Świeża krew. Vamps. Tom 1 - Nicole Arend

-
Proszę czekać

Rozdział 1Nowa krew

W dolinie położonej wysoko w Alpach Szwajcarskich umościła się maleńka wioska Arnes. Majestatyczne, pokryte śniegiem szczyty górowały nad skupiskiem drewnianych budynków i przysłaniały niskie zimowe słońce, dlatego było tam zbyt zimno i ciemno, by marzyć o stworzeniu popularnego ośrodka narciarskiego.

Pierwszego listopada o siedemnastej trzydzieści zapadł już zmrok, a jedynym światłem był miękki blask ulicznych latarni i świątecznych girland zdobiących wąską ulicę. Dawny sklep wiejski był zamknięty, a bielony kościół - zimny i pusty. Spłowiałe zielone okiennice okolicznych chat szczelnie zatrzaśnięto. Ozdobione bożonarodzeniowymi wieńcami drzwi były pozamykane na klucz.

Wokół nie było żywej duszy. Gruba warstwa śniegu przykryła wioskę pogrążoną w dziwnej ciszy. Ucichł nawet delikatny szum wodospadu położonego po wschodniej stronie góry, jakby był chwilowo zamrożony w czasie.

Nagle spokój został zmącony przez gardłowy ryk silnika. Chwilę później jaskrawoczerwone lamborghini urus przemknęło po oblodzonym bruku i zatrzymało się na środku miejskiego placu. Otworzyły się drzwi od strony pasażera i z samochodu wysiadła smukła dziewczyna. Jasne niczym lód włosy opadały na jej plecy nieskazitelną, lśniącą taflą. Nosiła obcisłe i z pewnością drogie białe dżinsy, grubą kamizelkę obszytą sztucznym futrem i pasujące do niej botki.

Świdrującymi oczami w kolorze lodowatego błękitu spojrzała w głąb głównej ulicy.

- To naprawdę tutaj? - zapytała.

Wysoki, przystojny mężczyzna, który wydawał się zbyt młody na jej ojca, pojawił się z drugiej strony auta.

- A czego się spodziewałaś, Celeste? - warknął. - Ostrzegałem cię!

- Myślałam o czymś urokliwym, ale wyrafinowanym. Jak choćby Gstaad.

- Gstaad jest zbyt zatłoczone - odpowiedział jej ojciec. - Biorąc pod uwagę nasze wyjątkowe wymagania, to miejsce jest idealne.

Dillon Halloran znajdował się już stosunkowo niedaleko. Kiedy nabrał nieprzyjemnego przekonania, że prawie dotarli do celu, poczuł na czole kropelki potu. Podróżował w górę wąskiej doliny wraz z ojcem, Gabrielem, w saniach ciągniętych przez osiem psów rasy husky. Sześć kilometrów wcześniej jedno ze zwierząt uszkodziło uprząż, co - pomimo wysiłków Dillona - nie zniweczyło ich podróży, powodując jedynie półgodzinne opóźnienie.

Teraz, u granic Arnes, zanim jeszcze oświetlił ich blask ulicznych latarni, psy zaczęły zwalniać. Nagle stanęły, a powożone przez Gabriela sanie zatrzymały się gwałtownie. Stado wpatrywało się z niepokojem w pobliską wioskę, a potem wydało z siebie przeciągły chóralny skowyt. Dillon pochylił się w stronę ojca i wskazał zaniepokojone zwierzęta.

- To dziwne, tato. Jakby przeczuwały, że coś jest nie tak.

Gabriel znał te psy i wiedział, że warto ufać ich instynktowi. Zresztą coś ewidentnie wisiało w powietrzu. Dillon widział, jak ojciec stara się oprzeć pokusie zawrócenia psów, aby wrócić na dół tak szybko, jak to tylko możliwe.

Para z nozdrzy węszących zwierząt kłębiła się wokół. Chłopak odwrócił się do ojca.

- Nie chcę iść. Proszę, nie zmuszaj mnie - powiedział.

Mężczyzna westchnął.

- Dillon, już to przerabialiśmy. Obiecałem twojej matce, że kiedy skończysz osiemnaście lat...

- Dlaczego tak desperacko pragniesz dotrzymać obietnicy złożonej kobiecie, która nawet nie zadała sobie trudu, żeby czasami nas odwiedzić?

- Mówiłem ci: to skomplikowane. Odeszła, aby cię chronić, a ja muszę dotrzymać danego jej słowa.

Dillon się skrzywił.

- Chronić mnie? Ale przed czym?

- Właśnie dlatego musisz wyjechać. Żeby poznać prawdę o sobie i o świecie, z którego pochodzi twoja matka.

Chłopak potrząsnął głową ze złością.

- Nie interesowała się moim światem. Dlaczego więc ja miałbym się interesować jej?

- Nie zmienisz swojego pochodzenia. Zresztą nie traćmy czasu na czcze rozmowy. I tak jesteś już spóźniony.

- Daj spokój, tato, to wszystko jest bez sensu. Nie możemy po prostu zawrócić do domu?

Gabriel nie odpowiedział, tylko mocno przytulił syna.

- Przez całe życie dbałem o twoje bezpieczeństwo, ale dłużej nie mogę już tego robić. I myślę, że w głębi duszy sam to czujesz - stwierdził i ponownie spojrzał na zegarek. - Musisz tam pójść. Musisz dowiedzieć się prawdy o sobie. Ale pamiętaj, Dillon... - Wskazał na swoją klatkę piersiową, a następnie poklepał miejsce, gdzie znajduje się serce. - To... To właśnie czyni nas tym, kim jesteśmy.

Przyciągnął syna do siebie i założył mu na szyję stary łańcuszek. Dziwny, ognisty kamień tkwiący pośrodku trójkątnego wisiorka zabłysnął w świetle księżyca.

- Noś to z dumą, synku. Sporo dla mnie znaczy. Należał do twojej mamy i ona chciała, żebym kiedyś ci go przekazał. Miej go zawsze przy sobie i bez względu na to, co się stanie, nigdy... - przerwał i chrząknął - nigdy się nie poddawaj.

Dillon, z trudem powstrzymując emocje, wsunął łańcuszek pod sweter i od razu poczuł, jak ciąży mu na piersi, tuż nad sercem. Po raz ostatni uścisnął ojca i odsunął się od niego. Gdy wkładał rakiety śnieżne, które Gabriel zrobił dla niego jeszcze w Irlandii, do oczu napłynęły mu łzy. Zamrugał wściekle i zaczął brnąć przez śnieg. Bał się, że nie wytrzyma i obejrzy się za siebie. Po chwili usłyszał, jak ojciec gwiżdże na psy. Ich gwałtowne ujadanie oznaczało, że sanie zawróciły i ruszyły w drogę powrotną.

Dillon był tak głęboko pogrążony w myślach, że nie usłyszał zbliżających się w jego stronę skuterów śnieżnych. Przeklął głośno i odskoczył, kiedy jeden z kierowców krzyknął coś do niego, gwałtownie skręcił i śmignął tuż obok.

Słysząc warkot pojazdów zbliżających się od południa, Celeste i jej ojciec odwrócili się w tamtą stronę. Po kilku minutach pojawił się pierwszy skuter. Wystrzelił spomiędzy alpejskich drzew i zatoczył koło, rozrzucając za sobą śnieg i lód. Siedzący na nim oszałamiająco przystojny chłopak wyłączył silnik i z gracją atlety zeskoczył z siodełka. Strząsnął śnieg z ciemnych włosów, a jego brązowe oczy wciąż mieniły się radością czerpaną z jazdy. W końcu zobaczył Celeste i chwilę się jej przypatrywał, po czym z najwyższym trudem oderwał od niej wzrok, by - przypomniawszy sobie o dobrych manierach - podać rękę jej ojcu i przedstawić się.

- Hej, jestem Ace. Miło mi pana poznać.

Ojciec Celeste zmierzył go chłodnym spojrzeniem, po czym odpowiedział:

- Nazywam się Eric Torstensson, a to moja córka, Celeste.

Wyciągniętą rękę zignorował.

Oczy Ace'a wpiły się w idealną twarz dziewczyny.

- Miło cię poznać - ciągnął z luźnym amerykańskim akcentem.

Celeste, wyraźnie przyzwyczajona do tego, że wszyscy padają jej do stóp, uśmiechnęła się do niego.

- Miałeś niezłe wejście.

Ace poprawił ręką długą grzywkę zwichrzoną w artystycznym nieładzie.

- No cóż, to dość odległe miejsce. Moi starzy zostali na Florydzie, aby załatwić kilka nagłych spraw, więc pomyślałem, że równie dobrze mogę rozerwać się podczas podróży.

Dwaj miejscowi, siedzący na drugim skuterze, pospiesznie zdjęli z przyczepionych z tyłu sań kufer i skórzaną torbę. Nie pożegnali się, po prostu uruchomili silniki i odjechali w pośpiechu, podskakując na kolejnych muldach.

- Nie mam pojęcia, dlaczego nie chcieli się z nami zabawić - zaśmiał się Ace.

Celeste zachichotała, odsłaniając idealnie białe i lekko spiczaste zęby, po czym podeszła do lamborghini. Zaraz obok pojawiły się dwa mercedesy G z przyciemnionymi szybami i aston martin DBX. Na maskach samochodów trzepotały rumuńskie flagi. Szofer pospiesznie otworzył tylne drzwi pierwszego auta, podczas gdy z drugiego wyskoczyli ochroniarze. W końcu drobnokościsty chłopak o kruczoczarnych włosach ubrany w ciemny wełniany płaszcz wysunął długie nogi z tylnego siedzenia.

- Bram Danesti - oznajmił po angielsku, z lekkim akcentem.

Spoglądał na Celeste i jej ojca z pogardą. W przeciwieństwie do Ace'a nie zdradzał ani krzty zainteresowania urodą dziewczyny.

- Ach, Bram! Musisz być synem Alexandru! Czy ojciec z tobą przyjechał? - zapytał Eric Torstensson. - Muszę z nim pilnie porozmawiać - dodał i podszedł do intrygującego, groźnie wyglądającego mężczyzny, który wyłonił się zza mercedesa.

Bram spojrzał na Celeste.

- Zapewne wiesz, że mój ojciec przez trzy lata z rzędu był wybierany w tej akademii na przewodniczącego roku. Spodziewam się, że pójdę w jego ślady.

Dziewczyna nawet nie mrugnęła.

- Mnie również miło cię poznać.

Bram lekko się skrzywił.

- Przekonasz się, że będę silną rywalką - kontynuowała z lodowatym spokojem.

Bram się uśmiechnął.

- Pożyjemy, zobaczymy.

Ace podszedł do niego z wyciągniętą ręką.

- Cześć, jestem Ace Ellison.

Bram oderwał wzrok od Celeste, lecz zignorował powitalny gest.

- Aaa, dziedzic soku pomarańczowego.

Na doskonale wyrzeźbionej twarzy Ace'a nie było widać choćby odrobiny irytacji wywołanej kpiącym tonem chłopaka.

- To prawda, mój ojciec zbudował swoje biznesowe imperium na soku pomarańczowym. Jego zdaniem jednak nawet w naszym świecie nadmiar przywilejów zabija ambicje. To jeden z powodów, dla których przyjechałem tutaj - oznajmił, omiatając wzrokiem mercedesy i stojących obok ochroniarzy.

Bram zacisnął zęby. Miał zamiar odpowiedzieć, ale Celeste go uprzedziła.

- Ten to wygląda interesująco! - rzuciła.

W ich stronę zmierzał wyjątkowo wysoki, dobrze umięśniony chłopak. Miał na sobie zwykły T-shirt i dżinsy, więc wydawał się odporny na zimno. Przewiesił torbę przez ramię, napinając bicepsy. Dredy miał precyzyjnie skręcone i spięte z tyłu w bujny kucyk, a na jego szyi błyszczał niewielki wisiorek ze starożytną złotą monetą. Przez sekundę Celeste, Ace i Bram wpatrywali się w przybysza.

Ten zbliżył się niewzruszony.

- Cześć, jestem Jeremiah - przedstawił się.

Miał głęboki, melodyjny głos z delikatnym karaibskim zaśpiewem.

Celeste pierwsza odzyskała mowę, przerzuciła włosy przez ramię i uśmiechnęła się do niego.

- Ja nazywam się Celeste - przedstawiła się.

Chłopak uśmiechnął się do niej.

- Celeste? Całkiem ładne imię.

- Dziękuję. - Wskazała ojca, który rozmawiał z ojcem Brama. - Tak nazywała się matka mojego taty. Przyjechałeś z daleka?

- Mam chatę w Montego Bay, więc musiałem tylko przeskoczyć Atlantyk.

Głośny łomot czarnego helikoptera wypełnił dolinę hukiem. Śmigłowiec pojawił się nad górskimi szczytami i po chwili zaczął opadać w stronę wioski. Celeste skrzywiła się i zakryła uszy nausznikami wyściełanymi futrem. Potężne reflektory zalały światłem odkryte lodowisko, a gdy maszyna zbliżyła się do ziemi, kręcące się łopaty wirnika wywołały sporą zamieć. Spośród wirujących w jasnym świetle drobinek śniegu wyłonili się chłopak i dziewczyna. Pochylili się nisko, omijając śmigło, i z kocią gracją ruszyli przez zaśnieżony teren w kierunku pozostałych.

Z bliska chłopak wyglądał na twardziela. Miał krótko przycięte jasne włosy i imponujące tatuaże.

- Jestem Aron - huknął, próbując przekrzyczeć ryk silnika. - A to moja bliźniaczka, Ásta. Przylecieliśmy z Islandii i cieszymy się, że możemy was poznać.

Ásta nie wyglądała na zadowoloną. Była wyraźnie poirytowana i tylko potrząsnęła głową. Pomiędzy jej ostrymi kośćmi policzkowymi i pod ściętymi na boba jasnymi włosami tkwiły bystre zielone oczy, które błyskawicznie dostrzegły i oceniły oszałamiającą urodę Celeste.

Dillon wciąż przedzierał się przez śnieg. Gdy odskoczył na bok, by nie wpaść pod rozpędzone skutery, pękł jeden z pasków jego lewej rakiety śnieżnej. Przywiązał go z powrotem, najlepiej jak umiał, ale przez to posuwał się do przodu o wiele wolniej. Zirytował go widok lśniącego, czarnego helikoptera lądującego pośrodku wioski. Wyciągając stopę ze śniegu, poczuł, jak pot spływa mu po czole.

W końcu dotarł do głównej drogi prowadzącej do wioski. Wreszcie mógł ściągnąć rakiety śnieżne. Ferrari FF pokonało ostatni górski zakręt i wyjąc, niemal przefrunęło obok niego.

- Na Boga! - mruknął. - Kim, do diabła, są ci ludzie?

Ferrari zatrzymało się obok pozostałych samochodów, a z obłędnie niskiego siedzenia podniósł się przystojny chłopak. Miał drobną budowę ciała, typową dla kierowcy wyścigowego, i wyglądał czarująco z psotnymi oczami, falującymi włosami i brylantowym kolczykiem w uchu. Z przerzuconą przez ramię skórzaną kurtką ruszył w stronę zebranych i niemal udusił ich zapachem swoich perfum. Uśmiechając się szelmowsko do Ásty i Celeste, przedstawił się jako Angelo da Silva, syn światowej sławy gracza polo, niejakiego Seve'a da Silvy.

Kiedy spojrzał na Ástę, aż zaiskrzyło.

- Miło mi cię poznać, Angelo - powiedziała z uśmiechem, spoglądając na niego spod mocno wytuszowanych rzęs.

Zwinna i niezwykle piękna nigeryjska dziewczyna, która pojawiła się w tym samym czasie co helikopter, stała nieco z boku grupy podekscytowanych nastolatków. Jej rodzice, światowej sławy naukowcy, rozmawiali z pozostałymi dorosłymi, a ona zwiesiła głowę i wpatrywała się w swoje stopy, kreśląc czubkiem buta wzory na śniegu.

Ace miał zamiar ją zawołać, ale rozproszył go widok chłopaka ubranego w podniszczony wełniany sweter. Nieznajomy szedł główną ulicą z plecakiem, do którego przypiął rakiety śnieżne.

- O Jezu, to ten dekiel, którego prawie rozjechałem w dolinie! - zawołał. - Co on tu robi?

Gdy Dillon zbliżył się do grupy, jego serce wyraźnie przyspieszyło. Nigdy wcześniej nie widział tak wielu świetnie wyglądających i pewnych siebie ludzi. Co jego ojciec sobie myślał?

Ledwie zdusił w sobie chęć ucieczki. Nie wiedząc, z kim należy rozmawiać, zwrócił się zarówno do nastolatków, jak i towarzyszących im rodziców:

- Przepraszam za spóźnienie, miałem trochę problemów po drodze - stwierdził, a wszyscy skierowali na niego wzrok. - Jestem Dillon Halloran - dodał lekko podenerwowany.

Chłopak, którego widział w nowiutkim ferrari, zbliżył się do niego i zmrużył oczy. Wyglądał, jakby chciał go zaatakować i pożreć żywcem.

- Co on tu robi? - syknął ktoś.

- Podobno to tu mamy się spotkać - odpowiedział Dillon.

Nie ruszył się z miejsca. Czuł, jak serce głośno łomocze mu w piersi.

- Zostaw go, Angelo! - warknęła stojąca tuż obok dziewczyna, wyglądająca na twardą zawodniczkę.

Próbowała go odciągnąć, lecz bezskutecznie.

Również jeden z wysokich, przystojnych chłopaków stojących w głównej grupie postanowił zabrać głos.

- Rakiety śnieżne? Myślałem, że wyginęły w osiemnastym wieku! - zażartował.

Dillon niezręcznie przesunął stopy, ale podniósł brodę i spojrzał mu prosto w oczy.

- Mój ojciec zrobił je dla mnie. Własnoręcznie. I to dzięki nim tutaj dotarłem, wiesz?

- Sorki... Powiedziałeś Dillon? Jestem Ace. Twój ojciec wykazał się zdrowym rozsądkiem. Ja niestety musiałem się męczyć z tym lipnym skuterem śnieżnym - odparł.

Miał przy tym tak nijaki wyraz twarzy, że Dillon nie zdołał ocenić, czy koleś z niego drwi, czy mówi serio.

- Cóż, skutery śnieżne zawsze były dla mnie wyzwaniem. - Wzruszył ramionami. Ponieważ większość zebranych wciąż się na niego gapiła, a on nie znał zasad obowiązujących w tej grupie, podszedł do stojącej z boku pięknej dziewczyny, wyglądającej nieco przyjaźniej niż inni. - Cześć, jestem Dillon - rzucił.

Kiedy spojrzała na niego swoimi ogromnymi brązowymi oczami, upodobniła się do jelenia szykującego się do ucieczki w bezpieczny las.

- Wiem, już to mówiłeś - odpowiedziała.

- Jezuniu, przepraszam - mruknął, czując się jak kompletny idiota.

Najwyraźniej nie była tak sympatyczna, jak mu się wydawało.

Po chwili jednak ulitowała się nad nim.

- Jestem Sade. Miałeś całkiem niezłe wejście.

- Miło cię poznać, Sade. Nie wiesz, dlaczego wszyscy tak się na mnie gapią? Albo jaki problem ma ten gość? - Wskazał głową Angela, który na szczęście chyba już o nim zapomniał i teraz pokazywał komuś swoje ferrari.

- Naprawdę nie wiesz? - zapytała Sade.

- Nie mam pojęcia. Nie chodzi o moje ciuchy, prawda?

- Cóż, nie chcę być nieuprzejma - odpowiedziała, bawiąc się złotą bransoletką. - Ale wyglądasz, jakby to ująć, inaczej. Zwróć uwagę, że żadne z nas, o jaśniejszej czy ciemniejszej karnacji, nigdy nie zmienia swojego koloru.

- Co masz na myśli? Moją skórę?

- Wybacz, ale wyglądasz na zgrzanego i spoconego. Masz zarumienione policzki.

Poczuł, że nieświadomie odrzuca do tyłu ciemne, niesforne loki. Rozejrzał się dookoła. Sade miała rację. Pomimo panującego w górach zimna wszyscy wyglądali idealnie. Ani jedna osoba nie miała zaczerwienionego nosa, a ich perfekcyjnie gładka skóra wyglądała na pozbawioną porów. Jakby wyrzeźbiono ich z marmuru!

- I wszyscy to słyszeliśmy - dodała, wskazując na jego serce.

- Cóż, będziecie musieli wybaczyć mi, że oddycham! - jęknął.

- Cicho! - Rozejrzała się nerwowo.

- Znasz tych ludzi?

- Właściwie to nie. Wydaje mi się, że ta wysoka blondynka ma na imię Celeste. Ace'a poznałeś. Sądzę, że zaklepał już sobie posadę dowcipnisia w naszej grupie. Ásta i Aron to bliźnięta z Islandii. To ona odciągnęła od ciebie Angela, czyli gościa, który przyjechał ferrari. Z kolei ponury, ciemny typ to Bram, a ten ogromny i zniewalający - Jeremiah.

- No cóż, chyba w waszym towarzystwie będę odgrywał rolę... maskotki - zażartował, za co został nagrodzony uśmiechem, który rozświetlił twarz Sade.

Rozległ się miękki świst i oboje spojrzeli w górę. Sokół wędrowny i kruk przeleciały nad ich głowami i wylądowały z gracją pośrodku miejskiego placu. Natychmiast zamieniły się w niezwykle piękną kobietę i surowo wyglądającego mężczyznę ze starannie wypielęgnowaną czarną brodą.

Zapadła cisza. Dillon z otwartymi ustami wpatrywał się w kobietę. Domyślił się, że to dyrektorka szkoły. Dyrektorka, która potrafiła przemienić się w ptaka. Potrząsnął głową z niedowierzaniem, ale kiedy omiotła go spojrzeniem przenikliwych szmaragdowozielonych oczu, poczuł do niej szacunek zmieszany z przerażeniem.

Choć w towarzystwie otaczających ją nastolatków wydawała się drobna, emanowała siłą i opanowaniem. Peleryna z kapturem z cienkiej wełny tylko częściowo zakrywała jej nieskazitelną, wręcz porcelanową twarz i gęste kasztanowe włosy opadające lokami do pasa. Aksamitna suknia w kolorze głębokiej czerwieni, najwyraźniej dopasowana do odcienia ust, mocno podkreślała jej kobiece kształty, podobnie jak wąski, delikatny złoty łańcuch spięty wokół talii.

- Witam was w Arnes i gratuluję - powiedziała niskim, melodyjnym głosem. - Nazywam się madame Dupledge i jestem dyrektorką najstarszej i najbardziej elitarnej akademii wampirów na świecie: Vampire Academiae ad Meritum, Peritia et Scientia. Powszechnie znana jako VAMPS, oznacza perfekcję, wiedzę i umiejętności. Dołączacie do elitarnego grona, które tutaj osiągnęło naprawdę wiele. Mam nadzieję, że dobrze wykorzystacie pobyt w naszej placówce i z czasem zdołacie dorosnąć do swojego potencjału.

Podczas przemowy dyrektorki Dillon ukradkiem rozejrzał się dookoła. Ace, Bram i Celeste wyglądali na skupionych. Ásta przewróciła oczami, a Angelo się do niej uśmiechnął.

- To jest pan Hunt. - Madame Dupledge wskazała dłonią mężczyznę obok siebie.

Brodacz odziany w elegancką czarną kurtkę narciarską ukłonił się, ale nie uśmiechnął.

- Jest moim zastępcą i pokieruje wami na kolejnym etapie podróży. Lokalizację VAMPS utrzymujemy w ścisłej tajemnicy. Staramy się zminimalizować podróże do akademii i z niej. W związku z tym spędzicie z nami najciemniejsze miesiące aż do zakończenia roku szkolnego, które będzie miało miejsce trzydziestego pierwszego marca.

Dillon spojrzał na swoje buty, żeby ukryć niepokój, ale i falę tęsknoty za domem. Czyżby musiał przetrwać pięć miesięcy z bandą wrogo nastawionych wampirów?

- Jeśli chodzi o dzisiejszy wieczór, to już wystarczająco zaniepokoiliśmy mieszkańców tej wioski. Pożegnajcie się z rodzicami i przygotujcie do jak najszybszego wylotu. Niektórzy uczniowie przybyli już wcześniej i nie mogą się doczekać spotkania z wami.

Gdy wszyscy zbierali swoje bagaże i ściskali się z bliskimi, Dillon zauważył, że ojciec Brama odciągnął madame Dupledge na bok i intensywnie coś jej tłumaczył. Kobieta z gracją mu odmówiła i odeszła, żeby porozmawiać z innym rodzicem. Twarz pana Danestiego pociemniała z wściekłości i podbiegł do syna. Obaj posłali Dillonowi wrogie spojrzenie. Chłopak pospiesznie odwrócił wzrok, ale był pewien, że chcieli dać mu w ten sposób coś do zrozumienia. Zapewne ponury i wyniosły Bram oraz jego ojciec nie byli zadowoleni z jego obecności w VAMPS.

Aby o tym nie myśleć, zaczął przyglądać się pozostałym uczniom żegnającym się z rodzicami. Zapomniał już o emocjonalnym spięciu z tatą. Bliscy Sade woleli rozdawać jej polecenia niż uściski, więc dziewczyna zwiesiła kształtną głowę niczym delikatna orchidea.

Gdy supersamochody i luksusowe SUV-y zaczęły odjeżdżać, pan Hunt wydał kolejne instrukcje:

- Posłuchajcie. Chcę, abyście podzielili się na dwie grupy: lotników i nielotów.

Dillon nie był pewien, o co mu chodzi.

- Lotników? Co facet ma na myśli? - szepnął do Sade, która okazała się na tyle miła, że wróciła i zajęła miejsce obok niego.

- Jeśli nie wiesz, to jesteś nielotem. Zaufaj mi, sama nim jestem.

Dillon obserwował, jak Ace i Aron przybijali piątki i ryknęli głośno, po czym ogłosili się grupą lotników. Bram, Celeste, Ásta i Jeremiah, szczerząc się, dołączyli do nich.

- Oczekuję doskonałego zachowania podczas lotu - ostrzegł pan Hunt, świdrując ich ostrym, ptasim wzrokiem. - Reszta z was poleci z madame Dupledge. Zostawcie tu bagaże, zabiorą je szkolni tragarze.

- Słabo - mruknął Angelo. - Dałbym radę, gdybym coś przekąsił - dodał, kierując szydercze spojrzenie w stronę Dillona.

Ásta parsknęła, żeby ukryć uśmiech, a pan Hunt skrzywił się z dezaprobatą.

- Wszyscy z mojej grupy przygotować się.

Ace, Aron i Jeremiah znów się zaśmiali.

- Założymy się o to, kto pierwszy będzie na miejscu? - rzucił Ace.

Celeste i Ásta westchnęły.

- Gotowi? - Pan Hunt pochylił się do przodu niczym ptak mający wzbić się do lotu. - Ruszamy na trzy...

Nastolatkowie przestali się wygłupiać. Stanęli obok siebie nieruchomo, z czujnością.

- Raz... dwa... trzy! - ryknął pan Hunt i nagle wszyscy zniknęli.

Dillon zadrżał.

- Zaraz... Co się z nimi stało?

Sade posłała mu zaciekawione spojrzenie.

- Chyba niewiele o nas wiesz, prawda? - zauważyła bez złośliwości.

- Niewiele - przyznał. - Prawie nic. Moja mama odeszła, kiedy się urodziłem, więc wychowywał mnie ojciec. Chronił mnie przed waszym światem. Szczerze mówiąc, kręci mi się od tego wszystkiego w głowie. Dopiero tydzień temu dowiedziałem się, że tu przyjadę.

- Mój ród należy do elity. Przez całe życie starałam się sprostać oczekiwaniom rodziców, a nawet rodzeństwa - westchnęła. - Masz szczęście, że ci tego oszczędzono.

- Nie nazwałbym tego szczęściem - odpowiedział szczerze Dillon. - Ale nie rozumiem jeszcze waszego świata.

- Podejdźcie do mnie. Bliżej! - przerwała mu madame Dupledge.

Stała na środku rynku i przywoływała nielotów do siebie.

Dillon zbliżył się do niej nie bez obaw, a Sade i Angelo poszli w jego ślady. Z bliska dyrektorka wydała mu się jeszcze bardziej namacalna, wyraźnie czuł jej słodki, obezwładniający zapach. Nieco otępiały, odkrył, że pragnie spełnić każde jej polecenie.

- Uwaga! - powiedziała. - Chwyćcie się mojej peleryny i nie puszczajcie jej bez względu na okoliczności.

Wciąż obawiając się Angela, Dillon zajął miejsce po drugiej stronie Sade. Gdy wyciągnął rękę i dotknął szaty madame Dupledge, poczuł wstrząs elektryczny przeszywający całe jego ciało. Każda jego komórka mrowiła i pulsowała, jakby zanurzył się w lodowatej wodzie.

- Bardzo dobrze. - Dyrektorka uśmiechnęła się z aprobatą, po czym spojrzała na nich. - Miłej podróży...

Z cichym drżeniem, przypominającym trzepot skrzydeł nietoperza, rozpłynęli się w powietrzu. Poza porzuconymi stertami bagaży na placu nie było już po nich śladu. W wiosce znów panowała cisza. Tylko jedna zielona okiennica uchyliła się na chwilę i młody chłopiec wyjrzał na zewnątrz. Kiedy jego matka krzyknęła, okiennica momentalnie się zatrzasnęła.

Rozdział 2Pierwsza krew

Zimne górskie powietrze wymierzyło Dillonowi mocny policzek. Poczuł pęd wiatru na twarzy i oczy zaczęły mu łzawić. Zadygotał, wciąż nie mogąc uwierzyć, że znajduje się w powietrzu. Głośno przeklął. Mocny podmuch zatrzymał mu dech w piersiach.

Pędzili z niewiarygodną prędkością nad skupiskami drzew i połaciami białego śniegu. Za każdym razem, gdy zmieniali kierunek lotu lub wysokość, z peleryny do jego dłoni docierały silne drgania. Rosnące uczucie paniki oraz fala mdłości powoli przejmowały nad nim kontrolę.

- No dalej, Dillon, ogarnij się! - warknął do siebie. - Tylko nie puść peleryny!

Madame Dupledge sunęła przodem. On, Sade i Angelo lecieli tuż za nią w ciasnej formacji przypominającej strzałę. Szata dyrektorki trzepotała jak szalona, a oni ściskali ją w dłoniach ze wszystkich sił. Dillon był przerażony. Kobieta jakby wyczuła jego strach, bo odwróciła się i szepnęła coś do niego spod powiewających kasztanowych loków. Jakimś cudem, mimo gwizdu w uszach, usłyszał jej słowa:

- Oddychaj głęboko, a to uczucie minie. Spróbuj cieszyć się lotem.

Przełknął mroźne powietrze i gdy jego oczy przyzwyczaiły się do prędkości, zerknął na pozostałych. Sade uśmiechnęła się zachęcająco, więc spróbował się rozluźnić. Peleryna madame Dupledge, szumiąc mocą niewidzialnej energii, ocierała się o jego dłonie, jakby i ona starała się go uspokoić. Wznieśli się wyżej, a widok pod nimi się zmienił. Stał się jeszcze piękniejszy! Minęli opuszczony ośrodek narciarski i skręcili na północ, sunąc nad niesamowitym, lśniącym jęzorem lodowca. W końcu wzbili się wyżej i przelecieli nad jego granią. Madame Dupledge wskazała wówczas jakiś obiekt w oddali. Dillon zobaczył jedynie pasmo górskie wznoszące się po przeciwnej stronie ogromnego jeziora skutego lodem. Sade i Angelo najwyraźniej mieli bystrzejszy wzrok - albo po prostu wiedzieli, czego szukają - bo oboje skinęli z uśmiechem głowami. Dyrektorka gwałtownie zanurkowała w stronę wody, a żołądek chłopaka zawył w proteście. Natychmiast zapomniał o widokach, rozpaczliwie próbując powstrzymać wymioty.

Kiedy pędzili nad nieruchomą taflą jeziora, Dillon poczuł się trochę bardziej komfortowo i zwrócił uwagę na sposób, w jaki madame Dupledge ustawia ciało. Odkrył, że może zmienić położenie, lekko obracając ramiona. Przestał też aż tak kurczowo ściskać pelerynę. Wrażenie, że faktycznie leci, pompowało adrenalinę prosto do jego mózgu. W końcu zapomniał o ostrzeżeniu dyrektorki, by trzymać się mocno. Gdy ta gwałtownie skręciła w prawo, materiał wyrwał mu się z ręki.

Przez milisekundę próbował chwycić się powietrza, a potem z obrzydliwym uczuciem bezradności runął w dół. Wirował, dziko machając wszystkimi kończynami. Zamarznięta tafla jeziora zbliżała się z każdą sekundą. Madame Dupledge zanurkowała jego śladem. Dillon dostrzegł jeszcze zszokowane twarze nowych znajomych i po chwili poczuł, jak dyrektorka chwyta go za sweter. Prześlizgnęli się po lodzie i po kilku sekundach znów wzbili w powietrze.

- Mówiłam, żebyś się trzymał. - Posłała mu wściekłe spojrzenie. - Musisz się jeszcze sporo nauczyć!

Wstrząśnięty, ciężko dysząc, przytaknął w milczeniu. Czekało go znacznie więcej niż sporo nauki. Przepełniony wstydem, że zrobił z siebie kompletnego głupka, przestał zwracać uwagę na krajobraz. Dopiero kiedy zbliżyli się do pasma górskiego, postanowił się rozejrzeć. To wtedy zdał sobie sprawę, że górskie zbocze nie jest naturalne. Wbudowano w niego oszałamiający, futurystyczny gmach. Kształtem przypominał odwrócony kieł i wznosił się dumnie ku chmurom. Cały pokryty był szarymi metalowymi panelami w kształcie diamentów, które lśniły srebrem tam, gdzie docierał do nich blask księżyca. Dillon nie zauważył żadnych okien ani drzwi. Serce zabiło mu ze strachu, bo gmach wyglądał równie dostojnie, co złowrogo.

Madame Dupledge skierowała się w górę zbocza. Przez chwilę chłopak widział całą ich grupę odbitą w błyszczącej fasadzie budynku - swoją pobladłą, zastygłą ze strachu twarz też. Kiedy dyrektorka zatoczyła krąg nad gmachem, dostrzegł, że ściany tworzą dwa występy skalne połączone szklanymi płaszczyznami. Dach tworzyło coś, co wyglądało jak ogromna owalna lupa osadzona na niskiej metalowo-szklanej kopule. Przyciemniony blask wydobywający się ze środka budynku rozświetlał niebo niczym gigantyczna pochodnia.

- Wow, spójrzcie tylko na to! - zawołał, zaskoczony, gdyż bardziej spodziewał się jakiegoś zmurszałego gotyckiego zamku.

Madame Dupledge kiwnęła głową i zrobiła jeszcze jedną rundkę wokół dachu. Po drodze wskazała dwa szczyty górskie wznoszące się w niewielkiej odległości.

- Nazywamy je Szczytem Drugim i Szczytem Trzecim. Mieszkają tam starsze roczniki.

Dillon zerknął we wskazanym kierunku, ale dla niego szczyty wyglądały jak normalne góry. Jeśli cokolwiek w nich ukryto, naprawdę dobrze to zamaskowano. Chwilę później madame Dupledge skręciła tuż za budynkiem w dół i w mgnieniu oka pokonała jedną czwartą długości jego ściany. Niemal krzyknął, gdy odbiła w bok i wystrzeliła w górę. W ostatniej sekundzie rozsunęły się metalowe drzwi i zanurzyli się w głąb skalnego zbocza. Jego serce znów przyspieszyło, gdy zrozumiał, że nie zdoła się stąd wydostać, dopóki nie nauczy się latać. Sunęli teraz szerokim betonowym tunelem, oświetlonym ćmiącymi lampami fluorescencyjnymi i ozdobionym nowoczesnymi kamerami CCTV. W porównaniu do nieco ekscentrycznej bryły zewnętrznej w środku budynek wydawał się zaskakująco funkcjonalny.

W końcu zbliżyli się do kolejnych drzwi.

- Przygotujcie się do lądowania - powiedziała madame Dupledge i zaczęła stopniowo zwalniać, po czym osiadła na betonie.

Dillon zakołysał się na nogach niczym astronauta powracający na Ziemię. Musiał ponownie przyzwyczaić się do gruntu pod stopami. Drzwi cicho się otworzyły i rozlał się przed nimi prostokąt światła. Przywitał ich wampir ubrany w obcisły czarny golf i wąskie spodnie.

- Witamy z powrotem, madame - ukłonił się. - Jak minęła podróż?

- Dziękuję, Rufusie. Podróż była nieco burzliwa - odpowiedziała, spoglądając lodowato na Dillona, który się zarumienił.

Oczy wampira rozszerzyły się ze zdziwienia, a chłopak poczuł, że Angelo, stojący tuż obok, drgnął.

Madame Dupledge pośpiesznie wprowadziła ich do środka. Gdy drzwi zamknął za nimi podmuch zimnego górskiego powietrza, do ich nozdrzy dotarł słodko-gorzki zapach z nutą czegoś mroczniejszego. Dillon zadrżał i zwalczył chęć ucieczki. Znajdowali się pośrodku minimalistycznego korytarza, pomalowanego na biało. Czarny herb szkoły - z różowym pionowym napisem VAMPS - wmurowano w elegancką podłogę wyłożoną kafelkami. Dillon zadrżał, gdy zrozumiał sens łacińskiego motta znajdującego się pod spodem: In Tenebris Refulgemus, "W mroku lśnimy". Jego katolickie wyszkolenie na coś się wreszcie przydało.

- Budynek akademii ma dwanaście pięter - wyjaśniła madame Dupledge. - Obecnie znajdujemy się na piątym. Pokoje sypialne i pomieszczenia należące do personelu są w piwnicach. Sala ceremonialna, w której zgromadzimy się dziś wieczorem, położona jest najwyżej. A dokładnie: na dachu.

Po krótkim marszu dotarli do dwóch wind wykonanych ze szkła i stali.

- Czy możesz pokazać Angelowi, gdzie może odpocząć? - poprosiła dyrektorka Rufusa. - Miał długą podróż i wydaje się, że jest na granicy wytrzymałości.

Dillon spojrzał nieśmiało na Angela. Chłopak bębnił nerwowo palcami o uda.

- Oczywiście, madame! - Rufus ukłonił się i poprowadził chłopaka do windy.

Kobieta przeniosła wzrok na Sade.

- Chcę porozmawiać z Dillonem w cztery oczy, ale byłabym wdzięczna, gdybyś mogła wrócić tu po niego i odprowadzić go do pokoju. - Dillon drgnął, gdy kolejny ubrany na czarno wampir pojawił się w korytarzu za nimi. - Elias pokaże ci, gdzie możesz zaczekać.

Sade skłoniła się niepewnie.

- Oczywiście, madame!

Kiedy madame Dupledge odwróciła się wreszcie w stronę Dillona, ten niemal podskoczył z przerażenia. Dyrektorka z trudem maskowała ledwo kontrolowany gniew.

- Dillonie, chciałabym, żebyś poszedł ze mną do biura.

Odwróciła się do niego plecami i weszła do drugiej windy tak szybko, że ledwo to zauważył. Czując niepokój w żołądku i rosnącą złość na ojca, niechętnie powlókł się za nią. Wciąż nie rozumiał, dlaczego tata w ogóle go tu przysłał.

Drzwi zamknęły się za nimi i ruszyli w górę. Dillon, pomimo ciemnych myśli wirujących w głowie, zorientował się szybko, że znajdują się wewnątrz pionowego szklanego cylindra, który wydawał się wyrastać z piwnic budynku. Spojrzał w górę i zobaczył nad sobą nocne niebo. Dopiero wówczas zdał sobie sprawę, że winda sięga szklanego dachu, który widział z zewnątrz, a każde piętro po prostu ją otacza. Zatrzymali się prawdopodobnie na dziewiątym piętrze.

Na wpół biegł, na wpół szedł, żeby nadążyć za madame Dupledge, która - co może wydawać się niewiarygodne - maszerując, nie wydawała żadnego dźwięku. Grube buty Dillona monotonnie stukały o posadzkę. Znajdowali się teraz w pięknym atrium, które otaczało półksiężycem centralny szyb budynku. Biuro madame Dupledge mieściło się tuż obok i było równie imponujące. Olbrzymie okno w kształcie rombu, którego nie zauważył, gdy lecieli wzdłuż ściany budynku, wychodziło na położone poniżej jezioro. Dillon pomyślał, że od zewnątrz okno pokryto przyciemniającą folią. Drzwi biura i owalną ścianę wewnętrzną gabinetu wykonano ze szkła, które przepuszczało miękkie światło księżyca z atrium. Sam pokój był idealnie proporcjonalny i minimalistyczny. Piękny, błyszczący parkiet pozostawiono bez dywanu czy wykładziny, a jedną z czystych, białych ścian zdobił wspaniały obraz przedstawiający akademię z lotu ptaka, usadowioną wśród górskich szczytów. Cztery portrety poprzednich szefów VAMPS wisiały naprzeciwko, zabierając obserwatorów je w podróż w czasie. Dillon zadrżał, gdy przyglądał się elegancko ubranemu dyrektorowi szkoły z szesnastego wieku, który w krzywym uśmiechu odsłonił długie, przerażające kły. Mężczyzna wyglądał tak, jakby zaraz miał się rzucić na portrecistę. Madame Dupledge zajęła tymczasem miejsce za eleganckim biurkiem z jasnej dębiny. Elektryczne żaluzje opuściły się błyskawicznie, a przyciemnione lampy - zapaliły. Świece w szklanych cylindrach wydzielały ten sam odurzający słodko-gorzki zapach, który zapamiętał z holu. Niebieska poświata bijąca z dwóch dużych, ultracienkich ekranów komputerowych, stojących na blacie, podkreśliła chłodny gniew malujący się na twarzy dyrektorki. W jakiś sposób, mimo łomoczącego serca, poczuł potrzebę podejścia parę kroków bliżej. Zatrzymał się tuż przed biurkiem i zakołysał niezręcznie. Zawstydzony, poczuł, że kolana trzęsą mu się ze strachu.

- Dillonie, nigdy więcej nie zachowuj się tak głupio - warknęła, a jej spojrzenie przecięło go niczym sztylet. - Mogłeś się zabić! Wiesz chyba, jak wielkim zaszczytem jest pobyt tutaj?

Przerażony niemal do nieprzytomności, wściekał się na siebie, że tak bardzo się boi.

- Cóż, szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, dlaczego tu jestem - wybełkotał. - Ojciec powiedział mi tylko, że muszę tu przyjść, bo obiecał to matce, której nawet nie pamiętam - dodał, nie zdoławszy ukryć goryczy.

Część gniewu malującego się na twarzy madame Dupledge zmieniła się w zaskoczenie.

- Wiesz chyba, czym jesteś, Dillonie?

- Jestem dam... dampirem - wydusił z siebie to słowo. - Ale uważam, że nastąpiła pomyłka. Nie zauważyłem jakichkolwiek objawów... To znaczy u siebie, to mam na myśli.

Zignorowała go i kontynuowała:

- Dampiryzm jest niezwykle rzadki, ponieważ interakcje człowieka z wampirem są w naszym świecie tematem tabu. Mieszane związki uchodzą za niezwykle niebezpieczne dla ludzi.

Dillon przełknął ślinę. Lekki pot zrosił mu czoło.

- Bardzo niewiele tego typu par wydaje na świat potomstwo. W dodatku dziecko rzadko kiedy przeżywa. Tobie się udało i właśnie dlatego znalazłeś się tutaj. Jesteś wyjątkowy. I dlatego nie możesz zachowywać się tak nieodpowiedzialnie.

Dillon wciąż był zdezorientowany.

- Ale serio, nadal nie rozumiem połowy tego...

- Twoja matka pochodzi ze starego rodu potężnych wampirów. Sęk w tym, że wampirzyce nie mogą począć dzieci z ludzkimi mężczyznami. Nadal nie wiem, jak udało ci się przeżyć. Jej geny są najwyraźniej bardzo silne. Dlatego właśnie, skoro osiągnąłeś pełnoletność, musisz zamieszkać wśród nas. Chcemy cię poprowadzić, abyś nie stał się zagrożeniem dla siebie czy kogokolwiek z twoich bliskich.

- Nie jestem niebezpieczny! - zaprotestował Dillon i natychmiast tego pożałował.

Twarz dyrektorki pociemniała. Dillon zaś nabierał coraz większej pewności, że jego przylot tutaj to jedna wielka pomyłka.

- Kim w takim razie jest moja matka? - zapytał. - Ojciec nie chciał o niej mówić, a ja nie naciskałem. Wolałem go nie denerwować.

Madame Dupledge przez chwilę intensywnie się w niego wpatrywała.

- Przykro mi - odpowiedziała w końcu. - Z bardzo ważnych powodów nie mogę ci tego powiedzieć, ale z pewnością nie pomyliła się, gdy zasugerowała, że moja akademia to najlepsze miejsce dla ciebie. Trafiają tutaj wyłącznie elity oraz te wampiry, które wykazują olbrzymi potencjał. A my wierzymy, że masz potencjał, Dillonie. Nawet jako półwampir.

Nic z tego, co powiedziała, nie miało dla niego sensu.

- Nadal nie rozumiem, o co tyle hałasu... - Czuł, że sytuacja, w jakiej się znalazł, coraz bardziej go irytuje.

Dyrektorka zmrużyła oczy.

- Wiem, że to trudne. Zaufaj mi. Tak będzie bezpieczniej.

Z frustracji aż zacisnął pięści, ale wtedy w drzwiach pojawił się Elias, co oznaczało koniec rozmowy.

- Po prostu mi zaufaj, Dillonie - powtórzyła kobieta. - Poradzisz sobie tutaj.

Wzruszył ramionami. Nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć.

- Zrobię, co w mojej mocy - mruknął w końcu i odwrócił się w stronę wyjścia.

Kiedy dotarł do drzwi, dyrektorka odezwała się ponownie:

- Twoja matka była na tyle silna, żeby zrezygnować ze swoich pragnień w imię waszego bezpieczeństwa. Twojego i twojego ojca. Być może nie rozumiesz jeszcze, jak bardzo było to dla niej trudne, ale kiedyś to sobie uświadomisz.

Zatrzymał się i spojrzał na nią. Przez okno w kształcie diamentu wpatrywała się w jezioro skute lodem. Miała piękną, lecz dziwnie ponurą twarz. Cholera jasna, niewiele rozumiał. Co z tego, że jego matka była potężną wampirzycą? To nie miało znaczenia, skoro ani madame Dupledge, ani jego ojciec nie chcieli mu zdradzić jej nazwiska.

- Tędy. - Elias wskazał drogę Dillonowi.

Odprowadził go do windy. Zjechali na piąte piętro, gdzie czekała na nich Sade.

- Dobrze poszło? - zapytała, podchodząc do Dillona.

- Bardziej dziwnie niż dobrze - odpowiedział. - Zresztą później ci wszystko opowiem.

Podczas jazdy windą milczeli, a Sade bawiła się bransoletką. Po chwili zatrzymali się na trzecim piętrze i Elias wprowadził ich do okrągłego atrium. Wskazał na korytarze, które rozgałęziały się po obu stronach pomieszczenia.

- Znajdujemy się w Szczycie Pierwszym lub też S1, jak go czasami nazywamy. Tu mieści się Korytarz Trumienny. - Gestem dłoni zwrócił ich uwagę na ciąg otwartych drzwi.

Oczy Dillona rozszerzyły się. Posłusznie podążył za Sade do trzeciego z kolei pokoju. Z pomieszczenia dobiegały głośne śmiechy. Stojąca w środku wysoka, koścista dziewczyna z krótkimi ciemnymi włosami i kolczykiem w nosie gestykulowała dziko, opisując ciąg nieszczęść, przez które przegapiła zbiórkę w Arnes. Ponoć miała szczęście, że wpadła na kogoś, kto zmierzał bezpośrednio do szkoły. Ace wylegiwał się na gładkim, chromowanym, podłużnym podeście i wyglądał, jakby doskonale się bawił.

Kiedy zauważył Dillona i Sade, usiadł.

- Co was zatrzymało?

Dziewczyna zamilkła w połowie zdania, a jej oczy w kolorze morskiej zieleni rozszerzyły się z zaskoczenia.

- O rany! - wykrzyknęła z eleganckim angielskim akcentem. - Czy to ty jesteś tym dampirem?

Zareagowała tak bezpośrednio, że Dillon się uśmiechnął.

- Wygląda na to, że tak. Najwyraźniej wywołuję tutaj spore emocje.

- Bo to naprawdę ekscytujące! - wyjaśniła i podeszła bliżej, żeby lepiej mu się przyjrzeć. - Nigdy wcześniej nie spotkałam nikogo z twojego gatunku. Podobno jesteś pierwszym dampirem, który trafił do VAMPS! Zastanawiam się... - przerwała i dokładnie otaksowała go spojrzeniem. - Co w tobie takiego wyjątkowego?

Chłopak uśmiechnął się ponownie, jakby zapomniał o dystansie.

- Szczerze mówiąc, sam chciałbym wiedzieć. Bo na razie wszystko jest dla mnie nowe. Dowiedziałem się o swoich korzeniach dopiero w zeszłym tygodniu.

- Chyba żartujesz!

- Poważnie!

- Ale jazda! - rzuciła. - Cieszę się, że mogę cię poznać, Dillon. Dzięki tobie będzie tu o wiele ciekawiej. A tak przy okazji, jestem Cora de Courtenay.

Wciąż urzeczony jej olśniewającymi oczami, nagle przypomniał sobie o dobrych manierach.

- Ach, no jasne. To jest Sade. Przylecieliśmy tu razem.

Cora skierowała uważne spojrzenie na nową koleżankę, potem złapała ją za rękę i okręciła dookoła własnej osi.

- Wyjątkowa! - oświadczyła. - Należysz do rodziny Dauda?

Twarz nieco zakłopotanej Sade rozświetlił piękny uśmiech.

- Owszem - przyznała.

- Nie dziwię się! - Cora gwizdnęła.

"Cora ma talent do wydobywania ludzi z ich skorup", zauważył Dillon.

- Hej, znaleźliście już swoje pokoje? - zapytał Ace.

- Nie. A co to właściwie jest? - zapytał Dillon, wskazując na podłużny podest Ace'a. - Chyba nie zamierzasz na tym spać?

Ace i Cora wybuchnęli śmiechem.

- Oczywiście, że zamierzam, sieroto! - parsknął Ace. - Przecież to trumna! Myślałeś, że dlaczego to miejsce nazywa się Korytarzem Trumiennym?

- A skąd mam wiedzieć, z mojego ojca żaden hrabia Dracula - uciął Dillon. - Myślałem, że spanie w trumnach to tylko mit. Bajeczka z mrocznych wieków.

Cora wydawała się zaskoczona jego wybuchem.

- Przepraszam, Dillon, nie mieliśmy nic złego na myśli. To po prostu dość niezwykłe, że pojawił się tu ktoś aż tak... niewinny. Jeśli chcesz się czegoś dowiedzieć o naszym świecie, po prostu nas pytaj.

Ułagodzony, spojrzał spode łba na Ace'a i mruknął:

- To uczciwy układ, Coro. Wielkie dzięki, będę o tym pamiętał. A teraz chyba... powinienem znaleźć swój pokój.

Choć prawdę mówiąc, jeszcze nie zwariował, żeby pytać o cokolwiek w obecności Ace'a. Krótki spacer korytarzem uświadomił mu, że większość pomieszczeń została już zajęta. Celeste rozpakowywała swoje bagaże w dużym salonie najbliżej wind, którego okna wychodziły do wnętrza budynku.

- Masz mieszkać ze mną - rzuciła do Dillona.

Nie wyglądała na zadowoloną, więc spojrzał na Sade.

- Może chcesz się zamienić?

- Jesteś tego pewien? Ten pokój wygląda świetnie.

- Mówię serio.

- W takim razie biorę go!

Chwycił swój plecak i ruszył wzdłuż korytarza. Jedyne wolne miejsce znalazł w pokoju położonym najdalej od windy. Pomieszczenie okazało się o wiele mniejsze od tego, które właśnie oddał. Potężny Jeremiah niemal całkowicie je wypełniał.

- Wygląda na to, że nie poszczęściło nam się w losowaniu - rzucił na widok Dillona.

- Hej, nie róbmy za przegrywów, bo mamy razem mieszkać - mruknął dampir, zaskoczony przyjaznym głosem chłopaka.

Pomimo mizernych rozmiarów pokój spokojnie mógłby pojawić się w magazynie o skandynawskim designie. Przesuwane drzwi wsparte na żelaznym słupku skrywały garderobę służącą do przechowywania ubrań. Dwa stare biurka z licznymi szufladami stały na przeciwległym końcu pokoju. Pomieszczenie wydawałoby się całkiem normalne, gdyby nie trumny. Jeremiah zajął już tę lewą, o dobre pół metra dłuższą i szerszą, rzucając na nią swoją torbę. Dillon ostrożnie podniósł wieko prawej. Wyłożona była czarnym aksamitem.

- To jakiś żart! Nie ma mowy, żebym zasnął w tym pudle!

- Trochę dziwne, przyznaję - stwierdził Jeremiah. - W domu nie śpię w czymś takim. Najwyraźniej szkoła jest mocno przywiązana do tradycji. Mimo wszystko powinieneś spróbować... Trumny są o wiele wygodniejsze, niż się wydaje. No i wolno nam je dekorować!

- Wierzę na słowo. - Dillon zamknął pokrywę. - Ale nie zasnę zamknięty w jakiejś skrzynce. Do życia potrzebuję powietrza!

Jeremiah usiadł na swojej trumnie i spojrzał na niego zaciekawiony.

- Wybacz, to nie moja sprawa, ale... jakim cudem tu trafiłeś?

- Nie miałem okazji poznać mojej matki, która była wampirzycą. Więc muszę się chyba nauczyć wszystkich tych rzeczy, których mnie nie nauczyła. Wyobraź sobie: kończę osiemnaście lat i nagle dowiaduję się, że jestem półwampirem, a ta akademia to dla mnie najlepsze miejsce na świecie... Tak mi przynajmniej powiedzieli.

- Pewnie mieli rację. Zresztą dowiemy się więcej podczas ceremonii wtajemniczenia.

- Ceremonii wtajemniczenia?

- Tej, podczas której przysięgamy wierność zasadom i jak głosi plotka, próbujemy krwi madame Dupledge.

Dillon spojrzał na niego oszołomiony.

- Jej prawdziwej krwi?! Nie ma mowy! Jaja sobie robisz, prawda?

- Nie przejmuj się tym - mruknął Jeremiah. Jego orzechowe oczy zrobiły się znacznie ciemniejsze, bo źrenice nagle się powiększyły. - Ponoć jest niesamowita - dodał.

Dillon cofnął się. Przypomniał mu się jego domowy kociak szykujący się do polowania. Jeremiah zauważył minę kumpla i po chwili jego źrenice wróciły do normalności.

- Przepraszam, jeszcze sobie z tym nie radzę. Podejrzewam, że będziesz musiał się do nas przyzwyczaić.

- A może wy do mnie? Jesteście tak bardzo... cieleśni.

- Całkiem niezłe określenie - roześmiał się Jeremiah. - Dlatego jesteśmy niebezpieczni, Dillon - dodał poważnym tonem. - Jako damp nie powinieneś o tym zapominać. Zresztą po to tu jesteśmy. Żeby nauczyć się kontrolować nasze instynkty.

- Nie sądzę, żebym miał jakiekolwiek instynkty typowe dla przeciętnego wampira.

- Hej! - Ciemna głowa Cory wyłoniła się zza drzwi. - Przepraszam, że przeszkadzam, ale pewnie chcielibyście wiedzieć, że idziemy teraz do głównej auli.

- Dzięki. - Jeremiah posłał jej niesamowity uśmiech.

Dillon zachichotał, bo Cora wyglądała na lekko oszołomioną.

- No co? - zapytała.

- Nic. - Wzruszył ramionami.

- Nie możesz się śmiać i nie powiedzieć, z czego się śmiejesz - stwierdziła z buntowniczą miną.

- Cóż, podejrzewam, że Jeremiah testował zaklęcie ściągające ciuchy z wszystkich dziewczyn w okolicy, ale coś mu nie wyszło.

Jeremiah wybuchł śmiechem.

Przez sekundę Cora wyglądała na zakłopotaną, ale potem i ona się uśmiechnęła.

- Masz rację. Chwilami trudno mu się oprzeć, ale zapewniam was, że spodenki mam na tyłku... Przynajmniej na razie - stwierdziła, spoglądając na Dillona.

Chłopak poczuł, że się rumieni.

- Wiecie, że wciąż tu jestem? - przerwał im Jeremiah. - Nie lubię, gdy zwraca się uwagę wyłącznie na mój wygląd. Tu w środku mam całkiem sprawny mózg - dodał, stukając się w głowę.

- Sorki - zmitygowała się Cora. - Przecież wiemy, że masz sprawny mózg, bo jakoś cię tutaj przyjęli. Wrzuć więc na luz i pozwól nam się tobą pozachwycać. Wkrótce przyzwyczaimy się do twojego nieziemskiego wyglądu.

- Cóż... - Jeremiah się wyszczerzył. - Nie spieszcie się.

- Czy wy, faceci, musicie być tacy skomplikowani? W każdym razie powinniśmy się zbierać, bo wylecimy stąd, zanim w ogóle zaczniemy naukę - powiedziała Cora i wyszła na korytarz.

- Zaraz, zaraz! - zawołał Jeremiah. - W instrukcji napisali coś o stosownych strojach!

- Serio? - zdziwiła się i zaklęła tak, że chłopak uniósł brwi. - W takim razie widzimy się przed moim pokojem za pięć minut! Ace do tego czasu zdąży się upięknić. O ile skończy opowiadać, jak to wyprzedził wszystkich w drodze do szkoły.

Dillon popatrzył za nią, a potem potrząsnął głową.

- Hej, przepraszam, że zarzucam cię pytaniami, ale co właściwie oznacza "stosowne stroje" w przypadku kolacji dla wampirów? Chyba nie muszę wkładać jakiejś dziwnej peleryny Draculi czy czegoś w tym stylu, prawda?

- Nie, wystarczą marynarka i krawat.

Jeremiah już grzebał w swoich ciuchach. Dillon zajrzał do plecaka i zaklął. Nie miał niczego odpowiedniego. Wątpił, żeby jego ojca było stać na jakikolwiek elegancki strój. Z typową dla wampirów szybkością jego kumpel zarzucił na siebie nieskazitelnie białą koszulę, aksamitną muszkę i idealnie skrojoną czarną marynarkę.

Usta Dillona się rozchyliły.

- Nie ma mowy, żeby ktoś kiedykolwiek przyzwyczaił się do twojego wyglądu - rzucił.

Jeremiah uśmiechnął się.

- Wiem. Popytam, czy ktoś nie mógłby ci czegoś pożyczyć...

Dillon początkowo próbował dotrzymać mu kroku. Jednak nie dość, że kumpel miał nogi dłuższe o blisko trzydzieści centymetrów, to jeszcze przebierał nimi z prędkością typową dla wampira.

- Wiesz co? Idź przodem. Dogonię cię - rzucił, patrząc, jak tamten znika w głębi korytarza.

Kiedy dotarł - ciężko dysząc - pod drzwi Cory, grupa już się zebrała. Jeremiah zobaczył go i smutno pokręcił głową.

- Przykro mi, Dillon, ale nikt nie ma zapasowej marynarki.

Bram, który wyglądał, jakby urodził się w smokingu, zerknął z niesmakiem na gruby irlandzki sweter i dżinsy Dillona. Niewysoki chłopak o ognisto rudych włosach i szczęściu malującym się na twarzy wystąpił do przodu i przedstawił się.

- Chyba jeszcze się nie poznaliśmy. Nazywam się Frederick. Właśnie przyjechałem tu z Niemiec.

Podobnie jak Bram mówił perfekcyjnie po angielsku, z ledwie tylko wyczuwalną nutą niemieckiego akcentu.

Dillon zbliżył się do niego i zobaczył, że nozdrza Fredericka drgnęły, a jego zadowolona twarz wykrzywiła się.

- Cześć, jestem Dillon - powiedział szybko.

- Dampir Dillon - ciągnął Bram. - Nawet fajnie to brzmi.

Twarz Fredericka wykrzywiła się jeszcze bardziej. Chłopak wyglądał na zdezorientowanego.

- Jesteś dampirem? Naprawdę? Nie...

- Nie wiedziałeś, że VAMPS przyjmuje dampiry? - dokończył za niego Dillon.

Kłopotliwą ciszę, która nastąpiła, przerwał głośny gwizd Ace'a. Zbliżały się do nich Celeste i Sade, których wygląd doskonale się uzupełnił. Pierwsza włożyła jasnoniebieską, odsłaniającą plecy suknię aż do ziemi mieniącą się na jej krągłościach. Druga miała na sobie kreację w kolorze ciemnego różu, która ogrzewała jej promienną skórę i odsłaniała szczupłą talię. Wyglądała na zakłopotaną zainteresowaniem chłopaków, podczas gdy Celeste rozkoszowała się ich podziwem. Potem spojrzała na Ace'a.

- Wolałabym, żebyś tak nie gwizdał - stwierdziła. - To prostackie, przestarzałe i poniżające, zwłaszcza że jesteś równie dobrze wykształcony, jak reszta z nas.

Ace nie wyglądał na zawstydzonego, ale się ukłonił.

- Przepraszam. Naprawdę przepraszam, jeśli cię uraziłem. Czy mogę to naprawić, odprowadzając cię do sali?

Celeste przechyliła głowę.

- Możesz - odpowiedziała i wsunęła rękę pod jego ramię.

Tworzyli oszałamiającą parę.

Ásta i Angelo poszli w ich ślady. Dziewczyna włożyła obcisłą czarną sukienkę z wycięciami w kształcie diamentów, które odsłaniały jej jasną, wąską talię. Czarne szpilki louboutina z krwistoczerwonymi podeszwami sprawiły, że wzrostem dorównywała Angelowi. Objął ją ramieniem, a palcami delikatnie gładził jej nagą skórę. Zakłopotany tym erotycznym napięciem Dillon odwrócił wzrok.

Frederick objął Sade i wywołując jej chichot, obrócił nią niczym w tańcu, choć była od niego o głowę wyższa. Cora wyszła ze swojego pokoju i zatrzymała się w miejscu. Zmierzwione, niesforne włosy i zwiewna zielonkawa sukienka podkreślały świetliste oczy i smukłą sylwetkę dziewczyny. Martensy dodały z kolei nieco luzu.

- Wszyscy czekacie na mnie? - zapytała, spoglądając na Arona, Brama, Dillona i Jeremiaha.

Bram natychmiast zaproponował, że będzie jej towarzyszył, więc ku zaskoczeniu Dillona wsunęła mu dłoń pod ramię. Z ciemnymi włosami i arystokratyczną budową ciała wyglądali na rodzeństwo. Dillon poczuł w żołądku coś, czego się nie spodziewał. Obawiał się, że nigdy nie będzie zachowywał się tak swobodnie jak oni. Jakby wyczuwając jego zakłopotanie, Cora zerknęła za siebie i uśmiechnęła się przepraszająco.

Aron wzruszył ramionami.

- Chyba zostaliśmy sami, szanowne wampiry. Hej, Dillon, może nie mam zapasowej marynarki, ale mam garniak, który powinien na ciebie pasować. Jesteśmy podobnego wzrostu.

Dillon spojrzał na swoje dżinsy i sweter. Nigdy by się do tego nie przyznał, ale czuł się nieswojo. Nie pasował do tego towarzystwa. W głowie słyszał głos ojca, który powtarzał mu, żeby być pewnym siebie bez względu na okoliczności, ale postanowił go zignorować i uśmiechnął się z wdzięcznością do Arona.

- Byłoby wspaniałe. Wielkie dzięki!

Ku jego zaskoczeniu większość wampirów, mimo pierwszej negatywnej reakcji, przeszła do porządku dziennego nad tym, że jest dampirem.

- Chodź do mnie - powiedział Aron. - Mieszkam po drugiej stronie atrium. Z Frederickiem.

Pokój Arona i Fredericka okazał się o wiele większy od tego należącego do Dillona i Jeremiaha. Chyba naprawdę nie poszczęściło im się w losowaniu. Jedna strona pomieszczenia była nieskazitelnie czysta - Aron najwyraźniej miał bzika na punkcie porządku. Nie dało się tu dostrzec ubrań wysypujących się z waliz lub rzuconych na wierzch trumny. Na biurku leżały jedynie najnowszy iPhone i para ciężarków. Strona pokoju należąca do Fredericka była kompletnie inna, zupełnie jakby przetoczyło się tam tornado i pozostawiło po sobie kłębowisko ubrań, słuchawek i innych rzeczy osobistych. Dillon z niepokojem zauważył skrzynię z czymś, co wyglądało jak butelki z krwią.

Aron odsunął drzwi szafy i po chwili wręczył mu grafitowy garnitur i białą koszulę.

- Jesteś pewien? - Dillon rzucił okiem na metkę.

Nawet on słyszał o Tomie Fordzie. Zresztą widział, że garnitur jest świetnie skrojony.

- Oczywiście, ale najpierw przymierz. Może nie pasować.

Dillon odwrócił się do niego tyłem i ściągnął sweter wraz z T-shirtem. Kiedy wsunął ręce w koszulę Arona, poczuł jej gładką i lekko sztywną bawełnę wysokiej jakości. Jego szkolne koszule zawsze drapały i nie bardzo pasowały do sylwetki. Góra garnituru okazała się za szeroka w ramionach, w końcu jej właściciel był mięśniakiem, za to spodnie pasowały idealnie.

- Proszę, proszę, co za przemiana! - huknął Aron i pociągnął go za sobą do lustra wiszącego wewnątrz szafy.

Dillon przez chwilę wpatrywał się w swoje odbicie. Nie rozpoznawał w lustrze tego faceta z ciemnymi, zmierzwionymi włosami. W garniturze wyglądał na wyższego i postawniejszego, materiał wydobył również ujmujący błękit jego oczu.

Aron podał mu ciemny krawat.

- Potrzebujesz jeszcze tego...

- Bardzo ci dziękuję - odpowiedział Dillon i spróbował zrobić węzeł.

- Nie, nie, nie! - zawołał Aron. - O tak! - dodał. Jego potężne dłonie okazały się zaskakująco zręczne. Bez trudu zawiązał krawat na szyi Dillona w kształt litery V, a potem podsunął węzeł pod szyję. - To jest węzeł Savoy. Dużo ładniejszy, nie?