Rozdział drugi
Gdyby ktoś jeszcze pół roku temu powiedział Elizie Zarzecznej, że przywdzieje mundur Policji Państwowej, zaśmiałaby się w głos. A jednak stała teraz przed lustrem, po raz pierwszy dopinając ostatni guzik służbowego żakietu.
Nie czuła dumy, bo bycie policjantką nigdy nie było jej marzeniem. Los jednak chciał, że jako jedna z pierwszych znalazła się w nowo utworzonej formacji. Formacji, której większość mężczyzn nie wieszczyła sukcesu.
Innego zdania był jednak komendant główny, który jakiś czas temu w końcu podpisał odpowiedni rozkaz. Eliza wraz z dwudziestoma dziewięcioma innymi dziewczynami rozpoczęła kurs, który kończył się promocją w szeregi policji kobiecej.
Nie był to ani najłatwiejszy, ani najprzyjemniejszy okres w życiu Zarzecznej. Przede wszystkim musiała wyrzec się szeregu rzeczy, które dla wielu innych kobiet stanowiły fundament egzystencji. Na kurs bowiem przyjmowano jedynie, jeśli kandydatka zobowiązała się, że przez dziesięć lat nie weźmie ślubu. Inne wymagania były równie absurdalne - określono minimalny wzrost, długość włosów, wiek, a dodatkowo żądano też świadectwa moralności. Z tym ostatnim żadna z nich nie miała problemu - wystarczyło zwrócić się do jednej z sześćdziesięciu czterech organizacji kobiecych, które mogły wystawić taki papier. Eliza otrzymała go dzięki znajomej, która działała w Narodowej Organizacji Kobiet. Namawiała ją swego czasu do kandydowania do sejmu, ale Zarzeczna wychodziła z założenia, że dziewięć posełkiń to wystarczająca liczba. Nawet połowa z nich obnażyłaby polityczne słabości mężczyzn.
Poza tym jako osoba z robotniczej rodziny, wciąż mieszkająca na Muranowie z rodzicami, nadawałaby się bardziej do PPS-u. Tak czy inaczej nie miała ambicji politycznych - powołania do służby także nie, wybrała tę drogę z rozsądku, by wyrwać się z biedy, która ją otaczała.
Eliza przesunęła dłonią po chropowatym materiale munduru. Przypuszczała, że w oczach płci przeciwnej nie będzie budził ani postrachu, ani nawet szczątkowego respektu. Policja kobieca miała jednak zajmować się głównie przestępstwami związanymi z kobietami - walczyć ze wszechobecną prostytucją i plagą handlu młodymi dziewczynami. Kontakty z mężczyznami miały być ograniczone do minimum.
Pożegnała rodziców, a potem opuściła niewielkie mieszkanie. Przeszła przez dziedziniec budynku, zerkając w kierunku drewnianego wychodka. Przez moment się zastanawiała, po czym uznała, że niektóre rzeczy lepiej załatwić na komendzie.
Szła na piechotę - szkoda jej było pieniędzy na dorożkę, a tym bardziej na tramwaj. Zostawiła sobie zresztą spory zapas czasu, nie było się czym przejmować. Dotarłszy do Alei Jerozolimskich, zrobiła głęboki wdech. Czasem miała wrażenie, że to ostatnie miejsce, gdzie może pooddychać powietrzem nieprzesiąkniętym smrodem zatłoczonego miasta.
Wielu twierdziło, że na północ od alei jest już tylko gorzej - na nierównych ulicach zalegają końskie odchody, domy stoją jeden przy drugim, jakby komuś zależało, by upchnąć jak najwięcej osób na jak najmniejszym terenie. I nie dbać przy tym o zasady budownictwa. Część frontonów odpadała, ściany w większości mieszkań były krzywe, a elewacje oblepione dymem i pyłem z pieców węglowych.
Zarzeczna nie musiała jednak zagłębiać się w tę gęstwinę, jeszcze nie teraz. Skręciła w prawo i Alejami Jerozolimskimi dotarła aż do Nowego Światu. Potem skierowała się w lewo i po dziesięciu minutach znalazła się przed siedzibą Komendy Stołecznej przy Krakowskim Przedmieściu.
Weszła na piętro i udała się do sali, w której miała rozpocząć się odprawa. Prowadziła ją komisarz, którą Eliza dobrze znała. Kobieta wcześniej pracowała w Urzędzie Śledczym, gdzie odpowiadała za pion pilnujący obyczajności i przestrzegania zasad sanitarnych.
Po kilku krótkich, krzepiących formułkach prowadząca przeszła do konkretów. Przydziały nie były dla nikogo niespodzianką, informacje na ich temat krążyły między policjantkami od pewnego czasu.
- Posterunkowa Zarzeczna i posterunkowa Kier, okręg ósmy.
Eliza zawczasu sprawdziła na mapie, jak duży teren patrolowy otrzymały. Rozciągał się od Grzybowskiej na północy do Alei Jerozolimskich na południu. Obejmował bodaj najgęściej zabudowaną część Śródmieścia. Tę, na którą patrzyła dziś rano, idąc do pracy.
Gdyby mogła wybrać sobie rewir, z pewnością postawiłaby na inny. Podobnie rzecz miała się, jeśli chodziło o przydzieloną jej partnerkę. Salomea Kier była niczym niewyróżniającą się cichą myszką, która nijak nie pasowała do przywdzianego przez nią munduru. Podczas całego szkolenia odezwała się do innych policjantek może kilkakrotnie, wzrok zawsze wbijała w ziemię i wydawało się, że niezbyt często zażywa kąpieli. W dodatku była o głowę niższa od większości kandydatek i tylko cudem załapała się na dolny pułap wzrostu. Wszystkie wiedziały, że ktokolwiek zostanie z nią sparowany, będzie miał dodatkowe utrudnienia na ulicy.
Zarzeczna spojrzała na partnerkę, chcąc posłać jej lekki uśmiech, ale Salomea sprawiała wrażenie, jakby była obecna jedynie ciałem. Nawet nie podniosła wzroku, kiedy komisarz wyczytała jej nazwisko.
- Zostańcie po odprawie - dodała.
Eliza uniosła brwi. Przy innych przydziałach prowadząca nie polecała zostawać. Czyżby już na samym początku były jakieś komplikacje? A może powodem był fakt, że Kier stanowiła najsłabsze ogniwo?
Zarzeczna czekała z niecierpliwością na koniec spotkania. Wreszcie komisarz dotarła do ostatniej pozycji na liście, zebrała plik kartek, stuknęła nim o blat mównicy i rozkazała się rozejść. Kiedy policjantki zaczęły wymieniać się cichymi uwagami, prowadząca oszczędnie życzyła im powodzenia.
Eliza przypuszczała, że wszystkim dziś się przyda. Szczególnie jej. Nie dość, że otrzymała jeden z najbardziej niebezpiecznych terenów, miała sprawować nad nim pieczę z osobą, która najmniej się do tego nadawała.
Spojrzała na Salomeę. Kier siedziała ze ściągniętymi ramionami, złączonymi nogami i opuszczoną głową. Czekała na to, co miała do powiedzenia komisarz, jak na wyrok.
- Mam coś dla was - odezwała się przełożona. - Wczoraj wieczorem doszło do pewnego... niecodziennego zdarzenia.
- Jakiego? - spytała Eliza.
- Ktoś wszedł na teren Banników i pobił jednego z członków gangu.
Zarzeczna zmarszczyła czoło. Rzadko zdarzało się, by jedni napadali na drugich. W Warszawie panował dość spokojny status quo, tereny zostały podzielone między poszczególne grupy i nikt nie wchodził sobie w paradę.
- Porachunki półświatka? - zapytała.
- Rzecz w tym, że na to nie wygląda.
Eliza skinęła głową, czekając na jakiś ruch ze strony partnerki. Salomea jednak nawet nie drgnęła, zdawała się nie słuchać rozmowy.
- Znani wam są Bannicy? - odezwała się komisarz.
- Oczywiście. To jeden z największych gangów. Obok Żydów z placu Grzybowskiego i ludzi z Kercelaka.
- I kilku innych grup, ale mniejsza z tym - odparła dowódczyni i machnęła ręką. - W każdym razie zdajecie sobie zapewne sprawę z tego, że tacy jak oni nie odpuszczają.
- Oczywiście.
- Ukarzą tego, kto zamachnął się na ich człowieka, nie ma co do tego wątpliwości.
- Do czego pani zmierza?
Szefowa uśmiechnęła się pod nosem.
- Już wyjaśniam - rzuciła. - Otóż byłam tam o poranku, rozmawiałam z pewną kobietą, która twierdziła, że z okna swojego mieszkania widziała całe zajście. Utrzymuje, że ten, który znokautował Bannika, nie był związany z żadną grupą przestępczą. Stanął w obronie jakiejś dziewczyny, prawdopodobnie nieletniej mamazeli lub chustkowej.
Zarzeczna doskonale znała te określenia - wszystkie kandydatki musiały poznać je podczas szkolenia teoretycznego. Hierarchia prostytutek w mieście była jasna i czytelna dla wszystkich, od polityków, przez policjantów, aż po przestępców. Mamazele znajdowały się na samym dole, działały na placach, w pustostanach czy parkach. Chustkowe czekały na klientów pod latarniami, kapeluszowe pod lokalami, a w samych lokalach na mężczyzn polowały najdroższe, grandesy, girlsy i fordanserki.
- I co w związku z tym, pani komisarz? - zapytała Eliza.
- To, że jeśli to prawda, mamy idealne warunki.
- Do czego?
- By zwerbować tego człowieka.
Zarzeczna spojrzała na przełożoną z niedowierzaniem. Doświadczona policjantka zeszła z podestu i zbliżyła się do dwóch posterunkowych. Obróciła jedno z krzeseł stojących przed nimi, po czym usiadła, krzyżując ręce na oparciu.
- Kiedy wypowiedzieliśmy wojnę sutenerstwu, postawiłam sobie za cel, by mieć kogoś w świecie przestępczym - podjęła. - Żadna z kobiet nie wchodzi w grę, bo są zbyt skrupulatnie pilnowane. Mężczyźni mają jednak znacznie większe pole manewru. A w dodatku są podatni na... nasze wdzięki.
- Co pani sugeruje?
- Że w fachu, którym teraz się paracie, trzeba będzie używać wszystkich atutów, jakie mamy.
- Ale...
- A ty masz ich sporo, posterunkowa.
Zarzeczna przełknęła ślinę. Owszem, dbała o siebie na tyle, na ile pozwalały warunki w dzielnicy robotniczej, ale nigdy nie powiedziałaby, że mogłaby uwieść jakiegokolwiek gangstera czy innego przestępcę. Miała wrażenie, że jej twarz jest zbyt pulchna, zbyt owalna. Ciemnobrązowe włosy wciąż się kręciły, a jej figura pozostawiała wiele do życzenia.
- Wierz mi, wiem, co mówię.
Eliza nie miała pojęcia, co odpowiedzieć. Podsumowała w głowie wszystko, co usłyszała, starając się ustalić, jak przełożona zamierza osiągnąć swój cel.
- Przyznam, że nie bardzo rozumiem - odezwała się w końcu. - W jaki sposób ten mężczyzna miałby nam pomóc?
W oczach komisarz pojawił się nagły błysk.
- W bardzo prosty. Jeśli jeszcze żyje, z pewnością uświadomił już sobie, w jak opłakanej sytuacji się znalazł. Bannicy nie spoczną, dopóki go nie utopią, i nieszczęśnik potrzebuje teraz sojuszników. Złożymy mu propozycję.
- My? - spytała z niedowierzaniem. - Jaką?
- Pomożemy mu dostać się do ludzi z Kercelaka lub z placu Grzybowskiego. Choć może raczej do tych pierwszych, bo podobno jest Wołyniakiem, toteż wśród Żydów nie ma czego szukać.
- Jesteśmy tego pewni?
- Świadkini twierdzi, że miał akcent z Wołynia.
Zarzeczna skinęła głową.
- Zapewnimy go, że to jedyny sposób, żeby uszedł z życiem. Musi zyskać protekcję, wejść w strukturę któregoś z konkurencyjnych gangów. A biorąc pod uwagę to, jak rozprawił się z Bannikiem, ma kilka cech, które czynią z niego dobrego kandydata. Wspomożemy go, damy mu wszystkie potrzebne informacje, załatwimy mu lokum w odpowiednim miejscu, a w zamian będzie nas informował o wszystkim, co ma związek z prostytucją i handlem ludźmi. Szczególnie o dostawach nowego... towaru.
- I sądzi pani, że na to przystanie?
Komisarz znów się uśmiechnęła.
- Nie ma innego wyjścia.
- Może próbować zdobyć protekcję na własną rękę.
- Nikt na to nie przystanie. To nieopłacalna inwestycja. My zaś możemy zadbać o to, by było inaczej.
- Nawet jeśli... jak go odnaleźć?
- Przez dziewczynę - odparła przełożona, po czym zreferowała wszystko, czego dowiedziała się od świadka.
Opuszczając budynek komendy, Eliza uznała, że przełożona w istocie ma rację. Wołyniak znalazł się w nieciekawej sytuacji i czy już o tym wiedział, czy nie, potrzebował pomocy. Policja kobieca mogła mu ją zapewnić, szczególnie w sposób, który zaproponowała komisarz.
Jakikolwiek inny nie wchodził w grę. Nawet jeśli mężczyzna był przyjezdnym, z pewnością doskonale zdawał sobie sprawę, jak funkcjonuje Policja Państwowa. Była to formacja utworzona ad hoc po odzyskaniu niepodległości, składająca się z niewykwalifikowanych kadr i zupełnie nieefektywna. Bywało, że pod nosem policjantów dochodziło do przestępstw, oni tymczasem albo to ignorowali, albo tego nie dostrzegali. Zarzeczna nie wiedziała, które z uchybień jest gorsze.
Spojrzała na swoją partnerkę. Na chudej Salomei mundur zdawał się wisieć.
- Co o tym sądzisz? - spytała.
Kier wzruszyła ramionami.
- A zatem chyba się zgadzamy - mruknęła Zarzeczna. - Wątpię, czy w ogóle uda nam się znaleźć tę dziewczynę, co dopiero mówić o Wołyniaku. Ale jeśli tak, to rzeczywiście może się opłacić.
Nie odzywając się, Salomea ruszyła w kierunku ogrodu Saskiego. Od terenu, który miały patrolować, dzielił je najwyżej dziesięciominutowy marsz. Pogoda była ponura, ciemne chmury wisiały nad stolicą i nie zanosiło się na to, by wiatr miał je rozgonić.
Dotarły pod kościół Wszystkich Świętych, a potem weszły między mrowie domów czynszowych. Zarzeczna zastanawiała się, jak w tym miejskim kłębowisku mają odnaleźć jedną dziewczynę.
Ludzie patrzyli na nie z zaciekawieniem. Po raz pierwszy widziano tutaj kobiety w mundurze i reakcje sprowadzały się do skołowania, może nawet dezorientacji. Eliza przypuszczała jednak, że ten stan długo nie potrwa. Kiedy początkowy szok zejdzie na drugi plan, rozbrzmią drwiny, salwy śmiechu i rozpoczną się prowokacje. Żadna z nowo powołanych policjantek nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości.
Przeszły na Sosnową, w okolicach której miało wczoraj dojść do zdarzenia. Ślady krwi w niewielkim zaułku to potwierdzały.
- Ani śladu po dziewczynie.
- Mhm.
- Skoro jednak tu była, to musi być jej rewir.
Salomea nie odpowiedziała, ukradkiem się rozglądając. Wyglądała na przestraszoną, choć Eliza przypuszczała, że jej lęk nie wynika z wejścia na terytorium Banników, a raczej z tego, że znalazły się pośród całego gąszczu ludzi.
- Od jedenastu do trzynastu lat, ciemne, pozlepiane włosy... - powiedziała pod nosem Zarzeczna. - Trochę takich musi tu być.
- Chyba.
- Ale świadkini twierdziła, że to była wyjątkowo bezczelna mała. Może to w jakiś sposób pomoże.
Kier się odwróciła.
- Masz jakiś pomysł? - spytała Eliza.
- Nie.
- W takim razie zostaje nam tradycyjne poszukiwanie. Rozdzielimy się. Ja wezmę Sienną, ty Śliską. Będziemy...
- Lepiej zostać razem.
- Owszem, lepiej. Ale w ten sposób pójdzie szybciej.
- Chyba że będą komplikacje.
Zarzeczna popatrzyła na nią i westchnęła.
- Wtedy pójdzie wolniej - dodała Kier.
Właściwie miała trochę racji. Koniec końców Eliza uznała, że będą trzymać się razem, choć zrobiła to raczej przez wzgląd na partnerkę niż na możliwe problemy. Nie spodziewała się ich teraz, nie na początku pierwszego dnia. Trochę czasu musiało minąć, zanim Bannicy otrzymają wiadomość, że na ich terenie pojawiły się umundurowane, patrolujące okolicę policjantki.
Posterunkowe przeszły po Śliskiej, obserwując bacznie, co dzieje się na ulicach. Po tych nieco szerszych przemykały furmanki i dorożki, tutaj królowali tragarze. Kawałek za kościołem Wszystkich Świętych widok nieco się zmieniał, tam wzdłuż ulic stały przede wszystkim bałaguły, żydowskie wozy, z których sprzedawano każdy produkt, jaki widziało ludzkie oko.
Tutaj wystawiano jednak głównie żywy towar. Kilka dziewczyn na widok mundurów pierzchło do klatek schodowych, ale zdecydowana większość zupełnie zignorowała Zarzeczną i jej towarzyszkę.
Eliza wiedziała, że prędzej czy później będzie trzeba zrobić z nimi porządek. Na tym miała polegać ich służba, choć dzisiaj zadanie było inne. Do walki z prostytucją musiały odpowiednio się przygotować. Sutenerami byli tutaj Bannicy i z pewnością niemądrze byłoby wypowiadać im wojnę już pierwszego dnia, nie mając w odwodzie żadnego wsparcia.
Posterunkowe przeszły Śliską dwukrotnie, zanim uznały, że tutaj dziewczyny nie znajdą. Przeniosły się na kolejną z równoległych ulic i dopiero tam szczęście się do nich uśmiechnęło.
Czarnowłosa nastolatka stała przy jednej z klatek, rozglądając się. Wzrok miała bezpardonowy, wyzywający, jakby starała się oznajmić wszystkim wokół, że szuka zaczepki.
Policjantki zatrzymały się przed nią. Dziewczyna skrzyżowała ręce na piersi i uniosła brodę.
- Bal przebierańców jest w "Adrii" - rzuciła.
Eliza podeszła bliżej i zgromiła małą spojrzeniem.
- Co tu robisz? - zapytała.
- Nic złego.
- W tej chwili być może rzeczywiście nie - przyznała Eliza. - Ale wczoraj było inaczej, prawda?
Mała prychnęła lekceważąco.
- Kradłaś węgiel?
Była wyraźnie zaskoczona. Nie spodziewała się, że mogą spotkać ją jakiekolwiek konsekwencje ze strony stróżów prawa. Gdyby rzeczywiście tak się stało, byłby to bodaj pierwszy raz, kiedy policjanci weszliby w kompetencje lokalnych gangów.
- Skąd wiecie? - zapytała dziewczyna, patrząc niepewnie na Kier. - Przecież...
- Mamy swoje źródła - odparła Zarzeczna. - Ale nie to nas interesuje. A przynajmniej nie będzie interesowało, jeśli powiesz nam, gdzie możemy znaleźć Wołyniaka.
- Kogo?
- Mężczyznę, który wczoraj ci pomógł.
- A czego od niego chcecie?
Tym razem Eliza przyjęła strategię swojej partnerki. Obie milczały, patrząc na dziewczynę ponaglająco.
- Nie zrobił nic złego.
- Zdajemy sobie z tego sprawę. I dlatego chcemy go odnaleźć.
- Ale po co?
- Trzeba go ostrzec.
Mała rozplotła ręce i schowała je do kieszeni znoszonych, luźnych spodni. Zaczęła sprawiać wrażenie nieco przybitej.
- Na to już pewnie za późno - powiedziała. - Do tego czasu dostał już ostrzeżenie.
- Może jeszcze nie.
- Bannicy działają szybko.
- Mimo wszystko...
- Hertz weźmie się za niego, jak tylko dowie się, co się stało.
Zarzecznej nie trzeba było tłumaczyć, kim jest Fryderyk Hertz. Znał go każdy, kto miał jakiekolwiek pojęcie o półświatku. Mimo dystyngowanej aparycji, był to bezwzględny, bezlitosny mężczyzna, który stworzył gang Banników od zera.
- Chcę tego uniknąć - odezwała się Eliza.
- W takim razie masz pecha, bo nie wiem nawet, gdzie jest. Spał na Krochmalnej, tuż przed koszarami. Trzecie piętro.
Zarzeczna wymieniła się znaczącym spojrzeniem z partnerką, po czym skinęły do siebie głowami i szybko ruszyły we wskazanym kierunku. Eliza przypuszczała, że każda minuta może być na wagę złota.