Świętoszek - Molier

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SCENA II

K l e a n t, D o r y n a.

KLEANT.

O ja nie pójdę za nią, wolę tu pozostać,

Niż jeszcze reprymandę przy drzwiach od niéj dostać.

A to sobie staruszka, co jeszcze wytrzyma....

DORYNA.

Czemuż tego nie słyszy! Szkoda że jéj nie ma!

Powiedziałaby panu z miną zagniewaną:

Jeszcze nie jestem w wieku, aby mnie tak zwano.

KLEANT.

A to furja! doprawdy, jakaś dziwna zmiana: -

Snać przez tego Tartuffe'a taka opętana.

DORYNA.

Z tego niech pan pojęcie o synu wytworzy.

Jak go zobaczysz, powiész: no tutaj to gorzéj!

W służbie królewskiéj dawał dowody odwagi,

Był pełen poświęcenia i męzkiéj rozwagi;

Teraz ten człowiek chodzi jakby ogłupiały,

Tak tym nędznym Tartuffem zajęty jest cały.

Nazywa go swym bratem i kocha go więcéj

Stokroć niż żonę, dzieci. Od kilku miesięcy

Wszystkie swoje sekreta zwierza mu najszczerzéj;

Co on każe, to robi; jak w świętego wierzy;

Pieści go i całuje, że, sądząc najprościéj,

Dla kochanki nie można miéć większéj miłości.

Przy stole pierwsze miéjsce daje mu jak księciu

I cieszy się, gdy żarłok zjada za dziesięciu;

A gdy na odbijanie tamtemu się zbiera,

Ten woła w téjże chwili: niech cię Pan Bóg wspiera.

Prawie - szaleje za nim, w nim widzi świat cały,

Bez przestanku na ustach ma jego pochwały;

To jest jego bohater, jego serce, głowa,

Uwielbia go, powtarza tylko jego słowa;

Każdy wyraz wyrocznią, - tak z nim myśli zgodnie,

A cokolwiek on zrobi, to cud niezawodnie.

Tamten zna swą ofiarę, więc się też wysila,

Aby go pozorami omamiać co chwila,

Wyłudzając u niego pieniądze nieznacznie.

Cóż dopiero gdy na nas wszystkich zrzędzić zacznie,

Nie daruje nikomu. Lecz nie dosyć jeszcze;

Ten bałwan, jego lokaj, chwycił nas w swe kleszcze;

Prawi nam reprymandy śmiesznie niesłychanie.

I wyrzuca róż, muszki nasze i ubranie;

Hultaj ten tak się wczoraj już zapomniał przecie,

Że podarł chustkę, którą znalazł w Świętych Kwiecie,

Mówiąc, że to jest zbrodnia straszna, niesłychana,

Mięszać ze świętościami przybory szatana.

SCENA I

Pani Pernelle, Elmira, Maryanna, Kleant, Damis,

Doryna, Flipote.

P. PERNELLE.

Chodź, Flipoto, dość mam już niemiłych mi osób.

ELMIRA.

Biegniesz pani tak prędko, że zdążyć nie sposób.

P. PERNELLE.

Zostań, moja synowo, skróć sobie tę drogę,

Bez takich ceregieli ja się obyć mogę.

ELMIRA.

Czcić panią, to powinność i chęć nasza szczera;

Lecz dlaczego się pani tak prędko wybiera?

P. PERNELLE.

Bo nie mogę już patrzeć na nieład w tym domu,

Gdzie, aby mnie dogodzić, nie przeszło nikomu

Przez głowę. Każdyby się nieporządkiém zrażał!

Na to com ja mówiła nikt tu nie uważał;

Nikogo nie szanują, naraz mówi wielu,

Jednem słowem, porządek, jak w wieży Babelu.

DORYNA.

Gdy....

P. PERNELLE.

Tyś jest pokojówka niezbyt w pracy prędka,

Lecz za to mocna w gębie i impertynentka;

O wszystkiém umiesz gadać, kłócisz się zażarcie.

DAMIS.

Lecz....

P. PERNELLE.

Ty bo jesteś głupiec, mówię to otwarcie

Jako babka, mój wnuku; to jest moje zdanie.

Mówiłam twemu ojcu, że nie będzie w stanie

Dochować się niczego z ciebie; jesteś trzpiotem,

Nicponiem. Sam w przyszłości przekonasz się o tém.

MARYANNA.

Sądzę....

P. PERNELLE.

Ty jego siostra, udajesz skromniutką,

Potulną, taką grzeczną, usłużną, milutką,

Lecz wiész, że cicha woda, to mówią, rwie brzegi,

Wiem ja jak trzeba sądzić te twoje wybiegi.

ELMIRA.

Jednak....

P. PERNELLE.

Moja synowo, przepraszam cię bardzo,

Ale chociaż w tym domu mojém zdaniem gardzą,

Muszę powiedziéć, że ty, zamiast do ostatka

Dawać im dobry przykład z siebie, jak ich matka

Nieboszka, rozrzutnicą jesteś i co rani

Moje serce, ubierasz się jak wielka pani.

Gdy mężowi się tylko chce podobać żona,

Nie chodzi jak księżniczka świetnie wystrojona.

KLEANT.

Ależ pani, wszak także winnaś miéć w rachubie...

P. PERNELLE.

Pana, jako jéj brata, oceniam i lubię,

Ale jéj mąż, a mój syn, zrobiłby rozumnie,

Gdyby powiedział panu: przestań bywać u mnie.

Zdania, które pan ciągle wygłaszać się trudzi,

Wstręt tylko sprawiać mogą u poczciwych ludzi.

Że nazbyt szczerą jestem, może mi pan powie,

Lecz u mnie prosto z mostu, co w myśli, to w mowie.

DAMIS.

Tartuffe babuni, który pragnie jak najszczerzéj...

P. PERNELLE.

To zacny człowiek, jego rad słuchać należy

I najbardziéj mnie złości, jeszcze do téj pory,

By taki jak ty warjat śmiał z nim wodzić spory.

DAMIS.

Więc ja się może wcale nie będę opierał,

By ten bałwan tyranią nademną wywierał.

Tu rozrywki nie szukaj, nie myśl o zabawie,

Chyba, że ten pan na nią zezwoli łaskawie.

DORYNA.

Gdyby chciéć skłonić głowę przed taką pochodnią,

To wszystko co się robi od razu jest zbrodnią.

Wszędzie się wtrąci, wyrok da na każdą stronę.

P. PERNELLE.

Co on osądzi, to jest dobrze osądzone.

On chce was zbawić, wspierać, gdy się które chyli;

Mój syn powinien kazać, byście go lubili.

DAMIS.

Nikt i nawet mój ojciec, nie ma takiéj siły,

Ażeby ten jegomość stał się dla mnie miły,

Z wstrętnego. Kłamać nie chcę i wyznaję szczerze,

Że na jego zrzędzenie złość mnie wściekła bierze.

Ja już od dawna chwilę tę przeczuwam w duchu,

Jak do strasznego dojdę z tym łotrem wybuchu.

DORYNA.

A toż to skandal! gdyby opowiedziéć komu!

Założył tu kwaterę, jak we własnym domu;

Łapserdak, co jak przyszedł, buty miał podarte,

A ubranie szelągów dziesięciu nie warte; -

Dziś już do tego doszedł, że się zapomina,

Wszystkiém rządzi i pana udawać zaczyna.

P. PERNELLE.

Klnę się życiem, że dobrzeby tu rzeczy stały,

Gdyby pobożne jego chęci rządzić miały.

DORYNA.

Zdaniem pani, on świętym zostanie niedługo,

Hipokryta, obłudnik, razem z swoim sługą.

P. PERNELLE.

To język!

DORYNA.

Jego razem z Wawrzyńcem tak cenię,

Że nichym im nie dała, jak na poręczenie.

P. PERNELLE.

Sługi nie znam, więc nie chcę o niego wieść wojny,

Za pana ręczę, że jest zacny i spokojny;

A z was każde na niego sroży się i boczy

Za to, że on wam prawdę gorzką rzuca w oczy:

Że przeciwko grzechowi opornie stać trzeba.

Jedynym jego celem, zasługa dla nieba.

DORYNA.

Tak! dlaczegóż, szczególniéj od pewnego czasu,

Gdy kto tu przyjdzie, on wnet narobi hałasu?

Za każde odwiedziny niebo tak surowe

Z ust tego pana gromy ciska nam na głowę.

A mówiąc między nami, nieba nas tak straszą

Za to, że on zazdrosny jest o panią naszą.

P. PERNELLE.

Milcz, nie wiész o czém mówisz, przecież twojéj pani

Te odwiedziny nie on jeden tylko gani.

Ciągła stacya powozów od nocy do rana

I czereda lokajów przed drzwiami zebrana

Waszego domu, co się na chwilę nie zmienia,

Na sąsiadach nie robią dobrego wrażenia.

Przypuszczam, w gruncie rzeczy, że złe ztąd nie spadnie;

Lecz wreszcie mówią o tém, a to już nieładnie.

KLEANT.

Jakto? Chcesz pani wstrzymać gawędy i plotki?

A tożby ciężar życia dopiero był słodki,

Gdy ktoś w uprzedzeniu tak głupiem się zaciął,

By dlatego miał zrzekać się swoich przyjaciół.

Przypuśćmy, że w ten sposób ktoś swe życie zmienia,

Sądzisz pani, że wszystkich zmusi do milczenia?

Przeciw obmowie nie ma na świecie warowni,

Więc niechaj robią plotki ludzie zbyt wymowni;

Zostawmy im swobodę, niech ględzą od rzeczy,

Własna nasza niewinność obmowie zaprzeczy.

DORYNA.

Czy to nie Dafne czasem, z tą śliczniutką lalą,

Swoim mężem, tak pięknie za oczy nas chwalą?

Dziwna rzecz co się dzieje z tych plotkarzów rzeszą;

Że ci najgłośniéj krzyczą, co najwięcej grzeszą;

A osoby najbardziéj w obmowie zażarte

Są te, których uczynki tylko śmiechu warte.

Z najmniejszego uczucia wnet ich język kreśli

Taki obraz, by świat w tem dopatrzył złej myśli

I cieszą się na innych kiedy potwarz rzucą,

Że tém uwagę świata od siebie odwrócą;

Lub że ciężar opinii, co ich barki tłoczy,

Spadnie, kiedy na innych, błotem cisną w oczy.

P. PERNELLE.

Z waszych gadanin skutek żaden nie wyrasta.

Wszak pani Oronte pewno jest zacna niewiasta,

Modlitwą wciąż zajęta; a słyszę od ludzi,

Że to co się tu dziéje zgorszenie w niéj budzi.

DORYNA.

Ta pani jest wyborna, przykład mnie zachwyca!

Wiemy, że dzisiaj żyje tak jak pustelnica,

Lecz to z wiekiém spłynęły na nią łaski boże,

Jest skromną, bo niestety, już grzeszyć nie może.

Miała dość wielbicieli, a choć dzisiaj pości,

Jednak dobrze umiała korzystać z młodości;

Dopiero kiedy uciech zamknęła się brama,

Od świata, co ją rzucił, niby stroni sama,

By pod szumną zasłoną skromności bez granic

Schować resztki urody, co już dzisiaj na nic.

Kokietka w pobożną się zamienia nieznacznie;

Ody grono wielbicieli dezertować zacznie

I, aby ciężką stratę z poddaniem przeniosła,

W smutnej chwili zostaje dewotką z rzemiosła.

Wtedy w swojém zadaniu ostrem i surowem

Nikomu nie przebaczy, wszystko skarci słowem,

Nic nie może być skrytem dla takiéj jéjmości,

Głośno gromi za wszystko, lecz tylko z zazdrości,

Że innéj się uśmiecha ta rozkoszy czara,

Do któréj, ona czuje sama, że za stara.

P. PERNELLE (do Elmiry).

Otóż synowo! jakie ciebie bawią baśnie,

Ty sama w ich tworzeniu pierwszą jesteś właśnie,

A ci, co chcą zaprzeczyć, tu się mówić boją,

Ale i ja z kolei wypowiem myśl moją.

Powiem, że syna mego podwójnie ztąd cenię,

Iż tak zacnej osobie dał tu pomieszczenie;

Że go niebo w swej łasce zesłało w tę stronę,

Aby wam naprostował głowy przewrócone;

Że jego nauk słuchać powinniście radzi,

Bo on was do zbawienia najprościéj prowadzi.

Ci goście, to czereda nic a nic nie warta;

Te bale, odwiedziny, to pokusy czarta,

Tam pobożnej rozmowy nie usłyszysz słowa,

Tam śpiewy i dowcipy, w których grzech się chowa.

A jeśli się wypadkiem od zgorszeń ustrzegą,

To już co najmniéj muszą obmawiać bliźniego.

Nakoniec, nikt rozsądny nie weźmie udziału,

W tych zebraniach, bo głowę straciłby pomału:

Tu się tysiące plotek w jednej chwili tworzy,

I bardzo słusznie mówił jeden sługa boży,

Doktor, ale nabożny mimo medycyny,

Że te wszystkie zebrania, to djabelskie młyny,

Na których się na pytel czarta mąkę miele,

I wnet nam opowiedział, nie straciwszy wiele

Czasu, historyą o tym... (Wskazuje na Kleanta).

Już się pan wyśmiewa!

Śmiéj się pan sobie z dudków u których pan bywa.

(Do Elmiry.)

I bez... Moja synowo, żegnam, nic nie powiem

Więcéj. - Gdy te wizyty mam przypłacać zdrowiem,

Już tutaj moja noga więcéj nie postanie.

(Dając policzek Flipocie.)

Cóż to... czy ty chcesz wróbla połknąć na śniadanie,

Tak gębę rozdziawiłaś. No, chodź ty papugo,

I śpiesz się; już i tak tu bawiłam za długo.