1
W momencie narodzin Wrzeciądza Matka Chluby ogromnym spiżowym gwoździem
przyszpila jego cień do ziemi i oddziera go od jego ciała. To jego
pierwsze wspomnienie, źródło późniejszych licznych godzin terapii. Pada
deszcz. Cień kładzie się na czerwonawą gliniastą ziemię, która oblepia
Wrzeciądza, kiedy się po niej przetacza, niezdolny unieść głowę i ocalony od utonięcia w błocie tylko dzięki fortunnemu kątowi upadku.
Roztaczający się przed jego oczami widok jest obramowany zgiętą w kolanie nogą Matki Chluby. Oderwany cień wije się powoli, nabity na
gwóźdź. Matka Chluby nurza dłonie w błocie, zagarnia wlokący się cień
pępowiny, zarzuca go jak sznur na szyję cienia Wrzeciądza i dusi go
gwałtownym zaciśnięciem pętli. Cień kona w ciszy -?albo jeśli krzyczy,
jeśli cienie w ogóle potrafią krzyczeć, to deszcz zagłusza ten dźwięk.
Następnych godzin i lat Wrzeciądz nie pamięta, umyka mu nawet to
pierwsze wspomnienie -?do czasu, gdy jako chłopiec u kresu pierwszej
dekady życia eksploruje labirynt rodzinnego domu w poszukiwaniu sekretów
i natrafia na skrzyneczkę z laki, w której Matka Chluby przechowuje
kosmyk jego dziecięcych włosów i gwóźdź, którym odarła go z cienia.
Wrzeciądz bierze go do ręki i wtedy przypomina mu się scena garotowania
ujęta w ramę zgiętej matczynej nogi. Cień osuwający się na ziemię,
strużki krwi w czerwonym błocie.
Przeżywszy to ponownie, doznaje olśnienia. Patrzy pod nogi. Wychodzi
przed dom, słońce świeci jasno, ale on nie rzuca cienia. Podnosi jedną
stopę, potem drugą: jakby światło przechodziło przez niego na wskroś.
Jakby wcale go tam nie było. Uniósłszy obie nogi, zawisa w powietrzu i powoli, przez całą długą minutę opada na ziemię. Ląduje spychany w bok
lekkim zefirkiem, bose stopy żłobią bruzdę w miękkiej nawierzchni. To
też jest dziwne. Matka Chluby mocno stąpa po ziemi, podobnie jak wszyscy
inni znani mu ludzie. Pierwszy raz przychodzi mu do głowy, że jego
lekkostopość nie jest czymś normalnym. Być może ma coś wspólnego z brakiem cienia.
Nie wspomina o gwoździu w rozmowie z Matką Chluby ani tego wieczoru, ani
następnego, ani przez cały tydzień. Na tyle mniej więcej starcza mu
cierpliwości, ale robi wszystko, żeby ten tydzień wypadł jak najbardziej
zwyczajnie. Na lekcjach nie jest ani bardziej, ani mniej nieuważny niż
normalnie. Kiedy wychodzi bawić się z innymi dziećmi, stara się nie
okazywać ani większej agresji, ani mniejszej. W domu usiłuje spędzać
tyle samo czasu co zawsze, ani więcej, ani mniej. Nie wypuszcza się w miasto dalej niż zazwyczaj. Nie dłużej niż zwykle myszkuje po suchym
wąwozie pod starym mostem. Pilnuje się też, żeby nie eksperymentować ze
swoim talentem do unoszenia się w powietrzu: przyjdzie na to czas,
powtarza sobie, kiedy o poranku lekkość wypełnia mu pierś, jakby miał
wypuścić powietrze z płuc i wznieść się w bezkresny błękit nieba. Wydaje
mu się, że zdołał nałożyć nadzwyczajną maskę zwyczajności, która skrywa
zamęt w jego myślach.
Ma dziewięć lat. Jest niski, chudy, brązowoskóry. Matka Chluby przycina
mu włosy tak krótko, że nie dają rady się kręcić. Jego umysł oddziela od
niej tylko skóra i kości czaszki.
Planuje, jak w swoim czasie napomknie o gwoździu w rozmowie i zaskoczy
matkę nie tylko samym odkryciem, lecz także swoją samodyscypliną i niezbędnym w sztuce talentem.
Ale Matka Chluby pierwsza doprowadza do konfrontacji. Któregoś dnia pod
koniec tygodnia przyłapuje go po lekcjach i gestem przywołuje, żeby
dołączył do niej na podwórku przed domem, gdzie otoczona wiernymi
uczniami prowadzi dla nich zajęcia. Inni, zwyczajniejsi nauczyciele
przychodzą do Wrzeciądza do domu, siadają z nim gdzieś pod drzewem albo
wzywają go do siebie, do miasta i wybudowanych z cegły domów. Matka
Chluby naucza w palących promieniach słońca, jakby chciała mieć pewność,
że i ono się czegoś uczy.
-?A więc znalazłeś gwóźdź -?mówi, sadowiąc się na pniaku.
Brzmi poważnie, dlatego Wrzeciądz stoi. Nie próbuje siadać. To nie jest
zabawa ani czas dla rodziny. To szkolenie.
-?Skąd wiesz? -?pyta, gdy po kilku sekundach zawziętego główkowania, czy
zaprzeczenie cokolwiek mu da, dochodzi do wniosku, że w ten sposób tylko
wprawi się w zakłopotanie. -?Starałem się z niczym nie zdradzić.
-?I wyszło ci to całkiem nieźle.
To najlepszy komplement, jakiego może spodziewać się z jej ust. W kwestiach związanych ze sztuką Matka Chluby nigdy nie żartuje.
-?Przeoczyłeś włos alarmowy, który pękł, kiedy otworzyłeś skrzyneczkę.
Od lat codziennie go sprawdzam. Czego się w ten sposób nauczyłeś?
-?Żeby zawsze sprawdzać, czy nie ma włosa alarmowego -?odpowiada.
Nie dąsa się. Matka Chluby nie lubi dąsów, przynajmniej tych
wymierzonych przeciwko niej. Czasem natomiast potrafi docenić żart.
Teraz też się uśmiecha i daje mu znak, żeby mówił dalej.
-?Lepszego planowania? -?strzela Wrzeciądz.
-?Nie rób z odpowiedzi pytania. -?Matka się krzywi. -?Powinieneś się
nauczyć, że po przeciwniku należy spodziewać się inteligencji. Zanim
zaczniesz działać, musisz obmyślić, jak go przechytrzyć.
-?Tak, matko -?potakuje.
O nic nie pyta, Matka Chluby nie jest chyba w nastroju do odpowiadania
na pytania. Przez jakiś czas oboje milczą.
-?Nie przejmuj się brakiem cienia -?przemawia w końcu Matka Chluby.
Wrzeciądz ma wrażenie, że chciała powiedzieć coś innego, ale zmieniła
zdanie. -?Nie będzie miał żadnego wpływu na twoje tajne misje, nikt nie
zwraca uwagi na takie rzeczy. Będziesz się jednak musiał nauczyć
panowania nad skłonnością do wzlatywania w powietrze.
To jedyna rada, jakiej mu udziela w tej kwestii. W ciągu następnych
dwóch lat sam uczy się wszystkiego, co z tym związane.
Jest więcej dziwnych rzeczy, o których nie wspomina w rozmowach z Matką
Chluby. Nie jest do końca pewny, czy są prawdziwe, czy może raczej
wynikają z błędów w jego rozumowaniu albo postrzeganiu. Odnosi wrażenie,
że wolno się starzeje. W wieku dziesięciu lat jest niższy od
rówieśników, w wieku dwunastu wciąż wygląda jak dziecko, podczas gdy
niektórzy chłopcy wzrostem dorównują już dorosłym. Chociaż nie wszyscy,
więc może w tym akurat nie ma niczego niezwykłego.
Pewnego dnia odkrywa, że ogień go nie parzy. Kiedy przypadkiem przesuwa
dłonią przez płomień zapałki, czuje chłód, jakby włożył rękę w małe
źródełko. Kilka zapałek później nie jest już pewien, czy to nie dlatego,
że płomyk jest taki mały i ulotny. Może większy ogień mógłby go sparzyć.
Nie widząc możliwości sprawdzenia tej hipotezy bez narażania się na
poważne obrażenia, daje sobie z nią spokój.
Stwierdza również, że widzi i słyszy rzeczy, które uchodzą uwagi innych.
Z początku wcale go to nie przeraża. Niektóre z widzianych przez niego
istot wydają się tak samo częścią świata naturalnego jak wiewiórki
przemykające wśród krwawocierni, zimorodki na drzewach płaczących nad
rzeką albo płochliwe sarny w dzikiej trawie. Ale widzi także
pękatobrzuche stwory uczepione od zewnątrz ścian ludzkich domów;
poruszają się, jakby nabierały tchu albo pochłaniały coś
niematerialnego, może żywiąc się czymś, czego Wrzeciądz nie dostrzega.
Inne przypominają stworzenia morskie z mnóstwem odnóży i falujących
macek, przemykają po głównej ulicy miasteczka jak po morskim dnie,
ledwie muskając jej powierzchnię. Jeszcze inne z kształtu bardziej
przypominają człowieka -?te postrzega jako jednocześnie naturalne i nienaturalne, dokładnie tak jak ludzi: niewyraźne, smukle wydłużone,
poruszające się z wdziękiem, który jest osobliwym odbiciem ludzkiej
gracji, albo zębate, upiornie wielorakie, z długimi językami. Niektóre
przemawiają zdartymi, schrypniętymi, obolałymi głosami; udaje, że ich
nie słyszy. Odkrywa, że większość ludzi nie widzi tych istot, nie słyszy
ich szeptów w gęstym zmierzchu. Budzą lęk, czego dowiaduje się z reakcji
rozmówców, kiedy próbuje o nie wypytywać. Acusdab jest małym
miasteczkiem, jego mieszkańcy czują się przytłoczeni mnogością
niewidzialnych praw i bytów, o których wiedzą, że towarzyszą im na
każdym kroku. Mówią mu, że niezwykłe byty nie pochodzą z królestwa
człowieka. To antybogowie. Diabły. Mówią, że ich widok powinien
przejmować go dreszczem, więc jego ciało uczy się reagować gęsią skórką,
gdy tylko któryś z nich pojawi się w jego polu widzenia -?nawet kiedy
Wrzeciądz patrzy przezeń na wylot, nie dając po sobie poznać, że go
dostrzegł.
Przede wszystkim jednak odkrywa, że dla grawitacji jest śliski, jak
naoliwiony. Spadanie w górę przychodzi mu łatwo, aż za łatwo. Wystarczy,
że wypuści powietrze z płuc i rozluźni jakiś stale napięty mięsień w podbrzuszu. Tęsknota za otwartym niebem, w które mógłby spadać i spadać
w nieskończoność, napawa go zgrozą. Kiedy zadziera głowę, czuje się,
jakby stał na skraju przepaści zdjęty przemożną chęcią rzucenia się w nią. Stara się nie patrzeć w niebo.
Uczy się, że każdy jego krok musi być świadomym aktem woli, jeśli ma z powodzeniem udawać naturalny ludzki ruch. Podnieś stopę, przemieść ją,
postaw z powrotem. Ćwiczy tak długo, aż wejdzie mu to w krew: bada grunt
pod podeszwą, dyskretnie obciąża kostkę, upewnia się, że pięta mocno
trzyma się ziemi -?a wszystko to w sposób, który nie zwróci uwagi
obciążonych.
Uczy się także myśleć o innych w taki właśnie sposób. Obciążeni. Ludzie
z cieniem.
On więc zajmuje się takim samokształceniem, a Matka Chluby równolegle
przejmuje wyłączną pieczę nad jego wyższą edukacją. Nauczyciele odchodzą
jeden po drugim, ona zaś wpaja mu podstawy klasycznego wykształcenia:
czarna sztuka, dialektyka, pomsta, niespieszność, mord. Nauka obejmuje
zarówno lekcje z teorii, jak i zajęcia praktyczne, które nazywa
"ćwiczeniami".
Wrzeciądz poznaje sztukę przywoływania i pętania. Matka Chluby
przedstawia mu prawa rządzące niewidzialnymi bytami, które przybywają na
wezwanie, zdolne zniewolić ludzkie ciało i przemawiać ludzkim głosem,
wieszczyć, nauczać, a także uciekać, gdy zostaną wypędzone. Wszystko
wygląda teraz inaczej, mówi mu, chociaż nie wyjaśnia dlaczego. Wrzeciądz
stara się ze wszystkich sił nie dać po sobie poznać, że widzi te istoty
przez cały czas, bez względu na to, czy matka próbuje je akurat
przywołać, czy nie. Trudno jednak ukryć zaskoczenie, kiedy ma się takie
ogromne oczy: gdy znienacka się rozszerzają, białka łyskają jak race
sygnałowe. Uczy się więc przymykać powieki, jakby stale dokuczały mu ból
albo zmęczenie, żeby w jego oczach nie odbijał się wstrząs na widok
niewidzialnego świata. W skroniach zaczynają mu się kłębić bóle głowy.
W Acusdabie te niewidzialne prawa i byty (przez niektórych nazywane
"diabłami", prycha lekceważąco matka, chociaż sama też używa tego
określenia) pozostają wielką tajemnicą. Nawet dla niej są owocem
rzadkich i trudnych rytuałów, a nie majaczącymi na obrzeżach pola
widzenia potwornościami, które stale towarzyszą Wrzeciądzowi, kiedy ten
sika albo myje zęby; nie pożeraczami uczepionymi ścian domu; nie
przemykającymi ukradkowo istotami, które ostrożnie schodzą jej z drogi i uciekają przed szamanami, niesławnymi i przerażającymi aduro z Acusdabu.
Matka Chluby napawa diabły znacznie większym lękiem niż szamani -?na ich
wezwania odpowiadają i dają im się spętać, Wrzeciądz nieraz widział
takie sceny w miasteczku, za to kiedy matka usiłuje je przyzwać, może je
przywoływać w nieskończoność. Na próżno. Mówi, że nauczyła szamanów
wszystkiego, co potrafią, ale Wrzeciądz widzi, jak diabły wiją się,
skowyczą i z niej szydzą. Ona ich nie słyszy, on jednak patrzy, udając,
że jest po prostu świadkiem nieudanego rytuału, i żałuje, że nie może
sobie zakryć oczu i uszu.
Kiedy z kolei sam próbuje je przywołać, przychodzą posłusznie, udawanie
zaś, że nie patrzy im w oczy (tym, które je mają), kosztuje go tak wiele
wysiłku, że próby narzucenia im swojej woli wypadają mizernie. W ocenie
matki byłby raczej przeciętnym szamanem, ale to jej w zupełności
wystarcza. Nie taką misję mu przeznaczyła.
Mord przychodzi mu z jeszcze większym trudem. Za pierwszym razem Matka
Chluby musi go prawie prowadzić za rączkę. Uprawia wielozadaniowość, jak
twierdzi: jednocześnie naucza go i kładzie krwawy kres zadawnionej
rodzinnej waśni. Celem jest stryjeczny dziadek Wrzeciądza, starszy brat
jej ojca.
Wiezie go na egzekucję, tak samo jak wozi go na wszystkie inne umówione
spotkania. Przez całą drogę udziela mu lekcji. Wrzeciądz siedzi z ręką
zwieszoną za okno, łapie wiatr w dłoń i słucha jednym uchem. Jadą dość
daleko, na drugi kraniec miasteczka, tak jakby dziadek zamieszkał
najdalej od Matki Chluby, jak tylko się dało.
Matka zwraca mu uwagę na niedoskonałości jego techniki pchnięcia nożem
od dołu, przypomina, żeby cały czas nucił pod nosem pieśń ostrzenia
powodującą wzbudzenie molekuł klingi, i powtarza wiedzę na temat Pięciu
Niewybaczalności. To sedno jej nauk, ich czerwone, mięsiste, pulsujące
serce, a także jedyna okazja, przy której wspomina o świętym ojcu
Wrzeciądza, Doskonałym Łaskawcy. Dlatego chłopak prostuje się w fotelu i słucha. To jedna z rzadkich chwil, kiedy może dowiedzieć się czegoś o ojcu, uzyskać choćby cień odpowiedzi na piętrzące się przez całe życie
pytania na jego temat -?manipulacja tak toporna, że właściwie nie
powinna się liczyć, ale Wrzeciądz i tak się trochę boczy.
-?Pięć Niewybaczalności to zbrodnie określone jako najcięższe przez
należący do twojego ojca aparat ideologiczny. -?Matka Chluby wygłaszała
tę przemowę tyle razy, że Wrzeciądz zna ją na pamięć. I o to właśnie
chodzi. -?Z założenia wykraczają poza jurysdykcję wszelkich wymiarów
sprawiedliwości, zarówno w ich funkcji karzącej, jak i przywracającej
ład. Idąc od występku najbłahszego do najpoważniejszego, są to kolejno:
matkobójstwo; herezja prowadząca do konfliktu frakcyjnego; świętobójstwo
wyznawców, którzy osiągnęli czwarty stopień przebudzenia; ojcobójstwo
oraz zabicie Doskonałego Łaskawcy. Z definicji nie podlegają wybaczeniu,
nie można ich również odkupić. To znaczy, że jeśli dopuścisz się którejś
z nich, przedstawiciele kultu będą cię prześladowali do końca życia, a twoje imię zostanie przeklęte na pokolenia. Twoją misją jest popełnienie
ich wszystkich. Twój ojciec nas porzucił, staliśmy się niewybrańcami i jako tacy zostaliśmy wyłączeni z jego eschatologii. Zniszczymy jego kult
i zasolimy ziemię, która po nim pozostanie. Powtórz.
Wrzeciądz posłusznie powtarza katechizm. Te słowa potrafiłby wyrecytować
przez sen.
Docierają pod dom dziadka. Matka Chluby parkuje nieco dalej, tak żeby
nie było ich widać, po czym przemykają przez lukę w ogrodzeniu: jeden
słupek został wyłamany i przydeptany, skłębiony drut kolczasty jest w tym miejscu przeciągnięty bardzo nisko. Później Wrzeciądz dojdzie do
wniosku, że to matka zadbała o to, żeby mieli którędy wejść; być może
poprzedniej nocy któryś z szamanów zapuścił się tutaj i przerwał
strzegący granicy obwód. Na razie jednak wydaje mu się, że po prostu los
im sprzyja.
Jego technika nożownicza okazuje się nieistotna, pieśń ostrzenia do
niczego się nie przydaje. Dziadek krząta się w ogródku za domem. Miejsce
jest odosobnione, pełne smętnych warzyw -?idealne na pierwsze zabójstwo.
Mimo że Wrzeciądz ma przewagę młodości, szybkości i zaskoczenia, nie
zdąża nawet przyjąć właściwej postawy, kiedy dziadek go rozbraja:
pomarszczona dłoń wystrzeliwuje jak wąż, chwyta za nadgarstek i go
wykręca, nóż spada na ziemię. Zdumiony Wrzeciądz zapomina o całym swoim
szkoleniu, zapomina nawet, że powinien stać twardo na ziemi, i wzbija
się w powietrze, młóci stopami, wykonuje obrót wokół nadgarstka
unieruchomionego w dziadkowym uścisku i zawisa nad staruszkiem do góry
nogami. Ten, zaskoczony, puszcza go z krzykiem, a wtedy Wrzeciądz
instynktownie łapie go za gardło i zatyka mu usta, żeby go uciszyć.
Później to już jest śmierć przez powieszenie, ze wzlatującym do góry
nogami Wrzeciądzem w roli stryczka. Dziadek, uniesiony nad powierzchnię
gruntu, rozpaczliwie drapie ziemię czubkami palców u nóg i kreśli wzorki
w kurzu.
Nawet ktoś szkolony do dokonania Pięciu Niewybaczalności ma wrodzoną
niechęć do przemocy, którą musi przezwyciężyć pod presją, w chwili
próby. Matka Chluby wielokrotnie go przed tym przestrzegała, ale i tak
jest mu ciężko. Na dnie jego płuc zbiera się zatrute tchnienie; już
nigdy nie zdoła całkowicie ich opróżnić.
Dziadek, któremu udało się tymczasem postawić całą stopę na ziemi, znów
stawia opór. Wrzeciądz puszcza go jedną ręką i uderza w twarz. Miażdży
nos, dźga palcem w oko z taką siłą, że gałka oczna pęka, drapie policzki
i szyję, aż spływają czerwienią. Jest dokładnie południe; kiedy spogląda
pionowo w górę na swoje stopy, widzi słońce. Stoi na słońcu. Zaciska
dłoń na gardle dziadka i znów przywołuje tamto najwcześniejsze
wspomnienie. Jest garotą. Dziadek bulgocze, jakby chciał coś powiedzieć,
ale Wrzeciądz ponownie się wznosi i podrywa go w powietrze jak kawał
mięsa.
Ciężar ściąga go z powrotem. Ciało opada, osuwa się na ziemię, kładzie.
Wrzeciądz obraca się głową do góry i niczym padlinożerne ptaszysko
sadowi się na piersi dziadka. Nigdzie nie widzi noża, ale Matka Chluby
zawsze podkreśla, jak ważne jest doprowadzenie roboty do końca, dlatego
teraz Wrzeciądz drapie i dźga palcami, nie ustępuje, aż nurza się we
krwi po łokcie. Nie może patrzeć na zmasakrowaną twarz dziadka, na jej
widok zbiera mu się na wymioty. Serce dudni mu w skroniach. Całe jego
ciało zmienia się w lód, takie jest lekkie, takie przezroczyste. Nawet
nie zauważa, że szybuje z wiatrem, dopiero Matka Chluby musi go złapać w przelocie za kostkę i ściągnąć na ziemię.
Przez chwilę balansuje, na próbę obciąża kostki, wreszcie staje pewnie
na nogach. Napręża mięśnie, żeby nie odfrunąć. Nie rozgląda się, ale
kątem oka widzi, że na skrawku ziemi, który jego matka bierze za pustą
grządkę warzywną, kłębią się niewidzialne byty. Mnóstwo niezwykłych,
przerażających istot przyszło na niego popatrzeć. On sam woli się
wpatrywać w swoje zakrwawione dłonie.
-?Łatwiej nie będzie -?zapowiada w drodze powrotnej Matka Chluby.
Posępny Wrzeciądz kuli się na fotelu pasażera. Boli go głowa, gardło
też, jakby cały czas krzyczał. Nie przypomina sobie, żeby wydał
jakikolwiek dźwięk. Umył się, ale ręce wciąż mu się kleją. Przez całą
drogę do domu z namaszczeniem ogląda sobie paznokcie, patrzy na siniaki
i zadrapania, o których nie pamięta, skąd się wzięły, zagląda w przepastne kaniony linii papilarnych w poszukiwaniu obłażącego płatkami
brunatnego osadu. Czuje jego chrobotanie, kiedy pociera palcem o palec.
-?Następnym razem -?zapowiada Matka Chluby -?będziesz musiał sam po
sobie posprzątać. Pamiętaj, pierwszą Niewybaczalnością jest
matkobójstwo. Później nie będzie cię miał kto prowadzić za rączkę.
Dwa lata przepadają w mrokach dalszej edukacji, w tym także nowych
ćwiczeń. Uczy się uprzątać sceny zbrodni. Nazywa te zabójstwa
"wybaczalnościami", żeby w ten sposób lekko zirytować Matkę Chluby. Ona
nie powtarza już katechizmu przy każdej okazji, ale Wrzeciądz i tak zna
go na pamięć i z rozdrażnieniem odkrywa, że sam go recytuje w tych
chwilach ciszy, które wcześniej były przezeń wypełniane. Dzięki temu nie
traci poczucia sensu, wie, że to wszystko ma jakiś cel. Matka Chluby
tłumaczy mu, że jego wybaczalne zabójstwa giną w niemilknącym tumulcie
zbrodni popełnianych w ich wielopokoleniowej rodzinie, spychane na
dalszy plan, tonące w szumie morderstw i pogrzebów, które wyznaczają
rytm rodzinnego kalendarza, waśni, których Wrzeciądz nie śledzi.
Większość mieszkańców Acusdabu zdaje się należeć do rodziny. Nikt nie
musi wiedzieć, do jakiej wyjątkowej misji matka go przygotowuje. A celów
nie brakuje. Jacyś dalecy kuzyni usiłują nawet zabić samą Matkę Chluby,
która z ich próby czyni kolejną lekcję dla Wrzeciądza.
Kiedyś rodzina wyglądała inaczej, zauważa ze smutkiem Matka Chluby,
przycinając szeroko rozgałęzione rodzinne drzewo.
Mimo że Wrzeciądz dużo ćwiczy, nie potrafi powiedzieć, czy rozwija swoje
umiejętności walki i biegłość w użyciu broni. Na pewno oswaja się z przemocą, przypuszcza zresztą, że taki właśnie cel od początku
przyświecał Matce Chluby. Ta zaś pewnego dnia obwieszcza uroczyście, że
jest gotowy podjąć właściwe wyzwanie. Pakuje mu lunch, daje trochę
pieniędzy, nóż i błogosławieństwo; jej słowa są pospieszne i niewyraźne,
bo nie wierzy w błogosławieństwa, nawet swoje. To działka jego ojca.
-?Pamiętaj, synu -?mówi mu jeszcze na odchodnym, patosem nadrabiając
brak pobożności i czułości. -?Zmienić świat można tylko w jeden sposób:
poprzez umyślną, precyzyjnie wymierzoną przemoc.
I tak oto Wrzeciądz wyrusza w świat: uzbrojony, niebezpieczny,
trzynastoletni.
3
Kiedy spogląda wstecz z perspektywy dorosłego mieszkańca miasta -?który
w dodatku, myśli sobie, wszedł w dorosłość w wyjątkowo bolesnych
okolicznościach, w tajemnym procesie całkowitego unicestwienia i odtworzenia podobnym do przemiany dokonującej się we wnętrzu poczwarki -
woli nie rozmawiać o tamtym okresie swojego życia. Najchętniej w ogóle
nie wracałby do niego pamięcią.
Ilekroć wdaje się w dłuższą rozmowę -?na przykład tak jak teraz, na
trzeciej randce z Hejmenem -?bardzo stara się mówić szczerze. Odsłonić
się. Otworzyć. Łatwiej mu to zrobić, kiedy siedzą wieczorem w kawiarnianym ogródku oblanym poświatą dymiących koron drzew ognistych.
Chętnie wtedy opowiada o swoim dzieciństwie, ale nie o życiu nastolatka.
Oczywiście nie może mówić otwarcie o zabójstwach, których dokonywał w mieście, ale umie opowiadać o nich nie wprost. Nauczył się przedstawiać
je w sposób budzący emocje, a zarazem pomijający całą krew. Rodzinne
waśnie i zerwane więzy nie są wcale czymś niezwykłym, chociaż dla
większości ludzi określenie "na noże" pozostaje tylko przenośnią.
Dzisiaj, zasiadłszy na bezpiecznej grzędzie dwudziestolatka, może śmiało
stwierdzić, że dzieciństwo upłynęło mu w niewoli toksycznego,
agresywnego rodzica. Odsunął na bok wszystko, co z nim związane: szalony
czas przepełniony przemocą; indoktrynację; szkolenie do roli żołnierza w wojnie, którą matka wytoczyła ojcu. Tamte sprawy i tamci ludzie należą
do przeszłości, a on tymczasem dorósł. Układa sobie życie od nowa,
zupełnie samodzielnie, życie, w którym jedynym jego celem -?jak sobie
powtarza -?jest spokój. Chciałby go znaleźć. Zachować. Zestarzeć się z godnością. Nigdy więcej nie dopuszczać się przemocy.
Wedle własnych szacunków ma dwadzieścia trzy lata, plus minus rok albo
dwa. Ciemnobrązowe terytoria jego skóry, dodatkowo pociemniałe od
słońca, są pokryte białą mapą blizn, w większości już wyblakłych. Nie
pamięta, co mu je pozostawiło -?noże, poszczerbione łuski i kolce,
tłuczone szkło i ludzkie paznokcie -?ale jest wyczulony na ich punkcie.
Gęste włosy i brodę strzyże schludnie i rozpieszcza miejskimi odżywkami,
nosi długie rękawy i wysokie kołnierzyki. To wystarcza, żeby ukryć
większość blizn, nie zakrywa jednak cienkiej kreski, która przecina lewy
policzek jak ślad po łzie ze stopionego żelaza. Kiedy jego twarz
przybiera obojętny wyraz, linia ta zdaje się nienaturalnie prosta,
dlatego nauczył się uśmiechać półgębkiem i w ten sposób ją maskować.
Blizny są jedną z dwóch rzeczy, o których nie mówi.
Nie wspomina również o tym, że jego ojcem jest Doskonały Łaskawca,
regularnie pokazywany w telewizyjnych talk-show i często cytowany w wiadomościach jako ważna i opiniotwórcza postać lokalnego życia
religijnego. Spokrewnienie z nim nie byłoby postrzegane jako atrakcyjne,
tylko co najwyżej dziwaczne. Nie wspomina o nieobecnym ojcu, aby nie
wyszło, że ma obsesję na punkcie matki -?przekonał się już bowiem, że to
również nie wygląda atrakcyjnie.
Hejmen jest od niego starszy. Przetykana siwizną czarna, bujna broda
opada mu na pierś. Poznali się przez aplikację randkową i przez dwa
tygodnie spotkali się już trzy razy. Idzie im zatem zdumiewająco dobrze.
Kiedy Hejmen zauważył, że Wrzeciądz nie rzuca cienia (to było po drugiej
randce, kiedy w słoneczny poranek wyszli zjeść śniadanie), zupełnie się
tym nie przejął. Mieszkańcy Luriatu tacy właśnie są. To jeden z powodów,
dla których Wrzeciądz postanowił tam zamieszkać. Gdy kilka lat później
po raz pierwszy ujrzał miasto -?złocone słońcem kamienno-szklane
wieżowce, biały łuk żurawi na tle nieba jak pęk strzał jednocześnie
wypuszczonych z bożego łuku -?poczuł jego nieodparte przyciąganie, zanim
jeszcze poznał nazwę Luriat. Wilgotne, niemal płynne powietrze
delikatnie, kojąco opływało mu skórę. Miasto powiedziało mu, że jego
wędrówka dobiegła końca, a wraz z nią skończyła się wyznaczona mu przez
matkę misja. Zaczyna dochodzić do wniosku, że jego miejsce jest właśnie
tutaj. Osiedla się tu tak wielu przybyszów z innych stron, że łatwo mu
poczuć się jak w domu. Poznał nawet inne zdziczałe dzieci mesjaszy -
istnieje grupa wsparcia dla niewybrańców, polecił mu ją terapeuta, do
którego chodzi, odkąd tylko dowiedział się, kim są terapeuci. Jest
obecny na wszystkich spotkaniach grupy, odbywają się w każdy haruday o zachodzie słońca. Na razie nie wspomniał o niczym Hejowi, ale nie ma
poczucia, żeby coś przed nim ukrywał. To dopiero początki znajomości, ma
jeszcze czas. Rozkoszuje się tym uczuciem, przeciąga się w nim jak kot
wylegujący się na słońcu. Na tym chyba polega szczęście, myśli.
Utrzymanie się w tym stanie wymaga wysiłku.
-?Jak zamierzacie wykorzystać swój czas?
Pytanie to pada co tydzień, na każdym spotkaniu grupy wsparcia dla
niewybrańców, półwybrańców, kwaziwybrańców. Odpowiadają różnie,
najczęściej mruczą coś pod nosem albo żartują. Jedna z uczestniczek,
weteranka tych spotkań, zauważa, że ludzie z tej grupy potrzebują dużo
czasu, żeby zacząć poważnie traktować własne życie. Może czas jest im
potrzebny, żeby dojść do siebie, odpowiada jej człowiek, który jako
jedyny ma krótszy staż niż Wrzeciądz.
-?To jest jak unoszenie się w powietrzu -?mówi Wrzeciądz.
Kiwają potakująco głowami, potakują "Tak, właśnie", chociaż nie
rozumieją, co ma na myśli. Nie mówi o lataniu. Czasem ćwiczy, ma
nadzieję, że pewnego dnia opanuje tę umiejętność, zamiast być zdanym na
zrządzenia losu, ale zawsze robi to w samotności, kiedy nikt go nie
widzi. Na spotkaniach rzadko się odzywa. Z kilkunastu członków grupy
jedni przychodzą częściej, inni rzadziej. Dzisiaj zebrała się ich mniej
więcej połowa. Czyli przeciętnie.
Oczywiście w sali roi się od niewidzialnych bytów. Napełniają go
znajomym lękiem, który -?paradoksalnie -?wydaje mu się niemal krzepiący.
W Luriacie jest ich znacznie mniej niż w Acusdabie, ale i tak całkiem
sporo. Tłumnie przybywają na spotkania grupy, jakby zwabione jej
osobliwością. Wrzeciądz nie jest pewny, ilu jeszcze uczestników je
widzi. Może żaden, bo nikt na nie nie reaguje. A może ci, którzy je
widzą, wolą tak jak on odwracać wzrok i o niczym nie mówić, bo w ten
sposób umniejszają zgrozę. Nie śmie naruszyć tego niemego porozumienia,
o ile ono w ogóle istnieje. W głębi serca nigdy nie wyzbył się
przeświadczenia, że gdyby dał niewidzialnym bytom poznać, iż je widzi,
źle by się to dla niego skończyło. Dlatego celowo patrzy w dal, poprzez
nie, na wskroś; prześlizguje się niewidzącym wzrokiem po ich
makabrycznych sylwetkach, dziwacznych członkach, domniemanych mnogich
oczach. One z kolei nie pchają się na pierwszy plan. Głowa boli go z tego wysiłku, ale nauczył się żyć z bólem niewidzenia. W sali panuje
półmrok. To pomaga. A przy okazji maskuje także brak jego cienia.
Weteranka nazywa się Koel. Ma około pięćdziesięciu lat i kurze łapki w kącikach oczu, jakby dużo się śmiała, co jednak nie jest prawdą.
-?Im prędzej sobie uświadomicie, że macie własne życie do przeżycia, tym
będzie łatwiej -?mówi. -?Tylko tyle.
Wcześniej opowiedziała im o swojej matce, która była ponoć prorokinią
Kroczącego, boga, którego Wrzeciądz nie zna. Po matce dar prorokowania
odziedziczył młodszy brat Koel, a ona nagle została sama -?przygotowana
do nowej roli, ale pozbawiona mocy, niesłysząca głosu boga, który
szeptałby jej do ucha. Obecnie, na ile Wrzeciądz zdołał się zorientować,
jest kimś w rodzaju pamflecistki politycznej: ma własne nielegalne
wydawnictwo, pisze i drukuje wywrotową literaturę, którą następnie
podrzuca w miejscach publicznych, żeby inni czytali ją i podawali dalej.
Poza tym ma być także dramatopisarką i niezależną reżyserką filmową. Nie
widział żadnych jej filmów ani sztuk, widział natomiast broszury jej
autorstwa: zawija się w nie chleb, a dzieci robią z nich papierowe
samolociki. Mimo to Koel publikuje uparcie, zupełnie tym niezrażona, i z upodobaniem o tym opowiada. A przecież każdy z grupy mógłby ją
zadenuncjować. Donieść na nią na policję. Do wszystkich diabłów, może
właśnie do tego próbuje ich sprowokować? Ale nie, może po prostu im ufa.
Może przemawia przez nią nieroztropna wiara człowieka, który dorastał w przeświadczeniu, że pewnego dnia każde jego życzenie będzie słowem
bożym.
-?Chcę pracować przy papuzich drzwiach -?oznajmia nowicjusz.
Cała grupa odpowiada zbiorowym jęknięciem, nawet Wrzeciądz, który też
już próbował załapać się do pracy przy drzwiach i doskonale wie, jak
długa jest lista oczekujących. Nowicjusz -?młode neutrois imieniem
Ulpe, o długich, niespokojnych palcach -?przychodzi na spotkania od paru
tygodni, ale na razie nie dzieli się informacjami na temat swojego
niewybrania; raz tylko wspomniał coś o człowieku w ogniu, chociaż nie
jest jasne, czy w sensie dosłownym, czy raczej przenośnym. Wrzeciądz i inni nie wiedzą, czy Człowiek w Ogniu, bo tylko tak wyraża się o nim
Ulpe, podpalił się, przeżył pożar czy może tylko rozniecił metaforyczny
płomień wiary. Nie wiedzą również, co wiązało go z Ulpe, ale cokolwiek
to było, nie ulega wątpliwości, że całkiem niedawno uległo zerwaniu,
dlatego zbiorowy jęk jest dobroduszny, przyjacielski, może nawet
zatroskany.
-?Wiesz, że to niemożliwe, prawda? -?pyta oczywiście Koel, bo któż by
inny. Jej udawana powaga ma w sobie tyle fałszu, że zbliża się do
autentycznej powagi. -?Nas w szczególności nigdy do tego nie dopuszczą.
To dla Wrzeciądza coś nowego.
-?Dlaczego nas w szczególności? -?pyta.
Koel wzrusza ramionami.
-?Niedopasowanie.
Wrzeciądz kompletnie nie rozumie tej odpowiedzi. Niektórzy z pozostałych
kiwają głowami -?twarz Ulpe niczego nie wyraża, ale Ulpe jest nowe w mieście i w grupie i tak często ma twarz pozbawioną wyrazu, że to się
nie liczy -?więc Wrzeciądz woli nie dopytywać. Nie chce kolejny raz
wyjść na niewykształconego prowincjusza.
Papuzie drzwi nadają Luriatowi historyczną tożsamość, nie zakłócając
przy tym jego życia codziennego. Przez pierwszy rok Wrzeciądz ma zbyt
wiele do zobaczenia i rozsiane po całym mieście papuzie drzwi nie wydają
mu się niczym szczególnym. Po jakimś czasie zaczyna jednak zauważać, że
zawsze są zamknięte i bardzo często ktoś przy nich pracuje: odmalowuje
je (zawsze na jakiś intensywny podstawowy kolor), sprawdza, oliwi,
naprawia zawiasy, zatrzask albo gałkę, wypełnia kitem rysy, lakieruje,
poleruje, zmywa plamy, okadza, prowadzi w modlitwie ustawionych w krąg
wiernych, oświetla lampą ultrafioletową, ostrożnie pobiera próbki drewna
i farby, zostawia kwiaty lub skromną ofiarę z owoców elegancko
pokrojonych na plastry i trociczek, z których snują się smużki dymu.
Papuzie drzwi różnią się od innych, zwyczajnych, które nie mogą liczyć
na podobne zainteresowanie i które, jak w końcu zauważa Wrzeciądz,
często w ogóle nie są drzwiami. W ścianach jest mnóstwo przejść: łuki
przesłonięte kotarami, zasłonami z koralików albo po prostu płachtami
folii; drzwi szklone taflami szkła o różnym stopniu przezroczystości;
drzwi połówkowej wysokości; drzwi z wstawionymi okienkami; drzwi z siatki; metalowe furtki z prętów albo krat, jak w klatce. Zwyczajne
luriackie drzwi są zawsze albo uchylone, albo częściowo -?choć nie
całkiem -?przezroczyste. Tylko te papuzie są zawsze zamknięte na głucho
i nieprzejrzyste. Z tego faktu Wrzeciądz wysnuwa wniosek, że to właśnie
ich nieprzezroczystość, zamknięcie, niepoznawalność tego, co kryje się
po drugiej stronie, odróżnia je od innych.
Pewnego dnia, nie mogąc dłużej opierać się ciekawości, podchodzi do
jednych z nich. Szedł bez celu przez miasto, zdawszy się na los i łut
szczęścia, gdy niespodziewanie natknął się na pozostawione bez dozoru
papuzie drzwi. Nikt się przy nich nie krząta, nikt ich nie pilnuje. Nie
ma świadków. Nigdzie nie widać policji. Są wbudowane w ścianę zupełnie
przeciętnego budynku, w którym mieści się chyba tylko elegancki sklep z biżuterią. Wejście do sklepu prowadzi przez całkiem zwyczajne szklane
drzwi, umieszczone od frontu, najdalej od papuzich drzwi, jak to tylko
możliwe. Jest wczesny poranek, sklep jest zamknięty, ulica pusta.
Wrzeciądz odczuwa coś znajomego w trzewiach: nieprzyjemne, mdlące
ciągnięcie, które zawsze interpretował jako głos fortuny, instynkt,
głęboką wrażliwość na świat, która podpowiada mu, dokąd powinien pójść i co powinien zrobić na długo przed tym, zanim w ogóle sobie to uświadomi.
Kiedy w nim wzbiera, zawsze jest coś, czym powinien się zająć -?nawet
jeśli jeszcze o tym nie wie.
Podchodzi do drzwi i próbuje przekręcić gałkę. Zamknięte. Drewno jest
pomalowane na pogodny, pomarańczowy kolor; z bliska widzi, że farba
została położona grubo, niefachowo, dostrzega nadmiar warstw,
przypadkowe maźnięcia pędzla, grudki. Na samych drzwiach i w ich pobliżu
nie ma żadnych oznaczeń ani napisów, które miałyby zakazywać wstępu lub
ostrzegać przed niebezpieczeństwem. Trzymając za gałkę, szarpie drzwiami
i w tej samej chwili wyczuwa zimne powietrze przesączające się przez
szczeliny pomiędzy nimi i framugą. Nie jest to miarowy ziąb klimatyzacji
ani powiew z chłodni, tylko szeleszczący szept zimnego wiatru niosącego
obcą, gorzką woń. Im wyraźniej czuje ten zimny powiew, tym dziwniejszy i głośniejszy mu się wydaje, jakby za papuzimi drzwiami dął porywisty
wiatr, lodowaty, zawodzący, jakby wtłoczony w wąską górską przełęcz. W pierwszej chwili ma wrażenie, że to ziąb najbardziej go niepokoi: w położonym nisko, bo nad samym oceanem, Luriacie powietrze zawsze jest
ciepłe i tylko czasem, gdy powieje morska bryza, staje się chłodniejsze,
umiarkowane. Później Wrzeciądz dochodzi do wniosku, że chodzi o zapach,
którego nie rozpoznaje, a który odkłada mu się na języku niemal
popielnym posmakiem. Albo może o to, że zimny wiatr zdaje się dąć z rozległej otwartej przestrzeni, podczas gdy zawiewa -?z definicji -?z wnętrza, a w każdym razie zza drzwi. Jeżeli za drzwiami rozciąga się
zewnętrze, to czy Luriat, a wraz z nim cały świat są wnętrzem? Wiatr
zdaje się przybierać na sile, jakby po drugiej stronie szalał sztorm
powstrzymywany tylko wątłymi, przesadnie grubo pomalowanymi papuzimi
drzwiami. Gałka jest lodowata w dotyku, chociaż Wrzeciądz nie umie
powiedzieć, czy była taka od początku; może tak, może z tego zimna
zdrętwiało mu całe wnętrze dłoni. Puszcza ją i zaciera ręce. Odsuwa się
na kilka kroków, a wtedy zimny podmuch ustaje, wraz z nim ulatnia się
też wszelkie wrażenie srożącej się za drzwiami burzy. Przycupnięty w najciemniejszym zakamarku skroni Wrzeciądza ból głowy pulsuje jak drugie
serce.
4
Trwa kampania crowdfundingowa, której celem jest sprowadzenie
Doskonałego Łaskawcy do Luriatu w porze następnego monsunu. Wrzeciądz
dowiaduje się o niej przez przypadek, czyszcząc folder ze spamem. Imię
ojca wpada mu w oko. Wygrzebuje więc wiadomość, klika i przechodzi na
stronę zbiórki. Tam znajduje forum utrzymywane przez nieliczny, lecz
entuzjastycznie nastawiony miejscowy oddział fandomu Górnej Drogi i dowiaduje się, że kampania organizowana jest co roku od blisko
dziesięciu lat. Z początku kilkakrotnie albo nie udawało się zebrać
zakładanych środków, albo zbiórka była zawieszana przez konkurencję z Dolnej Drogi, która w Luriacie ma status religii oficjalnej. W ostatnich
latach kampania osiąga już zamierzone cele, ale prawo do organizacji
wydarzenia za każdym razem przypada komuś innemu -?na południu jest
wiele miast większych, zamożniejszych i cudowniejszych od Luriatu, które
w dodatku mają mocniejszy i lepiej zorganizowany fandom -?tak że
zgromadzone fundusze przechodzą po prostu na kolejny rok.
Na stronie kampanii przedstawiono plan wynajęcia dużego centrum
konferencyjnego na okres przypadającego w szóstym miesiącu monsunu, a także zakwaterowania dla Doskonałego Łaskawcy, jego najbliższych
współpracowników (dwóch świętych i osobistego sekretarza), grona
najwyższych rangą apostołów, wyznawców, apologetów i innych fanów oraz
darczyńców, których wkład w kampanię będzie odpowiednio wysoki.
Wrzeciądz wyobraża sobie, jak jego odległy, nieprzystępny ojciec
odwiedza jego miasto, i przez chwilę rozważa możliwość dołożenia paru
fanonów, żeby ta fantastyczna ewentualność stała się minimalnie bardziej
prawdopodobna. Ale jednak nie, woli się nie afiszować przed zwolennikami
ojca. Dla górno- i dolnodrożnych jest kimś mało ważnym i niewartym
zapamiętania, trzymanym na krótkiej smyczy przez matkę w dalekim
Acusdabie. I dobrze, niech dalej tak właśnie myślą. Dolna Droga jest
niebezpieczna, w tej kwestii Matka Chluby miała rację; widział już dość
świata, żeby potwierdzić pobrane u niej nauki. Jako nastolatek
prowincjusz na własne oczy widział skutki pogromów urządzanych
bezdrożnym przez dolnodrożnych; teraz, w Luriacie, ogląda w telewizji
ich wściekłych, toczących pianę z ust demagogów. O Górnej Drodze wie
niewiele, nie orientuje się nawet, czym różnią się dwa odłamy ojcowskiej
religii, ale rozsądne wydaje się założenie, że oba są co najmniej równie
groźne.
Zastanawia się, czy nie dałoby się zgłosić kampanii do moderacji pod
pretekstem stosowania przez organizatorów mowy nienawiści, wtedy zbiórka
zostałaby wyłączona albo przynajmniej zawieszona, co przysporzyłoby
kłopotów górnodrożnym, ale ich język i przekaz są starannie uładzone i nie jest łatwo się do czegoś przyczepić. Może jednak nie są aż tacy źli
jak dolnodrożni.
Na razie daje sobie spokój. Zdąży, termin zbiórki upływa za ponad
miesiąc. Zresztą nawet gdyby chciał się dołożyć, to nie ma pieniędzy.
Luriat zapewnia mieszkańcom wiele darmowych usług, wśród nich dach nad
głową, jedzenie i komunikację miejską. Jeżeli ktoś nie ma wygórowanych
wymagań, może tu mieszkać i nie pracować -?albo przynajmniej nie
zarabiać. Większość ludzi jednak pracuje, ponieważ pieniądze pozwalają
zaspokajać potrzeby wyższego rzędu. Przystosowanie Wrzeciądza poszło w przeciwnym kierunku. Przydzielono mu małe mieszkanko na drugim piętrze
we wschodniej części miasta, blisko wybrzeża, ale bez widoku na morze,
właściwie bez widoku na cokolwiek. Bloki w tym rejonie są zamieszkane
głównie przez nowo przybyłych. Dzielnica nazywa się Piaski, ponieważ
znajduje się w niej mała piaszczysta plaża, podczas gdy większość
luriackiego wybrzeża zaściełają głazy spiętrzone w celu przeciwdziałania
erozji. Większość nowych w Piaskach albo zgłasza po jakimś czasie
wniosek o przeniesienie do innej dzielnicy, albo zaczyna zarabiać dość,
żeby na własną rękę wynająć coś lepszego. Tymczasem Wrzeciądz mieszka w tym samym miejscu od momentu przybycia do Luriatu, wystarczająco długo,
żeby w Piaskach, które cechuje szybka fluktuacja mieszkańców, zyskać
iście nestorski status. Doradza innym, jak poruszać się po mieście, i rozkoszuje się tym poczuciem misji. Wcześniej nie zdawał sobie sprawy,
że ustawiczna tułaczka zaczynała mu się nudzić.
Ludzie zaczynają go sobie nawzajem polecać jako źródło dobrych rad.
-?Zapytaj Wrzeciądza -?mówią i tak oto jego imię zatacza coraz szersze
kręgi w tej efemerycznej społeczności obcych w mieście.
W taki właśnie sposób poznaje Caduva, którego później wprowadzi do grupy
wsparcia dla prawiewybrańców. Pewnego późnego wieczora ktoś puka do jego
drzwi. Wrzeciądz idzie otworzyć, półnagi i pobliźniony. Drzwi mieszkań w tych blokach mają postać metalowej kraty powleczonej gęstą siatką dla
ochrony przed komarami, większość mieszkańców dla większej prywatności
dodatkowo zawiesza w nich zasłonę; przyjęło się zapowiadać najście
stukaniem w drewnianą framugę. Oparłszy się o jej górną część, Wrzeciądz
przygląda się niepozornemu mężczyźnie po drugiej stronie i nie widzi
niczego, co wskazywałoby, że Caduv należy do społeczności niewybrańców.
Nie ma w sobie majestatu wyszkolonego proroka jak Koel, nie roztacza
aury nadprzyrodzonej krzywdy jak Ulpe -?albo, jak przypuszcza Wrzeciądz,
on sam. Dopiero kiedy Caduv otwiera usta, żeby zadać pytanie, wszystko
staje się jasne. Wrzeciądz słyszy to w jego głosie, właściwie orientuje
się nawet wcześniej, po samym otwarciu ust: zbrązowiałe, lekko nierówne
zęby, zdumiewający gęsty meszek na języku, zmiana akustyki otoczenia w oczekiwaniu na głos Caduva -?jakby nagle nie znajdowali się już w głuszącym dźwięki wąskim wyjściu na nisko sklepiony korytarz, tylko na
leśnej polanie pod otwartym nocnym niebem, w naturalnym amfiteatrze, na
klepisku z żyznej, ciemnej ziemi, ubitej i wygładzonej z biegiem lat
przez tupiące stopy. Kręci głową, próbując otrząsnąć się z tego widoku.
Wizja jest tak intensywna, że zakrawa na halucynację, chociaż Wrzeciądz
ani przez moment nie traci świadomości tego, gdzie naprawdę się
znajduje: drewniana framuga drzwi pod jego uniesioną dłonią zachowuje
swoją szorstką, ziarnistą fakturę. Dla pewności dyskretnie przesuwa po
niej palcem.
W końcu z ust Caduva płyną słowa.
-?Poradzili mi, żebym cię zapytał, jak załatwić dokument tożsamości -
mówi.
Słowa są codzienne, powszednie, to luriacki dialekt piekłomowy. Pytanie
całkiem zwyczajne. Akcent z lekka obcy, ale w gruncie rzeczy nijaki. Za
to głos brzmi jak żaden inny na świecie. Chwyta Wrzeciądza i niczym
poryw wiatru wyrzuca go z powrotem na tamtą nocną polanę. Wrzeciądz
potyka się, przyklęka na jedno kolano, w ostatniej chwili podpiera się
ręką, żeby nie upaść. Ostrożnie rozciera ziemię w palcach. Do wszystkich
diabłów, jaka ona jest wilgotna, jaka... namacalna. Niebo w górze jest
pogodne, półksiężyc wisi nisko, przyczajony wśród drzew po lewej
stronie. Po prawej wznosi się zębaty kontur gór. Wrzeciądz czeka, aż
wizja zblaknie -?bo to przecież musi być wizja, nic innego -?ale nic
takiego się nie dzieje.
Aż w końcu znów słyszy ten głos:
-?Przepraszam. -?To Caduv. -?Wszystko w porządku? Zamknij oczy i potrząśnij głową, powinno minąć.
Wrzeciądz wykonuje polecenie -?raz, potem drugi. Wbija kciuk w miękką
ziemię, aż w końcu stare drewno znów wychodzi mu na spotkanie. Wtedy
otwiera oczy. Znów znajduje się w tym samym miejscu co wcześniej, stoi w progu swojego mieszkania, podniesioną rękę opiera o framugę drzwi i patrzy na niskiego mężczyznę stojącego w wąskim korytarzu. Nie ma żadnej
polany, lasu, odsłoniętego nieba ani półksiężyca. Nie przewrócił się. W ogóle się nie poruszył.
-?Dlaczego półksiężyc? -?pyta.
Matka nauczyła go śledzić cykl księżycowy, który dla wyznawców kultu
jego ojca jest święty, dlatego wie z absolutną pewnością, że dzisiejsza
noc jest pierwsza po pełni. Wytrącony z rytmu księżyc jest bardziej
niepokojący niż cała reszta wizji. A miewał wizje już wcześniej.
-?Naprawdę bardzo mi przykro z tego powodu -?kaja się Caduv. Przedstawia
się, powtarza, w jakiej sprawie przyszedł, i dopiero wtedy przypomina
sobie, że nie odpowiedział na pytanie. -?Tam zawsze świeci półksiężyc.
Będzie towarzyszył Pieśni Czerwieni...
-?A ty nie wiesz, która to kwadra -?domyśla się Wrzeciądz. -?Nie znasz
miesiąca ani roku. Wiesz tylko, że nie ty będziesz śpiewał pieśń.
-?Mój kuzyn czwartego stopnia wyszedł zwycięsko z prób... -?zaczyna Caduv,
ale zawiesza głos, bo Wrzeciądz zbywa jego wyjaśnienia machnięciem ręki.
Znów stąpa po znajomym gruncie, zna te historie. Kuzyn jest namaszczonym
Pieśniarzem Czerwieni, stróżem jakiegoś -?jak domyśla się Wrzeciądz -
apokaliptycznego albo zbawiennego wydarzenia, któremu należy zapobiec
lub które należy sprowokować gdzieś tam, w jakiejś odległej dolinie.
Musi być odległa, bo nigdy nie słyszał o tej religii, a zarys gór w wizji nie wyglądał znajomo. Szczegóły go nie interesują. W Luriacie
wizje zagranicznych proroków to śmiecie, nie przejaw działania
opatrzności.
-?Tutejsi mieszkańcy nie reagują na mój głos -?mruczy pod nosem Caduv. -
Nie spodziewałem się, że to się jeszcze kiedyś wydarzy. Przybyłem z bardzo daleka.
Wrzeciądz gestem zaprasza go do środka i zaczyna przeglądać jego
papiery.
-?Gdzieś tu mam gotowiec... -?mówi.
Uświadamia sobie, że cały czas jest do pasa nagi. Caduv widział jego
blizny, ale w żaden sposób na nie nie zareagował. Nic dla niego nie
znaczą, domyśla się Wrzeciądz. Dochodzi do wniosku, że może nie powinien
się nimi tak przejmować. Na wszelki wypadek wciąga jednak podkoszulek, a potem odszukuje swoje notatki do wniosku o luriackie obywatelstwo,
opatrzone wskazówkami, gdzie -?jego zdaniem -?należy postawić ptaszki, a które kwadraciki pozostawić puste. Luriat z jednej strony jest
zaprzątnięty kwestią identyfikacji swoich obywateli, z drugiej zaś -
nawet bardziej -?przejmuje się ich kategoryzacją. Większość wniosku jest
poświęcona wpasowaniu przyszłego Luriatczyka w miejscowe hierarchie
rasowe i kastowe, zgodnie z teorią podziału na grupy i typy
odziedziczoną po imperium Alabu, które przez półtora stulecia
niepodzielnie władało całym superkontynentem.
-?Przetłumaczę ci pytania -?ciągnie Wrzeciądz -?żebyś wiedział, jak na
nie odpowiedzieć. Pójdę też z tobą do urzędu meldunkowego, pomogę ci
wypełnić formularze. A w przyszły haruday chciałbym ci przedstawić
pewnych ludzi.
Zdążył się już przyzwyczaić, że przychodzą do niego tacy ludzie jak
Caduv, chociaż częściej są całkiem zwyczajni. Przywykł również do tego,
że przestają potrzebować jego pomocy szybciej, niż się spodziewał.
Czasami wystarczy im zapewnienie, że w ogóle mogą na taką pomoc liczyć;
ta wiedza pozwala im stanąć na nogi i dalej radzą już sobie sami. A przy
okazji tych spotkań dzielą się z nim swoją historią, opowiadają, co
sprowadza ich do Luriatu, czego szukają, przed czym uciekają. Jego
instynkt, niespokojny skurcz w trzewiach, każe mu interesować się tymi
opowieściami, słucha więc z uwagą. Niektórzy pochodzą z domów pełnych
przemocy, inni po prostu szukają szczęścia, ale większość ucieka przed
zarazą, wcale nierzadkimi pogromami urządzanymi w interiorze przez
dolnodrożnych albo -?to ci z dalekiego południa -?przed nękającymi
superkontynent wojnami, o których Wrzeciądz w życiu nie słyszał.
Cieszący się liczną populacją szamanów Acusdab nigdy nie miał
szczególnych problemów z epidemiami (bożymi przypadłościami, jak
nazywają je szamani, którzy w razie potrzeby zarządzali ścisłą
kwarantannę i surową selekcję), a przez cały krótki okres zamieszkiwania
w nim Wrzeciądz nie był świadkiem ani jednego pogromu, dlatego teraz
jest zdumiony, jak powszechne na świecie są jedne i drugie. Mieszkańcy
Luriatu są z nimi za pan brat, ich kalendarz, ba, cała ich historia jest
osnuta wokół następujących po sobie pomorów i czystek. Początkowo nie
potrafi zrozumieć, jak miasto zdołało przetrwać taką mnogość nieszczęść,
z których każde zmiotłoby malutki Acusdab z mapy. Z czasem jednak
dochodzi do wniosku, że tylko takie właśnie ogromne miasta są w stanie
otrząsnąć się z podobnych katastrof; że doprowadzanie do nich, a następnie wychodzenie z nich decyduje o być albo nie być takich
Luriatów. Odkrywa, że to właśnie historia przezwyciężania takich
kryzysów doprowadziła do wykształcenia się darmowych usług miejskich -
drobnych zwycięstw, z trudem wywalczonych osiągnięć, które natychmiast
zostały umniejszone poprzez wtłoczenie w rasowo-kastowe ramy
determinujące ich dostępność.
W Luriacie nie ma szamanów, w każdym razie takich, jak rozumie to słowo
Wrzeciądz. Są szpitale pełne wykwalifikowanego personelu medycznego, ale
żaden z tutejszych doktorów nie ma czerwonych ust. Nawet nie wie, jak
właściwie się tytułują, nie chorował od lat, a już na pewno nie od
przybycia do Luriatu. W ogóle czas, który dotychczas przeżył w mieście,
był błogo wolny od epidemii i pogromów. Kiedy któregoś dnia dzieli się
tą refleksją na spotkaniu grupy, Koel wybucha śmiechem. Wtedy jeszcze
Wrzeciądz jej nie rozumie.
Potrzebuje czasu, żeby zacząć wychwytywać cechy łączące ludzi, którzy
szukają jego pomocy, a poprzez nie dostrzegać sezonowe zmiany w napływie
uchodźców do Luriatu. Wątła ludzka strużka, która ciurka przez okrągły
rok, od czasu do czasu wzbiera gwałtowną falą. Na wielkim
superkontynencie Jambu tli się wiele konfliktów, regularnie
rozlewających się na nowe terytoria i zmuszających do ucieczki
dotychczasowych mieszkańców, z których część trafia następnie do jednego
z niezliczonych miast. Najbliższe okolice Luriatu toną w gwałcie i przemocy. Wrzeciądz pomału uczy się czytać między wierszami, odkrywa, że
"zamieszki" oznaczają pogrom i że kiedy mnich Dolnej Drogi nawołuje do
"pokoju po obu stronach", znaczy to, że jego odłam kolejny raz prowadzi
czystkę bezdrożnych, a przy okazji także ras i kast, które uważają za
inne i obce: spuścizna jego ojca przemieszana z łajnem imperialnej
ideologii Alabu. Dowiaduje się również, że na Aggiopie (to leżący na
dalekim południu subkontynent, z którego wywodzili się ci wszyscy
budowniczowie imperiów) szaleje dżuma, która nieustannie i bez końca
infekuje wszystko i wszystkich. Nie jest gotowy zmierzyć się ze światem
tak nagle rozrosłym i tak bardzo nabrzmiałym bólem.
Pełniące nieoficjalną funkcję dzielnicy ubogich imigrantów Piaski jakoś
sobie radzą z tą regularnie ciurkającą strużką, kiedy jednak strużka
przeobraża się w powódź -?albo kiedy wiadomo, że uchodźcy
najprawdopodobniej uciekają przed nową falą epidemii -?wzywa się na
pomoc armię, która kieruje nowo przybyłych do obozów odosobnienia poza
granicami miasta. Koel opowiadała kiedyś na spotkaniu, że z początku
obozy urządzano okazjonalnie, w razie nagłej potrzeby. Z czasem zaczęto
je budować regularnie w porach sezonowego wzmożenia migracji, aż w końcu
przerodziły się w permanentne, stale rozrastające się struktury, w których poddaje się kwarantannie domniemanych chorych lub buntowników.
Luriackie wojsko i policja (Wrzeciądz nigdy nie nauczył się ich
rozróżniać; pod względem umundurowania, uzbrojenia i charakteru działań
przechodzą jedno w drugie tak płynnie, że wszyscy -?policjanci i dobosze, grupy taktyczne i formacje paramilitarne, zespoły szybkiego
reagowania i obrona terytorialna, oprawcy i noszący białe rękawiczki
funkcjonariusze drogówki -?wydają się różnymi aspektami jednego
wielkiego, wszechobecnego, surowego bytu) czasem potrafią traktować
nowych mieszkańców Piasków z całkowitą obojętnością, a kiedy indziej
włażą im z buciorami w życie. Nie do końca ogarnia, dlaczego czasami
kompletnie ignorują pojawienie się kilkudziesięciu przybyszów z rzędu,
by potem znienacka urządzić pokaz siły i aresztować następnego,
wszystkich jego potencjalnych krewnych i znajomych, później wszystkich
ich potencjalnych znajomych i tak dalej, aż się nasycą. Nie ulega
wątpliwości, że obawiają się zainfekowania miasta -?ale czy chodzi o chorobę, czy o przeszczepienie niechcianych idei i tożsamości?
Te ich interwencje też zresztą mają charakter sezonowy. Wrzeciądz
przybył do Luriatu bez przeszkód, w spokojnym, błogim czasie, kiedy
mieszkańcy nie martwili się perspektywą rewolucji ani epidemii, nie
wiedząc nawet, jakie mają szczęście. Mniej więcej rok po tym, jak się tu
znalazł -?kiedy już jako tako otrzaskał się z miastem, ale nie zaczął go
jeszcze naprawdę rozumieć -?był świadkiem pierwszego masowego
uprowadzenia. Przeczucie prowadzi go do budynku niedaleko miejsca, w którym mieszka, odgrodzonego kordonem uzbrojonych żołnierzy w granatowych mundurach, czapkach, rękawicach i ciężkich, czarnych, wysoko
sznurowanych butach. To właśnie buty przede wszystkim przykuwają jego
uwagę -?po tym jak większość młodości przechodził boso i dopiero
niedawno przyswoił sobie cywilizowaną praktykę noszenia sandałów.
Masywne buciory wyglądają dziwnie w tym upale, ich noszenie na pewno nie
jest przyjemne, ale ich solidność i ciężar sugerują, że są nie tyle
obuwiem, ile raczej bronią. Nie służą do chodzenia, tylko do kopania,
miażdżenia, wyłamywania drzwi, obijania ciał i deptania ziemi. Część
żołnierzy (w tej chwili wydaje mu się, że to naprawdę są żołnierze,
dopiero później się dowie, że to policyjny taktyczny oddział szybkiego
reagowania, którego to rozróżnienia na gruncie prawnym nie jest w stanie
pojąć mimo najszczerszych starań Heja) nie pozwala zbliżyć się do
budynku Wrzeciądzowi i innym gapiom, podczas gdy druga grupa wkracza do
środka. W skład obu pododdziałów wchodzą dobosze. Noszą takie same
mundury jak pozostali, wyróżniają ich tylko białe piórka przy czapkach i zawieszone na wysokości biodra płaskie bębny, na których wybijają ponury
werbel ostrzeżenia i wyczekiwania.
W zgiełku bębnów, pokrzykiwań i sporadycznych wystrzałów żołnierze
wyprowadzają z budynku długi sznur ludzi, trzymając ich na muszce.
Zatrzymani z dłońmi splecionymi na potylicach są pakowani na ciężarówki
i wywożeni w nieznane. Wyniesione zostaje kilka ciał, a potem do środka
wpada ekipa w strojach ochronnych: technicy kryminalni, medycy
epidemiolodzy albo jedni i drudzy jednocześnie.
Kiedy dwa tygodnie później blokada budynku zostaje odwołana, Wrzeciądz
przychodzi się rozejrzeć i popytać. Dowiaduje się, że uprowadzono blisko
jedną czwartą mieszkańców. Pozostali niechętnie o tym mówią -?to znaczy
z początku wydaje się, że mówią wyłącznie o tym, bo skarżą się głośno i nie przebierają w słowach, ale po jakimś czasie Wrzeciądz orientuje się,
że ich skargi dotyczą tylko niewygód, jakich doświadczyli podczas
lockdownu, powtarzających się przesłuchań, racjonowania żywności i tym
podobnych problemów. Nie mówią o ludziach, których zabrano. Domyśla się,
że milczą po części ze strachu, tak jakby wciąż istniało ryzyko
zarażenia, po części zaś dlatego, że wolą się nie przyznawać do
znajomości z uprowadzonymi. Może nie afiszują się ze swoimi dawnymi
przyjaźniami, a może żołnierzom udało się unicestwić sieć towarzyskich
powiązań i zostali tylko tacy, którzy znali uprowadzonych co najwyżej z widzenia i nie kojarzą ich imion; jeśli znali imiona, to i tak z nimi
nie rozmawiali; a jeżeli nawet od czasu do czasu zamienili dwa słowa, to
nigdy nie zapraszali się nawzajem na herbatę.
Przez następne miesiące Wrzeciądz rozpytuje o zaginionych -?zawsze
bardzo, bardzo ostrożnie -?ale nie udaje mu się dowiedzieć, co się z nimi stało, do którego obozu albo więzienia mogli trafić ani nawet
dlaczego w ogóle zostali zabrani. Nie słyszał o tym, żeby ktokolwiek z nich wrócił. Mnożą się najbardziej fantastyczne plotki: niektórzy
twierdzą, że rok później widzieli takiego a takiego, jak w innej
dzielnicy kupował pomidory; inni daliby sobie głowę uciąć, że kobieta,
która wczoraj wieczorem wystąpiła w telewizji, nazywa się tak i tak i jest jedną z uprowadzonych; wiele osób uważa, że porwani zostali objęci
kwarantanną zakaźną w tym albo tamtym obozie na peryferiach; inni
sugerują, że oskarżeni o terroryzm trafili do czarnego więzienia w interiorze; jeden bajarz zarzeka się, że wuj fizjoterapeuty matki
chłopaka kuzynki przyjaciela, który w ubiegłym miesiącu był na urlopie w Remalu, spotkał na jednej z wycieczek faceta, który utrzymywał, że
został porwany, a następnie wygnany z Luriatu z powodów, które są albo
utajnione, albo co najmniej niezupełnie jasne.
Rzeczy osobiste uprowadzonych zostają szybko rozdysponowane pomiędzy ich
żyjących sąsiadów, a puste mieszkania -?przydzielone kolejnym nowo
przybyłym, którzy wprowadzają się do nich i żyją swoim życiem,
niekłopotani najściami żołnierzy w ciężkich buciorach. Wrzeciądz domyśla
się, że oto znów nastąpiła sezonowa zmiana w traktowaniu przybyszów.
Caduv, który niedawno pojawił się w mieście, jest tak samo nieświadomy
swojego szczęścia jak niegdyś Wrzeciądz.
5
Pierwsze spotkanie grupy z udziałem Caduva wypada dokładnie tak dobrze,
jak to sobie Wrzeciądz wymarzył. Poza nimi dwoma uczestników jest
jeszcze dziesięcioro -?i gdy tylko Caduv otwiera usta, wszyscy
nieruchomieją jak skamieniali, z otwartymi oczami i stężałymi mięśniami.
Musi potem każdego z osobna wywabiać z wizji, w którą ich wtrącił, i po
kolei przepraszać; przez ten czas Wrzeciądz chichocze pod nosem i zajada
przekąski. Na spotkaniach rzadko się tyle dzieje.
Koel zrzędzi najgłośniej, otrząsnąwszy się z narzuconej przez Caduva
wizji; być może irytuje ją bliskość cudzej świętej tajemnicy. Kiedy
szturcha Wrzeciądza pod żebro, ten spodziewa się, że zaraz go zruga za
przyprowadzenie Caduva bez zapowiedzi (ma przygotowane zawczasu
usprawiedliwienia i zapewnienia o swojej niewinności), ale Koel tylko go
prosi, żeby któregoś dnia wpadli do niej we dwóch.
-?Jak już Caduv załatwi całą tę papierologię i zdąży się trochę
zaaklimatyzować -?dodaje. -?Chciałabym z wami o czymś porozmawiać.
Ulpe jest raczej zafascynowane niż rozdrażnione wizją Caduva. Szybko
przekonuje się do niego, zadowolone, że od tej pory nie będzie już
najmłodsze stażem, i przejmuje od Wrzeciądza rolę przewodnika, gotowe
wprowadzić nowego gościa w tajniki grupy i jej kultury. Sam Caduv jest z początku trochę onieśmielony, ale w miarę jak spotkanie osuwa się w utarte koleiny, zaczyna odczuwać ulgę.
Otóż to, myśli Wrzeciądz, ale nic nie mówi. My, niewybrańcy, musimy
trzymać się razem. Tak jest lepiej.
W tinday zabiera Caduva do urzędu meldunkowego. Pomijając akcent,
Caduv całkiem nieźle porozumiewa się w piekłomowie, ale nie umie czytać
ani pisać po luriacku. W przeznaczonej specjalnie do tego celu długiej
sali, w której wszyscy siedzący przy prostokątnych stołach ludzie są
zajęci dokładnie tym samym, Wrzeciądz wypełnia formularze, na bieżąco
konsultując odpowiedzi z Caduvem, który patrzy na druki, mruży oczy i stwierdza, że niektóre znaki wyglądają znajomo, niczym dalecy kuzyni
jedynego pisma, jakie zna.
-?Prawie się nie różni od pisma Acusdabu -?zauważa Wrzeciądz. -?Stamtąd
pochodzę. Mają tu kilka liter więcej, ale łatwo sobie je przyswoiłem.
-?Do tej pory widziałem piekłomowę zapisywaną w czternastu różnych
alfabetach -?mówi Caduv. -?Ale nigdzie jeszcze nie spotkałem takich
zawijasów jak tutaj.
-?Z czasem wszystko ogarniesz -?zapewnia go Wrzeciądz, chociaż sam nie
bardzo w to wierzy.
Wielu przybyszów nie radzi sobie z luriackim pismem i uczą się żyć z nowo nabytym analfabetyzmem. W mieście łatwo jest przetrwać, jeśli tylko
znajdziesz kogoś, kto potrafi czytać i pisać i pomoże ci wypełnić
formularze meldunkowe. Wszędzie wokół nich wnioskodawcy pomagają sobie
nawzajem, łączą się na poczekaniu w grupki zajęte egzegezą przepisów,
niektórzy zasięgają rady Wrzeciądza, który wygląda, jakby znał się na
rzeczy.
Caduv składa formularze, dołącza do nich próbki biologiczne -?odciski
palców, skan siatkówki i wymaz z wnętrza policzka (jego DNA trafi do
rejestru zgodnie z kategoriami społecznymi, do których go przydzielą, a następnie zostanie użyte do badań, które utrwalą tę kategoryzację) -?po
czym udają się do innej długiej sali, w której wraz z innymi
suplikantami czekają, aż w końcu ktoś przychodzi i zaczyna rozdawać małe
żółte identyfikatory, zalaminowane w plastiku, opatrzone urzędowymi
symbolami i uwierzytelniającymi ciągami znaków, które umożliwiają dostęp
do miejskich usług. Caduv przyjmuje identyfikator w bardzo oficjalnej
pozie, prawie się kłania, budząc tym zdumienie urzędnika.
-?Teraz jesteś pełnoprawnym obywatelem -?mówi Wrzeciądz, gdy wychodzą z powrotem na ulicę. Błoto jest świeże, słońce praży; padało, kiedy byli w urzędzie, a teraz ponownie się wypogodziło. Podnosi dłoń, żeby osłonić
oczy, ale ponieważ nie rzuca cienia, gest ten nie przynosi mu żadnej
ulgi. -?Moje gratulacje. Co teraz zamierzasz?
-?Myślałem o tym, żeby znów uczyć się na pieśniarza. W którejś ze szkół
teatralnych.
Wrzeciądz kwituje te słowa uprzejmym skinieniem głowy. Muzyka i teatr
nic dla niego nie znaczą, Caduv równie dobrze mógłby zapowiedzieć, że
będzie ćwiczył stanie na głowie. Ale tak ogólnie rzecz biorąc, to chyba
jest zadowolony. Caduv adaptuje się do mieszkania w Luriacie, odkrywa
nowy sens życia. Tak to się właśnie powinno odbywać. Wkrótce wyprowadzi
się z Piasków, przeniesie w miejsce lepiej dostosowane do swojego
powołania. Wrzeciądz stara się mu nie zazdrościć. On na razie nie
znalazł swojego powołania. Może nigdy nie znajdzie. Ceni sobie swoją
rolę mentora i przewodnika, traktuje ją poważnie, ale coraz częściej
odczuwa, że przydarzyła mu się przez przypadek, tylko dlatego, że
znalazł się we właściwym miejscu i wiedział dość, żeby umieć odpowiadać
na pytania. Nie wybrał jej; to ona wybrała jego. Jest zmęczony tym
uczuciem.
Jego znajomość z Hejem staje się coraz bardziej zażyła. Nie jest pewien,
kiedy dokładnie przechodzi się z randkowania do związku. Z początku
obstawał przy randkach, których koncept poznał (dość późno, bo Matka
Chluby krzywo patrzyła na takie rozrywki; jej zdaniem technologia
zakłóca rozwój duchowy i nie sprzyja regularnemu reżimowi treningowemu)
z telewizji i filmów w klasycznym stylu, który z czasem nauczył się
rozpoznawać jako imperialny południowo-wschodni: brunche, kolacje,
niezrozumiałe przedstawienia teatralne, a potem seks i napięcie
postkoitalne. Jednakże po pierwszych paru tygodniach wysilonej
formalności ich interakcje rozpływają się w kałuży złożonych reakcji
organicznych. Bicie jego serca staje się zbyt gwałtowne, by mógł je
zignorować, zaczyna się wręcz obawiać, że słychać je na zewnątrz, przez
co zaczyna mówić głośniej i szybciej, żeby je zagłuszyć. Hej reaguje
podobnym ożywieniem, a dalej wzajemna ekscytacja napędza się już sama.
Jakby oddychali czystym tlenem. Powietrze jest zbyt gęste, krew zbyt
gorąca, zanadto czerwona. Hej zaczyna wodzić palcami po bliznach
Wrzeciądza, ale nigdy o nie nie pyta. Ta bliskość i szacunek w końcu
przełamują przywiązanie Wrzeciądza do wysokich kołnierzyków i długich
rękawów w miejscach publicznych. Pochłaniają się z Hejem wzajemnie, raz
za razem. Ciągle rozmawiają. Zaplątują się nawzajem w swoich życiach,
sercach i umysłach do tego stopnia, że w chwilach największej bliskości
zbłąkane myśli spontanicznie przenoszą się w przestrzeni dzielącej ich
czaszki i stają się słyszalne, trzeszczą i szepczą wprost do uszu ich
dusz.
Wrzeciądz przez cały czas strzeże swoich sekretów, ponieważ nie odczuwa
najmniejszej pokusy, żeby się nimi dzielić. Nie dopuszcza do tego, by
wypłynęły na powierzchnię jego umysłu, skąd mogłyby zostać
wytransmitowane. Upaja się świadomością, że może być interesujący sam
przez się, nie jako porzucony pomiot mesjańskiego bytu albo ktoś, komu
pisany jest wielki, brutalny los. Odsunął od siebie te dziecinne żale,
przypomina sobie, dlatego wcale nie kłamie, kiedy teraz o nich nie
wspomina. Może kiedyś. Pewnego dnia.
-?Może pewnego dnia co? -?pyta Hej.
-?"Może pewnego dnia" to moja ulubiona fraza -?odpowiada swobodnie
Wrzeciądz. -?Lubię myśleć, że wiele rzeczy jest możliwych.
Zabiera Caduva na spotkanie z Koel.
-?Ale po co? -?dziwi się Caduv. -?Co tydzień widzimy się na grupie.
-?To co innego -?odpowiada wymijająco Wrzeciądz. -?Nie chodzi o grupę.
Niedawno Koel ponowiła swoją prośbę. Zabrzmiało to bardziej natarczywie
niż poprzednio, jakby coś się wydarzyło pomiędzy pierwszym i drugim
razem, kiedy o tym rozmawiali. Dlatego Wrzeciądz wziął się w garść i postanowił działać. Odnosi wrażenie, że czymkolwiek jest ta sprawa, Koel
nie zamierza dopuszczać do niej reszty grupy. A zważywszy na jej poglądy
polityczne, może chodzić tylko o jedno. Czuje się jakby trochę urażony,
że nie dopuściła go do swojego świata, dopóki nie pojawił się Caduv, a zarazem teraz, kiedy już doczekał się jej zaproszenia, to -?bez względu
na okoliczności -?odczuwa podniecenie, jakiego nie czuł od momentu
przybycia do miasta. Sama możliwość, że oto ktoś wyznaczy mu nową misję...
Czy to głupie? Czy wciąż szuka kogoś, kto mu powie, co robić, kogo
zabić, jaki reżim obalić, mimo że wcale nie chce się już tym zajmować?
Nie umie jednak spowolnić bicia serca. Lekcje przyswojone w dzieciństwie
głęboko zapuszczają korzenie i niełatwo je wyrwać dorosłym rozumowaniem.
Koel też mieszka w bloku komunalnym, tyle że w dzielnicy artystów
graniczącej od zachodu z Piaskami i znanej jako Fronton, której
południowe obrzeża ulegają powolnej gentryfikacji. Wrzeciądz z Caduvem
idą okrężną drogą, żeby najpierw przespacerować się tymi skostniałymi
południowymi ulicami, zobaczyć drogie galerie, w których sprzedaje się
dzieła sztuki wytworzone ze zrozumiałych materiałów, którym nadano mniej
lub bardziej tradycyjne formy: drewna, gliny, metalu, wody, dymu. Bez
pośpiechu zmierzają przez Fronton w kierunku północno-wschodnim.
Dzielnica stopniowo roztapia się, rozpływa, ubożeje, domy niszczeją,
ludzie stają się mniej zadbani, towary bardziej przypadkowe, sprzedawcy
zajmują chodniki, kramy wylewają się aż na ulice. Same dzieła, którymi
się handluje, również są coraz dziwniejsze.
Może właśnie ten natłok sztuki, a może ludzka ciżba sprawiają, że we
Frontonie Wrzeciądz nie dostrzega tylu niewidzialnych bytów co gdzie
indziej. Na ścianach galerii zdarzają się gromady wolno pulsujących
pożeraczy, na biedniejących ulicach spotyka tych samych co zawsze
antybogów o białych ramionach i długich językach, których nauczył się
kojarzyć z chorobami, ale poza tym widzi głównie ludzi, prawdziwe tłumy,
o wiele większe od tego, do czego przywykł u siebie. Wielu nowo
przybyłych, którzy podczas pobytu w Piaskach nie wpadną w kłopoty, nie
zostaną internowani albo wypędzeni, z czasem przenosi się nieco dalej w głąb lądu, właśnie do Frontonu. Wrzeciądz docenia atrakcyjność tej
perspektywy. Fakt, że Koel zamieszkała właśnie tutaj, też ma sens. W pewnym sensie Fronton stanowi destylat wszystkiego, co w Luriacie
najlepsze, zapewnia wszelakie swobody tym, którym wolno się nimi
cieszyć, kreuje przestrzeń, w której mieszkańcy mogą tworzyć, oglądać i słyszeć sztukę, a nawet się nią stać, jeśli tego właśnie zapragną -
dopóki sztuka ta nie przekracza niewidzialnych linii mocy, za którymi
czekają ciężkie wojskowe buty i bębny.
W bezpośrednim sąsiedztwie domu Koel ostatnim krzykiem mody zdaje się
kłębowisko polityczno-religijnych ploteczek zawarte w formie teatru z udziałem publiczności. Podążając wąskimi, zatłoczonymi uliczkami,
przechodzą z terytorium jednej famy na ziemię następnej, słyszą
pogłoski, powtarzają je, mieszają, miksują, współtworzą. Zostaje im po
nich gorzki posmak w ustach. Większość nieskomplikowanych ploteczek
zapada w pamięć; niektóre wyjęte z kontekstu są niezrozumiałe, ale
większość nie pozostawia wątpliwości.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki