Chlap-chlap-chlap, skaczę po kałużach, a ludzie mijają mnie, panie i panowie, i myślą sobie: o proszę, co to za miła dziewczyna skacze po kałużach, a ja uśmiecham się do nich, i oni do mnie też, mimo że przecież tak w ogóle to mam dwadzieścia lat i siedzę w domu, na wózku, a ich widzę przez szybę, ale to nie szkodzi, bo skakać po kałużach można wszędzie, nawet w domu, na wózku, i jak się ma dwadzieścia lat, to przecież każdy wie.
Szybko mi się to nudzi, więc odwracam się od tych kałuż i patrzę, co tam jeszcze dzieje się na świecie, na podwórku pomiędzy kamienicami. Na mokrej ścianie jak zwykle zrobił się ciemny ślad w kształcie ucha, pani Józefina z koralami na szyi pali papierosa w oknie i strzepuje popiół do słoika, a na ławce w rogu pan Spodszóstki czesze swojego włochatego psa.
Tata mówi:
- Królewno, twój uniżony sługa chciałby obwieścić, że śniadanie podano. Czy Królewna łaskawa będzie zjeść, czy sługa ma wrócić i zjeść sam? Bo sługa baaaardzo głodny! - I mnie przy tym gryzie w szyję jak wąż.
Zwykle się ślinię z tych żartów i teraz też, więc tata wyciera mnie, a potem przynosi i stawia przede mną talerz, i zaczynamy jeść. Jest ser żółty z chlebem, musztardą i rzodkiewką, której odrobina wypada mi z ust podczas jedzenia - nie szkodzi.
***
Nazywam się Anastazja Łabendowicz, mam dwadzieścia lat, starszą siostrę, jeszcze starszego tatę, używanego iPhone'a pięć, własne zdjęcie z gór w ramce, specjalnie przystosowany komputer, sporo książek, komiksy i dwadzieścia kasztanów, które tata przynosi mi w każdą jesień, od kiedy jestem na świecie.
Moją ulubioną częścią mnie są włosy. Kolor taki, jakby masło orzechowe wymieszano z mlekiem. Długie, prawie do pasa. Łucja umie robić warkocz, zwykły albo dobierany, i kiedy przychodzi, rozczesuje mi te moje kable, jak je sama nazywa, a potem splata na nowo, pięknie i ciasno. Opowiada mi przy tym różne rzeczy, które i tak przecież wiem.
Na drugim miejscu są oczy. Duże i wyraźne. Tata mówi, że strach ludzi do mieszkania wpuszczać, bo się będą masowo we mnie zakochiwać, a on już nie ma gdzie zakopywać tych wszystkich, którzy się zakochali do tej pory i ich musiał potem ukatrupić, bo przecież jestem tylko jego. Rano są - te oczy - raczej niebieskie, w dzień bardziej zielone, a wieczorem znowu niebieskie, chyba że w łazience pod żarówką - to wtedy nie wiadomo jakie.
Jestem niezbyt wysoka, drobna, skórę mam jasną i chyba się mogę podobać, tak myślę. Mam poroże mózgowe od zawsze, ale to nie szkodzi, bo dzięki temu jestem piękna i wyjątkowa, mówi tata, a tata ma zawsze rację, nawet jak trochę nie ma, na przykład kiedy przewiduje wynik jakiegoś meczu i nie ma racji, to nawet wtedy ma.
***
Przejeżdżam do salonu. Tutaj okna wychodzą na ulicę Kruczą, gdzie ciągle rozgrywają się rozmaite wyścigi. Lubię czasem komuś pokibicować, chociaż tak naprawdę w tych wyścigach i tak nikt nie wygrywa, nie wiem nawet, po co się oni wszyscy ścigają - może to po prostu przyjemne. Wszystko tu jest tak znajome, że aż moje, okno i parapet, i przejście dla pieszych, trzy drzewa, sklep spożywczy i kawałek kawiarni, bo całej niestety nie widzę, chyba że się mocno wychylę, ale toby mi musiała Łucja pomóc, i światła nad skrzyżowaniem, i ten gołąb, który ląduje właśnie na parapecie, też jest znajomy i mój. Małe nóżki drapią o parapet, kiedy tak patrzę zza szyby, gołąb jest szaro--fioletowo-szary i nie widzi mnie, tylko przechyla łepek i też obserwuje ulicę.
Wszyscy gdzieś jadą albo idą, albo tak jakby podbiegają, tylko tak, żeby nie było widać, że podbiegają, a jakiś chłopak na rowerze przystaje i poprawia sobie torbę na ramieniu, jest wysoki i szczupły i ma krótkie włosy i tatuaż kolorowy na szyi - zastanawiam się, czy może na mnie spojrzy, ale nie spogląda, rusza dalej, kiedy tylko czerwone staje się z powrotem zielone. Gołąb odlatuje, może go przestraszyłam, ale to nie szkodzi, przyleci jeszcze, jak nie ten, to inny - ja się stąd nigdzie nie ruszam.
***
Łucja pewnie siedzi już w autobusie, może już nawet wysiadła i idzie mokrym chodnikiem, cała po swojemu lekko-zgrabna, może skręca w ulicę Moliera i spotyka znajomych, może z kimś nawet zapala papierosa, o czym mi nie powie. Zaraz się przebierze i wejdzie do sali prób, gdzie są lustra, czuć zapach drewna i słychać szum jarzeniówki, która brzmi, jakby owada złapać w słoik.
Każdy jej dzień jest dokładnie taki sam, tylko ma inną nazwę, nie to co u mnie, bo ja zawsze mogę liczyć na coś ciekawego, co się wydarzy na podwórku albo na Kruczej, albo w którymś z moich innych żyć, i czasem trochę współczuję Łucji, że ona musi być tylko w jednym, swoim.
Szur-szur-szur, robi tata, a dokładnie zmiotka w rękach taty, kiedy zamiata tata podłogę obok mnie, za mną i znów obok mnie. Zamiata często, bo dużo gubię i kruszę, i rozrzucam, choć bardzo, bardzo się staram, żeby nie.
- Przed chwilą był tu gołąb, ale już odleciał, taki szaro-fioletowo-szary.
- No, smakowało ci? Tylko ta rzodkiewka...
- Gołąb! Nie rozumiesz? Gołąb, tato!
- No wiem, nie lubisz, jak zamiatam. Już kończę.
Wzdycham rozczarowana, bo zawsze wygląda to tak samo, ale ciągle próbuję, ciągle myślę sobie, że on kiedyś się zmieni, że zacznie słyszeć to, co mówię, a nie to, co wydaje mu się, że mówię, no ale trochę już na tym świecie żyję i trochę wiem, dlatego obawiam się, że mężczyźni są generalnie chyba raczej uparci.
To jest zresztą dosyć przykre: że chcesz coś zrobić, a robisz coś innego. Na przykład chcesz powiedzieć: "Ja naprawdę bardzo lubię rzodkiewkę", a prychasz przez zęby, strzelając sobie śliną na spodnie. Chcesz chwycić łyżkę, a zrzucasz talerz ze stołu. Chcesz wstać - nie wstajesz. I tak przez cały dzień.
Na szczęście jest ktoś, kto potrafi zajrzeć poza to prychanie i stękanie, poza te jęki, za którymi znajduję się cała. Pamiętam pierwszy raz, kiedy to się stało. To było dawno temu, ja miałam chyba pięć, a ona piętnaście lat, i usłyszałam, jak krzyczy do taty, który był w pokoju:
- Ona mówi, że nie lubi tego swetra, co dostała na urodziny!
Tata przyszedł, czyli bardziej przybiegł, i spojrzał na nią, na mnie i na nią.
- Co?
- No mówi, że nie lubi tego swetra.
Tata ściągnął ze mnie sweter - którego rzeczywiście nie lubiłam - a ja, zapominając całkiem o tym swetrze i w ogóle o wszystkich swetrach świata, miałam ochotę rzucić się Łucji na szyję i całować ją całą od oczu po stopy.
Od tamtej pory Łucja pracuje jako tłumaczka z języka mojego na polski i wiem, że tata z początku był o to zazdrosny, bo to on chciałby być tym wyjątkowym, jedynym na świecie człowiekiem, który rozumie, co mówię, no ale niestety, nie każdy może być wyjątkowy, bo wtedy to by nie miało sensu.
Zwykle oczywiście udaje nam się dogadać, głównie ściskaniem, oczami i moim dżojstikiem, którym pokazuję litery na ekranie, ale tak, żebym ja coś mówiła, a on odpowiadał, i ja odpowiadała, to nie.
***
Łucja jest już pewnie w sali prób i pewnie patrzy w lustro. Ma włosy krótsze niż ja, nosi je często uwięzione w jakichś gumkach i spinkach, makijażu nie stosuje, czasem tylko lekki.
Codziennie przychodzi przed wszystkimi. Rozwija zieloną taśmę, podkłada pod palce i naciąga, a przy tym rusza stopą w przód i na boki. Winylowa wykładzina jest chłodna i szorstka, i twarda, i pokrywają ją blade ślady po tych wszystkich rzeczach, których nazwy od dawna dobrze znam: fouetté, entrechat, pas assemblé i tak dalej. W narożniku fortepian jak wielki przyczajony zwierz.
Lustra zajmują dwie ściany, od podłogi po sufit, i gdzie popatrzeć, tam ona: mnóstwo metrów kwadratowych mojej siostry. Na zewnątrz po ulicach chodzą ludzie, którzy zmieniają sobie hobby i myśli, i poglądy jak opony, z zimowych na letnie i z powrotem, dzisiaj tacy, jutro inni, i w kółko czekają, aż w ich życiu znowu coś się wydarzy, a ona, Łucja Łabendowicz, robi to samo, co robiła wczoraj, tydzień temu, rok temu, i co będzie robić jutro, za dwa lata, za pięć.
Może staje właśnie przy drążku i powtarza plié, schodzi coraz niżej, ma Prosteplecy! i Kolananazewnątrz!, a potem robi różne inne ćwiczenia, które zna na pamięć i które znam też ja. Za godzinę usłyszy głosy pozostałych tancerzy, będą się schodzili długim holem i wreszcie otworzą się białe drzwi na środku ściany bez luster, wejdą Witalij, Monika, Yoko, Robert i Elwira, a potem kolejni, sala zacznie się zapełniać i nie będzie należeć już tylko do Łucji, rozbiegną się po niej głosy, śmiechy, westchnienia, klaskanie przybijanych piątek. Kolejne torby odkładane przy ścianie, znajome twarze i stopy. Yoko pewnie przytuli się do Łucji po swojemu, na chwilę, od tyłu, bo czasem tak robi, co jest fantastyczne, nie wiem, czy Łucji się podoba, ale mnie na pewno.
Podczas lekcji moja siostra będzie się skupiać na słowach pedagog Kownackiej i wykonywać ruchy na chwilkę przed innymi. Stanie tak, żeby Kownacka zawsze ją widziała, i w każdą figurę wciśnie tyle siebie, ile zdoła, tak jakby to nie była lekcja ani nawet próba, tylko występ na scenie, bo z Łucją tak właśnie jest: jej się wydaje, że zawsze musi się starać, że zawsze wszyscy patrzą, że zawsze jest na scenie.
***
Potem jemy obiad: tata i ja. Jest marchewka z sosem, ziemniakami, i kotletem, i wszystko w tym zestawie uwielbiam. Na deser dwie tabletki rozluźniające mięśnie i ciastko czekoladowe, okrągłe i miękkie.
Potem wracam do siebie. Mój pokój pachnie miastem, na zewnątrz jest dzisiaj trochę chłodno, a poza tym pełno w nim słońca. Przy ścianie po prawej stronie stoi moje łóżko na pilota, na którym zmęczona treningami Łucja lubi czasami pojeździć, góra-dół, góra-dół. Łóżko mam przykryte bardzo miłym, ulubionym moim kocem, czerwonym z frędzelkami na dwóch krótszych bokach, nazywam go Stefan, ale nie mam pojęcia dlaczego. Po prostu jak go zobaczyłam, kiedy tata przyniósł go ze sklepu, to pomyślałam: Stefan. Na kocu leży dosyć mocno wytarta poduszka, którą przywieźliśmy znad morza i której nie pozwalam wyrzucić, i wałek z wypustkami, który zna moje ciało jak nikt.
W rogu obok drzwi mam krzesełko toaletowe do sytuacji nagłych, dwie piłki do ćwiczeń, plakat z filmu Atlas chmur w ramce, którego od pół roku nie zawiesiliśmy, bo ciągle się zastanawiam gdzie, a jeszcze obok złożony na płasko chodzik do ćwiczeń. W drugim rogu przy drzwiach jest moje ulubione miejsce w całym pokoju, czyli mały stolik na superkrzywych nóżkach, a na nim wielka monstera, którą sama - przy pomocy taty - podlewam. Białe biurko, komputer i regał z książkami, chociaż najczęściej to jednak słucham audiobooków, ostatnio na przykład Cyberiadę siódmy raz.
Przez sporą część dnia dobieram się do internetu, maltretując mój biedny kolorowy dżojstik, a moje ostatnie Top 3 to: strona, na której są same zdjęcia kałuż występujących w różnych filmach, aplikacja do rozmowy ze sztucznym rozumem (nazywa się cleverbot) i blog, na którym oglądam zdjęcia starych śnieżyc. Mam też konta wszędzie, gdzie można mieć konto.
Tata mówi:
- Uniżony sługa chciałby zapytać, czy Królewna gotowa na codzienne Fikumiku, bowiem sługa już doczekać się nie może. - I nagle z okrzykiem łapie mnie za lewą stopę, a ja piszczę i prycham, głównie po to, żeby mu sprawić przyjemność.
Fikumiku to rehabilitacja, kiedyś w tym celu przychodził pan Antek, całkiem fajny, ale drogi - kosztował sto dwadzieścia złotych i nic się z tym nie dało zrobić. A ponieważ przychodził codziennie, to tata to sobie bardzo dokładnie wyliczył i zapisał się na kurs masażu, a potem jeszcze na terapie manualne, a jak już zrobił to wszystko, to powiedział panu Antkowi, że w poniedziałek już nie będzie musiał przychodzić.
Więc teraz moim panem Antkiem jest tata, co ma swoje duże plusy, głównie to, że tata jest za darmo. Ćwiczymy intensywnie przez co najmniej półtorej godziny dziennie, bo jakbyśmy nie ćwiczyli albo ćwiczyli mniej, to stałoby się to, co się ogólnie przez lekarzy nazywa Zdecydowanieodradzałbympaństwu.
Jak ćwiczę, to prawie zawsze myślę o Łucji i o tym, że ona też w tym czasie pewnie ćwiczy, i wyobrażam sobie, że robimy to razem, obok siebie, i zerkamy: ona na mnie, ja na nią, i w pewnej chwili ja się poruszam tak jak ona, a ona jak ja, zamienione rolami, bo przecież jesteśmy siostrami i w sumie to można powiedzieć, że robimy dokładnie to samo, tylko że ja przy pomocy taty, a ona przy pomocy siebie. Obie się siłujemy ze swoim ciałem i próbujemy je zmusić do czegoś, czego ono wcale nie chce, ale nie wiem, może to po prostu o to chodzi w życiu.
***
Potem tata wraca do swojej pracy, a ja znowu patrzę na podwórko i czekam, bo może Mateusz będzie przechodził, ale to jeszcze raczej nie jego godzina. Za to sprzątaczka - ta nowa - pojawia się z wiaderkiem na kółkach, mopem i wózkiem najeżonym ścierkami oraz psikadłami i nagle przystaje w tym jedynym miejscu, gdzie jest słońce, zostawia wszystko na ziemi, podnosi głowę z zamkniętymi oczami i po prostu sobie jest. Łapie słońce, a ja patrzę na nią i powoli zaczynam czuć to ciepło na twarzy i zmęczenie w nogach, ale dość szybko przerywa nam pan Spodszóstki, który wychodzi właśnie z psem na spacer, a ja natychmiast spostrzegam, że sobie kupił, albo może dostał, nowe buty. Białe, sportowe i piękne, nigdy takich nie miał, pewnie się cieszy z takich butów. Kłania się sprzątaczce, ona kłania się jemu i, spłoszona, że ją przyłapano na takim bezwstydnym po prostu byciu, zbiera wszystkie swoje narzędzia pracy, a kiedy się podnosi, dostrzega mnie i jest mi nagle gorąco na całym ciele. Macha do mnie i ja też próbuję jej pomachać, co się kończy tym, że cała wierzgam na prawo, a głowa odwraca mi się do ściany.
Kiedy znika w sąsiedniej klatce, patrzę jeszcze przez chwilę, bo zawsze jest szansa, że Mateusz jednak wróci wcześniej i przejdzie pod moim oknem, a tego to bym naprawdę nie chciała przegapić. Po paru nieudanych próbach włączam audiobook i dosłuchuję do końca rozdziału, i potem jeszcze następny rozdział, a potem, szumiąc silniczkiem, jadę do salonu, gdzie tata pracuje, cicho podjeżdżam do okna i mu nie przeszkadzam.
Jest już późno, za szybą trwają wyścigi powrotne, kto ostatni w domu, ten przegrał. Przed przejściem dla pieszych stoją dwaj mężczyźni w garniturach i z komórkami, a za nimi kurier z paczką, który nosi wielkie dredy spięte w kok. Myślę sobie, że może na mnie spojrzy, ale nie patrzy, tylko idzie dalej, on też bierze udział w wyścigu.
Później wracam do siebie i nagle piszczy domofon - to Łucja wchodzi na klatkę schodową, a potem otwiera drzwi kluczem, wita się z tatą, myje ręce i wchodzi do mojego pokoju: ma sto siedemdziesiąt dwa centymetry wzrostu, jest gładka, jasna, szczupła i wykończona.
Całuje mnie w nos, co jest trudne, bo nos dość często mi się rusza razem z resztą głowy, ale ona jest szybka, potrafi trafić w mój nos z każdej pozycji, jest jak ci ludzie w filmach, którzy strzelają do rzucanych talerzy. Siada na moim łóżku, podnosi nogi i je prostuje, marszcząc trochę Stefana, i ziewa. Pytam, co dzisiaj robiła.
- Same nudne rzeczy.
- Współczuję. Tutaj tyle się działo.
- Opowiesz mi?
- No pewnie.
I opowiadam.
***
Wychodzi jak zawsze za wcześnie, a tata siada tam, gdzie ona. Chyba czasami liczy, że jak to zrobi szybciutko i usiądzie w tej samej pozycji, to złapie coś z Łucji i zacznie rozumieć więcej z mojego języka, ale to tak nie działa. Żeby być Łucją, trzeba być Łucją.
No więc rozmawiamy trochę, on ustami, a ja komputerem, i jest nawet zabawnie, za oknami robi się ciemno, a tata aż się pali do rozpoczęcia Naszego Wielkiego Wieczoru, bo ogłosił już wcześniej, że dzisiaj będziemy jeść chipsy i oglądać mecz.
Czyli najpierw myjemy się mokrymi chustkami, ja ze wzrokiem wbitym w sufit, a on w ścianę, i robimy wszystkie te rzeczy typu maści i leki, ale wreszcie siadamy razem na kanapie, tata podaje mi Stefana, a sobie bierze jakiś zwykły koc, który nie ma imienia, pomiędzy nami stawia wielką miskę z chipsami o dwóch smakach i nalewa do szklanek piwo bezalkoholowe, które prawdę mówiąc, nie za bardzo mi smakuje, ale chyba nie o to chodzi, że ma smakować.
Oglądamy, ale muszę przyznać, że tylko trochę patrzę na mecz, a bardziej na tatę, na jego dłonie, szorstkie i duże, na szyję z malutkim czerwonym śladem po goleniu i na cienkie białe włoski, które mu rosną w uchu.
Mój tata kiedyś myślał, że nigdy nie będzie miał dzieci, a to głównie dlatego, że mu się wydawało, że nie wytrzyma codziennego strachu o nie. No i tak żył. Ale poznał mamę, a wiadomo, co się dzieje w takich sytuacjach. Więc kiedy już było jasne, że urodzi się Łucja, to zaczął się bać na całego. Wydawało mu się, że na pewno coś pójdzie nie tak. Zaczął czytać o różnych chorobach i problemach dzieci w brzuchach, powtarzał pod nosem liczby, które mu mówiły, jak będzie. Bał się od rana do wieczora, w domu i pracy, w dni ciepłe i w dni zimne, sam, w towarzystwie, nawet przez sen się bał. Gdyby organizowano zawody w baniu się, mój tata dostawałby złote medale.
Ale pomyślał, że to czytanie o wszystkich możliwych chorobach świata, z którymi może się urodzić jego dziecko, to przecież jakby kuszenie losu, więc przestał czytać i bał się, że może czytał niepotrzebnie.
Najbardziej bał się w dzień porodu, wtedy strach rzucał nim po korytarzu szpitala jak piłeczką. Ściana, ściana, drzwi, ściana, okno. Ale Łucja urodziła się zdrowa. Wrzeszczała i kopała powietrze, jakby chciała mu powiedzieć: "No już, już, wszystko będzie dobrze". Potem tata oczywiście bał się dalej, ale nauczył się z tym żyć: rano chował strach do kieszeni i szedł do pracy, potem wracał do domu, wyjmował go i kładł na szafce nocnej, żeby patrzeć na niego tylko przed zaśnięciem.
A później, kiedy Łucja miała dziewięć lat i okazało się, że mama znowu jest w ciąży, wszystko wróciło i tata znowu się bał, że coś będzie nie tak. No i może tego bania się już było za dużo, strach taty zatkał coś w mamie i tlen nie doszedł gdzieś, gdzie powinien dojść, bo urodziłam się z porożem mózgowym. Specjalnie mówię źle, tata to wymyślił - "porażenie" to jest bardzo brzydkie słowo, okropne, takie słowo na zawsze, a poroże to przecież coś pięknego.
No więc byłam już ja. Taka właśnie. Przyniosłam ze sobą płacz, ciszę i leżenie w nocy z otwartymi oczami. Ale tacie wreszcie ulżyło. Mógł się przestać bać. Od czasu, kiedy jestem na świecie, mój tata jest szczęśliwy.
***
Po meczu jeszcze trochę siedzimy razem, potem on zmywa, układa, zamiata. Patrzę na podwórko, na którym dużo jest teraz odgłosów, ktoś się gdzieś kłóci, ktoś ogląda głośno telewizor i jeszcze ktoś kaszle. Z klatki wychodzi córka państwa Spoddwójki i gdzieś sobie idzie. To musi być dopiero coś. Myślisz sobie: pójdę w lewo i idziesz w lewo, albo myślisz: pójdę tam i idziesz tam, albo myślisz: pobiegnę trochę i biegniesz.
Poza tym za jednym z okien łysy mężczyzna siedzi przy komputerze i mówi do niego, podpierając na rękach worki pod oczami, a piętro niżej je na stojąco zupę jakaś dziewczyna w pośpiechu i ładnej kolorowej bluzce. Pani Józefina znowu pali papierosa w oknie, jakby się nudziła, strzepuje popiół do słoika i wypuszcza dym przed siebie, ale tak trochę do góry, i jest naprawdę wspaniała.
Dawno już postanowiłam, że kiedyś będę właśnie taka jak ona. Będę nosiła korale, będę dużo wiedziała o świecie, te miłe rzeczy i te mniej miłe też, będę trochę już stara, ale pięknie stara, i będę sobie palić papierosy w oknie i nikt mi nie będzie mógł nic zrobić. Taki jest mój cel.
No ale na razie to muszę iść spać. Tata mnie smaruje i przebiera w pidżamę, co zajmuje dużo czasu, bo trochę ważę, i widzę znów, jaki jest tym wszystkim zmęczony - on już prawie nigdy nie bywa nie-zmęczony - a potem daje mi jeszcze tabletki i zostawia lampkę. Bez zostawionej lampki byłoby zupełnie ciemno.
- Dobranoc, Królewno.
Mówię mu, że cieszę się, że ta jego drużyna wygrała, a on kiwa głową, jakby rozumiał, i szepcze:
- Śpij dobrze.
Zostawia mnie, ale słyszę wszystko, co robi po wyjściu z pokoju. Stara się zachowywać jak najciszej, kiedy z szafy w korytarzu wyjmuje swoją starą skórzaną torbę na ramię, kiedy sięga po buty do dolnej szuflady, kiedy zakłada je z wyrwanym z płuc stęknięciem i kiedy siada, taki gotowy, w butach, z torbą, na kanapie, żeby w bezruchu odczekać pół godziny, może trochę dłużej, aż zasnę.
Tata boi się przy tym, że podczas jednej z tych nocy obudzę się, że będę go potrzebować, zakrztuszę się śliną albo spadnę z łóżka, a jego nie będzie tutaj, no bo będzie tam. Zaraz wejdzie do mnie, żeby sprawdzić, czy śpię, a ja udam, że tak właśnie jest. Czekamy oboje. Jestem coraz lżejsza i lżejsza, pomiędzy sekundy wkrada się coraz więcej przerw, aż w końcu, wykręcona pod kołdrą w wielki znak zapytania, zasypiam, a chwilę później tata zamyka za sobą drzwi wejściowe na klucz.