsze pozostanie.

Pokręciłem głową.

- Nigdy nie zapomniałem.

- Dobrze. - Zacisnęła palce na mojej brodzie i mimo że to tylko mały, prosty ruch, mogłem wyczuć moc kryjącą się w tym dotyku.

Wiedziałem, bez cienia zwątpienia, że miała wystarczającą siłę, by jednym machnięciem oderwać moją głowę od szyi i rzucić ją na drugą stronę pokoju, jakby to było nic, jakbym ja był niczym. Wiedziałem, że nic dla niej nie znaczyłem.

- Rozkażę także, by przygotowano twój pokój. Zamieszkasz we wschodnim skrzydle, na najwyższym piętrze.

Przełknąłem ślinę, próbując ukryć zadowolenie. Wschodnie skrzydło znajdowało się daleko od jej wielkich pokoi na zachodzie. Ogarnęło mnie podekscytowanie, że przynajmniej otrzymam własną przestrzeń.

- Masz towarzyszyć czarownicy w trakcie przechodzenia do stanowiska pracy i z powrotem.

Moje podekscytowanie zgasło.

- Słucham, mój królu? - zapytałem, próbując zamaskować zgorzknienie.

Nismera zapięła wielką, okrągłą klamrę utrzymującą pelerynę na jej ramieniu, ozdobioną beznogimi bestiami.

- Co w mojej wypowiedzi stało się trudne do zrozumienia?

- Czarownica.

- Camilla to świetne źródło mocy, moje jedyne, odkąd Santiago okazał się bezużyteczny. Potrzebuję jej, by naprawiła starożytny artefakt, ale jej nie ufam. Tobie, tak. Dlatego masz jej towarzyszyć podczas drogi do i stamtąd, chyba że będę cię potrzebowała, wtedy poproszę o to innych strażników. Twój pokój znajduje się naprzeciwko jej sypialni. Muszę dopilnować, by przestrzegała moich zasad. Gdy bestie dostaną zbyt dużo wolności, zaczynają uważać, że mogą się szwendać, gdzie chcą. - Jej uśmiech wydał się równie zimny i pusty, jak jakakolwiek otchłań.

- Tak, moja pani. - Wymusiłem uśmiech, pasujący do wyrazu jej twarzy, mimo że nienawidziłem przedstawionego planu.

Opuściła dłoń i uniosła kąciki ust.

- Teraz idź poplotkować z innymi generałami. Potrzebuję, byś zaprzyjaźnił się ze swoim legionem. Ja muszę zająć się innymi sprawami.

Tylko przytaknąłem, a ona wyszła z pokoju.

***

Odgłos moich kroków odbijał się echem od kremowo-złotej, kamiennej podłogi, a maleńkie drobiny tańczyły pod moimi stopami. To znak królewskości, coś, czym całe to miasto śmierdziało. Nismera została teraz królem wszystkich dwunastu światów i chciała dopilnować, by wszyscy o tym wiedzieli. Gdy wyszedłem z jej komnaty i skierowałem się w stronę westybulu, zebrani kłaniali mi się i spuszczali wzrok. Wykonane dla mnie stroje miały zbyt wiele frędzli i łańcuchów, lecz to mnie zupełnie nie obchodziło. Nismera kochała publiczne okazywanie władzy, i to od zawsze. To jedyne, co się dla niej liczyło. Każdy mebel i szklana kolumna została ręcznie wykonana oraz ustawiona według jej upodobań. Wszystko było krzykliwe i dzikie tak jak ona.

Śmiech i wrzaski rozległy się w długim, szerokim korytarzu, przypominając mi o rodzinie, którą zdradziłem i skazałem na zgubę. Ruszyłem w stronę dźwięków i poczułem ucisk w piersi.

Pchnąłem duże, grube, rzeźbione drzwi i muzyka oraz odgłosy radości ucichły. Wszystkie oczy skierowały się w moją stronę. Sala okazała się niemal tak wielka, jak pomieszczenie wejściowe, a pod ścianą stały w niej długie, drewniane stoły. Prawie w każdym kącie kryły się krzesła, a klatkę schodową okalały wysadzane klejnotami arrasy.

Przy długim blacie trwała uczta. Pokiereszowani i brudni generałowie siedzieli w różnych pozycjach. Niektórzy patrzyli na mnie, przeżuwając, inni popijali coś z kubków, lecz zapomnieli przełykać. Jedni wpatrywali się we mnie dwojgiem oczu, inni czworgiem lub więcej. Niektórzy mieli macki w miejscach, gdzie powinny znajdować się ręce i nogi, a inni posiadali wielkie i grube skrzydła, wystające z pleców. Nie widziałem nikogo z gadziej gromady Gromlocka, ale założyłem, że pragnęliby odpowiedzi, dlaczego ich generał poszedł z Nismerą oraz Isaiahem i nie powrócił.

Przysadzisty troll, okryty peleryną z futer i skór, odchrząknął. Wstał i wzniósł kielich wielkości mojej głowy.

- Powitajcie naszego najwyższego strażnika legionu, Vincenta.

Wygiąłem usta, gdy wybuchła głośna wrzawa. Od wiwatów aż zadzwoniło mi w uszach. Krzyczący dotąd troll przeszedł z tyłu pokoju w moją stronę, po czym zacisnął dłoń na moim ramieniu i wcisnął mi gigantyczny kielich w dłonie.

- Chodź, usiądź z nami.

- Kim jesteś? - zapytałem, strącając jego rękę.

- Mam na imię Tedar, jestem dowódcą ósmego legionu.

Może zebrali się tu nie tylko generałowie.

Poprowadził mnie w stronę dużej części wypoczynkowej w zacienionym kącie pokoju. Poszedłem, ponieważ nie miałem gdzie się podziać. Opadł na idealnie pasujące dla niego krzesło, ale gdy ja usiadłem na takim samym, mebel niemal mnie pochłonął. Ciecz w kielichu chlupnęła na bok, zalewając mi dłoń. Pochyliłem się do przodu i postawiłem naczynie na środku stołu, zanim wytarłem rękę o swoje spodnie i się odchyliłem. Śmiech i rozmowy wypełniły pokój raz jeszcze, gdy Tedar się nachylił.

- Jesteś teraz legendą, wiesz o tym? Każdy szept w światach mówi o tym, co zrobiłeś, a teraz zostałeś najwyższym strażnikiem. - Zagwizdał. - Przewyższasz każdego dowódcę i generała. Nienawidzą tego.

- Ty nie.

- Bogowie, nie. Obecnie mamy tylko sześcioro wysokich strażników, w tym jej braci, więc spada na mnie mniej odpowiedzialności. Ty i twój legion od teraz będziecie ruszać do bitwy jako pierwsi.

Uniosłem brwi.

- Bitwy? Nie sądzę. Myślę, że mamy po prostu słuchać rozkazów.

- Mów, co chcesz, ale niebo krwawi srebrem. Pogromca Świata nie żyje, a Ręka Rashearim chodzi ślepa, słuchając każdego nakazu niczym zbity kundel. Są i zawsze pozostaną tymi skaczącymi, jak im zagra najpotężniejszy gracz istniejący na polu. Zgadnij, kto to właśnie zrobił.

Przełknąłem, trwoga paliła mnie w gardło. Zachowywał się tak grubiańsko, tak radośnie z powodu tego, co zrobiłem. Poczułem się przez to brudniejszy, niż błoto na bucie. Przypomniałem sobie, że nie pozostawiono mi wyboru. Nie wiedział, że moja wola to wola Nismery. Pokręciłem głową, a Tedar gadał dalej:

- ...muszę przyznać, że to wielka ulga. Nikt nigdy nie sądził, że on zginie. Musisz się nieziemsko czuć. To ty tego dokonałeś. Pomogłeś.

Poczułem ucisk w żołądku. Od tamtej pory unikałem patrzenia w stronę nieba, zwłaszcza nocą, kiedy jego moc zdawała sięze mnie kpić, błagając o odpowiedzi. Znów poczułem nieznośny ciężar w piersi, a powietrze stało się nagle zdecydowanie zbyt gęste.

- Teraz służę mojemu królowi, tak jak sobie tego życzy. Obecnie nic w świecie nie ma mocy mogącej rywalizować z Nismerą - powtórzyłem.

Tedar się pochylił i uśmiechnął, a ja skupiłem uwagę na jego dużym ukruszonym kle.

- Z tego, co słyszałem, to nieprawda.

Uniosłem brew i przeskanowałem pokój, zauważając kilku generałów patrzących wściekle w naszą stronę i rozmawiających cicho między sobą.

- A co takiego słyszałeś?

Tedar nachylił się mocniej, jakby miał szeptać.

- Słuchaj, wszyscy gadają, a po tym, jak posprzątali po masakrze na Wschodzie, każdy teraz wie.

Wykrzywiłem się, zdezorientowany. Nic o tym nie słyszałem.

- Wchód? Co stało się na Wschodzie?

- Pogromca Świata miał kochankę, i to nie tylko zwykłą pannę jak kiedyś. Mówią, że ona jest bestią stworzoną z płomieni i nienawiści i że podążyła za wami. Jego bestia. Samica Ig'Morruthen.

Dianna. Miał na myśli Diannę.

Skinąłem i usiadłem nieco prościej, gdy mamrotał dalej, a dźwięki wypełniające pokój rozmyły się w tle.

Ta moc emanująca z drzwi, ta sama co jego ojca. Nie musiałem się odwracać, by wiedzieć, że Samkiel opierał się o framugę drzwi prowadzących do westybulu. Potarłem nadgarstek, kręcąc głową.

- Odpuść.

- Czy w ten sposób zwracasz się do swojego przyszłego króla?

Usłyszałem zmartwienie w jego głosie.

- Przyszłego. Wciąż musisz przerosnąć ojca.

Wybrzmiał stukot ciężkich butów, gdy wszedł, w całości okryty zbroją bitewną, a cholerna królewska peleryna powiewała za nim. To ta sama, którą jego ojciec nosił za każdym pieprzonym razem podczas spotkania rady.

- Dlaczego pozwalasz jej...

- Nie pozwalam jej na nic - przerwałem, odwracając się do niego twarzą.

Nieco rozszerzył oczy, przyglądając mi się ostrożnie, gdy przemówił:

- Możesz dołączyć do mnie i Logana. Mój ojciec życzy sobie, bym miał własną straż królewską, mimo że nie takie imię przyjmiecie.

Prychnąłem złośliwie.

- Odmawiam, przyszły królu.

- Dlaczego nie pozwolisz mi sobie pomóc?

Zerknąłem w stronę drzwi, jakbym mógł zobaczyć ją, obserwującą mnie, czekającą.

- Vincent.

Jego głos wyrwał mnie z transu.

- Dlaczego zawsze pragniesz pomóc tak wielu? - zapytałem. - Co z tego masz? Przeznaczone jest ci rządzić tym światem i każdym pomiędzy. Nie musisz udawać dobrotliwości, oni i tak zamierzają zlizywać brud z twoich butów.

Samkiel wzruszył ramionami, jego włosy wiły się wokół naramienników zbroi.

- Po prostu chcę lepszego królestwa, lepszego świata. Ten wydaje się dość gówniany i mam dość egoistycznych bogów.

- Z całym szacunkiem, odnoszę wrażenie, że twoja wersja to jego lustrzane odbicie.

Wygiął usta w uśmiechu.

- Mój jest do wytrzymania.

Uwierzyłem mu. Uwierzyłem, że chciał czegoś więcej, czegoś lepszego, nawet jeśli widziany przez niego świat to zaledwie fantastyczny sen wysnuty przez wyrocznię.

- Nawet jeśli brałbym w tym udział i wygrał, nigdy nie pozwoliłaby mi odejść. Jej szpony tkwią zbyt głęboko we mnie, mój książę.

Jego oczy się zmieniły, srebrny blask przypominał ten charakterystyczny dla Unira i Nismery.

- Pozwól, że ja się nią pomartwię. Po prostu przyjdź i spotkaj innych. Nie ma w tym nic złego.

Złego. Nie rozumiał. Nikt nie rozumiał, ale skinąłem głową wbrew zdrowemu rozsądkowi. Nie powiedział nic więcej, zanim wyszedł, a ja wpatrywałem się w pustą przestrzeń drzwi. Powiedział "spróbuj", i to właśnie zrobiłem.

Wspomnienie wyblakło, gdy ryki i krzyki wróciły, kielichy dzwoniły, obijane o siebie albo o stoły. Generałowie pochodzący ze wszelkich części kosmosu - nikczemni i podli - radowali się i celebrowali jego śmierć. Wszyscy wiedzieli, że następnym krokiem bogini stanie się wyzwolenie światów. Przyjęła i przekabaciła tych najbardziej podłych i zabójczych na swoją stronę i teraz nic jej nie powstrzyma. Nic nigdy nie mogło, więc czy kiedykolwiek miałem wybór?

Samkiel był światłem. Obiecał pokój i zmianę, a ja pomogłem to zgasić. Część mnie żywiła nadzieję, że przyjdzie mi płonąć za to w Iassulyn przez wieczność. Inna część wiedziała, że Dianna mnie dopadnie, a właściwie nas wszystkich, jak zrobiła to, gdy chodziło o jej siostrę. Skłamałbym, jeśli bym powiedział, że nie powitałbym jej z radością.

3

KADEN

- Nigdy nic ci nie powiemy - oznajmił i splunął na stopy Nismery.

Jej usta wykrzywiły się w uśmiechu, gdy strząsnęła plwocinę z czubatego, zbrojnego buta.

- W porządku. - Wyraz jej twarzy był zimny, gdy podniosła dłoń.

Moc wystrzeliła z jej ręki i rozprzestrzeniła się po niebie. Piorun, czysty i oślepiający, ponownie uderzył, gdy stworzyła i kontrolowała iskry energii i posłała je w stronę podłogi. Runy zalśniły jej srebrną mocą, a podłoga pod naszymi stopami zawirowała. Uchyliłem się, a Isaiah obok mnie nawet nie drgnął, jakby to wydało mu się czymś normalnym. W podłodze otworzył się masywny, wirujący portal, słona woda z głuchym rykiem sięgała sufitu. Rzędy uzbrojonych mężczyzn patrzyło gniewnie w jego stronę, gdy pokój przestał się trząść. Nismera przeszła za każdym z nich, a strach wypełnił powietrze.

- Wiem, że nic nie powiecie i nie potrzebuję tego. Oku chodzi i zawsze chodziło o to samo. Z jakiego innego powodu mieliby wysyłać pionki? Wiem, że się przede mną ukryli.

- Oko się nie chowa - wytknął pogardliwie starszy, siwiejący żołnierz, stojący na końcu szeregu. - Czekamy na idealną okazję...

Nismera wybuchnęła paskudnym śmiechem.

- Okazję? Och, sir Moltenie. Zabójczo pragnęłam dorwać cię w swoje ręce. Zawsze pozostawałeś tylko cierniem w mym boku.

- Twój dzień nadchodzi. - Wyprostował się. Nie emanował strachem, a przynajmniej nie zdołałem go wyczuć.

- Kiedy dokładnie? Od jak dawna wasza zgraja próbuje mnie obalić? Szczerze, jestem tym już nieco znużona. - Pochyliła się nad najbliższym żołnierzem, a ten zadrżał. - Ale mam do wykarmienia wygłodniałą bestyjkę, a co mogłaby pożreć lepszego niż zdrajcę? Myślę, że strach najbardziej syci.

Nismera wepchnęła żołnierza do portalu. Krzyk mężczyzny nagle się urwał i zastąpiło go głośne chrupnięcie. Zapanował chaos, gdy reszta zobaczyła, co przydarzyło się ich towarzyszowi, i większość próbowała przesunąć się na bok, by uciec. Jeden po drugim, złoto-czarna armia Nismery skopywała pozostałych żołnierzy do jamy, i jeden wrzask po drugim stały się ostatnim, co usłyszeliśmy, zanim znikali poniżej. Ostatni żołnierz, znacznie starszy, z siwą brodą związaną na końcu, nawet nie mrugnął, kiedy bogini do niego podeszła.

- Zamierzasz błagać, sir Moltenie? - Wbiła paznokcie w jego okryte zbroją ramię, a materiał pękał pod naciskiem.

Mężczyzna nawet się nie wzdrygnął. Miał wysoko uniesioną brodę, zmarszczki na jego twarzy się pogłębiły, gdy syknął i spojrzał na nią wściekle w ostatnim akcie buntu.

- Mam nadzieję, że więzienie pozostanie zamknięte przez eony.

Nismera wyciągnęła rękę szybciej niż piorun, oddzielając głowę od ciała generała. Krew pokryła pierś kobiety i rozpryskała się na jej twarzy. Bogini zamrugała gorączkowo, odpychając gniew wykrzywiający jej oblicze.

Ich więzienie? Pytanie zagrzechotało w moich myślach, ale ucichło, gdy głowa potoczyła się w moją stronę po kamiennej podłodze. Uniosłem nogę, by ją zatrzymać, a ona wpatrywała się we mnie niewidzącymi oczami. Ujrzałem krótko przystrzyżone przy czaszce włosy, a jej bok został wygolony do zera i pokryty znakami - symbolami rebelii.

- Czterysta siedemdziesięciu dwóch rebeliantów. Czterysta siedemdziesiąt dwie głowy. - Nismera oczyściła dłoń.

W pokoju zalegała śmiertelna cisza, gdy bogini wyszła naprzód.

- Zabierz głowę sir Moltena do Severn. - Skinęła w stronę wielkiego, uzbrojonego żołnierza po mojej lewej. - Chcę wysłać wiadomość do każdego rebelianta, który myśli, że teraz nadszedł czas, by atakować. Mamy zdecydowanie zbyt wiele do zrobienia.

Isaiah wydał ochrypły dźwięk i się przesunął. Rozległ się stukot opancerzonych butów, gdy strażnicy wypełniali rozkaz i odeszli, stąpając po posadzce wyżłobionego w kamieniu pokoju. Nismera skopała resztę zwłok bestii w wodzie poniżej, zanim zamknęła otwór.

Isaiah gwizdnął nisko.

- Wydajesz się spięta, Mera. Minęły tygodnie. Nie powinnaś cieszyć się choć odrobinę? Starszy brat jest w domu i wszystkie światy należą teraz do ciebie.

Rozciągnęła usta w ciepłym uśmiechu, gdy spojrzała za nas, aby się upewnić, że strażnicy odeszli. Jakby nie chciała, by zobaczyli, że okazała się zdolna do odczuwania jakichkolwiek emocji. Rzuciła mi wściekłe spojrzenie, ledwo trzymając nerwy na wodzy.

- Jestem szczęśliwa, ale Oko wydaje się teraz myśleć, że nade wszystko nadszedł czas, by zaatakować.

- Atakować to lekka przesada - powiedziałem, kiwając głową w stronę zamkniętej podłogi za nią. - To sugerowałoby, że mają szansę.

Ledwie wzruszyła ramionami, zanim nas minęła, kierując się do głównego wejścia jej ostentacyjnej, błyszczącej białej fortecy. Onuna zmieniła moją perspektywę na architekturę. Zapomniałem, jak wielka była większość pałaców, a Mera ponad wszystko kochała te luksusowe. Draperie, wyszywane na krańcach poskręcanymi, beznogimi, potężnymi postaciami ryphor, wisiały nad każdym wejściem. Długie frędzle wojennych sztandarów tańczyły na nieskazitelnej podłodze.

Odwróciliśmy się i podążyliśmy za Nismerą. Isaiah zarzucił mi rękę na barki i uścisnął.

- Jesteś taki cichy, odkąd wróciłeś, bracie. Myślałem, że bardziej ucieszysz się na mój widok.

Przełknąłem rosnącą w gardle gulę. Cieszyłem się, że go widzę. Cieszyłem się, że nie siedziałem już na tej cholernej Onunie, ale bolesna pustka zżerała mnie od środka. Jednej rzeczy nie mogłem zapomnieć i nie zapomniałem.

- Jesteś potworem - wysyczała na mnie, ciągnąc za więzy.

- Wstrzymałem dla ciebie plany poszukiwania tej przeklętej księgi, mając nadzieję, że istnieje inny sposób, bym mógł cię zatrzymać. - Przesunąłem dłoń po jej żuchwie, a ona odsunęła się ode mnie z obrzydzeniem. - Kocham cię.

Szliśmy złoto-kremowym korytarzem, a w ciemnej, lśniącej podłodze odbijał się sufit, kamień wydawał się nieskazitelny mimo kręcących się wokół szurających stopami strażników. Nismera wspięła się po masywnych schodach, nieustannie o czymś gadając, ale mój umysł pozostawał nieobecny od tygodni. Myślałem o niej i o tym, jak ją wskrzesić, ale tym razem miałem plan. Samkiel nie żył. W tych światach nikt jej nie pozostał, nikt poza mną.

Strażnicy pchnęli wielkie drzwi, a zgiełk wewnątrz pokoju ucichł, masywna kamienna sala wojenna wypełniła się milczeniem. Zakon otaczał prostokątny wzniesiony stół, na którego powierzchni leżały porozrzucane mapy i zwoje, a pomiędzy nimi stały niewielkie podobne do totemów istotki. Strażnicy Nismery weszli za nami do środka, zajmując swoje miejsca w czterech kątach pomieszczenia, gdy ona skierowała się na tyły pokoju. Wojenne draperie zostały otwarte za sprawą jednego machnięcia jej ręki.

Światło słoneczne zalało pokój, dając wrażenie ciepła i spokoju, podczas gdy ja cholernie dobrze wiedziałem, że bogini, która kontrolowała ten świat, mogłaby zetrzeć nas w proch wyłącznie ruchem brwi, jeśli uważałaby to za konieczne. Unir i Samkiel byli niczym więcej jak pyłem i ani Isaiah, ani ja nie mogliśmy dorównać jej mocy. Żadna żywa istota nie mogła.

- Dobrego świtu. - Nismera skinęła głową, gdy strażnicy wysunęli dla niej krzesło.

Usiadła, zarzucając szarfę na ramię, a kiedy spoczęła, Isaiah i ja zajęliśmy własne miejsca - po obu jej stronach - a chwilę później reszta w pokoju podążyła za naszym przykładem.

- Dobrego świtu - powtórzyli, gdy uderzyła dłońmi o stół.

- To zaledwie skrawek reliktów i zwojów zabranych z pozostałości Rashearim - oznajmił Jiraiya.

Jiraiya to członek rady, który, tak jak reszta, oszukał Samkiela, by myślał, że pracuje on dla niego, ale to Nismera władała Zakonem od czasu Wojny Bogów. Umieściła swoich ludzi na stanowiskach, zapewniając każdemu z nich miejsca, nie dając się złapać, aż wyłącznie jej klan dzierżył władzę. Pozostawała mistrzem strategii i dobrze mnie wszystkiego nauczyła.

Jiraiya przesunął zapiski w jej stronę, a ona przejechała po nich wzrokiem. Pot zebrał się na jego skroni, a ja mogłem wyczuć strach od każdej z istot siedzących przy stole. Mądrze.

- Dlaczego on wciąż zerka na blondynkę? - zapytał Isaiah, kiwając głową w stronę Jiraiya.

Podążyłem wzrokiem za nim i zacząłem obserwować. Faktycznie zerkał w stronę Imogen, nawet gdy mówił do Nismery.

Wzruszyłem ramionami.

- Z tego, co wiem, pieprzyli się, zanim straciła kontrolę nad własnym umysłem.

Isaiah wydał dźwięk obrzydzenia.

Imogen to jedyny pozostały w tym miejscu członek Ręki. Nismera kazała odesłać resztę i sprzedać temu, kto da najwięcej, do walk lub bogowie wiedzą do czego. Imogen stała sztywno obok jednego z generałów orków, mającego na imię Nivene, i patrzyła przed siebie. Isaiah powiedział, że dowódca to jeden z nowych ulubieńców Nismery, ale nie obchodziło mnie to ani trochę. Nawet gdy dzieliła nas ponad połowa stołu, jego zapach potwierdził, że to tylko kolejny brutal wyrzynający sobie drogę na szczyt.

Imogen wpatrywała się w przestrzeń, jej mdłe niebieskie oczy nie poruszyły się, nawet gdy członkowie rady podnieśli głosy. Miała na sobie taką samą Zbroję Smoczej Zguby, jak wysoko postawieni żołnierze Nismery. Dłonie trzymała złączone za plecami i stała wyprostowana, a długie warkocze opadały jej za ramiona.

Nie musiałem widzieć palców kobiety, by wiedzieć, że były nagie. Nismera stopiła jej srebrne pierścienie, gdy tylko znalazła ku temu okazję. Moja siostra nienawidziła tego koloru i tego, o czym nam przypominał.

Imogen zamiast nich nosiła teraz na plecach dwa przeklęte miecze. Byłem zaskoczony, że Mera w ogóle pozwoliła jej je zachować, ale wiedziałem, że moje słowa uwięziły umysł dawnej kochanki Samkiela. Nie była w stanie już niezależnie myśleć, nie posiadała też wolnej woli.

Nismera wstała i obeszła stół, by pochylić się nad zwojem, gdy generał u jej boku wyjaśniał, czego się dowiedzieli i co sprowadzili z Onuny.

- Jest taki żałosny - westchnął Isaiah. - To nie mogło okazać się przyjemne.

Zerknąłem na niego. Mierzył wzrokiem Jiraiya z drapieżnym zamiarem, zanim spojrzał znów na Imogen.

- Dlaczego cię to obchodzi?

- Nazwij to ciekawością. - Wzruszył ramionami.

Poruszyłem ramionami i pochyliłem się, złączając dłonie na blacie stołu.

- Twoja ciekawość rozwścieczy Verukę.

- Ach, więc Mera ci o niej powiedziała. - Isaiah zaledwie wzruszył ramionami. - To tylko zabawa. A dodatkowo to, co robi, gdy pociągniesz ją za ogon, jest bardzo satysfakcjonujące.

Sztyletowałem go spojrzeniem.

- Jest jedną z wysokich strażniczek. Mówiłem ci, żebyś nie paskudził tam, gdzie jesz.

- Mówi ten, który przemienił i pieprzył się z towarzyszką Samkiela.

Moje nozdrza się rozszerzyły, co wywołało u niego uśmiech. Gdybym mógł go uderzyć, nie wkurzając Nismery, tobym to zrobił.

Elianna wstała i spojrzała na nas, zanim odchrząknęła i otworzyła zniszczony wiecznie noszony przy sobie dziennik. Wszyscy zwrócili ku niej oczy. Każdy słuchał uważnie.

- A skoro mowa o blondynkach. Gdzie twój celestial? - zapytał Isaiah, nie przejmując się tym, co Elianna miała do powiedzenia.

- Cameron wciąż przebywa na niższych poziomach. - Skrzyżowałem ramiona i odchyliłem się, przynajmniej próbując uważać.

- Walki na arenie? - zapytał Isaiah.

Skinąłem głową.

- Musi przepracować nowe moce, a nie zrobi tego sypianiem z kim popadnie, więc pozostaje mu tylko walczenie i pożywianie się.

Isaiah prychnął.

- Miotanie.

Nazywaliśmy to miotaniem, ponieważ w pewnym momencie jedyne, co możesz robić, to miotać się z boku na bok, gdy twoje ciało się przegrzewa. Doświadczali tego zdolni do przemiany w Ig'Morruthen. Dianna tak miała. Przez pierwsze kilka tygodni trzymałem ją na łańcuchu tak jak Camerona, gdy tu przybył. Pierwszy krwawy szał zawsze okazywał się najsilniejszy, kiedy ich ciała odrzucały wnętrzności, by zrobić miejsce na nowe. Moc gwałtownie w nich wzrastała, zastępując to, czym kiedyś byli. Jeśli przetrwali i nie zmienili się w bestie, stawali się tacy jak my. Ale miotanie mogło zająć tygodnie, czasami miesiące. Krwawa żądza sprawiała, że niemal zamieniali się w zwierzęta. Mogli równać z ziemią wioski, jeśli pozostawiło się ich bez nadzoru. Niekontrolowane pragnienia stawały się tak silne, że potrafili rozerwać ofiary na strzępy. Widziałem, jak zaraz po przemianie Dianna pozostawia po sobie wyłącznie skrawki tkanek. To kolejna rzecz kryjąca się za jej krwiożerczym imieniem.

- Nismera zechce, byś stworzył ich więcej, wiesz o tym?

Zerknąłem w stronę Isaiaha.

- To nie takie łatwe.

- Powodzenia w przekazywaniu jej tego.

- W ciągu tysiąca lat Cameron i ona to jedyni, z którymi się udało. Próbowałem. Zawsze kończy się powstaniem nowej bestii.

Isaiah pokiwał głową i otworzył usta, by odpowiedzieć, ale przerwano mu, zanim zdążył ubrać myśli w słowa.

- Czy wasza dwójka chciałaby się czymś podzielić? - zapytała Nismera.

Odwróciliśmy się w jej stronę i pokręciliśmy głowami. Brat wyciągnął dłoń i gestem pokazał, by kontynuowała.

- Dobrze - powiedziała Nismera. - A więc, jeśli wasza dwójka nie ma nic przeciwko, proszę, byście uważali.

Jej uśmiech nie był słodki ani uprzejmy. Nigdy nie był. Czasami się zastanawiałem, z czego dokładnie stworzył ją Unir. Zawsze zakładałem, że z zimnej, umierającej gwiazdy. Taka się wydawała, nawet biorąc pod uwagę każde łagodne słowo czy delikatny żart. Sprawiała wrażenie pustej. Jedyną emocją jaką okazywała, a która nie została stworzona na pokaz, była złość, a ta wirowała nieustanie za jej oczami.

Nismera skrzyżowała ramiona, odwracając się z powrotem do Elianny.

- Dlaczego motywacja wzrosła?

Kobieta przesunęła mapę blisko Mery i pochyliła się nad stołem, wskazując na region poza gwiazdami.

- Wygląda na to, wasza wysokość, że Oko wydaje się bardziej zdeterminowane od czasu rzezi na Wschodzie.

Wszystkie oczy skierowały się ku mnie.

Uniosłem dłoń.

- Mnie nie było na Wschodzie.

- Nie - przyznała spokojnie Nismera, a to słowo ociekało nienawiścią. - Otrzymałam raporty o napaści na kilku urzędników legionu, pełniących wartę na wschodnim krańcu Tarr. Wysłałam żołnierzy, by zobaczyli, co uda im się ustalić, lecz nie wrócili. Ale wiesz, kogo widziano? Naoczni świadkowie powiedzieli, że wielka, ciemna, łuskowata Ig'Morruthen przemknęła po niebie, zanim wylądowała. A następnie rozczłonkowała moich lojalnych żołnierzy i rozrzuciła ich szczątki po polu jako ostrzeżenie.

Przełknąłem gulę w gardle, wraz z nutką rozbawienia i maleńką iskrą dumy wywołaną tym, co wciąż mogła osiągnąć.

Nismera złączyła dłonie, przechylając głowę w stronę Elianny.

- Jeszcze raz, co zostało zaadresowane do mnie?

Kobieta wyglądała, jakby chciała znaleźć się wszędzie tylko nie tu.

- Umm, "Chodź i mnie dorwij... - Elianna złożyła dłonie i odchrząknęła, rozglądając się po pokoju - ...suko".

Spojrzała na władczynię, bojąc się, że zostanie zredukowana do prochu, jakby sama tak ją wyzwała. Nikt się nie odezwał, a wszystkie oczy skierowane były na mnie. Zauważyłem jednak pełną szoku minę Isaiaha. Nikt, kto zwrócił się w ten sposób do Nismery, nie pożył za długo.

- Jeśli to prawda - odezwałem się - mogę się nią zająć.

- Zająć. - Siostra się uśmiechnęła, stukając palcem o stół.

Ani jedna osoba w pomieszczeniu się nie poruszyła, wydawało się, że nikt nawet nie oddychał.

- Towarzyszka Samkiela wciąż żyje. Nawet jeśli on nie, ona poprowadzi wojnę w jego imieniu - przerwała, zaciskając zęby. - Czy wiesz, co dzieje się z psychiką amaty, gdy drugie zostaje zarżnięte? Nie, nie wiesz, ponieważ jej nie posiadasz.

Zacisnąłem pięści na udach, tupiąc. To przytyk, i to nieczysty, wymierzony we mnie. Wiedziałem jednak, jak Mera przemawiała na spotkaniach. Wiedziałem, że musiała pokazać, że nie wybiera ulubieńców, nawet jeśli chodziło o jej własną krew. Dla nich i wszystkich innych byłem zaledwie wysokim strażnikiem, sprzeciwiającym się jej rozkazom.

- Mogą oszaleć z żalu do tego stopnia, że przestają istnieć albo ogarnia ich wściekłość i palą światy, a wygląda na to, że ona wybrała to drugie - rozwodziła się dalej. - Dlatego chciałam, żeby zginęła, gdy go zgładzono, a nawet lepiej, znacznie wcześniej. Czy widzisz problem, Kadenie? Twoja zachcianka, by ją zatrzymać, zapewne spowoduje powstanie.

Żaden inny generał czy dowódca nie odwrócił się w moją stronę, ale poczułem zmianę w pokoju. Dało się zauważyć wyraźny niepokój w dźwięku szurających stóp i widoku zaciśniętych łuskowatych rąk. Ci, którzy mieli macki, owinęli je ochronnie wokół ciał.

- Kazałaś mi ją ukształtować, stworzyć na nowo, więc to zrobiłem. A teraz pojawił się problem. Chciałaś zabójczyni. A ja ją stworzyłem.

- Nazywają ją skrzydlatą śmiercią. Wiesz, jak imiona się rozprzestrzeniają. One budują, podżegają i karmią wyobraźnię. Nie chcę, by Oko myślało, że ma jakieś pole manewru przeciwko mnie czy mojemu królestwu.

- Uknułem co do tego plan. - Mój głos wybrzmiał echem w ciszy, a spojrzenia zebranych spoczęły na mnie.

- Zechciałbyś nas oświecić? - Członek Zakonu rzucił mi wyzwanie.

Rozpoznałem go, ale jego imienia, podobnie jak i imion większości tych ludzi, nie chciało mi się, kurwa, zapamiętywać.

- Nie. - Uśmiechnąłem się do niego szeroko, upewniając się, że końcówki moich kłów stały się widoczne. - Ta informacja pozostaje przeznaczona wyłącznie dla tych o najwyższej randze. Ty i Zakon nie spełniacie tych kryteriów, delikatnie mówiąc.

Pokój wypełniało napięcie.

Nismera westchnęła i pokręciła głową.

- Naszym głównym zmartwieniem na ten moment jest złapanie Harworka Baya. Pozostałymi zagrożeniami zajmiemy się z funkcjonariuszami najwyższej rangi, tak jak uprzejmie ujął to mój brat.

Nikt nie kwestionował jej słów. Nigdy tego nie robili, ponieważ posunięcie się do tego oznaczało ryzykowanie własnym życiem. Zgromadzeni znów zwrócili się twarzami do niej, by kontynuować rozmowy o oblężeniu i wojnie.

***

Gdy tylko każdy dowódca, generał i członkowie Zakonu wyszli, strażnicy wciąż pozostawali na zewnątrz, a Nismera odwróciła się do nas. Zdjęła pelerynę jedną ręką i przewiesiła przez swoje krzesło, zanim ruszyła w stronę alkowy. Odwróciła się, przyniosła dwie butelki i kilka kieliszków, po czym opadła na miejsce z westchnieniem.

- Życzyłabym sobie, abyś nie kłócił się ze mną na spotkaniach, Kadenie. Nie są przyzwyczajeni, że ktoś podważa moje decyzje, a ty nie jesteś pachołkiem i nie chciałabym cię kiedykolwiek poprawiać.

Nalała mieniącej się, żółtej cieczy do swojego kieliszka, zanim przesunęła drugą butelkę i szkło w stronę Isaiaha oraz moją. Brat chwycił je i odkorkował jedną ręką. Słodki, miedziany zapach krwi wypełnił powietrze, a ja nie ośmieliłem się zapytać, skąd ją ma. Isaiah nalał sobie kieliszek, zanim przesunął butelkę mnie.

- Wybacz, królu. - Ostatnie słowo zaakcentowałem ze złośliwym uśmieszkiem. - Dlaczego nalegasz na ten tytuł?

- Ponieważ to do noszenia jego wszyscy dążą. Po co go teraz zmieniać? - Nismera wzruszyła ramionami. - Poza tym, kocham patrzeć, jak lordowie krzywią usta, gdy go słyszą. Skoro mam pochwę, wolą określenie "królowa", ale wszyscy wiemy, że w naszym świecie to ten, kto nosi tytuł króla, ma więcej władzy.

- To prawda - prychnąłem.

Nismera uśmiechnęła się zza kielicha.

- Na dodatek nie musisz mnie tu tak nazywać. Nie ma tu żołnierzy ani strażników, ani pieprzonych członków rady proszących o pomoc. Nie jestem naszym ojcem. Nie zamierzam żądać szacunku ani tego, byście używali tego tytułu o każdej godzinie każdego cholernego dnia. Poza tym tęskniłam za tobą.

Isaiah chrząknął, a Nismera przewróciła oczami.

- My... - zaakcentowała - ...tęskniliśmy za tobą.

- Technicznie rzecz biorąc, ja tęskniłem bardziej - dodał brat, zerkając na Nismerę. - Ona była całkiem zajęta, a ja każdego dnia, odkąd ten cholerny portal się zamknął, pytałem, kiedy wrócisz. Nawet oznaczyłem, gdzie się zamknął, ponieważ to ostatnie miejsce, gdzie cię widziałem.

Coś w mojej piersi zamigotało. Wydawało się, jakby w ciemnym, zakurzonym pokoju zapalono małe światło. Dziwnym okazało się usłyszeć, że ktoś za mną tęsknił. Zwłaszcza po tym, jak długo mnie nie było i biorąc pod uwagę, kim się otaczałem. Ostatnią formę czułości otrzymałem wiele lat temu, od Dianny. Teraz emocje stały się obce, delikatnie mówiąc. Sprawiały, że czułem się nieswojo, ponieważ nigdy nie wydawały się prawdziwe. Wszelka troska lub życzliwość mogła zostać usunięta, wyparowując jak mgła na wietrze. Siedziałem zamknięty na Yejedin przez tak długi czas, że być może ta część mnie, która wierzyła w takie rzeczy, umarła tam i zgniła.

- Ty sentymentalny głupcze - zadrwiłem z niego, a Nismera się zaśmiała.

Ale wyobraziłem to sobie. Isaiah zyskał reputację pełnego przemocy na długo przed zamknięciem światów, a Mera powiedziała, że stał się jeszcze gorszy, gdy odszedłem. Używał tej swojej cholernej mocy, kiedy tylko mógł, naginając krew do swojej woli, doskonaląc tę zdolność do perfekcji. Nismera wspomniała, że nie musiał nawet nikogo dotykać, aby krew tego kogoś się zagotowała lub, co gorsza, wybuchła. Był bestią w pełnym znaczeniu tego słowa, tak jak ja. Kolejny powód, dlaczego pozostawaliśmy zamknięci tak cholernie długo.

Powiedziała, że nazywali go Pogardą Krwi i że mu się to podobało. Osobiście myślałem, że to dowodziło, iż teraz jesteśmy silniejsi. Nie byliśmy już tymi chuderlawymi nastolatkami z nieokrzesanymi mocami, wierzącymi z taką łatwością we wszystkie kłamstwa Unira. Tacy niewinni pozostawaliśmy dawno temu, a jednak przypominało to przebłysk pamięci. Dorastaliśmy w srebrnych pałacach, pośród piękna i kwiatów, ale to Yejedin, jego dym i płomienie nas ukształtowały.

Więc nie winiłem go za to, że przylgnął do tego imienia lub do mnie. Wtedy go chroniłem i obiecałem zawsze to robić, więc śmiałem się z obrazu krążącego mi po głowie - przedstawiającego wielkiego, umięśnionego Wysokiego Strażnika Śmierci, pokrytego krwią i w zbroi, czekającego na skraju portalu, który nigdy się nie otworzył. Sentymentalny głupiec, rzeczywiście.

- Nazywaj mnie, jak chcesz. Po prostu cieszę się, że wróciłeś i teraz możesz mieć tyle krwi i cipek, ile chcesz.

Zakrztusiłem się napojem, a Nismera westchnęła, opierając pancerne buty na stole.

- Skoro o tym mowa, opowiedz mi o planie, Kadenie. Dlaczego miałabym potrzebować kolejnego Ig'Morruthen, kiedy tak uprzejmie przyprowadziłeś mi tego blondyna?

Rzuciłem Isaiahowi gniewne spojrzenie, wycierając kącik ust, zanim odwróciłem się w stronę kobiety.

- Moc Dianny jest niezrównana. Stanowiłaby wspaniały atut.

- Dla mnie... - zakręciła trunkiem w kielichu - ...czy dla ciebie?

Nie próbowałem ukryć uczuć. Zdawało się, że to tylko znacznie pogarszało wszystko w moim życiu, więc przytaknąłem.

- Rozmawiałem z tobą codziennie. Znasz moje wrażenia. Nie zmieniły się.

- Ach, tak, ale jej zdecydowanie się zmieniły. Teraz mam kłębiącą się wokół rebelię, wierzącą, że są nietykalni. A ta dziewucha dała buntownikom nadzieję.

Postukałem palcem w bok kieliszka. Isaiah milczał, obserwując nas oboje.

- Kolejny powód, dla którego powinna się tu znaleźć. By odebrać tę nadzieję. Pokazać, że potrafisz poskromić najbardziej nieokiełznanych. To dałoby ci jeszcze większą władzę. Kto by w ogóle wtedy pomyślał, by kwestionować twoje decyzje?

Kącik ust Nismery się wygiął.

- Oczekujesz, że ona po tym wszystkim tu zostanie? Pod naszymi rządami? Zamordowaliśmy jej siostrę. Zamordowaliśmy jej towarzysza. Nie sądzisz, że nadszedł czas, by porzucić to beznadziejne marzenie?

- Mam ostrze - wtrąciłem, a Isaiah się wyprostował. - Ma na bokach wygrawerowane runy. Coś jak słowa Ezlsina, ale lepsze. Mogłoby zastąpić jej obecne wspomnienia nowymi. Chciałaby służyć wyłącznie tobie, przysięgam. Dianna jest wyrzeźbioną przeze mnie bronią, i to cholernie dobrą. Z łatwością zarżnęła Tobiasa i Alistaira. Potrzebujemy jej.

Ja jej potrzebuję, ale nie powiedziałem tego głośno.

Nismera rzuciła mi wściekłe spojrzenie.

- Chciałam, by trzymano ją z dala od jej towarzysza. Zawiodłeś, a jednak sądzisz, że uda ci się osiągnąć coś takiego?

Skóra mi ścierpła, nieokiełznana moc wyginała się pod nią w reakcji obronnej na jej słowa. Ale to Nismera - jedyna osoba, która się nami przejmowała - więc siłą woli stłumiłem bunt. Nie zdawałem sobie sprawy, że ciemność w pokoju podkradła się do przodu, dopóki się nie uspokoiłem, a ona się cofnęła.

Wziąłem uspokajający wdech, zanim powiedziałem:

- Unir uwięził ich w tym samym świecie, nie ja. Trzymałem ich z dala od siebie przez tysiąc lat.

Jego imię przypominało lód w moich żyłach, a atmosfera w pokoju stała się gęsta. Nismera kontynuowała:

- A teraz jego śmierć skierowała ją na kurs i stanie na drodze do naszego wyzwolenia.

- Zrobiłem wszystko, co powiedziałaś, żeby znienawidzili się nawzajem. Wszystko. Zabiłem jej fałszywą siostrę dokładnie tak, jak sobie tego życzyłaś. To jest tak samo twój problem, jak i mój.

- Poza tym, że ja jej nie kocham.

To sprawiło, że puls mi przyspieszył i wiedziałem, że usłyszeli bicie mojego serca. Mera zwęziła oczy w szparki, ale nie mogłem okłamywać ani jej ani siebie. Już nie. Spojrzałem na szklankę, czerwony płyn był ciemniejszy niż krew mieszkańców Onuny.

- Nie mogę nic poradzić na to, co czuję.

- Wiesz, skórowałam zdrajców i wieszałam ich ciała na palach, by powiewały na wietrze za mniejsze przewinienia. Powinnam uczynić to samo z tobą, bracie? Uważam, że nasza umowa, abyś trzymał ją jako swoje zwierzątko, zakończyła się po tym pokazie na pozostałościach Rashearim, nie sądzisz? Straciłam generała, a teraz garść żołnierzy. Muszą zostać wyciągnięte konsekwencje. - Przebiegły, cwany uśmiech pojawił się na jej twarzy.

- Chcesz zatem zrobić ze mnie przykład?

Zastukała zaostrzonymi paznokciami w stół.

- Nie, ale twoje bestie zostaną wyrżnięte w wielkiej sali. Zorganizuję spotkanie, a ty trafisz do lochów na pełen cykl księżyca. Od tej chwili.

Zatrzymałem na niej spojrzenie. Na usta kobiety nie wypłynął nawet cień uśmiechu, a ramiona jej zesztywniały, jakby pozostawała całkiem poważna.

- Nie patrz na mnie w ten sposób. Musisz stanowić przykład, nieważne, czy jesteś moim bratem, czy też nie. Żołnierze, cały legion, pomyślą, że okażę litość, jeśli nie wymierzę nawet najmniejszej kary za twoją zdradę. Rozumiesz, prawda?

Poczułem ucisk w gardle, ale nie chciałem jej pokazać strachu. Wieki temu nauczyłem się, jak go maskować, ukrywać wszystkie swoje emocje. Przede wszystkim nie mogłem pozwolić, żeby Isaiah się o tym dowiedział. Ale zamknięcie pod pałacem... nie wiedziałem, jak daleko to jest, jak głęboko... jak ciemno.

- Oczywiście - odparłem, mając nadzieję, że głos mi się nie załamał ani nie zadrżał.

Nismera jeszcze raz przechyliła kielich, zanim postawiła go na stole. Dzwoniło mi w głowie, gdy niepokój rósł.

- To tylko tydzień w celi. Ulegałeś ciemności na znacznie dłużej.

Wydawało mi się, jakby całe powietrze zostało wyssane z pokoju, a serce mi dudniło. Tak było i nienawidziłem tego. Większość zakładała, że ją kocham, bo stanowiła część mnie, ale jej jedynej tak naprawdę się bałem. Dorastałem otoczony tak wielką ilością światła, Unir i Zaysn pozostawali jego uosobieniem. Potem zostaliśmy wepchnięci do Yejedin - a światło zgasło - gdzie istniała tylko ciemność, drapanie paznokci po kamieniu i żarzące się płomienie. Jak ironiczne, że byłem chłopcem, który tak bardzo bał się potworów w ciemności, że sam stałem się jednym z nich.

- Oczywiście - zapewniłem ponownie z zimnym uśmiechem, zanim podniosłem kieliszek do ust.

Krew nie pomogła mi uspokoić żołądka. Tydzień. Mogłem wytrzymać tydzień... chyba że ona o mnie zapomni i zostawi mnie tam, żebym zgnił, tak jak on to zrobił.

- Powiedziałem jej, że tydzień wystarczy. - Głos Isaiaha przeciął moje myśli. - Założyła, że inni zaczną naciskać na surowszy wyrok, na przykład miesiąc, ale wydawało się to zbyt okrutne dla kogoś, kto zabił Pogromcę Świata.

Tak. Isaiah nie zapomni. Miałem obok brata. Był tutaj. Wypuściłem oddech, prostując ramiona.

- Powiedziałem w porządku. - Słowa brzmiały tak zimno i nieszczęśliwie, jak się czułem.

- Nie gniewaj się - poprosiła Nismera. - Isaiah miał rację. Tęskniłam za tobą i potrzebuję cię, byś pomógł mi w tym, co nadchodzi. Chcę, byś teraz, gdy do nas wróciłeś, prowadził coś na kształt normalnego życia, i jeśli właśnie ten ruch to umożliwi, niech tak się stanie.

Brat rozluźnił się po jej odpowiedzi, a ja dostrzegłem jego uśmiech.

- Dzięki - odparłem zwięźle, ale to jedyne, co zdołałem powiedzieć. Może przebywałem zbyt długo z dala od nich obojga, ale nawet bestia pod moją skórą nie chciała się uspokoić.

- Masz je? - Nismera skinęła głową, nalewając sobie kolejną szklankę. - Ostrze?

Zmusiłem Ig'Morruthen pod skórą, by się uspokoił, gdy podniosłem rękę. Za sprawą impulsu mocy ostrze uformowało się z ciemności i pojawiło się na mojej dłoni. Trzymałem je za rękojeść, błyskawica mignęła przez stół i odbiła się w ostrym stalowym łuku.

- Zmusiłem Azraela, by je zrobił, zanim przedwcześnie zginął. Planowałem użyć sztyletu po tym, gdy zabijemy Samkiela, ale Dianna się uwolniła i odeszła z jego ciałem - oznajmiłem.

Nismera zacisnęła usta.

- Kazałam żołnierzom wrócić po Azraela. Wszystko, co zostało na tamtych terenach, to pokruszone kamienie i osmalone ściany. Nawet księga zniknęła. Przypuszczam, że wykończyła go w szale, kiedy się uwolniła.

Skinąłem głową. Zakładałem to samo, biorąc pod uwagę wydany mu rozkaz.

Siostra westchnęła, nie pozostając pod wrażeniem rezultatu działań, ale pochyliła się do przodu, by przyjrzeć się ostrzu.

- I to zadziała? Uczyni ją naszą, tak jak mówisz?

- Tak.

Spojrzała mi w oczy.

- I to wszystko, czego chcesz po powrocie? Jej? Nie większej mocy?

- Mówisz tak, jakbyś we mnie wątpiła.

Nawet nie mrugnęła.

- Nazwij to traumą sprzed lat, ale tak. Oko stało się niespokojne i bez względu na to, ilu zabiję lub spalę, bez względu na to, ile miejsc oblężymy, oni nadal rosną. Zdrada stała się normą.

- Z mojej strony nie masz się czego obawiać. Wiesz o tym. Tron należy do ciebie, Mera. Nie roszczę sobie do niego praw. Nigdy nie rościłem. Daj mi tylko to.

Jej milczenie wydało się ogłuszające, gdy na mnie patrzyła, i wiedziałem, że rozważała opcje. Miałem tylko nadzieję, że wypadną na moją korzyść. W końcu uniosła kącik ust.

- Towarzyszka naszego poległego brata i kolejna broń w tej okropnej rebelii. Przypuszczam, że to by pomogło. Rebelianci straciliby resztki nadziei, gdybyśmy wzięli kogoś, kto tak publicznie i zaciekle walczył. Dobrze. Przyprowadź zatem swoją zabawkę. Wyjaśnij dwóm pozostałym królom Yejedin, dlaczego sprowadziłeś tu ich poległego kata.

Isaiah zaśmiał się i uniósł nogi.

- A propos? Gdzie są ci dwaj?

Nismera wzruszyła ramionami, wciąż patrząc na ostrze.

- Zajęci. Kazałam im coś załatwić.

I to wszystko. Rozmawialiśmy dalej, ale nie o wojnie ani planach oblężenia, tylko o wspomnieniach z czasu spędzonego osobno. Śmiech wypełniał salę bitewną, dopóki Nismera nie ziewnęła, po czym przeprosiła i wyszła.

Isaiah gwizdnął cicho przez zęby, odchylając się i opierając buty na stole.

- Muszę powiedzieć, że nigdy nie widziałem cię tak zauroczonego.

Nic nie powiedziałem, gdy sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem zakrwawioną monetę. Obróciłem ją w palcach. Spędziłem z Dianną tysiąc lat, a ta przeklęta część mnie, która wciąż miała nadzieję i troszczyła się o nią, chciała dostać więcej. Myślałem, że otrzymam wieczność.

- To nie miało tak być - szepnąłem do Isaiaha. - Oni nie mieli się odnaleźć.

- Jak to zrobili? Mera nigdy tak naprawdę nie powiedziała. Po prostu rzuciła stołem przez kamienny mur i zmiażdżyła kilku strażników, kiedy jej to wyznałeś. Nie naciskałem już.

Zacisnąłem usta w cienką linię i spojrzałem mu w oczy.

- Szczerze mówiąc, los, prawdopodobnie. Plan zakładał, że Samkiel wróci po wykonaniu broni. Dianna pomogłaby mi go zabić, zanim poczułaby więź i dowiedziała, kim on dla niej jest, ale się myliłem. Może na jakimś poziomie szukała tego połączenia. Zabiła Zekiela, co sprowadziło z powrotem Samkiela. Nienawidzili się, a kiedy zdałem sobie sprawę, że połączyli siły i szukają tej księgi, było już za późno. Od tego czasu pozostają nierozłączni.

Isaiah zerknął na monetę w mojej dłoni, zanim spojrzał mi w oczy.

- Jak to jest kochać?

Przełknąłem ślinę i zacisnąłem palce na monecie. On zawsze prosił mnie o poradę, jakbym był najstarszy, a on najmłodszy. Pozostawaliśmy dla siebie wszystkim. Spędziliśmy eony, uwięzieni na Yejedin, zamknięci przez jedyną osobę, która miała nas kochać bez względu na wszystko. Miłość okazała się dla nas zabójcza, potężna i - przede wszystkim - stała się czymś, za co rozdarlibyśmy na strzępy, aby tylko ją zachować.

- Gdy znajdowałem się w pobliżu Dianny, po raz pierwszy poczułem coś poza gniewem czy żądzą krwi. Więc dla nas... - Wpatrywaliśmy się w siebie. - Miłość jest czymś okropnym, okrutnym.

Isaiah dopił zawartość kieliszka jednym długim łykiem, zanim odstawił go na stół.

- Dobrze więc. Jak właściwie ją znajdziemy?

- Mam pomysł.

4

CAMERON

TYDZIEŃ PÓŹNIEJ

Pięść stworzona z zaostrzonej kości uderzyła mnie w bok głowy tak mocno, że zaryłem twarzą o ziemię. Poczułem, że krew wypływa z rozcięcia, a zaraz potem to miejsce załaskotało i się zagoiło.

Rozległy się wiwaty radości, tysiące osób krzyczało, gdy straszna bestia stąpała wokół mnie. Uniosła potężne ramiona, wszystkie cztery, i zaczęła nimi wściekle wymachiwać, dodając otuchy tłumowi. Pasy zapięte na jej bicepsach nosiły małe fragmenty kości ostatnich ofiar.

- Mizerny celestialski śmieć - warknął potwór, odwróciwszy się do mnie.

Splunąłem mu pod nogi i się podniosłem, a każdy mięsień bolał. Podłoga zadrżała, gdy przeciwnik do mnie podszedł. Krzyki tłumu wzrosły dziesięciokrotnie, widziałem rząd za rzędem wijących się uzbrojonych wojowników i istot ze wszystkich warstw społecznych. Niektórzy wydawali się obojętni, wydmuchiwali dym z papierosów zwisających im z ust. Inni zderzali się kuflami pełnymi błyszczącej cieczy, wznosząc toasty i oglądając walki. Kilka istot czaiło się na krańcach, próbując wtopić się w tłum. Niezależnie, kim byli, wszyscy przyszli tu dla krwawego sportu.

- Szczątki twojego drogiego Pogromcy Świata unoszą się teraz wśród gwiazd.

Kopnął mnie w skroń na tyle mocno, by rozmył mi się wzrok. Przebłyski z Rashearim płonęły z tyłu mojej głowy, widziałem obrazy nas wszystkich siedzących i śmiejących się, a twarz Samkiela lśniła najjaśniej.

- Wszyscy myśleliście, że możecie nas pokonać! - ryknął.

Kolejne kopnięcie sprawiło, że obróciłem się w powietrzu i uderzyłem plecami w zardzewiałą, podniszczoną siatkę otaczającą arenę. Opadłem, łamiąc żebra, a plecy zalała fala bólu. Powstrzymałem na chwilę leczenie ran tylko po to, by poczuć ból.

- Pieśni wojenne zostały stworzone na cześć twoją i tobie podobnym. Teraz spójrz na siebie. Żałosne.

Uderzył mnie stopą między łopatkami na tyle mocno, że grunt pode mną pękł. Nawet ten ból nie spowolnił wspomnień z tej przeklętej sali rady. Ponownie zobaczyłem symbole wyryte w podłodze i łańcuchy wystarczająco mocne, by utrzymać boga. Wtedy wiedziałem, że nie wytrzyma dłużej, a to wszystko z mojej winy. Jedno spojrzenie i znienawidziłem siebie. Znienawidziłem w chwili, gdy się odwróciłem i podążyłem za Xavierem, cały czas mając pełną świadomość konsekwencji.

- Już nie masz obrońcy. - Dostałem kolejny kopniak w twarz, a tłum stał się głodny dalszego rozlewu krwi.

Miał rację. Nie było nikogo ani dla mnie, ani dla nich. To Iassulyn.

Znów próbowałem się podnieść.

- Myślę, że kiedy z tobą skończę, znajdę resztę twoich drogocennych pobratymców z Ręki i wykończę również ich.

Roześmiałem się, kaszląc, gdy uklęknął i złapał mnie za włosy, po czym szarpnięciem odchylił mi głowę.

- Może zacznę od tego ciemnowłosego. Jak on się nazywał? Xavier?

Wstałem w następnej sekundzie. Okrzyki zastąpiły wiwaty, gdy wbiłem w jego brodę postrzępione szpony zastępujące moje paznokcie. Z jego oczu sączyła się czysta nienawiść, za którą podążył palący ból. Podniosłem go, a moja ręka weszła odrobinę głębiej, przebijając pieprzoną tkankę jego języka. Spojrzał wściekle i chwycił mój nadgarstek dwiema rękami, podczas gdy pozostałymi walczył, próbując uciec.

- Myślę, że za dużo gadasz. - Kły zastąpiły moje zęby, gdy przyciągnąłem go bliżej. - Pozwól, że ci w tym pomogę.

Jego puls przyspieszył, a bicie serca stało się nieregularne. Rozdzierał mnie oślepiający głód. Zatopiłem kły w szorstkiej skórze jego szyi, gęsta i lepka krew wypełniała moje gardło, gdy się pożywiałem. Mój nos i żebra wskoczyły z powrotem na swoje miejsca, rany cięte, zadrapania i guzy mrowiły. Pożerałem, chciwie łykając, lepka ciecz spływała mi po brodzie, a każda rana znikała. Bicie jego serca zwolniło, ciało się szarpnęło, zanim ostatnie uderzenie zamarło, a powstała cisza zniszczyła kolejną część mojej duszy. Odchyliłem się i wziąłem głęboki wdech, zanim rzuciłem trupa na ziemię. Wylądował z hukiem, a ja spojrzałem na niego z obrzydzeniem, wycierając twarz dłonią.

Cisza trwała przez kilka oszołomionych chwil, zanim tłum wybuchnął krzykiem jeszcze głośniejszym niż wcześniej. Wiwaty zmieniły się w okrzyki, gdy głos prowadzącego przeciął gwar w pomieszczeniu, ale nie zostałem, aby usłyszeć ogłoszenie.

Podszedłem do bramy, a strażnicy odsunęli się na bok, nawet nie próbując mnie zatrzymać. Złapałem porzuconą koszulę i wciągnąłem ją przez głowę, nie zwalniając, gdy skierowałem się do wyjścia. Tłum się kłócił, krzyczał i wymieniał pieniądze, kiedy go omijałem.

Bardziej go wyczułem, aniżeli usłyszałem. Obracając się, uniknąłem jego wyciągniętej dłoni. Z jego głowy wystawał pojedynczy zakrzywiony róg, a ciało okrywała cholerna złoto-czarna zbroja Nismery. Dowódca jakiegoś pieprzonego legionu. Przyglądał się walce, obserwując, jak jego ulubiony żołnierz mnie okłada.

- Jesteś mi winien pieprzonego zbrojnego - warknął.

Prychnąłem.

- Nic nie jestem ci winien.

Tłum zaczął zachowywać się głośniej, gdy dwóch nowych przeciwników zrzuciło zbroje i weszło na ring, a odgłosy pięści uderzających o ciało przebijały się przez hałas. Dowódca Jednorożec, czy jak mu tam, postąpił o krok do przodu, blokując mi widok.

- Daj mi żołnierza albo biorę ciebie.

Wystawił rękę, próbując złapać mnie za gardło, ale zatrzymał się w pewnej odległości. Ogromna dłoń ukryta w rękawicy ciemnej zbroi owinęła się wokół nadgarstka dowódcy. Pomieszczenie drgnęło, a ciemność rosła i wypełniała każdy kąt. Okrzyki i pomruki tłumu zmieniły się w szepty, zanim ucichły. Wiedziałem dlaczego.

- Co planujesz zabrać? - Głos Kadena rozbrzmiał cicho.

Może to mój nowo wzmocniony słuch sprawił, że wydało się to złowrogie.

- Powiedz mi raz jeszcze - dodał.

Szpary oczu dowódcy się rozszerzyły, gdy zdał sobie sprawę, kto go trzyma. Brat Nismery górował nad nim o dobre pół metra, a cień jego krewniaka majaczył po lewej stronie. Obaj mężczyźni byli potężni i silni, żądni uwagi każdego przebywającego w tej przestrzeni. Pomieszczenie wydawało się teraz ciaśniejsze, jakby powietrze uciekło ze strachu.

Nie wiedziałem, dlaczego do tej pory nie zauważyłem, jak bardzo przypominają Samkiela. Wszyscy wydawali się tacy sami, posiadali zbyt wiele mocy. Jedno spojrzenie, jeden ruch i nawet najsilniejsi przeciwnicy podkulali ogon i uciekali. Różnili się wyłącznie tym, że Kaden i Isaiah nie mieli tego blasku światła charakterystycznego dla Samkiela. Nie uśmiechali się ani nie uspokajali innych jak on. Nie dostrzegałem w nich szczęścia, żadnej prawdziwej radości. Byli potworami, które pozbawiły ten świat czy następny ostatniej żywej iskry nadziei, jaką miał, a ja stałem się ich narzędziem.

Nienawidziłem siebie.

Chaos wybuchł, gdy każda istota tutaj chwyciła swoją zbroję lub inne rzeczy i wyszła z areny. Nie wiedziałem, czy to dlatego, że pojawili się Kaden i Isaiah, czy dlatego, że Nismera nigdy nie kręciła się zbyt daleko od nich. Tak czy inaczej nikt nie chciał zostać.

- Przepraszam, wysoki strażniku. Po prostu chciałem otrzymać zwrot kosztów.

- Zwrot kosztów? - Kaden się roześmiał i spojrzał na brata.

Uśmiech Isaiaha wydawał się niczym wyjęty z koszmarów.

Ten pierwszy zacisnął dłoń na nadgarstku dowódcy, aż ten zazgrzytał zębami i padł na kolana. Kaden nie puścił, dopóki jego ofiara nie krzyknęła. Mężczyzna objął nadgarstek wolną ręką.

- Myślę, że otrzymałeś pełną rekompensatę, tak?

Dowódca skinął głową, zerwał się na nogi i uciekł. Ten dupek nawet na niego nie spojrzał, gdy uciekający dowódca przeciskał się przez malejący tłum.

- Chyba zsikał się w spodnie - zażartował Isaiah, patrząc, jak odchodzi, zanim odwrócił się do mnie.

- No, no, no. - Kaden spojrzał na mnie tak jak drapieżnik patrzy na zdenerwowane jelonki. - Mały łowca jest już dorosły i wygrywa walki w boksach.

- I pokonuje berserków - gwizdnął jego brat, chwytając za kołnierz zbroi. - To zrobiło na mnie wrażenie.

- Chociaż to miłe, wolałbym nie rozmawiać z żadnym z was. Nigdy. - Obróciłem się na pięcie i zrobiłem dwa kroki, zanim moje ciało zamarło. Każdy mięsień się napiął, nie pozwalając mi się ruszyć. Nie mogłem mówić ani nawet drgnąć. Jedyne, co jeszcze działało, to moje płuca i oczy.

Co, do cholery?

Obaj bracia stanęli przede mną. Oczy Isaiaha rozbłysły na czerwono i zawirowały mocą. On mi to zrobił. O bogowie.

- Puść go - powiedział ten drugi.

Mężczyzna się uśmiechnął, gdy prawie upadłem do przodu, próbując przyzwyczaić się do tego, że odzyskałem władzę nad swoim ciałem.

- Co, do cholery? - warknąłem.

- To teraz nieważne, mały łowco. - Kaden się uśmiechnął. - Ważne jest to, że czegoś od ciebie potrzebuję.

- O tak? Pierdol się.

Ugięły się pode mną kolana i uderzyłem w podłogę. Warknąłem i spojrzałem wściekle na Isaiaha.

- Jak ty to, kurwa, robisz? Kontrola umysłu?

- Nie. - Pokazał zęby.

Kaden uklęknął obok, gdy zacisnąłem pięści po bokach, walcząc z wolą oprawcy.

- Ta prośba może ci się właściwie spodobać. Potrzebuję, żebyś znalazł Diannę.

Odchyliłem głowę.

- Co?

- Zgadza się. Obaj wiemy, że pozostawałeś ulubionym tropicielem Samkiela, a teraz twoja moc została wzmocniona. Założę się, że znalazłbyś ją szybciej niż cały legion.

Zacisnąłem usta, starając się nie śmiać, gdy do mnie dotarło, co się stało, ale to nie zadziałało. Wymsknęło mi się prychnięcie, potem się roześmiałem, po czym przerodziło się to w pełny śmiech.

- Chcesz, żebym został twoją małą dziwką na posyłki? Pieprz się. Zmieniłeś mnie, zostawiłeś, żebym poradził sobie sam z nienasyconym głodem, a przede wszystkim pozwoliłeś swojej sukowatej siostrze zabrać Xaviego.

Isaiah warknął i podszedł bliżej.

Kaden podniósł rękę.

- Przestań jęczeć. Zostałeś nakarmiony, a Xavi nie jest twoją własnością. Jeśli tego chciałeś, może powinieneś był zrobić coś wcześniej.

- Xavi? - zapytał Isaiah, zerkając na Kadena.

Mężczyzna machnął ręką, jakby to nic nie znaczyło.

- Dzierżyciel podwójnego ostrza. Nismera zgoliła mu głowę i odesłała.

Serce mi podskoczyło, gdy sobie przypomniałem, że musieli mnie wyciągnąć z pokoju, kiedy się dowiedziałem, co ona zamierza zrobić. Kaden przykuł mnie łańcuchem na tydzień, bo Ig'Morruthen pod moją skórą zbuntował się tak mocno, że zabiłem dwóch strażników. Nismera kazała mnie pobić, jakby to miało stać się gorszą karą. Nie, najgorszą było to, że nawet nie mogłem się pożegnać. Kiedy się wyleczyłem i odzyskałem przytomność, Xavier odszedł i nikt nie chciał mi powiedzieć dokąd.

- Och - prychnął Isaiah. - Znam czterech mężczyzn, którzy wyglądają dokładnie jak on. Znajdziemy następnego.

Kaden się skrzywił.

- Nie możesz. Mały łowca się zakochał.

Uśmiech Isaiaha zgasł, a potem ten dupek przechylił głowę.

- Właściwie zmieniłem zdanie - wtrąciłem, wciąż skrępowany na ziemi. - Obaj możecie się pieprzyć.

- Nie proszę. - Kaden wyciągnął rękę i chwycił mój kark. - Pomożesz mi znaleźć Diannę, mały łowco. To nie debata ani pytanie.

- Więc pozwól mi to zrozumieć. Zabiłeś jej siostrę, wybebeszyłeś jej towarzysza na śmierć, a teraz chcesz ją znaleźć, żeby co? Sprawić, żeby cię ponownie pokochała? - Teraz to ja się uśmiechnąłem. - A ty robisz sobie żarty z tego, kogo ja kocham.

Isaiah westchnął.

- Mówiłem ci, że to głupi pomysł.

- Zamknij się - warknął na niego Kaden, a ten tylko przewrócił oczami.

- Naprawdę jesteś pieprzonym wariatem. - Pokręciłem głową. - Nie wierzyłem, ale ty naprawdę myślisz, że znalezienie jej ci pomoże? Wiesz, że ona cię nienawidzi, zresztą tak jak wszyscy inni?

Isaiah spojrzał na mnie wściekle, jego oczy rozbłysły mocą. Wygiąłem plecy i zacisnąłem zęby z bólu, czując, jak krew się we mnie gotuje, a ciało drży. W końcu mnie puścił. Upadłem do przodu, przyciskając dłonie do podłogi i próbując złapać oddech. Obaj stali, a ja zastygłem w półprzysiadzie, dysząc.

- Nie pytam cię o zdanie.

- Co zamierzasz zrobić? Poszczujesz mnie siostrą? Wiesz, tą, która zamknęła cię na tydzień. Jak było, tak w ogóle? Muszę przyznać, że pierwszy raz od wielu dni poczułem radość, gdy usłyszałem, co się stało z tobą i stworzonymi przez ciebie potworami. Chyba to wyjaśnia, dlaczego jesteś takim dupkiem. Nawet twoja siostra się tobą nie przejmuje.

Uderzył mnie pięścią w bok twarzy. Upadłem na podłogę, a krew skapywała mi z policzka.

Oblizałem rozciętą wargę i z trudem podniosłem się na nogi, a krótki dreszcz dotarł do palców moich stóp, gdy odzyskałem pełnię ruchu, uwalniając się z uścisku Isaiaha.

- Nie, nie pomogę ci. Obaj wiemy, że prosisz się o śmierć. Po tym, co zrobiłeś, co ja... - przerwałem, zaciskając bolące zęby, warstwa mięśni pod żuchwą się goiła. - Wszyscy jesteśmy, kurwa, martwi, a ty okazujesz się głupcem, skoro myślisz inaczej.

Oczekiwałem, że znów mnie uderzy, może kopnie, gdy wciąż leżałem, ale on tylko świdrował mnie wzrokiem.

- Chcesz znaleźć Xaviera czy nie?

Zmrużyłem oczy, na co się uśmiechnął. Wiedział, że praktycznie trzyma mnie za jaja. Wolałbym zostać kopnięty.

- Dokładnie tak - dodał. - Znajdź ją, a ja ci powiem, gdzie on jest. Odmów, a upewnię się, że nigdy nie znajdziesz posterunku, do którego wysłała Xaviera. Wiem, że szukałeś, zadawałeś za dużo pytań.

Wbiłem zęby w wargę, zanim westchnąłem.

- Nie będziesz musiał się martwić o znalezienie Dianny, zaufaj mi. - Podniosłem się na nogi. - Po tym, co zrobiłeś, co wszyscy zrobiliście.

- W czym nam pomogłeś, o ile pamiętam - warknął Isaiah, broniąc swojego piekielnego brata.

- Zrobię to - oświadczyłem. - Ale uwierz, nie spodoba ci się to, co znajdę. Śmierć Samkiela ją złamała. Wszyscy widzieliśmy, co zrobiło z nią odejście Gabby. Dianna nas znajdzie i sprawi, że wszyscy za to zapłacimy. Prawdopodobnie, kiedy o tym rozprawiamy, ona przedziera się przez światy.

5

DIANNA

DWA TYGODNIE PÓŹNIEJ

Talerze zabrzęczały, uderzając o podłogę, a całe przygotowane przeze mnie śniadanie poszło w ich ślady. Stół pode mną zaskrzypiał, gdy wypchnęłam biodra napierając na usta mężczyzny, a pełne desperacji jęki wyrywały się spomiędzy moich warg z każdym ruchem jego języka. Wygięłam plecy, a mój kochanek przesuwał się od centrum do łechtaczki. Wciągnął ją do ust, na co skóra mi zapłonęła, każdy nerw aż iskrzył. Naprzemiennie ssał i wirował językiem w ten rozpalający sposób, czym sprawił, że podwinęłam palce u stóp, a oczy uciekły mi w tył głowy.

- Kurwa - jęknęłam. - Miałeś jeść śniadanie.

- Właśnie to robię - niemal mruczał przy moim wrażliwym, mokrym ciele.

Oparłam policzek o stół i uniosłam kolano, dając mu lepszy dostęp, gdy tak klęczał przede mną. Chwycił moje uda wielkimi dłońmi i rozchylił je jeszcze bardziej, zamierzając pochłonąć mnie w całości. Znów przesunął język po mojej cipce i zobaczyłam gwiazdy. Mocno ugryzłam się w wargę, starając się zachowywać jak najciszej, ale to bezcelowe. Odpowiadałam na każde westchnienie, na każdy niski jęk przyjemności i potrzeby, odpychając się od jego twarzy tylko po to, by znów poczuć tę rozkosz. Włożył we mnie język i wbił go głęboko. To było tak dobre, zbyt dobre. Ta błogość, aż myślałam, że przez nią umrę.

Samkiel znał moje ciało lepiej niż ja i wykorzystywał tę wiedzę, by raz po raz doprowadzać mnie na skraj. Wprawiał mnie w stan bliski agonii, ale lubił słuchać, jak błagam, słyszeć, jak jęczę i w kółko wołam jego imię.

Nie uprawialiśmy seksu od sześciu tygodni - odkąd tu przybyliśmy. Uzdrowiciele pracowali nad uleczeniem wciąż gojącej się rany w jego brzuchu. Wczoraj dali mu zielone światło, a gdy tylko rano otworzył oczy, przeszedł przez sypialnię, minął drzwi balkonowe i ruszył prosto na mnie. Nawet nie spojrzał na przygotowane dla niego śniadanie, tylko musnął moje usta. Zdarł ze mnie spodnie od piżamy i pochylił nad stołem śniadaniowym, a sztućce i jedzenie trafił szlag.

- Ach, Sami. Dokładnie tam. Właśnie tam - jęknęłam, zaciskając palce na krawędziach blatu w desperackiej próbie odzyskania panowania nad sobą, zanim spadnę ze stołu. - Proszę.

Wypchnęłam biodra, mocniej przyciskając się do jego twarzy. Zarost na jego policzkach zapewnił mi kolejne doznanie, dotąd zakazane, a teraz tak upragnione. Bryza owiewała zewnętrzny balkon, wirując i muskając moje ciało, a gęsia skórka pojawiała się wszędzie tam, gdzie dosięgnął podmuch wiatru. Wygięłam się i wiedziałam, że spragniony bóg między moimi nogami robił coś więcej, niż tylko mnie pochłaniał.

- Dojdź na moim języku, akrai - zażądał i mocno ścisnął rękami moje biodra, by je przytrzymać, gdy na mnie naparł.

To wystarczyło. Z jednym kolejnym muśnięciem języka szarpnęłam się i doszłam. Drewno rozprysło się pod moimi dłońmi, gdy orgazm przeszył zakończenia nerwowe niczym dziki ogień, intensywny i palący.

Moje ciało wciąż drżało od wstrząsów, gdy Samkiel wstał i pociągnął mnie na nogi. Zachwiałam się, gdy chwycił tył moich ud, po czym uniósł i przytrzymał przy sobie. Chłodne powietrze drażniło moje spocone plecy, zanim wdarło się między nas i owiało mi sutki, aby je prowokująco skubnąć. Samkiel zbliżył się do ściany balkonu i posadził mnie na gzymsie, chłód kamienia w żaden sposób nie łagodził ciepła między moimi nogami.

Położył palce na języku, by je zwilżyć, i opuścił rękę, aby dotknąć cipki.

- Tego właśnie potrzebuję. Ciebie. Tylko ciebie. Chcę zanurzyć kutasa głęboko aż do jąder. A potem chcę cię pieprzyć, aż nie będziesz mogła chodzić. Chcę, żebyś mnie czuła przez wiele dni, akrai.

Przycisnął się mocniej i poczułam, że mnie osacza, gdy wsunął palce w kobiecość. Wyciągnął je, rozprowadził moją wilgoć po swoim nabrzmiałym, grubym kutasie. Zaparło mi dech w piersi, gdy patrzyłam, jak się pociera, wiedząc, że pokrywa fiuta mną. Podniosłam nogę, gdy patrzył mi w oczy z czystą, nieskażoną żądzą, i oparłam kostkę o jego obojczyk. Oczy rozbłysły mu stopionym srebrem, gdy przyglądał mi się z zaborczą potrzebą. Dźwięk dudnienia wydobywający się z jego piersi niemal ponownie doprowadził mnie do szaleństwa.

- Też tego chcesz. Niedobra, niedobra dziewczynka.

- Tylko ciebie. - Przesunęłam językiem po dolnej wardze.

Podszedł bliżej, ustawiając się tak, by nakierować kutasa na moje wejście. Zakwiliłam i przycisnęłam się do niego, potrzebując mieć go w sobie.

Samkiel uderzył mnie w udo, pieczenie tylko wzmocniło pożądliwy żar.

- Chciwa dziewczynka.

Przytaknęłam gorączkowo, obserwując jego ruchy. Rozciągnął mnie grubym czubkiem, ale wszedł ledwie na kilka centymetrów, zanim się odsunął.

- Tęskniłem za tym. Tak dobrze cię czuć - jęknął, gdy patrzyłam na to, co się dzieje między nami, aż zadrżałam na ten widok. - Ty też tęskniłaś?

- Tak - westchnęłam zaczepnie, opierając jedną rękę na balustradzie za mną, a drugą na jego bicepsie.

Wsunął się trochę głębiej, a potem wycofał. Musnął ustami moje i wyszeptał:

- Pięćset.

Warknęłam na to, jak się ze mną drażnił, gdy znów się wsunął i wycofał. Złapałam go za włosy, ledwo chwyciłam krótkie pasma, i przyciągnęłam go bliżej. Pocałował mnie głęboko, a ja podwinęłam palce u stóp, gdy nasze języki tańczyły. Dyszałam przy jego wargach, gdy przerwał pocałunek i powiedział:

- I cztery godziny to za długo, by trzymać nas osobno.

Jęknęłam, gdy znów się we mnie zatopił, a ciało powitało go falą żaru.

- Liczyłeś - wykrztusiłam.

Przesunął usta po moich, zanim ugryzł dolną wargę. Złapał mnie za tył głowy i spojrzał w oczy, gdy wbił się całą swoją długością i syknął:

- Tak.

Krzyknęłam i zadrżałam z szoku wywołanego jego wtargnięciem. To, że moja kostka spoczywała na jego ramieniu, a druga noga ledwo sięgała podłogi, jego grubość i to, jak szybko mnie wypełnił, to wszystko było prawie za dużo.

- Kurwa. Kurwa, kurwa, kurwa.

Nie mogłam pomyśleć ani powiedzieć niczego innego, gdy poruszał się w moim wnętrzu. Każde pchnięcie wysyłało fale gorąca przez centrum i do całego jestestwa. Nigdy wcześniej tego nie czułam. Moje moce tak bardzo osłabły, ale teraz ogarnęło mnie czyste, oślepiające szczęście.

Przejechałam paznokciami po poręczy dokładnie w momencie, gdy zaczął gwałtownie wbijać się w moją cipkę. Robił to bezlitośnie, a moje jęki zamieniły się w pisk. Nie martwił się już, że mnie zrani, jak wtedy, gdy byliśmy ze sobą po raz pierwszy. Tym razem się nie powstrzymywał. Mała część mojego umysłu szeptała, że powinniśmy robić to wolniej. Został tak zraniony, tak ranny, i przecież nie pieprzyliśmy się od tygodni. Drażniliśmy się, a on nie raz wsunął rękę między moje uda lub drażnił ustami, ale nie robiliśmy niczego takiego. Aż do tej pory.

Mocno zacisnęłam się wokół niego, wyciskając z Samiego serię przekleństw. Przyjemność przeszyła mnie i przywarłam do jego ramienia, czując narastające pragnienie, gdy goniłam za spełnieniem. Złapał moją talię, przyciągnął tak, bym odpowiadała na jego brutalne pchnięcia. Nie mogłam nic zrobić, tylko się trzymać, każdy ruch rzeźbił kolejną falę przyjemności. Jego potrzeba i palący głód pochłaniały moje myśli.

Poczułam, jak moje serce walczy, by dorównać jego pulsowi, przyzwyczajona już do tego uczucia. Dźwięk pędzącej krwi mężczyzny przyciągnął mój wzrok do żył na jego ramionach i dłoniach. Oblizałam wargi, a kły mi się wysunęły. Rozchyliłam usta, a jęk uciekł spomiędzy nich, gdy Sami ugryzł mnie w gardło. Zauważyłam swoje odbicie w oknie, widząc dokładnie to, czego się obawiałam. Moje oczy płonęły czerwienią, a kły wysunęły się w pełni, gdy wbijał się we mnie. Zamknęłam usta, chcąc odzyskać kontrolę nad tą częścią siebie. Oparłam głowę na jego piersi, chowając się przed świadomością o mojej bestii.

Czułam się tak jak wtedy, gdy się przemieniłam i straciłam kontrolę. W tym momencie byłam niemal sparaliżowana przytłaczającym głodem pieprzenia, posilania się i rozrywania. Przytrzymałam się go mocniej, skupiając się na jego dotyku, wydawanych dźwiękach i na tym, że nigdy bym go tak nie skrzywdziła. Nigdy. Nigdy. Nigdy.

Chwycił mnie za włosy i przyciągnął moją głowę w swoją stronę. Samkiel pochylił się, by mnie pocałować, a ja się odwróciłam, odsłaniając gardło. Nawet tego nie zauważył, odbierając to jako sygnał, by zrobił to, co chciałam. Skubał i ssał moją szyję, nie przestając się we mnie wbijać.

- Mów - sapnęłam. - Mów mi sprośne, niegrzeczne rzeczy.

Nie chciałam, żeby poczuł kły. Nie było mowy, żebym się nim pożywiła, nie teraz, kiedy jeszcze zdrowiał. Poczułam, że głód ustępuje, kiedy skupiłam się na tym, jak głęboko wbijał kutasa w moje wnętrze.

- Kurwa - wykrztusił. - Próbuję się skupić, żeby nie dojść zbyt szybko. - Jęknął raz jeszcze, odchylając moją głowę, aby na mnie spojrzeć, gdy zwolnił. Jedno głębokie pchnięcie, potem drugie. - To mnie zepchnie poza krawędź.

- Dobrze. - Polizałam jego nabrzmiałe od pocałunków wargi. - Spadnijmy poza krawędź razem.

Warknął nisko i chwycił podstawę mojej szyi, a jego usta złączyły się z moimi.

- Podstępna.

Pchnięcie.

- Sprośna.

Pchnięcie.

- Kobieto.

Pot błyszczał na jego skórze, gdy pieprzył mnie mocniej. Uwielbiałam patrzyć, jak jego twarz wykrzywia się w absolutnej ekstazie, gdy zaciskałam się wokół niego.

- I kochasz każdą sekundę tego.

- Tak - sapnął, gorączkowo kiwając głową. - Każdą sekundę.

Jego oczy zapłonęły srebrzystym blaskiem, gdy pociągnął mnie za włosy z tyłu głowy tak mocno, że jęknęłam.

- Powiedz mi, co sprawia, że mocniej dochodzisz. Kiedy nazywam cię moją Dianną... - Przesunął językiem po miejscu, gdzie dało się wyczuć tętno, zanim zaczął składać pocałunki wzdłuż mojej żuchwy aż do drugiego ucha.

Wbił kutasa tak głęboko, że oczy zaszły mi mgłą. Przesunęłam językiem po zębach, odkrywając, że są gładkie i płaskie

Sami wyszedł ze mnie prawie całkowicie, pozostawiając tylko czubek, zanim znów głęboko wbił się w moje wnętrze.

- Albo akrai.

Wygięłam plecy, napierając na niego, biorąc go głębiej, pragnąc więcej jego fiuta, potrzebując, żeby stał się częścią mnie.

- Wszystko, ale najbardziej lubię, kiedy to robię, a ty mówisz... - Zacisnęłam się wokół niego, niemal miażdżąc jego sztywnego penisa.

- Kuuurwa - jęknął, przewracając oczami.

Uśmiechnęłam się złośliwie, gryząc go w dolną wargę.

- To.

Głowa Samkiela opadła na mój bark. Wykrzywił twarz w czymś pomiędzy przyjemnością a bólem. Ugiął kolana na pół sekundy i jęknął, a ja obserwowałam, jak stwardniałe linie mięśni jego brzucha drżą. Zniżył się, a ja zacisnęłam powieki, gdy objął ustami sutek. Skubał i ssał nabrzmiały wzgórek, a palcami dręczył drugą pierś, szczypiąc i ściskając. Krzyknęłam, kiedy lizał, ssał i gryzł.

Świadomość, jak bardzo go rozjuszyłam, okazała się moją ulubioną rzeczą na świecie. Odnajdywałam coś tak satysfakcjonującego w tym, jak mój Samkiel tracił kontrolę i stawał się zupełnie niezrównoważony, ale musiałam też ponieść konsekwencje doprowadzenia go do tego miejsca.

Chwycił mnie za biodro jedną ręką, a drugą wsunął między nasze ciała. Odnalazł palcami moją łechtaczkę i okrążył ją raz, zanim uszczypnął, wysyłając dreszcz przyjemności zmieszany z bólem przez moje ciało.

Samkiel odchylił mnie i poprawił kąt, zanim znów się we mnie wbił. Z każdym pchnięciem trafiał w to przeklęte miejsce wewnątrz, wyrywając mi z gardła krzyk. Głowa opadła mi do tyłu, a brzuch się zacisnął.

To rewanż i cholera, uwielbiałam to. Mieszkańcy Jadeitowego Miasta prawdopodobnie bardzo nas za to nienawidzili, ale mnie to nie obchodziło. Jego pchnięcia stały się gorączkowe i wiedziałam, że jest blisko.

- Moja dziewczyna - jęknął. - Moja śliczna, śliczna dziewczyna.

Wyciągnęłam dłonie i objęłam palcami ramiona mężczyzny, rozpaczliwie ściskając mięśnie, próbując się trzymać, podczas gdy ciało płonęło mi z przyjemności.

- Jesteś niesamowita, przyjmujesz każdy mój pieprzony centymetr.

Podwinęłam palce u stóp, gdy zamknęłam oczy i odrzuciłam głowę do tyłu. Poczułam, że zaciskam się wokół niego. Narastał mój kolejny orgazm.

- Właśnie tak. Dojdź dla mnie ponownie. Chcę to poczuć - zażądał Samkiel. - Daj mi to, czego pragnę.

Odchyliłam się mocno, a gdy to zrobiłam, wywołałam serię przekleństw z ust mężczyzny. Te jego sprośne, pieprzone słowa za każdym razem doprowadzały mnie do szału i on o tym wiedział. Samkiel był świadom, jak łatwo może kontrolować moją przyjemność i część mnie też to uwielbiała.

Zanurzył się do końca, gdy moje ciało wybuchło wokół niego. Mocno zacisnęłam cipkę na kutasie, a ciało mojego kochanka drgnęło, gdy doszedł. Jęknął, nisko i głęboko, zabrał rękę z łechtaczki i zaczął chwytać moje biodra, boki, wszystko, czego mógł dosięgnąć.

- Bogowie - jęknął, opuszczając głowę na zagłębienie mojej szyi, gdy penis drgał we mnie. - Jesteś boska.

Wyrwał mi się chrapliwy śmiech.

- Zależy, kogo zapytasz.

Samkiel się zaśmiał, puścił moje nogi i postawił mnie na posadzce. Potarł palcami moje uda, jakby łagodził obolałe mięśnie. Zostaliśmy tam przez chwilę, łapiąc oddechy i schodząc z haju.

Czasami nie wiedziałam, gdzie kończę się ja, a zaczyna on, ale nie miałam ochoty się nad tym dłużej zastanawiać. Wiedziałam tylko, że świat zanikał, kiedy byliśmy razem, i spaliłabym każdego i wszystko na popiół, żeby zatrzymać tego faceta. Jeśli życie pozagrobowe było idealne, chciałam, żeby moje wyglądało właśnie tak - z nim na zawsze - ale to nie raj. To rzeczywistość, a rzeczywistość, jak zimna suka, wślizgiwała się między nas. Czułam zmianę, kiedy nie chodziło już o nas. Podstępne szepty podnosiły brzydkie głowy, przypominając nam wyraźnie, co się wydarzyło, gdzie się znajdowaliśmy i co nas czekało.

Odchylił się, dłońmi przeczesywał moje włosy i zaciskał na nich pięści. Pocałował mnie raz, dwa, trzy razy.

- Dzień dobry.

Uśmiechnęłam się przy jego ustach.

- Najlepszy poranek.

Przyciągnął mnie do siebie, obejmując ramionami, jakby przyciśnięcie mojego ciała do jego rozwiązało wszystkie jego problemy. Może to pomogło. Bogowie, miałam nadzieję, że zapewniło mu to przynajmniej chwilę spokoju. Przyłożyłam dłoń do jego klatki piersiowej i poczułam solidne, uspokajające bicie jego serca. Jego głowa spoczywała na mojej, a ja mogłam poczuć krawędź jego blizny na swoim brzuchu. Przełknęłam ślinę, próbując ukraść nam jeszcze kilka chwil.

Prześledziłam świecące linie na jego skórze. Pulsowały łagodnie, zgodnie z biciem naszych serc. Wiedziałam, że się pojawiają, gdy używa ekstremalnej mocy, ale wiedza, że sprawiam, iż się pojawiają, gdy jest zagubiony i oślepiony przyjemnością, sprawiła, że na moich ustach pojawił się zarozumiały uśmiech. Miałam nadzieję, że świeci tylko dla mnie.

Nie miałam pojęcia, że mają swoją nazwę, ale dużo rozmawialiśmy przez ostatnich sześć tygodni i Samkiel powiedział, czym są adyin. Przebiegały przez całe jego ciało, wirujące, cienkie linie, boskie znaki, ujawniające się, gdy jego moc została rozbudzona.

Światło powoli przygasało, a jego skóra powracała do gładkiego brązowego odcienia. Nic nie powiedział ani się nie poruszył, gdy ciężar całego świata z hukiem spadł z powrotem na jego barki. Przylgnął do mnie, jakbym pozostawała jego jedyną kotwicą. Wiedziałam, jakie cienie czają się wokół, jakie potwory go gryzą i kaleczą. Nadal zmagał się z nimi w nocy, a teraz dręczyły go nowe koszmary. Nienawidziłam tego i przyrzekłam spalić świat w odwecie za to, co mu odebrał.

- Wiesz... - Odsunęłam się, patrząc na niego. - Tak sobie myślę, kto by wpadł na to, że przerażający Pogromca Świata wymaga przytulania po oszałamiającym seksie?

Uniósł brwi, a ja zobaczyłam, jak cienie cofają się do najdalszych zakamarków jego umysłu.

- Oszałamiającym, co?

Wzruszyłam ramionami.

- W porządku, masz mnie. Przeciętnym. Po prostu nie chciałam zranić twoich uczuć.

- Hmm. - Skinął głową, ale zauważyłam lekki uśmiech.

Mój śmiech ucichł i pisnęłam, gdy ściął mnie z nóg i przerzucił sobie przez ramię, zanim odszedł od pobojowiska pozostałego po naszym śniadaniu.

***

Samkiel oparł się o wannę z zamkniętymi oczami, a ja za pomocą piany formowałam długie włosy na czubku jego głowy w irokez.

- Pewnie mógłbyś tu zasnąć, co?

Uśmiechnął się z wyższością. Przewiesił ramiona przez boki wanny, jego ciało było niemal za wielkie, by się w niej zmieścić.

- Mmhmm.

Przesunęłam palcami po jego brwi, wycierając kroplę piany ściekającą w stronę jego oka.

- Gdzie w ogóle znalazłeś płyn do kąpieli? Tutejsze mydło zwykle przybiera ten mętny kremowy kolor.

- Zapytałem Miski.

Odchyliłam głowę i uniosłam wargę.

- Kim jest Miska?

Uśmiechnął się szerzej i poklepał mnie po pupie.

- Uspokój się. Jest tutaj jedną z najmłodszych uzdrowicielek i powiedziałbym, że najmilszą.

Ściągnęłam usta. Samkiel znał większość z nich po imieniu, ponieważ przebywały z nim przez większość dnia, próbując uleczyć jego bok. Rozpoznawałam je tylko po włosach. Niektóre miały krótkie lub długie, inne nosiły klejnoty wplecione w pasma, widziałam też jedną noszącą kucyk. To ona zbyt długo zatrzymywała wzrok na Samkielu. Jej najbardziej nie lubiłam.

Usiadłam nieco prościej w wannie, a mydliny oblepiły moje ciało.

- Dała ci go, bo jest miła, czy dlatego, że jest w tobie szaleńczo zakochana?

Samkiel otworzył jedno oko, ten przeklęty uśmieszek nadal wyginał jego idealne usta.

- Spokojnie, akrai. Na twojej planecie miałaby nie więcej niż czternaście lat. To tylko słodki dzieciak.

Moja zazdrość natychmiast umarła, a Ig'Morruthen zwinął się w kłębek i znów zasnął.

- Teraz, gdy o tym wspomniałeś, uświadomiłam sobie, że nie widziałam tu żadnych dzieci.

- Nie ma ich. Jest najmłodsza i z tego, co widziałem, nie ma przyjaciół. Więc tak, poprosiłem o płyn do kąpieli, skoro nienawidzisz tego drugiego mydła, i zachowałem się miło.

Uśmiechnęłam się, odchylając w jego stronę, ale zanim zdążyłam przemówić, syknął i prawie usiadł. Szarpnęłam się do przodu, woda rozprysła się na podłodze, a panika przeważyła nad wszelkimi myślami w mojej głowie. Wspomnienia tamtego tunelu przelatywały mi przez umysł, kiedy jego twarz ściągnęła się w bólu, a skóra stała się szara, gdy światło wewnątrz niego umierało.

- Co się dzieje? - Szaleńczo zmierzyłam go wzrokiem.

- Nic. - Pokręcił głową, nie przekonując mnie tym fałszywym uśmiechem. - Nacisnęłaś... Jestem po prostu obolały, to tyle.

- Może uprawianie seksu tak wcześnie to nie najlepszy pomysł. Może my...

- Nie! - Usiadł prościej, a ja prychnęłam.

- Kilka dni więcej, a może nawet tydzień nie zabije żadnego z nas. Poza tym...

- Nie. - Zacisnął dłoń na mojej. - To kolejny sposób na spędzenie czasu z tobą i jedyny moment, kiedy nie myślę, a po prostu czuję. Jeśli nie chcesz, to w porządku, ale nie trzymaj się ode mnie na dystans, bo tego nie zniosę.

Przesunęłam palcami po jego twarzy. Włosy wciąż sterczały mu w różnych kierunkach.

- W porządku.

- Poza tym... - uniósł ramię - ...stoczyłem wiele bitw, po wielu stałem się słaby i prawie nieruchomy, a mimo to uprawiałem seks. To nic.

Ręka opadła mi na tyle gwałtownie, że rozchlapałam wodę.

- Z kim?

Jego śmiech odbił się echem od ścian, gdy wycierał kilka kropel z twarzy.

- Próbowałem cię tylko rozproszyć.

- Rozproszyć? - Zmarszczyłam nos. - Och, jakie śmieszne. To ja rozproszę ciebie.

Pochyliłam się w stronę jego rozciągniętych w uśmiechu ust. Zawisłam wargami nad jego, gdy wirująca masa energii uformowała się w drzwiach.

- Roccurem - mruknął Samkiel, ale już nie tym żartobliwym tonem sprzed zaledwie kilku sekund. Teraz wydał się zdenerwowany. - Pukanie to uprzejmość i chciałbym, żebyś ją opanował.

Zachichotałam, gdy mężczyzna przesunął się w wannie, próbując ukryć mnie za swoją masywną sylwetką.

- Przepraszam, mój panie. Pukałem, lecz bez skutku. Królowa cię prosi. Jej poddani naciskają, by zdjąć pozostałe szwy.

Mięśnie na plecach Samkiela napięły się na te słowa, a ja narysowałam uśmiechniętą buźkę w pianie pokrywającej jego twarde mięśnie.

- To miało się stać w południe.

- Tak, mój panie. Ono już dawno minęło.

Znieruchomiałam.

- Czekaj, która godzina?

Pchnęłam ramię Samkiela, próbując go ominąć. Odwrócił głowę w moją stronę, a z jego gardła wyrwał się niski pomruk niezgody.

Przewróciłam oczami.

- Czy mógłbyś przestać? Roccurem widział nas oboje nago, i to razem. I jeśli mogę dodać, prawdopodobnie kilka razy. No wiesz, los, przeznaczenie i wszystko inne.

Samkiel machnął ręką.

- To nie ma znaczenia. On może poczekać na zewnątrz, a my się ubierzemy.

Mogłabym przysiąc, że lekki uśmiech pojawił się na twarzy losu, ale zniknął równie szybko.

- Jak sobie życzysz - zgodził się Roccurem, zdając się pochwalać opiekuńczość Samkiela.

Zniknął, więc wyszłam z wanny, a mężczyzna podążył za mną. Podałam mu jeden z ręczników i owinęłam drugi wokół swojego ciała.

- Taki zaborczy - rzuciłam ze złośliwym uśmieszkiem.

Pstryknął mnie w nos, po czym go pocałował.

- Nie dzielę się widokiem nagiej ciebie z losem ani nikim innym. A teraz chodźmy się ubrać.

- Tak, mój panie - powiedziałam, obniżając głos, by brzmieć jak Roccurem.

- To nie jest zabawne.

- To całkiem zabawne - zażartowałam, wychodząc za nim.

6

DIANNA

Samkiel pocałował mnie raz jeszcze, zanim wyszedł, by spotkać się z królową. Mój uśmiech znikł w momencie, gdy zamknęły się za nim drzwi.

- Co?

Powietrze zadrżało, gdy Reggie się uformował.

- Narobiłaś bałaganu w Tarr.

Spadłam z nieba pośród fali płomieni, moje skrzydła roznieciły mocniej ogień. Żołnierze krzyczeli i wymachiwali bronią. Mieszkańcy miasta, nie kryjąc się, patrzyli z okien na tę brutalność. Zmieniłam postać, ciemna mgła wirowała wokół, zanim się rozproszyła. Przeszłam do przodu, wyrwałam miecz z brzucha poległego żołnierza, gdy zrobiłam nad nim krok. Zatrzymałam się przed przeciwnikami i podniosłam zakrwawioną broń. Moje kły drapały metal, gdy zlizywałam krew kapiącą z ostrza. To miły sposób, by nieco odreagować.

Ich oczy zwęziły się za złoto-czarnymi zbrojami, gdy szurali stopami, cofając się, jakby mieli dokąd uciec. Należeli do Nismery i nie zamierzali odejść. Uniosłam miecz między nami, wskazując na największego brutala.

- Kto chce umrzeć pierwszy?

Nikt się nie ruszył, a cała grupa wstrzymała oddech.

Wykrzywiłam twarz z obrzydzenia i weszłam na ciało powalonego żołnierza, używając jego głowy jako stopnia. Odwróciłam się, by stanąć twarzą do czuwającego miasta. Szeroko rozłożyłam ramiona i krzyknęłam:

- Niech wszyscy się dowiedzą, że nie boję się waszego nieszczęsnego króla. Wiedzcie i powiedzcie wszystkim, zamierzam polować na każdą istotę, która nosi jej barwy lub krzyczy jej imię z czcią. Będę ucztować na was i waszych bliskich, każąc wam patrzeć, jak to robię. Nismera będzie przypisem w historii, a wszyscy, którzy pójdą za nią, umrą, wrzeszcząc.

Żołnierz ruszył na przód, a ja zakręciłam bronią i przebiłam nią mężczyznę.

- W ten sposób. - Wyrwałam miecz z ciała i rzuciłam je na ziemię, nie przejmując się, by zobaczyć, kto najpierw zamknął drzwi oraz okna. Nadszedł czas, by wysłać wiadomość.

- Mogłam nieco dramatyzować. - Niewielki uśmiech uniósł kąciki moich ust, gdy się odwróciłam do Reggiego. - Powiedziałeś, żeby spowodować rozproszenie na Wschodzie. Tak zrobiłam. Myślą, że tam jestem. Nigdy nie spojrzą na Zachód.

- Rozproszenie, tak, nie drwina. - Spojrzenie losu ani drgnęło. - Zrobiłaś krwawy bałagan. Spaliłaś i rozdarłaś jej żołnierzy na strzępy. To akt wypowiedzenia wojny dla Nismery. Sądziłaś, że nie zobaczę kolorowej notatki, którą jej zostawiłaś? Ona wie.

Zaśmiałam się.

- Naprawdę? I jak?

- Dianna - mruknął Reggie, zirytowany.

- Myślałam, że dobrze wykonałam swoją robotę.

- To nie gra - oznajmił los. - Jej moc jest niezrównana. Istnieje powód, dla którego ma tak wielu sojuszników, dlaczego oni tak swobodnie się jej poddają. Potężnych, strasznych sojuszników.

- Takich jakim ty kiedyś byłeś? - Przechyliłam głowę w jego stronę.

Reggie się nie zawahał.

- A ja ją dla ciebie zdradziłem.

Zrobił to, kiedy pomógł mi dostać się do Samkiela, a potem w tunelach.

- Wiem. Dlatego wciąż oddychasz - odpowiedziałam i ruszyłam na balkon, przestępując nad rozrzuconym jedzeniem i potłuczonymi talerzami.

- Czy widziałaś coś z ich wspomnień? Może jakieś miejsce?

Zamarłam.

- Nie.

- Nie? - zdziwił się.

Nie powiedziałam mu, że moje krwawe sny zdawały się ustać po tym, jak obudziłam się na płycie w tych tunelach. Założyłam, że to przez wyczerpanie, ale nadal nie miałam pewności.

- Jestem po prostu rozproszona - skłamałam. - Może tylko teraz nic nie widzę? Może się przejadłam i cały hałas się wyciszył. Nie wiem.

Reggie spojrzał na mnie z niedowierzaniem, ale wiedziałam, że nie zacznie naciskać. Jedna rzecz, na którą mogłam liczyć w przypadku losu, to to, że on już to wiedział i testował, czekając, aż to rozgryzę, ponieważ technicznie rzecz biorąc, nie powinien interweniować. Nie powiedziałam mu, jak bardzo w tym zawiódł. Powędrował wzrokiem w stronę pokoju.

- On musi wiedzieć.

- Co dokładnie? - Uśmiechnęłam się niewinnie.

- Wszystko - mruknął. - Ale co najważniejsze, o swojej zagładzie.

Zagładzie. To słowo wstrząsnęło moimi kośćmi. Sprawiało, że wydawało się to tak trwałe, ale to nieprawda. Samkiel pozostawał żywy... bardzo żywy i cały, jeśli ten poranek stanowił jakikolwiek wskaźnik. Mimo to zastygłam, jakby zimny uścisk śmierci czekał w kącie. Nie, wszystko wydawało się w porządku. Wszystko musiało być w porządku. Nic nie czekało w cieniu mojego pokoju. Po prostu doświadczałam kolejnego dziwnego objawu żalu. Wciągając powietrze, machnęłam ręką na komentarz Reggie'ego i zaczęłam sprzątać bałagan, którego narobiliśmy.

- Ukrywasz go przed światem - wytknął los.

Zatrzymałam się z potłuczonym talerzem w dłoni.

- Nie wiem, o czym mówisz.

- A co z Ręką?

Talerz roztrzaskał się w moim uścisku, a ja przełknęłam rosnącą gulę w gardle. Powoli odwróciłam się w jego stronę. Spojrzał na mnie, nie kuląc się pod moim spojrzeniem.

- Czy się mylę?

- Oni i tak nie żyją, na wypadek gdybyś zapomniał.

- Naprawdę tak uważasz? - zapytał z odrobiną nagany w głosie. - Ta rodzina, którą znalazłaś i pokochałaś... naprawdę wierzysz, że odeszła i nic nie zrobi?

Nie. Nie wierzyłam. Czułam... Zaczerpnęłam tchu, próbując uspokoić nie tylko nerwy, ale też gniew.

- Nie rób tego! - warknęłam.

- Robić czego? - odparował.

- Zachowywać się tak, jakbyś nie wiedział, że zabiłam Azraela, bo nie dało się go uratować.

- Twojego ojca - poprawił, jakby ten mężczyzna naprawdę tym dla mnie był.

- Azraela - wydusiłam, pozwalając zawisnąć temu imieniu w powietrzu. - Bo nie mógł zerwać tej władzy. Oni są tak samo martwi. Powiedział to. Naprawdę myślisz, że chcę, by Samkiel zobaczył tych, których kocha najbardziej, w takim stanie, albo co gorsza, żeby spróbowali go zabić?

Reggie złożył ręce przed sobą.

- A czy Samkiel o tym wie?

Upuściłam talerz i ruszyłam w jego stronę, zatrzymując się o włos, by syknąć:

- Nie waż się mu tego powiedzieć!

- To mu nie wystarczy i ty o tym wiesz. Niezależnie od tego, dlaczego chcesz ich rozdzielić, nie spocznie, dopóki ich nie znajdzie.

- Myślisz, że nie zdaję sobie z tego sprawy? Ale nie ma mowy, żeby okazał się wystarczająco silny i gotowy, żeby ich szukać.

- Więc go przygotuj. Pomóż mu. - Nie ustąpił i przez sekundę martwiłam się, dlaczego.

Dreszcz przeszedł mi po kręgosłupie, kiedy dostrzegłam tę wytrwałość.

- Po co? Dla kolejnego rozczarowania? - Odwróciłam się od losu, wypuszczając oddech.

- Mówimy o nim czy o tobie?

Zacisnęłam pięści po bokach. Nienawidziłam tego, jak bardzo czasami Reggie miał rację.

- Słuchaj, on po prostu potrzebuje przerwy i czasu na wyleczenie, zanim wyruszy na kolejną bohaterską misję. Nie jest gotowy. Rana nie zagoiła się całkowicie. Nadal jest obolały i nie może poruszać się w pełnym zakresie ruchów bez silnego bólu.

Los tylko spojrzał na bałagan na balkonie, zanim popatrzył mi w oczy.

- Albo może to ty nie jesteś gotowa.

Przez chwilę milczałam, ale znałam prawdę i on również. Nie mogłam sobie wyobrazić jakby to było, gdyby role się odwróciły. Jeśli umysł Gabby zostałby przejęty i próbowałaby mnie zabić. Nie potrafiłabym tego zrobić. Wolałabym skierować ostrze na siebie i bałam się, że on też zostanie zmuszony się z tym zmierzyć. Bardzo ich kochał. Może trzymałam go z dala od tego bólu. On mnie przed nim chronił. Jak mogłam powiedzieć, że mi na nim zależy, i nie próbować go chronić, nawet jeśli sprawiało to, że wydawałam się bezduszna? Znałam też jedną przerażającą prawdę i nawet Samkiel by mnie znienawidził, gdyby się o niej dowiedział.

- Mój ojciec, jak to ująłeś, podniósł na mnie broń w tych jaskiniach, pod wpływem zaklęcia - wytknęłam, zatrzymując się, aby zyskać pewność, że Reggie zwrócił na mnie uwagę. - Zaklęcia stworzonego przez siebie. Walczył, ale okazał się niewystarczająco silny. Samkiel musi taki być, jeśli ich spotkamy, ponieważ jeśli podniosą na niego broń, spróbują go zranić. Ręka czy nie, sama ich zabiję.

Los skinął głową, jakby w końcu zrozumiał, dlaczego się waham, ale kiedy naprawdę spojrzałam mu w twarz, zastanowiłam się, czy może chciał, bym powiedziała to na głos.

- Jesteś amatą. Niczego innego bym się nie spodziewał.

Skinęłam głową i wróciłam do bałaganu na podłodze, zdeterminowana, żeby go posprzątać. Pomimo moich słów i brawury, całe życie wydawało się pozostawać poza moją kontrolą. Nie mogłam mu nawet powiedzieć o żyjącym we mnie strachu, że stracę Samkiela. Bez względu na to, co jeszcze mogłoby się wydarzyć, potrafiłam to naprawić.

- Czy dopytywał o to? - zapytał, gdy go mijałam, wyrzucając kawałki owoców i chleba do kosza.

- Tylko każdego dnia, w jakiś sposób - mruknęłam, kierując się z powrotem na balkon.

- I co mu wyjawiłaś?

Ostry śmiech wyrwał się z mojego gardła, gdy uklęknęłam.

- Och, mówię tak. "Kochanie. Więc mieliśmy znak. Powstał dopiero, gdy umarłeś, a ja zagroziłam wszechświatowi, by cię odzyskać. Znajdował się tam przez jakiś czas, a potem zniknął, ale nie mam pojęcia, co to znaczy. Och, a tak w ogóle, czy wspomniałam, że umarłeś?" - Spojrzałam gniewnie na Reggie'ego i wstałam, by wrócić do środka i podejść do śmietnika.

- Jak on to przyjął?

- Reggie. - Pokręciłam głową. - Kłamię, tak jak jemu. Nie powiedziałam i nie wiem, jak ani jaką przyjdzie mi zapłacić cenę za to, że powrócił.

- Musisz - przypomniał ponownie los.

- Wiem - oznajmiłam, wyrzucając kawałki potłuczonych talerzy. - Tak zrobię. Po prostu nie wiem jak, a część mnie się martwi, że jeśli powiem to na głos, on zniknie. Wiesz, patrzę, jak śpi, żeby się upewnić, że oddycha. Czuję się, jakbym traciła rozum.

Obserwował, gdy przechodziłam obok niego, kontynuując sprzątanie i wynoszenie rzeczy do kosza. Poczekał, aż się zatrzymam i spojrzę na niego, zanim upomniał:

- Jeśli Nismera się dowie, że on nadal żyje...

- Nie dowie się - przerwałam i skinęłam głową w stronę balkonu. Potrzebowałam powietrza, a Reggie poszedł za mną.

- Nismera będzie cię ścigać, a jeśli zbliży się do ciebie, zbliży się do niego.

Rozłożyłam ręce na gzymsie.

- Nie zbliży.

Westchnął, stając obok.

- Skąd możesz mieć taką pewność?

Wiatr poruszył moimi włosami, więc założyłam kosmyk za ucho.

- Robię to o wiele dłużej niż ty. Jestem prawie pewna, że wiem, jak być złoczyńcą.

- Czy tego sobie życzysz? Chcesz zbudować tron na strachu?

- Po pierwsze, nie buduję tronu. Wytyczam ścieżkę z krwi i zniszczenia, aby ukryć mojego mężczyznę przed światem. Po drugie, czy myślisz, że podążają za Nismerą, bo ją lubią? Słuchają jej, włączając w to Kadena, ponieważ się jej boją. Jeśli ktoś z tego zrobił tron, to ona.

Reggie przesunął dłonią po twarzy.

- Twoje metody nie są idealne. Boję się, że wystarczy mała wpadka, a ona się dowie, że on żyje.

Serce mi się ścisnęło, bo wiedziałam, że jej pierwszym rozkazem będzie pozbawienie go życia. Permanentnie. I bez względu na to, jak bardzo twarda byłam, wiedziałam, że jej moc jest większa od mojej.

- Ja też się boję - przyznałam. - Boję się, że jeśli to zrobi, nie zdołam jej powstrzymać. Samkiel wyczerpuje się nawet przy najmniejszym użyciu mocy. Myśli, że tego nie zauważam, ale ja widzę wszystko, co go dotyczy. Nismera ma cały legion na każde skinienie. Sojuszników, dwóch nienawistnych braci, a ja nie wiem nic o tych światach.

- Przyznanie się do strachu to oznaka prawdziwej siły. Mam nadzieję, że jesteś tego świadoma. Mówiąc to, odzyskujesz tę kontrolę.

Spojrzałam na Reggie'ego, wiedząc, że właśnie tego chciał. Pragnął, bym powiedziała to na głos, żebym wyznała prawdę. Może martwił się, tak jak Samkiel, że się wycofam i ukryję uczucia. Ale nie byłam już tą samą kobietą poznaną przez nich na Onunie i nigdy już nią nie będę.

- Wiem przede wszystkim jedną rzecz - oznajmiłam, patrząc mu w oczy.

- Co takiego?

- Bez względu na wszystko, zabiję każdego i wszystko, by mieć pewność, że ona go nie znajdzie. Nawet jeśli on mnie znienawidzi albo zginę w trakcie tego procesu.

Wwiercał się spojrzeniem w moje oczy, ale każde wypowiedziane przeze mnie słowo było szczere. Czułam się w końcu komfortowo w swojej skórze, szczęśliwa z tego, kim jestem, i bez względu na wszystko nie pozwolę, żeby to się zmieniło. Po raz pierwszy od wieków wiedziałam, kim jestem. Samkiel mógł umrzeć w tym tunelu, ale ta część mnie, ta skonfliktowana z ciemnością żyjącą w moim wnętrzu, umarła razem z Gabby. Wszystko, co dobre, nie przetrwało ich straty.

Na balkonie nastała cisza. Wiatr gwizdał między nami, gdy chmury napływały, a mgła kłębiła się u naszych stóp, ponieważ znajdowaliśmy się tak wysoko nad ziemią.

- Jest jeszcze jedna sprawa, którą musisz poważnie rozważyć. - Reggie skupił się na mnie, a jego twarz stała się tak ponura, jak nigdy wcześniej.

- Co tym razem? - Prawie przewróciłam oczami.

- Zmartwychwstanie to coś zakazanego nie bez powodu. Nie wykonywano go z jakiegoś powodu. Nawet najsilniejszy, najbardziej śmiercionośny nekromanta może ożywić tylko tkankę, nie duszę. Kto wie, co zrobił z tobą i nim? A co, jeśli to nie jest trwałe? Jeśli on nie jest trwały?

- Nie rób tego - wykrztusiłam, nie mogąc powstrzymać warkotu wzbierającego w gardle. Nie pozwoliłam sobie nawet myśleć o takiej możliwości.

- Nie próbuję cię zdenerwować, ale musisz rozważyć wszystkie możliwe opcje. Nawet dla siebie.

Odwróciłam głowę w jego stronę.

- Dlaczego jesteś taki uparty w tej sprawie? Minęły tygodnie. Gdyby coś miało się wydarzyć, już by się wydarzyło. Mam na myśli, że on wydaje się...

- Moje wizje są sporadyczne. Niektóre przychodzą falami lub fragmentami, ale wszystkie wydają się zepsute.

Strach ścisnął mi wnętrzności, gęsia skórka pojawiła się na ciele.

- Co?

Reggie wzruszył ramionami i zdałam sobie sprawę, że powoli zaczyna wydawać się bardziej śmiertelny.

- Szepty, słowa z wszechświata nigdy wcześniej nie zachowywały się w ten sposób. Nawet ja mam dni, kiedy nie widzę nic poza ciemnością, bez względu na to, jak bardzo manifestuję. Cokolwiek zrobiłaś w tym tunelu, zmieniło więcej, niż myślisz. Wszechświat zawsze dąży do równowagi. Zawsze pojawią się konsekwencje. Ja znam swoje, ale jakie są twoje?

- Reggie. - Wyprostowałam się, sięgając po jego dłoń.

Odsunął się.

- Nie mówię ci tego, by wzbudzić litość, ale musisz mieć tego świadomość. Jeśli to przydarzyło się mnie, co jeszcze się zmieniło? Dla ciebie? Dla niego?

- Nieważne, co się ze mną stanie - oświadczyłam, cofając rękę, a na moich ustach pojawił się łagodny, szczery uśmiech, bo tak właśnie uważałam. - Jeśli myślisz, że kiedykolwiek zacznę tego żałować, to się mylisz.

- Nie myślę tak. Dobrze znam twoją bezinteresowność, ale mimo to się martwię.

Cmoknęłam językiem i się uśmiechnęłam.

- Los z sercem. Kto by pomyślał?

Napięcie między nami zdawało się stopnieć. Reggie przechylił głowę i uśmiechnął się lekko. Tak śmiertelny wyraz twarzy u kogoś tak starożytnego.

- Może po prostu przebywałem w twojej obecności o wiele za długo.

- Jeśli stałam się twoim wzorem do naśladowania, to zdecydowanie jesteś skończony. - Mój chichot sprawił, że nawet usta losu zadrżały.

- Jesteś dla siebie zbyt surowa.

- Może, ale teraz, kiedy o tym wspomniałeś, czy to może mieć wpływ na uzdrowienie Samkiela? - zaciekawiłam się. - To znaczy, minęły tygodnie i chociaż się poprawiło, to nadal jest źle.

- Myślę, że to, że wy dwoje nie potraficie trzymać się od siebie z daleka, spowalnia proces gojenia - wytknął Reggie, zerkając w stronę pękniętego stołu za nami.

Prychnęłam, a moje policzki pokrył rumieniec.

- Całowanie się i seks to dwie zupełnie różne rzeczy. Dziś rano uprawialiśmy seks po raz pierwszy od tygodni. To nie problem.

- Mówię ci tylko to, co szepczą - wtrącił. - Każdy słyszał te ciche jęki po treningu lub między sesjami uzdrawiania. Oni się tylko martwią.

Rozciągnęłam usta w psotnym uśmiechu. To prawda, że nie uprawialiśmy seksu do tego ranka, ale to nie powstrzymało Samkiela przed całowaniem i dotykaniem mnie, odkąd się obudził. Przez wiele dni pozostawałam tak cholernie zmartwiona, kiedy nawet nie otworzył oczu. Kiedy to zrobił, potrzebowałam tej bliskości.

Tydzień po tym, jak się obudził, próbowaliśmy być w pełni razem, tylko że on prawie zemdlał z bólu. Od tego czasu nie posunęliśmy się dalej do pieszczot. Naciskał i ściskał moje ciało, zanurzał palce między moimi nogami. Dla nas to coś więcej niż seks. Ta intymność stała się kolejnym sposobem, by udowodnić, że żyjemy i nadal jesteśmy razem. Oczywiście, orgazmy zawsze są plusem.

Zmrużyłam oczy.

- Martwią? Jasne, w porządku, widziałam, jak na niego patrzą. Myślę, że ich jedynym zmartwieniem jest to, czy doczekają się na swoją kolej. - Spojrzałam na los i położyłam ręce na biodrach. - To ta z kucykiem, prawda? Ona zawsze na niego patrzy. Ciekawe, czy ktoś by zauważył, gdybym ją zepchnęła z balkonu. Czekaj, czy one potrafią latać?

Reggie wydał z siebie dźwięk obrzydzenia i zasłonił twarz.

- Dianno.

Kontynuowałam, ale zauważyłam, że nie odpowiedział, czy mogą:

- Słuchaj, pomijając moje mordercze skłonności. Myślę, że magiczna włócznia śmierci, która została wbita w jego brzuch i rozdarła światy, spowolniła jego gojenie. Wiesz, ta, od której umarł? To nie wina naszych wygłupów.

Reggie skinął głową.

- Cóż, tak, ale zakładam, że nie możemy im tego powiedzieć. Może ich techniki leczenia okazałyby się inne, gdyby wiedzieli, czym został dźgnięty?

- Nie.

- Chcę tylko ci wytłumaczyć, że to może przyspieszyć proces gojenia.

- I proces, by nasi wrogowie dowiedzieli się, że on żyje. Nie ufam im na tyle, by się tym dzielić. Poza tym, jeśli są tymi cudownymi uzdrowicielami, powinni byli umieć go wyleczyć, nie wiedząc o tym. Trzymamy się naszego pierwotnego planu. Gdyby ktoś pytał, on jest żołnierzem z Oka, a ja zdezerterowanym Ig'Morruthen.

Reggie westchnął i potarł twarz dłonią.

- Dobrze, zostańmy przy tym.

Wypuściłam powietrze, uważnie go obserwując.

- Czy jest coś jeszcze?

Znałam Reggie'ego, wiedziałam, że koła zębate kręcą się w jego mózgu.

- Jak twój apetyt?

Zerknęłam na jedzenie ułożone w małym koszu. Przyniosłam wystarczająco dużo dla nas obojga, myśląc, że on zje pierwszy, ale także po to, by podtrzymać złudzenie, że ja też to zrobię. Przez ostatnie kilka tygodni próbowałam się posilać, ale nie mogłam nic poradzić na to, jak mdłe jedzenie okazywało się w smaku lub jak mój żołądek przewracał się z każdym kęsem. Poczekam, aż odejdzie, wytrzymam tak długo, jak mogę, zanim znowu się pojawi.

- Wszystko jest... - Chciałam skłamać, tak jak robiłam to zazwyczaj, gdy to pytanie padało z ust Samkiela, ale obawiałam się, że los już widział prawdę. - Mdłe poza...

- ...krwią.

To słowo zawisło między nami.

- To wszystko, czego chcę, wszystko, czego teraz pragnę. Nigdy wcześniej tak nie było. Nawet na Onunie, po śmierci Gabby mogłam to kontrolować. Jeśli przestanę się żywić, pozostanie w tym samym pokoju z czymkolwiek o bijącym sercu stanie się trudne. Ostatni raz, kiedy pamiętam, że zrobiło się tak źle, to gdy zostałam przemieniona.

- Kiedy ostatni raz się żywiłaś?

- Tarr.

- To ponad miesiąc temu.

- Cóż, zjadłam połowę armii. Myślałam, że to wystarczy na dłużej. - Wzięłam drżący wdech i spojrzałam na Reggie'ego.

To mój przyjaciel, jedyny, jakiego miałam w tej chwili, i wiedziałam, że mogę mu zaufać nawet po wszystkim, co się wydarzyło. Spojrzałam na swoje dłonie i zobaczyłam, że przesuwam palcami po miejscu, gdzie powinien znajdować się mój znak.

- Kiedy Samkiel i ja byliśmy... Nigdy bym go nie skrzywdziła, ale może masz rację. Może coś jest ze mną nie tak.

Los milczał przez chwilę, a ja nie odważyłam się podnieść wzroku.

- Czy czujesz, że się cofasz?

Skinęłam głową.

- Czuję, że zbyt długo zaprzeczałam temu, kim jestem, a teraz to nie chce wrócić. Moje moce powróciły ze zdwojoną siłą, ale Kaden wykrwawił mnie w tym grobowcu. Być może nie pozostała już w moim sercu żadna celestialska część.

Reggie westchnął.

- Może to coś więcej. Mówiłaś o snach, kiedy wróciliśmy. Nadal je masz?

Moje serce zadudniło.

- Tak.

- I?

- I nic się nie zmieniło. To wciąż ten człowiek siedzący na tronie z kości. Wszystko, co widzę, zanim się obudzę, to to, że mnie do siebie przywołuje, a potem nic.

- Pamiętasz, jak wygląda? Może władca Innego Świata wyczuwa twoją moc? Może pragnie sojuszu.

Zadrżałam, przesuwając dłońmi po ramionach.

- Nie wiem. Jedyne, co kojarzę, to spacer przez najciemniejszą część świata. Nie ma żadnego hałasu, nawet wiatru. Otoczenie wygląda jak potworny cmentarz. Kości sterczą we wszystkich kierunkach, jakby sto potężnych bestii spadło z nieba i tam umarło. Zawsze wybieram tę samą ścieżkę, przez paszczę największej bestii. Ściany są ciemne i postrzępione, a on tam siedzi i patrzy. Widzę pomarańczowe oczy i włosy albo kolce na głowie.

- Kolce?

- Może to rogi? Nie mam pojęcia. Nawet w moich snach trudno to stwierdzić.

Pocierałam ramiona, dreszcz przebiegł mi po ciele.

- Nie rusza się, tylko siedzi, jakby na coś czekał.

- Widzisz jakąkolwiek zbroję?

Zacisnęłam usta, gdy próbowałam sobie przypomnieć.

- Na jego ramionach tak, przypuszczam, że to jakiś rodzaj zbroi, ale jest rozmazana. Nie wiem. Wiem wyłącznie, że zdarzyło się to kilka razy, a budzę się przestraszona, jakby znajdował się z nami w pokoju za każdym razem.

- Zakładam, że Samkielowi tego też nie powiedziałaś?

Zmrużyłam oczy.

- Że śnię o innym mężczyźnie? Nie, nie powiedziałam. To tylko kolejna rzecz, którą przyjdzie mi wyjaśnić, kiedy powiem, że przywróciłam go do życia.

Reggie pozostał spokojny i zadowolony, kiedy się odwrócił. Obserwował kłębiące się różowe chmury.

- Powinnaś mu to wkrótce powiedzieć, moja królowo. Sekrety grzebią władców szybciej niż jakiekolwiek ostrze.

Niepokój ogarnął moje myśli, zanim zdążyłam go stłumić. Miał rację. Musiałam powiedzieć ukochanemu. Właściwie to o wszystkim. Po prostu nie wiedziałam, od czego zacząć.

7

SAMKIEL

Wyszedłem z kwatery uzdrowicielki, opuszczając koszulkę. Za mną rozlegały się ciche chichoty i szepty, ale zignorowałem je, gdy skręciłem w korytarz. Zapachy kwiatów i leczących ziół unosiły się w powietrzu. Ze ścian, kolumn i sufitów wyrastały różnorodne rośliny i winorośle, wijąc się i przeplatając przez infrastrukturę pałacu.

Przesunąłem dłonią po bliźnie i wydałem z siebie cichy syk. Nadal bolała, ale było lepiej niż wcześniej. Przynajmniej po zdjęciu ostatnich szwów czułem, że robię postępy.

Gdy szedłem na kolejne spotkanie, wziąłem głęboki wdech i powtórzyłem przykrywkę, na którą zdecydowaliśmy się z Dianną. Kłamanie to nie moja mocna strona, ale wiedziałem, co muszę zrobić. Złapałem za zakrzywioną klamkę i nacisnąłem ją, nie pukając. Drzwi otworzyły się bez trudu i wszedłem do środka.

Frilla spojrzała w górę i zachichotała, jej koronkowa sukienka w kwiaty zatrzepotała wokół jej nóg, gdy wstała. Zauważyłem rzadkie zielone klejnoty zdobiące jej palce i zastanawiałem się, jak dobrze płacili uzdrowicielom w Mieście Jadeitu, że mogła sobie na nie pozwolić. Posłałem jej delikatny uśmiech, ale zaraz się skrzywiłem, gdy wyciągnąłem przed siebie rękę i się skłoniłem. Liczyłem, że mój uśmiech nadal wydawał się szczery, gdy się prostowałem, bez śladu wciąż dokuczającego mi bólu.

- Proszę - zaśmiała się lekko, machając dłonią. - Nie musisz się kłaniać, Cedaar. Jesteś tu gościem.

Cedaar. Imię zasugerowane przez Diannę i Roccurema w ramach tego misternego podstępu. Uśmiechnąłem się i wyprostowałem, a ona znów do mnie machnęła.

Duże rzeźbione okna wpuszczały chmury. Rozprzestrzeniały się wewnątrz i pokrywały podłogę różową mgiełką. Roślinność rozciągała się w każdej części tego luksusowego pokoju, tak jak po całym tym świecie. Duże kosze, przepełnione wspaniałymi kwiatami, wisiały co kilka metrów. Kilka pluszowych, podłużonych otoman ustawiono w pokoju, a każdą z nich zestawiono z małym stolikiem z misami owoców i ciastek.

- Wezwałaś mnie, moja królowo.

Wypowiadanie tego wciąż wydawało się osobliwym uczuciem. Dianna była moją królową, jedyną tytułowaną przeze mnie w ten sposób, jedyną, przed którą się kłaniałem. Musiałem jednak odgrywać swoją rolę, więc zmusiłem się, by użyć odpowiednich określeń.

Frilla się zarumieniła, a lawendowy odcień na jej policzkach pociemniał. Jej towarzysze spojrzeli na nas wrogo - dwóch mężczyzn i dwie kobiety siedzący na końcu pokoju, szepcząc i kończąc poranny posiłek. Nie mogłem powstrzymać uśmieszku wyginającego moje usta, gdy przypomniałem sobie moje własne śniadanie.

Władczyni stanęła przede mną, złączając dłonie. Noszony przez nią misterny wianek z kwiatów tkwił wysoko na jej głowie, a jego części kręciły się jak winorośle na drzewach, obsypane małymi kwiatami, które zdawały się otwierać i zamykać.

- Centówki - mruknąłem, kiwając głową w jego stronę.

Zachichotała, podnosząc rękę, by go dotknąć.

- Tak. Znasz je? To zagubiony klejnot.

Przełknąłem ślinę.

- Moja matka miała ogród, gdy byłem młodszy. Lubiła je i mówiła, że mrugają, gdy są szczęśliwe i zadbane.

Nie wspomniałem, że pewnego roku mój ojciec zaskoczył ją całym krzewem tych kwiatów, w tylu kolorach, ile tylko mógł znaleźć, tylko po to, by ją uszczęśliwić. Każdego ranka zabierała mnie na spacer, żeby je zobaczyć, ponieważ zdawały się najbardziej lubić wschody słońca.

Frilla nie naciskała na rozmowę, odbierając moje słowa jako flirt, i właśnie tym miały się stać. Jej policzki zarumieniły się mocniej, a rzęsy zatrzepotały odrobinę szybciej.

- Chodź, usiądź ze mną.

Błysnąłem uśmiechem, skinąłem głową i poszedłem za nią, gdy się odwróciła, a tren jej sukni powiewał za nią. Rozejrzałem się po pokoju. Wiedziałem, że nie ma żadnych wyjść poza oknami wykuszowymi i drzwiami, a tutejsze kwiaty były nieszkodliwe, ale nadal mogłem wyczuć odrobinę czegoś drapieżnego.

Służący odsunął dla władczyni krzesło i pojawiła się kobieta, by napełnić jej filiżankę płynem o słodkim aromacie wypełniającym powietrze.

Usiadłem przy małym stoliku, gdy inny mężczyzna przyniósł mi ten sam napój.

- Dziękuję raz jeszcze za pomoc i za to, że pozwoliłaś nam zostać.

Uśmiechnęła się, splatając palce i pochylając się do przodu.

- Oczywiście. Każdy członek Oka to dla nas przyjaciel. Wiesz, Nismera i jej legion to choroba w tych światach.

- Tak, bardzo dobrze.

Wzięła łyk wina, delektując się nim. Odstawiając filiżankę, przesunęła palcem po dolnej wardze, łapiąc kroplę grożącą spadnięciem na białą koronkę jej sukienki. Utrzymywała moje spojrzenie, wsuwając palec do ust i ssąc. Odważny i zalotny ruch, a ja musiałem udawać, że mi się podoba, chociaż nie zrobił na mnie absolutnie żadnego wrażenia.

Jej konkubentom również zdawało się to nie podobać - wiercili się niespokojnie i unikali naszych spojrzeń.

- Nawet po prośbie o spotkanie w cztery oczy wyczuwam Ig'Morruthen przez te ściany. Nie oddala się od ciebie, prawda? Nie żebym ją winiła - niemal zamruczała.

Rozciągnąłem usta w uśmiechu. Założyłem, że Dianna się zdrzemnie, dopóki nie wrócę na górę po tym poranku, ale nie powinienem czuć się zaskoczony. Od Rashearim nie opuszczała mnie na krok. Nawet pomimo dzielących nas grubych ścian wciąż ją czułem, jakby była obok mnie.

- Nie, nie oddala. - Skinąłem głową. - Opiekuńcza z niej kobieta.

- Zauważyłam. - Królowa uniosła brew. - Jak poważne jest to, co was łączy?

Jest dla mnie wszystkim. Słowa przemknęły mi przez myśl - prawda żyjąca głębiej niż moje ciało i kości, zakopana w moich atomach.

- Znasz wojnę. - Wzruszyłem ramionami, zmuszając się do uśmiechu. - Rodzi bliskość, ale nie trwałość.

Przesunęła po mnie wzrokiem, a ja starałem się nie okazywać braku zainteresowania.

- Muszę powiedzieć, że to dość onieśmielające dla nas znaleźć się tak blisko jednej z nich. - Zachichotała. - Ig'Morruthen. Słyszeliśmy opowieści o tym, jak Pierwotni stworzyli ich z ułamka samych siebie, aby pokonać bogów. Dano im moc niszczenia miast, ale ta wydaje się najbardziej zadowolona z przebywania w twojej obecności. - Wyciągnęła rękę i złapała kawałek owocu z tacy. Włożyła go do ust, przeżuła i połknęła, zanim powiedziała: - Powiedz mi, z czystej ciekawości, jaki dar posiada? Najbardziej legendarne mogły ziać błyskawicami jak dawno nieżyjący bogowie.

Odepchnąłem niepokój wywołany jej pytaniem, a zamiast tego sięgnąłem po szklankę i wziąłem łyk.

- Płomień, wasza wysokość.

- Ogień? To... stare.

- Stare? - Uniosłem brew.

Zignorowała pytanie, rzucając spojrzenie na kobietę kręcącą się przy owocach, i wymieniła z nią wymowne spojrzenia. Frilla odwróciła się do mnie i zapytała:

- A jak to partnerstwo rozkwitło? Nigdy nie sądziłam, że zobaczę tak bliskie powiązanie między przeciwnymi wojującymi stronami. Oko, bez obrazy, zawsze wydawało się ponad tymi drobnymi rzeczami. Widzisz, liczy się rebelia.

Wspomnienia zalały mój umysł. Uśmiechnąłem się krzywo, kiedy pomyślałem o prawdzie. Pochyliłem się do przodu, dłońmi obejmując łokcie.

- Szczerze mówiąc, na początku się nie lubiliśmy. Myślę, że to dlatego, że byliśmy zbyt podobni. Uparci. Twardzi. Silni. Ale zostaliśmy zmuszeni pracować razem, aby osiągnąć cel. Ta bliskość ukształtowała coś silniejszego niż niechęć. Poznaliśmy się i zdaliśmy sobie sprawę, że istnieje o wiele więcej wspólnego niż tego, co nas dzieli.

Nie powiedziałem Frilli, że w towarzystwie Dianny dni zmieniały się w minuty, czas przestawał istnieć, kiedy znajdowałem się obok niej. W pewnym momencie, wbrew własnemu osądowi, stała się wszystkim, co widziałem, wszystkim, o czym myślałem, i bez względu na to, jak bardzo okłamywałem sam siebie na początku, okazała się wszystkim, czego pragnąłem. Zapaliła we mnie iskrę, odpędzając tę dręczącą ciemność, a jedyne, co robiła, to płonęła tym jaśniej, im dłużej z nią byłem. Nigdy nie chciałem, żeby zgasła, i bałem się, jak daleko się posunę, żeby ją zatrzymać.

W jej oczach pojawił się błysk, zanim odchrząknęła.

- Jesteś pewien, że wy dwoje nie jesteście w sobie zakochani?

- Obustronne korzyści, zapewniam cię. - Mrugnąłem do niej. - Może my też moglibyśmy wejść w pewien układ.

Ktoś upuścił tacę w odległym kącie. Mężczyzna klęknął i przepraszał, zbierając owoce na talerz. Policzki Frilli znów się zarumieniły, gdy odchrząknęła i poprawiła pozycję, próbując wydawać się atrakcyjniejsza.

- Mogę ci powiedzieć, co odkryliśmy od czasu twojego przybycia. Nie ma już Samkiela. Legendarny Król Bogów nie żyje, na to wychodzi. Stało się to, kiedy leżałeś nieprzytomny, więc przepraszam za przekazanie tej wiadomości w ten sposób. Wiem, że Oko liczyło na jego powrót.

Wzruszyła ramionami, jakby moja domniemana śmierć i rozpad światów nie stanowiły dla niej żadnego problemu, i kontynuowała:

- Ręka została rozbita i znajduje się pod rządami Nismery. Nadzieja, ta ulotna cząstka, której trzymało się Oko, zniknęła.

Przełknąłem ślinę, jakby nie wbiła mi właśnie noża tymi słowami w już zraniony brzuch. Te obrazy dręczyły mnie w każdej cholernej sekundzie. Za każdym razem, gdy zamykałem oczy, widziałem swoje ciało na tej cholernej podłodze, wykrwawiające się, podczas gdy moja rodzina przechodziła przez portale, a ich oczy ziały pustką. Byli idealnymi żołnierzami, przed którymi eony temu ostrzegał mnie mój ojciec.

- Moja frakcja nie widzi tego jako końca.

Przechyliła głowę w moją stronę, gdy te słowa opuściły moje usta.

- Jak to? Nismera jest boginią wojny. Najsilniejszą w tym świecie lub w następnym, teraz, gdy Unir i jego marnotrawny syn nie żyją. Ma te same bestie Ig'Morruthen co ty, tylko z tego, co słyszę, trzy.

To kolejny policzek dla mojej i tak już zranionej duszy. Cameron.

- Założenie, że wszelka nadzieja została stracona, byłoby moim zdaniem poważnym błędem. Dopóki żyjesz i masz chęć niesienia pomocy, nadzieja nigdy nie jest stracona. To wtedy, kiedy naprawdę się poddajesz, kiedy rezygnujesz, ona znika na zawsze, i bez względu na rozmiar lub liczbę, odmawiam porzucenia nadziei.

Frilla odchyliła się na krześle, elegancko składając dłonie w trójkąt.

- Może dlatego Oko nadal pozostaje obecne po tylu latach. Wszyscy wygłaszacie porywające przemówienia.

Z moich ust wydobył się cichy śmiech i tym samym spotkanie dobiegło końca.

Wyszedłem na korytarz, a duże drzwi zamknęły się za mną. Słodki zapach zielonej pivorni wypełnił powietrze. Roślina przyczepiała się do ścian małymi łodygami wyrosłymi z białych, zaokrąglonych cebul. Cały ten pałac pokrywały pnącza i paprocie. Kwiaty wzdłuż tego korytarza śledziły moje ruchy, jakby mnie obserwowały, i miałem podejrzenie, że tak właśnie może być.

Moją uwagę przykuł ostry gwizd gdzieś z przodu. Dianna oparła się o ścianę i skrzyżowała ramiona na piersi. Miała na sobie jeden z obcisłych, czarnych zestawów, które zrobiłem dla niej kilka dni temu. Chciała czegoś podobnego do tego, co nosiła na Onunie, kiedy ćwiczyliśmy, czegoś, w czym łatwo się poruszać. Olśniewała mnie bez względu na to, co włożyła, ale musiałem przyznać, że przylegające ubrania, podkreślające każde jej wgłębienie i drobne kształty były moimi ulubionymi.

- Co robisz? - zapytałem, opierając jedną rękę o ścianę obok jej głowy i pochylając swoje ciało nad jej. Wolną rękę położyłem na jej plecach, sięgając jednej ze swoich ulubionych krągłości. - Myślałem, że odpoczywasz.

Uśmiechnęła się, zanim przeszła pod moim ramieniem i się oddaliła.

- Musiałam wynieść śmieci. Strasznie bałaganisz przy jedzeniu.

Nawet gdy się oddaliła, moje ciało wibrowało elektrycznością na jej dwuznaczność i wspomnienie tego poranka. Zauważyła minę, którą zrobiłem, i potarła miejsce za uchem. Odwróciłem się, przypominając sobie sygnały, i zobaczyłem kilku uzdrowicieli zmierzających w naszą stronę. Zwolnili tempo, przechodząc obok, a my czekaliśmy, aż odejdą, zanim Dianna się odezwała.

- Jak poszła twoja randka z naszą dziewczyną?

Wzruszyłem ramionami.

- Absolutnie porywająco.

- Dowiedziałeś się czegoś?

Pomknąłem wzrokiem w stronę kwiatów nad jej głową.

- Czuję się brudny.

- Rzeka?

- Rzeka - przytaknąłem.