Święty Ojciec Pio. Cyrenejczyk dla wszystkich - Alessandro Da Ripabottoni

-
Proszę czekać

WSTĘP

 

18 grudnia 1998 r. Sekretariat Stanu Stolicy Apostolskiej ogłosił komunikat, że w V Niedzielę Wielkanocną, przypadającą 2 maja 1999 r., Ojciec Święty Jan Paweł II zaliczy w poczet błogosławionych Kościoła sługę Bożego ojca Pio Forgione, kapłana stygmatyka z Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów. Wiadomość ta wywołała eksplozję radości w moim sercu. Dziękuję Bogu Najwyższemu i wyrażam wdzięczność Ojcu Świętemu i odpowiednim urzędom Stolicy Apostolskiej, które wytrwale pracowały, aby to wydarzenie mogło się urzeczywistnić.

Do XVI w. nie znano w Kościele beatyfikacji. Wtedy dopiero zaczynała się przyjmować praktyka wydawania pozwolenia na kult publiczny i kościelny dotyczący określonego miejsca i oddawania czci wybranym sługom Bożym, których sprawa kanonizacji jeszcze nie została zakończona, a często nawet rozpoczęta. To pozwolenie, z końcem XVI w. nazwane "beatyfikacją", już w pierwszej połowie wieku XVII stało się zwyczajną praktyką w Kościele. Jednakże, w porównaniu z przeszłością, prawo kultu z reguły przyznawano dopiero wtedy, gdy cnoty kandydata i dokonywane za jego pośrednictwem cuda poddane zostały procesowi dyskusji i zatwierdzenia. W ten sposób beatyfikacja przyjęła postać "etapu obowiązującego" do kanonizacji.

 

Czym więc jest beatyfikacja? Jest ona zgodą wyrażoną przez papieża na oddawanie publicznej czci wybranemu słudze Bożemu, jednakże ograniczoną do określonych miejsc. Obecnie papież, na podstawie przedstawionych mu racji, udziela pozwolenia, by kult błogosławionego mógł być sprawowany w określonych diecezjach i na podobieństwo kanonizacji rozszerza go nawet na cały Kościół.

Praktycznie od chwili beatyfikacji ojciec Pio odbiera kult w postaci uroczystości podobnej do kanonizacji w diecezji Manfredonia-Vieste, w kościołach zakonu franciszkańskiego i wszędzie tam, gdzie zachodzi potrzeba takiego kultu, na przykład gdy w danym miejscu istnieje grupa modlitwy. W tym ostatnim wypadku wystarczy prosić o pozwolenie Kongregację Kultu Bożego. Dla sprawowania kultu wymagane jest pozwolenie na celebrowanie Mszy św. i Oficjum Liturgii godzin ku czci błogosławionego oraz na wystawianie jego obrazów dla uczczenia przez wiernych we wspomnianych i określonych wyżej kościołach. Ponadto, zgodnie z "kodeksem postulatorów", kult publiczny i kościelny nowego błogosławionego zawiera jeszcze inne formy czci, mianowicie: wystawianie jego ciała publicznie w kościele (pod ołtarzem albo w innym miejscu), przechowywanie jego relikwii wraz z relikwiami innych świętych, umieszczanie aureoli wokół jego głowy na obrazach, poświęcanie ołtarzy czy kościołów dla jego czci itp. Jak wiadomo, aby jakiś czcigodny sługa Boży mógł być ogłoszony błogosławionym, wymagane jest spełnienie dwóch warunków: uznanie (zatwierdzenie) cnót praktykowanych przez niego w stopniu heroicznym i zatwierdzenie cudu dokonanego przez Pana za jego wstawiennictwem.

 

W wypadku ojca Pio te dwa wymogi zostały już spełnione. Heroiczność jego cnót została ogłoszona 18 grudnia 1997 r. Tego też dnia w Watykanie podczas zebrania Kongregacji z udziałem Ojca Świętego promulgowano stosowny dekret.

Również cudowne uzdrowienie przypisywane wstawiennictwu ojca Pio, po uprzednim zatwierdzeniu przez trzy kanonicznie ustanowione komisje, zostało uznane przez papieża (chodzi o cudowne uzdrowienie Consiglii De Martino 31 października 1995 r.). Komisja uznała jednogłośnie (liczbą głosów 5:5) fakt uzdrowienia za "niemożliwy do wyjaśnienia z pozycji współczesnej wiedzy medycznej".

Komisja teologiczna, do której należał generalny promotor wiary i sześciu teologów konsultorów, w czasie zebrania 22 czerwca 1998 r. przeanalizowała ten nadzwyczajny fakt i po wnikliwej dyskusji wyraziła swój jednoznaczny, pozytywny osąd (affirmative) liczbą głosów 7:7, kwalifikując uzdrowienie jako cud trzeciego stopnia co do sposobu (quoad modum). Ten sam pozytywny osąd został wydany przez Komisję Księży Kardynałów w październiku 1998 r.

21 grudnia 1998 r. Ojciec Święty specjalnym dekretem zatwierdził cud. Tak dobiegła końca procedura procesu beatyfikacyjnego, a dnia 2 maja 1999 r. papież ogłosi ojca Pio błogosławionym Kościoła katolickiego. Ten fakt ma także znaczenie z punktu widzenia życia duchowego i ewangelicznego. Ojciec Pio przez swoje doczesne życie szedł drogą "ewangelicznych błogosławieństw", którą wskazał Jezus w Kazaniu na Górze (por. Mt 5, 3 nn.): "Był ubogi w duchu, cichy, smucił się, łaknął i pragnął sprawiedliwości, miłosierny i czystego serca, wprowadzał pokój, cierpiał prześladowanie dla sprawiedliwości". Niniejsza książka przedstawia ojca Pio jako "Cyrenejczyka dla wszystkich", wielkodusznego współpracownika Chrystusa w Jego misji zbawiania braci.

 

San Giovanni Rotondo, 21 grudnia 1998 r., 

w dzień ogłoszenia Dekretu o cudzie

 

o. Gerardo Di Flumeri,

wicepostulator sprawy kanonizacji ojca Pio

 
 

WPROWADZENIE DO DRUGIEGO WYDANIA POLSKIEGO

 

Każde doczesne życie ludzkie obfituje w ogromną liczbę faktów i przeżyć, które często są przedmiotem zarówno refleksji osobistych, jak i świadków życia, a nawet potomnych. Bywa, że niektóre wydarzenia mają oczywistą wymowę, łatwo odczytać ich znaczenie, inne są znakiem zapytania zarówno dla osoby je przeżywającej, jak i dla otoczenia. Dotyczy to zwłaszcza postaw ludzi wielkiego formatu duchowego. Do nich trzeba zaliczyć historię życia kanonizowanego w 2002 r., na początku trzeciego tysiąclecia chrześcijaństwa, św. ojca Pio, kapucyna, człowieka bez reszty oddanego Bogu w modlitwie, człowieka bezwzględnego posłuszeństwa Jego woli, heroicznego przyjmowania cierpienia, a to w imię maksymalnego uczestnictwa w cierpieniach Chrystusa dla ratowania przed wiecznym potępieniem "braci doświadczających niedoli wygnania", obarczonych ciężarem win przed Bogiem i bliźnimi.

Przyglądając się jego przeżywaniu chrześcijaństwa, łatwo zauważymy, że jego osobistemu życiu już od dzieciństwa towarzyszyło nie tylko niezwykłe działanie łaski Bożej ze zjawiskami mistycznymi i fizycznym doznaniem obecności Pana, ale także mrożące krew w żyłach działanie szatana, pozostawiające skutki zewnętrzne na jego ciele. Wstrząsały one jego duszą i sercem. Jego życiu, zwłaszcza od stygmatyzacji, towarzyszyły również kontrowersje, pomówienia, złośliwe zarzuty. Przy tym wszystkim zachował bardzo ludzką postawę: sprzeciwu wobec oszczerstw, milczenia, a także humoru, stanowczą wolę dochowania wierności Bogu, swemu życiowemu powołaniu za wszelką cenę.

Ojciec Alessandro Cristofaro da Ripabottoni (1920-2002), duchowy współbrat w życiu zakonnym i kapłańskim, wkrótce po śmierci ojca Pio (23 września 1968 r.) zabrał się z zapałem za żmudną pracę, by rzetelnie przedstawić biografię człowieka, który nosił pragnienie stania się "Cyrenejczykiem Chrystusa dla wszystkich". Owocem jego prac było wydanie biografii stygmatyka uznanej za oficjalną w 1974 r. i w formie skróconej w 1999 r. Szczególną wartością obu wydań biografii ojca Pio jest obfite czerpanie ze źródeł, a więc listów, wypowiedzi ojca Pio, a także z kronik klasztoru i wynurzeń świadków czy osób, które doświadczyły bezpośrednio owoców jego kapłańskiej posługi z uzdrowieniami włącznie czy jego wstawiennictwa u Boga po jego śmierci. W ten sposób ojciec Alessandro dostarczył czytelnikom obfitego materiału do refleksji, zadumania się nad tą niezwykłą postacią Kościoła XX w.

 

Tej biografii nie da się czytać bez medytacji, non stop czy tylko dla zaspokojenia ludzkiej ciekawości, dla doznania mocnych wrażeń. Obfitość niezwykłych wydarzeń w życiu ojca Pio może przyprawić o zawrót głowy, racjonalistów skłonić do stwierdzenia: "To niemożliwe, aby było prawdziwe". Ponadto fakty przez swoją liczbę szybko zatrą się w świadomości i pamięci, czyniąc lekturę bezowocną choćby poprzez stwierdzenie: "To nie dla mnie"; może też czytelnik zagubić się jak turysta w gąszczu dżungli, a czas i wiatr historii zatrze ślady jak wędrowcowi zdążającemu przez pustynię. A może tego, kto w tej biografii szuka ciekawostek i sensacji, uszczypnie sumienie? Może ktoś podrapie się po głowie, odczuje przyśpieszone bicie serca? Może skłoni się ku głębszej refleksji nad osobistym ludzkim i chrześcijańskim życiem?

 

Przez przedstawiony tu opis życia ojca Pio ludziom XXI w. - zauroczonym postępem technicznym, udogodnieniami, pogonią za luksusem, doznaniem przyjemności z użycia i posiadania, ulegającym promowaniu na wszelki sposób poglądów często wykluczających Boga (a nawet znaki Jego obecności) z panoramy istnienia - ojciec Alessandro stawia zasadnicze pytanie: "Co chce mnie, tobie powiedzieć ojciecPio, który przez pół wieku żył ukrzyżowany, przez którego Bóg dokonywał i dokonuje rzeczy niesłychanych, rzeczy, które wymykają się wszelkiemu doświadczeniu?".Autor biografii odpowiada, że ojciec Pio wyraził to w zdecydowanej woli wierności życiowemu powołaniu, w trosce o czystość sumienia, w tworzeniu tożsamości z Chrystusem ukrzyżowanym, w przyjmowaniu krzyża, w modlitwie i pracy dla swego zbawienia, dla dobra bliźnich, aby dojść do Boga, w którym jedynie jest dobro, za którym człowiek tęskni, a które zaspokaja wszystkie pragnienia. A ty?

Przygotowując drugie polskie wydanie biografii ojca Pio z podtytułem Cyrenejczyk dla wszystkich w opracowaniu ojca Alessandra Cristofara da Ripabottoni, dokonano korekty tekstu, uzupełniono kalendarium jego życia i procesu kanonizacyjnego, a w zakończeniu, w formie dodatku, podano przebieg procesu beatyfikacyjno-kanonizacyjnego, opis beatyfikacji i kanonizacji.

 
 

KALENDARIUM ŻYCIA OJCA PIO I JEGO PROCESU KANONIZACYJNEGO

 

Kalendarium życia ojca Pio (1887-1968)

 

1887 r. 25 maja w małżeństwie Grazia i Giuseppy De Nunzio w Pietrelcinie rodzi się syn, któremu następnego dnia na chrzcie św. nadano imię Francesco (Franciszek).

1903 r. 6 stycznia Francesco udaje się do Morcone (Benewent), gdzie rozpoczyna nowicjat w Zakonie Kapucynów; 22 stycznia przyjmuje "szatę próby" i otrzymuje nowe imię: Fra Pio (brat Pio).

1904 r. 22 stycznia brat Pio składa profesję czasową (na trzy lata); 25 stycznia po pierwszej profesji udaje się do San Elia a Pianisi (Campobasso), gdzie rozpoczyna studia retoryki.

1907 r. brat Pio składa profesję uroczystą (śluby wieczyste); pod koniec października przybywa do miejscowości Serracapriola (Foggia), aby rozpocząć studia teologiczne.

1908 r. pod koniec listopada w Montefusco (Avvelino) brat Pio kontynuuje studia teologiczne; 19 grudnia w Benewencie otrzymuje niższe święcenia; 21 grudnia w Benewencie otrzymuje święcenia subdiakonatu.

1909 r. w pierwszych miesiącach roku brat Pio przebywa na kuracji zdrowotnej w rodzinnej Pietrelcinie; 18 lipca przyjmuje święcenia diakonatu w kościele Kapucynów w Morcone.

1910 r. 10 sierpnia brat Pio otrzymuje święcenia kapłańskie w kaplicy kanonickiej katedry w Benewencie; 14 sierpnia odprawia Mszę św. prymicyjną w rodzinnej Pietrelcinie; na początku września następują pierwsze objawienia stygmatów (por. Ep I, s. 233 n.).

1911 r. ojciec Pio zostaje skierowany do klasztoru w Venafro, ale choroba zmusza go, by wciąż pozostawał w łóżku; towarzyszą temu mistyczne zjawiska; 7 grudnia powraca do Pietrelciny.

1915 r. 25 lutego ojciec Pio ze względów zdrowotnych otrzymuje pozwolenie na podjęcie kuracji i pobyt poza klasztorem, jak i na chodzenie w habicie kapucyńskim; 6 listopada otrzymuje wezwanie do służby wojskowej; 6 grudnia zostaje przydzielony do 10 Kompanii Sanitarnej w Neapolu.

1916 r. 17 lutego ojciec Pio przybywa do klasztoru św. Anny w Foggii; 4 września zostaje skierowany do klasztoru w San Giovanni Rotondo; 18 grudnia powraca do jednostki wojskowej w Neapolu; zostaje zwolniony z powodu złego stanu zdrowia i ponownie wezwany do służby wojskowej; trwa to aż do 16 marca 1918 r.; przyczyną jest obustronne zapalenie płuc.

1918 r. 5-7 sierpnia następuje transwerberacja (przeszycie) ojca Pio; 20 września następuje stygmatyzacja.

1919 r. 15-16 maja doktor Luigi Romanelli jako pierwszy lekarz odwiedza ojca Pio po stygmatyzacji; 26 lipca doktor Amico Bignami ogłasza diagnozę lekarską; 9 października ma miejsce wizyta lekarska doktora Giorgia Festy.

1921 r. 14 czerwca biskup Raffaelle Rossi rozpoczyna pierwszą wizytację apostolską klasztoru w San Giovanni Rotondo i działalności kapłańskiej ojca Pio.

1922 r. 9 czerwca ukazują się pierwsze restrykcyjne rozporządzenia Świętego Oficjum.

1923 r. 31 maja po przeprowadzeniu badania sprawy Święte Oficjum wydaje dekret, w którym orzeka, że "nie stwierdza się nadprzyrodzoności faktów przypisywanych ojcu Pio"; 17 czerwca zostają wydane nowe zarządzenia: ojciec Pio ma odprawiać Mszę św. w wewnętrznej kaplicy klasztoru bez udziału kogokolwiek i nie może odpowiadać na nadsyłane do niego listy ani sam, ani przez innych; 26 czerwca z powodu wzburzenia ludu zezwala się, by ponownie odprawiał Mszę św. w kościele; 8 sierpnia ojciec Pio otrzymuje zarządzenie (datowane 30 czerwca), że ma się przenieść do Ankony pod zwierzchnictwo miejscowego przełożonego; 17 sierpnia z powodu wynikłego wzburzenia ludu jego przenosiny są odłożone.

1925 r. w styczniu z inicjatywy ojca Pio zostaje otwarty szpital św. Franciszka w San Giovanni Rotondo.

1929 r. 3 stycznia w San Giovanni Rotondo umiera matka ojca Pio.

1931 r. 23 maja po przeprowadzonych wizytacjach zabrania się ojcu Pio wykonywania jakiejkolwiek posługi z wyjątkiem odprawiania Mszy św.; może ją jednak odprawiać prywatnie, w wewnętrznej kaplicy klasztoru.

1933 r. 16 lipca zakaz zostaje odwołany i ojciec Pio schodzi do kościoła, aby odprawić Mszę św.

1934 r. 25 marca ojciec Pio rozpoczyna spowiadanie mężczyzn; 12 maja ojciec Pio rozpoczyna spowiadanie kobiet.

1940 r. 9 stycznia ojciec Pio ujawnia współpracownikom plan budowy szpitala, któremu nadał nazwę Dom Ulgi w Cierpieniu.

1946 r. 7 października w San Giovanni Rotondo umiera ojciec ojca Pio.

1947 r. 19 maja rozpoczynają się prace równania terenu pod budowę Domu Ulgi w Cierpieniu.

1955 r. 31 stycznia nastąpił symboliczny gest uderzenia kilofem w grunt pod budowę nowego kościoła i klasztoru.

1956 r. 5 maja Dom Ulgi w Cierpieniu zostaje otwarty.

1959 r. 1 lipca odbywa się uroczystość poświęcenia (konsekracji) nowego kościoła; 5-6 sierpnia peregrynująca po Włoszech figurka Matki Bożej Fatimskiej przybywa do kościoła Kapucynów w San Giovanni Rotondo; następuje uzdrowienie ojca Pio po ciężkiej chorobie.

1960 r. 22 lipca-16 września monsignore Carlo Maccari przeprowadza wizytację apostolską klasztoru w San Giovanni Rotondo oraz działalności ojca Pio; 10 sierpnia ojciec Pio obchodzi złoty jubileusz kapłaństwa.

1963 r. 22 stycznia w San Giovanni Rotondo świętuje się sześćdziesięciolecie wstąpienia do zakonu ojca Pio.

1965 r. 17 lutego ojciec Pio otrzymuje pozwolenie na odprawianie Mszy św. w języku łacińskim.

1966 r. 21 listopada ojciec Pio odprawia Mszę św. na placu kościelnym, siedząc na krześle z powodu złego stanu zdrowia.

1968 r. 29 marca ojciec Pio zaczyna używać wózka, gdyż traci czucie w nogach; 22 września o godzinie 5.00 rano odprawia swoją ostatnią Mszę św.; 23 września o godzinie 2.30, po przyjęciu sakramentu chorych, trzymając w ręku różaniec i wydając westchnienie: "Jezu... Maryjo...", pogodnie umiera.

Kalendarium procesu kanonizacyjnego ojca Pio

1969 r. 4 listopada zostaje podjęta decyzja o wszczęciu procesu informacyjnego w sprawie beatyfikacji i kanonizacji ojca Pio.

1973 r. 16 stycznia ksiądz arcybiskup Valentino Vailati z Manfredonii przekazuje Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych wymaganą dokumentację w celu otrzymania pozwolenia nihil obstat dla rozpoczęcia sprawy beatyfikacji ojca Pio.

1973 r. ksiądz arcybiskup Vailati przekazuje Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych kolejną dokumentację.

1983 r. 20 marca następuje oficjalne rozpoczęcie diecezjalnego procesu kanonizacyjnego nad życiem i cnotami sługi Bożego ojca Pio z Pietrelciny.

1987 r. 23 maja Ojciec Święty Jan Paweł II w ramach wizyty pasterskiej przybywa do San Giovanni Rotondo, odwiedza kościół Kapucynów i modli się, klęcząc przy grobie ojca Pio.

1990 r. 21 stycznia następuje uroczyste zakończenie diecezjalnego procesu kanonizacyjnego nad życiem i cnotami sługi Bożego ojca Pio z Pietrelciny; cała dokumentacja, obejmująca 104 woluminy, zostaje przekazana Kongregacji.

1990 r. 7 grudnia Kongregacja wydaje Dekret o ważności procesu diecezjalnego; ojciec Cristoforo Bove OFM Conv zostaje mianowany oficjalnym relatorem dla sporządzenia "pozycji o cnotach" (positio super virtutibus).

1991 r. od stycznia do listopada 1995 r. ojciec Gerardo Di Flumeri przy pomocy trzech wybitnych naukowców (studiosi) przygotowuje "pozycję": 104 woluminy zostają streszczone w sześciu tomach, liczących w całości około 7000 stron.

1996 r. w kwietniu ojciec Gerardo Di Flumeri, wicepostulator "sprawy ojca Pio", przebywa w Salerno, aby zebrać dokumentację dotyczącą cudownego uzdrowienia przypisywanego wstawiennictwu ojca Pio; uzdrowioną osobą jest Consiglia De Martino; uzdrowienie zerwanego przewodu limfatycznego powyżej obojczyka i rozlania płynu nastąpiło w dniach 1-4 listopada 1995 r. w szpitalu w Salerno.

1996 r. 5 listopada postulator generalny Zakonu Kapucynów ojciec Paolino Rossi przekazuje Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych sześć tomów procesu i "pozycję o cnotach sługi Bożego ojca Pio".

1996 r. 19 grudnia sześć tomów procesu i "pozycja o cnotach"zostają przekazane konsultorom teologom, aby po przestudiowaniu mogli wydać swój osąd o heroiczności cnót ojca Pio; konsultorzy jednogłośnie (9:9) wyrażają swój pozytywny osąd o heroiczności cnót ojca Pio.

1997 r. 21 października Komisja Księży Kardynałów wyraża jednogłośnie pozytywny osąd o heroiczności cnót ojca Pio.

1997 r. 18 grudnia w Sali Konsystorza w Watykanie, w obecności Ojca Świętego Jana Pawła II, został odczytany Dekret o heroiczności cnót ojca Pio, którego mocą otrzymuje on tytuł "czcigodnego" (venerabilis).

1998 r. w styczniu w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych rozpoczynają się prace badawcze nad cudem, to jest czy uzdrowienie Consiglii De Martino można uznać za cudowne.

1998r. 30 kwietnia komisja lekarska Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych analizuje uzdrowienie Consiglii De Martino, które nastąpiło 3 listopada 1995 r.; wypowiada się jednogłośnie (5:5), że jest to fakt "niemożliwy do wytłumaczenia z naukowego punktu widzenia".

1998 r. 22 czerwca komisja teologiczna, w składzie: generalny promotor wiary i sześciu konsultorów teologów, analizuje nadzwyczajne wydarzenie i po wnikliwej dyskusji jasno, bo jednogłośnie (7:7), uznaje ten fakt za cud trzeciego stopnia co do sposobu (quoad modum).

1998 r. 20 października ksiądz biskup Andrea M. Erba z Velletri-Segni, jako "ponens sprawy", zwołuje zwyczajne zebranie księży kardynałów i biskupów, członków Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, aby przedstawić relację o cudzie przypisywanym wstawiennictwu ojca Pio; pada ocena pozytywna.

1998 r. 21 grudnia w Sali Konsystorza w Watykanie, w obecności Ojca Świętego Jana Pawła II, zostaje promulgowany Dekret o cudzieprzypisywany wstawiennictwu ojca Pio; tego samego dnia informuje się, że uroczystość beatyfikacji ojca Pio odbędzie się w piątą niedzielę wielkanocną 2 maja 1999 r.

1999 r. 2 maja, w piątą niedzielę wielkanocną, w Rzymie na placu św. Piotra Ojciec Święty Jan Paweł II, w obecności około 300 000 wiernych, ogłasza ojca Pio błogosławionym Kościoła; ponieważ plac św. Piotra nie może pomieścić wszystkich czcicieli ojca Pio, wierni gromadzą się jeszcze w dwóch innych miejscach: przed bazyliką św. Jana na Lateranie w Rzymie i w San Giovanni Rotondo;  prowadzi się również transmisję telewizyjną przez Mondowizję; polska telewizja także transmituje uroczystość beatyfikacji ojca Pio.

2001 r. 20 grudnia na zebraniu Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych zostaje zatwierdzony cud uzdrowienia ośmioletniego Mattea Colella z San Giovanni Rotondo, przypisywany wstawiennictwu błogosławionego ojca Pio.

2002 r. 26 lutego na Konsystorzu w Watykanie informuje się, że kanonizacja ojca Pio odbędzie się 16 czerwca 2002 r. w Rzymie; 16 czerwca w Rzymie na placu św. Piotra odbywa się uroczystość kanonizacji ojca Pio; przewodniczy jej Ojciec Święty Jan Paweł II w obecności około 300 000 wiernych, wielu biskupów, kardynałów, korpusu dyplomatycznego; wierni zbierają się też na placu przed bazyliką św. Jana na Lateranie, a także w San Giovanni Rotondo i w Pietrelcinie; uroczystości transmitują radia i telewizje wielu krajów świata.

 
 
 

Rozdział I FRANCESCO

 

Ktokolwiek podejmuje się próby ukazania cech wspólnych osób wielkiego formatu, dochodzi do pocieszającego wniosku, że "heroizm chrześcijański przyobleka się w ciało w ludzkim sercu". Jednakże o wiele bardziej trzeba się natrudzić, aby odkryć owo "serce z ciała".

O tym przekonuje się wielu ludzi, którzy im bardziej zbliżają się do Boga, tym bardziej uważają, że nie są już do niczego przywiązani, jakby sama łaska przekształciła ich naturę i uwolniła od rzeczy doczesnych. A tymczasem święty jest człowiekiem realnym, odczuwającym potrzebę bycia takim, jakim powinien być w swoim konkretnym życiu ludzkim. Jest kimś, kto je ukształtował na podobieństwo Boga-Człowieka tak doskonale, że stał się wobec świata odbiciem "Oblicza Bożego".

 

Zwyczajne warunki życia

 

Także i Francesco Forgione, a później ojciec Pio, nie uniknął tego wszystkiego, co można by nazwać "niemożliwym do opisania bogactwem"; także i on wiódł zwyczajne życie, podobne do tego, które wiedli ludzie mu współcześni żyjący w świecie.

Trudno odmówić wybujałej wyobraźni tym wszystkim, którzy próbują przedstawić owego chłopca o imieniu Francesco jako "dobrze ułożonego" i konsekwentnie "nierealnego"; są oni oczywiście w niego zapatrzeni i oddają się sennym marzeniom, widząc go oczyma ludzi Południa pełnych temperamentu. Wyobrażają go sobie jako dziecko ze wsi żyjące w blaskach benewentańskiego słońca, chłopca zasłuchanego w głosy przychodzące doń z daleka. To znowu chce się wierzyć, że był słabowitym dzieckiem, nawiedzanym przez tajemnicze choroby, "już doświadczonym i gotowym na wszelkie cierpienia, podatnym zwłaszcza na gorączkę. Chłopcem wyróżniającym się wśród innych, skłonnym do egzaltacji i zafascynowanym dziejami świętych, a w szczególności stygmatyzowanym Franciszkiem".

W rzeczywistości ów chłopiec urodził się w miejscowości, która uchodziła za bardzo ubogą i niewdzięczną. Osobiście zaznał biedy i widział w domu i wokół niego ubóstwo i nędzę; wiedział, co znaczy mieć pusty żołądek, jak to jest, gdy zesztywnieją kolana, kiedy trzeba się wlec boso po kamienistej drodze; wiedział, co to znaczy, że dokucza zimno albo znowu latem wprost parzy rozgrzana słońcem ziemia. Francesco był skryty, zamknięty w sobie, zatopiony w marzeniach; unikał towarzystwa dziewcząt. Lubił samotność; całe dni przebywał w polu, był stale zajęty rzeźbieniem krzyżyków, figurek do szopki, gdy pasł trzódkę owiec; bez przerwy odmawiał modlitwy...

Często się zdarza, że w biografiach ludzi wielkich są pewne nieścisłości, że podaje się przesadzone, obiegowe wiadomości. Wszystkie one są oczywiście pozytywne. Zazwyczaj wkładano je w opisy hagiograficzne i za ich pomocą kreowano sylwetkę świętego, zamiast rozpatrywać ją w jego "rzeczywistości".

 

Pietrelcina

 

Środowisko, osoby, miejsca i rzeczy mają swoją ogromnie ważną cząstkę w formowaniu konkretnej osoby. Także przyszły ojciec Pio, podobnie jak wszyscy ludzie, od dzieciństwa wdychał powietrze i kształtował swoją osobowość w naturalnej i ludzkiej atmosferze swojej miejscowości. Inne jednak były jego nastawienie i rodzaj "świętości". A to dlatego że jego "świętość" była osadzona w życiu; on nią żył. Jej głos znaczył każdą rzecz. Mimo to niewielu wie, kto to jest Francesco Forgione, ale wszyscy znają i kochają "ojca Pio z Pietrelciny".

Pietrelcina to dzisiejsza oficjalna nazwa miejscowości. Jednak wciąż jeszcze słyszy się z ust "pucynerów" (pietrelczyńczyków), zwłaszcza starszych, słowo "Pretapucina". To określenie, mocno zakorzenione w ustnej tradycji, szczególnie lubił powtarzać tata małego Francesco, Grazio Maria. Tradycja również przyjmuje, że słynna skała dziobana przez kwokę z kurczętami to ta sama, którą odkryto podczas wykopalisk w kościółku należącym do miejscowego magnata.

Etymologicznie nazwa dzielnicy, w której mieszkała rodzina Forgione, wywodzi się od słowa castello oznaczającego zamek. Zbudowano go na wielkich głazach skalnych, w części górnej otoczono murami. Miał dwie bramy: jedną od strony północnej, drugą od południowej; od strony wschodniej ów wielki głaz był niedostępny; od zachodniej robił wrażenie obszernego i wspaniałego pałacu. Obecnie zostały z niego tylko ruiny, a to dlatego że w 1688 r. przez trzęsienie ziemi zarówno zamek, jak i kościół pod wezwaniem św. Anioła, to jest św. Michała, został zrównany z gruntem.

 

Fakt istnienia starodawnego kościółka pod wezwaniem św. Anioła zdaje się wskazywać na okres panowania Longobardów i Normanów, bo właśnie wśród tych ludów był zwyczaj budowania w zamkach kościołów czy kaplic ku czci św. Michała i św. Anioła, których to imion używano zamiennie. Wybierano go jako szczególnego patrona.

Jest pewne, że miejscowość i castrum (zamek) istniały już około 1100 r. Castrum to forteca zamieszkana przez żołnierzy i cywilów. Z upływem czasu coraz bardziej poszerzała swoje terytorium, wychodząc poza mury aż po granice z kościołem macierzystym, a potem do mostku na potoku Pantaniello.

Podobnie jak wiele zamków na południu Włoch, także i ten w Pietrelcinie często zmieniał właścicieli, przechodząc z rąk do rąk. W ciągu wieków następowały zmiany demograficzne spowodowane trzęsieniami ziemi, wojnami, zarazą, a w ostatnich stuleciach także i emigracją. W 1795 r. Pietrelcina liczyła 1938 mieszkańców, w 1804 r. było ich około 1800. Według spisu z 1901 r. liczba ludności wzrosła do 4258, natomiast w 1961 r. spadła do 3870. W 1970 r. prawo wyborcze miało 279 emigrantów.

Pietrelcina to pogodna miejscowość o pięknych tradycjach chrześcijańskich i humanistycznych, odległa o około 11 kilometrów od Benewentu i o 3 kilometry od stacji kolejowej, otwarta na widoczne na horyzoncie liczne skrzyżowania dróg. Tutejszy lud jest pracowity, serdeczny, wylewny, zahartowany żarem południowego słońca w lecie i lodowatymi wiatrami w zimie. Rytm jego życia wyznacza praca na roli.

Okoliczne lasy, mające swe początki w okresie średniowiecza, łączą się z miejską zabudową. Układ terenu jest pofałdowany, urozmaicony: zalesiony i rolniczy zarazem; stwarza wrażenie, jakby się dobrodusznie, pogodnie, ze słodyczą uśmiechał do innych.

 

Wydawać by się mogło, że miejska zabudowa i rolniczy krajobraz zostały przez historię wpisane w duszę tutejszych mieszkańców, skłonnych do gwałtownych reakcji i do zgody, żądnych uznania własnych racji, ale i wielkodusznych jak ziemia, na której żyją. Niezmiernie trudno jest ująć syntetycznie znamiona i rysy charakterystyczne tutejszej ludności. Swój wpływ wywarły na nią i wątki historyczne, i obyczajowe, mające religijne korzenie. To wszystko wpisuje się w upór, który rozpalał ogień wobec gwałtownej nawałnicy muzułmańskiej i normańskiej i jednocześnie nakazywał, by z potem na czole uczestniczyć w zabawach i świętach religijnych.

Ta sama zawziętość i zarazem wyrozumiała, poczciwa dobroć, ta sama religijność przenikała osobę Francesca Forgione przygotowującego się do staczania boju z dawnymi i współczesnymi mocami, do których należy szatan i grzech, a z drugiej strony Bóg i łaska. Te rzeczywistości spotykają się w człowieku, który w swych bolesnych napięciach szuka pokoju.

25 maja 1887 r. w starej Pietrelcinie, w dzielnicy Castello, Francesco ujrzał światło dzienne.

Domy mieszkalne były wówczas budowane z byle jakiego wapna, z szarego i nieociosanego kamienia. Wznoszono je na naturalnej skale o ciemnym, charakterystycznym odcieniu. Można to było zauważyć w każdym domu na starówce. Niektóre z nich, z nasłonecznioną bramą, stały podparte przez sąsiednie zabudowania. Często też podmywał je deszcz. Wyglądały one jak popękane ręce utrudzonych wieśniaków tego regionu. Pietrelcina to zwyczajne włoskie miasteczko, z zaułkami i uliczkami, z przypadkowymi skrzyżowaniami, stromymi zejściami. Spacerując nimi, napotykamy placyk o nazwie Larghetto del Principe, a dalej mały plac przed kościołem św. Anny.

Przetrwał starodawny łuk zwany Porta Madonella. Pamięta on i nawiązuje do okresu feudalnego tego miasteczka. Z boku jest mały łuk ku czci Madonny, trzy majoliki wykonane przez rzemieślnika artystę Giuseppe De Biasego. Dzieło przedstawia św. Michała, Matkę Bożą Ukoronowaną (Incoronata) i św. Antoniego. Przed tymi majolikami pobożny tutejszy lud zatrzymywał się na chwilę modlitwy.

Francesco od lat dziecięcych, a później jako ojciec Pio, ilekroć tędy przechodził, zatrzymywał się i kierował serdeczne pozdrowienie do przedstawionych świętych. A gdy już był kapłanem i przebywał w Pietrelcinie, wieczorem z grupką wiernych odmawiał różaniec i odprawiał nowennę przed uroczystością patronalną Matki Bożej.

Tu, w należącej do barona starej części miasteczka, mieszkała rodzina Forgione; tu Francesco się urodził, tu powracał, by się na nowo rodzić każdego dnia, przyszły ojciec Pio. Tu powracał, by odnaleźć siebie dzieckiem, chłopcem, dorastającym młodzieńcem, który stąpał swymi stopami po rodzinnej ziemi. "Ślady świętych nie zacierają się nigdy".

Czy kiedykolwiek mogłyby się zatrzeć ślady małego Francesca Forgione, skoro przyjęły one wymiar duchowy? Jest to swoisty triumf kamienia i głazu skalnego rejonu Castello. Wydaje się, że nie ma w tym nic niestosownego, a wręcz przeciwnie, trzeba uznać obowiązek ukazania, że te właśnie cechy stanowiły trwałe znamię ludzkiej osobowości i świętości ojca Pio: jego niczym niewzruszonej, duchowej wierności, wręcz uporu, jakby żywcem przepisanych z Morgione, ogromnej skały, na której wznosi się zamek, i żywcem przeniesionych w jego psychikę. Było to duchowe przygotowanie do czekających go wydarzeń, prób, przeciwności i burz: foris pugnae, intus timores (z zewnątrz walki, wewnątrz obawy), podobnie jak to było u św. Pawła (por. 2 Kor 7, 5). Był przygnieciony ciężarem, jakby nie w sercu, ale na swych barkach nosił ciemny i twardy masyw skalny Castello, wcielony w jego osobę.

Ktokolwiek udaje się jako pielgrzym do Pietrelciny, może wyznać: "Wpierw, zanim zobaczyłem jego twarz w klasztorze na Gargano, bardziej poznałem jego ludzkie oblicze w tym miejscu. Przybyłem więc do Pietrelciny, aby zobaczyć, aby odczuć pragnienia jego wielkiego serca".

 

Jest prawdą, że żaden człowiek praktycznie nie opuszcza swego domu, w którym kiedyś zamieszkiwał, nie pozostawiając po sobie niezliczonych znaków swego temperamentu czy osobowości moralnej.

Francesco stał się chrześcijaninem u Matki Bożej Anielskiej. Dziś jest to kościół św. Anny, odbudowany w 1700 r. po trzęsieniu ziemi, które nawiedziło Pietrelcinę 5 czerwca 1688 r. Na kościele tym wieki położyły się swym ciężarem - jakby jakieś fatum - powodując wiele nieszczęść. Mimo to nic nie stracił on ze swej dumy, a wręcz ubogacił się, gdyż świątynia ta wciąż jest pełna Francesca Forgione. Tu wzrastał on jako dziecko, młodzieniec, jako brat Pio - kapucyński kleryk i w końcu kapłan, ojciec Pio.

Dom rodziny Forgione znajdował się bardzo blisko kościoła, tak blisko, że chyba jego mury słyszały pierwszy krzyk Francesca, gdy przyszedł na świat. W tej świątyni stał się chrześcijaninem i żołnierzem Chrystusa. To tu jako jedenastoletnie dziecko przyjął Pierwszą Komunię Świętą; to tutaj 27 września 1899 r. przyjął sakrament bierzmowania; tutaj przyswajał sobie pierwsze zasady chrześcijańskiej wiary. Tu wpadał w zachwyt, gdy jako chłopiec trwał przed Jezusem ukrytym w Najświętszym Sakramencie; tu za zgodą zakrystiana pozostawał zamknięty w kościele po Mszy św., ustalając z nim godzinę otwarcia świątyni, aby mógł wyjść i wrócić do domu; to tutaj właśnie odprawiał swoje "długie" Msze święte, gdy szwankowało jego zdrowie i coraz bardziej rozpływał się we łzach miłości i cierpienia, a to płacząc nad sobą na wygnaniu z powodu swoich braci (por. Ep I, s. 234).

Kierownik duchowy ojca Pio, ojciec Benedetto z San Marco in Lamis, ogłosił, że Francesco w wieku zaledwie pięciu lat miał objawienie Najświętszego Serca Pana Jezusa, które ukazało się nad głównym ołtarzem i poleciło, by się zbliżył. Jezus wówczas położył swą rękę na głowie małego Francesca, ujawniając, że przyjmuje i potwierdza jego ofiarę z samego siebie i poświęcenie się Jego miłości.

Przed kościołem znajduje się maleńki placyk, zaledwie kilka metrów kwadratowych, wybrukowany kamienną kostką, ogrodzony niewielkim murkiem. Często było to także miejsce zabaw tutejszych dzieci. Między kościołem a domami rozpościerał się przepiękny, wręcz bezkresny widok na okolicę widniejącą na horyzoncie.

Przed frontonem kościoła, po lewej stronie głównych drzwi, znajdował się kawał bezkształtnej skały. To na nim siadał mały Francesco i przyglądał się bawiącym chłopcom; bywało, że tutaj, gdy drzwi kościoła były jeszcze zamknięte, czytał lub modlił się. Później, gdy jako kleryk lub kapłan przebywał w Pietrelcinie, zatrzymywał się tu w godzinach popołudniowych, gdy dawał się we znaki upał, by pooddychać świeżym powietrzem i modlić się. Zwykł był również siadać na murku placyku kościelnego po wyjściu ze świątyni po Mszy św. czy nabożeństwie. Tu, otoczony przez wiernych, razem z proboszczem Salvatore Pannullem, zatrzymywał się na chwilę rozmowy.

 

Pietrelcinę noszę w swoim sercu

 

Także obecny kościół parafialny Matki Bożej Anielskiej, dawniej Zwiastowania NMP, zbudowany na planie krzyża greckiego, trzynawowy, poszerzony w drugiej połowie XIX w. i dokończony w latach 1920 i 1925, był niemym świadkiem "długich" Mszy świętych ojca Pio i jego niekończącego się dziękczynienia, jego żarliwych modlitw wypowiedzianych sercem syna do ukochanej Madonny della Libera. Ojciec Pio czynił tak codziennie, aż do ostatniego dnia życia, nazywając Ją "naszą Madonnellą".

W tym kościele, będąc jeszcze diakonem, przyszły ojciec Pio rozpoczął swój apostolat, udzielając po raz pierwszy chrztu. Płaczącemu, niedawno narodzonemu dziecku, gdy otworzyło usta, wsypał do ust tyle soli, że aż "przymknęło oczy i wyraziło ból w grymasie ust" (słowa ojca Pio). Przerażony pobiegł do księdza proboszcza Salvatore Pannulla i rzekł: "Księże Tore, zabiłem dziecko!"...

Prócz kościołów św. Anny i Matki Bożej Anielskiej w Pietrelcinie istnieje dzisiaj także kapucyński klasztor i kościół pod wezwaniem św. Rodziny. Stało się to za wyraźną sugestią ojca Pio, który będąc jeszcze kapucyńskim klerykiem, podczas jednego z wieczornych spacerów po drodze prowadzącej ku cmentarzowi, z księdzem Tore okazującym mu zawsze wielką życzliwość i przywiązanie już od lat ministranckich, wskazał miejsce, gdzie słyszał, jak "śpiewały chóry aniołów, a dźwięk dzwonów roznosił się bardzo daleko".

Ojciec Pio ogromnie kochał swoją rodzinną miejscowość i choć po 1918 r. nie był w niej nigdy, to z zaskakującą dokładnością i błyskotliwością umysłu wspominał miejsca, ulice i osoby: "Gdy chodzi o Pietrelcinę - mawiał - pamiętam każdy jej kamień". We krwi nosił piękne zalety swego rodu i czuł się wielce zadowolony, kiedy słyszał słowa wypowiadane w rodzimym dialekcie, poprzez który - jak mawiał - lepiej można wypowiedzieć własne myśli. Pamięć i miłość do rodzinnych stron były tak żywe, że odzywały się w jego życiu na co dzień.

Właściwości naturalne i łaska ujawniły się jeszcze bardziej w jego wieku dojrzałym. Ukazywał wtedy piękne zalety swojej rodziny, co go mobilizowało do dawania odpowiedzi nieraz kąśliwych i złośliwych, z domieszką inteligentnego humoru. Kochał ludowe powiedzonka i lubił rozmawiać w "pucynerskim" dialekcie. Czynił to zwłaszcza w rozmowach ze swymi rodakami, którym wywoływał z pamięci całą Pietrelcinę. Miał dobre mniemanie o swoich ziomkach, a kiedy pragnął oddalić tłum, to czuł się tak, jakby go posyłano przed (poza) owczarnię. W jego sposobie bycia leżała serdeczność, nie naprzykrzał się, nie odcinał od otrzymanych w domu rodzinnym wychowania i obyczajów.

I tak w czasie pobytu w Pietrelcinie, gdy wracał z kościoła do domu, zatrzymywał się na ulicy, by porozmawiać ze swymi rodakami. Pewnego dnia swemu rówieśnikowi Luigiemu zwrócił uwagę i upomniał go, by bardziej kontrolował swój język: Uaglio m'arracuman'a vocch! (Chłopcze, uważaj, co mówisz!) Szewcowi Vincenzowi zwrócił uwagę, by szyjąc buty, zrobił wszystko, aby były wygodne dla tego, kto będzie w nich chodził, by były "dobre" dla ludzi ("dobre" znaczy odpowiednie do postępowania na drodze prawości): Ue, Cienz' facimm i scarp'pe per cammina buon. Tak było przez cały czas pobytu w San Giovanni Rotondo, podczas krótkich przejść z celi do kościoła, chóru, konfesjonału, refektarza. Temu, kto przed nim klękał, chcąc go ucałować i uznać się za wielkiego grzesznika, odpowiadał: Uaglio, che stai facen'; tu si peccator' e vu' muzzica i piedi a me! (Zastanów się, co robisz, oto stoisz przed grzesznikiem, który tobie winien ucałować nogi!) Kiedy ktoś inny natarczywie dopytywał się, gdzie jest jego zmarły krewniak, odpowiedział: Eh, si! Io mo'vengo da lla (O, tak! Muszę dołączyć do niego). Gdy pewna osoba przybyła w pielgrzymce pytała, co ma od niego powiedzieć swej siostrze Róży, odpowiedział: Dille che diventi garofano! (Powiedz jej, by stała się goździkiem!)

 

Podobnie jak Pietrelcina była i jest pełna jego obecności, tak ojciec Pio nosił ją w swoim sercu: "Pozdrów ode mnie całą Pietrelcinę - pisał 22 grudnia 1926 r. do swego brata Michelego. - Niech błogosławieństwa szeroko i obficie zstąpią na wszystkich i niech wszyscy stają się godni obecnych i wiecznych obietnic" (Ep IV, s. 816).

Ojciec Pio stale pielęgnował miłość do rodzinnej miejscowości: "San Giovanni doceniło go za życia, Pietrelcina doceniła go po śmierci". Także i on należy do liczby wielu "pucynerów"emigrantów, którzy pragnęli - nie mogąc od niej oderwać swego serca - by rodzinna miejscowość wyglądała jak najpiękniej, by wnosili w nią swój wkład ci, którym nie jest ciężko, i w pocie czoła dawali jej nie tylko zarobiony amerykański cent, ale iście dantejski żar miłości ludzi Wschodu...

 

Tatunio Grazio Maria i mamusia Peppa

 

Grazio Maria Forgione i Maria Giuseppa Di Nunzio byli wieśniakami. Ciężką pracą na własnym kawałku ziemi zarabiali na godne utrzymanie i sumienne wychowanie swego potomstwa: mieli dwóch synów (Michele 1882-1967, Francesco 1887-1968) i trzy córki (Felicita 1889-1918, Pellegrina 1892-1944, Grazia 1894-1969). Ponadto w małżeństwie tym przyszło na świat troje dzieci, które zmarły w niemowlęctwie (Francesco, urodzony w 1884 r., żył tylko 19 dni, Amalia 1885-1887, Mario, urodzony w 1899 r., żył 11 miesięcy).

Według opinii ojca Martindalego, Grazio i Giuseppa żywo przypominali rodziców dzieci z Fatimy, Hiacyntę i Franciszka Marto, i to zarówno w rysach twarzy, jak i w takich cechach duchowych, jak serdeczna uprzejmość, gościnność, prawość, typowo wiejskie poczucie godności. Oni również byli nazywani "kumami"(kum, kumoszka), dokładnie tak samo jak pan Marto, do którego zwracano się zawsze "kumie Marto". Grazio nigdy nie tracił poczucia humoru i wesołości, którą obdarzał każdego, kto doń przychodził. Były to zawsze niewinne żarty, cięte odpowiedzi. Ktoś żyjący obok niego, kto towarzyszył mu aż do ostatniego tchnienia, mówił, że radość życia kuma Grazia płynęła z przekonania, że wszystko, co ma, pochodzi od Boga. Podobno mawiał: "Jakim kogoś Pan Bóg stworzył, takiego go ma i taki jest człowiekiem mocnym, sprawiedliwym, inteligentnym". Graziobył człowiekiem bystrym, aktywnym; bez ociągania przechodził od myśli do działania - zawsze pełen entuzjazmu i zapału.

 

W mowie posługiwał się żywym i dźwięcznym dialektem. Wytrwały w twardej pracy, był mężczyzną średniego wzrostu, czasem gburowatym, gwałtownym, o dłoniach spracowanych i niekiedy popękanych. Nie odważyłby się jednak zgnieść mrówki, by ją zabić. Mawiał: "Biedne stworzonko, czemu miałoby umrzeć?".

Szczerze żył swoją wiarą. Gdy na dźwięk dzwonu nie mógł przyjść do kościoła, zdarzało się niekiedy, że z jego ust wychodziły siarczyste słowa, które wstydem winny okryć twarze dobrych chrześcijan.

Kiedy Francesco (przyszły ojciec Pio) wyraził swoje pragnienie, że chce się uczyć, aby "zostać mnichem", jego pełen dobroci rodzic ani chwili się nie wahał i postanowił wyemigrować, aby zarobić potrzebne pieniądze na naukę dla syna, przyszłego studenta. Tu, w Pietrelcinie, można było jedynie zarobić na życie. Tak więc cały ciężar utrzymania rodziny spadł na barki żony.

Ci, którzy znali "wujenkę Peppę", przypominają sobie jej jasne oczy, znamionujące uczciwość rysy twarzy, smukłą sylwetkę przypominającą dziewczynę i malutkie stopy. Rozmawiając, posługiwała się prostym, rodzimym dialektem. Była po prostu uroczą kobietą.

Mieszkańcy Pietrelciny pamiętają ją smukłą, ubraną w białą bluzkę, z chustą na głowie, zawsze czystą i świeżo upraną, albo - zależnie od pory roku - zgodnie z miejscowym zwyczajem, w białym berecie. Jej rodacy mówili, że choć była zwyczajną wieśniaczką, to jednak miała rysy wielkiej damy, a każdemu przybyszowi, który znalazł się w Pietrelcinie, aby nawiedzić domek, gdzie urodził się ojciec Pio, okazywała wyjątkową uprzejmość i życzliwość niezależnie od tego, z jakiego kręgu pochodził. Jej gościnność była wspaniałomyślna, "pańska", choć odznaczała się wielką prostotą.

 

Także Giuseppa Maria Forgione - podobnie jak jej mąż - umiała dotrzymać towarzystwa, radosna i pogodna, zawsze chętna do rozmowy. Pięknie, wręcz po mistrzowsku opowiadała. Była poważną, wzbudzającą szacunek, religijną, wiejską kobietą; prócz piątku nie jadała potraw mięsnych także w soboty i w środy. A czyniła to ku czci Matki Bożej del Carmine. Jej domek był tak mały, że ściany zdawały się dotykać siebie i ogrzewać swym oddechem. Ściany te mogłyby też opowiedzieć wiele o ofiarności i uczuciu pełnym miłości. Tu mama Giuseppa wykonywała swoje obowiązki, poświęcając bez reszty czas od rana do wieczora, chyba że roboty polowe czy inne zajęcia wymagały, by była gdzie indziej. Musiała ciężko pracować, aby utrzymać rodzinę. Była zajęta do tego stopnia, że nie miała nawet kiedy myśleć o mężu, gdy ten przebywał daleko, za oceanem.

 

Francesco

 

W tym spokojnym i pogodnym środowisku Francesco ujrzał światło dzienne. Tutaj przeżywał swoje dzieciństwo i młodość. Pierwsze lata jego życia nie wskazywały na to, że będzie ono aż tak twarde i ubogie, że beztroskę dzieciństwa zakłóci nieraz skurcz pustego żołądka albo ból poranionych stóp od nieustannego chodzenia boso. Czy ktoś mógł dostrzec w tym chłopcu rysy przyszłego niepoprawnego marzyciela? Czy ktokolwiek podejrzewał, że przyjdzie mu doświadczać ciężkich chorób? W jego charakterze nie leżało nic, co wskazywałoby na szczególne upodobanie w samotności i ciszy. Nic również nie kazało dopatrywać się w tym dziecku znamion przyszłej cudowności, dzięki której jego życie obrośnie "złotą legendą".

Mama Peppa mówiła, że jej syn, mały Francesco, był dzieckiem cichym i spokojnym. Jak każdemu dziecku, także i jemu w nocy mama zmieniała pieluszki, gdy płakał, wręcz wrzeszczał, zatrwożonych rodziców stawiając na nogi i powodując zdenerwowanie. Jednak Giuseppa była bardzo wyrozumiała i zmieniała pieluszki, jakby się nic nie stało. Raz tylko, poirytowany takim zachowaniem dziecka, Grazio wrzasnął: "Czyżby diabeł, a nie chrześcijanin urodził się w moim domu?" i rzucił syna na łóżko. Wywołało to natychmiastową reakcję żony: "Chyba go zabiłeś!"...

"Chłopiec podrastał i rozwijał się normalnie - wyznaje matka - nie miał jakichś wad, nie był kapryśny, był zawsze wobec mnie i Grazia posłuszny". Później, po latach, sam ojciec Pio wyznał, że nigdy rodzice go nie bili. Pewnego razu matka powiedziała doń: "Synku, chodź tu. Muszę cię zganić!"... "Za co, mamo?" - zapytał ją. "A za drobne sprawy z siostrami" - odpowiedziała.

Jedną z tych "drobnych spraw", o których on sam później opowiadał, było trochę figlarne zachowanie wobec siostry Felicity (17 września 1889 r.-25 września 1918 r.). Bolał wielce, że w wielu sprawach okazywała się lepsza od niego. Był jednak dla niej dobry, często żartował i bawił się z nią. Opowiada ojciec Pio: "Kiedy jeszcze byłem w Pietrelcinie, zdarzało się nieraz, że gdy się myła (nie było wtedy jeszcze jakichś murowanych umywalek, ale korzystano z naczyń), szedłem za nią, niespodziewanie chwytałem za głowę i zanurzałem w wodzie. Oburzała się tylko, ale ani raz nie odpowiedziała ze złością, a tylko ze śmiechem mówiła: "O, Franci, czy już nie dość i nie przestaniesz mi dokuczać?". Jako młodzieniec i jako dorosły człowiek zawsze się zachowywałem z życzliwością i prostotą".

Niekiedy mama Francesca zachęcała syna, by poszedł i pobawił się z rówieśnikami. Nie zawsze tę propozycję chętnie przyjmował. "Nie pójdę - odpowiadał - bo oni przeklinają".

Kiedy był już dość duży, kierował się tym samym kryterium: unikał kolegów, którzy mieli "wypaczone poglądy". W okolicy Castello, starej części miasteczka, gdzie się urodził Francesco, mieszkał pewien chłopak - pastuszek. Wiedząc o tym, rodzice uznali, że Francesco również nadaje się do tej funkcji, i powierzyli mu opiekę nad dwiema owcami.

 

Obaj pastuszkowie udawali się na Piana Romana i do Santa Barbara, a także na inne miejsca. Owce skubały trawę, a oni żartowali; niekiedy dochodziło między nimi do bójek, były to jednak dziecinne, chłopięce figle i żarty: "Francesco prawie zawsze mnie pokonywał - mówił jego rówieśnik Luigi Orlando, który urodził się 20 marca 1890 r. - gdyż był większy ode mnie. Pewnego razu w czasie takiego zmagania powalił mnie i przygniótł aż do ziemi. Gdy chciałem mu oddać i położyć go na łopatki, wszystkie moje wysiłki okazały się daremne i dzięki temu uniknął jeszcze mocniejszego ciosu. Natychmiastowa była jednak reakcja Francesca: wyrwał się, powstał i uciekł; nie słyszałem od niego żadnego brzydkiego słowa, a już nade wszystko nie chciał ich słuchać, dlatego też unikał kolegów, którym źle patrzyło z oczu; chcę powiedzieć, że unikał zepsutych, nieobyczajnych, nieszczerych chłopców, którzy nie byli dobrymi kolegami".

Francesco był zwyczajnym dzieckiem, jak inni chłopcy. "Miał czystość wypisaną na twarzy. Choć gdy przebywał z nami, oczywiście wtedy nie modlił się - tak go wspominają Luigi Orlando i inni koledzy. - Nie zauważono u niego nic szczególnego. Wśród nas był jak inni chłopcy, ale zachowywał się jak ci, którzy zostali dobrze wychowani. Był trochę skryty, tak więc wielu rzeczy nawet nie domyślaliśmy się. Jakoś umknęły naszej uwadze. A później, już jako ojciec Pio, choć dalej pozostał dla nas jako Francesco, był zawsze - chciałoby się rzec - jak "niemy wilk": małomówny, nigdy nie tłumaczył swoich czynów".

"Był z natury chłopcem pobłażliwym, ale tylko do pewnego stopnia - kończy swą wypowiedź Ubaldo Vecchiarino (17 lipca 1885 r.-21 grudnia 1969 r.), drugi kolega pastuszek. - Powinniście wiedzieć, że chodziliśmy do szkoły wieczorem. Jednak tylko Francesco uczył się również za dnia, a my drażniliśmy go, rzucając grudką ziemi w elementarz, albo też podchodząc do niego z tyłu, naciągaliśmy czapkę na oczy. A on to cierpliwie znosił, nic nie mówił ani nie używał niestosownych słów. W szkole natomiast Francesco odpowiadał tylko na pytania nauczyciela; i tak kontynuował on swoją naukę, aż stał się ojcem Pio, a my nadal pozostaliśmy pastuchami, osobami drugiej kategorii" - mówi, śmiejąc się, Ubaldo Vecchiarino.

Starsi mieszkańcy miasteczka wspominają go jako chłopca ułożonego, pilnego ucznia w szkole, gorliwego i skupionego w kościele, uprzejmego i życzliwego wobec wszystkich, choć zamkniętego w sobie i zamyślonego. Rówieśnik Francesca Orlando (29 maja 1890 r.--23 lipca 1973 r.) wspomina, że od dzieciństwa był on pogodny. Za chwilę, wtrącając się w rozmowę, dodaje: "Mógłby sobie trochę odpocząć, ale on wstawał i modlił się za mnie" i przedstawia go jako ubranego w wełnianą, zawsze czystą bluzkę myśliwych, kończąc: "Od dzieciństwa byliśmy mu życzliwi".

Jeden ze świadków mówi, że gdy Francesco miał około 9-10 lat, widział go modlącego się. "Gdy przechodziłem, dostrzegłem tego chłopca, jak w ręku trzymał różaniec i odmawiał koronkę. Wezwałem ojca i powiedziałem mu:" Razio, czyś zauważył małego świętego, jak pasie owce?". Ojciec uśmiechnął się i nic nie powiedział".

 

Palec boży

 

Także i wtedy, gdy się unika dostrzegania we wszystkim i wszędzie działania Bożego, i to niezależnie od tego, jakie by ono było - w życiu Bożego człowieka winniśmy uznać specyficzne świadectwo. Niektóre z nich trzeba uznać za wyjątkowe i uprzywilejowane.

Francesco jako ministrant był gorliwy w pełnieniu służby Bożej. "Modlił się na kolanach, przyjmując poprawną postawę". Za zgodą zakrystiana pozostawał w kościele, także przy drzwiach zamkniętych. Prosił go, by o tym nie mówił nikomu, ustalając z nim godzinę, aby przyszedł i otworzył kościół.

Nie zawsze spał w łóżku. I dlatego, jak wspomina ksiądz Giuseppe Orlando (26 października 1877 r.-29 sierpnia 1958 r.), Francesco otrzymywał od niego reprymendę, że "jest nieposłuszny wobec mamy, która wieczorem przygotowywała mu łóżeczko, on zaś wolał spać na ziemi, a za poduszkę służył mu kamień".

Wspomniany już Ubaldo Vecchiarino, jeden ze świadków, bezwiednie uległ "czarowi niezwykłości przyszłego ojca Pio". W długie zimowe wieczory, w towarzystwie przyjaciół, próbował podglądnąć, co też robi przyjaciel Francesco. "Po cichutku podeszliśmy pod dom Forgionego, a po ułożeniu kamienia na kamieniu pod dolne okienko zabezpieczone żelazną kratą próbowaliśmy podpatrzyć, co się dzieje w środku. W pokoiku było mroczno, ale dało się słyszeć szmer biczowania własnego ciała konopnym sznurkiem".

Fakt biczowania potwierdziła sama matka, która pewnego dnia usłyszała za łóżkiem dźwięk łańcucha. Obróciła się i dostrzegła Francesca, jak się biczował. Zwróciła mu uwagę, by tego zaniechał, by nie wyrządził sobie krzywdy. On jednak powtarzał tę czynność wielokrotnie. Pewnego dnia zaniepokojona matka rzekła:"Synu mój, dlaczego tak się biczujesz? Żelazny łańcuch sprawia ci ból". A on na to powiedział: "Powinienem się biczować tak, jak Żydzi biczowali Jezusa i spowodowali, że na Jego plecach wytrysła krew". Ta wypowiedź wprawiła ją w osłupienie. A kiedy znowu usłyszała, jak chłopiec się biczował, szybko oddaliła się ze łzami w oczach.

To jednak, co było wyjątkowe i zachodziło w duszy tego młodzieńca, pozostało ukryte przed oczyma ludzi, którzy go otaczali. Nikt nie wiedział o tym, że już gdy miał pięć lat, był dręczony przez szatana, że cieszył się wizją Matki Bożej.

 

Pisze ojciec Agostino w swoim Dzienniku: "Ekstazy i objawienia zaczęły się u ojca Pio, gdy on miał już pięć lat (wtedy pojawiło się u niego pragnienie poświęcenia się na zawsze Jezusowi), i trwały do końca życia. Zapytany o to, dlaczego ukrywał je przez tak długi czas, odpowiedział szczerze, że nie mówił o nich, ponieważ uważał, że były to rzeczy normalne, które zdarzają się wszystkim. Rzeczywiście, pewnego dnia zapytał mnie z prostotą: "Ojciec nie widzi Matki Bożej?". Wobec mojej negatywnej odpowiedzi dodał: "Ojciec tak mówi z powodu świętej pokory"". W wieku pięciu lat zaczął również doświadczać dręczeń szatańskich. Przez prawie 20 lat diabeł ukazywał mu się w najohydniejszy sposób w różnych postaciach ludzkich, a szczególnie w postaciach zwierzęcych" (Dzn, s. 46).

Z miłości do modlitwy i samotności w sercu tego chłopca zapuścił korzenie upór w postanowieniu, który w najmniejszym stopniu nie naruszał wrażliwości i szacunku dla rodziców i bliźnich. Swe ujście znajdował on w pragnieniu cierpienia i wynagrodzenia. Choć należy zgodzić się, że umartwienie jest zadaniem człowieka dorosłego, a nie jakąś zabawą człowieka umysłowo chorego czy dziecka, to nie sposób twierdzić, że może zaistnieć swoista propedeutyka (uprzednie wprowadzenie) umartwienia przed dojściem do wieku dojrzałego. I to dokładnie zaszło w życiu Francesca: najniższy stopień umartwienia znajdujemy w pogodnym przyjmowaniu krzywd zadawanych mu przez bliźnich; była też i "aktywna forma umartwienia".Miała ona miejsce wówczas, gdy Francesco nakładał sobie pokuty, które też przynosiły pewne cierpienia. I czynił to w iście ewangelicznej postaci: chciał bardzo, by to wszystko dokonywało się w ukryciu.

I tak - jak mi się wydaje - kształtuje się i rysuje sylwetka Francesca na podstawie jego świadectwa i tych, którzy go znali i słuchali.

 

Rozdział II BRAT PIO

 

Nie ma nic bardziej osobistego, nic bardziej zobowiązującego, nic bardziej nieskrępowanego niż "poddanie wolności absolutnej próbie. Jest to z pewnością bardzo trudne, ale i najpiękniejsze" (Paweł VI) w powołaniu zakonnym czy kapłańskim. I to właśnie ma miejsce, gdy przychodzi tajemnicze zaproszenie jako Boże wezwanie.

Jest to głos, który dzięki Panu mogą słyszeć wszyscy. Są jednak młodzi, których Jezus wybiera i powołuje, by byli kapłanami i świadkami Jego spragnionej dusz miłości. Zdarza się to w różnych stanach życia religijnego i konsekrowanej duchowości. Wszyscy młodzi o wielkodusznym sercu winni sobie postawić pytanie, czy czasem Pan Jezus nie mówi w danej chwili do ich serca.

Z pewnością nie wszyscy są powołani do tego samego typu świadectwa. Jest to jednak problem dla wszystkich - dzisiaj "o ogromnym znaczeniu" w Kościele. I to wcale nie dotyczy tylko jakiejś małej grupy wybranych do tego rodzaju życia, jakże szczególnego, a dzisiaj niebędącego w modzie.

 

Wezwałem cię, a ty idź

 

Papież Pius XII wiele razy zwracał się do rodzin i chrześcijańskich małżonków ze wzruszającym wezwaniem: "Co byście zrobili, gdyby tak Boski Mistrz przyszedł i zapytał was w imieniu Boga, co jest z jednym z waszych dzieci, które On raczył wam powierzyć, byście go wychowali na Jego kapłana, zakonnika czy zakonnicę dla Niego? [...] Dlatego w imię Boga błagamy was: jakimś wręcz brutalnym i egoistycznym gestem nie zatykajcie uszu duszy na głos Bożego powołania!".

Rodzice Francesca nie czynili przeszkód, by głos Bożego wezwania dotarł do duszy ich syna. Stanęli po stronie Boga, by jako powołany mógł pójść za wewnętrznym, autentycznym i wyjątkowym głosem Pana. A głos ten skierował go do kapucynów, by stał się "mnichem Mszy św.".

Gdy Francesco wrócił do domu po Mszy św. o godzinie 7.00 - a był to dzień Objawienia Pańskiego, 6 stycznia 1903 r. - zastał wielu ludzi, którzy mieli ochotę płakać. "Mama - opowiadał to sam ojciec Pio - gdy przyszła chwila pożegnania, wzięła mnie za ręce i rzekła do mnie: "Synu mój, rozdzierasz mi serce!... W tej jednak chwili nie myśl o bólu twojej matki: to święty Franciszek cię wezwał, a więc idź!"".

Po otrzymaniu błogosławieństwa i różańca z matczynych rąk (przechowuje się go jako jedną z najcenniejszych pamiątek po ojcu Pio, bo - jak ironicznie i polemicznie wyraził się kolega Francesca Luigi Orlando - "biada temu, kto by rozmawiał lub śmiał się, gdy on modlił się na różańcu. Teraz już nie odmawia się koronki") Francesco wyruszył w drogę do nowicjatu kapucynów. Jakkolwiek rozstanie dla rodziny było bolesne, było ono takie również dla Francesca. Gdy mówimy o jego powołaniu do życia zakonnego, powinniśmy także wiedzieć, że mimo niebiańskich wizji, o których opowiemy za chwilę, stanowiących umocnienie w wielkodusznym pożegnaniu się ze światem - jest nie do pomyślenia, aby Francesco nie odczuwał cierpienia w głębi swej duszy, że oto musi pożegnać swoich bliskich, z którymi czuł się bardzo serdecznie związany.

W miarę jak zbliżał się dzień wyjazdu, coraz bardziej rosło "wewnętrzne rozdarcie". Ostatniej nocy, którą spędził ze swoimi bliskimi, Pan przyszedł i umocnił duszę Francesca: "Zobaczył Jezusa i Jego Matkę w całym ich majestacie, którzy zachęcali i zapewniali go o ich szczególnej miłości. W końcu Jezus położył swą rękę na jego głowie. I to wystarczyło w zupełności, aby go umocnić w głębi duszy; to sprawiło, że przy bolesnym pożegnaniu nie popłynęła ani jedna łza, mimo że bolesny żal rozdzierał jego duszę i ciało".

 

Dobre ziarno na żyznej ziemi

 

Na mocy "nakazu świętego posłuszeństwa" (przyszły) ojciec Pio napisał swój życiorys, z którego przytoczę wybrane fragmenty.

Francesco (pisał, że) od najwcześniejszych lat czuł "wezwanie do życia zakonnego", a Pan, by nie zostało niczym zagłuszone "dobre ziarno Boskiego powołania", obdarzył jego duszę niezwykłą wizją. Pewnego dnia, gdy medytował nad powołaniem i zastanawiał się, jak mógłby je zrealizować, wydarzyło się coś, co Francesco opisuje, jak następuje:"Nagle zostałem porwany i przeniesiony, bym podziwiał okiem swego umysłu przedmioty, które są różne od tych, które oglądają oczy ciała. Oto przy moim boku dostrzegłem majestatyczną postać o rzadko spotykanej piękności, jaśniejącą jak słońce. Ta wzięła mnie za rękę i usłyszałem, jak mówiła do mnie: "Pójdź za mną, gdyż przyjdzie ci staczać bój z mocarnym wojownikiem". [Owa postać] poprowadziła mnie na ogromne pole. Była tam ogromna rzesza ludzi: byli oni podzieleni na dwie grupy".

 

Po jednej stronie byli ludzie ubrani w przepiękne, białe jak śnieg szaty; po drugiej ludzie mieli odrażające twarze, ubrani byli na czarno, osłonięci mroczną ciemnią; między jednymi a drugimi była wielka, otwarta przestrzeń. Przewodnik poprowadził go i tak ustawił jego duszę, że mógł podziwiać obie grupy. Francesco zobaczył męża o ogromnej wysokości, który swym czołem dotykał chmur. Miał on niezwykłe, budzące lęk oblicze. Postać ta coraz bardziej zbliżała się do jego duszy.

Biedna i zalękniona zaproszeniem przewodnika, by walczyć z takim osobnikiem, dusza zbladła, została porażona lękiem i byłaby padła śmiercią, gdyby przewodnik jej nie podtrzymał swym ramieniem. Modlitwą chciał ją uwolnić od tej walki i nie wystawiać jej na atak złości owej niezwykłej postaci, tak mocnej, że siły wszystkich ludzi razem wziętych nie wystarczyłyby, aby ją pokonać. I oto Francesco usłyszał w odpowiedzi: "Daremny jest twój opór, bo z nim przyjdzie ci walczyć. Nabierz ducha, z ufnością przystąp do walki, idź odważnie naprzód, a ja stanę przy tobie; będę cię wspierał i nie pozwolę, by on cię zwyciężył. W nagrodę za zwycięstwo, jakie odniesiesz, podaruję ci koronę chwały".

Cios uderzenia był gwałtowny, ale w końcu dusza zwyciężyła tę przerażającą i tajemniczą postać, pokonała ją, zmuszając do ucieczki. Stało się to dzięki pomocy przewodnika, który nie odstępował od jego boku.

Tajemniczy mąż o rzadko spotykanej piękności, wierny obietnicy, wyciągnął spod swojej szaty przepiękną nie do opisania koronę chwały, nałożył mu ją na głowę i szybko się cofnął, mówiąc: "Druga, piękniejsza, zostaje zachowana dla ciebie i ją otrzymasz, jeśli potrafisz dobrze walczyć z owym osobnikiem, z którym teraz walczyłeś. On powróci i będzie przypuszczał atak, będzie szalał, aby uzyskać utraconą sławę; walcz dzielnie i nie miej wątpliwości co do mojej pomocy. Miej szeroko otwarte oczy, gdyż ów tajemniczy osobnik będzie usiłował atakować cię przez zaskoczenie. Nie bój się jego straszliwej obecności, ale pamiętaj o tym, co ci obiecałem: ja będę zawsze przy tobie; będę cię zawsze wspomagał, abyś mógł go zawsze pokonać".

 

I tak oto pokonany zostaje ów tajemniczy osobnik wraz z wielką rzeszą jego satelitów, ucieka z hałasem, z krzykiem obrzydliwych słów i przekleństw; a z piersi innej rzeszy ludzi o przepięknym wyglądzie wydobywa się pieśń uwielbienia i chwały dla owego chwalebnego i bardziej od słońca świetlanego męża.

Tak oto zakończyła się wizja, a dusza szczęśliwego młodzieńca, pragnącego "na wieki zerwać ze światem, aby całkowicie poświęcić się Bożej służbie w jakimś instytucie zakonnym", napełniła się odwagą (por. Ep I, ss. 1279-1284).

Była to symboliczna, tajemnicza wizja. Francesco nie zrozumiał jej. Po niej przyszła inna, czysto intelektualna, a było to na kilka dni przed wstąpieniem do nowicjatu.

Pięć dni przed wyjazdem z domu rodzinnego - w uroczystość Obrzezania Pańskiego (tak wówczas nazywano ósmy dzień po Bożym Narodzeniu) - po Komunii św., gdy Francesco trwał na rozmowie ze swoim Panem, jego dusza "nagle, w jednym momencie została opromieniona wewnętrznym, nadprzyrodzonym światłem. Poprzez to najczystsze światło błyskawicznie zrozumiał, że jego dusza wstąpiła do zakonu, aby poświęcić się służbie niebiańskiemu Monarsze. Nic mu innego nie pozostawało, jak stanąć do walki z owym tajemniczym duchem z piekła rodem, z którym już podejmował walkę w wizji mającej miejsce wcześniej. Ponadto zrozumiał, że to zostało mu dane dla pokrzepienia, że kimkolwiek byliby obecni szatani i walczyliby z nim, by śmiać się z jego porażek, to z drugiej strony nie powinien się niczego obawiać, gdyż w jego walce będą uczestniczyli także jego aniołowie, aby oklaskiwać jego zwycięstwo, a klęskę szatana"(por. Voce, 1, 1972 r.).

 

Pięknie, Franci, dotrzymałeś słowa

 

6 stycznia 1903 r. Francesco zapukał do furty klasztoru Kapucynów w Morcone. Miasteczko to leży około 30 kilometrów na północ od Pietrelciny. I tu spotkało go miłe zaskoczenie. Po chwili oczekiwania brat furtian otworzył klasztorne drzwi. Francesco stanął przed zakonnikiem, który w sposób rozstrzygający wpłynął na wybór jego powołania i zdecydował o wstąpieniu do zakonu. Był to brat Camillo z San Elia a Pianisi (1871-1933), przykładny, prosty zakonnik, kwestarz. Stąd, z Morcone, często udawał się na kwestę do Pietrelciny. Postać tego duchowego syna św. Franciszka wywarła ogromny wpływ, urzekła umysł i serce Francesca.

Gdy brat Camillo zobaczył Francesca, uradował się, uściskał go serdecznie. I od razu dodał: "Franci, pięknie, brawo! Pozostałeś wierny obietnicy i powołaniu św. Franciszka!".Następnie przedstawił go ojcu gwardianowi Francescowi Marii pochodzącemu z San Elia a Pianisi i mistrzowi nowicjatu, ojcu Tommasowi rodem z Monte San Angelo (1872-1932).

Szczególnym zadaniem mistrza nowicjatu było niesienie pomocy kandydatom w nowym sposobie życia i zachowania się na nieznanym dotychczas terenie klasztornym. Mistrz przedstawił porządek dnia, plan tygodnia, układ klasztoru. Tutaj wszystko pozostawało ukierunkowane na obcowanie z Bogiem, z nikim innym.

Pokoik nr 18, który tymczasowo dano nowemu kandydatowi, znajdował się na korytarzu prowadzącym do chóru, czyli kaplicy dla zakonników. Potem zamieszkał w celce nr 28, na korytarzu kleryckim: w celi siennik położony na pryczy, maleńki stolik, a na nim religijna książka, krzesło, drewniany krzyż, który będzie mu towarzyszył w ciągu dnia i szybko upływającego snu w nocy.

Nad drzwiami każdej celki umieszczono napis, cytat z tekstów biblijnych, który temu, kto wchodzi i wychodzi, głosi maksymę dla życia duchownego. Nad celami, które zamieszkiwał Francesco, były urywki ze Starego i Nowego Testamentu: Il molto parlare non sara senza peccato (W wielomówstwie nie uniknie się grzechu) i Voi siete morti ? la vostra vita ? nascosta con Cristo (Umarliście i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu - por. Kol 3, 3).

Napis na ścianie, na niższym stopniu korytarza, przypominał o zachowaniu milczenia (silentium), gdyż nowicjat (klasztor) jest miejscem skupienia. Francesco uznał, że to milczenie winno trwać zawsze, być wieczne; że milczenie, które zachowuje tak wiele osób, nie jest martwe, ale żywe. Nowicjat był pełny. Tu się dużo pracuje, ale tu się jeszcze więcej modli, i to nawet w nocy; tu życie nie jest łatwe, ale Francesco pokłada nadzieję w Bogu i Jego Matce, którzy obiecali mu pomoc i nagrodę.

Po zakończeniu rekolekcji, 22 stycznia tegoż 1903 r., Francesco przywdział kapucyński habit i otrzymał nowe imię. Teraz będzie się nazywał Fra Pio da Pietrelcina(brat Pio z Pietrelciny). Delikatnie nałożono mu "piękny kapucyński habit". Tu się bardzo szybko przekonał, że owi bracia nie żartują, traktują życie na serio.

 

Doskonały kapucyn

 

Z jakimi postanowieniami wszedł do klasztoru i jak spędził rok nowicjatu brat Pio? Mówi o tym on sam, w liście autobiograficznym z 1922 r., i potwierdzili to także jego współbracia z nowicjatu.

Bóg chciał, by dla piętnastoletniego Francesca klasztorstał się "miejscem bezpiecznym, by azylem pokoju było [dołączenie do] rzeszy służby kościelnej. I gdzie mógłbym Ci, o Panie, lepiej służyć, jak nie w klasztorze i pod sztandarem Biedaczyny z Asyżu? [...] O Boże, spraw, bym stale coraz lepiej Cię słuchał moim biednym sercem! Dopełnij we mnie dzieła, które rozpocząłeś [...]. Oby Jezus swoją łaską sprawił, bym stawał się coraz mniej niegodnym synem św. Franciszka, bym był przykładem dla moich współbraci, a to w taki sposób, bym stawał się coraz gorliwszy i byś mnie uczynił doskonałym kapucynem" (por. Ep III, ss. 1005-1010).

I jak to stwierdził pełen podziwu dla niego współczesny mu nowicjusz, brat Pio był dokładny we wszystkim. "W ciągu kilku miesięcy, które upłynęły, [brat Pio] wydał mi się, jakby był już doświadczonym zakonnikiem. Szczególnie wyraźnie można było u niego dostrzec wrażliwość i posłuszeństwo okazywane przełożonym, którym w odpowiedzi mawiał zwykle: "Tak, ojcze" i już szedł, by wykonać to, co mu polecono".

Jego zamiłowanie do modlitwy można by ująć i określić jako "naturalną, przedziwną gotowość": po odczytaniu tekstu do wspólnie odprawianej medytacji, który zawsze dotyczył męki Pana Jezusa, brat Pio "przyjmował postawę klęczącą na miejscu mu wyznaczonym. Tak pozostawał, jeśli tylko czas na to pozwalał, także i po medytacji, wylewał potoki łez, wypowiadał akty strzeliste, które powtarzał, gdy przechodził korytarzem, na alejkach ogrodu i gdzie indziej. Aby przedłużyć czas modlitw, prosił często przełożonych o zwolnienie z rekreacji, a niekiedy także i z kolacji, aby mógł się zatrzymać choćby na chwilę w chórze [...]. Był pierwszy w okazywaniu czci i adoracji, klękając przed Najświętszym Sakramentem, gdy przechodził przed obrazem Matki Bożej i świętych. W ten sposób stawał się zachętą dla współbraci, by w niczym nie zaniedbywali nieodzownych powinności".

Artystyczny, otaczany czcią obraz Matki Bożej Bolesnej znajdował się na górze u początku schodów klasztoru. Był przy nim umieszczony napis, by przechodząc obok niego, nie zaniedbać nigdy Ave: Hinc transire cave, nisi dixeris Ave (Przechodząc tędy, strzeż się, byś nieopuścił Zdrowaś).To wezwanie znalazło uczuciową odpowiedź w aktach strzelistych brata Pio. Nowicjusz, powściągliwy w odżywianiu się, z pewnym zakłopotaniem przychodził do refektarza, gdyż musiał się usprawiedliwiać u mistrza nowicjatu i ojca gwardiana, jeśli chciał odłożyć jakiś posiłek. Na ogół przełożeni byli wyrozumiali i przychylali się do prośby, udzielając pozwolenia, uznając motywy proszącego publicznie wobec całej wspólnoty.

Brat Pio był tak wielkim miłośnikiem przepisanego dla nowicjuszy milczenia, że nie słyszano z jego ust ani jednego słowa. Jedynie gdy było to konieczne, tłumaczył współbraciom nowicjuszom ich obowiązki czy ukazywał ich braki i niedociągnięcia, za pomocą gestów czy spojrzenia wyjaśniał swą myśl, aprobował lub wyrażał swe niezadowolenie, a także wskazywał na właściwą postawę.

 

Utrzymywał bardzo znikomy kontakt listowny z rodziną; po latach, gdy sam ojciec Pio opowiadał wspomnienia z nowicjatu, powiedział, że "prawie że zapomniał, jak się trzyma pióro w ręku". Wśród sporadycznej korespondencji znalazły się powiadomienie matki o obłóczynach, życzenia na Wielkanoc i Boże Narodzenie; nie mogło zabraknąć pozdrowień dla "księdza dobrodzieja Tore" (księdza prałata z Pietrelciny, Salvatore Panulla) i nauczyciela Caccava oraz innych krewnych. I to było wszystko. Takie były czasy i nikt temu się nie dziwił.

Wolny od jakichkolwiek przywiązań do osób z zewnątrz - choć z szacunkiem i miłością odnosił się do swoich bliskich i darzył ich szczerym uczuciem - uparty w realizowaniu postanowień brat Pio starał się pojąć i realizować życie właściwe dla kapucyńskiego nowicjusza i wielkodusznie odpowiadać na wymogi Bożego powołania. Sam mógł stwierdzić, że podczas nowicjatu nie otrzymał nawet najmniejszej reprymendy, upomnienia czy kary; a gdy widział, jak inni nowicjusze byli karani, to "ściskało mu się serce".

Mistrz nowicjatu uważał, że brat Pio był "wzorowym nowicjuszem, skrupulatnym w zachowywaniu wymogów i dokładnym we wszystkim" i dlatego wszystkim stawiał go za przykład. W całym swym postępowaniu był wręcz "nieskazitelny". Jako młody nowicjusz łączył jednych z drugimi i "swoim stylem życia pociągał wszystkich tak, że niezależnie ilu ich było, tworzyli wspólnotę razem z nim".

W ciągu roku nowicjatu odbywały się trzy głosowania całej wspólnoty zakonnej, aby można było nowicjusza dopuścić do profesji. Pod koniec nowicjatu, po trzech głosowaniach wspólnoty, brat Pio podjął przygotowanie do profesji w postaci tygodniowych rekolekcji. Przełożeni po rozpoznaniu jego woli, wystarczającej znajomości kapucyńskiego życia, że własne życie chce poświęcić Bogu dobrowolnie, bez żadnego przymusu, wpływu osoby z zewnątrz, że kieruje się czystą intencją zobowiązania się wobec Boga trzema ślubami, że godzi się zachowywać doskonałe życie wspólne i Regułę Braci Mniejszych Kapucynów, aby łatwiej mógł się zbawić, uznali, że może złożyć profesję czasową. Na wszystkie postawione kwestie brat Pio dał szczerą, potwierdzoną przysięgą odpowiedź. Teraz może rozpocząć przygotowania do wypowiedzenia formuły swej konsekracji (oddania się) Bogu.

Rankiem 22 stycznia 1904 r. na uroczystość profesji przybyła z Pietrelciny matka, rodzony brat Michele i wuj Angelantonio. Tego dnia o godzinie 11.45 brat Pio w otoczeniu całej wspólnoty zakonnej ukląkł u stopni głównego ołtarza, włożył swe ręce w dłonie ojca gwardiana i przyrzekł Bogu, że chce żyć w posłuszeństwie, bez własności i w czystości.

 

Po zakończeniu obrzędów krewni mogli złożyć gratulacje neoprofesowi. Mama Peppa była ogromnie wzruszona i zapłakana. Objęła go w uścisku, ucałowała i rzekła: "Mój synu, teraz wiem, że jesteś we wszystkim synem św. Franciszka. Oby on ci błogosławił".

 

Chorowity student

 

Według w tym czasie istniejącego zwyczaju na ogół kierownictwo i nauczanie było powierzone jednemu profesorowi. Był on jednocześnie dyrektorem i nauczycielem.

Rankiem 25 stycznia 1904 r., razem z kolegą z nowicjatu bratem Anastasiem z Roio (1886-1947) i z prowincjałem ojcem Pio z Benewentu (1842-1908), udał się do tzw. profesorium w San Elia a Pianisi (Campobasso), aby rozpocząć "retorykę", czyli gimnazjum, a potem "filozofię", czyli liceum.

Po ukończeniu gimnazjum, w drugiej połowie października 1905 r., brat Pio został dopuszczony do studiów filozoficznych. Razem z kolegami udał się na krótko do klasztoru w San Marco La Catola. Stało się tak dlatego, że klasztor w San Elia a Pianisi popadał w ruinę. Wraz z chórem i przyległymi pomieszczeniami wymagał remontu.

Tutaj, w tym nowym miejscu, brat Pio spotkał ojca Benedetta, który był jego kierownikiem duchowym aż do 1922 r. Po zakończeniu roku szkolnego, wraz z lektorem (profesorem) ojcem Giustinem z San Giovanni Rotondo, pod koniec kwietnia 1906 r. wrócił do San Elia a Pianisi, aby tu kontynuować naukę filozofii.

27 stycznia 1907 r. brat Pio złożył na ręce ojca gwardiana Raffaelego z San Giovanni Rotondo profesję wieczystą.

W pierwszych dniach października tegoż 1907 r. klerycy, w celu złożenia egzaminów dopuszczających do studiów filozoficznych, udali się do San Marco la Catola. Egzamin zdawano, prócz brata Pio, przed definitorium (zarządem) prowincji. Wszyscy go zdali.

 

Pod koniec października brat Pio został przeniesiony do Serracaprioli (Foggia). Tu odbywał studia pod kierunkiem ojca Agostina. Druga grupa studentów została skierowana do Vico del Gargano (Foggia).

W ostatnich dniach listopada 1908 r., zgodnie z nakazem Stolicy Apostolskiej o nowej organizacji studiów (seminaryjnych), zniesiono dotychczas używane nazwy "profesorium (seminarium) niższe, wyższe..." i zastąpiono nazwą "gimnazjum". Filozofia objęła liceum, teologią nazwano teologię powszechną, a oba domy studiów złączono w jeden i przeniesiono do klasztoru w Montefusco (Avvelino). Wykłady prowadzili ojcowie Bernardino z San Giovanni Rotondo i Agostino. Także brat Pio wraz z kolegami udał się do tego nowego domu studiów.

19 grudnia 1908 r. brat Pio otrzymał w Benewencie tzw. święcenia niższe (udzielał ich arcybiskup Benedetto Bonazzi), a dwa dni później, 21 grudnia, święcenia subdiakonatu (których udzielił mu arcybiskup Paolo Schinosi).

Ponieważ był chory, po zbadaniu przez lekarza i za jego radą, że pomoże mu powietrze rodzinnych stron, w 1909 r. udał się do Pietrelciny. Było to oczywiście motywowane "racjami zdrowotnymi". Były to "krótkie pobyty u rodziny".

Jego koledzy poświadczają, że przez krótki czas przebywał także w klasztorze Gesualdo (Avvelino), gdzie studiował teologię. Figurował tu w wykazie studium jako "brat Pio z Pietrelciny, student kapucyński".

Niestety, na podstawie dokumentów urzędowych trudno coś powiedzieć o wynikach nauki, gdyż brakuje zapisów ocen z poszczególnych klas. Zachowały się tylko "wypracowania szkolne" brata Pio oraz jego program tygodniowy i list napisany z domu.

 

Na podstawie wypowiedzi ojca Benedetta wiemy, że brat Pio nie zdawał egzaminu z filozofii, jakkolwiek ją studiował; uczęszczał na wykłady z dogmatyki, natomiast teologii moralnej uczył się prywatnie w domu, korzystając z pomocy miejscowego kapłana.

Jednogłośnie zgodne świadectwa kolegów i nauczających: "zwyczajny i jednocześnie nadzwyczajny"

Zachowanie brata Pio, jego sposób bycia zwracały uwagę przełożonych, współbraci i ludzi świeckich. Padały też odważne, niedyskretne pytania, których nie mógł uniknąć. Możemy powiedzieć, że był "zwyczajny i jednocześnie nadzwyczajny". Ufamy w jego zwyczajność i nie wątpimy w nadzwyczajność, gdyż nie ośmielamy się oceniać krytycznie działania Boga i stosowanych przez Niego praw.

Przejdźmy do faktów. Kiedy brat Pio i brat Anastasio przybyli do klasztoru w San Elia a Pianisi, byli tu już inni kapucyńscy studenci, a także kilku aspirantów (kandydatów) przygotowujących się do kapłaństwa; był tu także aspirant Raffaele (który potem został kapucynem). Później tenże przez ponad 30 lat żył przy boku ojca Pio w San Giovanni Rotondo. Był także ojciec Damaso, który w latach 1941-1944 był gwardianem (w San Giovanni Rotondo), i od kilku lat ojciec Agatangelo.

Jeden z jego kolegów - ówczesny aspirant (przyszły ojciec Raffaele), który dwa lata przebywał wraz z bratem Pio w tutejszym klasztorze - już po pierwszym spotkaniu z nim powiedział: "[Brat Pio] we wszystkim był wyjątkowy, a to, co wzbudzało u mnie podziw dla niego, to przykładne zachowanie". W październiku 1905 r. rozstał się z nim i rozpoczął nowicjat w Morcone.

 

Gdziekolwiek spotykano brata Pio - na korytarzach, w chórze, w zakrystii, w ogrodzie - wszędzie widziano go "skromnego [opanowanego], skupionego i milczącego; nie było takiego ryzyka, że powiedziałby jakieś zbyteczne słowo. Był chłopcem jak inni, nie zauważyłem u niego jakichś cnót, czegoś, co by go wyróżniało spośród innych kleryków".

Ojciec Damaso wspomina, że dwaj nowo przybyli, brat Pio i brat Anastasio, byli "oschli". Brat Pio"przyjął się tu bardzo dobrze, był przystojny po kilku miesiącach przebywania w nowym klasztorze swego pobytu, w moich oczach, wówczas młodzieńca, różnił się jednak od innych; był bardziej uprzejmy, potrafił powiedzieć dobre słowo do nas, chłopców; umiejętnie podawał w sposób życzliwy jakąś radę i dlatego chętnie się go słuchało. Mnie wydawało się jednak, że niczym specjalnie się nie wyróżnia".

Panował wówczas taki zwyczaj, że ze studentami nie można było rozmawiać. Jak twierdził ojciec Agatangelo w bezpośredniej rozmowie, ojciec Pio w swoim zachowaniu "różnił się od innych i był podziwiany zarówno przez nas, aspirantów (a było nas wtedy czterech: ojciec Damaso, ojciec Raffaele, ojciec Antonio i ja, Agatangelo), jak i przez wiernych. W kontaktach z nami cechowała go grzeczność, powściągliwość, religijność. Nie miał trudnego charakteru, był towarzyski, choć nie ulegał wpływom, starał się być jednym z kolegami, którzy szczerze szukali dobra. Był naprawdę piękną postacią, ale piękną na twarzy i w grzeczności. Spostrzegł to już brat Camillo pochodzący z tej właśnie miejscowości San Elia a Pianisi [gdy Francesco był w nowicjacie, pełnił obowiązki furtiana tamtejszego klasztoru]. Gdy przyszedł po kweście do Pietrelciny, powiedział: "Tego chłopca musimy uczynić mnichem [zakonnikiem]"".

Wierni, którzy uczęszczali do kościoła Kapucynów, a także miejscowi duchowni w San Elia a Pianisi, mówili "ów kleryk" i dodawali, że wyróżnia się "skromnością, umartwieniem i wielką pobożnością".

Zgodna była ocena zarówno kolegów, jak i nauczających. Zachowanie brata Pio przykuwało uwagę tak przełożonych, podwładnych, jak i świeckich. Przytoczmy świadectwo jego kolegi z nowicjatu i seminarium ojca Guglielma z San Giovanni Rotondo, który tak go ocenia: "To zrozumiałe, że jego ciągłe choroby budziły zastrzeżenia. Ze względu na długie leczenie zmuszały go, by był z dala od nas, a więc poza wspólnotą [...]. Gdy powracał do nas, mieliśmy wrażenie, jakby stale był z nami. To był dowód, jak bardzo o nim pamiętaliśmy. Takie było moje odczucie, a także innych kolegów, gdy znowu go zobaczyliśmy, i to po kilku miesiącach, w Gesualdo, na studiach świętej teologii [moralnej], gdzie jeszcze raz potwierdził, że i on jest również razem z nami, okazując nam życzliwość, dobroć i uprzejmość. Wkrótce jednak, ze znanych już powodów, musiał wyjechać do rodzinnego domu, gdzie pozostał jeszcze przez długi czas, aby się wzmocnić i móc prywatnie kontynuować swoje studia".

Ojciec Leone z San Giovanni Rotondo, przez pewien czas towarzysz z nowicjatu, spotkał się z bratem Pio w domach studiów i takie o nim dał świadectwo: "Był ogólnie zdolnym studentem, łatwo przyswajał sobie wiedzę, dlatego byliśmy przekonani, że chyba może mniej się uczyć. Pewnego razu jako odpowiedzialny za porządek na studiach, proszę mi to wybaczyć, wraz z drugą osobą często wchodziłem do jego celi i prawie zawsze spotykałem go, jak klęczał i modlił się. Miał wtedy czerwone od płaczu oczy. Mogę więc powiedzieć, że był studentem ciągłej modlitwy, wyrażanej we łzach. Wystarczyło popatrzeć na jego oczy, aby sobie uświadomić, że łzy były w jego życiu czymś zwyczajnym".

 

Prowadził życie wspólne wraz z innymi klerykami, brał udział w młodzieńczych zabawach, we wspólnej rekreacji, w co tydzień odbywanych przechadzkach czy szkolnych wycieczkach; nie uczestniczył jednak w spotkaniach grup niezadowolonych studentów. Zresztą sami studenci wybawiali go z kłopotu, wyznaczając mu takie funkcje, by był jak najdalej od źródła szemrań i protestów.

"Gdy tylko zabrzmiał dzwonek wzywający na modlitwę i zejście do chóru, brat Pio starał się pilnie zachęcić kolegów, by to uczynili jak najśpieszniej. W czasie rekreacji niektórzy koledzy, oczywiście bez pozwolenia, poszli do ogrodu, narwali bobu i go zjedli. Następnie wrócili i podzielili się nim z bratem Pio. On jednak nie chciał go jeść. Odmówił, jednak w taki sposób, że tylko wzbudził podziw i sympatię. I to jest cała prawda".

A oto świadectwo ojca Damasa, który spotkał się z bratem Pio w San Marco La Catola. Był z nim razem w tym klasztorze około miesiąca i w żywy sposób tak opowiada pewien epizod: "Pewnego wieczoru w chórze odprawiano medytację. Siedziałem blisko niego, po prawej stronie (dobrze to pamiętam, jakby to było teraz). Kierując się trochę pobożną ciekawością, skrycie nałożyłem na mój palec dużą białą chusteczkę, którą brat Pio miał przy boku; pomyślałem o darze łez (mówiono, że z powodu płaczu był chory na oczy). Wyciągnąłem z chustki palec, okazało się, że był cały mokry, gdyż cała chusteczka była nasiąknięta łzami. W duszy dane mi było poznać coś więcej dzięki dobroci brata Pio".

Dar łez był czymś zwyczajnym, a jednak brat Pio zachorował na oczy. Ojciec Antonino z San Giovanni Rotondo, który był wychowawcą, wspomina, że brat Pio w czasie bytności w San Elia a Pianisi "podczas modlitwy, a zwłaszcza po Komunii św., wylewał tak wiele łez, że na podłodze utworzył się mały rowek. Pytany o przyczynę odpowiadał zawsze wymijająco albo milczał. W końcu, jako jego kierownik duchowy, zobowiązałem go do powiedzenia, co to jest. I odpowiedział: "Opłakuję moje grzechy i grzechy wszystkich ludzi"".

Ów iście "anielski braciszek" jest przecież w szkole swego serafickiego ojca i przez lasy i góry z płaczem woła do ludzi: "Miłość ukrzyżowana nie jest kochana..."; pobudzony tym żarem skorzystał w 1904 r. z okazji przybycia na wizytację generała Zakonu Kapucynów ojca Bernarda z Andermattu i poprosił go o pozwolenie udania się na misje. Prośba jednak nie została przyjęta, gdyż - jak to później skomentował sam ojciec Pio - "Pan Bóg zachował dla mnie o wiele cięższe zadania".

 

Pokój i skupienie, zarówno w nowicjacie, jak i później, były u niego czymś naturalnym. Ojciec Leone mówi: "Zawsze zachowywał ducha świętegonowicjatu. Często gdy przychodziłem do jego celi, aby go zawołać, zastawałem go klęczącego na kolanach przy łóżku lub trzymającego głowę w dłoniach wspartych na książkach. Pewnego razu brat Pio nie przyszedł do chóru na nocne oficjum, poszedłem więc, by go zawołać. I oto zauważyłem, jak z narzutą na ramionach klęczał i był całkowicie zatopiony w modlitwie. Nie pamiętam, by kiedyś skarżył się na skromne posiłki, choć możliwości klasztoru zapowiadały, że mogło być lepiej; nigdy nie krytykował posunięć przełożonych, a kiedy inni to czynili, on albo ich upominał, albo też usuwał się na bok [...]. Nigdy nie narzekał, że mu było zimno, choć pościel miał bardzo marną".

Lektor, czyli wykładowca, ojciec Bernardino z San Giovanni Rotondo potwierdza opinię jednego ze studentów, brata Leonego: "Miałem ojca Pio wśród studentów w Montefusco. Nie wybijał się w nauce. Posiadał raczej średnie zdolności. Wyróżniał się jednak zachowaniem. Wśród pogodnych i hałaśliwych kolegów studentów był cichy i spokojny. Taki był również w czasie rekreacji: zawsze pokorny, cichy, posłuszny".

Zapytany, czy w tamtych czasach brat Pio wśród swoich kolegów cieszył się opinią świętego albo czy choćby ktoś zakładał, że mógłby takim być, ojciec Bernardino odpowiedział, że wówczas nikt tego tak nie określał: "Mówiono, że miał dar łez, że gwardian zwolnił go z medytacji, gdyż ta może nadszarpnąć jego zdrowie, ponieważ często chorował. Myślał nawet o wysłaniu go na odpoczynek do rodzinnej miejscowości".

Choć brat Pio był szanowany, dobrze ułożony, to zarówno wśród przełożonych, jak i współbraci i kolegów nie cieszył się "sławą świętego", gdyż nie widziano u niego czegoś "nadzwyczajnego czy nadprzyrodzonego". Ojciec Agostino, który poznał brata Pio już w 1907 r., gdy był studentem teologii w Serracaprioli, mówi o nim, że "był dobry, posłuszny, pracowity, choć słabego zdrowia", ale nie zauważył w nim niczego "nadzwyczajnego czy nadprzyrodzonego".

 

Tenże ojciec Agostino, gdy został jego kierownikiem duchowym, po 13 latach (w 1915 r.) postawił mu szereg pytań. Uczynił to "w imię Jezusa", zachęcając go, by modlił się i nalegał na Pana, by Ten dał mu poznać wszystko: najpierw to, co dotyczy chwały, a następnie zbawienia dusz. "Nie sądzę - wyjaśniał zapytany ojciec - żeby to wynikało z mej ciekawości, Jezus zna szczerość moich zamiarów. Powiedz mi: 1. Od kiedy Jezus zaszczycał cię swoimi niebiańskimi wizjami? 2. Czy Jezus udzielał ci przedziwnego daru swoich świętych ran także wtedy, gdy one były niewidzialne? 3. Czy dał ci doświadczyć (i ile razy) swego cierniem ukoronowania i swego biczowania?"(por. Ep I, s. 659).

Biedny ojciec Pio, gdy znalazł się w obliczu tych i podobnie bezceremonialnych pytań także od swego kierownika duchowego, nie umiał przezwyciężyć wstrętu do samego siebie. "Wybaczcie mi, ale nie potrafię odpowiedzieć na wasze zapytanie, które mi ostatnio postawiliście. Prawdę powiedziawszy, chcę rzec, że czuję wobec siebie obrzydzenie [...]. Czekam na decyzje w tej sprawie"(Ep I, s. 663).

A na decyzje nie trzeba było długo czekać. Po liście ojca Pio z 4 października (1915 r.) przyszła odpowiedź ojca Agostina, datowana 7 października: "Prosisz mnie o odłożenie odpowiedzi na postawione przeze mnie pytania. Powiem ci prawdę: w moim sercu czuję powinność nalegania. Wierzę, że to naleganie nie będzie sprzeczne z upodobaniem Jezusa, a ty już nie będziesz odczuwał obrzydzenia dla okazania posłuszeństwa. Nie powinieneś bowiem wątpić, że to wszystko wyjdzie na chwałę Bożą i nasze zbawienie. Powiedz mi więc z tym jednym zastrzeżeniem, że Jezus zobowiązuje mnie do zachowania sekretu. Wiesz o tym, że nigdy nie mówiłem, że nie wiem, a jeśli już to tylko duszom o tym, czego i kiedy chce dla ich dobra Jezus. Dlaczego więc aż taka niechęć? Powinieneś więc być szczery i powiedzieć mi wszystko; więcej, prosi cię Jezus, byś mi odsłonił wszystko, także i te sprawy, o których ja nie pamiętam i zapomniałem cię zapytać".

Ojciec Pio gotów był posłuchać i odpowiedzieć "na zdecydowaną wolę poznania" ojca Agostina. W tej chwili interesuje nas odpowiedź tylko na pierwsze pytanie: "Chcecie wiedzieć, od jakiego czasu Jezus zaczął okazywać mi szczególne względy i swoje biedne stworzenie zaszczyca swymi niebiańskimi wizjami? Otóż jeśli dobrze to sobie kojarzę, to one zaczęły się w krótkim czasie po nowicjacie" (Ep I, s. 669).

Ojciec Agostino podziękował swemu duchowemu synowi w imieniu Jezusa za okazane posłuszeństwo, a korzystając z dobroci Bożej ("ponieważ Jezus jest tak dobry i pozwoli mi na to wszystko"), podwyższył stawkę, wysuwając kolejne pięć pytań. Tutaj przytoczymy pierwsze dwa: "1. Czy od początku zwierzałeś się spowiednikom z tego, co Jezus czynił w tobie i poza tobą? 2. Pewnego razu mówiłeś mi o męczących cię skrupułach. Kiedy one się zaczęły i jak długo trwały? Gdzie wtedy byłeś?" (Ep I, s. 672).

Ojciec Pio: "Postaram się wam dać odpowiedź na wasze pytania. Pierwsze pytanie dotyczy tego, czy owa dusza [to jest dusza ojca Pio] już od początku zwierzała się spowiednikom z tego, czego Jezus dokonywał w niej, i z tego, co się działo wokół niej. Bądźcie spokojni, ojcze, co się tyczy tego punktu. Dusza, o której mówimy, nigdy nie kierowała się niegodziwą pobudką i dlatego nigdy nie milczała wobec swoich kierowników i spowiedników o tym, co dokonywało się w niej.

Powiedziałem: bardziej przed swoimi kierownikami niż spowiednikami, gdyż ze względu na swój wędrowny sposób życia nie mogłem nigdy spotkać zwłaszcza światłych i biegłych w sprawach nadprzyrodzonych spowiedników [...].

A drugie pytanie było takie: kiedy w owej duszy zaczęły się męki skrupułów; jak długo to trwało i gdzie wtedy się znajdowała? Ta udręka była bardzo bolesna dla biednej duszy, i to z racji intensywności, jak i swego zakresu. One, jeśli się nie mylę, zaczęły się właśnie w jej osiemnastym roku i skończyły się w dwudziestym pierwszym. W pierwszych dwóch latach było to wręcz nie do wytrzymania. Było to wówczas, gdy ta dusza cierpiała i przebywała w San Elia i następnie w San Marco, i także gdzie indziej" (Ep I, s. 678 n.).

 

Fakt niezwykły i niesamowite wydarzenie

 

Ten niesamowity fakt wydarzył się pewnej letniej nocy 1905 r. Opowiedział o nim sam ojciec Pio: "Byłem wtedy w San Elia a Pianisi, w trakcie studiów filozofii. Moja cela była przedostatnią na korytarzu, który wychodził za kościół, na wysokości palącej się świecy przed Niepokalaną, która znajduje się w głównym ołtarzu.

Pewnej letniej nocy po odmówieniu matutinum [to jest dzisiejszej godziny czytań] otwarłem okno na oścież, gdyż było bardzo gorąco, i wtem usłyszałem hałasy dochodzące z pobliskiej celi. Postawiłem sobie pytanie: co znowu o tej porze wyczynia brat Anastasio? Myśląc, że chyba czuwał na modlitwie, zacząłem odmawiać różaniec. Była bowiem między nami taka rywalizacja: kto będzie się modlił więcej. A nie chciałem pozwolić, by mnie wyprzedził.

Gdy hałasy stawały się coraz intensywniejsze, postanowiłem wezwać współbrata. A tymczasem dało się poczuć wstrętny zapach siarki. Postanowiłem wychylić się przez okno, by zawołać na niego; dwa okna, moje i brata Anastasia, były tak blisko siebie, że można było podać książkę, wyciągając rękę. "Bracie Anastasio, bracie Anastasio!" - starałem się go przywołać, nie podnosząc zbytnio głosu. Jednak nie otrzymałem odpowiedzi i dlatego wycofałem się. Z przerażeniem zauważyłem, jak przez bramę wchodzi jakiś wielki pies, z którego pyska wychodził tylko dym. Padłem tyłem na łóżko i usłyszałem [głos], który mówił: E'iss, e'iss (To on, to on). Gdy tak leżałem, zobaczyłem zwierzątko, które wzbiło się i uczyniło skok na parapecie okiennym, następnie skoczyło na dach frontowy, a potem znikło".

 

W tymże samym klasztorze, w San Elia a Pianisi, zdarzyło się jeszcze coś, co również można uznać za "wydarzenie niesamowite".

"Przed wieloma dniami przytrafiło mi się coś niesamowitego: byłem w chórze razem z bratem Anastasiem, około godziny 23.00, 18 dnia ubiegłego miesiąca (styczeń 1905 r.). Naraz znalazłem się gdzieś daleko, w jakimś pańskim domu. Umierał ojciec rodziny, a na świat przychodziła dziewczynka. Ukazała mi się Najświętsza Maryja Panna, która powiedziała do mnie: "Powierzam ci to istnienie; jest to drogocenny kamień w stanie surowym; pracuj nad nim, wyszlifuj go i uczyń wszystko, aby stał się możliwie najlepiej świecącym, gdyż pewnego dnia pragnę je przyozdobić...".

"Jak to będzie możliwe? Przecież nadal jestem tylko ubogim klerykiem. Nie wiem, czy będę miał tę radość i szczęście zostać kapłanem. Jak więc będę mógł myśleć o tej dziewczynce (zatroszczyć się o nią), będąc tak daleko od niej?"

A Madonna dodała: "Nie wahaj się. Przyjdzie dzień, kiedy ona przyjdzie do ciebie, ale wcześniej ty ją spotkasz w Bazylice św. Piotra...".

Po tym wszystkim znowu znalazłem się w chórze".

To niesamowite wydarzenie zostało opisane przez ojca Pio w lutym 1905 r. Następnie ojciec Pio tekst przekazał ojcu Agostinowi, swemu duchowemu kierownikowi. Zapis był zazdrośnie strzeżony. Po wielu latach ojciec Agostino dał go pewnej osobie zainteresowanej, która jednak nie chciała ujawnić swego imienia.

Pani G.R. (Giovanna Rizzani) przyszła na świat w Udine wieczorem 18 stycznia 1905 r., gdy właśnie umierał jej ojciec. Zapłakana matka modliła się przy łożu męża. Wtem niespodziewanie zauważyła, jak z pokoju wychodzi i oddala się, przechodząc na korytarz pałacu, jakaś postać zakonnika, kapucyna, która jakby znikała. Przecież nie widziała, aby ktoś wchodził. Później dziewczynka sierota i wdowa przeniosły się do Rzymu i zamieszkały u swoich krewnych.

 

W 1922 r. owa sierota, już jako siedemnastoletnia dziewczyna, uczennica liceum, późnym letnim popołudniem udała się do Bazyliki św. Piotra, aby się wyspowiadać. Nie była to jednak właściwa pora do spowiedzi. Nie mogła znaleźć żadnego spowiednika. Wtem zauważyła, jak idzie jej na spotkanie młody kapłan kapucyn. "Ojcze - zapytała - czy możesz mnie wyspowiadać?" Ojciec odpowiedział, że tak, i skierował się do drugiego konfesjonału po lewej stronie od wejścia do bazyliki.

Po spowiedzi poprosiła, aby jej dał wskazania, a także wyjaśnił pewne wątpliwości dotyczące wiary. Po odejściu od konfesjonału młoda penitentka czekała, aby ucałować jego rękę. Ku jej wielkiemu zaskoczeniu i zaniepokojeniu nikt nie wyszedł z konfesjonału, bo nie było w nim nikogo.

W czasie letnich wakacji 1923 r. dziewczyna ta, wraz ze swoją ciocią i z dwiema przyjaciółkami, udała się do San Giovanni Rotondo, aby poznać ojca Pio.

Było popołudnie. Korytarz, który łączy stary kościółek z klauzurą, wypełniali po brzegi wierni. W pierwszym szeregu oczekujących na ojca Pio ustawiła się Giovanna.

Przechodzący ojciec Pio spojrzał na nią i rzekł: "Znam cię. Urodziłaś się w dniu, w którym umarł twój ojciec" i błogosławiąc, dał jej rękę do ucałowania.

Gdy następnego dnia Giovanna przystąpiła do kratek konfesjonału, usłyszała: "Córko moja, wreszcie przyszłaś! Od tylu lat czekałem na ciebie...". A dziewczyna rzekła: "Ojcze, czego ty chcesz ode mnie? Przecież cię nie znam. Po raz pierwszy przybyłam do San Giovanni Rotondo. Towarzyszę mojej cioci w podróży. Być może pomyliłeś mnie z jakąś inną dziewczyną...". "Nie, nie pomyliłem się - odpowiedział jej ojciec Pio - ani też nie biorę cię za jakąś inną dziewczynę. Ty również mnie znasz. W ubiegłym roku przyszłaś do mnie w Bazylice św. Piotra w Rzymie". I powiedział jej, że to on był owym spowiednikiem. Potwierdził też autentyczność pisma stwierdzającego, że był przy śmierci jej ojca, i dodał: "Przez Madonnę zostałaś powierzona mojej opiece".

Dziewczyna była ogromnie wzruszona, zaczęła rzewnie płakać i rzekła: "Ojcze, skoro tak, to weź mnie w swoją opiekę. Powiedz mi, co powinnam czynić... Czy powinnam zostać siostrą zakonną?".

"Nie, nic z tego. Powinnaś szybko przyjechać do San Giovanni Rotondo; będę opiekował się twoją duszą, a ty poznasz wolę Bożą".

Po jakimś czasie ojciec Pio przyjął ją do tercjarstwa i nadał imię siostra Jacopa. Później wyszła za mąż, tworząc przykładną, chrześcijańską rodzinę. Bardzo często przyjeżdżała do San Giovanni Rotondo. Jeszcze na cztery dni przed śmiercią ojca Pio spowiadała się u niego. Wtedy usłyszała: "Jest to ostatnia spowiedź, jaką u mnie odbywasz. Teraz odpuszczam ci wszystkie twoje grzechy, które popełniłaś od czasu używania rozumu aż do tej chwili".

"Ojcze, dlaczego?"

"Teraz, jak ci już powiedziałem, nie będę mógł spowiadać, bo odchodzę".

Te i inne jeszcze sprawy - któż to wie, ile ich było zazdrośnie zamkniętych w tajnikach jego duszy - zachodziły w młodym kapucyńskim studencie, w bracie Pio z Pietrelciny, chorowitym i wątłym, choć na zewnątrz wydawało się, że kwitnie zdrowiem.

Ojciec Paolino z Casacalendy, który go zobaczył w Montefusco w listopadzie 1908 r., opisał go jako "pięknego, pyzatego młodzieńca o różowej twarzy. Nie można było dostrzec śladu jakiejś choroby, która by go dotknęła. Nosił jedwabną chustkę, którą osłaniał szyję, a cała jego osoba tchnęła dobrocią i wzbudzała sympatię".

Kilka lat później ojciec Pio tak to skomentował: "Głównym złem w mojej chorobie jest to, że na zewnątrz nie było jej widać, i dlatego niektórzy mogli wątpić, że ja coś cierpię".

O czysta i wybrana duszo!

"O czysta i wybrana duszo ojca Raffaelego, ja nie byłem godny należeć do tych, którzy cię znali za dni twojej doczesnej pielgrzymki. Dziękuję jednak Bogu, że mi zostało dane poznać zapach twoich cnót. Twoje życie wprawia w uniesienie mój umysł i serce. Oby spodobało się Bogu, bym mógł choćby w najmniejszej cząstce cię naśladować.

Teraz ty cieszysz się oglądaniem Boga. Módl się za mnie i naszą prowincję zakonną, aby twój duch i ów serafickiego ojca był zawsze w nas, w poszczególnych jego braciach się rozpalał" - ojciec Pio z Pietrelciny, San Giovanni Rotondo, 5 kwietnia 1956 r.

Jest to pochwalna, dojrzała wypowiedź ojca Pio, który nie znał osobiście sługi Bożego ojca Raffaelego, urodzonego i zmarłego w San Elia a Pianisi (14 grudnia 1816 r.-6 stycznia 1901 r.). Słyszał jednak, jak mówiono o sławie świętości tego przykładnego kapucyna. Poprzedził go on swoją bytnością w różnych klasztorach, rozsiewając wszędzie miłą woń obecności Chrystusa.

 

Klasztor w Morcone, gdzie młodziutki Francesco Forgione, a później brat Pio z Pietrelciny spędził w sumie tylko dwa lata i parę miesięcy po wyjeździe ojca Raffaelego, następnie klasztor w San Elia a Pianisi, dokąd brat Pio został wysłany w 1904 r. w trzy lata po śmierci ojca Raffaelego, klasztor w Serracaprioli, gdzie brat Pio rozpoczął swoje studia teologiczne - wszystkie te miejsca pachniały jeszcze wonią cnót sługi Bożego. Pamięć o nim była wciąż żywa wśród współbraci i wiernych, którzy sławili jego święte życie.

Za każdym razem gdy rozmawiano z ojcem Pio o "świętym mnichu", padały jego słowa pochwały. Jakaś dziwna więź duchowa łączyła te dwie bratnie, pełne miłości Bożej dusze w wielkiej, niewidzialnej solidarności. Istota tej duchowej przyjaźni stała się widzialna w dniu 2 stycznia 1972 r., kiedy to o kilka metrów od pokoiku-kapliczki ojca Raffaelego została również otwarta celka brata Pio, kapucyńskiego studenta.

Latem 1971 r., dzięki wsparciu starszych kapucynów, którzy jako chłopcy przychodzili do klasztoru i spotykali się w rodzinnej atmosferze z bratem Pio, podjęto prace odnowienia celi. Dzisiaj odwiedzający ten klasztor może przeczytać napis nad wyjściem z pokoiku:"W tej celi - ojciec Pio z Pietrelciny - studiował, modlił się i ćwiczył - w miłości Bożej - i podjął w walkę z szatanem - od stycznia 1904 do października 1907 - i poświęcił się [Bogu] - wzorowy kapucyn - przez profesję wieczystą".

 

Rozdział III OJCIEC PIO

 

W historii życia wewnętrznego ojca Pio miał miejsce okres wyjątkowo intensywnych i ciężkich doświadczeń. Z korespondencji wyłania się obraz jakiejś tajemniczej choroby, której przyczyny nader trudno było racjonalnie zdiagnozować. Podawano zatem na ten temat niekiedy sprzeczne opinie, wyjaśnienia. Dopatrywano się jej powodów w niedomaganiach duchowych, trudnych, wręcz dramatycznych przeżyciach ojca Pio.

 

Święty kapłan

 

Z ludzkiego punktu widzenia pobyt brata Pio w Pietrelcinie powinien być krótki. Uważano, że odpoczynek w rodzinnej miejscowości dobrze mu zrobi i przyczyni się do poprawy jego słabowitego zdrowia. Jednakże w niezbadanych planach Bożych chwilowy urlop przedłużył się do około siedmiu lat (od maja 1909 r. do lutego 1916 r.), lecz nie przyniósł mimo to oczekiwanych rezultatów: ojciec Pio na zawsze, trwale pozostał jakby w stanie choroby.

Jego pobyt u rodziny nie był mile widziany przez przełożonych. Ojciec Benedetto, prowincjał i jego kierownik duchowy, wiele razy nakazywał mu powrót do klasztoru, wyznaczając kolejne docelowe miejsca. A ojciec Pio był posłuszny: wyjeżdżał z Pietrelciny, ale wkrótce zmuszony był znowu powracać do domu.

Po tylu usiłowaniach prowincjał w końcu wyraził zgodę i zezwolił na czasowy pobyt w domu: "Przykro mi, ale uwielbiam najwyższe postanowienie Boga, który w swojej niewypowiedzianej dobroci nie pozwala ci na pobyt w klasztorze, dokąd On sam raczył cię powołać. Być może chce, byś był wygnańcem na tym ziemskim padole, abyś mógł tylko w Nim złożyć wszystkie swoje nadzieje i rozkosze. Niech [On] będzie błogosławiony!" (Ep I, s. 191).

Klimat rodzinnych stron przynosił poprawę; były okresy, że czuł się "dość dobrze". Szczerze cieszył się, gdy jego żołądek zechciał przyjąć coś więcej aniżeli wodę. Ale też i nie łudził się myślą o uzdrowieniu, która wydawać się mogła tylko snem. Przeciwnie, pociągała go myśl o śmierci i czuł, że jest ona bardzo blisko. Utrzymująca się, a nawet wzrastająca gorączka, bóle w klatce piersiowej zmuszały go do pozostawania w łóżku. Jednak dzięki wstawiennictwu Matki Bożej zdał się we wszystkim na wolę Bożą. W milczeniu uwielbiał i całował rękę Tego, który w niego uderzał. Wiedział jednak dobrze, że On jest tym, który z jednej strony daje utrapienie, lecz z drugiej strony przynosi pociechę.

Do cierpień fizycznych, które wzrastały z dnia na dzień, dołączyły udręki duchowe, na przykład że nie wyznał wszystkich grzechów z okresu swego świeckiego życia. Prosił swego kierownika duchowego, by mógł odbyć spowiedź generalną i tak przezwyciężyć pokusę nieprzystępowania codziennie do Komunii św.: "Ojcze mój, jakże mógłbym żyć, gdybym tak choćby jednego ranka powstrzymał się od przyjmowania Jezusa?" (Ep I, s. 186).

 

Wielką radością jego duszy było szczęście płynące z tego, że Pan dał mu zakosztować w swoich udrękach: "W takich chwilach bardziej niż kiedykolwiek nudzi mnie świat i wszystko mi ciąży, nic mi się nie chce, niczego nie pragnę, a jeśli to tylko kochać i cierpieć". I choć pokusy są wręcz potworne, ufa w Bożą Opatrzność, że nie wpadnie w sidła kusiciela. Ojciec Benedetto, kierownik duchowy, nie wiedząc, co należałoby zrobić, aby mieć go w klasztorze przy swoim boku, radził, by poddał się działaniu Ducha Świętego, który jest "tak mądry, słodki i tak delikatnie działa, że może spowodować tylko dobro". Na pytanie: "Czego Bóg chce od swego niewdzięcznego stworzenia?" szybko odpowiada: "Jezus chce tobą wstrząsnąć, na ciebie nałożyć ciężar, w ciebie uderzyć, przesiać cię jak ziarno, aby twoja dusza doszła do takiej nieskazitelności i czystości, jakiej On pragnie" (Ep I, s. 201).

 

Brat Pio lęka się, by nie upadł, dlatego prosi Pana, by zamienił zaciekły atak nieprzyjaciela na fizyczne bóle. Zaznacza przy tym jednak, że to wola Boga jest dla niego ostatecznym nakazem i wystarczy mu tylko wiedzieć, że tego wszystkiego chce Bóg, a i on sam będzie z tego zadowolony. Ufa więc swemu kierownikowi duchowemu, którego prosi o pozwolenie, by mógł się ofiarować Bogu jako żertwa za biednych grzeszników i za dusze w czyśćcu cierpiące. A chociaż to ofiarowanie już było zrobione wiele razy, to jednak zaklina Pana i błaga, by zechciał na niego zesłać wszystkie kary, które zostały przeznaczone dla grzeszników i dla dusz czyśćcowych, więcej: aby je ustokrotnił na nim, aby tylko Pan nawrócił i zbawił grzeszników, a dusze czyśćcowe szybko wprowadził do raju (Ep I, ss. 205-207).

Jezus przyjął jego ofiarę. Jego cierpienia stały się jeszcze większe. Ale także pośród tych cierpień nie przestaje odczuwać pewnej radości, którą nazywa "niewypowiedzianą". "Były takie chwile, że niewiele brakowało, by przepadła moja głowa, a to na skutek ciągłego gwałtu, jaki musiałem sobie zadawać, aby nie ulec szatanowi, który usiłuje mnie wyrwać z rąk Jezusa. Stanie się to, jeśli Pan nie zmniejszy miary swej krwi dla zbawienia człowieka. A czy On, gdy zechce ocenić moje grzechy, to czy mnie nie zatraci?" (Ep I, s. 209).

I jakkolwiek był zmuszony żyć poza klasztorem, starał się, by nie stracić roku szkolnego. Uczył się więc prywatnie pod kierunkiem miejscowego kapłana, gdyż nosił w sobie bardzo gorące pragnienie zostania kapłanem. Był jednak "ciekaw w swej skromności" i zniecierpliwiony w oczekiwaniu zwrócił się do prowincjała z prośbą o dyspensę od miesięcy, które mu brakują do określonego kanonicznie wieku wymaganego do przyjęcia święceń kapłańskich.

Po około sześciu miesiącach oczekiwania, 1 lipca 1910 r., ojciec prowincjał powiadomił go, że została mu udzielona dyspensa i został już wyznaczony dzień święceń kapłańskich. Jednocześnie zachęcił go, by wyzbył się udręk i skrupułów, które stara się w nim wzniecić nieprzyjaciel: "Jest w tobie lęk przed grzechem, ale Bóg i Maryja Dziewica wspomagają cię w tej próbie. Powtarzam ci to i oświadczam w pełni mocy mego autorytetu. Nie myśl już tak, bo przecież w ciemności niepodobna poznać rzeczy takimi, jakimi są w rzeczywistości przed Bogiem [...]. Twoje cierpienia nie są karami, ale środkiem do zasługi. Pan ci je daje i ciążą one nad twoją duszą. Zależą one od kusiciela, który chce cię dręczyć. Nie ma w tym twojej winy, zwłaszcza w tym, co się odnosi do świętej czystości. Podobasz się w tym Jezusowi, a On bardzo chce, by twoja dusza została oczyszczona i ubogacona przez tak liczne próby" (Ep I, ss. 189-192). Na koniec dodaje, że w zamian za "tę wielką miłość", jaką mu przynosi, brat Pio nie powinien zapominać o nim i polecać go Panu.

 

Podczas gdy brat Pio przygotowuje się do utęsknionego dnia, szatan nie chce dać mu spokoju. Oto widzi w nim gotową wolę wyjścia na spotkanie i przyjęcia jakiegokolwiek cierpienia, "czegokolwiek, co się podoba Jezusowi". Dlatego szatan stara się ją pomniejszyć, usiłując wprowadzić zamieszanie do jego wyobraźni przez szkaradne obrazy, zwłaszcza przeciwne świętej czystości. Wystarczyło "niekiedy zwyczajne spojrzenie na przedmioty, już nie mówię, że pobożne, ale nawet zupełnie obojętne",a już budził w nim niepokój. Dlatego woli wybrać śmierć, niż obrazić "kochanego Jezusa jakimś grzechem, choćby był lekki".

30 lipca 1910 r. brat Pio w towarzystwie księdza proboszcza Salvatore Panulla udał się do Benewentu, aby zdać wymagane egzaminy. Egzaminatorzy byli zadowoleni. 10 sierpnia jego wielka nadzieja stała się rzeczywistością. W kaplicy kanonickiej katedry w Benewencie brat Pio przyjął święcenia kapłańskie, których udzielił ksiądz arcybiskup Paolo Schinosi. Otrzymał tym samym władzę spowiadania. 14 sierpnia odprawił swoją uroczystą Mszę św. prymicyjną w Pietrelcinie. Z tej okazji napisał na obrazku sentencję, która stała się dewizą jego życia: "Jezu. Tchnienie mego życia - dzisiaj cały drżący - unoszę Cię - w tym misterium miłości - niech z Tobą będę dla świata - Drogą, Prawdą i Życiem - a dla Ciebie świętym kapłanem - żertwą doskonałą".

Nie do opisania i trwała była radość tej Mszy św. Niepokój ojca Pio wzbudzała tylko jego niewdzięczność. Był o tym przekonany i głośno o tym mówił. Każdego roku jego myśl biegła do "owego pięknego dnia"."Jutro święto św. Wawrzyńca. Jest to także i moje święto. Już zacząłem na nowo doświadczać radości tego świętego dla mnie dnia. Już od dzisiejszego ranka zacząłem kosztować raju... A co to będzie, gdy go zakosztujemy na wieki? Staram się porównać pokój serca, którego doznałem owego dnia, z pokojem serca, którego zacząłem doświadczać już od wigilii (owego dnia), i nie dostrzegam żadnej różnicy. Dzień św. Wawrzyńca był dniem, w którym moje serce zostało zapalone miłością do Jezusa. O jakże byłem szczęśliwy, jakże radowałem się owym dniem!"(Ep I, s. 297 n.).

Każda kolejna Msza św. ojca Pio była zawsze "pierwszą mszą".

 

Niekiedy odczuwał ogień, który parzy, ale jest to "ogień, który sprawia przyjemność". Jego usta doświadczają "słodyczy spożywania nieskalanego Ciała Syna Bożego". Gdyby tak mógł zachować w swoim sercu tak liczne pociechy Boże, to byłby pewien, że już jest w raju (w niebie): "O, jakże wielką radość sprawia mi Jezus. O, jakże przyjemny jest Jego duch! Czuję się zawstydzony i nic innego nie potrafię zrobić, jak tylko płakać i powtarzać: "Jezu, mój pokarmie!"... To, co mnie dręczy, to jedynie to, że za taką wielką miłość Jezusa odpłacałem się taką niewdzięcznością... On chce dla mnie dobra, przyciska mnie coraz mocniej do siebie. Zapomniał o moich grzechach i można by powiedzieć, że pamięta tylko o swoim miłosierdziu... Każdego ranka przychodzi do mnie i wlewa do mego serca wszystkie zdroje swojej dobroci" (Ep I, s. 265 n.).

Kiedy nie mógł odprawiać Mszy św., wówczas odczuwał krańcowe przygnębienie (swoiste, prawdziwe opuszczenie): "To, co mi najbardziej sprawia ból, to jest to, że nie mogę odprawiać ani nasycić się Ciałem Bożego Baranka". Modli się do swego Jezusa, by zechciał nie pozbawiać go jedynej pociechy, jaka mu pozostaje na ziemi.

 

Czy wydalasz mnie z twego zakonu?...

 

Ojciec Pio z racji zdrowotnych prawie stale musiał przebywać w rodzinnym domu. Pobyt się przeciągał. Tajemnicza była jego choroba, jak i pobyt w Pietrelcinie. Ojciec Agostino w swoim Dzienniku pisze:"Pewnego dnia zapytany przeze mnie [o. Pio] odpowiedział: "Ojcze, nie mogę wyrazić powodu, dla którego Pan chciał mnie w Pietrelcinie. Oznaczałoby to, że nie mam miłości miłosiernej!"..." (por. Dzn, s. 196).

I tak tajemnica pozostała nadal zamknięta. Tutaj nie ośmielamy się stawiać przypuszczenia właściwie tylko dlatego, że brakłoby nam miłości. Dlatego ograniczymy się tylko do przedstawienia faktów.

Ojciec Benedetto, prowincjał, podejmował wiele inicjatyw, aby go sprowadzić do klasztoru. Na dłużej ojciec Pio przebywał w klasztorze w Venafro (od końca października do 7 grudnia 1911 r.). Przeglądając pobieżnie listy ojca Pio i jego kierowników duchowych, ojca Benedetta i ojca Agostina, słane w czasie od przyjęcia święceń kapłańskich do jego wyjazdu do Venafro, możemy sobie wyrobić pewne wyobrażenie o tym, co zachodziło w duszy tego młodego kapłana.

Wielkie udręki i ataki szatana nie dają mu wolnej chwili spokoju, także i w godzinach odpoczynku. "Są one ponad miarę pełne goryczy. Szatan chce mnie mieć dla siebie za wszelką cenę" (Ep I, s. 212 n.). Krótkie chwile odpoczynku przeznacza na przemyślenia i lekturę pouczeń duchowych kierowników; wkrótce wszystko zaczyna się od początku: nieprzyjaciel już jest przy nim. Wśród tak wielu udręk duchowych, o wiele cięższych od cielesnych, ojciec Pio powtarzał niezmiennie jedno: "Niech się dzieje we mnie i wokół mnie najświętsza i najmilsza wola Boża! Tylko to i jedynie to jest dla mnie prawe! Wiem, że On nie działa bez najświętszych zamiarów, dla nas pożytecznych" (Ep I, s. 213).

Od swego ojca duchowego chce tylko wiedzieć, czy w jego sercu nie ma czegokolwiek, choćby to była rzecz najmniejsza, co nie podobałoby się Bogu, gdyż on przy jego pomocy chce za wszelką cenę wytrwać. Prosi go o modlitwę. Także wtedy, gdy utrapienia i walki duchowe idą w parze z katuszami ciała, w ogromnym natężeniu zachowuje zawsze pokój ducha, a jakaś odwaga słodko zstępuje do jego serca: "Z ufnością rzucam się w ramiona Jezusa, a potem przychodzi to wszystko, co On postanowił. On zapewne pomyśli o tym, jak mi pomóc" (Ep I, s. 214).

"Gdy jestem na modlitwie na kolanach przed Jezusem, wydaje mi się, że już nie czuję ani ciężaru trudu, który podejmuję, aby to pokonać, choć próbowałem, ani nie myślę o goryczy naprzykrzania się" (tamże, s. 215).

"Bóle głowy są tak mocne, że nie mogę dostrzec, gdzie położyłem pióro. Złe samopoczucie tak wzrosło w klatce piersiowej, że męczę się, a w pewnych chwilach wprost nie mogę oddychać, a leki, które zażywam, jakby zostały wrzucone do studni. Niech się jednak dzieje wola Boża!" Jedyny lęk to obawa, że obraża Pana. Lekarstwo, którego używa, to ufne oddanie się medytacji o Jezusie ukrzyżowanym. Tym lekarstwem jest ból, który dobrze mu robi i pozwala zakosztować niewypowiedzianego ukojenia; jest także lekarstwem myśl o Jezusie ukrytym w Najświętszym Sakramencie, ku któremu jego serce lgnie, pociągane jakąś nieodpartą mocą przed odprawieniem Mszy św. i po niej, a głód spożywania Go coraz bardziej wzrasta.

 

I gdy widzi siebie na krawędzi rozpaczy, przychodzi "nasza wspólna Matka Maryja", której nie wie, jak podziękować "za tak wyjątkowe, szczególne łaski".

Zwraca się więc do kierownika, ojca Benedetta: "Ojcze mój, jaki w tym wszystkim cel ma Bóg, że daje szatanowi taką wolność? Chciałby mnie zdobyć rozpaczą; wierz mi, ojcze, że nie mam zamiaru nie podobać się Bogu. Nie mogę sobie tego wytłumaczyć, a już zupełnie zrozumieć, jak to jest możliwe, aby mogły istnieć dwie rzeczy razem: zdecydowana i gotowa wola czynienia dobra, jak i te wszystkie ludzkie nędze [...]. Pomóż mi, jeśli nie chcesz mnie widzieć obróconego w popiół grzechów, ponieważ za wszelką cenę pragnę zbawić moją duszę, a Boga nie chcę nigdy już więcej obrażać" (Ep I, s. 225 n.).

Ojciec Benedetto zapewnia go, że jego tarczą obronną jest trwanie w służbie Bożej, że "im bardziej będzie się stawał przyjacielem i członkiem rodziny Bożej, tym większą znajdzie pomoc w walce z pokusą". Zachęca go do wytrwałości, bo te prawdy są twarde dla naszej biednej i słabej ludzkiej natury, która ucieka przed krzyżem i boi się każdego cienia zła, i wyjaśnia mu, że zachodzi sprzeczność między mocną wolą służenia Bogu a odczuwaniem słabości, że jest się skłonnym do złego (por. Ep I, s. 227 n.).

W tym wielkim, bolesnym mroku pojawia się promyk słońca. Szatan wprawdzie używa swoich sztuczek, ale ojciec Pio od kilku dni odczuwa "duchową radość, której niepodobna sobie wyobrazić"; nie zna jednak jej przyczyny. Uległy pomniejszeniu tak liczne trudności, które swego czasu odczuwał w poddaniu się woli Bożej. "Co więcej, odrzucam oszczercze pułapki kusiciela, i to z taką łatwością, że nie odczuwam ani znużenia, ani umęczenia" (Ep I, s. 230).

Łatwość odrzucania pokus i gorliwość poddania się Bożym zamiarom łączy ze spontanicznym uczuciem uwielbienia dla Jezusa, Jego dobroci i słodyczy. Nie zapominając przy tym o swojej - jak to sam określa - "przewrotnej i złej" naturze i odczuwając ból ludzkiej niewdzięczności, pisze: "Ojcze, o, jak bardzo cierpię, gdy widzę, jak Jezus jest lekceważony przez ludzi. W tym to, co jest najgorsze i głupie, to obrzydliwe bluźnierstwa. Chciałbym umrzeć i być głuchy, aby nie słyszeć takich głupot, jakie ludzie wypowiadają pod adresem Boga" (Ep I, s. 231 n.).

Kierownik duchowy radzi mu: "Ofiaruj z Jezusem Chrystusem Bogu Ojcu swe modlitwy uwielbienia i tak zatroszcz się o wynagrodzenie za ludzkie niewdzięczności. Ofiaruj się także sam za ich grzechy i módl się, aby pomniejszyła się ludzka niegodziwość na ziemi" (Ep I, s. 232 n.). Zachęca go, by w swojej słabości zawierzył się dobremu Jezusowi, by się nie dziwił ani nie martwił swoimi niedoskonałościami. "Spowiednik zapewnia mnie, że mam co najwyżej grzechy lekkie, ale to, co jest dla mnie ważne - trapi się ojciec Pio - to czy przypadkiem każdym z tych grzechów nie spowodowałem płaczu Jezusa. I jeśli Jezusowi bardzo nie podoba się obraza, jakiej dopuszcza się każdy wierny, to jeszcze bardziej nie podoba Mu się obraza ze strony jakiegoś kapłana. Mówię to Jezusowi, którego nie chcę już więcej obrażać grzechami; i jeśli On nie podtrzyma mnie w mojej słabości, to przy najbliższej okazji pokaże mi, jaki zawsze byłem" (Ep I, s. 236).

 

Problem, który należało rozwiązać, to powrót ojca Pio do klasztoru: "O, jakże chciałbym cię widzieć w klasztorze - wspomina ojciec Benedetto - czy więc na zawsze będzie ci odmówiona ta pociecha?" (Ep I, s. 228).

To samo pragnienie miał ojciec Pio. Również dla niego większą ofiarą było przebywanie poza klasztorem, w rodzinnym domu. "I to jest prawda, że cierpiałem i cierpię, ale nigdy nie było tak, abym nie miał dość sił dla wypełnienia mego obowiązku, a to zaś nie było nigdy możliwe w klasztorze" (Ep I, s. 234).

Prowincjał nalega i nie kryje swego niezadowolenia: "Twój pobyt u rodziny sprawia mi wielki ból".Chciałby go mieć przy swoim boku, aby mu osobiście służyć potrzebną opieką. Pisze do niego: "Przecież wiesz, że chcę dla ciebie dobra jak dla syna". Był przekonany, że pobyt poza klasztorem nie ma sensu, że nie poprawi stanu zdrowia. "Jeśli twoje dolegliwości są wyrazem woli Bożej i nie jest to fakt naturalny, to lepiej dla ciebie będzie, gdy powrócisz pod cień świętego zakonu. Powietrze stron rodzinnych nie może uzdrowić stworzenia, które nawiedził Najwyższy" (Ep I, s. 237 n.). Osobiście przywozi go do klasztoru, prosząc o opinię generała zakonu w sprawie wizyty u lekarza specjalisty w Neapolu.

W drugiej połowie października 1911 r. ojciec Benedetto towarzyszy mu do Venafro, gdzie spotykają ojca Agostina, lektora (profesora) świętej wymowy. Zdrowie ojca Pio niestety pogarsza się i dlatego przełożony, ojciec Ewangelista z San Marco in Lamis (1878-1911), znowu jedzie z nim do Neapolu, do lekarzy. Ci jednak - na dobrą sprawę - niewiele rozumieją ze stanu chorego i nie potrafią postawić jednoznacznej diagnozy.

W czasie prawie półtoramiesięcznego pobytu ojca Pio w Venafro współbracia ze wspólnoty zauważyli u niego pierwsze objawy o charakterze nadprzyrodzonym. Ojciec Agostino pisze: "Byłem świadkiem kilku ekstaz i wielu diabelskich napaści".

 

Pokarmem dla ojca Pio była Eucharystia. Zarówno wtedy, gdy ją sprawował, jak i wtedy, gdy musiał leżeć w łóżku i tylko przyjmował Komunię św.

W czasie swego pobytu w Venafro wieczorem poczuł się bardzo źle i zaczął majaczyć. Ojciec Agostino zanotował w swoim Dzienniku: "W listopadzie 1911 r. w Venafro pewnego popołudnia przed kolacją powiadomiono mnie, że ojciec czuje się źle i że miał... przywidzenia... Nikt, nawet ja sam nie zdawałem sobie sprawy z tego, że były to fenomeny nienaturalne, nadprzyrodzone. Byłem przekonany, że rzeczywiście było z nim źle. Co więcej, myślałem, że znajdował się w niebezpieczeństwie śmierci. Pobiegłem więc do jego pokoju. Byli tam już inni współbracia. Zobaczyłem ojca leżącego w łóżku, z twarzą wyrażającą strach, niepokój. Ojciec wołał: "Wyrzućcie tego kota, bo chce mnie on zaatakować!". Nie byłem w stanie patrzeć na to wszystko, więc poszedłem do chóru pomodlić się za ojca. Bałem się, że wkrótce umrze. Po kwadransie zastałem ojca Pio samego, spokojnego i radosnego. Zaledwie mnie zobaczył, powiedział: "Poszedł ojciec do chóru modlić się i dobrze zrobił... Myślał ojciec o mowie pogrzebowej dla mnie..., ale na to jeszcze czas, ojcze lektorze. Jeszcze czas...!". Naprawdę ukazał mu się diabeł" (por. Dzn, s. 205 n.).

Napaści nieprzyjaciela nie były długie, maksymalnie trwały około kwadransa. Natomiast wizje Boże - nawet godzinę i zawsze albo były poprzedzane, albo po nich następowały diabelskie zjawienia (por. Dzn, s. 207).

Ekstazy pojawiały się, gdy ojciec Pio był w łóżku: "Po raz pierwszy zdaliśmy sobie sprawę z ojcem Ewangelistą, kiedy weszliśmy do jego pokoju, aby go odwiedzić. Ojciec miał otwarte i nieruchome oczy, jakby wpatrywał się w jeden punkt. Patrzył na mnie, ale bez mrugnięcia powieką i jakiegokolwiek ruchu źrenicą. Mówił jakąś modlitwę do Pana" (por. Dzn, s. 207).

 

"Na początku szatan zjawił się w postaci czarnego i brzydkiego kota. Za drugim razem pod postaciami gołych dziewczyn, które lubieżnie tańczyły. Za trzecim razem, bez fizycznego ujawnienia się, napluł mu w twarz. Za czwartym razem, podobnie jak poprzednio, bez ujawnienia się dręczył go ogłuszającymi hałasami. Za piątym razem ukazał się pod postacią kata, który go biczował. Za szóstym razem pod postacią ukrzyżowanego. Za siódmym razem w postaci młodzieńca, przyjaciela braci, który właśnie go odwiedził. Po raz ósmy ukazał się pod postacią ojca duchowego [ojciec Agostino]. Za dziewiątym razem pod postacią ojca prowincjała. Po raz dziesiąty pod postacią papieża Piusa X. W innych wypadkach pod postaciami jego Anioła Stróża, św. Franciszka, Maryi... Ale często pojawiał się również w swojej potwornej postaci, w towarzystwie armii diabelskich duchów" (por. Dzn, s. 44).

Ojciec Pio zawsze rozpoznawał diabelskie wcielenia poprzez wypowiedzenie zdania: "Niech żyje Jezus!". Skoro już je wypowiedział, także zawsze je przezwyciężał z pomocą Bożą. Zaraz po tym następowało pojawienie się Jezusa, Matki Bożej i Anioła Stróża (tamże).

 

"Kiedy objawiał mu się szatan pod postacią Matki Bożej, ojciec cierpiał bardziej, niż kiedy kusiciel ukazywał mu się pod innymi postaciami, a Pan Jezus chciał przez to podkreślić, że wierni są specjalnie zobowiązani do oddawania czci Jego Matce" (por. Dzn, s. 45 n.).

Inni naoczni świadkowie stwierdzają u ojca Pio wyjątkowe poddanie się woli Bożej w czasie ataku Złego. Owocem tego poddania były "specjalne łaski, których my, wszyscy członkowie wspólnoty (zakonnej), byliśmy szczęśliwymi widzami".

Młodzi kapłani, którzy uczęszczali na kurs świętej wymowy, chętnie brali udział w obrzędzie procesji, którą prowadził lektor (profesor), gdy zanosił Najświętszy Sakrament do celi ojca Pio, by przyjął Komunię św. Ochotnie też pozostawali na kolanach, klęcząc na podłodze przez nie mniej niż pół godziny, gdy "po kilku minutach komunikujący otwierał szeroko oczy i tak je trzymał przez ponad pół godziny, pokazując przez to, że ma przed sobą coś szczególnego... Widzieliśmy, jak ojciec Pio to się uśmiechał, to znowu przybierał smutny wyraz twarzy, to znowu podnosił głos, prosił Jezusa o nawrócenie grzeszników, polecał Mu dobrodziejów, prosił, błagając o pokój, o zbawienie dla wszystkich... Od Jezusa kierował spojrzenie ku Dziewicy Niepokalanej, powtarzając te same i inne modlitwy. Słyszeliśmy, jak wzywał imiennie św. Michała Archanioła, św. ojca Franciszka, jako przemożnych orędowników i niezawodnych opiekunów ludzkości [...]. Jeśli w takich chwilach słyszeliśmy głos, modlitwy, westchnienia, radości ojca Pio [...] to nie mieliśmy niestety szczęścia słyszeć głosu Jezusa, Najświętszej Maryi Dziewicy, świętych. Także pewien lekarz De Vincenzi z Pozzilli, uczony i szlachetny, miał szczęście być obecny w tych szczególnych sytuacjach. Być może został zaproszony przez przewielebnego ojca Agostina, aby słyszeć jego słowa, znać jego osąd i by przyjść mu z lekarską posługą" - jest to świadectwo ojca Guglielma z San Giovanni Rotondo.

 

Wobec tych niezwykłych zjawisk lekarz czuł się bardzo zakłopotany. Był obecny w czasie ekstaz w dniach 29 listopada i 3 grudnia: pierwsza z nich trwała kilka minut, druga około pół godziny. Przy pierwszej ojciec Pio miał oczy otwarte, patrzył w górę, bez mrugnięcia powieką. Gdy lekarz zapalił zapałkę i trzymał ją przed oczyma chorego, ten nie zareagował, a lekarz określił to mianem katalepsji, to jest odrętwienia (por. Dzn, ss. 44, 207).

Ojciec Agostino w swoim Dzienniku tak skomentował to zjawisko: "To nie była katalepsja, lecz prawdziwa ekstaza". A gdy później lekarz ów był świadkiem podobnych tego typu zjawisk, zmienił swoje zdanie, opowiadając się za opinią uznania ich za zjawiska nadprzyrodzone (tamże, s. 207).

Przytoczmy jeszcze jedną wypowiedź ojca Agostina w interesującej nas sprawie: pewnego dnia"ojciec Pio, leżąc chory w łóżku, podczas ekstazy mówił do Pana: "Skąd ojciec lektor wie o naszych sprawach?... Jest obecny?... A to jest Twoja wola... Niech się więc stanie Twoja najświętsza wola". I kontynuował modlitwę, mając nieruchome oczy i promieniującą twarz. Pewnego dnia podczas ekstazy zbadałem bicie serca i puls ojca. Rytm bicia serca nie odpowiadał pulsowi. Puls był przyśpieszony i mocny, a serce biło jeszcze szybciej i mocniej, jakby chciało wyskoczyć. To mocne i przyśpieszone bicie można było wyczuć ręką. W ekstazie ojciec mówił: "Panie, co jest z tym sercem? Chce uciec ode mnie? Weź je. Jest Twoje... Kocham Cię, Kocham Cię!" [por. Dzn, s. 208]. A gdy gwardian spoza celi przywoływał go, nie wypowiadając ani słowa, wówczas - jak to uczynił w mojej obecności - budził się, śmiał się i żartował, tak jakby się nic nie zdarzyło. Podczas trwania tego dialogu nigdy nie zwracał uwagi na to, co się wokół niego działo. Opowiadali o tym ojcowie, powtarzano to wiele razy. Uważałem, że to była ekstaza, która nim owładnęła. Doktor Nicola Lombardi" (por. Dzn, ss. 31 nn., 43 i ze sprawozdania ojca Agostina).

Ze względu na pogarszający się stan zdrowia 4 grudnia 1911 r. ojciec Benedetto wystawił ojcu Pio obediencję (pozwolenie), by mógł się udać do rodziny. Trzy dni później ojciec Pio udał się tam w towarzystwie ojca Agostina. Następnego dnia, a była to uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, ojciec Pio, jakby nigdy nic nie było, odprawił Mszę św. śpiewaną. Asystowali mu ksiądz prałat Salvatore Panullo i ojciec Agostino.

Jego pokoik, świadek tajemniczych zdarzeń, stał się miejscem modlitwy. 7 listopada 1976 r. biskup Achille Palmerini poświęcił to miejsce, przeznaczając je tym samym na kaplicę.

Po kilku nieudanych próbach sprowadzenia ojca do klasztoru, gdy w parę dni później znowu tak poważnie zachorował, że nie mógł wrócić, prowincjał świadom powagi sytuacji, w obawie by nie przekroczyć swoich kompetencji, postanowił ten problem przedstawić generałowi zakonu. Ten mu radził, by prosił o indult sekularyzacyjny.

 

Ta propozycja została przestawiona ojcu Pio już w 1911 r. W swoim Dzienniku ojciec Agostino pisze: "Ojciec generał Pacifico da Seggiano powiadomił prowincjała, ojca Benedetta, że poprosił o breve sekularyzacyjne dla ojca. Informacja ta wystraszyła ojca Pio. Podczas ekstazy, widząc św. ojca Franciszka, skarżył mu się, mówiąc: "Mój ojcze, teraz wyrzucasz mnie z twego zakonu. Proszę, spraw raczej, bym umarł...". Seraficki ojciec objawił mu, że pozostanie w domu rodzinnym z prawem noszenia habitu tak długo, jak długo będzie to się to podobało Panu [por. Dzn, s. 196 n.]. "Święty ojcze Franciszku, i wysyłasz mnie do ziemi wygnania?... Ojcze, to jest wolą Bożą?... W takim razie fiat! [...] Jezu, kiedy wysyłasz mnie na wygnanie, nie opuszczaj mnie..."" (por. Dzn, s. 41 nn.). Modlił się w ekstazie: "O Jezu, spraw, bym był posłuszny przełożonym [...]. O seraficki ojcze mój, czy mnie wydalisz ze swego zakonu?... Czy już nie jestem twoim synem?... Święty ojcze Franciszku, czy za pierwszym razem gdy mi się ukazałeś, powiedziałeś mi, że pójdę na ziemię wygnania?... Ach, ojcze mój, czy to jest wolą Bożą? Niech jednak będzie tak, fiat!... O, Jezu mój, wspomóż mnie... O Jezu, niech Tobie będą za wszystko dzięki!".

Zanim poproszono o indult, zamieniony potem na eksklaustrację, a nie sekularyzację, upłynęły trzy lata (1911-1914). Były to lata próby w postaci dającej się odczuć dwuznacznej i niechętnej postawy prowincjała.

Jednak ojciec Benedetto, korzystając z okazji przybycia do prowincji generała zakonu, przedstawił mu kazus. "Niech będą dzięki Panu - zawołał ojciec Agostino - że także prowincjał przekonał się do tego, co powiedział generał: "Skoro taka jest wola Boża, to niech się stanie; my zaś postaramy się i otrzymamy breve ad tempus [pozwolenie czasowe] na pobyt poza zakonem z zachowaniem prawa do noszenia habitu, a dobry ojciec będzie się zawsze modlił za zakon, do którego na zawsze przynależy"" (Ep I, s. 510 n.).

Ojciec Pio, widząc siebie "jako oddzielonego od serafickiego zakonu", przeżywał swoje głębokie upokorzenie. Pisał: "Tak wiele łez, które wylałem, spowodowało ogromne szkody także na moim zdrowiu. Z tego powodu musiałem położyć się do łóżka i w nim do tej pory jestem. Niech się dzieje wola Boża [Ep I, s. 528]. Czy jednak zostanie mi dana za wolą Jezusa ta łaska, bym raczej tu umarł, gdzie z ojcowską dobrocią mnie powołał? [...] Skoro Jezus nie pozwolił mi, bym poświęcił całą moją osobę ukochanej matce prowincji, to ofiarowałem się Panu jako żertwa za wszystkie jej duchowe potrzeby i to ofiarowanie ponawiam przed Panem. Jestem rad, że mogę widzieć to, iż moje ofiarowanie zostało po części przyjęte. Oby dobry Jezus zechciał w pełni wysłuchać tej modlitwy" (Ep I, s. 541 n.).

Tak więc między przełożonym a podwładnym został zaprowadzony pokój; albo powiedzmy trafniej: zawieszenie broni. Prowincjał czeka od tej pory uparcie na okazję, aby wezwać ojca do powrotu do klasztoru, by tu pozostał, czy będzie żywy, czy martwy. Ojciec Pio pozostaje tymczasem w Pietrelcinie aż do 17 lutego 1916 r. Okresowa jego tam nieobecność była spowodowana służbą wojskową. 6 listopada 1915 r. stawił się w urzędzie poborowym w Benewencie. Od 6 do 18 grudnia tegoż roku przebywał w Neapolu, gdzie przydzielono go do 10 Kompanii Sanitarnej.

 

Ku szczytom

 

W czasie pobytu ojca w Pietrelcinie apostolat kapłański ograniczał się do pomagania proboszczowi w sprawowaniu sakramentów z wyłączeniem spowiadania. Z racji słabego zdrowia, a także niesprawdzonej w wystarczającym stopniu wiedzy z zakresu teologii moralnej prowincjał nie wyraził zgody na posługę sakramentu pojednania w pierwszych latach jego kapłaństwa.

Pod koniec tego okresu ojciec Pio zaczął korespondencyjnie uprawiać kierownictwo duchowe. Podjął się tego po otrzymaniu pozwolenia przełożonych.

Gorliwa troska ojca Pio o dusze zaznaczyła się, prócz wyżej wspomnianych form widzialnych, bardziej w sposób niewidzialny - zwłaszcza poprzez nieprzerwany stan złożenia siebie w ofierze. Przeżywał je intensywnie, jako promieniowanie zbawczymi cnotami Jezusa, cierpieniami duszy i ciała. Prosił o to ofiarowanie i zostało ono przyjęte jako wielkoduszne i osobiste uczestnictwo w odkupieniu wciąż grzesznej ludzkości.

Pragnienie doskonałości odsłania tajemniczą drogę życia duszy, która bez wytchnienia idzie ku szczytom, mając za towarzystwo miłość i cierpienie. Jest to towarzystwo niewidzialne, które za cel przedstawiało sobie upragnione zjednoczenie z Bogiem. Miłość i cierpienie były niczym dwa skrzydła, które utrzymywały równowagę w dążeniu ojca Pio ku nowym zdobyczom duchowym.

 

W jego życiu przeplatają się "wręcz nie do opisania" pociechy i radości duchowe z okrutnymi cierpieniami i udrękami, które jedynie można porównać do katuszy piekła. Przy tym wszystkim jego życie duchowe rozwija się harmonijnie, znaczone szczodrością Boga i ludzką wiernością. Listy z tego okresu ukazują bolesne w najwyższym stopniu doświadczenia i dramatyczne przeżycia, które będą się ciągnąć przez długie lata. W najsłodsze pociechy wpisują się straszliwie bolesne cierpienia, jakby wymierzone mu kary. Ludzkość miota się w morzu utrapień. Całe szczęście, że natura nie ulega zniszczeniu. Natura i jeszcze raz natura. To ona odwołuje się do swoich praw, mimo że są one ustalone, funkcjonują w doskonałej harmonii, zgodnie z wolą Bożą, w całkowitym podporządkowaniu się zamiarom Bożej Opatrzności.

W ciągu tych czterech lat ojciec Pio nieustannie podejmował twardą i zażartą walkę z szatanem. Były to pokusy o charakterze duchowym i udręki ciała. Często była to walka wręcz, która u podstaw miała świadomość niewierności, niewdzięczności i niedoskonałości przeszłego życia. W jego listach (Epistolario) wiele można znaleźć akcentów, a także barwnych opisów walk podjętych z szatanem i jego satelitami. Te walki przeciw ich zamiarom prowadziły do ogromnie bolesnego oczyszczania duszy, a sztuczki diabelskie niosły mroczną, przedłużającą się "noc ducha".

Ta ostra, codzienna walka ojca Pio z mocami ciemności nie zniechęcała go w kroczeniu naprzód ani nie pozbawiała czujności przed zejściem na bezdroża z prostej drogi, ani nie powstrzymywała jego kroków w podążaniu ku szczytom. Był dzielny i nieustraszony; odważnie, z ufnością złożoną w Bogu, w Matce Najświętszej, pod opieką Anioła Stróża i z pomocą kierownika duchowego podejmował wyzwania rzucone mu przez nieprzyjaciela. Zawsze uśmiechało się do niego zwycięstwo, choć niekiedy bywało okupione wysoką ceną.

 

W miarę jak jego dusza kroczyła nowymi drogami, a Bóg wychodził mu naprzeciw z nowymi łaskami, okazując szczególne umiłowanie, szatan starał się utrudnić czy opóźnić spełnienie Bożych zamiarów. Interwencja kierowników duchowych stawała się tu wręcz konieczna i miała decydujące znaczenie.

Po przezwyciężeniu pewnych dwuznaczności i wyjaśnieniu nieporozumień kierownictwo duchowe przyjęło formę kolegialną. Miało ono jeden adres: osobę ojca Pio. Do początkowego kierownictwa ojca Benedetta, które było prawie wyłączne, dołączyło się później to, które prowadził ojciec Agostino. Ze względu na okoliczności czasu i miejsca kierownictwo ojca Agostina otrzymało właściwie pierwszeństwo. Trzeba powiedzieć, że interwencje ojca Benedetta przyjmowały zawsze charakter bardziej autorytatywny i decydujący.

Relacje ojca Pio z kierownikami duchowymi zakładały niewzruszoną wiarę. Ich głos był dla niego głosem Boga. Podtrzymywanemu przez niewątpliwy autorytet tego, który jest przedstawicielem Boga, przyszło mu iść duchową drogą, która nie zawsze była łatwa, bez zatrzymywania się i zastanawiania. Tak było zwłaszcza wtedy, gdy widział siebie ogarniętego nieprzeniknionymi i wręcz przerażającymi ciemnościami.

 

Rozdział IV W CIENIU ŚWIĘTEGO FRANCISZKA

 

Ojciec Pio prosił Jezusa, by łaską swoją sprawił, aby "przynajmniej" umarł tam, gdzie w swojej tak wielkiej dobroci Pan sam go powołał. Po około roku została mu udzielona łaska "słodkiej nadziei". Przyczyniły się do tego wydarzenia, które powoli odsłoniły z góry przygotowany plan.

Do Pietrelciny wyjeżdżał z racji zdrowotnych. Udawał się tam w poszukiwaniu górskiego powietrza, chociaż tu, pod skrzydłami św. Franciszka, leżała dolina przechodząca we wzgórza. W Pietrelcinie Opatrzność jakby go zasadziła i nie pozwoliła wyrwać żadnym ludzkim aktem.

Swój apostolat kierownictwa duchowego rozpoczął w formie pisemnej. Z czasem ta działalność rozszerzyła się, a on sam, niczym centrum intensywnej duchowości, stał się poszukiwanym kierownikiem duchowym. Dusze spragnione głębszego życia Bożego składały przed nim ciężar swoich problemów i angażowały go w niezliczone zajęcia.

Jednakże troska o bliźnich nie spowodowała zapomnienia o sobie samym, a Bóg towarzyszył mu ze swoją łaską. Jej ziarno padło na żyzną glebę i zaowocowało stokrotnie, a karmiona nią dusza systematycznie wstępowała wzwyż, krocząc drogą doskonałości.

 

Zróbcie z niego spowiednika

 

W trakcie służby wojskowej, po otrzymaniu pierwszego zwolnienia w grudniu 1915 r., ojcowie Agostino i Benedetto razem z ojcem Pio radowali się i dziękowali Bogu, że - przynajmniej na pewien czas - został"wyrwany z Babilonii". Ponownie zaczęli nalegać i przypominać, że jego miejsce jest w klasztorze. Po kilku próbach w czwartek 17 lutego 1916 r. ojciec Pio przybył na stację kolejową w Benewencie, gdzie na niego oczekiwał ojciec Agostino. Sądzono, że wyjazd z samej Pietrelciny mógłby okazać się niebezpieczny, a to ze względu na reakcję "pucynerów", którzy mogliby próbować przeszkodzić w zabraniu im "świątobliwego" ziomka. Przed południem ojciec Pio dotarł do Foggii, gdzie zamieszkał w klasztorze św. Anny na blisko siedem miesięcy.

Początkowo sądzono, że przybył tu na kilka dni, aby odwiedzić chorą szlachciankę Raffaelinę Cerase, którą kierował w formie korespondencyjnej (listy zawiera II tom Epistolario). W Foggii jednak czekał na niego ojciec Benedetto, który nakazał mu, by pozostał tam "żywy czy martwy". Posłuszny temu nakazowi ojciec Pio pozostał w klasztorze, nie ruszając się z miejsca. Po oddaniu przełożonemu reszty drobnych pieniędzy pozostałych z podróży napisał list do matki i do księdza prałata Salvatore Panulla, informując o miejscu swego nowego pobytu.

Po południu w dzień przyjazdu, to jest 17 lutego, ojciec Pio w towarzystwie ojca Agostina udał się do Raffaeliny Cerase. Jej dom, a właściwie pałac, znajdował się bardzo blisko klasztoru św. Anny. Ojciec Pio odwiedzał chorą w kolejne dni, często odprawiał Mszę św. w domowej kaplicy poświęconej Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Zatrzymywał się na dwie-trzy godziny, po czym wracał do klasztoru. I tak było do końca jej życia. 25 marca 1916 r. chora oddała swą piękną duszę Bogu w obecności swego "drogiego, dobrego i świętego" ojca Pio.

Także i ona już wcześniej, gdy przebywał w Pietrelcinie, nalegała na ojca Agostina, aby spowodował powrót ojca Pio do klasztoru, gdyż mógłby tam bardzo wiele dobrego uczynić dla dusz: "Sprawcie, by wrócił, i zróbcie go spowiednikiem, bo będzie mógł zrobić wiele dobrego!...". I dobrze przewidywała: ojciec Pio poprzez spowiedź miał uratować wprost niezliczone dusze! Tak rozpoczął się nowy, jakże owocny etap jego kapłańskiej posługi. Tu, w Foggii, znalazł się w centrum intensywnej duchowości, choć nie wszyscy zdawali sobie sprawę z obecności mistrza i rozmiarów zapoczątkowanego ruchu.

 

Na kilka dni przed wyjazdem do San Giovanni Rotondo zwierzył się swemu kierownikowi duchowemu: "Powinieneś wiedzieć, że nie pozostawiają mi wolnej chwili: swoista rzesza dusz spragnionych Jezusa składa na mój grzbiet swój ciężar, a mnie nic nie pozostaje, jak rwać sobie włosy z głowy. Z jednej strony raduję się wielce w Panu z powodu tak obfitego zbioru, ponieważ widzę, jak rzesze dusz wybranych stale się powiększają, a Jezus jest coraz bardziej miłowany; z drugiej jednak strony jestem wprost przerażony takim ciężarem i, że tak powiem, upokorzony" (Ep I, s. 805).

Był to czas walki trwającej ponad trzy lata,"punkt jakże ciemny". Według słów ojca Pio był on wówczas osaczony od wewnątrz i od zewnątrz. Życzliwy mu ojciec Agostino próbował przedstawiać sytuację jako "wielkie marzenie" (iluzję) i uważał ją za łaskę Bożą. Zatroskany ojciec Benedetto uznawał, że jest to "łaska pracy dla Jezusa". W końcu cały problem został rozwiązany w sposób pokojowy. Ujawniły to dwa najbliższe miesiące życia, które postaramy się przedstawić w sposób prosty i możliwie najkrótszy.

W obliczu wielkich dylematów, wobec których przyszło ojcu Pio stanąć, należało opanować przede wszystkim naturalną skłonność ludzkiego temperamentu do uprzedzania wydarzeń we własnych wyobrażeniach i dostrzegania w przyszłości wyłącznie tego, co pragnęlibyśmy dostrzec i czego podświadomie oczekujemy. Ojciec Pio, nie chcąc ulec przeciwnikowi życia, szatanowi, poszukiwał potwierdzenia trafności swych wyborów w Bożych znakach, często bardzo niepozornych, prostych w swej mądrości, choć równie często osłoniętych tajemnicą, gdy ludzki umysł nie dość pokornie ich poszukuje.

 

Diabeł w klasztorze

 

W zapiskach rękopiśmiennych ówczesnego przełożonego klasztoru, ojca Nazarena z Arpaise (1885-1960) znajdujemy także i inne wiadomości, które tu wykorzystamy.

Ojciec Pio okazywał, że jest całkowicie zadowolony z przybycia do Foggii. Wobec współbraci był radosny i pełen humoru. Po krótkim czasie jednak zaczął gorączkować. Odwiedził go klasztorny lekarz Del Prete. Diagnoza, jaką postawił, brzmiała: "ogniska drobnoustrojów w górnej części prawego płuca i lekka rozedma na lewym". Konsultacja z doktorem Tarallem potwierdziła tę diagnozę.

"Wieczorem każdego dnia odwiedzało chorego w jego pokoju dwóch lekarzy. Ku swemu ogromnemu zdumieniu musieli stwierdzać, że choroba pojawiała się i znikała [...]. Gorączka trwała dość długo, a następnie znikała zupełnie".

Razem z ojcem Pio przybył do Foggii także i diabeł, ogromnie hałaśliwy. Mówili o tym otwarcie członkowie wspólnoty zakonnej i goście. Z tego względu omijano klasztor, wybierając inne miejsca, a daleko roznoszące się trzaski i huki pochodzące od szatanów budziły lęk i trwogę.

 

Ojciec Pio nie spożywał kolacji, ale po modlitwach szedł zaraz do swojej celki. Pewnego wieczoru, gdy wspólnota zakonników zebrała się w refektarzu na posiłek, w celi ojca Pio, która była wyżej, nad refektarzem, dała się słyszeć mocna detonacja. Ojciec Nazareno pisze:"Posłałem brata Francesca z Torremaggiore [1876-1951] do celi ojca Pio. Myślałem, że chyba coś się stało. Pewnie przewrócił krzesło i chyba daremnie wzywa pomocy, by ktoś pomógł mu je ustawić. Braciszek poszedł na górę i zapytał, czy może w czymś pomóc. Ojciec Pio odpowiedział jednak: "Nie wołałem ani niczego nie potrzebuję". Upewniwszy się, że naprawdę niczego nie potrzebuje, zaczął jeść kolację. W następne wieczory ponownie powtórzyły się podobne detonacje. A w refektarzu zakonnicy zaczęli sobie wyobrażać i fantazjować, co się tam dzieje".

Po zakończeniu kolacji zakonnicy chętnie udawali się do celi ojca Pio, by tam spędzić czas rekreacji. Czynili tak, dlatego że wśród nich ojciec czuł się bardzo dobrze."Gdy opowiadał kawały, nie brakowało nuty radości. Był taki szczęśliwy" - wspominają współbracia, którzy chętnie go słuchali.

Po takiej detonacji znajdowano go "w kąpieli potu i trzeba było zmieniać wszystko od stóp do głowy, całą bieliznę. Pamiętam, nie przesadzam, że pewnego razu z jego kalesonów wycisnąłem miskę wody".

Wśród świadków takich hałaśliwych zjawień był pewien biskup wraz ze swym kamerdynerem i pewien kapucyn z innego klasztoru.

 

"Pewnego wieczoru w klasztorze zatrzymał się przejazdem monsignore D'Agostino, biskup z Ariano Irpino. Uprzedzając ewentualne zaskoczenie, poinformowano go o tym, co się tu dzieje. A on na to: "Ojcze gwardianie, średniowiecze się skończyło. Czy ty jeszcze wierzysz w takie bajki?". Dobrze, pomyślałem sobie w duszy, on jest podobny do Tomasza Apostoła, który dopóty nie uwierzył, dopóki nie zobaczył... Ale uwierzy. Gdy zabrzmiał dźwięk dzwonka na kolację, udał się do refektarza. Z okazji przybycia gościa, dla uczczenia go, zwolniłem braci z obowiązku zachowania milczenia w czasie spożywania posiłku. Kiedy rozmawiano, dał się słyszeć tupot dochodzący znad sufitu refektarza. Ten tupot zawsze poprzedzał detonację. Nakazałem wszystkim zachowanie silentium [ciszy]. I oto nastąpiła detonacja. Kamerdyner biskupa spożywał posiłek w innym pomieszczeniu. Skoro usłyszał, co się dzieje, przerażony uciekł do refektarza. Ze strachu włosy stanęły mu dęba. Biskup tak się przestraszył, że tej nocy nie chciał spać sam. Następnego dnia opuścił klasztor i więcej tu już nie powrócił".

Innym razem do Foggii przybył ojciec Paolino (1886-1964), przełożony klasztoru w San Giovanni Rotondo. Przyszedł i on do celi ojca Pio, a "udając odważnego" - jak sam opowiada - powiedział ojcu, że skoro znalazł się przy nim, to pozostanie aż do czasu kolacji w jego pokoju, aby zobaczyć złego ducha. Czy on będzie miał odwagę i przyjdzie w jego obecności? Ojciec Pio, uśmiechając się, odradził mu, gdyż choć jest tak odważny, szatan nie przyjdzie tego wieczora. Był jednak uparty i pozostał, rozmawiając z ojcem. Bracia w tym czasie spożywali kolację. Czas upływał, a gość widząc, że nic się nie dzieje, rzekł do ojca Pio: "Widzisz, że nic się nie dzieje? Nie pójdę na kolację do czasu, aż bracia skończą posiłek, a po nim udadzą się na rekreację".

Przekonany, że szatan nie chciał mieć świadków i że być może godzina walki już minęła, na prośbę samego ojca Pio, który pragnął podjąć się umartwień, lecz krępowało go w tym (według jego słów) towarzystwo współbrata, ojciec Paolino wyszedł z mieszkania i skierował się do refektarza.

""Widzisz, nic się nie stało!"... Ledwie zszedłem po schodach, usłyszałem przerażające dźwięki - i po raz pierwszy od głowy do stóp przeszły mnie ciarki. Pełen bólu i goryczy pomknąłem jak meteor do celi ojca. Dlaczego na mnie nie zaczekał, ale uderzył w niego nieoczekiwanym ciosem tak niespodziewanie i zostawił go pobitym, jak to się zwyczajnie zdarzało? Gdy go znaleziono, był ogromnie blady. Także i ja pomogłem ojcu przy zmianie [bielizny] i uświadomiłem sobie własne doświadczenie. Pot był tak obfity i wszystko zgadzało się z tym, co mi wcześniej powiedziano".

 

Hałasy ustąpiły wówczas, gdy ojciec prowincjał Benedetto wyraził wobec ojca Pio życzenie, aby postarał się zapanować nad sytuacją. Ojciec Pio prosił Pana, który wysłuchał jego modlitwy. Ustały więc hałasy, ale nie skończyły się ataki szatana, który "zawsze wybierał tę samą porę, to jest czas po kolacji, aby dręczyć biednego ojca". A bracia, którzy przychodzili, aby go pozdrowić, "znajdowali go zawsze w tym samym stanie, jak to bywało w poprzednie wieczory, gdy było słychać hałasy: był blady, pozbawiony sił, jak zwykle kompletnie skąpany w obfitym pocie".

Przełożony klasztoru św. Anny mówił także o odpowiedziach na odległość, o wizjach, o "długich" Mszach świętych ojca Pio.

Pokoik, w którym mieszkał ojciec Pio, został odnowiony, a każdy odwiedzający go dziś może się zatrzymać, popatrzeć na ściany, które są niemymi świadkami nadzwyczajnych wydarzeń.