Święty chłopiec - Lee Heejoo

Kup ebooka

49.99 zł
41.49 zł (49,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W porządku? Nie jest za późno? Ależ skąd, kawa jest w sam raz. Szłam szybko, więc pot leje się ze mnie strumieniem... Ha, ha, to dlatego, że jestem młoda! Dziękuję. Właściwie jutro mam urodziny. To dzień, z którego wypadałoby się cieszyć, ale... no cóż, szczerze mówiąc, czuję się nawet lekko przygnębiona. Nie, nie dlatego, że boję się starzenia. Raczej mam wrażenie, że tracę perspektywę patrzenia na sprawy. Urodziłam się rok po tym, jak on zniknął, a kiedy pomyślę, że minęło już ponad dwadzieścia lat, to nawet widok aksamitnego blasku świeczek migoczących na torcie różanym nie ma mocy unieść kącików moich ust.

To jednak nie tak, że zawsze tonę w smutku. W tamtym czasie byłam jedynie niewidocznym dla oka, drobnym skupiskiem komórek, ale fakt, że choć przez krótką chwilę dzieliliśmy ten sam czas, napawa mnie czymś w rodzaju dumy. Bo bywa przecież i tak, że spacerujesz po muzeum i nagle zakochujesz się w postaci z dawnego obrazu... W porównaniu z czymś takim można przyznać, że miałam szczęście. Przynajmniej przez jedną chwilę zanurzyliśmy stopy w tej samej rzece. Mimo że historia ludzkości jest nieustannym ciągiem powtórek, on był jedyny i wyjątkowy, był kimś, kto nigdy nie powróci... Cóż, jak to najlepiej wyrazić? Czy należałoby to nazwać błogosławieństwem? A może przeznaczeniem?

Też tak macie? Wszyscy wciąż kochacie tę jedną, jedyną, niepowtarzalną osobę... prawda? Nadal? Niesamowici. Ja, wy... on zresztą też. Myślałam, że najcenniejszym dziedzictwem, jakie może zostawić zmarły, jest majątek, ale gdy tylko otworzyłam te drzwi i weszłam do środka, zrozumiałam, że to nieprawda. Te wasze błyszczące oczy zwrócone ku mnie... Tego, co sprawia, że tak długo wspominamy osobę, której już nie ma na tym świecie, nie da się zbudować za pieniądze. Siłą, która zwycięża śmierć - choć brzmi to banalnie - wciąż jest wyłącznie miłość...

Ach, mam nie używać TEGO słowa... Przepraszam. Nie, masz rację. To, że nie wiadomo, gdzie jest ciało, nie musi oznaczać, że ktoś nie żyje. Naprawdę przepraszam. Wróćmy do tego, co robiliście wcześniej. Co to było? Oglądaliście jego zdjęcia. Wasze ulubione. Które wybraliście? Mogę zobaczyć? O, ja też je lubię. To z czasów, kiedy miał osiemnaście lat? Miał jeszcze takie pulchniutkie policzki. Z powodu wciąż obecnych dziecięcych krągłości jego twarz wygląda na lekko zapuchniętą. Przednie zęby są spore, przez co przypomina dziecko. Jego wychudzone ciało porusza się chwiejnie. Ręce i nogi sprawiają wrażenie, jakby nie umiały się jeszcze poruszać zgodnie z przeznaczeniem. Podobnie było, kiedy tańczył. Bardzo się starał, ale przez brak pewności siebie wychodziło to nieco nieporadnie, choć uroczo.

Ach, to zdjęcie też jest znakomite. To było późną wiosną, miał wtedy dziewiętnaście lat. Zgadza się, prawda? Zrobione w nocy, widać błysk flesza. Przesuszona, blada twarz. Chłopiec ma lekko zmrużone oczy, zmęczenie namalowało pod nimi ciemne sińce; przedziera się przez falę ludzką zatopiony we własnych myślach. Drzewa jakby wessane w czerń pochylają się w prawo, ku horyzontowi, a jego grzywka podąża w tym samym kierunku. Pod zbyt luźną koszulką widać zarys smukłej talii. Patrząc na to zdjęcie, z łatwością można wyczuć zapach tamtego powietrza. Powietrza późnej wiosennej nocy z końca lat dziewięćdziesiątych, których nigdy nie doświadczyłam. Chłodny, wilgotny zapach. Hałas i szum przypominają omamy słuchowe, woń spalin podąża za smugami tylnych świateł lśniących niczym linie naprowadzające na lotnisku. Aromat mokrej ziemi i nocnych kwiatów zwilżonych rosą. Kwaśny zapach opadłych, umarłych owoców. Ciężka, słodkawa nuta kasztanów, które zaczynają gnić. Zamknij oczy, proszę, połóż ręce na zdjęciu. Zza pleców tego dzieciaka, białego jak duch, naprawdę wieje wiatr. Prawda? Czujesz to?

Jednak najbardziej podoba mi się to trzecie zdjęcie. Zostało zrobione rok później, miał wtedy dwadzieścia lat. Na ciemnym tle, jakby połowicznie zanurzona w czarnej wodzie, unosi się biała twarz z brodą lekko przyciągniętą do klatki. Włosy gęste i bujne, jakby wróżka chrzestna z pomocą zręcznych rąk królewskiej krawcowej starannie przyszyła je na głowie, jeden obok drugiego. Zimne i ciemne jak głębokie morze oczy patrzą przenikliwie w tę stronę. W tym czasie był dość szczupły, więc jego kości policzkowe wystają ostro, jakby wygładzone grubym kciukiem garncarza. Podbródek też ma spiczasty, jak u kota. Na delikatnej skórze od ucha do brody widnieje jedna brązowa plamka, jasna jak pieg. Tak, należał do tych, którzy mają dość dużo piegów. Na twarzy i na całym ciele - jakby ktoś rozlał atrament. Mówił, że makijaż zajmuje mu dużo czasu i męczy się, gdy je ukrywa, ale dla mnie te piegi i pieprzyki nigdy nie były wadą, traktowałam je raczej jak drobne niedoskonałości na perskim dywanie. Tkacze wierzą, że doskonałość jest przymiotem wyłącznie boskim, więc celowo nie wplatają w dywan pojedynczych nitek. To właśnie dzięki tym luźnym nitkom prawdziwe piękno staje się kompletne.

Wróćmy do zdjęć. Widać nos zadarty jak czubki w tradycyjnych skarpetkach beoseon, a pod nim lekko rozchylone wargi, które chciały coś powiedzieć. Widoczne między nimi dolne zęby są białe jak białka jego oczu. Oczy wilgotne i gładkie, jak pokryte śluzem jaja żółwia morskiego, jak dopiero co zniesione śnieżnobiałe jajo od niebieskiej kury - takie, które spiczastą złotą łyżeczką można by nabrać jednym miękkim plum, bez najmniejszego oporu. Dokładnie w takim samym kolorze są jego zęby. Równiutkie, jak kamienne stele ustawione na mogile eterycznej wróżki - jeden, drugi, trzeci, czwarty. Gdyby Bóg pozwolił mi przed śmiercią dostać coś, czego pragnę, poprosiłabym o jeden z nich. A potem owinęłabym go w zasuszony płatek fiołka mandżurskiego, włożyła do medalionu, zawiesiła na szyi i zamknęła oczy. Mogłabym też wydać ostatnie tchnienie, trzymając go w ustach jak cukierek, który nigdy się nie rozpuści.

Ale te wszystkie zachwyty rozsypują się w pył w obliczu jego ust. Górna warga jest łukowata, a dolna pełna, kusząca. Te miękkie jak wnętrzności ryby usta są pokryte niewiedzą, która nie przeczuwa jeszcze, że usta starców - jak u ludzi pełnych lęku - zwijają się do środka i zamykają na świat. Ignorancja jest przywilejem młodych. Niecierpliwy czas odbiera im jednak to prawo do braku świadomości. Ale nawet jeśli wszyscy inni niczym posępni uczeni uczą się i poznają wiele, on pozostaje wiecznie niewinnym głuptasem. Ta nieskalana niewiedza otula mnie słodkim smutkiem...

I tak oto wróciliśmy do jego śmierci. Przepraszam. Wiem, że nikt z was nie chce o tym rozmawiać. A jednak taka jest prawda, że to właśnie teraz przyszedł czas, by się z tym zmierzyć. Wiem. Nie chcemy o tym plotkować jak o jakiejś sensacji, ale jeśli nie my, to kto o tym opowie? Ludzie, których on zupełnie nie obchodzi? Ci, którzy mu współczują tylko dlatego, że umarł? Porozmawiajmy tak po prostu, między nami. W końcu nie możemy się pewnie doczekać, żeby się dowiedzieć. Bo tyle rzeczy nie wyszło na jaw, tyle jest nieopowiedzianych historii o nim i o tych kobietach... Spróbujmy to sobie chociaż wyobrazić. W końcu myślenie to nie grzech. Stwórzmy opowieść tylko dla nas. Tak jak Bóg stworzył kiedyś świat po kolei, zbudujmy scenę i zacznijmy na niej opowiadać tę historię. Historię z posiadłości gdzieś głęboko w górach przesiąkniętych deszczem. Zacznijmy od drzwi małego pokoju dla gości, w którym on przebywał.

Rozdział 1

Podłoga z litego drewna tuż za drzwiami pokoju dla gości była wypaczona. Zardzewiałe gwoździe nieco powstrzymywały zapadanie się desek, ale skrzypienie nie ustawało ani dniem, ani nocą. Jako że rezydencja była wiekowa, sygnały ostrzegawcze dochodziły zewsząd, ale w tym miejscu były one wyjątkowo intensywne. Nie pomagał nawet położony prowizorycznie stary dywanik - podłoga jęczała przy lekkim podmuchu wiatru. Wyglądało na to, że nie udałoby się po niej przemknąć bezgłośnie nawet duchowi.

Jedynym wyjątkiem była Nami. Poruszała się jak dobrze wytrenowany wąż, choć miała ciało jak wysuszony kawałek drewna. Jej szybkie ręce były precyzyjne i nawet gdy sprzątała wymiociny pacjenta, wygląd jej twarzy nie zmieniał się nawet odrobinę. Nigdy nie zdarzyło się, by z jej krótkiego kucyka wyślizgnął się jakiś kosmyk włosów. Dodatkowo nie nosiła pogniecionych ubrań i się nie pociła. Co najważniejsze, jej ręce lśniły czystością, nie było na nich żadnych blizn czy niedoskonałości, a paznokcie miała zawsze starannie obcięte. Dłonie nie chłonęły żadnego zapachu, jakby zdolne do samooczyszczania. Nawet jeśli ubrudziły się mocniej, wystarczyło je przemyć wodą, a robiły się bielutkie jak u noworodka. Oczywiście z zapachem było tak samo, więc ci, którymi się zajmowała, mogli jeść papkowatą zupę podaną rękami niepachnącymi ostrym mydłem, bez wracania myślami do fizjologicznej tragedii, jaka przed chwilą rozegrała się między pośladkami. Nami, niczym jej ręce, była istotą pozbawioną barwy i zapachu. Choć sprawiała wrażenie oschłej, to każdy zdrowo myślący człowiek pożądałby jej jako narzędzia do ratowania podupadającego ciała. Nawet dziecko po dziesięciu minutach obserwacji pomyślałoby: "Ach, to naturalny dar. Na świecie istnieją jednak ludzie urodzeni do opiekowania się innymi".

Jednak wyobraźnia osoby o ograniczonej sprawności ma tendencję do podążania w złym kierunku. Chłopiec też nie był wyjątkiem, odbierał pozbawioną wyrazu twarz Nami nie jako troskę, ale obojętność. Często wyobrażał sobie, że obwody maszyny o imieniu Nami ulegają zakłóceniom. W jego wyobraźni, gdyby polecenia się pomieszały, zimne i obojętne ręce dziewczyny wyciągnęłyby jego wnętrzności równie spokojnie, jak podają zupę. Te urojenia rosły z dnia na dzień, a chłopiec - nawet kiedy leżał z odsłoniętymi pośladkami - drżał przed nią bardziej przestraszony niż zawstydzony. Czasami rodził się w nim impuls, by zatrzymać Nami, która odchodziła z koszem wypełnionym ubraniami pobrudzonymi odchodami. Dzięki temu nie musiałby z wyprzedzeniem bać się jej powrotu, odliczania czasu do jej przyjścia.

Ostry pisk czajnika ucichł i w jednej chwili w domu zapadła zdumiewająca cisza. By ją celowo zburzyć, chłopiec chrząknął i podciągnął kołdrę. Wyczuł czyjąś dziwną obecność za drzwiami. Przytłaczająca cisza. Kiedy ciśnienie powoli rosło jak przypływ i na jego czole zaczęły pojawiać się krople potu, usłyszał pukanie. Przez drzwi znajdujące się pośrodku ściany, na której ciasno umieszczono myśliwskie trofea, weszła zgodnie z jego przypuszczeniami Nami, niosąc w ręce ubrania do przebrania.

- Trzeba było zawołać.

- Wydawało mi się, że pani jest zajęta...

Instynktownie próbował kokietować, ale Nami jak zwykle nie zareagowała. Zgaszony chłopiec poczuł, jak dziewczyna zbliża się do niego w charakterystyczny sposób, niemal nie poruszając górną częścią tułowia, i kładzie mu dłoń na czole.

- Chyba nie masz już gorączki. Wszystko dobrze?

- Tak.

- A ból głowy? Zawroty?

- Tak sobie.

- Wcale się nie poprawia. Trzeba będzie to poobserwować. A toaleta?

Zapadła cisza.

- Mam wrażenie, że chcesz do toalety.

Chłopiec nic nie odpowiedział, tylko zamknął oczy. Wyobrażając sobie, że jest nad letnim, ciepłym morzem, rozluźnił ciało. Mimo że Nami wiedziała o tym, mruknęła monotonnym tonem, jakby recytowała sutrę:

- Tak, a teraz rozluźnij ciało... Zdejmuję spodnie...

Kiedy Nami skończyła pracę, w pokoju unosił się zapach alkoholu. Niezależnie od tego, jak przebiegał proces, po przebraniu się w świeżą bieliznę i oparciu się plecami o wysoko ułożone poduszki, serce chłopca wreszcie się uspokoiło. Nagle poczuł chęć zerknięcia na zewnątrz. Wydawało mu się, że gdy pozbędzie się tego przytłaczającego zapachu i wciągnie nosem świeżą woń lasu, poczuje się lepiej. Zawahał się chwilę, ale poprosił o otwarcie okna.

- Pada deszcz...

- Nie szkodzi. Tylko na chwilkę.

Nami nic więcej nie powiedziała i odblokowała zatrzask zabezpieczający skrzydło okna. Oparła się i użyła siły, by je pchnąć, a wtedy okno szeroko się otwarło i w okamgnieniu strugi deszczu wdarły się z impetem do pokoju, sięgając aż do łóżka, gdzie leżał chłopiec. Silny wiatr zawył przeciągle. Zdezorientowany chłopiec powiedział pospiesznie:

- Chwileczkę, proszę, tylko chwilkę.

Jednak Nami zajęta przytrzymywaniem okna chyboczącego się na wietrze zdawała się nie słyszeć tych słów. Po długiej walce ze sztywnym mechanizmem blokującym, kiedy z trudem zabezpieczyła okiennicę i się wyprostowała, oboje byli przemoczeni do suchej nitki, jakby przedarli się przez burzę. W przeciwieństwie do wymachującego rękami chłopca Nami stała sztywno, zwrócona w stronę lasu, jakby czekała na nowe polecenia. Widząc to, chłopiec wydał z siebie cichy jęk, po czym przełknął łzy cisnące mu się do gardła i powiedział:

- Proszę pani.

Dziewczyna nie reagowała.

- Nami.

Kiedy wymówił jej imię, wolno obróciła głowę. Chłopiec niemal krzyknął z przerażenia na widok tego dziwnego ruchu - przez moment wydawało mu się, że szyja i tułów dziewczyny były od siebie oddzielone. W końcu się uśmiechnął i powiedział:

- Dziękuję. Poproszę już o zamknięcie.

Na te słowa Nami ponownie się pochyliła i mocno pociągnęła za skrzydło okna, żeby je zamknąć. Dopiero kiedy w ciszy pokoju usłyszała krople kapiące na podłogę, zdała sobie sprawę z tego, że nie ma na sobie suchej nitki.

- Mocno pada. - W końcu i ona wydała z siebie głos po dłuższej chwili wpatrywania się jedynie w przestrzeń przed sobą.

Chłopiec nie odpowiedział, więc po krótkiej pauzie dodała:

- To musi być przygnębiające i frustrujące.

Dopiero po chwili zrozumiał, że Nami mówi o jego samopoczuciu. Zaskoczony uniósł drżące kąciki ust.

- Nie, wcale. W końcu i tak nie mogę się ruszać. Przepraszam, że sprawiam kłopoty - powiedział. - Gdybym chociaż sam mógł pójść do toalety... - dodał, jakby mówił do siebie.

Chłopiec rozejrzał się badawczo, ale Nami nie zareagowała. Zdobył się więc raz jeszcze na odwagę i zapytał:

- To musi być nieprzyjemne... Nie jest pani ciężko?

Także tym razem nie było reakcji. Zamiast tego powrócił pozbawiony emocji wzrok. Bez słów spojrzenia tych dwojga splotły się w przestrzeni. Chłopiec przymknął oczy, żeby celowo przerwać tę więź. I mimo że nie był pewien, czy Nami nadal patrzy w jego stronę, długo nie mógł pozbyć się wrażenia, jakby czyjaś ręka dotknęła jego policzka. Przeniósł uwagę na szelest prześcieradła pod kręgosłupem, na miękką, sprężystą teksturę starego materaca oraz lepkość przylegających do niego mokrych fragmentów ubrania. Jednak spojrzenie Nami nie tylko nie zniknęło, lecz wydawało się wręcz fizycznie odczuwalne. Zjeżone włoski na policzku chłopca odczuły łaskotanie. Nie mógł wytrzymać i lekko uchylił powieki. W tej chwili coś białego szybko przemknęło mu przed oczami i kiedy otworzył je szerzej, zobaczył Nami dokładnie przed swoją twarzą.

- Muszę już iść.

Gdy nie zareagował, dodała:

- Już późno.

Zostawiwszy za sobą te słowa, Nami się odwróciła. Z naręczem brudnej bielizny bez wahania opuściła pokój i dopiero kiedy z zewnątrz zamknęła drzwi na klucz, chłopiec poczuł ulgę. Z wypiekami na twarzy pogrążył się chwilkę w zadumie. "Co ona zrobiła? Czy faktycznie dotknęła mojego policzka?" - myślał. Nawet jeśli tak było, to pewnie wynikało z jakiegoś nieumyślnego ruchu, a nie z jakichś innych uczuć wobec niego. Czy Nami miała w sobie coś takiego jak uczucia?

Chłopiec w końcu rozluźnił policzki, napięte przed chwilą przez nieświadome zaciśnięcie zębów. Wpatrując się w zamknięte drzwi, pomyślał, że kraty w zoo nie służą wyłącznie do zamykania zwierząt, że czasami chyba również do ochrony ich przed ludźmi.

Gdy chłopiec został sam, przetarł twarz lewą dłonią, która nie była owinięta bandażem. Myślał, że pokój będzie w nieładzie, ale zobaczył tylko mokrą podłogę i przewrócony świecznik. Z jednej strony można by to uznać za szczęście, ale chłopiec nie miał dziś nastroju. Im dłużej patrzył na świecznik, tym mocniej uświadamiał sobie, że nie jest w stanie naprawić nawet takiej drobnostki. Jego obecne życie, które ograniczało się do jedzenia i wydalania, nie było takie złe, ale on potrzebował czegoś więcej - czegoś, co da mu poczucie spełnienia. Miał ciasno zabandażowaną klatkę piersiową i obie nogi unieruchomione w szynie, wyglądał jak zabawkowy żołnierzyk i tak się właśnie czuł. Przecież nie był lalką, ale ludzką istotą!

Patrząc tak na świecznik, chłopiec westchnął, a wtedy drzwi się otworzyły i usłyszał skrzypienie. Do pokoju weszła Miheui, która na widok mokrej podłogi mocno się zdumiała.

- Co z tą podłogą? - zapytała i dodała: - Na śmierć zapomniałam ci podać środek przeciwbólowy...

- Poprosiłem o otwarcie okna na chwilkę.

- Przy takiej ulewie?

Chłopiec uśmiechnął się bez słowa, na co Miheui głośno się roześmiała.

- Niemądry. Wszystko dobrze?

- Tak, w porządku.

- Jakie w porządku? Miałeś zamiar tak tu leżeć? Ponoć przeziębienia latem są najbardziej niebezpieczne. - Podeszła do wezgłowia łóżka, odsunęła kosmyk włosów przyklejony do jego policzka i szepnęła zduszonym głosem. - Lepiej się... przebierzemy, dobrze?

Chłopiec przełknął ślinę i zgodził się na tę krępującą propozycję, a wtedy Miheui uniosła rękę. Poczuł dreszcz przebiegający po całym ciele, gdy guziki odpinały się jeden po drugim, a cienka tkanina zsuwała się z jego ciała jak miękka skórka z przejrzałego owocu. Kiedy grzbiet dłoni dziewczyny delikatnie musnął jego sterczący sutek, Miheui również się zaczerwieniła.

- Ojej, przepraszam.

Ponieważ rzadko reagowała w ten sposób, chłopiec poczuł przyjemny dreszcz. Jego chuda klatka piersiowa wyprężyła się automatycznie, wysyłając sygnał, że można kontynuować. Ale dziewczyna zamiast wytrzeć jego nagie ciało, podała mu ręcznik. Jej prowokujący wzrok pytał, czy przynajmniej tyle mógłby zrobić sam. Miheui nie myła go ani nie wycierała nigdy wcześniej. Mimo to chłopiec poczuł niedosyt i udając, że go to nie poruszyło, zaczął energicznie wycierać swoje mokre ciało. W tym czasie dziewczyna starła podłogę i parapet. Postawiła przewrócony świecznik i rozsunęła nieco zasłony, żeby mógł wyglądać na świat. Za oknem panował półmrok i aż trudno było rozróżnić, czy jest dzień, czy noc. Właściwie to chłopiec nie chciał zerkać na zewnątrz. Ostrożnie przeniósł wzrok na Miheui, która stanęła pod oknem. Z powodu słabego wzroku był w stanie dostrzec jedynie jej miękko zarysowaną, pełną sylwetkę, ale to mu wystarczyło. "Piękna". Patrząc na długie, lśniące włosy Miheui, kłębiące się niczym czarne fale, przypomniał sobie baśń o wędrowcu, który po wypadku poślubia córkę rodziny mieszkającej w chacie, gdzie znalazła się dla niego opieka. Gdyby to on był tym podróżnikiem, ona byłaby właśnie tą, która by za niego wyszła. To nie tak, że w tym domu była tylko jedna młoda osoba, ale bohaterką bajki mogła zostać tylko piękna kobieta. Miheui spojrzała na chłopca.

- Wytarłeś się cały?

- Tak.

Na te słowa przysunęła krzesło, usiadła bliżej, nałożyła chłopcu nowe czyste ubranie i zapięła guziki.

- Nami właściwie... Ona taka nie jest. Czasem tylko jest jakby nieobecna. Proszę, postaraj się to zrozumieć. Poza tym i tak robi tu wszystko lepiej niż ja, prawda?

- Ależ skąd.

- Nie musisz zaprzeczać. Wydaje mi się, że nie mam talentu do opiekowania się innymi. Ciągle zaliczam jakieś wpadki.

- Naprawdę tak nie myślę - powiedział chłopiec całkiem poważnym tonem.

I rzeczywiście: w porównaniu z pozostałą dwójką, która opiekowała się nim w milczeniu i bez słów, to właśnie przy niej czuł się najlepiej. Miheui, mówiąc oględnie, nie była szczególnie zręczną opiekunką. Za każdym razem rozlewała gorącą zupę na delikatną klatkę piersiową chłopca albo wylewała wodę, dlatego gdy byli sami, choć to nie było łatwe, chłopiec jadał posiłki sam drżącą lewą ręką. Nie chodziło wyłącznie o sympatię, jaką do niej żywił, ale też o tę możliwość robienia czegoś samodzielnie. Miheui zdawała się rozumieć, że to właśnie tego potrzebował bardziej niż wykrochmalonej, wyprasowanej piżamy czy szeleszczących prześcieradeł.

Jakby na potwierdzenie tej myśli zapięła mu jeden po drugim guziki, poprawiła ubranie, podała mu lekarstwo i zapytała:

- Czasem to bywa uciążliwe, prawda?

Chłopiec milczał.

- Mimo to Nami stara się najlepiej, jak potrafi. Ja i ciocia też. Wiem, że może być to frustrujące, ale wytrzymaj jeszcze troszkę, proszę.

Chłopiec przełknął białą tabletkę i wymamrotał:

- Nie. Tak naprawdę to ja dziękuję. Za to, że pomagacie komuś, kto nawet nie wie, skąd pochodzi...

- My jesteśmy bardziej wdzięczne. Tak leje, nie można wyjść... Bez ciebie byłoby nam tu razem ciężko. Opieka nad tobą daje nam radość.

Wyraz twarzy Miheui, która wymawiała każde słowo z naciskiem, był aż do przesady poważny. Jej przenikliwe spojrzenie, lekko drgające nozdrza i poruszające się usta były delikatne i piękne jak główka małego ptaszka. "Rzeczywiście różni się od pozostałej dwójki. Jest nieporównywalnie ładniejsza". Z ust chłopca, który tak właśnie myślał, nagle wypłynęło pytanie:

- Wszystkie trzy jesteście spokrewnione, prawda?

To było wszystko, co powiedział, ale dziewczyna zdawała się wiedzieć, o co tak naprawdę chciał zapytać.

- Tak. Ale czyż nie wyglądamy jak zupełnie obce sobie osoby? - Uśmiechnęła się. - To dlatego, że wszystkie jesteśmy podobne do rodzin swoich ojców. Płynie w nas ta sama krew i to wręcz niesamowite, jak mało jesteśmy do siebie podobne.

- W takim razie twój ojciec musi być najprzystojniejszy spośród wszystkich ojców.

Komplement rozbawił Miheui, roześmiała się w głos, ale zabrzmiało to tak, jak gwałtowne ściśnięcie klatki piersiowej u człowieka chorego na gruźlicę. Zapadła krótka cisza. "Przepadło" - pomyślał chłopiec, lecz wyglądało na to, że żart nie okazał się całkowitą porażką. Na twarzy dziewczyny, która lekko zacisnęła usta, by powstrzymać śmiech, pojawił się cień nieśmiałości. Na ten widok chłopakowi gdzieś w głębi zawrzała krew. Obudziła się w nim męska odwaga. Instynkt zawołał: "Złap ją za rękę!". Ale Miheui w tym samym momencie zerwała się na równe nogi. Ruch był szybki, jakby przewidziała następny gest osłupiałego chłopca. Powiedziała:

- A zatem odpocznij sobie.

- Ach tak, oczywiście.

Chłopiec wydawał się zaskoczony, ale z powściągliwą godnością uniósł lewą rękę. Miheui odpowiedziała mu uśmiechem, po czym zabrała pustą szklankę oraz wilgotne ubranie i wyszła za drzwi. Chłopiec położył się na łóżku i rozmyślał o migoczącym mu powidoku odchodzącej Miheui. Czuł żal, lecz jego pierś wypełniał słodki smutek, coś na kształt tęsknoty i nadziei na kolejne spotkanie.

Poprawiając źle zapięty guzik, pociągnął nosem. Wszyscy zapewne używali tego samego mydła, a jednak zapach, który pozostawiła po sobie Miheui, był wyjątkowy. Jakby z nutą tęsknoty. Gdy chłopiec był przy niej, serce biło mu szybciej, i to w niezwykle przyjemny sposób. Otulony jej zapachem, mrugając coraz cięższymi powiekami, zanurzył się w rozmyślaniach. O pięknie oraz życzliwości kobiet, które ocaliły mu życie. Pomijając utratę pamięci i odniesione rany, był niezwykle szczęśliwy. Wiedział o tym lepiej niż ktokolwiek inny. Koszmarne sny, w których ktoś stoi przy jego wezgłowiu, były wyłącznie skutkiem niepełnosprawnego ciała...

Jak długo spał? Skrzypnięcie podłogi obudziło chłopca. Gdy w rozdzierającym głowę bólu rozchylił lekko powieki, zobaczył idącą w jego stronę chudą jak gałązka Annę o niewinno-naiwnym wyrazie twarzy.

- Obudziłeś się?

- Tak... Jak długo spałem?

- Trudno powiedzieć. Dość długo... Spałeś tak głęboko, że nie miałam serca cię budzić. - Wystawiła figlarnie język.

Na ten dziecinny gest chłopiec podjął niezgrabną próbę uniesienia kącików ust, jednocześnie usilnie starając się nie dostrzec osobliwego blasku nadziei malującego się na jej twarzy. Bał się to przyznać, lecz Anna najpewniej... najpewniej... darzyła go uczuciem. Błyszczące oczy, nerwowy, przyspieszony oddech i rozpalone, lśniące policzki były tego dowodem, a mocny makijaż jeszcze bardziej to podkreślał.

Jak zawsze Anna postawiła na stoliku nocnym parującą miskę i zaczęła moczyć ręcznik. Woda była piekielnie gorąca, jednak kobieta zachowywała się całkowicie spokojnie, jakby sprawdzała temperaturę wody do kąpieli niemowlęcia. Zaintrygowany chłopiec przyglądał się jej, ale gdy zauważył, że kąciki jej oczu dziwnie się zwilżyły... "O rany" - pomyślał i czym prędzej odwrócił wzrok. Przez łomot zaskoczonego serca przebił się piskliwy głos Anny:

- Odchyl, proszę.

Na te słowa chłopiec rozpiął guziki koszuli i odchylił jej poły, a kobieta, trzymając głowę nisko spuszczoną, przyłożyła mokry ręcznik. Wyglądała jak niedoświadczona pielęgniarka na polu bitwy, która z trudem powstrzymuje mdłości, ale to wszystko dlatego, że była aż nazbyt świadoma tej sytuacji. Anna była niezdarna, więc ubranie szybko zrobiło się wilgotne, ale chłopiec nie narzekał. Gdyby coś powiedział, prawdopodobnie chciałaby go przebrać, a on wolał nie eksponować przed nią swojego nagiego ciała. Bał się też reakcji kobiety, która nie potrafiła ukryć podniecenia, nawet wycierając go pod ubraniem.

Po zakończeniu zabiegów higienicznych Anna przyciągnęła krzesło i siadła zwrócona w stronę okna. Oboje w ciszy patrzyli na przemoczony deszczem las. Nie, raczej to chłopiec patrzył, a ona wyraźnie tylko naśladowała jak cień jego gesty. W pewnym momencie spojrzenie, która jeszcze przed chwilą obracało się w jego stronę jedynie raz na jakiś czas, zawiesiło się wyłącznie na nim. Widać było, jak w rozchylonych ustach Anny powoli zbiera się ślina. Chłopiec nie potrafił znieść ani widoku cieczy, która zdawała się zalewać tę małą jaskinię aż po brzegi, ani tego palącego spojrzenia, więc wyrzucił z siebie pierwsze lepsze słowa, jakie przyszły mu do głowy:

- To był wypadek, prawda?

- Że co...? Przepraszam...

- Powiedziałyście mi, że to był wypadek.

Anna przechyliła głowę - ni to na potwierdzenie, ni na zaprzeczenie jego słów. Widać było, że wspomnienie tamtego dnia odcisnęło piętno także w jej pamięci, bo ilekroć tylko pojawiał się temat wypadku, jej twarz ciemniała, a ona sama zaczynała oszczędzać słowa.

- Tak... Skoro nazywasz to wypadkiem, to tak, niech będzie, że wypadek. Szczegółów nie znam.

Chłopiec, widząc, jak gardło Anny drga przy przełykaniu śliny, poczuł osobliwą ulgę i zapytał:

- Jak pani mówiła, że to było?

- Po prostu w zaroślach... Porzucono cię w zaroślach. Była noc i... wtedy też strasznie padało. Ja i... członkowie mojej rodziny... podnieśliśmy cię wspólnymi siłami.

- To był wypadek samochodowy? A może po prostu upadłem?

- Nie wiem... Wypadek samochodowy... Hmm... a może upadek? A może jedno i drugie... - Urwała nagle, po czym zapytała ponownie: - Dlaczego nagle o to pytasz?

- Ach, bez powodu. Po prostu... - Zawahał się chwilkę, po czym dodał: - Po prostu jestem ciekawy, jak bardzo jestem ranny... Kiedy będę mógł znowu się poruszać.

- Lepiej leżeć spokojnie, dopóki kości się nie zrosną. Podobno nadal boli cię głowa. Czy coś cię niepokoi?

- Nie, zupełnie nie. Zupełnie.

Przez chwilę przed oczami stanął mu obraz kogoś pochylającego się nad łóżkiem i wpatrującego w niego, ale pokręcił głową.

- Naprawdę jest w porządku. Wszystko.

Anna skinęła głową.

- Wytrzymaj, bo najważniejsze to powrót do zdrowia. Wszystko inne przyjdzie potem... - powiedziała, po czym mruknęła do siebie: - Zupa powinna już być gotowa.

Wyszła i wróciła z tacą. Menu było takie samo jak zwykle: biały ryż w głębokiej misce, zupa w kubku i szklanka wody. Trochę mu się to przejadło, ale nie wypadało narzekać. Chłopiec zmienił swoje nastawienie i usiadł prosto, jednak Anna nie miała zamiaru podać mu jedzenia. Zastanawiał się, o co chodzi, gdy nagle zauważył, że kobieta patrzy na łyżkę z jakimś poważnym wyrazem twarzy. "Coś nie tak?" - myślał. Chciał się odezwać, ale Anna... zaczęła cmoktać łyżkę, jakby była pokryta miodem, po czym wybuchnęła głośnym śmiechem.

- Miheui chyba nie domyła naczyń.

Potem nabrała łyżką zupę i nagle wsunęła ją do ust chłopca. Zrobiła to gwałtownie, prawie siłą. Przednimi zębami uderzył o metal, aż rozległ się brzęk. Język odruchowo odepchnął letnią łyżkę, ale zupa zdążyła już przejść przez otwarte gardło. Chłopiec się zakrztusił i zaczął kasłać. Anna podała mu szklankę wody.

- W porządku? - zapytała.

Na dźwięk zatroskanego głosu chłopiec podniósł wilgotne oczy. W zamglonym polu widzenia pojawiła się nieśmiało uśmiechnięta twarz Anny, a on, nie mogąc powstrzymać obrzydzenia, litości i ognistego gniewu, który ogarnął go z nieznanego powodu, machnął ręką. Łup. Szklanka spadła na podłogę. Zaskoczony swoim zachowaniem skamieniał. Krople wody, które głośno i rytmicznie skapywały z mokrego prześcieradła na podłogę, brzmiały jak odgłos toporka uderzającego w czoło. Anna, nadal siedząc, schyliła się i podniosła szklankę. Chłopiec poczuł na plecach dziwny dreszcz, jakby przeszła mu po kręgosłupie gąsienica, i wyjąkał:

- Przepraszam. Ja po prostu...

"No po prostu co? Bo się brzydziłeś? Bo chciałeś, żebym zniknęła z pola widzenia?"

Przed wahającym się chłopcem znowu pojawiła się łyżka.

Chłopiec milczał.

- Aaa! - Anna zasugerowała otwarcie ust.

Zdążyła już uprzątnąć bałagan, znowu nabrała zupy i podała ją chłopcu. Na twarzy miała spokojny uśmiech, jakby nic się nie wydarzyło. Nagle ogarnął go strach. Tak czy inaczej, nie powinien zapominać, że nie jest w stanie sam zadbać nawet o własne ciało. Ignorując dzwonienie w uszach, które brzmiało jak sygnał ostrzegawczy, posłusznie otworzył usta. W głowie przemknęła mu scena, w której Anna wyciąga rękę i wycina mu języczek, drążąc tył gardła jak miąższ owocu, ale łyżka tylko musnęła jego język i nie weszła głębiej. Połknął zupę i poczuł ulgę. Kiedy jego jabłko Adama się poruszyło, Anna zapytała:

- Smakuje?

- Słucham?

- Twój wyraz twarzy. Wyglądasz, jakby ci bardzo smakowało.

- Wydaje się, że ma pani talent.

Na te słowa po twarzy Anny przemknął osobliwy blask. Chłopiec poczuł, jak zaciska mu się serce, ale kobieta zwyczajnie nabrała ryżu i mu go podała. Potem wody. Znowu zupy. W rytmie jej pewnych, niezmąconych niczym ruchów chłopiec pilnie gryzł i przełykał. Jedzenie znikało w szybkim tempie i początkowe napięcie stopniowo słabło. Anna odłożyła łyżkę. Puste naczynia lśniły czystością, nie zostało w nich ani jedno ziarnko ryżu. Na koniec Anna położyła na dłoni białą tabletkę i wyciągnęła rękę.

- Proszę.

Przez chwilę się wahał, po czym pochylił głowę i jak ptak dziobiący ziarno wziął lek do ust. Z dłoni Anny unosił się zapach jajka gotowanego w wodach termalnych. Tabletka miała lekko słonawy smak i była ni ciepła, ni zimna - letnia, jak woda w porośniętym mchem strumieniu w środku lata. Chłopiec udał, że nie zauważył, jak Anna cofnęła rękę, delikatnie kurcząc palce w miejscu, gdzie musnął ją językiem. Pozwolił jej też - niby tylko, żeby sprawdzić, czy tabletka została połknięta - dokładnie obejrzeć swoją jamę ustną: język przypominający parzydełkowca, zęby wygładzone jak kamyki oszlifowane przez fale i czerwone wnętrze ust, które badała jak samotną nadmorską grotę.

Na dźwięki klucza w zamku z ust chłopca wydobyło się długie westchnienie. Ta dusząca atmosfera, gęste powietrze przypominające koszmary, które nawiedzają go każdej nocy, przychodzi wraz z Anną. "A jeśli to nie sny? Jeśli ona naprawdę mnie nawiedza? Wystarczyłoby nie zasnąć jednej nocy..." I to nie tak, że chłopiec nie próbował, ale być może dlatego, że całe dnie spędzał w łóżku, kiedy tylko zjadł, ogarniała go senność. Za każdym razem, gdy próbował coś przemyśleć, zaczynała go boleć głowa i ciężki, nieodparty sen spływał na niego jak piasek. Teraz było podobnie. Chłopiec poddał się i zanurzył w ciemność, myśląc: "Nie, to wszystko to pewnie sen. To wszystko przez te wypchane zwierzęta. Nawet jeśli są sztuczne, to przy tylu oczach dookoła nie można nie mieć dziwnych snów. Tak, przy tylu oczach...".

- Czujesz się przytłoczony, to dlatego. Ciało niedomaga i cały czas też siedzisz tylko w pokoju - powiedziała Miheui, stojąc przy oknie.

Gdyby ziemię ogrzały gorące promienie słońca, mogłoby być inaczej, ale deszczowa sceneria za oknem pozostawała przygnębiająco niezmienna. Miheui spojrzała na złamaną gałąź iglaka, a potem podeszła do łóżka i usiadła na krześle.

- Nie przejmuj się zbytnio. W końcu tak długo już nie widziałeś słońca.

- Ale wcześniej też miewałem podobne sny.

- Kiedy?

Chłopiec chciał powiedzieć, że każdej nocy, ale zamknął usta. Nie chciał pokazać swojej słabości przed Miheui. Ta jednak kiwnęła głową, jakby rozumiała wszystko bez słów.

- W porządku. Każdy czuje się osłabiony, gdy jest chory. A poza tym to był naprawdę poważny wypadek. Może to nawet lepiej, że śnisz takie rzeczy? To oznacza, że twój niepokój znajduje ujście. - Chwyciła rękę chłopca, która wystawała spod kołdry, i dodała: - Nie martw się. Zdrowiejesz przecież.

Zdarzały się już różne sytuacje, ale za rękę złapała go po raz pierwszy. Serce chłopca nagle stanęło, trudno powiedzieć, czy to z powodu zdumienia, czy z ekscytacji. Czyste, niewinne uczucie owiało jego policzki jak łagodny wietrzyk, ale zanim zdążył się rozsmakować w tym delikatnym dotyku, Miheui ścisnęła mocno jego dłoń, po czym natychmiast ją puściła. Z żalu chłopiec nieświadomie krzyknął:

- Ale!

- Tak?

Zapadło milczenie.

- Coś jeszcze?

- Nie. - Chłopiec miał zamiar pokręcić głową, ale skoro już się odezwał, dodał: - Po prostu pomyślałem, że ktoś może tu wchodzi.

- Nie ma takiej możliwości - ucięła krótko. - Drzwi są zawsze zamykane. A poza tym sam wiesz: most się zerwał i nie da się ani opuścić tego miejsca, ani tu dotrzeć.

- Tak, to prawda, tyle że... - jąkał się, a Miheui zmarszczyła lekko brwi.

- Chyba nie chcesz powiedzieć, że któraś z nas mogłaby tu wchodzić?

- Nie, skądże - odparł wymijająco, słysząc u niej po raz pierwszy tak ostry ton. - Wcale tak nie myślę. Po prostu czuję się trochę niespokojny. Jestem chory, pada deszcz. W tym pokoju jest też dużo wypchanych zwierząt - dodał.

Dopiero wtedy Miheui jakby coś zrozumiała. Odwróciła głowę, rozejrzała się po pokoju i powiedziała:

- Fakt, to nie jest wnętrze, które działa wyciszająco.

- To prawda. Ale też nie ma tu jakiegoś bałaganu.

- To wszystko jest przybite gwoździami i nie da się tego zdjąć. A poza tym trochę się martwię, bo jesteś w trakcie rekonwalescencji, więc przenoszenie cię do innego pokoju... sam rozumiesz... byłoby bezmyślnym krokiem. - Miheui zmierzyła się wzrokiem z jeleniem, ogromnym trofeum myśliwskim, po czym powiedziała do siebie z nutką kokieterii w głosie: - Jak się przyjrzeć, to ma też pewien urok.

Chłopiec nie zareagował.

- Chyba tylko dla mnie. To może chociaż zakryjemy mu oczy?

Wstała raptownie, podeszła do ściany i długim, złożonym ręcznikiem zakryła jeleniowi oczy. Przez chwilę w pokoju zapanowała cisza. I choć żadne z nich nie powiedziało tego na głos, to patrząc na zasłonięte oczy zwierzęcia, oboje mieli przed oczami obraz czekającego na egzekucję skazańca.

- To nie za dobry pomysł - westchnęła. - W zasadzie nie mamy żadnej innej możliwości - dodała.

- No tak.

- Cóż, skoro zgadzasz się, że nie możemy na to nic poradzić, spróbuj wytrzymać jeszcze trochę. Jak poczujesz się lepiej, od razu zadbamy o zmianę pokoju. A teraz już jedz, zanim wystygnie.

Miheui z kokieteryjną miną przeniosła na kolana chłopca tacę, którą wcześniej postawiła na stoliku nocnym. Odległość była tak niewielka, że trudno było to nazwać "przenoszeniem", ale być może z powodu pośpiechu szklanka z wodą zachwiała się, a zaskoczona dziewczyna puściła jedną ręką tacę i próbowała ją złapać, przez co ześlizgnęło się z niej naczynie z zupą. Miheui krzyknęła, poparzona, i pomachała ręką. Był to odruch, za który trudno byłoby ją ganić, lecz w jego wyniku zarówno szklanka, jak i miska wywróciły się z brzękiem. Kołdra wyglądała jak po wybuchu bomby wodnej - momentalnie przesiąkła. Zupa bryznęła pod sufit, jakby doszło do jakiejś erupcji, i zostawiła lepkie, żółtawe plamy na pościeli, ścianach i podłodze. Dziewczyna odwróciła głowę i spojrzała na chłopca.

- I co teraz?

"Jak to, co teraz?" - pomyślał, uspokojony tą naiwną, w gruncie rzeczy przewidywalną reakcją, po czym odpowiedział spokojnie:

- Chyba najpierw trzeba posprzątać?

- No tak, prawda.

Miheui zaczęła gwałtownie trzeć pościel ręcznikiem. Chłopiec próbował ją przestrzec, mówiąc, że w ten sposób tylko bardziej rozmaże brud i że lepiej byłoby przykładać ręcznik, jakby odsączała plamę. Dziewczyna, choć powiedziała, że rozumie, nadal wykonywała jednak tylko chaotyczne, energiczne ruchy. Po dłuższej chwili odłożyła ręcznik i westchnęła:

- Kiedy ja to wszystko popiorę.

Na te słowa w głowie chłopca przemknął obraz łydek Miheui poruszających się w białej pianie tanecznym krokiem. Samo to wyobrażenie sprawiło mu radość, więc postanowił zrobić też przyjemność Miheui. Kiedy zaczął lewą ręką powoli przewracać pościel, dziewczyna spojrzała na niego zdezorientowana.

- Co ty robisz?

- Obracam ją na drugą stronę, żeby się przykryć.

- Dlaczego?

- Teraz nie musisz jej już prać. To moja wina, później poproszę kogoś innego o pomoc.

- Jesteś pewien, że to dobry pomysł? Zostanie zapach...

- Dla mnie to bez znaczenia.

- Och, aż nie wiem, jak mam ci dziękować. - Delikatnie pochyliła głowę. Chwilkę wpatrywała się w twarz chłopca i nagle zwinnie jak sarna wybiegła z pokoju, po czym wróciła z ryżem i zupą ze sfermentowanej soi. - Ugotowałyśmy to dla nas, ale może zjedz chociaż tego?

Chłopiec stracił już apetyt, ale wziął sztućce. Chciał uspokoić Miheui i pokazać jej, że wszystko jest w porządku. Jednak kiedy wziął dużą porcję do ust, jego plan legł w gruzach. Zupa była słona. Tak mocno słona, że aż gorzkawa. Na twarzy chłopca pojawił się grymas. Miheui od razu to zauważyła.

- Co się stało? Dziwny smak?

Przełknął, nie przeżuwając nawet ziarenek ryżu.

- Nie, jest pyszne - skłamał. - To chyba dlatego, że podane przez ciebie - dodał.

Chyba rozbawiły ją te słowa, bo roześmiała się szeroko, odsłaniając zęby.

- Jakoś za mocno się przejęłam, myśląc, że zrobiłam coś głupiego. Ale nie musisz mnie na siłę pocieszać.

- Mówię serio.

- Nie kłam, proszę - powiedziała. - Jest słonawa. Nie powiesz, że nie - dodała. - Moja ciocia należy do tych, którzy mocno doprawiają jedzenie. A twoje zupy? Nie są słone aż w takim stopniu?

- Nie, są w porządku.

- Tak mi się właśnie wydawało. Słyszałam, że jedzenie dla pacjentów powinno być raczej mdłe. Ale moja ciotka jest bardzo uparta. Gdy kiedyś powiedziałam, że sobie lepiej sama ugotuję, dostałam wielką burę za to, że wtrącam się w sprawy cudzej kuchni. Od tamtej pory powstrzymuję się od komentarzy i po prostu jem... Ale wszystko ma wyłącznie gorzki smak piołunu, więc zupełnie straciłam apetyt. Ciotka z zasady jada bardzo mało, więc pewnie nie ma świadomości... Jeden rzut oka i od razu widać, że jest niejadkiem...