ROZDZIAŁ IO dwóch Braciszkach
iech mi wolno będzie uprzedzić komentarze stając do apelu jako znany śmiałek, który wdziera się tam, gdzie nawet Aniołowie Doktora Anielskiego nie śmieliby stąpać. Niedawno temu napisałem małą książeczkę tego samego typu i tej samej objętości o św. Franciszku z Asyżu - a po pewnym czasie (sam nie wiem kiedy i jak a najbardziej, dlaczego) obiecałem napisać książkę tej samej objętości, czy raczej tej samej szczupłości, o św. Tomaszu z Akwinu. Obietnica ta była franciszkańską jedynie w swej wybuchowości, a ta paralela bardzo daleką od tomizmu w swej logice. Można zrobić szkic św. Franciszka, ale mówiąc o św. Tomaszu, można tylko zrobić jego plan, podobnie jak się kreśli plan labiryntu, choć w pewnym znaczeniu można by ująć opowiadanie o nim równie dobrze w daleko obszerniejszej jak i też w o wiele szczuplejszej książce. To, co istotnie wiemy o jego życiu, zmieściłoby się doskonale na kilku stronach, gdyż nie rozwiewa się on, jak św. Franciszek, we mgle anegdot i popularnych legend. To, co wiemy lub moglibyśmy wiedzieć albo czego byśmy ewentualnie mieli szczęście się nauczyć o jego dziele, zapełni niewątpliwie w przyszłości więcej bibliotek niż to uczyniło w przeszłości. Można było naszkicować zarys św. Franciszka, ale gdy chodzi o św. Tomasza, wszystko zależy od tego, czym będzie ten zarys wypełniony. Opracowanie Poverella w formie miniatury było w pewnej mierze robotą w stylu średniowiecznym, odpowiadającą jego zdrobniałej nazwie. Ale skondensować Niemego Wołu sycylijskiego w pastylkę przechodzi wszelkie kulinarne eksperymenty, w rodzaju wtłaczania wołu do filiżanki. Można by jednak spodziewać się, że da się wykonać zarys biograficzny św. Tomasza dziś, gdy każdy czuje się na siłach do napisania zarysu historii czy jakiegokolwiek innego. Jednakże w danym wypadku wymiar tego zarysu stał się raczej nadmiarem. Nie mamy na składzie sukni, w którą by mógł się pomieścić ten kolosalny braciszek.
Powiedziałem wyżej, że te szkice mogą być jedynie uważane za portrety w zarysie. Ale konkretny kontrast tych dwóch postaci jest tak uderzający, że nawet gdybyśmy obecnie ujrzeli te dwie ludzkie figury schodzące ku nam z pagórka w swych habitach mniszych, kontrast, który tworzą, wydałby się nam nawet komiczny. Byłoby to tak, jakbyśmy widzieli w oddali sylwetki Don Kiszota i Sanczo Pansy lub Falstaffa i pana Chudogęby. Św. Franciszek był chudym, żywym człowieczkiem, cienkim jak nitka i drgającym jak napięta w łuku cięciwa, a w ruchach podobny był do strzały. Przez całe życie dawał nura, znikał lub gdzieś pędził. Gonił za żebrakami, goły umykał do lasu, wkradał się na obcy statek, wciskał się do namiotu sułtana ofiarowując się wskoczyć do ognia. Musiał być podobny do brązowego szkieletu jesiennego liścia wirującego w wiecznym tańcu na wietrze; w rzeczywistości jednak on sam był wiatrem.
Św. Tomasz był wielkim, ciężkim człowiekiem, podobnym do wołu, tłustym, powolnym i spokojnym; niezmiernie łagodnym i wspaniałomyślnym ale nie bardzo towarzyskim; nieśmiałym niezależnie od pokory towarzyszącej świętości; i abstrahując od starannie ukrywanych doświadczeń z dziedziny transów i ekstazy. Św. Franciszek był tak niecierpliwy, a nawet porywczy, że duchowni, przed którymi nagle się zjawiał, brali go za wariata. Św. Tomasz był tak odrętwiały i ciężki, że uczniowie w szkołach, w których stale uczył, uważali go za głupca. Istotnie był sam tego rodzaju uczniem, jakich się czasem spotyka, którzy wolą być uważani za głupców, niż dopuścić, by bardziej przedsiębiorcze półgłówki wdzierały się w ich własne marzenia.
Zewnętrzne te kontrasty zaznaczały się w każdym prawie wypadku u tych dwóch osobistości. Paradoksem u św. Franciszka było, że będąc namiętnym miłośnikiem poezji, nie miał zaufania do książek. W przeciwieństwie do niego św. Tomasz kochał książki i żył nimi, żył życiem uczonego czy studenta z Opowieści Kantuaryjskich[1], co to wolał posiadać sto książek Arystotelesa i jego filozofię, niż jakiekolwiek bogactwa tego świata. Św. Tomasz zapytany, za co najgoręcej Bogu dziękuje, odpowiedział z prostotą: "Za to, że rozumiałem każdą stronę, którą kiedykolwiek przeczytałem". Poematy św. Franciszka były pełne życia, lecz dokumenty jego pracy były trochę mgliste. Św. Tomasz poświęcił całe życie dokumentowaniu całych systemów literatury pogańskiej i chrześcijańskiej, a przy okazji skomponował hymn, niby człowiek korzystający z wakacji. Obaj święci zapatrywali się na ten sam problemat z różnych punktów widzenia: prostoty i subtelności. Św. Franciszek sądził, że wystarczało otworzyć serce przed mahometanami, żeby odwrócić ich od czczenia Mahometa. Św. Tomasz zaś łamał sobie głowę nad każdym subtelnym, jak włos, odróżnieniem i dedukcją co do Absolutu lub Przypadkowości, jedynie po to, aby ich uchronić od błędnego rozumienia Arystotelesa. Św. Franciszek był synem kupca, właściwie handlowca należącego do klasy średniej, i chociaż całe jego życie było ciągłym buntem przeciw kupieckiemu życiu ojca, odziedziczył jednak po nim szybkość orientacji i łatwość obcowania towarzyskiego, które ze sklepu robią huczący ul, a mimo że był miłośnikiem zielonych pól, można by o nim powiedzieć językiem potocznym, że nie dawał trawie wyrastać pod stopami. Był z tych, których amerykańscy milionerzy i gangsterzy nazywają live wire - żywym drutem. Charakterystyczne jest u zmechanizowanych, współczesnych ludzi, że nawet gdy usiłują wyobrazić sobie żywą rzecz, mogą ją sobie jedynie przedstawić jako mechaniczną metaforę wziętą z rzeczy martwej. Istnieje taka rzecz: jak żywy robak, lecz nie istnieje: żywy drut. Św. Franciszek byłby z radością uznał siebie za robaka; ale był on robakiem bardzo żywym. Będąc największym przeciwnikiem ideału, dającego się wyrazić hasłem: "idź i zdobywaj", niewątpliwie zaniechał zdobywania, ale wciąż szedł naprzód dalej.
Św. Tomasz przeciwnie, pochodził ze środowiska, w którym mógłby korzystać z nieróbstwa, i pozostał jednym z tych, których praca ma posmak spokoju leniwca. Był tęgim pracownikiem, a jednak nikt by nie mógł posądzić go o zbytni pośpiech. Było w nim coś niewyrażalnego, co wyróżnia tych, którzy pracują, chociaż pracować nie potrzebują, gdyż pochodził z możnego domu, a taki spokój może trwać z przyzwyczajenia, mimo że już utracił swoje uzasadnienie. W nim jednak wyrażało się to w najmilszy sposób, na przykład jego niewymuszoną uprzejmością i cierpliwością. Każdy święty jest człowiekiem, nim się stanie świętym, i z każdego rodzaju i gatunku człowieka może wyrosnąć święty, a większość z nas wybiera - spośród rozmaitych typów - świętego, który odpowiada naszemu usposobieniu. Przyznaję jednak, że chociaż romantyczna aureola św. Franciszka nie straciła dla mnie nic ze swego blasku, to jednak w późniejszych latach dorosłem do odczuwania prawie równie serdecznego przywiązania, a pod pewnymi względami nawet większego, do tego człowieka, który nie zdając sobie z tego sprawy zamieszkiwał i wielkie serce i wielką głowę, tak, jak ktoś, kto odziedziczył obszerny dom i szafuje w nim gościnnością równie szczodrą jak przodkowie, choć może mniej świadomie od nich to czyni. Są chwile, w których św. Franciszek, najmniej światowy człowiek, jaki kiedykolwiek chodził po świecie, wydaje mi się prawie za bardzo życiowym.
Św. Tomasz z Akwinu ukazał się znów ostatnio w kulturze wyższych szkół i salonów w sposób, który byłby całkiem zdumiewający nawet dziesięć lat temu. A modne powodzenie, którego stał się ośrodkiem, niewątpliwie bardzo się różni od powodzenia, które uczyniło popularnym św. Franciszka przed dwudziestu laty. Każdy święty jest lekarstwem, ponieważ jest odtrutką. Oto dlaczego święty bywa często męczennikiem: biorą go omyłkowo za truciznę, ponieważ jest odtrutką. Widzimy go na ogół, gdy uzdrawia świat przesadzaniem tego wszystkiego, co świat zaniedbuje, a co bynajmniej nie bywa tym samym pierwiastkiem w każdej epoce. Każde pokolenie instynktownie szuka swojego świętego, nie jest on przecież tym, czego ludzie pragną, lecz raczej tym, czego potrzebują. Niewątpliwie jest wiele nieporozumień w słowach skierowanych do pierwszych świętych: "Jesteście solą ziemi", które spowodowały byłego kajzera do uroczystej uwagi, że to właśnie jego wołowi, byczy Niemcy są solą ziemi, rozumiejąc przez to, że co jest "bycze", jest najlepsze. Lecz sól nadaje smak i konserwuje wołowinę nie dlatego, że jest do niej podobna, ale właśnie dlatego, że się od niej bardzo różni. Chrystus nie mówił do Apostołów, że są jedynie doskonałymi ludźmi, albo że są jedynymi doskonałymi ludźmi, ale że są ludźmi wyjątkowymi; wiecznie nieokrzesanymi i kłótliwymi; a słowa o soli ziemi są istotnie tak ostre, gryzące i piekące, jak sama sól. I właśnie dlatego, że byli wyjątkowymi ludźmi, nie powinni byli utracić wyjątkowych swych zalet. "Jeśli sól zwietrzeje, czym solona będzie?" Sprawa to daleko ważniejsza niż błahy lament nad ceną najlepszej wołowiny. Jeśli świat rozwija się zbyt po ziemsku, to Kościół może go skarcić, ale gdy Kościół rośnie zbyt po ziemsku, to świat nie może skarcić go odpowiednio za światowość.
Dlatego paradoksem w historii jest to, że każde pokolenie bywa nawracane przez świętego, którego typ jest największym przeciwieństwem epoki. Św. Franciszek wywierał dziwny i prawie niepojęty urok na społeczeństwo wiktoriańskie, na tych Anglików dziewiętnastego wieku, którzy powierzchownie zdawali się być ludźmi zdrowego rozsądku i interesu. Nie tylko dość układny Anglik, jak Mateusz Arnold[2], ale nawet angielscy liberałowie, których on krytykował z powodu ich układności, powoli zaczęli odkrywać tajemnicę Średniowiecza w dziwnym opowiadaniu wyrażonym skrzydlato i ogniście w hagiograficznych obrazach Giotta. Było coś w historii św. Franciszka, co się przebijało przez wszystkie te angielskie zalety, tak osławione i niedorzeczne aż do zalet bardziej ukrytych i ludzkich: istotnej miękkości serca, poetycznej mglistości umysłu, ukochania krajobrazu i zwierząt. Św. Franciszek z Asyżu był jedynym średniowiecznym katolikiem, który rzeczywiście stał się popularnym w Anglii dzięki własnym zaletom. Stało się to w znacznym stopniu wskutek podświadomego poczucia, że świat współczesny zaniedbał te szczególne zalety. Tak więc średnie klasy angielskie znalazły swego jedynego misjonarza w postaci należącej do typu najbardziej przez nie pogardzanego - typu włoskiego żebraka.
Tak jak wiek dziewiętnasty przywiązał się do romantyzmu franciszkańskiego, właśnie dlatego, że zaniedbał był romantyzm, tak wiek dwudziesty, ponieważ zaniedbywał rozum, przywiązuje się dziś do racjonalnej teologii tomistycznej. Do świata, który był zbyt beznamiętnym, chrześcijaństwo powróciło w postaci włóczęgi; do świata wzrastającego zbyt dziko chrześcijaństwo powróciło pod postacią nauczyciela logiki. W świecie Herberta Spencera ludzie potrzebowali kuracji na niestrawność, w świecie Einsteina potrzebowali leczyć się na zawroty głowy. W pierwszym przypadku zauważyli fakt, że dopiero po długim poście św. Franciszek zaśpiewał Hymn do słońca i pochwałę owocodajnej ziemi. W drugim przypadku już niewyraźnie dostrzegają, że nawet chcąc tylko zrozumieć Einsteina, należy wpierw zrozumieć pożytek rozumienia. Poczęto się orientować, że skoro osiemnaste stulecie uważało się za wiek rozumu, a dziewiętnaste za wiek zdrowego rozsądku, to stulecie dwudzieste nie może jak dotąd starać się być czymś więcej, jak wiekiem niezwykłego nonsensu. W tych warunkach świat potrzebuje świętego, ale ponad wszystko potrzebuje filozofa. A te dwa przykłady wskazują na to, że świat, oddajmy mu tę sprawiedliwość, instynktownie rozumie, czego mu potrzeba. Ziemia była istotnie bardzo płaską dla tych wiktorian, którzy z uporem powtarzali, że jest okrągła; a Alwerno od stygmatów wznosiło się jako jedyna góra wśród równiny. A dla nich istnieje coś bardziej stromego i nawet trudniejszego do pojęcia niż szczyt górski, mianowicie: kawałek prawdziwie solidnego gruntu, poziom człowieka o zrównoważonym umyśle.
W ten sposób za naszych czasów obaj święci oddziaływali na dwa pokolenia: pokolenie romantyczne i pokolenie sceptyczne. Wszakże i w epoce, w której żyli, przeprowadzali to samo dzieło, dzieło, które przemieniło świat.
Tu znowu należałoby przyznać, że powyższe porównanie jest gołosłowne i nie odtwarza zamierzonego obrazu nawet jako fantazja, ponieważ ci dwaj ludzie nie byli nawet z tego samego pokolenia i nie żyli w tej samej epoce historycznej. Jeślibyśmy mieli przedstawić dwóch Braci jako Niebiańskie Bliźnięta, jasną jest rzeczą, że byliby to św. Franciszek i św. Dominik. Stosunek św. Franciszka do św. Tomasza byłby co najwyżej stosunkiem stryja do bratanka, a w tym wypadku moje fantastyczne wywody wydać by się mogły zgoła żartobliwą wersją piosenki "Tomku ustąp miejsca stryjaszkowi".
Bo jeśli św. Franciszek i św. Dominik byli wielkimi niebiańskimi bliźniętami, to oczywiście Tomasz był pierwszym wybitnym synem św. Dominika, tak jak nim był św. Bonawentura względem św. Franciszka. Niemniej mam powód (właściwie dwa powody) wprowadzić do tekstu dwa opowiadania z dwóch tytułowych stronic i postawić św. Tomasza obok św. Franciszka zamiast wiązać go z franciszkańskim Bonawenturą. A to dlatego, że to porównanie, jakkolwiek pozornie dalekie i przekrętne, jest rzeczywiście najprostszym skrótem do serca historii i wiedzie nas najkrótszą drogą do istotnej sprawy życia i dzieła św. Tomasza z Akwinu. Wielu bowiem ludzi ma obecnie w pamięci prymitywny lecz malowniczy obraz św. Franciszka z Asyżu. A najkrótszym sposobem, jak wyrazić sprawę św. Tomasza, będzie to objaśnić, że chociaż ci dwaj ludzie różnili się od siebie każdym prawie rysem, w rzeczywistości jednak robili to samo. Jeden robił to w świecie umysłowym, drugi w świecie świeckim. Ale był to jeden i ten sam wielki ruch średniowieczny, dotychczas zawsze jednak mało rozumiany. W pojęciu konstruktywnym był on ważniejszy od Reformacji. Co więcej w konstruktywnym sensie był on samą Reformacją.
Co do tego średniowiecznego ruchu przede wszystkim należy podkreślić dwa fakty. Nie są one oczywiście faktami sprzecznymi, lecz są może odpowiedzią na sprzeczne złudy. Po pierwsze: wbrew wszystkiemu, co się kiedykolwiek mówiło o przesądach Wieków Ciemnoty i jałowości scholastyki, był to jednak pod każdym względem ruch pogłębiający, stale dążący ku większemu światłu a nawet ku większej wolności. Po drugie: pomimo wszystko, co się później mówiło o postępie, Odrodzeniu i zwiastunach myśli współczesnej, ruch ten był zawsze całkowicie ruchem prawowiernego zapału teologicznego, roznieconego z wewnątrz. Nie był on kompromisem ze światem czy poddaniem się poganom lub heretykom, albo tylko zapożyczaniem pomocy zewnętrznej, gdy nawet jej zapożyczał. W miarę jak wychylał się na światło dnia powszedniego, było w tym jakby działanie rośliny, która o własnych siłach zwraca listki ku słońcu, nie zaś jak działanie obce dopuszczające tylko światło dzienne do więzienia.
Słowem ów ruch był tym, co się technicznie określa jako rozwój w doktrynie. Ale zdaje się, że panuje dziwne niezrozumienie nie tylko technicznego, ale i zwyczajnego znaczenia słowa rozwój. Krytycy teologii katolickiej zdają się sądzić, że jest to nie tyle ewolucja, co ucieczka; a w najlepszym razie adaptacja. Wyobrażają sobie, że prawdziwym jego powodzeniem jest powodzenie w poddaniu się. Ale to nie jest prawdziwe znaczenie słowa "rozwój". Gdy mówimy o dziecku prawidłowo rozwiniętym, mamy na myśli, że wyrosło większe i silniejsze o własnej sile, a nie że wypchano je poduszkami i że chodzi na szczudłach, aby wyglądać wyższe. Kiedy mówimy, że szczenię wyrosło na psa, nie twierdzimy, że jego wzrost jest stopniowym kompromisem z kotem, lecz mamy na myśli, że szczenię staje się coraz bardziej psim, a nie coraz mniej. Rozwój jest ekspansją wszystkich możliwości i zawartości doktryny aż do chwili, kiedy należy je posegregować i niektóre odrzucić, a najważniejszym punktem jest to, że rozwój średniowiecznej teologii był po prostu całkowitym jej ujęciem. Jest sprawą pierwszorzędnej wagi najprzód uświadomić sobie ten fakt co do epoki wielkiego Dominikanina i pierwszego Franciszkanina, ponieważ ich tendencje humanistyczne i naturalistyczne pod wielu względami były prawdziwie rozwojem najwyższej nauki, która była zarazem dogmatem wszystkich dogmatów. W tym właśnie popularna poezja św. Franciszka i niemal racjonalistyczna proza św. Tomasza objawiają się najbardziej żywotnie jako cząstka tego samego ruchu. Są oni obaj olbrzymami katolickiego rozwoju zależnymi od rzeczy zewnętrznych jedynie o tyle, o ile każda żyjąca i rosnąca rzecz jest od nich zależna, to znaczy gdy przetrawia je i przemienia, ale idzie dalej z własnym, nie zapożyczonym od nich obliczem.
Buddysta może śnić o dwóch rzeczach, które jednocześnie wzajemnie się pożerają, jako o doskonałej formie zjednoczenia. Ale inaczej ma się sprawa z żywymi istotami. Św. Franciszek rad nazywał siebie Trubadurem Bożym, ale nie był rad z Boga Trubadurów. Św. Tomasz nie godził Chrystusa z Arystotelesem, ale Arystotelesa godził z Chrystusem.
Tak, pomimo kontrastu równie wyraźnego a nawet śmiesznego, jak porównanie człowieka tłustego z chudym, a człowieka wysokiego z niskim, pomimo kontrastu pomiędzy włóczęgą a uczonym, terminatorem a arystokratą, pomiędzy człowiekiem nienawidzącym książek a kochającym je, pomiędzy najdzikszym z misjonarzy a najłagodniejszym z profesorów, wielkim faktem średniowiecznej historii jest ten, że ci dwaj ludzie wykonywali to samo wielkie dzieło, w pracowni jeden, a na ulicy drugi. Nie wnoszą oni do chrześcijaństwa nic nowego w rozumieniu czegoś pogańskiego lub heretyckiego, przeciwnie wnoszą do chrześcijaństwa chrześcijańskość. Ale zwracają ją wbrew naciskowi pewnych historycznych tendencji, które ustaliły się, jak zwyczaj w wielu wielkich szkołach i autorytetach, u władz chrześcijańskiego kościoła, a używają przy tym narzędzi i broni, które wielu wydawały się związane z pogaństwem i herezją. Św. Franciszek używał natury, jak św. Tomasz Arystotelesa, a niektórym to się zdawało wprowadzaniem pogańskiej bogini i pogańskiego mędrca. To, co czynili w rzeczywistości, a zwłaszcza co rzeczywiście czynił św. Tomasz, będzie główną treścią tych stronic. Jednakże nie od rzeczy było, nim do tego przystąpimy, porównać go ze świętym cieszącym się większą niż on popularnością, ponieważ w ten sposób możemy zestawić treść tej książki w najpopularniejszy sposób. Może to brzmieć będzie zbyt paradoksalnie, gdy powiemy, że ci dwaj święci wybawili nas od duchowości. Sąd to okropny. Może też będzie to źle zrozumiane, jeśli powiem, że św. Franciszek swoją wielką miłością dla zwierząt wybawił nas od buddyzmu, a św. Tomasz całą swą miłością dla greckiej filozofii uratował nas od platonizmu. Ale najlepiej będzie wyrazić prawdę w jej najprostszej formie, a mianowicie, że obydwaj potwierdzili Wcielenie, sprowadzając Boga z powrotem na ziemię.
Ta analogia, która być może wyda się raczej oddalona, jest najlepszym praktycznym wstępem do filozofii św. Tomasza. Jak to później zobaczymy bliżej, czysto duchowa czy też mistyczna strona katolicyzmu wzięła była znacznie górę w pierwszych wiekach katolicyzmu, dzięki geniuszowi Augustyna, który był platonikiem, a może nigdy nim być nie przestał; dzięki transcendentalności przypuszczalnego dzieła Areopagity; dzięki wschodniemu kierunkowi późniejszego Cesarstwa i temu zabarwieniu azjatyckiemu w niemal pontyfikalnym królestwie Bizantyjskim. Wszystkie te rzeczy przygniotły to, co byśmy dziś po prostu nazwali elementem zachodnim, chociaż miałoby równie dobre prawo być nazwane elementem chrześcijańskim, gdyż oznacza po prostu świętą swojskość słowa, które się stało ciałem. Tak czy owak musi nam na razie wystarczyć, gdy powiemy, że teologowie nieco zesztywnieli byli w pewnej dumie platońskiej, będąc w posiadaniu nienaruszalnych i niewyrażalnych prawd wewnętrznych, jak gdyby żadna cząstka ich wiedzy nie miała wcale korzeni w świecie rzeczywistości. A więc pierwszą rzeczą, którą uczynił Tomasz z Akwinu, chociaż bynajmniej nie ostatnią, było odezwanie się do tych bezwzględnych transcendentalistów mniej więcej w te słowa:
"Daleki jest biedny Braciszek od zaprzeczania, że macie w głowach olśniewające diamenty, ujęte w najdoskonalsze kształty matematyczne i świecące czysto niebiańskim światłem; a wszystkie tam istniały zanim jeszcze zaczęliście myśleć, a nawet widzieć, słyszeć albo czuć. Co do mnie to nie wstydzę się przyznać, że umysł mój żywią zmysły, że wiele z tych rzeczy, które myślę, zawdzięczam temu, co widzę, wącham, smakuję i dotykam. I że tak dalece, jak to dotyczy mego rozumu, czuję się zobowiązany uznać tę całą rzeczywistość za rzeczywistą. Słowem, przyznaję w pokorze, że nie wierzę, aby Bóg żądał od człowieka rozwijania jedynie tego osobliwego, wzniosłego i abstrakcyjnego rodzaju intelektu, jaki macie szczęście posiadać; ale wierzę, że istnieje pośrednia dziedzina zjawisk dostarczanych przez zmysły w tym celu, by stały się przedmiotem rozumu, i że na tym polu rozum ma prawo rządzić jako przedstawiciel Boga w człowieku. Prawdą jest, że to wszystko jest niższe od Aniołów, ale jest wyższe od zwierząt i wszystkich tych materialnych przedmiotów, które człowiek znajduje wokoło siebie. Naprawdę, człowiek też może być przedmiotem i to nawet pożałowania godnym przedmiotem. Ale co człowiek czynił, niech czyni dalej, a jeśli staroświecki stary poganin zwany Arystotelesem może mi w tym dopomóc, z całą pokorą mu za to podziękuję".
Tak się zaczyna to, co potocznie się nazywa wezwaniem Akwinaty do Arystotelesa. Mogłoby też nazywać się to wezwaniem do rozumu i władzy zmysłów. I zobaczymy, że jest pewna do tego paralela w fakcie, iż św. Franciszek nie tylko wsłuchiwał się w głosy anielskie, ale również słuchał śpiewu ptaków. A zanim dojdziemy do tych ściśle intelektualnych aspektów św. Tomasza, będziemy mogli zauważyć, że i w nim, jak w św. Franciszku, znajduje się zasadniczy pierwiastek praktyczny raczej natury moralnej: pewna dobrotliwa i prostolinijna pokora, ta gotowość człowieka do upatrywania, pod pewnym względem nawet w sobie, zwierzęcia. Tak św. Franciszek, jak wiemy, porównywał swoje ciało do osła. Możemy tu dodać, że kontrast pomiędzy tymi dwiema osobami utrzymuje się we wszystkim, nawet w zoologicznych metaforach i że jeśli św. Franciszek był podobny do pospolitego czy ogrodowego osła, który na swym grzbiecie niósł Chrystusa do Jerozolimy, to św. Tomasz, który za swych czasów był porównywany do wołu, był raczej podobny do tej apokaliptycznej bestii zbliżonej do tajemniczego asyryjskiego skrzydlatego byka.
Nie wolno nam jednak dopuszczać, by to wszystko, co stanowi między nimi kontrast, zaciemniało to, co im było wspólne i zapominąć o tym, że żaden z nich nie byłby za dumny, by czekać równie cierpliwie jak wół i osioł w stajence Betlejemskiej.
Filozofia św. Tomasza zawiera oczywiście, jak wkrótce zobaczymy, wiele innych bardziej zajmujących i złożonych myśli poza tą pierwotną myślą o jakimś zasadniczym, zdrowym rozsądku, odżywianym przez pięć zmysłów. Ale na tym szczeblu główny punkt sprawy nie polega tylko na tym, że to była nauka tomistyczna, ale że jest to prawdziwa i doniosła nauka chrześcijańska. Albowiem co do tego współcześni pisarze piszą mnóstwo niedorzeczności i wykazują więcej niż normalną naiwność, omijając ten ważny punkt. Przyjąwszy od samego początku, jako rzecz bezsporną, że wszelkie wyzwolenie musi odwrócić ludzi od religii a prowadzić do jej braku, w ślepocie swej zapomnieli, co jest najważniejszą cechą samej religii.
Nie da się dłużej ukrywać przed nikim faktu, że św. Tomasz był jednym z wielkich oswobodzicieli ludzkiego umysłu. Sekciarze siedemnastego i osiemnastego wieku byli zasadniczo obskurantami i zachowywali pełną ciemnoty legendę o obskurantyzmie Scholastyków. Była to legenda mocno już wytarta i przestarzała jeszcze w dziewiętnastym stuleciu, a cóż dopiero mówić o dwudziestym. Nie ma to nic do czynienia z prawdziwością ani ich, ani jego teologii, a jedynie z prawdziwością proporcji historycznej, która na nowo się pojawia w miarę zamierania sporów. Po prostu, jako jeden z faktów, które odgrywają znaczną rolę w dziejach, zgodnie z prawdą, należy powiedzieć, że św. Tomasz był bardzo wielkim człowiekiem, który pogodził religię z rozumem, który skierował go ku nauce doświadczalnej i podkreślał, że zmysły są oknami duszy, a rozum ma boskie prawo odżywiać się faktami i że jest to zadaniem wiary strawić ciężkie mięso najtwardszej i najpraktyczniejszej filozofii pogańskiej. Jest to fakt podobny do strategii wojennej Napoleona, że Tomasz w ten sposób walczył o wszystko, co jest wolnością i światłem w porównaniu do swych współzawodników lub w tej samej sprawie - do swych następców, i zastępców.
Ci, którzy dla innych powodów uczciwie przyjęli ostateczny wynik Reformacji, muszą niemniej uznać fakt, że to właśnie twórca scholastyki był prawdziwym reformatorem, a późniejsi reformatorzy byli w porównaniu z nim reakcjonistami. Używam tu tego słowa nie w charakterze zarzutu ze swego własnego punktu widzenia, ale dla stwierdzenia faktu ze zwyczajnego współczesnego postępowego stanowiska. Reformatorzy, na przykład, przygważdżali umysły do dosłownego pojmowania hebrajskich Pism świętych, podczas gdy św. Tomasz już mówił o Duchu obdarzającym łaską filozofię grecką. Gdy on kładł nacisk na społeczny obowiązek uczynków, na to oni mówili tylko o duchowym obowiązku wiary. Prawdziwą treścią nauki tomistycznej było zaufanie do rozumu, prawdziwą treścią nauki luterańskiej była całkowita nieufność do rozumu.
Teraz kiedy ten fakt został stwierdzony jako taki, zachodzi niebezpieczeństwo, że cała ta nieustalona opozycja nagle się przerzuci do przeciwnej ostateczności. Ci, którzy dotąd łajali twórcę scholastyki jako dogmatyka, zaczną podziwiać go jako modernistę, który dogmat rozcieńczył. Wkrótce zaś zaczną zdobić jego pomnik wszystkimi zwiędłymi girlandami postępu, przedstawiając go jako człowieka wyprzedzającego swoją epokę, co zawsze ma oznaczać, że jest on w zgodzie z naszą epoką i obarczą go niesłusznym zarzutem twórcy zasad współczesnych. Wykryją tedy pociągający jego urok i nieco zbyt pospiesznie orzekną, że był do nich podobny, ponieważ był pociągający. Do pewnego stopnia można to wybaczyć i do pewnego stopnia zdarzyło się to ze św. Franciszkiem. Ale w tym wypadku nie przekroczyłoby tych granic. Nikt, nawet tacy wolnomyśliciele, jak Renan[3] lub Mateusz Arnold[4], nie byliby twierdzili, że św. Franciszek był czymkolwiek innym niż pobożnym chrześcijaninem, lub że kierował nim jaki inny zasadniczy powód a nie naśladowanie Chrystusa. Św. Franciszek także miał ten wyzwalający i uczłowieczający wpływ na religię, choć może raczej na wyobraźnię niż umysł. A jednak nikt nie twierdzi, że św. Franciszek rozluźniał zasady chrześcijańskie, podczas gdy najwidoczniej je zaciskał, niby własny habit, opasując go sznurem. Nikt też nie mówi, że otwierał drzwi sceptycyzmowi naukowemu, lub że torował drogę humanizmowi pogańskiemu, ani że tęsknie wypatrywał Odrodzenia, czy też szedł w pół drogi na spotkanie racjonalistów. Żaden biograf nie utrzymuje, że św. Franciszek, gdy rzekomo otworzywszy na chybił trafił Ewangelie, wyczytał z nich doniosłe teksty o Ubóstwie, w rzeczy samej otworzył Eneidę dla dokonania Sors Vergiliana ze czci dla pogańskiej literatury i nauki. Żaden historyk nie wygłasza zdania, że św. Franciszek napisał Pieśń do słońca w ścisłym naśladownictwie Homeryckiego Hymnu do Apollina albo że kochał ptaki dlatego, że się szczegółowo nauczył wszystkich sztuczek augurów rzymskich.
Krótko mówiąc, większość ludzi, chrześcijan czy też pogan, przyznałaby obecnie, że uczucie franciszkańskie było przede wszystkim uczuciem chrześcijańskim, powstałym z wewnątrz i płynącym z niewinnej (czy jak kto woli nieokrzesanej) wiary w samą religię chrześcijańską. Nikt, jakem to już mówił, nie twierdzi, że św. Franciszek czerpał swoje pierwotne natchnienie z Owidiusza. Byłoby to równie błędne, jak twierdzenie, że św. Tomasz czerpał je z Arystotelesa. Cała nauka płynąca z jego życia, zwłaszcza życia młodzieńczego, cała historia jego dzieciństwa i wybór kariery, wskazują na to, że był ponad wszystko i przede wszystkim pobożny i że namiętnie kochał kult katolicki długo przedtem, zanim sobie uświadomił, że będzie musiał staczać on walki. Ale w tym mamy szczególny i dobitny przykład tego, co jednym więcej więzem łączy św. Tomasza ze św. Franciszkiem. Zapomniano w zadziwiający sposób, że obaj święci naśladowali faktycznie Nauczyciela, którym nie był Arystoteles, a tym mniej Owidiusz, wtedy gdy uświęcali zmysły lub proste przedmioty przyrody, gdy św. Franciszek pokornie przechadzał się wśród zwierząt, albo gdy św. Tomasz uprzejmie dyskutował z poganami.
Ci, którzy to przeoczają, przeoczają zasadniczy punkt religii, nawet gdyby ona była przesądem; co więcej przeoczają w niej ten punkt, który by mogli nazwać najbardziej przesądnym. Mam na myśli całą tę opowieść o Bogu-Człowieku w Ewangelii. Niektórzy nawet przeoczają tę sprawę u św. Franciszka w jego prostym i nieuczonym odwoływaniu się do Ewangelii. Będą mówili o gotowości św. Franciszka uczenia się od kwiatów i ptaków, jako o czymś, co może jedynie wskazywać na pogańskie Odrodzenie w przyszłości. A tymczasem fakt rzuca się im w oczy, przede wszystkim wskazując wstecz na Nowy Testament, a po wtóre kierując naprzód, jeśli w ogóle do czego kieruje, to do arystotelesowskiego realizmu Summy św. Tomasza. Mętnie sobie wyobrażają, że kto uczłowiecza bóstwo, ten je poganizuje, nie dostrzegając, że uczłowieczenie bóstwa jest w rzeczy samej najbardziej istotnym, najważniejszym i najtrudniejszym dogmatem wiary. Św. Franciszek stawał się podobniejszy do Chrystusa, a ani trochę nie podobniejszy do Buddy, gdy spoglądał na lilie polne albo na ptaki niebieskie. A św. Tomasz stawał się bardziej chrześcijaninem, a wcale nie bardziej uczniem Arystotelesa, gdy podkreślał, że Bóg i obraz Jego wszedł przez materię w kontakt ze światem materialnym. Ci święci byli, w najściślejszym tego słowa znaczeniu, humanistami, ponieważ podkreślali olbrzymie znaczenie istoty ludzkiej w teologicznym schemacie wszechrzeczy. Ale nie byli oni humanistami, którzy kroczą drogami postępu wiodącego do modernizmu i ogólnego sceptycyzmu, albowiem humanizm ich stwierdzał dogmat, obecnie nieraz uważany za najbardziej przesądny superhumanizm. Wzmacniali oni ową naukę o Wcieleniu, w którą sceptykom najtrudniej uwierzyć. Nie może być trwalszej i bardziej nieugiętej części w chrześcijańskim bóstwie, jak Bóstwo Chrystusowe.
Dochodzimy tu do bardzo zasadniczego punktu całej sprawy: mianowicie, że ci ludzie stawali się tym bardziej prawowierni, im bardziej stawali się rozsądni i naturalni. Tylko będąc tak prawowierni, mogli być zarazem tak rozsądni i naturalni, innymi słowy: to, co naprawdę może być nazwane teologią liberalną, rozwinęło się z wewnątrz, z pierwotnych tajemnic katolicyzmu. Ale ta liberalność nie miała nic wspólnego z liberalizmem; faktycznie obecnie nie może nawet współistnieć z liberalizmem[5]. Ta sprawa jest tak ważna, że wezmę parę specjalnych myśli św. Tomasza, aby wyjaśnić, o co mi chodzi. Elementarny zarys tomizmu przyjdzie później, tu trzeba zaznaczyć tylko następujące punkty.
Na przykład było to bardzo podkreślaną przez św. Tomasza myślą, że człowieka należy badać w całkowitym jego człowieczeństwie; że człowiek bez swego ciała nie jest człowiekiem, podobnie jak nie jest człowiekiem bez swojej duszy. Trup nie jest człowiekiem, ale i duch nie jest człowiekiem. Wcześniejsza szkoła św. Augustyna, a nawet Anzelma trochę tę sprawę lekceważyła, uważając duszę za jedyny potrzebny skarb, spowity na pewien czas w bezwartościową pieluszkę. Nawet tu byli oni mniej prawowierni, a zarazem bardziej duchowi. Krążyli czasem na krańcach tych wschodnich pustyń rozciągających się aż do krainy transmigracji, gdzie dusza istotna przechodzi przez setki nieistotnych ciał, wcielając się nawet w ciała zwierząt lub ptaków. Św. Tomasz stał niezachwianie przy zdaniu, że ciało człowieka jest jego ciałem, a umysł jego, własnym jego umysłem. I że człowiek może być tylko równowagą i zjednoczeniem tych dwojga. Otóż jest to w pewnej mierze pojęciem naturalistycznym bardzo zbliżonym do współczesnego szacunku dla rzeczy materialnych, pochwałą ciała, które mogłoby być opiewane przez Walta Whitmana, albo usprawiedliwiane przez D.H. Lawrence'a. Jest to pogląd, który można by nazwać humanizmem, a o który pretendować by mogli nawet moderniści. Faktycznie w rzeczy samej mógłby być materializmem, ale ten jest zupełnym przeciwieństwem modernizmu. Wiąże się ten pogląd w pojęciu współczesnym z najpotworniejszym, najbardziej materialnym a przeto najcudowniejszym z cudów. Jest on szczególnie związany z najbardziej wstrząsającym i najtrudniejszym do przyjęcia dla modernistów dogmatem: zmartwychwstaniem ciała.
Podobnież jego argumentacja za objawieniem jest całkowicie racjonalistyczna, a z drugiej strony zdecydowanie demokratyczna i popularna. Ta argumentacja nie jest w najmniejszej mierze skierowana przeciw rozumowi. Przeciwnie, św. Tomasz zdaje się skłonnym uznać, że prawdę można by osiągnąć na drodze rozumowej, jeśli by tylko nasza argumentacja była dość ściśle logiczna i jeśli by nam starczyło na nią czasu. Istotnie coś, co w jego charakterze gdzie indziej nazwałem optymizmem i czego inaczej nazwać bym nie mógł, prowadziłoby go raczej do przesadzania rozciągłości obszaru, na którym wszyscy ludzie słuchaliby głosu rozsądku. W swoich dysputach zawsze przypuszcza, że ludzie będą słuchali rozsądku. Znaczy to, że miał przesadną wiarę w możliwość przekonywania ludzi argumentacją, gdy zostanie doprowadzona do końca. Ale rozsądek jego mówił mu też, że argumentacja nigdy końca nie ma. Co do mnie, to mógłbym kogoś przekonać, iż twierdzenie jakoby materia była źródłem umysłu, całkiem nie ma sensu, gdybyśmy, ten ktoś i ja, bardzo się lubili i walczyli ze sobą co wieczór przez czterdzieści lat. Ale zanim by na łożu śmierci przyznał mi on rację, tysiące nowych materialistów by się narodziło, a nikt nie może wszystkiego każdemu wytłumaczyć. Św. Tomasz jest zdania, że dusze wszystkich zwyczajnych, ciężko pracujących ludzi i prostaków są jednako ważne, jak dusze myślicieli i poszukiwaczy prawdy i zapytuje, jak ci wszyscy ludzie znajdują dosyć czasu na odkrycie prawdy drogą rozumowania. Cały ton tego ustępu świadczy o równie wielkim szacunku dla zagadnień naukowych, jak i gorącej sympatii do średniej miary człowieka. Dowody św. Tomasza co do Objawienia nie są dowodami przeciw Rozumowi, lecz są tylko dowodami za Objawieniem, a wynika z nich wniosek, że najwyższe prawdy moralne ludzie otrzymują w sposób nadprzyrodzony, gdyby było inaczej, to wielu ludzi nie otrzymałoby ich wcale. Jego argumenty są racjonalne i naturalne, ale jego własne wnioskowanie ma całkowicie charakter nadprzyrodzony i, jak to pospolicie zachodzi w jego argumentacji, niełatwo znaleźć w niej jakiś wniosek z wyjątkiem jego własnego. A gdy do niego dochodzimy, to widzimy, że jest on tak prosty, jakby sam św. Franciszek mógł tego pragnąć: niby posłanie od Boga, opowieść z niebios, baśń czarowna, która jest rzeczywistą prawdą.
Jeszcze prościej to wygląda w zagadnieniach bardziej popularnych, np. w kwestii wolnej woli. Jeżeli św. Tomasz dbał kiedy najbardziej o jaką sprawę, to wtedy gdy mu chodziło o to, co moglibyśmy nazwać podporządkowanymi władzami czy samorządami. Był on, jeśliby tu użyć tego powiedzenia, surowym Autonomistą. Moglibyśmy nawet powiedzieć, że zawsze bronił on niezależności rzeczy zależnych. Nalegał na to, że taka rzecz może posiadać własne prawo w swoim własnym zakresie. Taka była jego postawa wobec autonomii rozumu a nawet i zmysłów. "Córką jestem w domu ojca mego, ale panią we własnym". I w tym właśnie znaczeniu podkreślał on pewną dostojność w człowieku, której często nie dostrzegano w czysto teistycznych uogólnieniach mówiących o Bogu. Nikt nie powie, że chciał on oddzielić człowieka od Boga, chciał on tylko człowieka od Boga odróżnić. W tym silnym poczuciu dostojności i wolności ludzkiej zawiera się wiele pierwiastków, które możemy dziś oceniać i oceniamy jako szlachetny humanistyczny liberalizm. Ale nie zapominajmy, że jego punktem wyjścia była ta prawdziwa wolna wola czyli odpowiedzialność moralna człowieka, którą tak wielu współczesnych liberałów chciałoby zanegować. Na tej wspaniałej i niebezpiecznej wolności zawisło niebo i piekło i cały ten tajemniczy dramat duszy. Jest w tym odróżnienie a nie oddzielenie, ale człowiek może oddzielić siebie od Boga, co pod pewnym względem jest największym ze wszystkich odróżnieniem.
Poza tym, choć to jest bardziej metafizyczna sprawa, o której trzeba będzie wspomnieć później i to tylko z lekka, tak samo rzecz się ma ze starym filozoficznym sporem o wielości i jedności. Czy rzeczy tak są od siebie różne, że nigdy nie dadzą się poklasyfikować, czy też tak ujednostajnione, że się nigdy nie dadzą odróżnić? Nie roszcząc sobie pretensji do dania tutaj odpowiedzi na takie pytania, możemy z grubsza odpowiedzieć, że św. Tomasz przechyla się definitywnie na stronę rozmaitości, jako rzeczy równie realnej jak jedność. W tej kwestii jak i w innych do niej pokrewnych, św. Tomasz odbiega nieraz od wielkich filozofów greckich, na których czasem się wzorował, a odbiega całkowicie od wielkich filozofów wschodnich, którzy byli w pewnym sensie jego współzawodnikami. Jest, zdaje się, całkowicie przekonany, że różnica między wapnem a serem oraz między świniami a pelikanami nie jest tylko złudzeniem, czy też zaślepieniem naszego oszołomionego umysłu, olśnionego jednym błyskiem światła, lecz właśnie tym, czym wszyscy czujemy, że jest. Można by powiedzieć, że to tylko prosty zdrowy rozsądek do tego stopnia związany z przyziemnym Arystotelesowskim zdrowym rozsądkiem, z ludzkim w ogóle czy nawet z pogańskim zdrowym rozsądkiem. Ale zważcie przy tym, że tutaj znowu spotykają się krańce ziemi i nieba. Wiąże się to także z chrześcijańską ideą Stworzenia, ze Stwórcą, który stworzył świnie tak różne od Kosmosu, który by mógł je tylko z siebie rozwinąć.
We wszystkich tych przypadkach widzimy powtórzenie tego samego punktu, któryśmy ustanowili na początku. Ruch tomistyczny w metafizyce, podobnie jak ruch franciszkański w moralności i obyczajach, był jakimś rozszerzeniem i wyzwoleniem. Był to wyraźnie rozrost teologii chrześcijańskiej od wewnątrz, wyraźnie nie było to skurczeniem się teologii pod pogańskim czy nawet tylko ludzkim wpływem.
Wolno było franciszkaninowi być braciszkiem, zamiast być zmuszonym do bycia mnichem. Ale przy tym stawał się on bardziej chrześcijaninem, bardziej katolikiem, a nawet bardziej ascetą. Tomiście wolno było wyznawać arystotelizm zamiast filozofii św. Augustyna. Ale przy tym stawał się on głębszym teologiem, bardziej prawowiernym teologiem, ściślejszym dogmatystą, gdyż za pośrednictwem Arystotelesa odzyskał i opanował najoporniejszy ze wszystkich dogmatów, zaślubiny Boga z człowiekiem a, co za tym idzie, z materią. Nikt nie zdoła pojąć wielkości trzynastego wieku, kto sobie nie uświadomi, że był to wielki wzrost rzeczy nowych, spowodowanych rzeczą żyjącą. W tym znaczeniu ta epoka była istotnie śmielszą i wolniejszą od tego, co nazywamy Odrodzeniem, które było wskrzeszeniem rzeczy starych, odkrytych w rzeczy martwej. W tym znaczeniu Wieki Średnie nie były jakimś Odrodzeniem, ale raczej jakimś Rodzeniem. Nie modelowały swoich świątyń na grobach ani nie wywoływały umarłych bogów z Hadesu. Stworzyły architekturę tak nową, jak inżynieria współczesna; naprawdę pozostaje ona dotychczas najbardziej nowoczesną architekturą. Tylko że w ślad za nią przyszło Odrodzenie z architekturą bardziej staroświecką. W tym znaczeniu Odrodzenie można by nazwać Nawrotem. Cokolwiek można by powiedzieć o gotyku i o Ewangelii w myśl św. Tomasza, nie były one nawrotem. Było to nowe pchnięcie, niby tytaniczne pchnięcie gotyckiej inżynierii, a siła jego była w Bogu, który wszystkie rzeczy nowymi czyni.
Słowem św. Tomasz czynił chrześcijaństwo bardziej chrześcijańskim czyniąc je bardziej arystotelesowskim. To nie paradoks, ale czysta prawda, której mogą nie zrozumieć tylko ci, którzy choć coś wiedzą o nauce Arystotelesa, ale zapomnieli po prostu, co znaczy być chrześcijaninem.
W porównaniu z żydem, muzułmaninem, buddystą, deistą czy innymi oczywistymi alternatywami religii, chrześcijanin oznacza człowieka, który wierzy, że bóstwo czy świętość złączyło się z materią, czyli weszło w świat zmysłów. Niektórzy pisarze współcześni nie pojmując tej prostej rzeczy mówili nawet o przyjęciu Arystotelesa jakby o jakimś ustępstwie dla Arabów, niby ksiądz-modernista czyniący ustępstwo dla agnostyków. Mogliby równie dobrze nazwać wojny krzyżowe ustępstwem dla Arabów, czy widzieć ustępstwo dla Arabów w fakcie, że św. Tomasz wyratował Arystotelesa od Awerroesa. Krzyżowcy chcieli odzyskać miejsce, gdzie przebywało ciało Chrystusa, gdyż słusznie czy niesłusznie wierzyli, że to było miejsce chrześcijańskie. Św. Tomasz chciał odzyskać to, co w swej istocie było samym ciałem Chrystusowym, uświęcone ciało Syna Człowieczego, które się stało cudownym pośrednikiem między niebem a ziemią. I pragnął tego ciała ze wszystkimi jego zmysłami, gdyż słusznie czy niesłusznie wierzył, że jest ono rzeczą chrześcijańską. Była to może rzecz skromniejsza czy bardziej swojska niż duch platoński i właśnie dlatego była ona chrześcijańską. Widzimy więc, że św. Tomasz idąc śladami Arystotelesa kroczył mniej wyniosłą drogą. Tak samo czynił Bóg, gdy pracował w warsztacie Józefa.
Ostatecznie ci dwaj wielcy mężowie byli nie tylko złączeni ze sobą, ale i oddzieleni od większości swoich towarzyszy i współcześników prawdziwie rewolucyjnym charakterem swojej własnej rewolucji. W roku 1215 Kastylijczyk, Dominik Guzman założył zakon bardzo podobny do zakonu Franciszka i przez dziwny w dziejach zbieg okoliczności prawie dokładnie w tym samym czasie co Franciszek. Miał jako pierwotne zadanie głosić filozofię katolicką heretykom albigensom; sami oni wyznawali filozofię będącą jedną z form tego manicheizmu, o którym wiele mowy będzie w niniejszej opowieści. Korzenie manicheizmu tkwiły w odległym mistycyzmie i moralnym oderwaniu się Wschodu, toteż nic dziwnego, że dominikanie jako bractwo filozofów bardziej się nim interesowało niż franciszkanie, którzy byli raczej bractwem poetów. Z tej to oraz innych jeszcze przyczyn św. Dominik i jego uczniowie są mniej znani i rozumieni we współczesnej Anglii; brali udział w wojnie religijnej wynikłej na skutek sporu teologicznego, a było coś w atmosferze naszego kraju szczególnie w ostatnim stuleciu, co sprawiało, że jeszcze trudniej nam było zrozumieć spór teologiczny niż wojnę religijną. Ostateczny z tego wynik jest do pewnego stopnia dziwny, gdyż św. Dominik bardziej nawet niż św. Franciszek odznaczał się tą niezależnością umysłową, oraz rzetelnością cnoty i prawdomówności, którą kultury protestanckie uważają za specjalną swoją zaletę. O nim to opowiadają, a opowieść ta miałaby jeszcze więcej rozgłosu, gdyby chodziło tu o purytanina, że gdy papież wskazał na swój wspaniały pałac i powiedział: "Piotr nie może teraz już mówić: "Srebra i złota nie mam", na to hiszpański braciszek odrzekł: "Nie, ale też nie może teraz powiedzieć: Wstań a chodź"".
Tak więc w ten czy inny sposób popularne dzieje św. Franciszka mogą być pomostem między nowoczesnymi a średniowiecznymi czasami. Wiąże się to ze wspomnianym już faktem, że zarówno św. Franciszek jak i Dominik stoją obok siebie w historii jako wykonawcy tego samego dzieła, a mimo to w nadzwyczajny i niezwykły sposób popularna tradycja ich ze sobą nie łączy. We własnych ich krajach niby Niebiańskie Bliźnięta świecą z niebios tym samym blaskiem, jakby jedną aureolą opromienieni, podobnie jak w innym zakonie przedstawiono świętą Biedę jako dwóch rycerzy na jednym koniu. W legendach naszego kraju łączą ich ze sobą raczej tak jak św. Jerzego ze smokiem. Św. Dominika wciąż jeszcze u nas sobie wyobrażają jako Inkwizytora wymyślającego nowe przyrządy do torturowania, podczas gdy św. Franciszka widzą płaczącego nad pułapkami na myszy. Tak np. wydaje się nam całkiem naturalną rzeczą, w stylu tych samych skojarzeń z kwiatami i gwiazdami, że Thompsonowi[6] było na imię Franciszek. Wydaje mi się, że nazwać go Dominikiem brzmiałoby mniej właściwie, tak samo jak dziwi nas, że wielki twórca praktycznych instytucji miłosiernych, cieszących się ogromną sympatią wśród ubogich działacz, mógł nosić imię Dominika Platera[7]. Brzmi to tak jakby go nazwano Torquemadą Thompsonem.
Chyba jednak ta sprzeczność polega na pewnym nieporozumieniu, które z sojuszników we własnym kraju czyni przeciwników za granicą. Zobaczymy to na innym analogicznym przykładzie. Dajmy na to, że angielscy liberałowie czy też zwolennicy wolnego handlu stwierdzają, że gdzieś w dalekim zakątku Chin uważa się Cobdena[8] za okrutnego potwora a Brighta[9] za świętego bez skazy. Czy nie pomyśleliby, że gdzieś tu zaszła pomyłka? Albo niech amerykańscy misjonarze się dowiedzą, że w jakim kraju, we Francji czy we Włoszech, Moody[10] ma opinię anioła, a Sankey[11] diabła; niewątpliwie domyśliliby się, że coś tu pomieszano. Jakieś przypadkowe okoliczności musiały się tu przyplątać i oddziaływać na zasadniczy nurt dziejów. Mogą tu zachodzić różne opinie co do szczegółów, ale zarówno Cobden, jak Bright oraz Moody i Sankey byli wyznawcami tych samych zasad i niewątpliwie popełniają błąd ci, którzy ich tak gruntownie rozdzielają.
I oczywiście całkiem błędna jest legenda, która się wytworzyła około św. Dominika. Ci, którzy choć cośkolwiek wiedzą o św. Dominiku, znają go jako misjonarza a nie jako wojennego prześladowcę, wiedzą, że przyniósł religii różaniec a nie ławę do tortur i że całej jego osoby nie zrozumiemy, zanim nie uprzytomnimy sobie, że jego sławne zwycięstwa były zwycięstwami przekonywania a nie prześladowania. Wierzył w usprawiedliwienie prześladowań w tym znaczeniu, że ramię świeckie mogło poskramiać zamieszki religijne. Podobnież każdy wierzył w znaczenie prześladowań, a nikt bardziej niż wytworny bluźnierca Fryderyk II, który w nic innego nie wierzył. Niektórzy mówią, że to on pierwszy wprowadził palenie heretyków, w każdym razie uważał prześladowanie heretyków za jeden ze swoich cesarskich przywilejów i obowiązków. Ale tak stawiać kwestię, jakby Dominik nic innego nie robił, jak prześladował heretyków, byłoby to to samo, co ganić apostoła abstynencji, ks. Mathewa, który skłonił miliony pijaków do wyrzeczenia się wódki, za to, że obowiązujące prawo pozwalało czasem policjantowi zaaresztować pijaka. Nie trafiłby w sedno rzeczy, kto by nie wiedział, że ów osobliwy człowiek miał geniusz nawracania całkiem niezależny od przymusu. Istotna różnica między Franciszkiem a Dominikiem, która żadnemu z nich ujmy nie przynosi, polega na tym, że Dominik uczestniczył w wielkiej kampanii nawracania heretyków, podczas gdy Franciszek miał tylko delikatniejsze zadanie nawracania istot ludzkich. Stara to historia, że choć potrzebujemy kogoś w rodzaju Dominika do nawracania pogan na chrześcijaństwo, to bardziej nam potrzeba kogoś podobnego do Franciszka, kto by nawracał na chrześcijaństwo chrześcijan. Nie powinniśmy też zapominać, że św. Dominik miał do czynienia z całymi narodami, królestwami, miastami i krajami, które odpadły były od wiary i zabłąkały się w bezdroża jakichś dziwnych i nienormalnych nowych religii. To, że odwojował masy tak oszukanych ludzi jedynie wymową i kaznodziejstwem, stanowi ogromny jego tryumf, godny upamiętnienia. Nazywamy św. Franciszka ludzkim, gdyż usiłował nawracać Saracenów i doznał niepowodzenia; św. Dominika zaś nazywamy bigotem, upojonym swym zwycięstwem, ponieważ usiłował nawrócić albigensów i powiodło mu się. Czasy nas zawiodły w ciekawy zakątek wzgórz dziejowych, skąd widzimy Asyż i pagórki Umbrii, ale skąd nie widać rozległego pola bitwy wojny krzyżowej południowej, nie widać cudu w Murecie[12] i większego jeszcze cudu Dominika, gdy Pireneje i brzegi Morza Śródziemnego oglądały klęskę azjatyckiej rozpaczy.
Ale jest jeszcze dawniejszy i ważniejszy związek między Dominikiem a Franciszkiem, bardziej bezpośrednio nas prowadzący do zadań niniejszej książki. Złączyła ich w latach późniejszych sława, jak niegdyś łączyła hańba a wreszcie niepopularność. Albowiem uczynili obaj rzecz jak można najbardziej niepopularną: mianowicie zapoczątkowali pewien ruch ludowy. Człowiek, który się odważa zwrócić bezpośrednio do tłumu, zawsze robi sobie wielu wrogów - poczynając od samego tłumu. W miarę zaś, jak ubodzy zaczęli się dorozumiewać, że zamierza im dopomóc a nie krzywdzić, to zamożne warstwy wyższe zaczęły się od niego odwracać zamierzając mu przeciwdziałać, a nie pomagać. Bogaci bowiem, a nawet wykształceni czuli, czasem nie bez racji, że ta sprawa zmieni świat nie tylko w jego świeckości czy świeckiej mądrości, ale do pewnego stopnia może i w rzeczywistej mądrości. Takie wyczucie było uzasadnione w tym przypadku, skoro na przykład zauważymy istotnie radykalne odrzucanie książek i uczoności u św. Franciszka, albo dążność wykazywaną potem przez Braciszków do bezpośredniego zwracania się do papieża z pomijaniem miejscowych władz kościelnych i biskupstw. Słowem, św. Dominik i św. Franciszek wszczęli jakąś rewolucję, równie popularną lub niepopularną, jak rewolucja francuska. Ale dzisiaj bardzo trudno nam sobie wyobrazić, że nawet ta rewolucja była niegdyś czymś tak świeżym, jak była w rzeczywistości. Marsylianka niegdyś brzmiała niby ludzki głos wulkanu, niby muzyka taneczna trzęsienia ziemi, a królowie ziemi drżeli, jedni bojąc się, że się niebo na nich zawali, a inni jeszcze bardziej, że sprawiedliwości może się stać zadość. Dzisiaj Marsyliankę grywają podczas obiadów dyplomatycznych, gdzie uśmiechnięci monarchowie spotykają ugrzecznionych milionerów i brzmi ona zaiste mniej rewolucyjnie niż piosenka Home, sweet Home (Domu, drogi Domu). Słusznie też będzie przypomnieć, że dzisiejsi rewolucjoniści nazwaliby rewolucję francuskich Jakobinów niedostateczną, tak samo jakby nazwali niedostateczną rewolucję Braciszków. Powiedzieliby, że i jedna rewolucja i druga nie poszły dosyć daleko; w swoim czasie wielu sądziło, że poszły one stanowczo za daleko. W przypadku Braciszków wyższe władze Państwa a w pewnej mierze i Kościoła były głęboko zgorszone takim napuszczeniem na ludność dzikich, popularnych kaznodziejów. Trudno nam dziś zrozumieć, jak te odległe wypadki wówczas raziły, a nawet gorszyły. Rewolucje stają się instytucjami, rozruchy, odnawiające młodzież w starych społeczeństwach, z kolei same się starzeją, a przeszłość, która była pełną nowych rzeczy, rozłamów, innowacji i insurekcji, wydaje się nam dzisiaj jednym ciągiem tradycji.
Ale jeżeli chcemy znaleźć coś co ożywi ten wstrząs i to wyzwanie i ukaże nam prawdziwe oblicze tej rewolucji mniejszej, brutalne w swej nagłej nowości, bliższe rynsztoka niż wytwornego życia, jak się ono wielu ludziom w tych czasach wydawało, to najbardziej znamiennym tego obrazem będzie fakt następujący. Wskazuje nam, co czuło ustalone i już stare społeczeństwo chrześcijańskie wobec tego końca pewnej epoki, jak drżały drogi ziemskie pod stopami tej nowej, bezimiennej armii, słyszymy Marsz żebraków. Mistyczna kołysanka rymami swymi nasuwa myśl o atmosferze takiego kryzysu:
"W bramach miasta hałas wzrasta,
Psy szczekają całą zgrają,
Oto cisi idą mnisi Po żebranym chlebie".
Wiele miast umacniało niemal swe mury przed tym najściem i wiele psów-stróżów, broniących własności i majętności, rzeczywiście szczekało i to głośno szczekało, kiedy przechodzili ci żebracy, ale jeszcze głośniej rozbrzmiewał ich głos w Pieśni słońca i głośniej szczekały Ogary Niebieskie i owi Dominicanes ze średniowiecznej gry słów, owe Psy Boże. I gdybyśmy chcieli zdać sobie sprawę z realności i głębokości tego przewrotu, tego zerwania z przeszłością, możemy to zobaczyć w pierwszym i najdziwniejszym zdarzeniu z życia św. Tomasza z Akwinu.