Święty Tomasz z Akwinu - Gilbert Keith Chesterton

Kup ebooka

24.90 zł
20.67 zł (21,17 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ IO dwóch Braciszkach

N

iech mi wolno bę­dzie uprze­dzić ko­men­ta­rze sta­jąc do apelu jako znany śmia­łek, który wdziera się tam, gdzie na­wet Anio­ło­wie Dok­tora Aniel­skiego nie śmie­liby stą­pać. Nie­dawno temu na­pi­sa­łem małą ksią­żeczkę tego sa­mego typu i tej sa­mej ob­ję­to­ści o św. Fran­ciszku z Asyżu - a po pew­nym cza­sie (sam nie wiem kiedy i jak a naj­bar­dziej, dla­czego) obie­ca­łem na­pi­sać książkę tej sa­mej ob­ję­to­ści, czy ra­czej tej sa­mej szczu­pło­ści, o św. To­ma­szu z Akwinu. Obiet­nica ta była fran­cisz­kań­ską je­dy­nie w swej wy­bu­cho­wo­ści, a ta pa­ra­lela bar­dzo da­leką od to­mi­zmu w swej lo­gice. Można zro­bić szkic św. Fran­ciszka, ale mó­wiąc o św. To­ma­szu, można tylko zro­bić jego plan, po­dob­nie jak się kre­śli plan la­bi­ryntu, choć w pew­nym zna­cze­niu można by ująć opo­wia­da­nie o nim rów­nie do­brze w da­leko ob­szer­niej­szej jak i też w o wiele szczu­plej­szej książce. To, co istot­nie wiemy o jego ży­ciu, zmie­ści­łoby się do­sko­nale na kilku stro­nach, gdyż nie roz­wiewa się on, jak św. Fran­ci­szek, we mgle aneg­dot i po­pu­lar­nych le­gend. To, co wiemy lub mo­gli­by­śmy wie­dzieć albo czego by­śmy ewen­tu­al­nie mieli szczę­ście się na­uczyć o jego dziele, za­pełni nie­wąt­pli­wie w przy­szło­ści wię­cej bi­blio­tek niż to uczy­niło w prze­szło­ści. Można było na­szki­co­wać za­rys św. Fran­ciszka, ale gdy cho­dzi o św. To­ma­sza, wszystko za­leży od tego, czym bę­dzie ten za­rys wy­peł­niony. Opra­co­wa­nie Po­ve­rella w for­mie mi­nia­tury było w pew­nej mie­rze ro­botą w stylu śre­dnio­wiecz­nym, od­po­wia­da­jącą jego zdrob­nia­łej na­zwie. Ale skon­den­so­wać Nie­mego Wołu sy­cy­lij­skiego w pa­stylkę prze­cho­dzi wszel­kie ku­li­narne eks­pe­ry­menty, w ro­dzaju wtła­cza­nia wołu do fi­li­żanki. Można by jed­nak spo­dzie­wać się, że da się wy­ko­nać za­rys bio­gra­ficzny św. To­ma­sza dziś, gdy każdy czuje się na si­łach do na­pi­sa­nia za­rysu hi­sto­rii czy ja­kie­go­kol­wiek in­nego. Jed­nakże w da­nym wy­padku wy­miar tego za­rysu stał się ra­czej nad­mia­rem. Nie mamy na skła­dzie sukni, w którą by mógł się po­mie­ścić ten ko­lo­salny bra­ci­szek.

Po­wie­dzia­łem wy­żej, że te szkice mogą być je­dy­nie uwa­żane za por­trety w za­ry­sie. Ale kon­kretny kon­trast tych dwóch po­staci jest tak ude­rza­jący, że na­wet gdy­by­śmy obec­nie uj­rzeli te dwie ludz­kie fi­gury scho­dzące ku nam z pa­górka w swych ha­bi­tach mni­szych, kon­trast, który two­rzą, wy­dałby się nam na­wet ko­miczny. By­łoby to tak, jak­by­śmy wi­dzieli w od­dali syl­wetki Don Ki­szota i San­czo Pansy lub Fal­staffa i pana Chu­do­gęby. Św. Fran­ci­szek był chu­dym, ży­wym czło­wiecz­kiem, cien­kim jak nitka i drga­ją­cym jak na­pięta w łuku cię­ciwa, a w ru­chach po­dobny był do strzały. Przez całe ży­cie da­wał nura, zni­kał lub gdzieś pę­dził. Go­nił za że­bra­kami, goły umy­kał do lasu, wkra­dał się na obcy sta­tek, wci­skał się do na­miotu suł­tana ofia­ro­wu­jąc się wsko­czyć do ognia. Mu­siał być po­dobny do brą­zo­wego szkie­letu je­sien­nego li­ścia wi­ru­ją­cego w wiecz­nym tańcu na wie­trze; w rze­czy­wi­sto­ści jed­nak on sam był wia­trem.

Św. To­masz był wiel­kim, cięż­kim czło­wie­kiem, po­dob­nym do wołu, tłu­stym, po­wol­nym i spo­koj­nym; nie­zmier­nie ła­god­nym i wspa­nia­ło­myśl­nym ale nie bar­dzo to­wa­rzy­skim; nie­śmia­łym nie­za­leż­nie od po­kory to­wa­rzy­szą­cej świę­to­ści; i abs­tra­hu­jąc od sta­ran­nie ukry­wa­nych do­świad­czeń z dzie­dziny transów i eks­tazy. Św. Fran­ci­szek był tak nie­cier­pliwy, a na­wet po­ryw­czy, że du­chowni, przed któ­rymi na­gle się zja­wiał, brali go za wa­riata. Św. To­masz był tak odrę­twiały i ciężki, że ucznio­wie w szko­łach, w któ­rych stale uczył, uwa­żali go za głupca. Istot­nie był sam tego ro­dzaju uczniem, ja­kich się cza­sem spo­tyka, któ­rzy wolą być uwa­żani za głup­ców, niż do­pu­ścić, by bar­dziej przed­się­bior­cze pół­główki wdzie­rały się w ich wła­sne ma­rze­nia.

Ze­wnętrzne te kon­tra­sty za­zna­czały się w każ­dym pra­wie wy­padku u tych dwóch oso­bi­sto­ści. Pa­ra­dok­sem u św. Fran­ciszka było, że bę­dąc na­mięt­nym mi­ło­śni­kiem po­ezji, nie miał za­ufa­nia do ksią­żek. W prze­ci­wień­stwie do niego św. To­masz ko­chał książki i żył nimi, żył ży­ciem uczo­nego czy stu­denta z Opo­wie­ści Kan­tu­aryj­skich[1], co to wo­lał po­sia­dać sto ksią­żek Ary­sto­te­lesa i jego fi­lo­zo­fię, niż ja­kie­kol­wiek bo­gac­twa tego świata. Św. To­masz za­py­tany, za co naj­go­rę­cej Bogu dzię­kuje, od­po­wie­dział z pro­stotą: "Za to, że ro­zu­mia­łem każdą stronę, którą kie­dy­kol­wiek prze­czy­ta­łem". Po­ematy św. Fran­ciszka były pełne ży­cia, lecz do­ku­menty jego pracy były tro­chę mgli­ste. Św. To­masz po­świę­cił całe ży­cie do­ku­men­to­wa­niu ca­łych sys­te­mów li­te­ra­tury po­gań­skiej i chrze­ści­jań­skiej, a przy oka­zji skom­po­no­wał hymn, niby czło­wiek ko­rzy­sta­jący z wa­ka­cji. Obaj święci za­pa­try­wali się na ten sam pro­ble­mat z róż­nych punk­tów wi­dze­nia: pro­stoty i sub­tel­no­ści. Św. Fran­ci­szek są­dził, że wy­star­czało otwo­rzyć serce przed ma­ho­me­ta­nami, żeby od­wró­cić ich od czcze­nia Ma­ho­meta. Św. To­masz zaś ła­mał so­bie głowę nad każ­dym sub­tel­nym, jak włos, od­róż­nie­niem i de­duk­cją co do Ab­so­lutu lub Przy­pad­ko­wo­ści, je­dy­nie po to, aby ich uchro­nić od błęd­nego ro­zu­mie­nia Ary­sto­te­lesa. Św. Fran­ci­szek był sy­nem kupca, wła­ści­wie han­dlowca na­le­żą­cego do klasy śred­niej, i cho­ciaż całe jego ży­cie było cią­głym bun­tem prze­ciw ku­piec­kiemu ży­ciu ojca, odzie­dzi­czył jed­nak po nim szyb­kość orien­ta­cji i ła­twość ob­co­wa­nia to­wa­rzy­skiego, które ze sklepu ro­bią hu­czący ul, a mimo że był mi­ło­śni­kiem zie­lo­nych pól, można by o nim po­wie­dzieć ję­zy­kiem po­tocz­nym, że nie da­wał tra­wie wy­ra­stać pod sto­pami. Był z tych, któ­rych ame­ry­kań­scy mi­lio­ne­rzy i gang­ste­rzy na­zy­wają live wire - ży­wym dru­tem. Cha­rak­te­ry­styczne jest u zme­cha­ni­zo­wa­nych, współ­cze­snych lu­dzi, że na­wet gdy usi­łują wy­obra­zić so­bie żywą rzecz, mogą ją so­bie je­dy­nie przed­sta­wić jako me­cha­niczną me­ta­forę wziętą z rze­czy mar­twej. Ist­nieje taka rzecz: jak żywy ro­bak, lecz nie ist­nieje: żywy drut. Św. Fran­ci­szek byłby z ra­do­ścią uznał sie­bie za ro­baka; ale był on ro­ba­kiem bar­dzo ży­wym. Bę­dąc naj­więk­szym prze­ciw­ni­kiem ide­ału, da­ją­cego się wy­ra­zić ha­słem: "idź i zdo­by­waj", nie­wąt­pli­wie za­nie­chał zdo­by­wa­nia, ale wciąż szedł na­przód da­lej.

Św. To­masz prze­ciw­nie, po­cho­dził ze śro­do­wi­ska, w któ­rym mógłby ko­rzy­stać z nie­rób­stwa, i po­zo­stał jed­nym z tych, któ­rych praca ma po­smak spo­koju le­niwca. Był tę­gim pra­cow­ni­kiem, a jed­nak nikt by nie mógł po­są­dzić go o zbytni po­śpiech. Było w nim coś nie­wy­ra­żal­nego, co wy­róż­nia tych, któ­rzy pra­cują, cho­ciaż pra­co­wać nie po­trze­bują, gdyż po­cho­dził z moż­nego domu, a taki spo­kój może trwać z przy­zwy­cza­je­nia, mimo że już utra­cił swoje uza­sad­nie­nie. W nim jed­nak wy­ra­żało się to w naj­mil­szy spo­sób, na przy­kład jego nie­wy­mu­szoną uprzej­mo­ścią i cier­pli­wo­ścią. Każdy święty jest czło­wie­kiem, nim się sta­nie świę­tym, i z każ­dego ro­dzaju i ga­tunku czło­wieka może wy­ro­snąć święty, a więk­szość z nas wy­biera - spo­śród roz­ma­itych ty­pów - świę­tego, który od­po­wiada na­szemu uspo­so­bie­niu. Przy­znaję jed­nak, że cho­ciaż ro­man­tyczna au­re­ola św. Fran­ciszka nie stra­ciła dla mnie nic ze swego bla­sku, to jed­nak w póź­niej­szych la­tach do­ro­słem do od­czu­wa­nia pra­wie rów­nie ser­decz­nego przy­wią­za­nia, a pod pew­nymi wzglę­dami na­wet więk­szego, do tego czło­wieka, który nie zda­jąc so­bie z tego sprawy za­miesz­ki­wał i wiel­kie serce i wielką głowę, tak, jak ktoś, kto odzie­dzi­czył ob­szerny dom i sza­fuje w nim go­ścin­no­ścią rów­nie szczo­drą jak przod­ko­wie, choć może mniej świa­do­mie od nich to czyni. Są chwile, w któ­rych św. Fran­ci­szek, naj­mniej świa­towy czło­wiek, jaki kie­dy­kol­wiek cho­dził po świe­cie, wy­daje mi się pra­wie za bar­dzo ży­cio­wym.

Św. To­masz z Akwinu uka­zał się znów ostat­nio w kul­tu­rze wyż­szych szkół i sa­lo­nów w spo­sób, który byłby cał­kiem zdu­mie­wa­jący na­wet dzie­sięć lat temu. A modne po­wo­dze­nie, któ­rego stał się ośrod­kiem, nie­wąt­pli­wie bar­dzo się różni od po­wo­dze­nia, które uczy­niło po­pu­lar­nym św. Fran­ciszka przed dwu­dzie­stu laty. Każdy święty jest le­kar­stwem, po­nie­waż jest od­trutką. Oto dla­czego święty bywa czę­sto mę­czen­ni­kiem: biorą go omył­kowo za tru­ci­znę, po­nie­waż jest od­trutką. Wi­dzimy go na ogół, gdy uzdra­wia świat prze­sa­dza­niem tego wszyst­kiego, co świat za­nie­dbuje, a co by­naj­mniej nie bywa tym sa­mym pier­wiast­kiem w każ­dej epoce. Każde po­ko­le­nie in­stynk­tow­nie szuka swo­jego świę­tego, nie jest on prze­cież tym, czego lu­dzie pra­gną, lecz ra­czej tym, czego po­trze­bują. Nie­wąt­pli­wie jest wiele nie­po­ro­zu­mień w sło­wach skie­ro­wa­nych do pierw­szych świę­tych: "Je­ste­ście solą ziemi", które spo­wo­do­wały by­łego kaj­zera do uro­czy­stej uwagi, że to wła­śnie jego wo­łowi, by­czy Niemcy są solą ziemi, ro­zu­mie­jąc przez to, że co jest "by­cze", jest naj­lep­sze. Lecz sól na­daje smak i kon­ser­wuje wo­ło­winę nie dla­tego, że jest do niej po­dobna, ale wła­śnie dla­tego, że się od niej bar­dzo różni. Chry­stus nie mó­wił do Apo­sto­łów, że są je­dy­nie do­sko­na­łymi ludźmi, albo że są je­dy­nymi do­sko­na­łymi ludźmi, ale że są ludźmi wy­jąt­ko­wymi; wiecz­nie nie­okrze­sa­nymi i kłó­tli­wymi; a słowa o soli ziemi są istot­nie tak ostre, gry­zące i pie­kące, jak sama sól. I wła­śnie dla­tego, że byli wy­jąt­ko­wymi ludźmi, nie po­winni byli utra­cić wy­jąt­ko­wych swych za­let. "Je­śli sól zwie­trzeje, czym so­lona bę­dzie?" Sprawa to da­leko waż­niej­sza niż błahy la­ment nad ceną naj­lep­szej wo­ło­winy. Je­śli świat roz­wija się zbyt po ziem­sku, to Ko­ściół może go skar­cić, ale gdy Ko­ściół ro­śnie zbyt po ziem­sku, to świat nie może skar­cić go od­po­wied­nio za świa­to­wość.

Dla­tego pa­ra­dok­sem w hi­sto­rii jest to, że każde po­ko­le­nie bywa na­wra­cane przez świę­tego, któ­rego typ jest naj­więk­szym prze­ci­wień­stwem epoki. Św. Fran­ci­szek wy­wie­rał dziwny i pra­wie nie­po­jęty urok na spo­łe­czeń­stwo wik­to­riań­skie, na tych An­gli­ków dzie­więt­na­stego wieku, któ­rzy po­wierz­chow­nie zda­wali się być ludźmi zdro­wego roz­sądku i in­te­resu. Nie tylko dość układny An­glik, jak Ma­te­usz Ar­nold[2], ale na­wet an­giel­scy li­be­ra­ło­wie, któ­rych on kry­ty­ko­wał z po­wodu ich układ­no­ści, po­woli za­częli od­kry­wać ta­jem­nicę Śre­dnio­wie­cza w dziw­nym opo­wia­da­niu wy­ra­żo­nym skrzy­dlato i ogni­ście w ha­gio­gra­ficz­nych ob­ra­zach Giotta. Było coś w hi­sto­rii św. Fran­ciszka, co się prze­bi­jało przez wszyst­kie te an­giel­skie za­lety, tak osła­wione i nie­do­rzeczne aż do za­let bar­dziej ukry­tych i ludz­kich: istot­nej mięk­ko­ści serca, po­etycz­nej mgli­sto­ści umy­słu, uko­cha­nia kra­jo­brazu i zwie­rząt. Św. Fran­ci­szek z Asyżu był je­dy­nym śre­dnio­wiecz­nym ka­to­li­kiem, który rze­czy­wi­ście stał się po­pu­lar­nym w An­glii dzięki wła­snym za­le­tom. Stało się to w znacz­nym stop­niu wsku­tek pod­świa­do­mego po­czu­cia, że świat współ­cze­sny za­nie­dbał te szcze­gólne za­lety. Tak więc śred­nie klasy an­giel­skie zna­la­zły swego je­dy­nego mi­sjo­na­rza w po­staci na­le­żą­cej do typu naj­bar­dziej przez nie po­gar­dza­nego - typu wło­skiego że­braka.

Tak jak wiek dzie­więt­na­sty przy­wią­zał się do ro­man­ty­zmu fran­cisz­kań­skiego, wła­śnie dla­tego, że za­nie­dbał był ro­man­tyzm, tak wiek dwu­dzie­sty, po­nie­waż za­nie­dby­wał ro­zum, przy­wią­zuje się dziś do ra­cjo­nal­nej teo­lo­gii to­mi­stycz­nej. Do świata, który był zbyt bez­na­mięt­nym, chrze­ści­jań­stwo po­wró­ciło w po­staci włó­częgi; do świata wzra­sta­ją­cego zbyt dziko chrze­ści­jań­stwo po­wró­ciło pod po­sta­cią na­uczy­ciela lo­giki. W świe­cie Her­berta Spen­cera lu­dzie po­trze­bo­wali ku­ra­cji na nie­straw­ność, w świe­cie Ein­ste­ina po­trze­bo­wali le­czyć się na za­wroty głowy. W pierw­szym przy­padku za­uwa­żyli fakt, że do­piero po dłu­gim po­ście św. Fran­ci­szek za­śpie­wał Hymn do słońca i po­chwałę owo­co­daj­nej ziemi. W dru­gim przy­padku już nie­wy­raź­nie do­strze­gają, że na­wet chcąc tylko zro­zu­mieć Ein­ste­ina, na­leży wpierw zro­zu­mieć po­ży­tek ro­zu­mie­nia. Po­częto się orien­to­wać, że skoro osiem­na­ste stu­le­cie uwa­żało się za wiek ro­zumu, a dzie­więt­na­ste za wiek zdro­wego roz­sądku, to stu­le­cie dwu­dzie­ste nie może jak do­tąd sta­rać się być czymś wię­cej, jak wie­kiem nie­zwy­kłego non­sensu. W tych wa­run­kach świat po­trze­buje świę­tego, ale po­nad wszystko po­trze­buje fi­lo­zofa. A te dwa przy­kłady wska­zują na to, że świat, od­dajmy mu tę spra­wie­dli­wość, in­stynk­tow­nie ro­zu­mie, czego mu po­trzeba. Zie­mia była istot­nie bar­dzo pła­ską dla tych wik­to­rian, któ­rzy z upo­rem po­wta­rzali, że jest okrą­gła; a Al­werno od styg­ma­tów wzno­siło się jako je­dyna góra wśród rów­niny. A dla nich ist­nieje coś bar­dziej stro­mego i na­wet trud­niej­szego do po­ję­cia niż szczyt gór­ski, mia­no­wi­cie: ka­wa­łek praw­dzi­wie so­lid­nego gruntu, po­ziom czło­wieka o zrów­no­wa­żo­nym umy­śle.

W ten spo­sób za na­szych cza­sów obaj święci od­dzia­ły­wali na dwa po­ko­le­nia: po­ko­le­nie ro­man­tyczne i po­ko­le­nie scep­tyczne. Wszakże i w epoce, w któ­rej żyli, prze­pro­wa­dzali to samo dzieło, dzieło, które prze­mie­niło świat.

Tu znowu na­le­ża­łoby przy­znać, że po­wyż­sze po­rów­na­nie jest go­ło­słowne i nie od­twa­rza za­mie­rzo­nego ob­razu na­wet jako fan­ta­zja, po­nie­waż ci dwaj lu­dzie nie byli na­wet z tego sa­mego po­ko­le­nia i nie żyli w tej sa­mej epoce hi­sto­rycz­nej. Je­śli­by­śmy mieli przed­sta­wić dwóch Braci jako Nie­biań­skie Bliź­nięta, ja­sną jest rze­czą, że by­liby to św. Fran­ci­szek i św. Do­mi­nik. Sto­su­nek św. Fran­ciszka do św. To­ma­sza byłby co naj­wy­żej sto­sun­kiem stryja do bra­tanka, a w tym wy­padku moje fan­ta­styczne wy­wody wy­dać by się mo­gły zgoła żar­to­bliwą wer­sją pio­senki "Tomku ustąp miej­sca stry­jasz­kowi".

Bo je­śli św. Fran­ci­szek i św. Do­mi­nik byli wiel­kimi nie­biań­skimi bliź­nię­tami, to oczy­wi­ście To­masz był pierw­szym wy­bit­nym sy­nem św. Do­mi­nika, tak jak nim był św. Bo­na­wen­tura wzglę­dem św. Fran­ciszka. Nie­mniej mam po­wód (wła­ści­wie dwa po­wody) wpro­wa­dzić do tek­stu dwa opo­wia­da­nia z dwóch ty­tu­ło­wych stro­nic i po­sta­wić św. To­ma­sza obok św. Fran­ciszka za­miast wią­zać go z fran­cisz­kań­skim Bo­na­wen­turą. A to dla­tego, że to po­rów­na­nie, jak­kol­wiek po­zor­nie da­le­kie i prze­krętne, jest rze­czy­wi­ście naj­prost­szym skró­tem do serca hi­sto­rii i wie­dzie nas naj­krót­szą drogą do istot­nej sprawy ży­cia i dzieła św. To­ma­sza z Akwinu. Wielu bo­wiem lu­dzi ma obec­nie w pa­mięci pry­mi­tywny lecz ma­low­ni­czy ob­raz św. Fran­ciszka z Asyżu. A naj­krót­szym spo­so­bem, jak wy­ra­zić sprawę św. To­ma­sza, bę­dzie to ob­ja­śnić, że cho­ciaż ci dwaj lu­dzie róż­nili się od sie­bie każ­dym pra­wie ry­sem, w rze­czy­wi­sto­ści jed­nak ro­bili to samo. Je­den ro­bił to w świe­cie umy­sło­wym, drugi w świe­cie świec­kim. Ale był to je­den i ten sam wielki ruch śre­dnio­wieczny, do­tych­czas za­wsze jed­nak mało ro­zu­miany. W po­ję­ciu kon­struk­tyw­nym był on waż­niej­szy od Re­for­ma­cji. Co wię­cej w kon­struk­tyw­nym sen­sie był on samą Re­for­ma­cją.

Co do tego śre­dnio­wiecz­nego ru­chu przede wszyst­kim na­leży pod­kre­ślić dwa fakty. Nie są one oczy­wi­ście fak­tami sprzecz­nymi, lecz są może od­po­wie­dzią na sprzeczne złudy. Po pierw­sze: wbrew wszyst­kiemu, co się kie­dy­kol­wiek mó­wiło o prze­są­dach Wie­ków Ciem­noty i ja­ło­wo­ści scho­la­styki, był to jed­nak pod każ­dym wzglę­dem ruch po­głę­bia­jący, stale dą­żący ku więk­szemu świa­tłu a na­wet ku więk­szej wol­no­ści. Po dru­gie: po­mimo wszystko, co się póź­niej mó­wiło o po­stę­pie, Od­ro­dze­niu i zwia­stu­nach my­śli współ­cze­snej, ruch ten był za­wsze cał­ko­wi­cie ru­chem pra­wo­wier­nego za­pału teo­lo­gicz­nego, roz­nie­co­nego z we­wnątrz. Nie był on kom­pro­mi­sem ze świa­tem czy pod­da­niem się po­ga­nom lub he­re­ty­kom, albo tylko za­po­ży­cza­niem po­mocy ze­wnętrz­nej, gdy na­wet jej za­po­ży­czał. W miarę jak wy­chy­lał się na świa­tło dnia po­wsze­dniego, było w tym jakby dzia­ła­nie ro­śliny, która o wła­snych si­łach zwraca listki ku słońcu, nie zaś jak dzia­ła­nie obce do­pusz­cza­jące tylko świa­tło dzienne do wię­zie­nia.

Sło­wem ów ruch był tym, co się tech­nicz­nie okre­śla jako roz­wój w dok­try­nie. Ale zdaje się, że pa­nuje dziwne nie­zro­zu­mie­nie nie tylko tech­nicz­nego, ale i zwy­czaj­nego zna­cze­nia słowa roz­wój. Kry­tycy teo­lo­gii ka­to­lic­kiej zdają się są­dzić, że jest to nie tyle ewo­lu­cja, co ucieczka; a w naj­lep­szym ra­zie ad­ap­ta­cja. Wy­obra­żają so­bie, że praw­dzi­wym jego po­wo­dze­niem jest po­wo­dze­nie w pod­da­niu się. Ale to nie jest praw­dziwe zna­cze­nie słowa "roz­wój". Gdy mó­wimy o dziecku pra­wi­dłowo roz­wi­nię­tym, mamy na my­śli, że wy­ro­sło więk­sze i sil­niej­sze o wła­snej sile, a nie że wy­pchano je po­dusz­kami i że cho­dzi na szczu­dłach, aby wy­glą­dać wyż­sze. Kiedy mó­wimy, że szcze­nię wy­ro­sło na psa, nie twier­dzimy, że jego wzrost jest stop­nio­wym kom­pro­mi­sem z ko­tem, lecz mamy na my­śli, że szcze­nię staje się co­raz bar­dziej psim, a nie co­raz mniej. Roz­wój jest eks­pan­sją wszyst­kich moż­li­wo­ści i za­war­to­ści dok­tryny aż do chwili, kiedy na­leży je po­se­gre­go­wać i nie­które od­rzu­cić, a naj­waż­niej­szym punk­tem jest to, że roz­wój śre­dnio­wiecz­nej teo­lo­gii był po pro­stu cał­ko­wi­tym jej uję­ciem. Jest sprawą pierw­szo­rzęd­nej wagi naj­przód uświa­do­mić so­bie ten fakt co do epoki wiel­kiego Do­mi­ni­ka­nina i pierw­szego Fran­cisz­ka­nina, po­nie­waż ich ten­den­cje hu­ma­ni­styczne i na­tu­ra­li­styczne pod wielu wzglę­dami były praw­dzi­wie roz­wo­jem naj­wyż­szej na­uki, która była za­ra­zem do­gma­tem wszyst­kich do­gma­tów. W tym wła­śnie po­pu­larna po­ezja św. Fran­ciszka i nie­mal ra­cjo­na­li­styczna proza św. To­ma­sza ob­ja­wiają się naj­bar­dziej ży­wot­nie jako cząstka tego sa­mego ru­chu. Są oni obaj ol­brzy­mami ka­to­lic­kiego roz­woju za­leż­nymi od rze­czy ze­wnętrz­nych je­dy­nie o tyle, o ile każda ży­jąca i ro­snąca rzecz jest od nich za­leżna, to zna­czy gdy prze­tra­wia je i prze­mie­nia, ale idzie da­lej z wła­snym, nie za­po­ży­czo­nym od nich ob­li­czem.

Bud­dy­sta może śnić o dwóch rze­czach, które jed­no­cze­śnie wza­jem­nie się po­że­rają, jako o do­sko­na­łej for­mie zjed­no­cze­nia. Ale ina­czej ma się sprawa z ży­wymi isto­tami. Św. Fran­ci­szek rad na­zy­wał sie­bie Tru­ba­du­rem Bo­żym, ale nie był rad z Boga Tru­ba­du­rów. Św. To­masz nie go­dził Chry­stusa z Ary­sto­te­le­sem, ale Ary­sto­te­lesa go­dził z Chry­stu­sem.

Tak, po­mimo kon­tra­stu rów­nie wy­raź­nego a na­wet śmiesz­nego, jak po­rów­na­nie czło­wieka tłu­stego z chu­dym, a czło­wieka wy­so­kiego z ni­skim, po­mimo kon­tra­stu po­mię­dzy włó­częgą a uczo­nym, ter­mi­na­to­rem a ary­sto­kratą, po­mię­dzy czło­wie­kiem nie­na­wi­dzą­cym ksią­żek a ko­cha­ją­cym je, po­mię­dzy naj­dzik­szym z mi­sjo­na­rzy a naj­ła­god­niej­szym z pro­fe­so­rów, wiel­kim fak­tem śre­dnio­wiecz­nej hi­sto­rii jest ten, że ci dwaj lu­dzie wy­ko­ny­wali to samo wiel­kie dzieło, w pra­cowni je­den, a na ulicy drugi. Nie wno­szą oni do chrze­ści­jań­stwa nic no­wego w ro­zu­mie­niu cze­goś po­gań­skiego lub he­re­tyc­kiego, prze­ciw­nie wno­szą do chrze­ści­jań­stwa chrze­ści­jań­skość. Ale zwra­cają ją wbrew na­ci­skowi pew­nych hi­sto­rycz­nych ten­den­cji, które usta­liły się, jak zwy­czaj w wielu wiel­kich szko­łach i au­to­ry­te­tach, u władz chrze­ści­jań­skiego ko­ścioła, a uży­wają przy tym na­rzę­dzi i broni, które wielu wy­da­wały się zwią­zane z po­gań­stwem i he­re­zją. Św. Fran­ci­szek uży­wał na­tury, jak św. To­masz Ary­sto­te­lesa, a nie­któ­rym to się zda­wało wpro­wa­dza­niem po­gań­skiej bo­gini i po­gań­skiego mę­drca. To, co czy­nili w rze­czy­wi­sto­ści, a zwłasz­cza co rze­czy­wi­ście czy­nił św. To­masz, bę­dzie główną tre­ścią tych stro­nic. Jed­nakże nie od rze­czy było, nim do tego przy­stą­pimy, po­rów­nać go ze świę­tym cie­szą­cym się więk­szą niż on po­pu­lar­no­ścią, po­nie­waż w ten spo­sób mo­żemy ze­sta­wić treść tej książki w naj­po­pu­lar­niej­szy spo­sób. Może to brzmieć bę­dzie zbyt pa­ra­dok­sal­nie, gdy po­wiemy, że ci dwaj święci wy­ba­wili nas od du­cho­wo­ści. Sąd to okropny. Może też bę­dzie to źle zro­zu­miane, je­śli po­wiem, że św. Fran­ci­szek swoją wielką mi­ło­ścią dla zwie­rząt wy­ba­wił nas od bud­dy­zmu, a św. To­masz całą swą mi­ło­ścią dla grec­kiej fi­lo­zo­fii ura­to­wał nas od pla­to­ni­zmu. Ale naj­le­piej bę­dzie wy­ra­zić prawdę w jej naj­prost­szej for­mie, a mia­no­wi­cie, że oby­dwaj po­twier­dzili Wcie­le­nie, spro­wa­dza­jąc Boga z po­wro­tem na zie­mię.

Ta ana­lo­gia, która być może wyda się ra­czej od­da­lona, jest naj­lep­szym prak­tycz­nym wstę­pem do fi­lo­zo­fii św. To­ma­sza. Jak to póź­niej zo­ba­czymy bli­żej, czy­sto du­chowa czy też mi­styczna strona ka­to­li­cy­zmu wzięła była znacz­nie górę w pierw­szych wie­kach ka­to­li­cy­zmu, dzięki ge­niu­szowi Au­gu­styna, który był pla­to­ni­kiem, a może ni­gdy nim być nie prze­stał; dzięki trans­cen­den­tal­no­ści przy­pusz­czal­nego dzieła Are­opa­gity; dzięki wschod­niemu kie­run­kowi póź­niej­szego Ce­sar­stwa i temu za­bar­wie­niu azja­tyc­kiemu w nie­mal pon­ty­fi­kal­nym kró­le­stwie Bi­zan­tyj­skim. Wszyst­kie te rze­czy przy­gnio­tły to, co by­śmy dziś po pro­stu na­zwali ele­men­tem za­chod­nim, cho­ciaż mia­łoby rów­nie do­bre prawo być na­zwane ele­men­tem chrze­ści­jań­skim, gdyż ozna­cza po pro­stu świętą swoj­skość słowa, które się stało cia­łem. Tak czy owak musi nam na ra­zie wy­star­czyć, gdy po­wiemy, że teo­lo­go­wie nieco ze­sztyw­nieli byli w pew­nej du­mie pla­toń­skiej, bę­dąc w po­sia­da­niu nie­na­ru­szal­nych i nie­wy­ra­żal­nych prawd we­wnętrz­nych, jak gdyby żadna cząstka ich wie­dzy nie miała wcale ko­rzeni w świe­cie rze­czy­wi­sto­ści. A więc pierw­szą rze­czą, którą uczy­nił To­masz z Akwinu, cho­ciaż by­naj­mniej nie ostat­nią, było ode­zwa­nie się do tych bez­względ­nych trans­cen­den­ta­li­stów mniej wię­cej w te słowa:

"Da­leki jest biedny Bra­ci­szek od za­prze­cza­nia, że ma­cie w gło­wach olśnie­wa­jące dia­menty, ujęte w naj­do­sko­nal­sze kształty ma­te­ma­tyczne i świe­cące czy­sto nie­biań­skim świa­tłem; a wszyst­kie tam ist­niały za­nim jesz­cze za­czę­li­ście my­śleć, a na­wet wi­dzieć, sły­szeć albo czuć. Co do mnie to nie wsty­dzę się przy­znać, że umysł mój ży­wią zmy­sły, że wiele z tych rze­czy, które my­ślę, za­wdzię­czam temu, co wi­dzę, wą­cham, sma­kuję i do­ty­kam. I że tak da­lece, jak to do­ty­czy mego ro­zumu, czuję się zo­bo­wią­zany uznać tę całą rze­czy­wi­stość za rze­czy­wi­stą. Sło­wem, przy­znaję w po­ko­rze, że nie wie­rzę, aby Bóg żą­dał od czło­wieka roz­wi­ja­nia je­dy­nie tego oso­bli­wego, wznio­słego i abs­trak­cyj­nego ro­dzaju in­te­lektu, jaki ma­cie szczę­ście po­sia­dać; ale wie­rzę, że ist­nieje po­śred­nia dzie­dzina zja­wisk do­star­cza­nych przez zmy­sły w tym celu, by stały się przed­mio­tem ro­zumu, i że na tym polu ro­zum ma prawo rzą­dzić jako przed­sta­wi­ciel Boga w czło­wieku. Prawdą jest, że to wszystko jest niż­sze od Anio­łów, ale jest wyż­sze od zwie­rząt i wszyst­kich tych ma­te­rial­nych przed­mio­tów, które czło­wiek znaj­duje wo­koło sie­bie. Na­prawdę, czło­wiek też może być przed­mio­tem i to na­wet po­ża­ło­wa­nia god­nym przed­mio­tem. Ale co czło­wiek czy­nił, niech czyni da­lej, a je­śli sta­ro­świecki stary po­ga­nin zwany Ary­sto­te­le­sem może mi w tym do­po­móc, z całą po­korą mu za to po­dzię­kuję".

Tak się za­czyna to, co po­tocz­nie się na­zywa we­zwa­niem Akwi­naty do Ary­sto­te­lesa. Mo­głoby też na­zy­wać się to we­zwa­niem do ro­zumu i wła­dzy zmy­słów. I zo­ba­czymy, że jest pewna do tego pa­ra­lela w fak­cie, iż św. Fran­ci­szek nie tylko wsłu­chi­wał się w głosy aniel­skie, ale rów­nież słu­chał śpiewu pta­ków. A za­nim doj­dziemy do tych ści­śle in­te­lek­tu­al­nych aspek­tów św. To­ma­sza, bę­dziemy mo­gli za­uwa­żyć, że i w nim, jak w św. Fran­ciszku, znaj­duje się za­sad­ni­czy pier­wia­stek prak­tyczny ra­czej na­tury mo­ral­nej: pewna do­bro­tliwa i pro­sto­li­nijna po­kora, ta go­to­wość czło­wieka do upa­try­wa­nia, pod pew­nym wzglę­dem na­wet w so­bie, zwie­rzę­cia. Tak św. Fran­ci­szek, jak wiemy, po­rów­ny­wał swoje ciało do osła. Mo­żemy tu do­dać, że kon­trast po­mię­dzy tymi dwiema oso­bami utrzy­muje się we wszyst­kim, na­wet w zoo­lo­gicz­nych me­ta­fo­rach i że je­śli św. Fran­ci­szek był po­dobny do po­spo­li­tego czy ogro­do­wego osła, który na swym grzbie­cie niósł Chry­stusa do Je­ro­zo­limy, to św. To­masz, który za swych cza­sów był po­rów­ny­wany do wołu, był ra­czej po­dobny do tej apo­ka­lip­tycz­nej be­stii zbli­żo­nej do ta­jem­ni­czego asy­ryj­skiego skrzy­dla­tego byka.

Nie wolno nam jed­nak do­pusz­czać, by to wszystko, co sta­nowi mię­dzy nimi kon­trast, za­ciem­niało to, co im było wspólne i za­po­mi­nąć o tym, że ża­den z nich nie byłby za dumny, by cze­kać rów­nie cier­pli­wie jak wół i osioł w sta­jence Be­tle­jem­skiej.

Fi­lo­zo­fia św. To­ma­sza za­wiera oczy­wi­ście, jak wkrótce zo­ba­czymy, wiele in­nych bar­dziej zaj­mu­ją­cych i zło­żo­nych my­śli poza tą pier­wotną my­ślą o ja­kimś za­sad­ni­czym, zdro­wym roz­sądku, od­ży­wia­nym przez pięć zmy­słów. Ale na tym szcze­blu główny punkt sprawy nie po­lega tylko na tym, że to była na­uka to­mi­styczna, ale że jest to praw­dziwa i do­nio­sła na­uka chrze­ści­jań­ska. Al­bo­wiem co do tego współ­cze­śni pi­sa­rze pi­szą mnó­stwo nie­do­rzecz­no­ści i wy­ka­zują wię­cej niż nor­malną na­iw­ność, omi­ja­jąc ten ważny punkt. Przy­jąw­szy od sa­mego po­czątku, jako rzecz bez­sporną, że wszel­kie wy­zwo­le­nie musi od­wró­cić lu­dzi od re­li­gii a pro­wa­dzić do jej braku, w śle­po­cie swej za­po­mnieli, co jest naj­waż­niej­szą ce­chą sa­mej re­li­gii.

Nie da się dłu­żej ukry­wać przed ni­kim faktu, że św. To­masz był jed­nym z wiel­kich oswo­bo­dzi­cieli ludz­kiego umy­słu. Sek­cia­rze sie­dem­na­stego i osiem­na­stego wieku byli za­sad­ni­czo ob­sku­ran­tami i za­cho­wy­wali pełną ciem­noty le­gendę o ob­sku­ran­ty­zmie Scho­la­sty­ków. Była to le­genda mocno już wy­tarta i prze­sta­rzała jesz­cze w dzie­więt­na­stym stu­le­ciu, a cóż do­piero mó­wić o dwu­dzie­stym. Nie ma to nic do czy­nie­nia z praw­dzi­wo­ścią ani ich, ani jego teo­lo­gii, a je­dy­nie z praw­dzi­wo­ścią pro­por­cji hi­sto­rycz­nej, która na nowo się po­ja­wia w miarę za­mie­ra­nia spo­rów. Po pro­stu, jako je­den z fak­tów, które od­gry­wają znaczną rolę w dzie­jach, zgod­nie z prawdą, na­leży po­wie­dzieć, że św. To­masz był bar­dzo wiel­kim czło­wie­kiem, który po­go­dził re­li­gię z ro­zu­mem, który skie­ro­wał go ku na­uce do­świad­czal­nej i pod­kre­ślał, że zmy­sły są oknami du­szy, a ro­zum ma bo­skie prawo od­ży­wiać się fak­tami i że jest to za­da­niem wiary stra­wić cięż­kie mięso naj­tward­szej i naj­prak­tycz­niej­szej fi­lo­zo­fii po­gań­skiej. Jest to fakt po­dobny do stra­te­gii wo­jen­nej Na­po­le­ona, że To­masz w ten spo­sób wal­czył o wszystko, co jest wol­no­ścią i świa­tłem w po­rów­na­niu do swych współ­za­wod­ni­ków lub w tej sa­mej spra­wie - do swych na­stęp­ców, i za­stęp­ców.

Ci, któ­rzy dla in­nych po­wo­dów uczci­wie przy­jęli osta­teczny wy­nik Re­for­ma­cji, mu­szą nie­mniej uznać fakt, że to wła­śnie twórca scho­la­styki był praw­dzi­wym re­for­ma­to­rem, a póź­niejsi re­for­ma­to­rzy byli w po­rów­na­niu z nim re­ak­cjo­ni­stami. Uży­wam tu tego słowa nie w cha­rak­te­rze za­rzutu ze swego wła­snego punktu wi­dze­nia, ale dla stwier­dze­nia faktu ze zwy­czaj­nego współ­cze­snego po­stę­po­wego sta­no­wi­ska. Re­for­ma­to­rzy, na przy­kład, przy­gważ­dżali umy­sły do do­słow­nego poj­mo­wa­nia he­braj­skich Pism świę­tych, pod­czas gdy św. To­masz już mó­wił o Du­chu ob­da­rza­ją­cym ła­ską fi­lo­zo­fię grecką. Gdy on kładł na­cisk na spo­łeczny obo­wią­zek uczyn­ków, na to oni mó­wili tylko o du­cho­wym obo­wiązku wiary. Praw­dziwą tre­ścią na­uki to­mi­stycz­nej było za­ufa­nie do ro­zumu, praw­dziwą tre­ścią na­uki lu­te­rań­skiej była cał­ko­wita nie­uf­ność do ro­zumu.

Te­raz kiedy ten fakt zo­stał stwier­dzony jako taki, za­cho­dzi nie­bez­pie­czeń­stwo, że cała ta nie­usta­lona opo­zy­cja na­gle się prze­rzuci do prze­ciw­nej osta­tecz­no­ści. Ci, któ­rzy do­tąd ła­jali twórcę scho­la­styki jako do­gma­tyka, za­czną po­dzi­wiać go jako mo­der­ni­stę, który do­gmat roz­cień­czył. Wkrótce zaś za­czną zdo­bić jego po­mnik wszyst­kimi zwię­dłymi gir­lan­dami po­stępu, przed­sta­wia­jąc go jako czło­wieka wy­prze­dza­ją­cego swoją epokę, co za­wsze ma ozna­czać, że jest on w zgo­dzie z na­szą epoką i obar­czą go nie­słusz­nym za­rzu­tem twórcy za­sad współ­cze­snych. Wy­kryją tedy po­cią­ga­jący jego urok i nieco zbyt po­spiesz­nie orzekną, że był do nich po­dobny, po­nie­waż był po­cią­ga­jący. Do pew­nego stop­nia można to wy­ba­czyć i do pew­nego stop­nia zda­rzyło się to ze św. Fran­cisz­kiem. Ale w tym wy­padku nie prze­kro­czy­łoby tych gra­nic. Nikt, na­wet tacy wol­no­my­śli­ciele, jak Re­nan[3] lub Ma­te­usz Ar­nold[4], nie by­liby twier­dzili, że św. Fran­ci­szek był czym­kol­wiek in­nym niż po­boż­nym chrze­ści­ja­ni­nem, lub że kie­ro­wał nim jaki inny za­sad­ni­czy po­wód a nie na­śla­do­wa­nie Chry­stusa. Św. Fran­ci­szek także miał ten wy­zwa­la­jący i uczło­wie­cza­jący wpływ na re­li­gię, choć może ra­czej na wy­obraź­nię niż umysł. A jed­nak nikt nie twier­dzi, że św. Fran­ci­szek roz­luź­niał za­sady chrze­ści­jań­skie, pod­czas gdy naj­wi­docz­niej je za­ci­skał, niby wła­sny ha­bit, opa­su­jąc go sznu­rem. Nikt też nie mówi, że otwie­rał drzwi scep­ty­cy­zmowi na­uko­wemu, lub że to­ro­wał drogę hu­ma­ni­zmowi po­gań­skiemu, ani że tę­sk­nie wy­pa­try­wał Od­ro­dze­nia, czy też szedł w pół drogi na spo­tka­nie ra­cjo­na­li­stów. Ża­den bio­graf nie utrzy­muje, że św. Fran­ci­szek, gdy rze­komo otwo­rzyw­szy na chy­bił tra­fił Ewan­ge­lie, wy­czy­tał z nich do­nio­słe tek­sty o Ubó­stwie, w rze­czy sa­mej otwo­rzył Ene­idę dla do­ko­na­nia Sors Ver­gi­liana ze czci dla po­gań­skiej li­te­ra­tury i na­uki. Ża­den hi­sto­ryk nie wy­gła­sza zda­nia, że św. Fran­ci­szek na­pi­sał Pieśń do słońca w ści­słym na­śla­dow­nic­twie Ho­me­ryc­kiego Hymnu do Apol­lina albo że ko­chał ptaki dla­tego, że się szcze­gó­łowo na­uczył wszyst­kich sztu­czek au­gu­rów rzym­skich.

Krótko mó­wiąc, więk­szość lu­dzi, chrze­ści­jan czy też po­gan, przy­zna­łaby obec­nie, że uczu­cie fran­cisz­kań­skie było przede wszyst­kim uczu­ciem chrze­ści­jań­skim, po­wsta­łym z we­wnątrz i pły­ną­cym z nie­win­nej (czy jak kto woli nie­okrze­sa­nej) wiary w samą re­li­gię chrze­ści­jań­ską. Nikt, ja­kem to już mó­wił, nie twier­dzi, że św. Fran­ci­szek czer­pał swoje pier­wotne na­tchnie­nie z Owi­diu­sza. By­łoby to rów­nie błędne, jak twier­dze­nie, że św. To­masz czer­pał je z Ary­sto­te­lesa. Cała na­uka pły­nąca z jego ży­cia, zwłasz­cza ży­cia mło­dzień­czego, cała hi­sto­ria jego dzie­ciń­stwa i wy­bór ka­riery, wska­zują na to, że był po­nad wszystko i przede wszyst­kim po­bożny i że na­mięt­nie ko­chał kult ka­to­licki długo przed­tem, za­nim so­bie uświa­do­mił, że bę­dzie mu­siał sta­czać on walki. Ale w tym mamy szcze­gólny i do­bitny przy­kład tego, co jed­nym wię­cej wię­zem łą­czy św. To­ma­sza ze św. Fran­cisz­kiem. Za­po­mniano w za­dzi­wia­jący spo­sób, że obaj święci na­śla­do­wali fak­tycz­nie Na­uczy­ciela, któ­rym nie był Ary­sto­te­les, a tym mniej Owi­diusz, wtedy gdy uświę­cali zmy­sły lub pro­ste przed­mioty przy­rody, gdy św. Fran­ci­szek po­kor­nie prze­cha­dzał się wśród zwie­rząt, albo gdy św. To­masz uprzej­mie dys­ku­to­wał z po­ga­nami.

Ci, któ­rzy to prze­oczają, prze­oczają za­sad­ni­czy punkt re­li­gii, na­wet gdyby ona była prze­są­dem; co wię­cej prze­oczają w niej ten punkt, który by mo­gli na­zwać naj­bar­dziej prze­sąd­nym. Mam na my­śli całą tę opo­wieść o Bogu-Czło­wieku w Ewan­ge­lii. Nie­któ­rzy na­wet prze­oczają tę sprawę u św. Fran­ciszka w jego pro­stym i nie­uczo­nym od­wo­ły­wa­niu się do Ewan­ge­lii. Będą mó­wili o go­to­wo­ści św. Fran­ciszka ucze­nia się od kwia­tów i pta­ków, jako o czymś, co może je­dy­nie wska­zy­wać na po­gań­skie Od­ro­dze­nie w przy­szło­ści. A tym­cza­sem fakt rzuca się im w oczy, przede wszyst­kim wska­zu­jąc wstecz na Nowy Te­sta­ment, a po wtóre kie­ru­jąc na­przód, je­śli w ogóle do czego kie­ruje, to do ary­sto­te­le­sow­skiego re­ali­zmu Summy św. To­ma­sza. Męt­nie so­bie wy­obra­żają, że kto uczło­wie­cza bó­stwo, ten je po­ga­ni­zuje, nie do­strze­ga­jąc, że uczło­wie­cze­nie bó­stwa jest w rze­czy sa­mej naj­bar­dziej istot­nym, naj­waż­niej­szym i naj­trud­niej­szym do­gma­tem wiary. Św. Fran­ci­szek sta­wał się po­dob­niej­szy do Chry­stusa, a ani tro­chę nie po­dob­niej­szy do Buddy, gdy spo­glą­dał na li­lie po­lne albo na ptaki nie­bie­skie. A św. To­masz sta­wał się bar­dziej chrze­ści­ja­ni­nem, a wcale nie bar­dziej uczniem Ary­sto­te­lesa, gdy pod­kre­ślał, że Bóg i ob­raz Jego wszedł przez ma­te­rię w kon­takt ze świa­tem ma­te­rial­nym. Ci święci byli, w naj­ści­ślej­szym tego słowa zna­cze­niu, hu­ma­ni­stami, po­nie­waż pod­kre­ślali ol­brzy­mie zna­cze­nie istoty ludz­kiej w teo­lo­gicz­nym sche­ma­cie wszech­rze­czy. Ale nie byli oni hu­ma­ni­stami, któ­rzy kro­czą dro­gami po­stępu wio­dą­cego do mo­der­ni­zmu i ogól­nego scep­ty­cy­zmu, al­bo­wiem hu­ma­nizm ich stwier­dzał do­gmat, obec­nie nie­raz uwa­żany za naj­bar­dziej prze­sądny su­per­hu­ma­nizm. Wzmac­niali oni ową na­ukę o Wcie­le­niu, w którą scep­ty­kom naj­trud­niej uwie­rzyć. Nie może być trwal­szej i bar­dziej nie­ugię­tej czę­ści w chrze­ści­jań­skim bó­stwie, jak Bó­stwo Chry­stu­sowe.

Do­cho­dzimy tu do bar­dzo za­sad­ni­czego punktu ca­łej sprawy: mia­no­wi­cie, że ci lu­dzie sta­wali się tym bar­dziej pra­wo­wierni, im bar­dziej sta­wali się roz­sądni i na­tu­ralni. Tylko bę­dąc tak pra­wo­wierni, mo­gli być za­ra­zem tak roz­sądni i na­tu­ralni, in­nymi słowy: to, co na­prawdę może być na­zwane teo­lo­gią li­be­ralną, roz­wi­nęło się z we­wnątrz, z pier­wot­nych ta­jem­nic ka­to­li­cy­zmu. Ale ta li­be­ral­ność nie miała nic wspól­nego z li­be­ra­li­zmem; fak­tycz­nie obec­nie nie może na­wet współ­ist­nieć z li­be­ra­li­zmem[5]. Ta sprawa jest tak ważna, że we­zmę parę spe­cjal­nych my­śli św. To­ma­sza, aby wy­ja­śnić, o co mi cho­dzi. Ele­men­tarny za­rys to­mi­zmu przyj­dzie póź­niej, tu trzeba za­zna­czyć tylko na­stę­pu­jące punkty.

Na przy­kład było to bar­dzo pod­kre­ślaną przez św. To­ma­sza my­ślą, że czło­wieka na­leży ba­dać w cał­ko­wi­tym jego czło­wie­czeń­stwie; że czło­wiek bez swego ciała nie jest czło­wie­kiem, po­dob­nie jak nie jest czło­wie­kiem bez swo­jej du­szy. Trup nie jest czło­wie­kiem, ale i duch nie jest czło­wie­kiem. Wcze­śniej­sza szkoła św. Au­gu­styna, a na­wet An­zelma tro­chę tę sprawę lek­ce­wa­żyła, uwa­ża­jąc du­szę za je­dyny po­trzebny skarb, spo­wity na pe­wien czas w bez­war­to­ściową pie­luszkę. Na­wet tu byli oni mniej pra­wo­wierni, a za­ra­zem bar­dziej du­chowi. Krą­żyli cza­sem na krań­cach tych wschod­nich pu­styń roz­cią­ga­ją­cych się aż do kra­iny trans­mi­gra­cji, gdzie du­sza istotna prze­cho­dzi przez setki nie­istot­nych ciał, wcie­la­jąc się na­wet w ciała zwie­rząt lub pta­ków. Św. To­masz stał nie­za­chwia­nie przy zda­niu, że ciało czło­wieka jest jego cia­łem, a umysł jego, wła­snym jego umy­słem. I że czło­wiek może być tylko rów­no­wagą i zjed­no­cze­niem tych dwojga. Otóż jest to w pew­nej mie­rze po­ję­ciem na­tu­ra­li­stycz­nym bar­dzo zbli­żo­nym do współ­cze­snego sza­cunku dla rze­czy ma­te­rial­nych, po­chwałą ciała, które mo­głoby być opie­wane przez Walta Whit­mana, albo uspra­wie­dli­wiane przez D.H. Law­rence'a. Jest to po­gląd, który można by na­zwać hu­ma­ni­zmem, a o który pre­ten­do­wać by mo­gli na­wet mo­der­ni­ści. Fak­tycz­nie w rze­czy sa­mej mógłby być ma­te­ria­li­zmem, ale ten jest zu­peł­nym prze­ci­wień­stwem mo­der­ni­zmu. Wiąże się ten po­gląd w po­ję­ciu współ­cze­snym z naj­po­twor­niej­szym, naj­bar­dziej ma­te­rial­nym a przeto naj­cu­dow­niej­szym z cu­dów. Jest on szcze­gól­nie zwią­zany z naj­bar­dziej wstrzą­sa­ją­cym i naj­trud­niej­szym do przy­ję­cia dla mo­der­ni­stów do­gma­tem: zmar­twych­wsta­niem ciała.

Po­dob­nież jego ar­gu­men­ta­cja za ob­ja­wie­niem jest cał­ko­wi­cie ra­cjo­na­li­styczna, a z dru­giej strony zde­cy­do­wa­nie de­mo­kra­tyczna i po­pu­larna. Ta ar­gu­men­ta­cja nie jest w naj­mniej­szej mie­rze skie­ro­wana prze­ciw ro­zu­mowi. Prze­ciw­nie, św. To­masz zdaje się skłon­nym uznać, że prawdę można by osią­gnąć na dro­dze ro­zu­mo­wej, je­śli by tylko na­sza ar­gu­men­ta­cja była dość ści­śle lo­giczna i je­śli by nam star­czyło na nią czasu. Istot­nie coś, co w jego cha­rak­te­rze gdzie in­dziej na­zwa­łem opty­mi­zmem i czego ina­czej na­zwać bym nie mógł, pro­wa­dzi­łoby go ra­czej do prze­sa­dza­nia roz­cią­gło­ści ob­szaru, na któ­rym wszy­scy lu­dzie słu­cha­liby głosu roz­sądku. W swo­ich dys­pu­tach za­wsze przy­pusz­cza, że lu­dzie będą słu­chali roz­sądku. Zna­czy to, że miał prze­sadną wiarę w moż­li­wość prze­ko­ny­wa­nia lu­dzi ar­gu­men­ta­cją, gdy zo­sta­nie do­pro­wa­dzona do końca. Ale roz­są­dek jego mó­wił mu też, że ar­gu­men­ta­cja ni­gdy końca nie ma. Co do mnie, to mógł­bym ko­goś prze­ko­nać, iż twier­dze­nie ja­koby ma­te­ria była źró­dłem umy­słu, cał­kiem nie ma sensu, gdy­by­śmy, ten ktoś i ja, bar­dzo się lu­bili i wal­czyli ze sobą co wie­czór przez czter­dzie­ści lat. Ale za­nim by na łożu śmierci przy­znał mi on ra­cję, ty­siące no­wych ma­te­ria­li­stów by się na­ro­dziło, a nikt nie może wszyst­kiego każ­demu wy­tłu­ma­czyć. Św. To­masz jest zda­nia, że du­sze wszyst­kich zwy­czaj­nych, ciężko pra­cu­ją­cych lu­dzi i pro­sta­ków są jed­nako ważne, jak du­sze my­śli­cieli i po­szu­ki­wa­czy prawdy i za­py­tuje, jak ci wszy­scy lu­dzie znaj­dują do­syć czasu na od­kry­cie prawdy drogą ro­zu­mo­wa­nia. Cały ton tego ustępu świad­czy o rów­nie wiel­kim sza­cunku dla za­gad­nień na­uko­wych, jak i go­rą­cej sym­pa­tii do śred­niej miary czło­wieka. Do­wody św. To­ma­sza co do Ob­ja­wie­nia nie są do­wo­dami prze­ciw Ro­zu­mowi, lecz są tylko do­wo­dami za Ob­ja­wie­niem, a wy­nika z nich wnio­sek, że naj­wyż­sze prawdy mo­ralne lu­dzie otrzy­mują w spo­sób nad­przy­ro­dzony, gdyby było ina­czej, to wielu lu­dzi nie otrzy­ma­łoby ich wcale. Jego ar­gu­menty są ra­cjo­nalne i na­tu­ralne, ale jego wła­sne wnio­sko­wa­nie ma cał­ko­wi­cie cha­rak­ter nad­przy­ro­dzony i, jak to po­spo­li­cie za­cho­dzi w jego ar­gu­men­ta­cji, nie­ła­two zna­leźć w niej ja­kiś wnio­sek z wy­jąt­kiem jego wła­snego. A gdy do niego do­cho­dzimy, to wi­dzimy, że jest on tak pro­sty, jakby sam św. Fran­ci­szek mógł tego pra­gnąć: niby po­sła­nie od Boga, opo­wieść z nie­bios, baśń cza­rowna, która jest rze­czy­wi­stą prawdą.

Jesz­cze pro­ściej to wy­gląda w za­gad­nie­niach bar­dziej po­pu­lar­nych, np. w kwe­stii wol­nej woli. Je­żeli św. To­masz dbał kiedy naj­bar­dziej o jaką sprawę, to wtedy gdy mu cho­dziło o to, co mo­gli­by­śmy na­zwać pod­po­rząd­ko­wa­nymi wła­dzami czy sa­mo­rzą­dami. Był on, je­śliby tu użyć tego po­wie­dze­nia, su­ro­wym Au­to­no­mi­stą. Mo­gli­by­śmy na­wet po­wie­dzieć, że za­wsze bro­nił on nie­za­leż­no­ści rze­czy za­leż­nych. Na­le­gał na to, że taka rzecz może po­sia­dać wła­sne prawo w swoim wła­snym za­kre­sie. Taka była jego po­stawa wo­bec au­to­no­mii ro­zumu a na­wet i zmy­słów. "Córką je­stem w domu ojca mego, ale pa­nią we wła­snym". I w tym wła­śnie zna­cze­niu pod­kre­ślał on pewną do­stoj­ność w czło­wieku, któ­rej czę­sto nie do­strze­gano w czy­sto te­istycz­nych uogól­nie­niach mó­wią­cych o Bogu. Nikt nie po­wie, że chciał on od­dzie­lić czło­wieka od Boga, chciał on tylko czło­wieka od Boga od­róż­nić. W tym sil­nym po­czu­ciu do­stoj­no­ści i wol­no­ści ludz­kiej za­wiera się wiele pier­wiast­ków, które mo­żemy dziś oce­niać i oce­niamy jako szla­chetny hu­ma­ni­styczny li­be­ra­lizm. Ale nie za­po­mi­najmy, że jego punk­tem wyj­ścia była ta praw­dziwa wolna wola czyli od­po­wie­dzial­ność mo­ralna czło­wieka, którą tak wielu współ­cze­snych li­be­ra­łów chcia­łoby za­ne­go­wać. Na tej wspa­nia­łej i nie­bez­piecz­nej wol­no­ści za­wi­sło niebo i pie­kło i cały ten ta­jem­ni­czy dra­mat du­szy. Jest w tym od­róż­nie­nie a nie od­dzie­le­nie, ale czło­wiek może od­dzie­lić sie­bie od Boga, co pod pew­nym wzglę­dem jest naj­więk­szym ze wszyst­kich od­róż­nie­niem.

Poza tym, choć to jest bar­dziej me­ta­fi­zyczna sprawa, o któ­rej trzeba bę­dzie wspo­mnieć póź­niej i to tylko z lekka, tak samo rzecz się ma ze sta­rym fi­lo­zo­ficz­nym spo­rem o wie­lo­ści i jed­no­ści. Czy rze­czy tak są od sie­bie różne, że ni­gdy nie da­dzą się po­kla­sy­fi­ko­wać, czy też tak ujed­no­staj­nione, że się ni­gdy nie da­dzą od­róż­nić? Nie rosz­cząc so­bie pre­ten­sji do da­nia tu­taj od­po­wie­dzi na ta­kie py­ta­nia, mo­żemy z grub­sza od­po­wie­dzieć, że św. To­masz prze­chyla się de­fi­ni­tyw­nie na stronę roz­ma­ito­ści, jako rze­czy rów­nie re­al­nej jak jed­ność. W tej kwe­stii jak i w in­nych do niej po­krew­nych, św. To­masz od­biega nie­raz od wiel­kich fi­lo­zo­fów grec­kich, na któ­rych cza­sem się wzo­ro­wał, a od­biega cał­ko­wi­cie od wiel­kich fi­lo­zo­fów wschod­nich, któ­rzy byli w pew­nym sen­sie jego współ­za­wod­ni­kami. Jest, zdaje się, cał­ko­wi­cie prze­ko­nany, że róż­nica mię­dzy wap­nem a se­rem oraz mię­dzy świ­niami a pe­li­ka­nami nie jest tylko złu­dze­niem, czy też za­śle­pie­niem na­szego oszo­ło­mio­nego umy­słu, olśnio­nego jed­nym bły­skiem świa­tła, lecz wła­śnie tym, czym wszy­scy czu­jemy, że jest. Można by po­wie­dzieć, że to tylko pro­sty zdrowy roz­są­dek do tego stop­nia zwią­zany z przy­ziem­nym Ary­sto­te­le­sow­skim zdro­wym roz­sąd­kiem, z ludz­kim w ogóle czy na­wet z po­gań­skim zdro­wym roz­sąd­kiem. Ale zważ­cie przy tym, że tu­taj znowu spo­ty­kają się krańce ziemi i nieba. Wiąże się to także z chrze­ści­jań­ską ideą Stwo­rze­nia, ze Stwórcą, który stwo­rzył świ­nie tak różne od Ko­smosu, który by mógł je tylko z sie­bie roz­wi­nąć.

We wszyst­kich tych przy­pad­kach wi­dzimy po­wtó­rze­nie tego sa­mego punktu, któ­ry­śmy usta­no­wili na po­czątku. Ruch to­mi­styczny w me­ta­fi­zyce, po­dob­nie jak ruch fran­cisz­kań­ski w mo­ral­no­ści i oby­cza­jach, był ja­kimś roz­sze­rze­niem i wy­zwo­le­niem. Był to wy­raź­nie roz­rost teo­lo­gii chrze­ści­jań­skiej od we­wnątrz, wy­raź­nie nie było to skur­cze­niem się teo­lo­gii pod po­gań­skim czy na­wet tylko ludz­kim wpły­wem.

Wolno było fran­cisz­ka­ni­nowi być bra­cisz­kiem, za­miast być zmu­szo­nym do by­cia mni­chem. Ale przy tym sta­wał się on bar­dziej chrze­ści­ja­ni­nem, bar­dziej ka­to­li­kiem, a na­wet bar­dziej ascetą. To­mi­ście wolno było wy­zna­wać ary­sto­te­lizm za­miast fi­lo­zo­fii św. Au­gu­styna. Ale przy tym sta­wał się on głęb­szym teo­lo­giem, bar­dziej pra­wo­wier­nym teo­lo­giem, ści­ślej­szym do­gma­ty­stą, gdyż za po­śred­nic­twem Ary­sto­te­lesa od­zy­skał i opa­no­wał naj­opor­niej­szy ze wszyst­kich do­gma­tów, za­ślu­biny Boga z czło­wie­kiem a, co za tym idzie, z ma­te­rią. Nikt nie zdoła po­jąć wiel­ko­ści trzy­na­stego wieku, kto so­bie nie uświa­domi, że był to wielki wzrost rze­czy no­wych, spo­wo­do­wa­nych rze­czą ży­jącą. W tym zna­cze­niu ta epoka była istot­nie śmiel­szą i wol­niej­szą od tego, co na­zy­wamy Od­ro­dze­niem, które było wskrze­sze­niem rze­czy sta­rych, od­kry­tych w rze­czy mar­twej. W tym zna­cze­niu Wieki Śred­nie nie były ja­kimś Od­ro­dze­niem, ale ra­czej ja­kimś Ro­dze­niem. Nie mo­de­lo­wały swo­ich świą­tyń na gro­bach ani nie wy­wo­ły­wały umar­łych bo­gów z Ha­desu. Stwo­rzyły ar­chi­tek­turę tak nową, jak in­ży­nie­ria współ­cze­sna; na­prawdę po­zo­staje ona do­tych­czas naj­bar­dziej no­wo­cze­sną ar­chi­tek­turą. Tylko że w ślad za nią przy­szło Od­ro­dze­nie z ar­chi­tek­turą bar­dziej sta­ro­świecką. W tym zna­cze­niu Od­ro­dze­nie można by na­zwać Na­wro­tem. Co­kol­wiek można by po­wie­dzieć o go­tyku i o Ewan­ge­lii w myśl św. To­ma­sza, nie były one na­wro­tem. Było to nowe pchnię­cie, niby ty­ta­niczne pchnię­cie go­tyc­kiej in­ży­nie­rii, a siła jego była w Bogu, który wszyst­kie rze­czy no­wymi czyni.

Sło­wem św. To­masz czy­nił chrze­ści­jań­stwo bar­dziej chrze­ści­jań­skim czy­niąc je bar­dziej ary­sto­te­le­sow­skim. To nie pa­ra­doks, ale czy­sta prawda, któ­rej mogą nie zro­zu­mieć tylko ci, któ­rzy choć coś wie­dzą o na­uce Ary­sto­te­lesa, ale za­po­mnieli po pro­stu, co zna­czy być chrze­ści­ja­ni­nem.

W po­rów­na­niu z ży­dem, mu­zuł­ma­ni­nem, bud­dy­stą, de­istą czy in­nymi oczy­wi­stymi al­ter­na­ty­wami re­li­gii, chrze­ści­ja­nin ozna­cza czło­wieka, który wie­rzy, że bó­stwo czy świę­tość złą­czyło się z ma­te­rią, czyli we­szło w świat zmy­słów. Nie­któ­rzy pi­sa­rze współ­cze­śni nie poj­mu­jąc tej pro­stej rze­czy mó­wili na­wet o przy­ję­ciu Ary­sto­te­lesa jakby o ja­kimś ustęp­stwie dla Ara­bów, niby ksiądz-mo­der­ni­sta czy­niący ustęp­stwo dla agno­sty­ków. Mo­gliby rów­nie do­brze na­zwać wojny krzy­żowe ustęp­stwem dla Ara­bów, czy wi­dzieć ustęp­stwo dla Ara­bów w fak­cie, że św. To­masz wy­ra­to­wał Ary­sto­te­lesa od Awer­ro­esa. Krzy­żowcy chcieli od­zy­skać miej­sce, gdzie prze­by­wało ciało Chry­stusa, gdyż słusz­nie czy nie­słusz­nie wie­rzyli, że to było miej­sce chrze­ści­jań­skie. Św. To­masz chciał od­zy­skać to, co w swej isto­cie było sa­mym cia­łem Chry­stu­so­wym, uświę­cone ciało Syna Czło­wie­czego, które się stało cu­dow­nym po­śred­ni­kiem mię­dzy nie­bem a zie­mią. I pra­gnął tego ciała ze wszyst­kimi jego zmy­słami, gdyż słusz­nie czy nie­słusz­nie wie­rzył, że jest ono rze­czą chrze­ści­jań­ską. Była to może rzecz skrom­niej­sza czy bar­dziej swoj­ska niż duch pla­toń­ski i wła­śnie dla­tego była ona chrze­ści­jań­ską. Wi­dzimy więc, że św. To­masz idąc śla­dami Ary­sto­te­lesa kro­czył mniej wy­nio­słą drogą. Tak samo czy­nił Bóg, gdy pra­co­wał w warsz­ta­cie Jó­zefa.

Osta­tecz­nie ci dwaj wielcy mę­żo­wie byli nie tylko złą­czeni ze sobą, ale i od­dzie­leni od więk­szo­ści swo­ich to­wa­rzy­szy i współ­cze­śni­ków praw­dzi­wie re­wo­lu­cyj­nym cha­rak­te­rem swo­jej wła­snej re­wo­lu­cji. W roku 1215 Ka­sty­lij­czyk, Do­mi­nik Gu­zman za­ło­żył za­kon bar­dzo po­dobny do za­konu Fran­ciszka i przez dziwny w dzie­jach zbieg oko­licz­no­ści pra­wie do­kład­nie w tym sa­mym cza­sie co Fran­ci­szek. Miał jako pier­wotne za­da­nie gło­sić fi­lo­zo­fię ka­to­licką he­re­ty­kom al­bi­gen­som; sami oni wy­zna­wali fi­lo­zo­fię bę­dącą jedną z form tego ma­ni­che­izmu, o któ­rym wiele mowy bę­dzie w ni­niej­szej opo­wie­ści. Ko­rze­nie ma­ni­che­izmu tkwiły w od­le­głym mi­sty­cy­zmie i mo­ral­nym ode­rwa­niu się Wschodu, to­też nic dziw­nego, że do­mi­ni­ka­nie jako brac­two fi­lo­zo­fów bar­dziej się nim in­te­re­so­wało niż fran­cisz­ka­nie, któ­rzy byli ra­czej brac­twem po­etów. Z tej to oraz in­nych jesz­cze przy­czyn św. Do­mi­nik i jego ucznio­wie są mniej znani i ro­zu­mieni we współ­cze­snej An­glii; brali udział w woj­nie re­li­gij­nej wy­ni­kłej na sku­tek sporu teo­lo­gicz­nego, a było coś w at­mos­fe­rze na­szego kraju szcze­gól­nie w ostat­nim stu­le­ciu, co spra­wiało, że jesz­cze trud­niej nam było zro­zu­mieć spór teo­lo­giczny niż wojnę re­li­gijną. Osta­teczny z tego wy­nik jest do pew­nego stop­nia dziwny, gdyż św. Do­mi­nik bar­dziej na­wet niż św. Fran­ci­szek od­zna­czał się tą nie­za­leż­no­ścią umy­słową, oraz rze­tel­no­ścią cnoty i praw­do­mów­no­ści, którą kul­tury pro­te­stanc­kie uwa­żają za spe­cjalną swoją za­letę. O nim to opo­wia­dają, a opo­wieść ta mia­łaby jesz­cze wię­cej roz­głosu, gdyby cho­dziło tu o pu­ry­ta­nina, że gdy pa­pież wska­zał na swój wspa­niały pa­łac i po­wie­dział: "Piotr nie może te­raz już mó­wić: "Sre­bra i złota nie mam", na to hisz­pań­ski bra­ci­szek od­rzekł: "Nie, ale też nie może te­raz po­wie­dzieć: Wstań a chodź"".

Tak więc w ten czy inny spo­sób po­pu­larne dzieje św. Fran­ciszka mogą być po­mo­stem mię­dzy no­wo­cze­snymi a śre­dnio­wiecz­nymi cza­sami. Wiąże się to ze wspo­mnia­nym już fak­tem, że za­równo św. Fran­ci­szek jak i Do­mi­nik stoją obok sie­bie w hi­sto­rii jako wy­ko­nawcy tego sa­mego dzieła, a mimo to w nad­zwy­czajny i nie­zwy­kły spo­sób po­pu­larna tra­dy­cja ich ze sobą nie łą­czy. We wła­snych ich kra­jach niby Nie­biań­skie Bliź­nięta świecą z nie­bios tym sa­mym bla­skiem, jakby jedną au­re­olą opro­mie­nieni, po­dob­nie jak w in­nym za­ko­nie przed­sta­wiono świętą Biedę jako dwóch ry­ce­rzy na jed­nym ko­niu. W le­gen­dach na­szego kraju łą­czą ich ze sobą ra­czej tak jak św. Je­rzego ze smo­kiem. Św. Do­mi­nika wciąż jesz­cze u nas so­bie wy­obra­żają jako In­kwi­zy­tora wy­my­śla­ją­cego nowe przy­rządy do tor­tu­ro­wa­nia, pod­czas gdy św. Fran­ciszka wi­dzą pła­czą­cego nad pu­łap­kami na my­szy. Tak np. wy­daje się nam cał­kiem na­tu­ralną rze­czą, w stylu tych sa­mych sko­ja­rzeń z kwia­tami i gwiaz­dami, że Thomp­so­nowi[6] było na imię Fran­ci­szek. Wy­daje mi się, że na­zwać go Do­mi­ni­kiem brzmia­łoby mniej wła­ści­wie, tak samo jak dziwi nas, że wielki twórca prak­tycz­nych in­sty­tu­cji mi­ło­sier­nych, cie­szą­cych się ogromną sym­pa­tią wśród ubo­gich dzia­łacz, mógł no­sić imię Do­mi­nika Pla­tera[7]. Brzmi to tak jakby go na­zwano To­rqu­emadą Thomp­so­nem.

Chyba jed­nak ta sprzecz­ność po­lega na pew­nym nie­po­ro­zu­mie­niu, które z so­jusz­ni­ków we wła­snym kraju czyni prze­ciw­ni­ków za gra­nicą. Zo­ba­czymy to na in­nym ana­lo­gicz­nym przy­kła­dzie. Dajmy na to, że an­giel­scy li­be­ra­ło­wie czy też zwo­len­nicy wol­nego han­dlu stwier­dzają, że gdzieś w da­le­kim za­kątku Chin uważa się Cob­dena[8] za okrut­nego po­twora a Bri­ghta[9] za świę­tego bez skazy. Czy nie po­my­śle­liby, że gdzieś tu za­szła po­myłka? Albo niech ame­ry­kań­scy mi­sjo­na­rze się do­wie­dzą, że w ja­kim kraju, we Fran­cji czy we Wło­szech, Mo­ody[10] ma opi­nię anioła, a San­key[11] dia­bła; nie­wąt­pli­wie do­my­śli­liby się, że coś tu po­mie­szano. Ja­kieś przy­pad­kowe oko­licz­no­ści mu­siały się tu przy­plą­tać i od­dzia­ły­wać na za­sad­ni­czy nurt dzie­jów. Mogą tu za­cho­dzić różne opi­nie co do szcze­gó­łów, ale za­równo Cob­den, jak Bri­ght oraz Mo­ody i San­key byli wy­znaw­cami tych sa­mych za­sad i nie­wąt­pli­wie po­peł­niają błąd ci, któ­rzy ich tak grun­tow­nie roz­dzie­lają.

I oczy­wi­ście cał­kiem błędna jest le­genda, która się wy­two­rzyła około św. Do­mi­nika. Ci, któ­rzy choć coś­kol­wiek wie­dzą o św. Do­mi­niku, znają go jako mi­sjo­na­rza a nie jako wo­jen­nego prze­śla­dowcę, wie­dzą, że przy­niósł re­li­gii ró­ża­niec a nie ławę do tor­tur i że ca­łej jego osoby nie zro­zu­miemy, za­nim nie uprzy­tom­nimy so­bie, że jego sławne zwy­cię­stwa były zwy­cię­stwami prze­ko­ny­wa­nia a nie prze­śla­do­wa­nia. Wie­rzył w uspra­wie­dli­wie­nie prze­śla­do­wań w tym zna­cze­niu, że ra­mię świec­kie mo­gło po­skra­miać za­mieszki re­li­gijne. Po­dob­nież każdy wie­rzył w zna­cze­nie prze­śla­do­wań, a nikt bar­dziej niż wy­tworny bluź­nierca Fry­de­ryk II, który w nic in­nego nie wie­rzył. Nie­któ­rzy mó­wią, że to on pierw­szy wpro­wa­dził pa­le­nie he­re­ty­ków, w każ­dym ra­zie uwa­żał prze­śla­do­wa­nie he­re­ty­ków za je­den ze swo­ich ce­sar­skich przy­wi­le­jów i obo­wiąz­ków. Ale tak sta­wiać kwe­stię, jakby Do­mi­nik nic in­nego nie ro­bił, jak prze­śla­do­wał he­re­ty­ków, by­łoby to to samo, co ga­nić apo­stoła abs­ty­nen­cji, ks. Ma­thewa, który skło­nił mi­liony pi­ja­ków do wy­rze­cze­nia się wódki, za to, że obo­wią­zu­jące prawo po­zwa­lało cza­sem po­li­cjan­towi za­aresz­to­wać pi­jaka. Nie tra­fiłby w sedno rze­czy, kto by nie wie­dział, że ów oso­bliwy czło­wiek miał ge­niusz na­wra­ca­nia cał­kiem nie­za­leżny od przy­musu. Istotna róż­nica mię­dzy Fran­cisz­kiem a Do­mi­ni­kiem, która żad­nemu z nich ujmy nie przy­nosi, po­lega na tym, że Do­mi­nik uczest­ni­czył w wiel­kiej kam­pa­nii na­wra­ca­nia he­re­ty­ków, pod­czas gdy Fran­ci­szek miał tylko de­li­kat­niej­sze za­da­nie na­wra­ca­nia istot ludz­kich. Stara to hi­sto­ria, że choć po­trze­bu­jemy ko­goś w ro­dzaju Do­mi­nika do na­wra­ca­nia po­gan na chrze­ści­jań­stwo, to bar­dziej nam po­trzeba ko­goś po­dob­nego do Fran­ciszka, kto by na­wra­cał na chrze­ści­jań­stwo chrze­ści­jan. Nie po­win­ni­śmy też za­po­mi­nać, że św. Do­mi­nik miał do czy­nie­nia z ca­łymi na­ro­dami, kró­le­stwami, mia­stami i kra­jami, które od­pa­dły były od wiary i za­błą­kały się w bez­droża ja­kichś dziw­nych i nie­nor­mal­nych no­wych re­li­gii. To, że od­wo­jo­wał masy tak oszu­ka­nych lu­dzi je­dy­nie wy­mową i ka­zno­dziej­stwem, sta­nowi ogromny jego try­umf, godny upa­mięt­nie­nia. Na­zy­wamy św. Fran­ciszka ludz­kim, gdyż usi­ło­wał na­wra­cać Sa­ra­ce­nów i do­znał nie­po­wo­dze­nia; św. Do­mi­nika zaś na­zy­wamy bi­go­tem, upo­jo­nym swym zwy­cię­stwem, po­nie­waż usi­ło­wał na­wró­cić al­bi­gen­sów i po­wio­dło mu się. Czasy nas za­wio­dły w cie­kawy za­ką­tek wzgórz dzie­jo­wych, skąd wi­dzimy Asyż i pa­górki Um­brii, ale skąd nie wi­dać roz­le­głego pola bi­twy wojny krzy­żo­wej po­łu­dnio­wej, nie wi­dać cudu w Mu­re­cie[12] i więk­szego jesz­cze cudu Do­mi­nika, gdy Pi­re­neje i brzegi Mo­rza Śród­ziem­nego oglą­dały klę­skę azja­tyc­kiej roz­pa­czy.

Ale jest jesz­cze daw­niej­szy i waż­niej­szy zwią­zek mię­dzy Do­mi­ni­kiem a Fran­cisz­kiem, bar­dziej bez­po­śred­nio nas pro­wa­dzący do za­dań ni­niej­szej książki. Złą­czyła ich w la­tach póź­niej­szych sława, jak nie­gdyś łą­czyła hańba a wresz­cie nie­po­pu­lar­ność. Al­bo­wiem uczy­nili obaj rzecz jak można naj­bar­dziej nie­po­pu­larną: mia­no­wi­cie za­po­cząt­ko­wali pe­wien ruch lu­dowy. Czło­wiek, który się od­waża zwró­cić bez­po­śred­nio do tłumu, za­wsze robi so­bie wielu wro­gów - po­czy­na­jąc od sa­mego tłumu. W miarę zaś, jak ubo­dzy za­częli się do­ro­zu­mie­wać, że za­mie­rza im do­po­móc a nie krzyw­dzić, to za­możne war­stwy wyż­sze za­częły się od niego od­wra­cać za­mie­rza­jąc mu prze­ciw­dzia­łać, a nie po­ma­gać. Bo­gaci bo­wiem, a na­wet wy­kształ­ceni czuli, cza­sem nie bez ra­cji, że ta sprawa zmieni świat nie tylko w jego świec­ko­ści czy świec­kiej mą­dro­ści, ale do pew­nego stop­nia może i w rze­czy­wi­stej mą­dro­ści. Ta­kie wy­czu­cie było uza­sad­nione w tym przy­padku, skoro na przy­kład za­uwa­żymy istot­nie ra­dy­kalne od­rzu­ca­nie ksią­żek i uczo­no­ści u św. Fran­ciszka, albo dąż­ność wy­ka­zy­waną po­tem przez Bra­cisz­ków do bez­po­śred­niego zwra­ca­nia się do pa­pieża z po­mi­ja­niem miej­sco­wych władz ko­ściel­nych i bi­skupstw. Sło­wem, św. Do­mi­nik i św. Fran­ci­szek wsz­częli ja­kąś re­wo­lu­cję, rów­nie po­pu­larną lub nie­po­pu­larną, jak re­wo­lu­cja fran­cu­ska. Ale dzi­siaj bar­dzo trudno nam so­bie wy­obra­zić, że na­wet ta re­wo­lu­cja była nie­gdyś czymś tak świe­żym, jak była w rze­czy­wi­sto­ści. Mar­sy­lianka nie­gdyś brzmiała niby ludzki głos wul­kanu, niby mu­zyka ta­neczna trzę­sie­nia ziemi, a kró­lo­wie ziemi drżeli, jedni bo­jąc się, że się niebo na nich za­wali, a inni jesz­cze bar­dziej, że spra­wie­dli­wo­ści może się stać za­dość. Dzi­siaj Mar­sy­liankę gry­wają pod­czas obia­dów dy­plo­ma­tycz­nych, gdzie uśmiech­nięci mo­nar­cho­wie spo­ty­kają ugrzecz­nio­nych mi­lio­ne­rów i brzmi ona za­iste mniej re­wo­lu­cyj­nie niż pio­senka Home, sweet Home (Domu, drogi Domu). Słusz­nie też bę­dzie przy­po­mnieć, że dzi­siejsi re­wo­lu­cjo­ni­ści na­zwa­liby re­wo­lu­cję fran­cu­skich Ja­ko­bi­nów nie­do­sta­teczną, tak samo jakby na­zwali nie­do­sta­teczną re­wo­lu­cję Bra­cisz­ków. Po­wie­dzie­liby, że i jedna re­wo­lu­cja i druga nie po­szły do­syć da­leko; w swoim cza­sie wielu są­dziło, że po­szły one sta­now­czo za da­leko. W przy­padku Bra­cisz­ków wyż­sze wła­dze Pań­stwa a w pew­nej mie­rze i Ko­ścioła były głę­boko zgor­szone ta­kim na­pusz­cze­niem na lud­ność dzi­kich, po­pu­lar­nych ka­zno­dzie­jów. Trudno nam dziś zro­zu­mieć, jak te od­le­głe wy­padki wów­czas ra­ziły, a na­wet gor­szyły. Re­wo­lu­cje stają się in­sty­tu­cjami, roz­ru­chy, od­na­wia­jące mło­dzież w sta­rych spo­łe­czeń­stwach, z ko­lei same się sta­rzeją, a prze­szłość, która była pełną no­wych rze­czy, roz­ła­mów, in­no­wa­cji i in­su­rek­cji, wy­daje się nam dzi­siaj jed­nym cią­giem tra­dy­cji.

Ale je­żeli chcemy zna­leźć coś co ożywi ten wstrząs i to wy­zwa­nie i ukaże nam praw­dziwe ob­li­cze tej re­wo­lu­cji mniej­szej, bru­talne w swej na­głej no­wo­ści, bliż­sze rynsz­toka niż wy­twor­nego ży­cia, jak się ono wielu lu­dziom w tych cza­sach wy­da­wało, to naj­bar­dziej zna­mien­nym tego ob­ra­zem bę­dzie fakt na­stę­pu­jący. Wska­zuje nam, co czuło usta­lone i już stare spo­łe­czeń­stwo chrze­ści­jań­skie wo­bec tego końca pew­nej epoki, jak drżały drogi ziem­skie pod sto­pami tej no­wej, bez­i­mien­nej ar­mii, sły­szymy Marsz że­bra­ków. Mi­styczna ko­ły­sanka ry­mami swymi na­suwa myśl o at­mos­fe­rze ta­kiego kry­zysu:

"W bra­mach mia­sta ha­łas wzra­sta,

Psy szcze­kają całą zgrają,

Oto cisi idą mnisi Po że­bra­nym chle­bie".

Wiele miast umac­niało nie­mal swe mury przed tym naj­ściem i wiele psów-stró­żów, bro­nią­cych wła­sno­ści i ma­jęt­no­ści, rze­czy­wi­ście szcze­kało i to gło­śno szcze­kało, kiedy prze­cho­dzili ci że­bracy, ale jesz­cze gło­śniej roz­brzmie­wał ich głos w Pie­śni słońca i gło­śniej szcze­kały Ogary Nie­bie­skie i owi Do­mi­ni­ca­nes ze śre­dnio­wiecz­nej gry słów, owe Psy Boże. I gdy­by­śmy chcieli zdać so­bie sprawę z re­al­no­ści i głę­bo­ko­ści tego prze­wrotu, tego ze­rwa­nia z prze­szło­ścią, mo­żemy to zo­ba­czyć w pierw­szym i naj­dziw­niej­szym zda­rze­niu z ży­cia św. To­ma­sza z Akwinu.

 

Słowo wstępne

T

a książka nie ma pre­ten­sji być ni­czym wię­cej, jak po­pu­lar­nym szki­cem wiel­kiej hi­sto­rycz­nej po­staci, która za­słu­guje na więk­szą, niż obec­nie, po­pu­lar­ność. Cel jej zo­sta­nie osią­gnięty, je­żeli tym wszyst­kim, któ­rzy na­wet nie sły­szeli o św. To­ma­szu z Akwinu, po­służy za za­chętę do prze­czy­ta­nia o nim in­nych, lep­szych od tej, prac. Lecz z ko­niecz­nego w tym wy­padku ogra­ni­cze­nia wy­ni­kają już od sa­mego po­czątku nie­unik­nione na­stęp­stwa.

Po pierw­sze: ob­szer­ność opo­wia­da­nia ze względu na tych, któ­rzy, cho­ciaż św. To­masz jest im obcy, mogą się nim jed­nak in­te­re­so­wać po­dob­nie jak ja Kon­fu­cju­szem lub Ma­ho­me­tem. Cho­ciaż ską­d­inąd istotna po­trzeba przed­sta­wie­nia ja­sno od­ci­na­ją­cego się za­rysu tej po­staci wy­maga wkro­cze­nia w stany my­ślowe tych, któ­rzy mają inne po­glądy Gdy­bym pi­sał szkic o Nel­so­nie, prze­zna­czony głów­nie dla cu­dzo­ziem­ców, mu­siał­bym wy­czer­pu­jąco ob­ja­śnić wiele rze­czy zna­nych każ­demu An­gli­kowi a opu­ścić, dla krót­ko­ści, wiele szcze­gó­łów, o któ­rych nie­je­den An­glik chciałby coś wię­cej wie­dzieć. Jed­nakże trudno by było na­kre­ślić bar­dzo żywe i wzru­sza­jące opo­wia­da­nie o Nel­so­nie, zu­peł­nie opusz­cza­jąc fakt jego walk z Fran­cu­zami. Tak samo by­łoby nie­sto­sowne pi­sząc szkic o św. To­ma­szu po­mi­nąć jego walki z he­re­ty­kami, cho­ciażby ten fakt był ba­la­stem w sto­sunku do istot­nych za­mie­rzeń tej książki. Mogę je­dy­nie wy­ra­zić na­dzieję a wła­ści­wie prze­ko­na­nie, że ci, któ­rzy uwa­żają mnie za he­re­tyka, nie będą chyba mieli mi za złe, że wy­po­wia­dam swoje wła­sne po­glądy, a tym bar­dziej, że wy­ra­żam prze­ko­na­nia mego bo­ha­tera. Ta kwe­stia zresztą do­ty­czy tylko jed­nego punktu tego tak pro­stego opo­wia­da­nia. Mia­no­wi­cie wy­po­wie­dzia­nego w nim może nie­jed­no­krot­nie zda­nia, że schi­zma szes­na­stego wieku była wła­ści­wie spóź­nio­nym bun­tem pe­sy­mi­stów trzy­na­stego wieku. Była to po­zo­sta­łość daw­nego pu­ry­ta­ni­zmu au­gu­stiań­skiego, skie­ro­wa­nego prze­ciw ary­sto­te­le­sow­skiemu li­be­ra­li­zmowi. Bez tej wzmianki nie mógł­bym umie­ścić mo­jej, hi­sto­rycz­nej prze­cież po­staci św. To­ma­sza w hi­sto­rii. Jed­nakże ca­łość jest po­my­ślana je­dy­nie jako su­rowy szkic po­staci w kra­jo­bra­zie, a nie jako kra­jo­braz z po­sta­ciami.

Po wtóre wy­nika, że przy tak krót­kim uję­ciu trudno mi wiele po­wie­dzieć o tym fi­lo­zo­fie poza wy­ka­za­niem, że był fi­lo­zo­fem. Da­łem tu je­dy­nie, że tak po­wiem, próbki tej jego fi­lo­zo­fii. Wresz­cie wy­nika stąd, że nie­po­dobna we wła­ściwy spo­sób za­jąć się jego teo­lo­gią. Pewna moja zna­joma, któ­rej wpadł w ręce wy­bór tek­stów św. To­ma­sza z ko­men­ta­rzem, uf­nie za­częła czy­tać roz­dział za­opa­trzony nie­win­nym na­głów­kiem: "Pro­stota Boga", po czym odło­żyła książkę z wes­tchnie­niem i rze­kła: "Je­żeli to jest Jego pro­stota, to czym jest Jego zło­żo­ność?" Nie ubli­ża­jąc temu do­sko­na­łemu ko­men­ta­rzowi to­mi­stycz­nemu, o któ­rym wspo­mnia­łem, mu­szę przy­znać, że nie chciał­bym, aby ni­niej­szą książkę po pierw­szych prze­czy­ta­nych sło­wach odło­żono na bok z po­dob­nym wes­tchnie­niem. Je­stem zda­nia, że bio­gra­fia jest wstę­pem do fi­lo­zo­fii, a fi­lo­zo­fia wstę­pem do teo­lo­gii, i że mogę je­dy­nie prze­pro­wa­dzić czy­tel­nika poza pierw­szy etap.

Po trze­cie: nie są­dzi­łem za po­trzebne uwa­żać na tych kry­ty­ków, któ­rzy od czasu do czasu grają roz­pacz­li­wie "dla ga­le­rii" i po­wta­rzać za nimi ustę­pów de­mo­no­lo­gii śre­dnio­wiecz­nej w chęci prze­ra­że­nia współ­cze­snej pu­blicz­no­ści uży­wa­niem nie­zna­nego dla niej ję­zyka. By­łem prze­ko­nany, iż lu­dzie wy­kształ­ceni wie­dzą, że św. To­masz z Akwinu i wszy­scy jemu współ­cze­śni za­równo jak wszy­scy jego opo­nenci w póź­niej­szych wie­kach wie­rzyli w czarty i tym po­dobne zja­wi­ska, ale nie zda­wało mi się to godne wzmianki dla tej pro­stej przy­czyny, że nie do­po­mo­głoby do pla­stycz­niej­szego od­two­rze­nia jego por­tretu. Co do tej ma­te­rii nie było by­naj­mniej nie­po­ro­zu­mień mię­dzy teo­lo­gami pro­te­stanc­kimi a ka­to­lic­kimi od sa­mego po­czątku ist­nie­nia teo­lo­gii, przy czym św. To­masz nie od­zna­czał się spe­cjal­nym pod­kre­śla­niem tych spraw, a je­żeli to czy­nił, to bar­dzo oględ­nie.

Je­śli więc nie roz­wi­ja­łem tego te­matu, to nie dla­tego, abym miał ja­ki­kol­wiek po­wód do ukry­wa­nia tych rze­czy, ale dla­tego, że pod żad­nym wzglę­dem nie do­ty­czą oso­bi­ście tej je­dy­nej osoby, którą dać po­znać jest tu moim za­da­niem.

Tak czy owak, nie ma miej­sca dla ta­kiej po­staci jak św. To­masz w po­dob­nych ra­mach.